ZAMIAST WSTĘPU
Jak powstała ta książka?
We wrześniu 2011 r., podczas kampanii wyborczej do parlamentu, w której uczestniczyłam, przeczytałam na portalu mmbydgoszcz.pl: "Przyznanie się do bycia feministką w naszym kraju wciąż jest trudne. Wciąż to słowo na "fe" kojarzy się z grubymi, brzydkimi, niespełnionymi seksualnie, sfrustrowanymi i egzaltowanymi babochłopami, które nie golą nóg i nienawidzą mężczyzn. Ale właśnie dzięki Manifom i działalności feministycznych czy kobiecych organizacji pozarządowych takie wyobrażenie o feministkach przestaje obowiązywać. [...] A potrzeba niewiele: kilku kobiet, które odważnie przyznają się do swojego feminizmu niczym Magdalena Żuraw do swojego antyfeminizmu". Autorką tych słów była Marta Megger, działaczka bydgoskiego oddziału Zielonych 2004 i Stowarzyszenia Lambda, przedstawiająca się w internecie jako "propagatorka idei Fair Trade, agnostyczka, wegetarianka".
Po lekturze tego artykułu zaczęłam zastanawiać się, co jest pożyteczniejsze: czy przyznawanie się do antyfeminizmu, czy raczej przekonywanie, że tak plastycznie opisane przez Martę Megger skojarzenie potrafi być jak najbardziej zasadne? A może jedno (antyfeminizm) nie wyklucza drugiego (ukazywania prawdziwej natury feminizmu) lub nawet jest z nim tożsame? Wreszcie: czym tak naprawdę jest antyfeminizm?
Kilkanaście dni później trafiłam na tekst Piotra Pacewicza. Publicysta "Gazety Wyborczej" zachęcał do głosowania na kobiety: "w ciężkich czasach, które się zbliżają, poczułbym się bezpieczniej, widząc, że mój los nie spoczywa wyłącznie w silnych męskich dłoniach [...] Odebranie nam, mężczyznom, części władzy wcale nas nie ukrzywdzi, raczej wyzwoli od gorsetu roli, pomoże odnaleźć przyjemność i szczęście w dziedzinach, które partiarchalny porządek przed nami zamykał: opiece nad dziećmi, trosce o innych, dawaniu i braniu miłości. W prowadzeniu szczerej rozmowy, uznawanej przez wielu za niemęską".
Myśli Piotra Pacewicza utwierdziły mnie z kolei w przekonaniu, że mimo różnych teoretycznych wątpliwości dotyczących antyfeministycznej taktyki jak najszybciej trzeba przejść do praktyki, gdyż feminizm jest ideologią wyniszczającą także mężczyzn. Dla kobiety to o tyle istotne, że już niedługo zamiast "silnych męskich" ramion będą na nią czekać jedynie nadgarstki czytelników "Gazety Wyborczej". A o tym, jak się to może skończyć, przekonały się w 1995 r. w Srebrenicy bośniackie kobiety, których los spoczął w rękach ONZ-owskich żołnierzy z Holandii, "wyzwolonych od gorsetu roli". Holendrzy odpowiadali za bezpieczeństwo Bośniaków. Niestety, "w lipcu 1995 roku siły Serbów bośniackich zajęły miasto i wymordowały blisko 8 tys. mężczyzn i chłopców. [...] Holendrzy wycofali się bez walki. [...] Batalion ONZ przyglądał się biernie oddzielaniu muzułmańskich mężczyzn od kobiet. Holendrzy wydali nawet 5 tys. Muzułmanów, którzy schronili się przed wywózką w ich bazie w Potoczari".
Co wydarzyło się potem?
"Ciała zabitych [Bośniaków] buldożery spychały do masowych grobów. Później były dowody na to, że niektórzy byli grzebani żywcem. Przedstawiał je francuski policjant Jean-Rene Ruez. W 1996 roku przed haskim trybunałem przedstawiał dowody na tortury i morderstwa serbskiej armii. Zeznawał, jak ludzie popełniali samobójstwa, aby uniknąć odcinania nosów, ust i uszu. Ruez przedstawiał dowody na to, że Serbowie zmuszali rodziców do zabijania własnych dzieci lub kazali patrzeć, jak są one zabijane".
Holenderscy żołnierze, którzy mieli nad Serbami przewagę liczebną, tłumaczyli po latach, że byli gorzej uzbrojeni i mieli rozkaz strzelać tylko we własnej obronie. Jedynym uzasadnieniem tak żenujących wyjaśnień jest fakt, że w Holandii już od jakichś 45 lat tamtejsi Piotrowie Pacewiczowie wbijają do głowy młodym mężczyznom (i ich kobietom), że między płciami nie ma w zasadzie żadnej różnicy - w związku z czym chłopcy zamiast bawić się w wojnę powinni "odnaleźć szczęście w dawaniu i braniu miłości", a zwłaszcza w "prowadzeniu szczerej rozmowy, uznawanej przez wielu za niemęską".
To właśnie mądrościom rodem z "Gazety Wyborczej" i dylematom Marty Megger zawdzięczam pomysł na napisanie tej książki.
***
O czym są Idiotyzmy feminizmu?
Z feminizmem, a raczej antyfeminizmem, jest - niestety - jeden problem: to coś równie wtórnego i nieokreślonego jak antykomunizm czy antyfaszyzm.
Wtórność polega na tym, że nie jest to ideologia, lecz reakcja na ideologię. Z takim charakterem antyfeminizmu wiąże się właśnie jego nieokreśloność: antyfeministą może dziś zostać obwołany zarówno konserwatysta Janusz Korwin-Mikke, twierdzący, że kobiety nie powinny mieć prawa do głosowania, jak i komunista Leszek Miller, który podczas kampanii wyborczej w 2011 r. z pewnością naraził się red. Pacewiczowi i pannie Megger, mówiąc, że "brzydkie kobiety odstraszają wyborców".
Jak więc reagować na feminizm, który - co jeszcze bardziej komplikuje sprawę - sam jest ideologią niejednorodną i wyjątkowo podatną na mody intelektualne? Czy antyfeminizmem jest tzw. zdrowy feminizm, akceptujący zasadniczo postulaty równouprawnienia i równości płci, lecz sprzeciwiający się ideologicznym szaleństwom radykałów?
Akademickie próby zdefiniowania antyfeminizmu być może pozwoliłyby częściowo odpowiedzieć na te pytania. Byłyby to jednak - jak można przypuszczać - odpowiedzi, które po pierwsze: zadowalałyby wyłącznie autora lub autorów definicji, po drugie: szybko straciłyby na aktualności.
Jedynym sensownym rozwiązaniem wydało mi się więc opisanie z osobna każdego tematu, wokół którego koncentrują się postulaty feministek (także tych "zdrowych") lub antyfeministek, i rozprawienie się z nim w oparciu o fakty oraz logikę.
Wnioski, jakie z tych faktów każdy wyciągnie, to oczywiście w dużej mierze kwestia wiary i przekonań - bo różne postacie antyfeminizmu są tak naprawdę pochodnymi rozmaitych spójnych doktryn lub ideologii: katolicyzmu, konserwatyzmu, darwinizmu, freudyzmu, islamu itd. Nie ma w tym oczywiście nic złego - każdy "obiektywny" światopogląd, nawet tak modna dziś "neutralność światopoglądowa", jest w rzeczywistości systemem wartości. Chyba dlatego też wielki poeta francuski (i równie wielki mizogin) Charles Baudelaire, pisząc o roli i celach krytyki artystycznej, stwierdził: "krytyka, żeby być słuszna, to znaczy mieć rację istnienia, powinna być stronnicza, namiętna, polityczna, a więc ukazywać jeden punkt widzenia, ale otwierający najwięcej horyzontów". A ponieważ to samo można powiedzieć o każdej krytyce, także krytyce feminizmu, mam przede wszystkim nadzieję, że książeczka ta - ukazująca, nie da się ukryć, jeden punkt widzenia - otworzy choć kilka horyzontów.
Zapraszam do lektury!