1930 Mundial pierwszy
To była podróż w nieznane, ale finał Urugwaju z Argentyną wynagrodził wszystko.
URUGWAJ 1930
1er Campeonato Mundial de Football
13-30 lipca 1930 (18 dni)
13 zespołów
18 meczów
70 goli (średnia na mecz 3,89)
Zawodnicy: 190
Sędziowie główni: 11 + 4 tylko liniowych
3 stadiony / 1 miasto
Estadio Centenario, Estadio Parque Central oraz Estadio Pocitos Montevideo
Mistrz świata: Urugwaj
Finał: Urugwaj - Argentyna 4:2
Mecz o trzecie miejsce: nie rozgrywano
Król strzelców: Guillermo Stábile (Argentyna) - 8 goli
Uczestnicy (13 debiutantów, a grali wszyscy zgłoszeni):
Argentyna, Belgia, Boliwia, Brazylia, Chile, Francja, Jugosławia, Meksyk, Paragwaj, Peru, Rumunia, Stany Zjednoczone, Urugwaj
Wybór Urugwaju na gospodarza: 18 maja 1929, XVIII Kongres FIFA Barcelona Termin zgłoszeń: 19 stycznia 1930, potem 28 lutego i jeszcze wiele razy przekładany Losowanie grup finałowych: 7 lipca 1930, Montevideo (siedziba AUF, czyli federacji piłkarskiej Urugwaju) Losowanie półfinałów: 22 lipca 1930, Montevideo (siedziba AUF) Format rozgrywek: najpierw grupy (jedna grupa z czterema zespołami, trzy z trzema; gra każdy z każdym - 2 punkty za zwycięstwo, 1 punkt za remis). Zwycięzcy grup grali w półfinałach - losowano pary, bo nie było wyznaczonej z góry tzw. drabinki turniejowej. Potem odbywał się tylko finał, bez meczu o trzecie miejsce. W półfinałach i finale w przypadku remisu - dogrywka 15 minut (!), czyli dwa razy po 7,5 minuty. Jeśli wciąż był remis - kolejne 15 minut. W przypadku utrzymującego się remisu w półfinale losowanie zwycięzcy, finał natomiast miał być powtórzony, a w przypadku kolejnego remisu po dogrywkach - możliwe nawet trzecie spotkanie, według decyzji Komitetu Organizacyjnego. Ostatecznie losowanie zwycięzcy. Eliminacje jedyny raz w historii się nie odbyły. Regulamin przewidywał, że nie potrzeba eliminacji, jeśli zgłoszą się mniej niż 32 zespoły. Teoretycznie już na premierowym turnieju mogło zagrać tyle drużyn co dziś (!). Dopiero przed drugim mundialem liczbę finalistów ograniczono do 16.
Grupa 1
FRANCJA - MEKSYK 4:1 (3:0)
ARGENTYNA - FRANCJA 1:0 (0:0)
CHILE - MEKSYK 3:0 (1:0)
CHILE - FRANCJA 1:0 (0:0)
ARGENTYNA - MEKSYK 6:3 (3:1)
ARGENTYNA - CHILE 3:1 (2:1)
1.
ARGENTYNA
3
3
0
0
10:4
6
2.
CHILE
3
2
0
1
5:3
4
3.
FRANCJA
3
1
0
2
4:3
2
4.
MEKSYK
3
0
0
3
4:13
0
Grupa 2
JUGOSŁAWIA - BRAZYLIA 2:1 (2:0)
JUGOSŁAWIA - BOLIWIA 4:0 (0:0)
BRAZYLIA - BOLIWIA 4:0 (1:0)
1.
JUGOSŁAWIA
2
2
0
0
6:1
4
2.
BRAZYLIA
2
1
0
1
5:2
2
3.
BOLIWIA
2
0
0
2
0:8
0
Grupa 3
RUMUNIA - PERU 3:1 (1:0)
URUGWAJ - PERU 1:0 (0:0)
URUGWAJ - RUMUNIA 4:0 (4:0)
1.
URUGWAJ
2
2
0
0
5:0
4
2.
RUMUNIA
2
1
0
1
3:5
2
3.
PERU
2
0
0
2
1:4
0
Grupa 4
USA - BELGIA 3:0 (2:0)
USA - PARAGWAJ 3:0 (2:0)
PARAGWAJ - BELGIA 1:0 (1:0)
1.
USA
2
2
0
0
6:0
4
2.
PARAGWAJ
2
1
0
1
1:3
2
3.
BELGIA
2
0
0
2
0:4
0
Półfinały
ARGENTYNA - USA 6:1 (1:0)
URUGWAJ - JUGOSŁAWIA 6:1 (3:1)
Finał
URUGWAJ - ARGENTYNA 4:2 (1:2)
30.07.1930 (14.15) Montevideo, Estadio Centenario, widzów: 80 000.
Sędziowie: Langenus (Belgia) + Christophe (Belgia), Saucedo (Boliwia).
URUGWAJ: Ballestrero - Mascheroni, Nasazzi (k) - Andrade, Fernández, Gestido - Dorado, Scarone, Castro, Cea, Iriarte.
ARGENTYNA: Botasso - Della Torre, Paternoster - J. Evaristo, Monti, Arico Suárez - Peucelle, Varallo, Stábile, Ferreira (k), M. Evaristo.
1:0 Dorado 12, 1:1 Peucelle 20, 1:2 Stábile 38, 2:2 Cea 58, 3:2 Iriarte 68, 4:2 Castro 89.
FAKTY:
Nagrodą dla zwycięzcy był Puchar Świata (Coupe du Monde de Football Association) - statuetka nazwana przez Francuzów Victoire ailée, czyli Skrzydlatą Nike, w Polsce znana bardziej jako Złota Nike. Pierwszym mistrzem świata, a zarazem pierwszym gospodarzem mistrzem został Urugwaj. Startowało tylko 13 drużyn, najmniej w historii (podobnie będzie w roku 1950), a reprezentowane były tylko trzy kontynenty: Europa, Ameryka Południowa oraz Ameryka Północna i Środkowa. Jedyny raz w turnieju wystąpiło więcej zespołów z Ameryki Południowej (siedem) niż z Europy (cztery). Turniej odbył się tylko w jednym mieście, co więcej - planowano mecze tylko na jednym stadionie, choć ostatecznie grano na trzech. To sytuacje bez precedensu w historii MŚ - zarówno jedno miasto, jak i aż trzy areny w jednym ośrodku (dopiero katarska Doha w 2022 roku będzie się równać pod tym względem). Nie było uroczystego otwarcia mundialu, ale szóstego dnia zawodów z pompą i udziałem wszystkich ekip otwarto gigantyczny Estadio Centenario. Losowanie mistrzostw odbyło się zaledwie sześć dni przed pierwszymi meczami. Grano dwoma modelami piłek (T-model - czyli piłka zszywana z 12 paneli w kształcie litery T, oraz Tiento - zszywana z paneli zbliżonych kształtem do trapezu równoramiennego). Importowano je do Urugwaju i Argentyny z Wysp Brytyjskich lub robiono na miejscu, w Ameryce Południowej. Nie było jednego producenta.
LUDZIE:
Rumun Rudolf "Rudy" Wetzer był zarówno zawodnikiem, na dodatek kapitanem reprezentacji, jak i trenerem (w trio z Costelem Rădulescu i Octavem Luchide). Pierwszy taki grający trener w historii, ale nie ostatni! Alberto Horacio Suppici to najmłodszy trener, który zdobył mistrzostwo świata. W dniu finału nie miał jeszcze 32 lat (31 lat i 252 dni). Z kolei Argentyńczyk Juan José Tramutola (niecałe 28 lat, a dokładnie 27 lat i 267 dni w pierwszym meczu z Francją) to najmłodszy trener w całej historii, który prowadził drużynę na mundialu. Prowadzący mecz Jugosławia - Boliwia Urugwajczyk Francisco Matteucci (ledwie 27 lat i 62 dni) to najmłodszy w historii sędzia główny. W 1950 roku będzie młodszy arbiter liniowy (Matteucci też był liniowym, biegał po boku w meczu USA - Belgia, mając 27 lat i 58 dni). Arbiter z Argentyny José Macías zapisał się w historii, prowadząc jako pierwszy dwa mecze (13 lipca USA - Belgia, a 17 lipca USA - Paragwaj). Belg John Langenus poprawił ten rekord 26 lipca (mecz Argentyna - USA), a potem 30 lipca (Urugwaj - Argentyna) i został pierwszym sędziującym trzy i cztery spotkania na mundialu. Pierwszym kontuzjowanym - i to już pierwszego dnia turnieju - był bramkarz Francji Alex Thépot. W 24. minucie meczu z Meksykiem musiał zejść z boiska z powodu urazu głowy. Ponieważ przepisy nie dopuszczały wtedy zmian w trakcie meczu, to między słupkami stanął Augustin Chantrel - jest to jedyny w historii przypadek, gdy zawodnik z pola został bramkarzem. Aż dwa razy doszło do ciężkiego złamania nogi, a ucierpieli Rumun Adalbert Steiner w meczu z Peru oraz Boliwijczyk Gumercindo Gómez w spotkaniu z Jugosławią. Peruwiańczyk Plácido Galindo pierwszy w historii wyleciał z boiska (w 58. minucie meczu z Rumunią, 14 lipca 1930). Pierwsi bracia w jednym meczu to Felipe i Manuel Rosas z Meksyku (13 lipca z Francją). Także Meksyk, w meczu z Argentyną 19 lipca, wystawił dwie pary braci, bo obok Rosasów grali Francisco i Rafael Garza Gutiérrez. O mało w tym meczu nie wystąpił trzeci braterski duet, ale Argentyńczycy Juan i Mario Evaristo pauzowali. Grali jednak razem we wszystkich pozostałych meczach Argentyny i zostali pierwszymi, którzy wystąpili w wielkim finale. Bracia byli też w kadrze Francji, ale w przeciwieństwie do Luciena ani razu nie zagrał Jean Laurent. Aby obraz był pełen, trzeba wspomnieć, że wśród Meksykanów była jeszcze trzecia para braci - bramkarz Isidoro Sota i szef ekipy Ernesto Sota. Peruwiańczyk Julio Lores był zgłoszony jako zawodnik federacji, bez przynależności klubowej (choć grał już w Meksyku, w Club Necaxa). Z kolei Bek, Stevanović i Sekulić, trzej reprezentanci Jugosławii, to pierwsi uczestnicy mundialu zgłoszeni jako gracze klubów zagranicznych (francuskich). Na 13 drużyn aż pięć miało zagranicznych trenerów: Chile (György Orth z Węgier), Meksyk (Juan José Luque de Serrallonga z Hiszpanii), Paragwaj (José Durand Laguna z Argentyny), Peru (Paco Bru z Hiszpanii) oraz USA (Bob Millar ze Szkocji). Andrés Mazali, słynny bramkarz Urugwaju, tuż przed turniejem został wyrzucony z reprezentacji za niesubordynację. Zastąpił go Miguel Capuccini.
MECZE:
Mecz nr 1: równolegle grały USA z Belgią oraz Francja z Meksykiem. Oba spotkania rozpoczęły się 13 lipca 1930 roku o 15.00. Nie było ani jednego remisu (bez precedensu!). Jedyny raz na mundialu nie rozegrano meczu o trzecie miejsce. Około 300 osób na meczu Rumunia - Peru (14 lipca, Estadio Pocitos) to najmniejsza w dziejach MŚ liczba widzów.
GOLE:
Padło najmniej bramek w historii, bo tylko 70. Tyle samo goli kibice zobaczą na kolejnym turnieju w 1934 roku, lecz jeśli chodzi o średnią goli na mecz - będą znacznie gorsze mundiale! Bramkę nr 1 zdobył Lucien Laurent z Francji (13 lipca, w 19. minucie z Meksykiem). Dwa gole w meczu strzelił jako pierwszy Bart McGhee z USA (też 13 lipca, w meczu z Belgią). 16 lipca 1930 roku padł pierwszy gol samobójczy, a pechowcem był Meksykanin Manuel Rosas, który trafił do własnej bramki w 52. minucie meczu z Chile. Pierwszego hat tricka zdobył Guillermo Stábile z Argentyny (19 lipca z Meksykiem). Ale od 2006 roku FIFA podaje, że pierwszy trzy gole w meczu strzelił Bert Patenaude z USA (17 lipca z Paragwajem) - dowody wydają się jednak wciąż niedostateczne. Pierwszy rzut karny wykonywał 19 lipca przeciwko Francji Guillermo Saavedra z Chile, ale Alex Thépot obronił jego strzał. Gol nr 1 z karnego padł tego samego dnia, ale w później rozgrywanym meczu, Argentyna - Meksyk. Najpierw jednak mieliśmy w tym spotkaniu przestrzelonego karnego nr 2 - strzelał Paternoster, a obronił Meksykanin Bonfiglio. Dopiero potem pierwszym pokonanym był bramkarz Argentyny Ángel Bossio, a strzelcem wspomniany już autor pierwszego samobója, Manuel Rosas. Meksykanin został więc pierwszym w historii, który trafiał... dla dwóch drużyn. Miał ledwo skończone 18 lat (liczył sobie 18 lat i 93 dni) i aż do czasów Pelégo był najmłodszym zdobywcą bramki (dziś wciąż jest drugi w tej klasyfikacji). W meczu z Peru (14 lipca) Adalbert De?u z Rumunii trafił do bramki już w 2. minucie (w 90. sekundzie) - ten rekord przetrwa tylko do kolejnych mistrzostw, w 1934 roku. Belgia i Boliwia nie zdobyły bramki. Najwięcej goli strzeliła natomiast Argentyna - 18. Pierwsi w historii niepokonani bramkarze to Osvaldo Velloso z Brazylii i występujący tego samego dnia, 20 lipca, Pedro Benítez z Paragwaju. Zagrali w MŚ tylko po jednym meczu.
CIEKAWE:
Ekipa USA jako jedyna w dziejach (!) miała w kadrze tylko jednego bramkarza. Był nim Jimmy Douglas z New York Nationals. Bronił w trzech spotkaniach i był na pierwszych mistrzostwach najdłużej niepokonany, bo przez 200 minut. A gdyby odniósł kontuzję? Na dodatek Amerykanie w swoich trzech meczach wystawiali zawsze identyczną jedenastkę. Wykorzystali zatem tylko 11 zawodników i to rekord wszech czasów, oczywiście w odniesieniu do drużyn, które zagrały minimum trzy mecze. Costel Rădulescu z Rumunii oraz Ulises Saucedo z Boliwii byli nie tylko trenerami swoich reprezentacji, ale też... sędziami meczów. Z kolei wspomniany już najmłodszy sędzia Matteucci z Urugwaju pełnił też funkcję... masażysty zespołu Meksyku. Choć do przerwy Urugwaj przegrywał w finale z Argentyną 1:2, to zdobył tytuł i jest to jedyny taki przypadek w historii meczów o złoto. Na dodatek wszystkie swoje spotkania Urugwaj grał na jednym stadionie (Centenario) - jeszcze tylko Anglia w 1966 roku zdobędzie tytuł, prezentując się na jednym obiekcie. Dwa razy na Estadio Centenario, a raz na Estadio Parque Central odbyły się dwumecze, czyli dwa spotkania bezpośrednio po sobie. Już nigdy na mundialach nie będzie takich multigier. Regulamin przewidywał, że w przypadku remisu w półfinałach i finale odbędzie się dogrywka o niespotykanej długości, bo 2 × 7,5 minuty. Remisów jednak nie było... Francisco Varallo z Argentyny zmarł 30 sierpnia 2010 roku, w wieku 100 lat - był najdłużej żyjącym uczestnikiem pierwszych mistrzostw. Tuż po turnieju wydano w Montevideo pierwszą książkę o mistrzostwach świata - Album. Primer Campeonato Mundial de Football.
1930
Pierwszy mundial, za Oceanem, odbył się także za zgodą Polski, o którym to szczególe chyba nikt do tej pory u nas nie pisał. Na kongresie FIFA w Barcelonie w 1929 roku mieliśmy swojego delegata, był nim referent ds. zagranicznych Polskiego Związku Piłki Nożnej Tadeusz Kuchar, najstarszy ze słynnych braci. Urugwaj wybrano na gospodarza bez sprzeciwu, więc i Polska była za. Biało-Czerwoni w Montevideo jednak nie grali. Brak dokumentów, wszystkie (?) zaginęły, ale PZPN chyba nawet nie debatował nad wysłaniem reprezentacji, bo ważny był wtedy dla nas Puchar Europy Środkowej, amatorów. Pomysłodawcą rozgrywek był właśnie Tadeusz Kuchar. W polskiej prasie pojawiła się jednak korespondencja z mistrzostw świata w Montevideo - słał ją M. Książenicki, a ukazała się na łamach "Stadjonu" z miesięcznym opóźnieniem.
Czy podczas premierowego mundialu pojawiły się polskie wątki? Może zawodnik Rumunii urodzony w Czerniowcach, bo żyło tam sporo Polaków? Był taki piłkarz, Alfred Eisenbeisser, ale nie Polak. Dopiero sprawdzając statki wpływające wówczas do Montevideo, trafiłem na ślady polskiej bytności. Dziesiątego lipca 1930 roku na pokładzie Almanzory przybyło kilku reprezentantów Brazylii. Tym statkiem podróżowało też do stolicy Urugwaju wielu polskich Żydów. Więcej! Tego dnia zawinął do tamtejszego portu także Światowid z Gdyni, na pokładzie którego znajdowały się dziesiątki polskich emigrantów. A wcześniej, 5 lipca, przybił również Manoas z Polakami z Brazylii. Tego dnia cumował Conte Verde z piłkarzami Francji, Rumunii i Belgii. Czy nasi widzieli w porcie te europejskie ekipy? I czy Polacy oglądali mecze mistrzostw świata?
A przede wszystkim - kim był ten Książenicki wysyłający List z Urugwaju? Jak się wydaje, był jednym z polskich Żydów, którzy wtedy emigrowali do Ameryki Południowej. Na liście pasażerów Arlanzy, z października 1929 roku, znalazłem wpis: Mosze Ksazenicki (bez "i", pewnie literówka), a obok Mala Ksiazenicka (ona z "i"). Mieli po 23 lata, byli małżeństwem. Podobno już w Urugwaju urodził im się syn, Ricardo.
To właśnie Mosze Książenicki budował w Polsce legendę egzotycznego turnieju. Na przykład o piłkarzach Rumunii pisał: "(...) goszczeni w pierwszorzędnym hotelu, nie dbają o przygotowania, jedzą, piją, a popuściwszy pasa, uganiają za czarnobrewemi córami Montevidea".
Zagadkowa premiera
Właściwie nie wiadomo, który mecz był pierwszy. W niedzielę 13 lipca 1930 roku o 15.00 w Montevideo rozpoczęły się dwa spotkania, USA - Belgia i Francja - Meksyk. Nie zorganizowano uroczystego otwarcia mistrzostw i chyba nikt nie zdawał sobie sprawy, że zaczyna się impreza, która kiedyś zawładnie światem. Powszechnie to mecz Francji z Meksykiem uważa się za premierowe, historyczne starcie na mundialu. Nie bardzo jednak wiadomo, z jakich powodów. Bo w jego trakcie padła pierwsza bramka? A może dlatego, że w wydanym już po MŚ oficjalnym albumie spotkanie na Estadio Pocitos opisane jest przed tym z Parque Central?
Rozwiązanie zdaje się, że jest inne. Otóż pierwotny terminarz zakładał, że pierwszego dnia na wielkim Estadio Centenario odbędą się oba mecze, jeden po drugim. O 12.45 (czyli praktycznie o 13.00, ten kwadrans wcześniej to godzina wyjścia zespołów na boisko) Francja - Meksyk, a o 14.45 "danie główne", USA - Belgia*. Ale zaledwie dwa (!) dni przed startem zmieniono układ gier i musiano grać na stadionach klubów Nacional oraz Pe?arol, czyli Parque Central i Pocitos (dziś już nieistniejącym)*. Panowała ponura pogoda, było zimno, chwilami siąpił deszcz, a nawet na kilka chwil rozpętała się gwałtowna burza śnieżna. W Urugwaju była przecież zima. Zawodnicy marzli, potrzebowali grubych swetrów. Gdyby nie ta paskudna aura, prawdopodobnie odbyłby się tylko jeden premierowy mecz i nie byłoby dylematu. Całe mistrzostwa miały przecież zostać rozegrane na jednej arenie! Tyle że Stadion Stulecia nie był gotowy, z powodu silnych deszczów budowy nie skończono na czas. Zagrano tam dopiero szóstego dnia turnieju, 18 lipca. Inna sprawa, że otwarcie obiektu opóźniono celowo, by wypadło w dniu państwowego święta i pierwszego meczu Urugwaju.
Po przekopaniu źródeł można skłaniać się ku tezie, że nieoficjalnym otwarciem pierwszego mundialu był ten drugi mecz, USA - Belgia. Na Estadio Parque Central oglądało go kilka razy więcej widzów niż spotkanie Francja - Meksyk. Dane są jednak różne, na trybunach zasiadło od 10 do 20 tysięcy widzów, przyjmuje się więc średnio około 15 tysięcy. Na konkurencyjnym spotkaniu było zaś od tysiąca do sześciu tysięcy kibiców, średnio trzy tysiące. Precyzyjne są za to dane finansowe. Przychód ze sprzedaży biletów na stadionie Parque Central wyniósł 11 239 pesos wobec zaledwie 1482 pesos na Pocitos. Co więcej, na mecz USA - Belgia zaproszenia dostali urugwajscy politycy, liczni parlamentarzyści, wiele znanych osobistości. Na trybunach była także drużyna gospodarzy. Studiując urugwajską prasę z 1930 roku, można wręcz nabrać pewności, że inauguracją mundialu był właśnie ten mecz, choć zawsze jest jakieś "ale". Na przykład prezydent FIFA Jules Rimet pierwszą połowę oglądał podobno na Pocitos, a Ameryków z Belgami dopiero po przerwie. Jak to tłumaczyć? Rimet był Francuzem i z urzędu musiał chyba zobaczyć rodaków, potem jednak wycofał się na ważniejsze spotkanie.
Amerykanie skarżyli się, że boisko było jak "mokra, lepka glina z wielkimi kałużami". Pokonali jednak Belgów 3:0, a bramki zdobyli McGhee (40. i 43. minuta) oraz Patenaude (89. minuta). McGhee zapisał się w historii jako pierwszy strzelec dwóch goli w meczu, a Patenaude jako pierwszy zawodnik, który trafił, uderzając piłkę głową. Inna rzecz, że drugi gol McGhee przypisywany jest często Floriemu, a Belgowie mocno po nim protestowali, twierdząc, że nawet trzech Amerykanów było wtedy na pozycji spalonej. Nie ma jednak zapisu filmowego tych meczów i wielu kontrowersji nigdy się już nie rozstrzygnie.
Estadio Centenario - betonowy kolos
Otrzymawszy w maju 1929 r. organizację mistrzostw świata, Urugwaj złożył wiele obietnic, przede wszystkim finansowych. Miał pokryć ewentualny deficyt, ale i zapewnić startującym zwrot kosztów podróży i diety na każdy dzień pobytu. Liczono jednak na duże zyski ze sprzedaży biletów, zainteresowanie meczami miało być ogromne, bo miejscowi piłkarze, występując przed obliczem całego narodu, mieli potwierdzić supremację z igrzysk olimpijskich. Problem w tym, że gospodarze turnieju nie posiadali wystarczająco dużego stadionu. Padła więc obietnica zbudowania takiego. Tyle że do mistrzostw był tylko rok.
Tym większy podziw budzi tempo prac. Powołano specjalną spółkę do budowy stadionu - Comisión Administradora del Field Oficial (CAFO). Jej szefem został dr Raúl Jude, zarazem prezydent federacji piłkarskiej i szef Komitetu Organizacyjnego MŚ (a także, co nie bez znaczenia, wpływowy działacz rządzącej Urugwajem partii Colorado). Jego zastępcą z ramienia miasta był inż. Bernardo Larrayoz. Dwa miesiące po decyzji z Barcelony, czyli 21 lipca 1929 r., położono kamień węgielny pod budowę obiektu, a uroczystą przemowę wygłosił César Batlle Pacheco, syn byłego prezydenta José Batlle y Ordó?eza. Głównym architektem został Juan Antonio Scasso, zarazem dyrektor miejskich terenów i robót publicznych, który wziął do pomocy dwóch absolwentów architektury (José Domato i Pedro Dannersa). Już w połowie sierpnia 1929 r. projekt był gotowy.
Chciano wznieść stadion całkiem inny niż te znane z Europy. Zamiast drewnianego - betonowy. Gdy w Anglii obiekty były prostokątne, z trybunami tuż przy płycie boiska, to Scasso miał kształt bliski koła. Eliptyczna konstrukcja sprawiała, że widzowie znajdowali się nieco dalej od murawy. Stadion miał być nowoczesny, a jednocześnie prosty i bez udziwnień. Modernizm i minimalizm. Określano go mianem "piłkarskiego Koloseum".
Miejscem budowy zostały leżące w centrum miasta tereny Parque de los Aliados (a nie, jak podają liczne źródła, Parque José Batlle y Ordó?ez - były prezydent Batlle zmarł w październiku 1929 r. i dopiero w 1930, w trakcie budowy, zmieniono nazwę parku). Pierwsze roboty ziemne zaczęły się 3 września 1929 r., a na początku lutego 1930, czyli zaledwie pięć i pół miesiąca przed mistrzostwami świata, zaczęto wylewać beton. Zużyto go 14 tysięcy metrów sześciennych.
Powstał największy poza Wyspami Brytyjskim obiekt, większe były tylko Hampden Park w Glasgow i Wembley w Londynie. Oficjalnie miał pojemność 70 tysięcy miejsc, choć projekt mówił o ponad 100 tysiącach. Pośpiech, ale przede wszystkim finanse sprawiły, że trybuny były niższe, nie zbudowano trzeciego poziomu za bramkami i drugiego poziomu na trybunie honorowej. Na mecze wchodziło jednak ponad 80 tysięcy widzów, bo wyznaczono miejsca stojące na samym dole, pomiędzy trybunami a boiskiem - murawę od kibiców odgradzały fosy. Wzniesiono natomiast najbardziej charakterystyczną część, czyli dziewięciopiętrową wieżę, Torre de los Homenajes (jak dziewięć linii na fladze Urugwaju), z której po bokach, jak w aeroplanie, wyrastały skrzydła, a z przodu dziób, jak w przypadku statku. Miały to być modernistyczne symbole postępu i siły Urugwaju. Planowano też budowę panoramicznej windy, ale brak czasu zniweczył ten pomysł. Po zwycięstwie w finale nad Argentyną uroczyście wciągnięto na szczyt wieży flagę Urugwaju, co było jednym z najbardziej wzruszających momentów MŚ.
Nazwa Estadio Centenario, czyli Stadion Stulecia, została nadana obiektowi tuż przed mundialem, bo pierwotnie mówiono Estadio Oficial. Także tuż przed turniejem swoją nazwę zyskała wyłożona marmurem i porfirem reprezentacyjna trybuna - zamiast Honor Tribune nazwano ją America. Pozostałe nazwy trybun nawiązywały do triumfów Urugwaju na igrzyskach: Olimpica, Colombes (zwycięstwo w 1924 r.) i Amsterdam (1928).
Jak podają źródła, pod koniec budowy ponad tysiąc robotników z kilku firm pracowało na trzy zmiany, także w nocy, przy reflektorach. Mundial zaczynał się 13 lipca. I choć kilka dni wcześniej meldowano o gotowości rozgrywania meczów, to jedna z trybun (reprezentacyjna America) nie była w pełni skończona. Gdy wyznaczono zapasowe lokalizacje (na Estadio Pocitos rozegrano dwa mecze, a w Parque Central sześć), budowniczowie zyskali kilka dodatkowych dni. Ale równie ważny był aspekt polityczno-społeczny. Można wręcz mówić o manipulacji. Bo dlaczego stadion otwarto akurat w piątek 18 lipca? Otóż inauguracja przypadła dokładnie w setną rocznicę zaprzysiężenia pierwszej konstytucji Urugwaju, w dniu państwowego święta. Na dodatek już wcześniej było wiadomo, że właśnie tego dnia zagra Urugwaj. Efekt polityczny zdawał się dla gospodarzy gigantyczny. Inna sprawa, że na zdjęciach z mistrzostw widać jeszcze drewniane rusztowania przy trybunach. Trudno też było poruszać się wokół stadionu, teren nie został bowiem uprzątnięty. To jednak szczegóły wobec faktu, że cała budowa trwała tylko dziewięć i pół miesiąca! Jej koszt oblicza się na ponad 300 tysięcy ówczesnych dolarów.
Otwarcie wyglądało imponująco. Na mecz z Peru przyszło 80 tysięcy ludzi. Wszystkie uczestniczące w mistrzostwach drużyny uroczyście maszerowały przed tłumem, a każda delegacja niosła planszę z nazwą kraju i flagę. Ta parada jest mylona z otwarciem mundialu, ale była to jedynie inauguracja stadionu. W obecności prezydenta Juana Campisteguya przemawiał dr Raúl Jude, a potem Urugwaj wygrał 1:0. Historyczną bramkę zdobył "Manco" Castro.
Estadio Centenario, nazywany "betonowym kolosem" lub "amfiteatrem z betonu", stał się symbolem nie tylko pierwszego mundialu, ale i państwa Urugwaj. Już po mistrzostwach zmieniono nazwę trybuny Olimpica na Montevideo, czyli miejsca trzeciego, po dwóch złotych medalach olimpijskich, triumfu urugwajskiej piłki.
Najważniejsze zdjęcie
Pewne jest natomiast, że pierwszy bramkę zdobył Francuz Lucien Laurent, który trafił do siatki już w 19. minucie równolegle rozgrywanego spotkania. Piłkę przed pole karne podał mu Ernest Libérati, a Laurent strzelił z woleja, lewą nogą. Wiele lat poszukiwałem zdjęcia, nie wierzyłem, że jest jakiekolwiek ujęcie. A jednak! Fotografię, na której uwieczniono moment zdobycia pierwszej mundialowej bramki, zamieścił chilijski tygodnik "Los Sports". To unikat. Potem znalazłem drugą. Być może to najważniejsze zdjęcia z mundiali. Według czasu lokalnego w Montevideo była 15.19.
Pierwszym pokonanym bramkarzem był Meksykanin Óscar Bonfiglio. Potem strzelali mu Marcel Langiller (40. minuta) i dwa razy André Maschinot (43. i 87. minuta). Z Meksyku odpowiedział tylko Juan Carre?o (70. minuta). Francja wygrała 4:1, choć przez większość meczu grała w dziesiątkę! W 24. minucie doszło bowiem do pierwszej poważnej, mundialowej kontuzji, na dodatek do dziś stwarzającej sporo kłopotów statystykom. Bramkarz Alexis Thépot został kopnięty w głowę podczas szarży jednego z Meksykanów, Dionisio Mejíi, wskutek czego golkiper musiał zejść z boiska. Zmian wtedy nie było, więc między słupkami zastąpił go gracz z pola, pomocnik Augustin Chantrel, i jego też trzeba w statystykach zaliczać do bramkarzy. Do dziś jest jedynym graczem w historii MŚ, który wystąpił jako zawodnik z pola i jako bramkarz. Kontuzja Thépota okazała się niegroźna, zagrał w kolejnych dwóch meczach Francji.
Ilu piłkarzy?
Kadry poszczególnych reprezentacji, całkiem inaczej niż dziś, były nierówne. Jedni stawili się w 15, inni w... 24. Najmniejszą obsadę zgłosiła Rumunia, jej kadra liczyła tylko 15 graczy. Z kolei Brazylia, choć regulamin mówił o maksymalnie 22 piłkarzach, przysłała na turniej dwóch dodatkowych zawodników. Humberto de Araújo Benevenuto oraz Doca (Alfredo de Almeida Rego) przypłynęli do Urugwaju, nie mogli jednak zostać oficjalnie zgłoszeni. Niby byli na mundialu, a nie byli.
Wiele nieporozumień brało się stąd, że organizatorzy zapewniali zwrot kosztów podroży i pobytu dla 17 osób, bez precyzowania, czy chodzi o piłkarzy, czy także działaczy. Jedni przysłali więc na koszt gospodarzy 15 piłkarzy i dwóch trenerów (Rumunia), inni 16 piłkarzy i trenera (Francja, Belgia), jeszcze inni 17 piłkarzy (Boliwia, Jugosławia, Meksyk). Nie wykluczało to oczywiście, że delegacje mogły być liczniejsze, uzupełnione na przykład o szefów federacji, asystentów trenera, masażystów itp. Stany Zjednoczone zgłosiły 17 piłkarzy, ale dwaj (Bill O'Brien i John Slavin) nie mieli obywatelstwa, dlatego tuż przed odpłynięciem statku Munargo zostali wycofani, a w ostatniej chwili na turniej wyjechał Arnie Oliver (ostatecznie reprezentacja USA liczyła 16 zawodników). Chile miało 19 graczy, a Peru - 20. Pełne kadry, czyli 22 piłkarzy, zgłosiły tylko Argentyna, Brazylia, Paragwaj i oczywiście Urugwaj.
Ostatecznie zarejestrowano 241 piłkarzy, a na mundialu zagrało 190.
Uwaga na fałszywki!
Paradoksalnie z premierowych mistrzostw jest sporo pamiątek, więcej niż z kilku kolejnych. Wydawane są nawet kilkudziesięciostronicowe katalogi wyliczające odznaki dla dziennikarzy i zawodników czy medale, prezentujące plakaty itd. Osobnych monografii doczekały się też bilety z Urugwaju. Wejściówki drukowano bowiem w kilku seriach, w różnych kolorach, było kilka wzorów graficznych, edycje specjalne, różne były też ceny, w zależności od trybuny. Literatura opisuje proces drukowania i dystrybucji tych biletów. To jedne z droższych pamiątek, kosztują minimum tysiąc dolarów za sztukę. Ale uwaga! Te z premierowego turnieju, a także z roku 1950, to najczęściej podrabiane mundialowe relikwie. Na aukcjach internetowych 99 procent to falsyfikaty.
Jednocześnie o pierwszych mistrzostwach wciąż wiemy za mało, wiele rzeczy jest niejasnych. Prawie nie ma zapisów filmowych, niewiele jest zdjęć, a nawet gdy znajdą się jakieś fotografie, to trudno na nich odróżnić zawodników, bo ci nie mieli numerów na koszulkach. Wiele relacji jest sprzecznych - wówczas nie za bardzo przywiązywano wagę nawet do tego, kto zdobył bramkę. Ale niekiedy niespodziewanie pojawiają się dowody.
Dokumentalny film o pierwszym mundialu
Na stulecie FIFA, które przypadło na 19 maja 2004 r., odbyła się premiera 1930 FIFA World Cup Film. Stało się to przed jubileuszowym meczem Francja - Brazylia w Paryżu. Na olbrzymich ekranach Stade de France pokazano 13,5 minuty zrekonstruowanych zdjęć z Montevideo. To było cudowne zrządzenie losu, bo w 2003 r. w archiwum Cinemateca Uruguaya znaleziono sześć rolek oryginalnych taśm filmowych z 1930 r. Zdjęcia odnowiono w studiu w Londynie, część pokolorowano, a dzieło zrealizował Guy Oliver. W konwencji filmu niemego, bo dołożono plansze z napisami oraz muzykę, widzimy m.in. olimpijskie sukcesy Urugwaju, budowę Centenario i uroczystość otwarcia stadionu, a przede wszystkim pokolorowane zdjęcia z meczu finałowego. Wrażenie robi wciągnięcie na maszt flagi Urugwaju po zwycięstwie nad Argentyną.
Zdjęcia z Rumunii
Kilka lat temu, przeglądając stronę podrzędnego rumuńskiego klubu, zobaczyłem pewne zdjęcie. I aż mnie ciarki przeszły. To była sensacja! Dla tropicieli historii mundiali to coś więcej niż bardzo ważny dokument. Fotografia pochodziła z rodzinnego albumu rodziny Steinerów, żyjącej wciąż w Timişoarze. Zadziałało prawo serii, bo ledwie kilka dni później dotarłem do drugiej fotografii (a potem nawet do trzeciej). Publikowałem je na Facebooku, na mojej stronie Historia Mundiali, i to one między innymi popchnęły mnie do napisania niniejszej książki.
Na zdjęciach widać zamieszanie na boisku, po bardzo poważnej kontuzji. Adalbert (Béla) Steiner, pochodzący z Banatu i reprezentujący Rumunię, złamał prawą nogę w spotkaniu z Peru. Działo się to 14 lipca, a był to zaledwie mecz numer 4. Steiner był obrońcą (gwiazdą klubu CS Chinezul Timişoara, choć tuż przed mundialem grał już w CA Timişoara), a nieszczęście spotkało go po starciu z Luisem Souzą-Ferreirą. Natychmiast odwieziono go do szpitala, ale kontuzja okazała się tak poważna, że musiał zakończyć piłkarską karierę*.
Mecz był pełen nieczystych zagrań. Ciężkiej kontuzji kolana doznał też drugi Rumun, Constantin Stanciu, co jednak nie przeszkodziło mu kuśtykać po boisku i... strzelić gola. Podobno po uderzeniu padł na murawę i zaczął wić się z bólu. "W pokojach chłopaków czuć tylko spirytus i jodynę. (...) To jak szpital polowy" - notował potem w pamiętniku Rudy Wetzer, bo cała drużyna rumuńska była mocno poobijana. W 58. minucie, po kolejnym faulu, Peruwiańczyk Plácido Galindo został wyrzucony z boiska, jako pierwszy gracz w historii mistrzostw świata.
Zwróćmy jeszcze uwagę na zdjęcie i puste trybuny w tle. To kolejny ważny dowód. Mecz na Estadio Pocitos oglądało zaledwie około 300 widzów! To niechlubny rekord najniższej frekwencji, choć FIFA podaje wziętą z sufitu liczbę 2549 kibiców (sic!)*.
Czternaście flag
Pomysł na książkę o mundialach wziął się też od... pocztówki, wydanej w Montevideo tuż przed pierwszymi MŚ. Startowało wówczas tylko 13 reprezentacji, a widzimy 14 flag. Tajemnicza sprawa!
W tej zagadce nie chodzi o barwy Serbii zamiast Jugosławii (czwarta flaga po lewej stronie), bo zasadniczo nie jest to błąd. Reprezentacja Jugosławii w 1930 r. była de facto drużyną Serbii, o czym piszę w innym miejscu.
Ta 14. flaga, po lewej stronie na samym dole, to barwy Bułgarii, która nie grała wtedy na mundialu.
Wertowałem wszelkie źródła i nigdzie nie znalazłem ani słowa o kraju z Bałkanów. Pojawiają się informacje, że na przykład w turnieju wystartować mieli piłkarze Egiptu, ale nie zdążyli na statek. Ale o Bułgarii nie ma ani słowa. Znajdowałem poszlaki. Jugosławia ostatni mecz przed MŚ, zaledwie dwa dni przed podróżą do Urugwaju, grała właśnie z Bułgarią. Może Bułgarzy też deklarowali chęć gry w mistrzostwach, lecz zrezygnowali w ostatniej chwili? Albo ktoś wysłał informację o starcie Bułgarii do Urugwaju i stąd ta flaga?
Jeden z czytelników mojej strony na Facebooku Historia Mundiali podsunął mi książkę Rumena Pajtaszewa Футбол. История на световните първенства (Futbol. Historia mistrzostw świata), wydaną w 2006 r. Bułgarski autor pisze, że wyjazd nie doszedł do skutku, bo zawodnicy nie dostali urlopów, a federacja nie miała pieniędzy (podobno koszt obliczano na 2850 dolarów). Pajtaszew nie podaje jednak, czy władze piłkarskie z tego kraju wykonały jakieś formalne ruchy. Czy zgłoszenie Bułgarii dotarło do FIFA? W archiwach federacji nie ma śladu takich działań.
Pocztówka z flagą wydawała mi się jednak dowodem, że kwestia startu Bułgarii na mundialu była znana w Urugwaju. Dopiero kwerenda prasy przyniosła efekt i chyba rozwiązanie tej zagadki. Otóż na początku lipca 1930 r. francuska gazeta "Paris Midi" doniosła (nie podając źródła), że Bułgaria w ostatniej chwili podjęła decyzję o udziale w mistrzostwach. Takie wieści rzeczywiście spłynęły do Urugwaju, gdzie cytowano francuską gazetę. Inna sprawa, że doniesienia te nie zostały dobrze przyjęte, bo było pewne, że Bułgaria nie dotrze na czas (turniej zaczynał się 13 lipca, a statkiem podróżowało się ponad dwa tygodnie). Jak wiadomo, Bułgaria do Urugwaju nawet nie wyruszyła. Ale mamy, chyba, wytłumaczenie, skąd jej flaga na pocztówce - zapewne grafik czerpał swoją wiedzę z niesprawdzonych doniesień prasowych.
Brutalny turniej
Nie tylko Steiner z Rumunii złamał nogę. W rozegranym 17 lipca meczu Jugosławia - Boliwia spotkało to także boliwijskiego prawoskrzydłowego Gumercindo Gómeza. Już na początku spotkania (w ósmej lub dziewiątej minucie, choć natknąłem się też na relacje, że w 15., a nawet, że stało się to na początku drugiej połowy - przyjmijmy jednak, że ok. dziesiątej minuty) zderzył się z kapitanem Jugosławii Ivkoviciem. To było podwójne złamanie prawej nogi. Encyklopedia piłkarskich mistrzostw świata Andrzeja Gowarzewskiego podaje, że zawodnik mógł opuścić Urugwaj dopiero po sześciu tygodniach. Nigdy na mundialu nie widziano tak strasznej kontuzji. Gómez otrzymywał setki wyrazów sympatii. W szpitalu odwiedzili go m.in. zawodnicy Urugwaju. Boliwijczyk złamał nogę przy stanie 0:0, jego drużyna jeszcze wytrwała do przerwy (powtórzmy - nie było wtedy zmian!), ale ostatecznie uległa Jugosławii aż 0:4.
Pierwsza książka o mundialu
Tuż po turnieju, w sierpniu 1930 r., w Montevideo ukazał się Album. Primer Campeonato Mundial de Football. Jego redaktorem był Arturo Carbonell Debali, a wydawcą Impresora Uruguaya S.A., przy udziale AUF (Urugwajskiej Federacji Piłki Nożnej). Pełne zdjęć i opisów meczów dwujęzyczne wydawnictwo (tekst po hiszpańsku i po francusku) miało tylko trzy tysiące nakładu, a egzemplarze były numerowane. Publikacja ta to "mroczny przedmiot pożądania" kolekcjonerów, bo cena dobrze zachowanej pozycji sięga dziś kilku tysięcy dolarów. Obok urugwajskich gazet z 1930 r. jest to najważniejsze źródło dotyczące premierowej edycji MŚ.
Kontuzji zdarzało się co niemiara, na przykład w półfinale z Argentyną odniosło je aż kilku Amerykanów. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy było marne sędziowanie. Arbitrzy różnili się w interpretacji przepisów. Jedna z gazet wspomniała nawet o "sędziowskiej wieży Babel". Popełniano rażące błędy. Na przykład Gilberto de Almeida R?go z Brazylii zakończył mecz Argentyna - Francja aż sześć minut za wcześnie. Argentyna prowadziła wtedy 1:0 po rzucie wolnym Luisa Montiego z 81. minuty, lecz Francja atakowała. Sędzia przerwał mecz, gdy akurat na bramkę rywala mocno nacierał Marcel Langiller. W 84. minucie! Zawrzało, Francuzi protestowali, a część miejscowych widzów, liczących na porażkę Argentyny, wbiegła na boisko. Interweniowała policja, niektórzy gracze pobiegli do szatni. Sędzia R?go przyznał się do błędu i postanowił wznowić spotkanie. Grano więc dalej, ale bramki już nie padły. Po meczu publiczność zgotowała owację zespołowi z Europy i nieprzychylnie odnosiła się do reprezentacji sąsiada znad La Platy, "odwiecznego wroga". Z tego względu działacze z Buenos Aires zagrozili nawet wycofaniem drużyny z turnieju.
W sędziowaniu tego meczu było jeszcze coś niespotykanego, dziś wprost niewyobrażalnego. Na liniach biegali bowiem Ulises Saucedo i Costel Rădulescu, czyli... trenerzy, bo pierwszy prowadził Boliwię, a drugi Rumunię. Z kolei inny sędzia, Urugwajczyk Francisco Matteucci, zatrudnił się jako... masażysta ekipy Meksyku. Chlubnym wyjątkiem wśród arbitrów okazał się Belg John Langenus, który sędziował mecz Urugwaj - Peru, na otwarcie stadionu Centenario, a potem trudne spotkanie Argentyna - Chile (kiedy to doszło do wielkiej bójki zawodników) oraz półfinał Argentyna - USA. Robił to tak dobrze, że powierzono mu także prowadzenie finału.
Koleżeńska dziennikarska życzliwość
W ostatnim meczu Francji (0:1 z Chile) zagrał Célestin Delmer. Tyle że nad Sekwaną nikt się wtedy o tym nie dowiedział, ponieważ dwaj inni francuscy piłkarze, Augustin Chantrel i Marcel Pinel, byli jednocześnie korespondentami prasowymi, a za Delmerem, delikatnie rzecz ujmując, nie przepadali. W związku z tym w sprawozdaniach z meczu taktownie go... pominęli. Błąd się powielał, bo Delmera nie było w składzie także w oficjalnym albumie z mundialu. Zamiast niego miał wystąpić Maschinot. Ale tak naprawdę zagrał Delmer. Widać go wyraźnie na zdjęciach z meczu. Fotografie zdemaskowały niecne zamiary Chantrela i Pinela.
Szczupłość europejskiej reprezentacji sprawiła, że na palcach jednej ręki można było policzyć dziennikarzy ze Starego Kontynentu. Z Rumunii był Moritz (Bica) Beilis (bukareszteńska "Gazeta Sporturilor", ale też austriacki "Vienna Sportsblatt" i gazety francuskie), z Jugosławii Bora Jovanović (belgradzka "Politika"), a z Francji Pierre Billotey (paryski "Le Journal"). Poza tym relacje wysyłali wspomniani dwaj francuscy piłkarze, a także kierownik reprezentacji, Caudron. Prasę wspomagali również działacze Jugosławii. W rolę korespondenta wcielał się też belgijski sędzia John Langenus.
Podstawa Pucharu Świata - odkrycie z 2014 roku
Nagrodą dla zwycięzcy był Coupe du Monde de Football Association, statuetka przez Francuzów nazwana Victoire ailée, czyli Skrzydlatą Nike, w Polsce znana bardziej jako Złota Nike. Miała 30 centymetrów wysokości, ważyła 3800 gramów (w tym 1800 gramów 18-karatowego złota). Wykonał ją francuski rzeźbiarz Abel Lafleur, a do Urugwaju przywiózł osobiście Jules Rimet. Drużyna, która trzy razy wygra mistrzostwa świata, miała ją zdobyć na własność. W 1970 roku dokonała tego Brazylia, ale już wcześniej puchar stracił oryginalną podstawę, wykonaną z półszlachetnego kamienia lapis lazuli. Nikt nie potrafił stwierdzić, co się z nią stało, a w 1954 roku puchar zyskał nową "bazę". Tym większym szokiem było znalezisko z 2014 roku. "To jak odkrycie egipskiej mumii" - powiedział David Ausseil, jeden z dyrektorów powstającego wtedy w Zurychu World Football Museum (otwarto je w 2016 roku). To właśnie przy okazji tworzenia muzeum przeszukiwano magazyny i piwnice w siedzibie FIFA. Dziś oryginalny fragment Złotej Nike jest jednym z głównych eksponatów - ma dziesięć centymetrów wysokości i ośmioboczny kształt.
Losy Pucharu Świata są bardzo tajemnicze. Został skradziony w 1983 roku z siedziby federacji Brazylii i podobno złodzieje przetopili go na złoto. Nie ma jednak pewności, że... był to oryginał. Przez dziesięciolecia wykonano bowiem kilka kopii, zrobili to na przykład Anglicy, gdy trofeum skradziono przed mistrzostwami w 1966 roku. Wciąż pojawiają się też spekulacje, że domniemani złodzieje wcale Złotej Nike nie przetopili.
19 grudnia 1983
W siedzibie brazylijskiej federacji piłkarskiej przy Rua da Alfândega w centrum Rio był tylko jeden stróż, nieuzbrojony. Zamiast w sejfie Puchar Świata znajdował się w Sali Trofeów (Sala de Troféus Jo?o Lyra Filho). Niby za kuloodporną szybą, ale ta była... w drewnianym obramowaniu, łatwym do rozebrania. "Nic nie widziałem, bo rzucili mnie na ziemię, zawiązali oczy i zawlekli do windy" - zeznał strażnik.
Po paru tygodniach policja podała, że prawdopodobnie "puchar nie należy już do nikogo". Podobno w kradzież był zamieszany jeden z urzędników federacji piłkarskiej i dwóch paserów, nikogo jednak nie skazano. Według oficjalnej wersji puchar przetopiono na sztabki złota. A żeby mitologia miała sens, zrobił to rzekomo Argentyńczyk (najcenniejsze trofeum Brazylii zniszczył więc największy piłkarski wróg). Ale do dziś krążą rozmaite plotki, na przykład że kradzież zlecił jakiś kolekcjoner. W tej wersji Puchar Świata wciąż istnieje i stoi gdzieś w prywatnej rezydencji... A teorię tę uprawdopodobnia to, że zniknęła wówczas nie tylko Nike, ale i puchar za drugie miejsce dla Brazylii w MŚ 1950 oraz Puchar Niepodległości za turniej Minicopa z 1972 r.
W 1997 r. Złota Nike pojawiła na jednej z aukcji. Kupiła ją... FIFA, za ogromną sumę 254 500 funtów. Zrodziło to spekulacje, że może chodzić o oryginał. FIFA ogłosiła jednak, że to replika, wykonana w 1966 r.
Treningi na pokładzie
Do legendy pierwszych mistrzostw świata przeszła podróż liniowcem Conte Verde. Na pokładzie tego transatlantyku przypłynęły do Montevideo cztery reprezentacje: Rumunii, Francji, Belgii oraz Brazylii, która dosiadła się w Rio. Z Europy płynęło się dwa tygodnie, ale trzeba doliczyć jeszcze podróż pociągiem; na przykład Belgowie, żegnani przez ambasadora Urugwaju Enrique Buero, wyruszyli z Brukseli aż do Barcelony, gdzie zaokrętowali się 22 czerwca.
Wcześniej, 21 czerwca w Genui, na pokładzie zagościła Rumunia (pociągiem wyjechała 18 czerwca). Potem w Villefranche-sur-Mer pojawili się Francuzi. Ten port był za mały, by wpłynął tam ogromny Conte Verde, zawodnicy podpłynęli więc na statek barkami. Towarzyszył im prezydent FIFA Jules Rimet, który miał ze sobą statuetkę dla zwycięzcy, Złotą Nike. Był też Węgier Mór Fischer, wiceprezydent światowej federacji, oraz sędzia Claude Georges Balvay. Z Belgami dosiedli się kolejni sędziowie, John Langenus i Henri Christophe. Obok trenerów reprezentacji byli też nieliczni działacze, a Francuzi zabrali również masażystę (popularny Raphaël Panozetti).
Conte Verde - pływający hotel
Ten legendarny "mundialowy" statek powstał w Szkocji dla Lloyd Sabaudo Line, pływał od 1923 r., najpierw na trasie z Genui do Nowego Jorku, a potem do Ameryki Południowej, do Rio de Janeiro, Montevideo i Buenos Aires. Był ogromny i luksusowo wyposażony, niektóre sale wyglądały jak w pałacach. Dekoracje, malowidła, witraże, ornamenty i rzeźby wykonali włoscy rzemieślnicy z Florencji. Okręt zabierał grubo ponad dwa tysiące pasażerów i ponad 400 członków załogi. Nazwę Conte Verde (Zielony Książę) nadano na cześć Amadeusza VI, dawnego hrabiego Sabaudii.
W końcu lat 30. kursował już z Włoch do Szanghaju. W czasie drugiej wojny światowej, w 1942 r., został wydzierżawiony przez sojuszniczą Japonię i pod nazwą Teiko Maru uczestniczył w rejsach wymiany internowanych obywateli USA na obywateli Japonii. W 1943 r., po kapitulacji faszystowskich Włoch, został zatopiony w porcie w Szanghaju przez włoską załogę, by nie stał się własnością Tokio. Japończycy jednak podnieśli wrak i długo go reperowali. W 1945 r. statek, pod kolejną nazwą Kotobuki Maru, został poważnie zniszczony przez lotnictwo USA w okolicach Kyoto. Ostatecznie zezłomowano go w 1949 r.
Drużyny próbowały trenować na pokładzie, a kapitan statku, Giuseppe Rizzo, nie tylko nie miał nic przeciwko, ale jeszcze dopingował zawodników. Oczywiście o grze w piłkę nie było mowy, za to gracze robili przebieżki i wykonywali rozmaite ćwiczenia, w siłowni podnosili ciężary, z krzeseł robili tory przeszkód. "Ćwiczyliśmy - rozciąganie, skakanie, bieganie po schodach, podnoszenie ciężarów. Były tam również baseny, z których wszyscy korzystaliśmy. Przypominało to obóz wakacyjny. Tak naprawdę nie zdawaliśmy sobie sprawy, na jak ważną imprezę płyniemy do Urugwaju. Dopiero po latach doceniliśmy nasze miejsce w historii" - opowiadał Lucien Laurent.
Zajęcia prowadzili sami piłkarze. Z Francji na mundial nie wyruszył selekcjoner Gaston Barreau. Pracował w paryskim Konserwatorium Muzycznym i tłumaczył się, że nie dostał urlopu. Było wszak jasne, że sprzeciwiał się wyjazdowi reprezentacji. Zastępował go Jacques Caudron, urzędnik francuskiej federacji, a treningi prowadzili Edmond Delfour albo Émile Veinante, więc statystycy także ich powinni chyba zaliczać do grona szkoleniowców, jako "grających trenerów". Podobnie ćwiczenia w przypadku Rumunów prowadził kapitan reprezentacji, Rudy Wetzer. Ale dopiero w Urugwaju drużyny zaczęły intensywnie się przygotowywać, rozegrano nawet sparing Francja - Rumunia (4:2).
Conte Verde wpłynął do portu w Montevideo 5 lipca, a piłkarzy witały tłumy. Ciekawostką jest fakt, że Rumunia nie utrzymywała jeszcze stosunków dyplomatycznych z Urugwajem i jej zawodnicy przechodzili odprawę... w biurach konsulatu Argentyny. Czwarta drużyna z Europy podróżowała osobno. Jugosławia wyruszyła na turniej 17 czerwca pociągiem z Belgradu, a 20 czerwca zaokrętowała się w Marsylii na pokładzie Floridy. W Urugwaju zameldowała się 8 lipca, jej podróż trwała więc trzy tygodnie.
Najdłużej w drodze była jednak reprezentacja Meksyku, która wystartowała już 3 czerwca pociągiem, by 5 czerwca wypłynąć z Veracruz przez Hawanę do... Nowego Jorku. Dopiero stamtąd, razem z ekipą USA, Meksykanie udali się we właściwy rejs do Montevideo, przez Bermudy, Rio i Santos, a metę osiągnęli 1 lipca. Eskapada trwała więc prawie miesiąc. Morzem początkowo podróżowała też ekipa Peru.
Statki mundiali
Na przedwojenne mistrzostwa podróżowano koleją i statkami. To jeszcze nie była era lotów, szczególnie tych transoceanicznych. Podróże morzem były uciążliwe i długie, a należało jeszcze wrócić - na przykład Rumuni obliczyli, że cały ich wyjazd do Urugwaju trwał 65 dni. Oto unikalny wykaz statków mundiali:
1930
Orizaba - Meksykanie wypłynęli już 5 czerwca z Veracruz, najpierw do Nowego Jorku (podróż pociągiem do Veracruz rozpoczęła się już 3 czerwca).
Munargo - Meksykanie razem z ekipą USA zaokrętowali 13 czerwca w Hoboken, a w Montevideo byli 1 lipca.
Conte Verde - tym luksusowym liniowcem płynęły Rumunia (zaokrętowała 21 czerwca w Genui), Francja (21 czerwca w Villefranche-sur-Mer), Belgia (22 czerwca w Barcelonie) oraz Brazylia, która dołączyła 2 lipca w Rio. Conte Verde dopłynął do Montevideo 5 lipca. Ale jeden z Brazylijczyków, Araken Patusca (wraz z żoną), był na miejscu już 4 lipca, na statku z Santosu General Osorio. Z kolei kilku innych dotarło dopiero 10 lipca na pokładzie Almanzory.
Orcoma - tym statkiem, wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej, podróżowała ekipa Peru. Start nastąpił 25 czerwca w Callao, a 2 lipca przybito do chilijskiego portu Valparaíso. Potem drużyna jechała pociągiem do Buenos Aires (razem z zespołem Chile), skąd krótkim rejsem przez La Platę dopłynęła do Montevideo, a meta została osiągnięta 5 lipca.
Florida - Jugosławia podróżowała z Europy sama, okrętując się w Marsylii 20 czerwca. W Montevideo była 8 lipca.
1934
Na turniej do Włoch pięć reprezentacji płynęło następującymi statkami: Conte Biancamano - Brazylia, Neptunia - Argentyna, Helwan - Egipt, Roma - USA, Orinoco - Meksyk.
1938
Do Francji drogą morską podróżowały trzy zespoły, wykorzystując w tym celu następujące jednostki: Arlanza - Brazylia (rywale Polaków wyruszyli z Rio 30 kwietnia, a w Cherbourgu byli 15 maja), Baloeran - Indie Holenderskie (rejs z Batawii, ob. Dżakarta, do Marsylii 27 kwietnia - 17 maja), Queen Mary - Kuba.
1950
Sises - jako jedyna statek wybrała wtedy ekipa Włoch.
Zainteresowani czytelnicy zapewne sami będą próbowali dociekać, jakimi statkami wracano.
Samolotem pierwsza na mistrzostwa świata przybyła w 1938 r. ekipa Norwegii, która lądowała na podparyskim lotnisku Le Bourget 2 czerwca. Po niej była Szwecja, 9 czerwca.
Króciutki rejs przez La Platę odbyła Argentyna, a drogą lądową przybyły ekipy Chile (pociągiem przez Andy, razem z kadrą Peru) i Paragwaju. W ostatniej chwili zdążyła Boliwia. W tym kraju doszło do zamachu stanu, w La Paz i Oruro toczyły się walki, a władzę przejęło wojsko pod dowództwem generała Carlosa Blanco Galindo. Drużyna pojawiła się w Montevideo dopiero 11 lipca, zaledwie dwa dni przed turniejem. Serdecznie witani piłkarze wykonali nader sympatyczny gest wobec gospodarzy. Przed pierwszym meczem, z Jugosławią, wyszli na boisko w prawdopodobnie najbardziej oryginalnych strojach w dziejach MŚ - koszulkach z namalowanymi wielkimi literami. Gdy Boliwijczycy ustawili się w szeregu do zdjęcia, powstał napis "Viva Uruguay".
Zagadka pierwszego hat tricka
Według FIFA to Bert Patenaude (USA) jako pierwszy w historii zdobył w jednym meczu MŚ trzy bramki. Ale za życia nigdy nie był za takowego uznany! FIFA ogłosiła to bowiem w specjalnym komunikacie dopiero w 2006 r., czyli 76 lat po meczu i 32 lata po śmierci zawodnika (zmarł w 1974 r.). Chodzi o gole z Paragwajem, w meczu rozegranym 17 lipca 1930 r., który Stany Zjednoczone wygrały 3:0.
W wielu źródłach jedno z trafień przypisuje się albo innemu z Amerykanów (Tomowi Florie lub Billy'emu Gonsalvesowi), albo traktuje jako gola samobójczego (Aurelio Gonzáleza z Paragwaju). W ślad za tymi wersjami za autora pierwszego hat tricka uznawany jest Guillermo Stábile z Argentyny, który trzy bramki - bez żadnych wątpliwości! - zdobył przeciwko Meksykowi, dwa dni po meczu USA - Paragwaj.
Batalię o "amerykańskiego hat tricka" prowadził dziennikarz, a zarazem historyk futbolu Colin Jose z Kanady. Powoływał się na relacje prasowe z 1930 r. poświęcone starciu USA - Paragwaj, cytował wywiady z zawodnikami grającymi w tym spotkaniu. W końcu FIFA opublikowała komunikat przyznający pierwszeństwo Patenaude. Nie ma niestety zapisu filmowego meczu USA - Paragwaj, co mogłoby przesądzić sprawę. Bo na artykuły przywoływane przez Colina Jose można odpowiedzieć jeszcze większą liczbą cytatów z 1930 r., według których Patenaude wcale nie zdobył trzech bramek. Zwolennicy Amerykanina powołują się głównie na argentyńską gazetę "La Prensa", która zamieszczała grafiki mające pokazywać, jak padł dany gol. Rzeczywiście, w tym periodyku trzykrotnie "rozrysowano" bramki Patenaude. Problem w tym, że inne gazety podawały całkiem odmienne wersje. Niektóre nie zaliczały Amerykaninowi ani jednej bramki, twierdząc na przykład, że dwie z nich zdobył Gonsalves, a jedną Florie. Inne podawały, że strzelali Gonsalves, Gallagher i Florie. Z kolei w oficjalnym albumie mistrzostw na konto Patenaude zaliczono dwa gole, a jednego przyznano Gonsalvesowi. Na podstawie prasy nie sposób przesądzić, kto zdobywał bramki.
Sam odnalazłem jeszcze inny przykład - sprawozdanie z meczu Jugosławia - Boliwia (4:0), rozegranego także 17 lipca, również na Parque Central, ale przed (!) spotkaniem USA - Paragwaj. W składzie delegacji Jugosławii był dziennikarz Bora Jovanović. Pisząc o meczu reprezentacji własnego kraju, podał, że trzy pierwsze gole strzelił Ivica Bek! Artykuł, gorąca relacja naocznego świadka, został opublikowany w numerze belgradzkiej "Politiki" 18 lipca, dzień po meczu. Czy może być lepsze źródło niż reporter, który doskonale rozpoznawał graczy Jugosławii i był członkiem ekipy? Mimo to Jovanović najprawdopodobniej się pomylił. Bo absolutnie wszystkie źródła (także serbskie!) podają obecnie, że gole strzelali kolejno: Bek, Marjanović, Bek, Vujadinović. O pomyłkę było przecież wówczas łatwo, a na dodatek praktycznie nikt nie przywiązywał wtedy wagi do kwestii "mundialowy hat trick". Ale może to właśnie Bek był pierwszy? Jeśli argumentem są gazety z epoki...
Wypada zauważyć, że oficjalne stanowisko FIFA niekoniecznie musi być prawdziwe. Per analogiam: w 2002 r. Brazylijczykowi Ronaldo przypisano samobójczy strzał Kostarykańczyka Luisa Marína. Ale sędzia wpisał w protokole meczowym samobója. Dopiero po formalnym proteście Ronaldo, kierując się nowymi wytycznymi w sprawie takich bramek, uznano racje Brazylijczyka. Przy "zielonym stoliku" wszystko można zmienić... Oczywiście za Patenaude przemawiają jeszcze snute po kilkudziesięciu latach opowieści jego kolegów z drużyny. Jest też zdanie ze sprawozdania szefa ekipy USA, Wilfreda Cummingsa: "Trzy gole zdobył Patenaude, wykorzystując podania ze skrzydeł". Problem w tym, że w oficjalnym protokole pomeczowym Patenaude w ogóle nie ma wśród strzelców, a dokument podpisywał... ten sam Cummings. Sprawa, jak się wydaje, nigdy nie zostanie więc ostatecznie rozstrzygnięta.
Jak to się zaczęło?
FIFA, czyli Fédération Internationale de Football Association, powstała w 1904 roku przy rue Saint-Honoré 229 w Paryżu*. Zebranie założycielskie (nazwane potem I Kongresem) było więcej niż skromne, całkiem inne niż o dziesięć lat wcześniejsze założenie MKOl, w roku 1894. Wtedy na Sorbonie zebrało się około dwóch tysięcy osób z 13 krajów, spoza Europy przybyli delegaci ze Stanów Zjednoczonych i Australii. FIFA zakładało zaś... ośmiu ludzi, na dodatek odbyło się to bez udziału przedstawicieli "ojczyzny futbolu", czyli Anglii. Już sam ten fakt świadczył o słabości organizacji. MKOl ledwie dwa lata po swoim powstaniu zorganizował igrzyska olimpijskie, a FIFA czekała na swoje mistrzostwa świata aż 26 lat.
Pierwotny statut, składający się ledwie z dziesięciu artykułów, głosił, że jedynie FIFA "ma prawo organizować międzynarodowe mistrzostwa"*. Ale pierwszy prezydent światowej federacji, Francuz Robert Guérin, początkowo miał w planach nie tyle mistrzostwa świata, co Europy*. II Kongres FIFA, który odbył się w dniach 10-12 czerwca 1905 w Paryżu, opracował szczegóły tego przedsięwzięcia. Piętnaście zespołów miało grać w czterech grupach. W pierwszej, tożsamej z British International Championship, czyli mistrzostwami brytyjskimi, miały rywalizować Anglia, Walia, Irlandia i Szkocja (choć wtedy nie były członkami FIFA!). Drugą miały tworzyć Belgia, Francja, Hiszpania i Holandia, trzecią - Austria, Szwajcaria, Węgry i Włochy, w czwartej zaś widziano Danię, Niemcy i Szwecję. Finałowe rozgrywki grupowych zwycięzców miały być częścią III Kongresu w szwajcarskim Bernie, w roku 1906. Oczywiście nic z tego nie wyszło. FIFA była nawet nie raczkującą, a embrionalną organizacją, a decydująca okazała się głęboka rezerwa Anglików wobec tych pomysłów. Ich federacja powstała już w 1863 roku, czyli 41 lat (!) przed FIFA. Chyba słusznie twierdzili, że na kontynencie futbol musi najpierw okrzepnąć, a dopiero potem można myśleć o rozgrywkach międzynarodowych. Na dodatek mieli swoje coroczne British International Championship, rozgrywane regularnie już od 1884 roku*.
Prezydenci FIFA
Robert Guérin (Francja) 1904-1906
Daniel Burley Woolfall (Anglia) 1906-1918
Jules Rimet (Francja) 1921-1954
Rodolphe Seeldrayers (Belgia) 1954-1955
Arthur Drewry (Anglia) 1955-1961
Stanley Rous (Anglia) 1961-1974
Jo?o Havelange (Brazylia) 1974-1998
Sepp Blatter (Szwajcaria) 1998-2015
Gianni Infantino (Szwajcaria) od 2016
W tej sytuacji pierwszym poważnym turniejem, w którym uczestniczyły drużyny z kontynentu, były mecze w ramach Igrzysk Olimpijskich w roku 1908*. Reprezentacja amatorów Anglii* pokonała w finale Danię 2:0. Obok złotych medali zwycięzcy dostali też Challenge Cup, ufundowany przez organizującą rozgrywki The Football Association (puchar znany też jako The Football Association's Trophy). Było to pierwsze trofeum międzynarodowe, przechodnie, bo miało zostać zwrócone przed kolejnymi igrzyskami. Co ciekawe, jego głównym elementem był posążek Nike - także pierwszy Puchar Świata będzie przedstawiał skrzydlatą boginię zwycięstwa.
W 1912 roku Anglicy obronili tytuł na igrzyskach w Sztokholmie, ponownie pokonując w finale Danię 4:2. Wtedy po raz pierwszy wprowadzono zasadę, że mogą startować tylko członkowie FIFA. W turnieju zmierzyło się 11 reprezentacji, wszystkie z Europy, a za organizację odpowiadał Szwedzki Związek Piłki Nożnej*. Jako trenerzy pojawili się wówczas najwięksi z wielkich, Pozzo z Włoch i Meisl z Austrii, którzy mocno zapiszą się w historii futbolu.
Anglik na pierwszym mundialu
Anglia dwa razy występowała z FIFA, najpierw miała przerwę w latach 1920-1924, potem 1928-1946. Debiutowała więc w MŚ dopiero w 1950 r. Ale już w pierwszym turnieju miała swojego przedstawiciela.
George Moorhouse grał w reprezentacji USA, był obrońcą, walnie przyczynił się do zdobycia trzeciego miejsca. Urodził się w Liverpoolu (1901), a za ocean wyemigrował w 1923 r., najpierw do Kanady, potem do Stanów Zjednoczonych. Miał epizod w zawodowej piłce na Wyspach, bo grał w trzecioligowym Tranmere Rovers.
Ten właśnie fakt służył potem do budowania fałszywej legendy, jakoby Amerykanie wystawili w Urugwaju drużynę byłych zawodowców z Wysp. Owszem, obok Anglika w składzie było jeszcze pięciu Szkotów, ale żaden z nich nie miał za sobą gry w profesjonalnych klubach Wielkiej Brytanii. Dopiero po MŚ dwaj z nich trafili do ligi angielskiej, James Brown do Manchesteru United, a potem Tottenhamu, Sandy Wood grał zaś w Leicester. Moorhouse został w USA i wystąpił też na drugim mundialu (1934), i to jako kapitan reprezentacji.
Nadchodziły przełomowe decyzje. Na kongresie w 1913 roku Holendrzy zgłosili propozycję, by rozgrywki olimpijskie były organizowane przez FIFA, pod jej pełną kontrolą, co mogło torować drogę do uznania ich za mistrzostwa świata. W roku 1914, na kolejnym zjeździe, w Kristianii (obecnie Oslo), delegat Szwajcarii wnioskował, by igrzyska uznać za mistrzostwa świata amatorów. Ale kolejne zawody, które miały odbyć się w Berlinie w 1916 roku, nie doszły do skutku z powodu wojny światowej. Temat na wiele lat umarł, a kolejny kongres FIFA odbył się dopiero w 1923 roku. W efekcie światowa federacja zajęła się organizacją zawodów piłkarskich w ramach IO dopiero w Paryżu (1924). Dodajmy, że wcześniej, w Antwerpii w roku 1920, na pierwszych powojennych igrzyskach olimpijskich, wygrała Belgia. Zresztą w kontrowersyjnych okolicznościach, Czechosłowacja bowiem, przegrywając w finale 0:2, zeszła z boiska i została zdyskwalifikowana (srebrny medal zdobyła Hiszpania, a brązowy Holandia). Turniej został poszerzony do 14 krajów, za organizację odpowiadała federacja belgijska, a po raz pierwszy grała drużyna spoza Europy, czyli Egipt*. Nieco ponad pięć miesięcy po tych zawodach szefem FIFA został Jules Rimet.
Pomnikowa postać
Jules Ernest Séraphin Valentin Rimet urodził się 24 października 1873 r., prezydentem FIFA był w latach 1921-1954, zmarł 16 października 1956 r.
Na czele światowej federacji stanął, mając prawie 48 lat, a mimo to jego kadencja okazała się najdłuższa w historii - trwała prawie 34 lata. Niezmiennie będzie kojarzyć się z romantyczną epoką futbolu i z mistrzostwami świata, których był współtwórcą, budowniczym i wykonawcą. Bez niego turniej by nie powstał, choć zasługi w tym względzie mieli też inni, a legenda "ojca mundiali" wynikała głównie z pełnionej funkcji. Nie brak głosów, że na przykład Henri Delaunay parł do mistrzostw znacznie mocniej - spory tych dwóch działaczy przez lata naznaczały działalność FIFA.
Rimet był Francuzem, człowiekiem głęboko religijnym, katolikiem. Uważał, że futbol pomaga kształtować charakter człowieka. Wierzył w uniwersalizm gry w piłkę, który tworzy sportową rodzinę, bez względu na rasę, wyznanie czy poglądy. W jego wizji futbol to nie tylko zabawa, ale i moralny rozwój, oparty na chrześcijańskich wartościach, sport wspomagający kształcenie takich cech jak solidarność i lojalność, dyscyplina i umiar. Był więc idealistą, ale z drugiej strony także zręcznym dyplomatą, umiejącym zapobiec rozłamom w FIFA. Torpedował pomysły na tworzenie federacji kontynentalnych (to nie przypadek, że UEFA powstała dokładnie w momencie, gdy Rimet przestał być prezydentem FIFA).
Sam nie grał za dobrze w piłkę, za to od wczesnej młodości realizował się jako działacz, założyciel i prezes klubu Red Star. Ten prawnik z wykształcenia był prezesem francuskiej federacji piłkarskiej w latach 1919-1949, szefem Narodowego Komitetu Sportu (Comité national des sports, CNS) 1931-1947, a na forum FIFA działał już od roku 1914.
Jego podróż przez Atlantyk w 1930 r. z Pucharem Świata w walizce to poruszająca opowieść. A jego wspomnienia L'histoire merveilleuse de la Coupe du monde (Wspaniała historia mistrzostw świata w piłce nożnej), wydane w 1954 r., to podstawowe źródło historii mundiali, choć w treści jest wiele autokreacji.
W 1946 r. w uznaniu zasług wieloletniego prezydenta mistrzostwa świata nazwano zawodami o Puchar Rimeta (ta nazwa funkcjonowała do 1970 r., gdy trofeum na własność zdobyła Brazylia).
W 1924 roku w Paryżu turniej olimpijski stał się de facto mistrzostwami świata, a startowali wszyscy chętni, bez eliminacji (Polska przegrała w pierwszej rundzie z Węgrami 0:5). Na turnieju nie pojawiła się Anglia, która twierdziła, że jej prawdziwi amatorzy nie będą rywalizować z "fałszywymi" amatorami z kontynentu. Ale - zauważmy! - zgłosiły się aż 22 drużyny* z czterech kontynentów. Dopiero na mundialu w 1982 roku będzie więcej drużyn! Spoza Europy przybyły USA, Egipt, Turcja, a przede wszystkim Urugwaj.
Nieznana siła w Paryżu
Nikt w Europie nie znał drużyny, która przypłynęła z Ameryki Południowej. Nikt nie spodziewał się, że Urugwaj wywróci hierarchię sił w futbolu. Szokiem był już pierwszy mecz, z Królestwem SHS (Królestwem Serbów, Chorwatów i Słoweńców, czyli pierwotną Jugosławią). Przybysze wygrali na Stade Olympique w Paryżu aż 7:0 (26 maja 1924 roku). Była to pierwsza runda turnieju, a na trybunach zasiadło tylko trzy tysiące widzów, bo "jakiś Urugwaj" nie stanowił przecież żadnej atrakcji. Anegdota głosi, że Jugosłowianie wysłali przed meczem szpiegów na trening rywali. Ci podobno się o tym dowiedzieli i udawali nieudaczników, którzy nie potrafią celnie podać piłki. Wysłannicy specjalni drużyny z Bałkanów orzekli więc, że nie ma się czego bać, bo zza Atlantyku przypłynęli "kelnerzy".
W istocie, drużyna Urugwaju była w Europie anonimowa. Słyszano o niej, ale przecież nikt nie widział, jak gra. Nigdy nie występowała na Starym Kontynencie (rozegrała tylko treningowe mecze przed IO z hiszpańskimi klubami). Pytano, jak malutki, wtedy ledwie dwumilionowy kraj może być dobry w futbolu? Na nikim nie robiło wrażenia, że to aktualny mistrz Ameryki - Urugwaj wygrał bowiem pod koniec 1923 roku Copa América na własnym terenie, pokonując w decydującym meczu Argentynę 2:0.
Ernesto Fígoli, ówczesny trener Urugwaju, stawiał na mieszankę rutyny i młodości. Z jednej strony w ataku grali doświadczeni Héctor Scarone i przede wszystkim Ángel Romano, dziś zapomniany. Był już za stary, by w roku 1930 zagrać na premierowym mundialu. W reprezentacji występował w latach 1911-1927, w 70 meczach zdobył 28 bramek, a obok złota olimpijskiego wywalczył aż sześć razy mistrzostwo Ameryki Południowej. Wielkie kariery zaczynali młodsi: José Pedro Cea, Pedro Petrone, José Nasazzi i przede wszystkim José Leandro Andrade. Nazywany Czarnym Cudem lub Czarną Perłą zawodnik był pierwszym czarnoskórym piłkarzem, który wspiął się na szczyt, a na paryskich igrzyskach został uznany najlepszym graczem. Warto też odnotować, że w bramce Urugwaju debiutował wówczas Andrés Mazali. On, tak jak Romano, nie zdobył potem w rodzinnym Montevideo mistrzostwa świata w 1930 roku. Ale nie dlatego, że skończył karierę - został wyrzucony z reprezentacji.
Futbol z innego świata
W Paryżu z Jugosławią gole strzelili Vidal, Scarone, Petrone (2), Cea (2) i Romano. Urugwajczycy byli nie tylko szybcy, ale przede wszystkim świetni technicznie. Ich dryblingi zaskakiwały, rywali i widzów szokowały też podania z pierwszej piłki i zmiany tempa gry. Francuska prasa piała z zachwytu, a podziwiano nie tylko atak Urugwajczyków. Podkreślano, że gra obronna Nasazziego to klasa sama w sobie. W kolejnych rundach Urugwajczycy pokonali USA 3:0, gospodarzy z Francji aż 5:1, Holandię 2:1 i w finale Szwajcarię 3:0. Na stadionie w Colombes (przedmieścia Paryża) oglądało ich już nie trzy, a ponad 40 tysięcy widzów. A w Montevideo, gdy ze złotymi medalami triumfalnie wpływali statkiem do portu, witało ich 100 tysięcy ludzi.
Urugwaj uznaje sukcesy z Paryża, a potem z Amsterdamu za równoznaczne ze zdobyciem mistrzostwa świata. Ma swoje racje. Były to wówczas jedyne ogólnoświatowe turnieje piłkarskie, a za ich organizację odpowiadała już FIFA, nie MKOl. I były to zawody masowe. W 1928 roku na igrzyskach wystąpiło 17 drużyn*, czyli - ponownie! - więcej niż na jakimkolwiek mundialu do 1982 roku. Urugwajczycy więc twierdzą, że igrzyska były de facto mistrzostwami świata. Jednak nie! Po pierwsze mogli grać w nich wyłącznie amatorzy, po drugie nie zdobywało się na nich żadnego tytułu "mistrza świata". Można co najwyżej powiedzieć, że igrzyska były odpowiednikiem światowego czempionatu. Urugwaj na takie dictum kontruje, że w 1924 roku profesjonalnie grało się w piłkę nożną jedynie na Wyspach (i to już od 1885 roku!), więc oprócz federacji brytyjskich prawo startu miały wszystkie najsilniejsze drużyny. Ale zapomina o jednym: w 1914 roku sama FIFA, na wspomnianym już kongresie w Kristianii, stanowiła: "Pod warunkiem że turniej olimpijski odbędzie się zgodnie z regulaminem FIFA, uzna ona to za mistrzostwa świata w piłce nożnej dla amatorów". Słowo "amatorów" jest oczywiście kluczowe. Dla Urugwaju to bez różnicy, bo zawodowstwo wprowadzono tam dopiero w 1932 roku i reprezentacje olimpijskie z lat 1924-1928 to najsilniejsze ekipy, jakie ten kraj mógł wystawić. Ale nie dla wszystkich ten znak równości istniał. W kontynentalnej Europie profesjonalizm wprowadzono w Austrii, Czechosłowacji i na Węgrzech już w latach 1924-1926, więc przynajmniej turniej olimpijski w 1928 roku na pewno nie był dla nich w pełni otwarty. To tak, jakby mistrza olimpijskiego w boksie traktować wtedy jak mistrza świata - przecież byłoby to fałszywe, bo najlepsi byli wtedy zawodowcy, a oni bili się w swoim gronie.
Cztery gwiazdki Urugwaju
Często pada pytanie: dlaczego Urugwaj, który wygrał dwa mundiale (1930 i 1950), ma na swoich błękitnych koszulkach jeszcze kolejne dwie gwiazdki? FIFA reguluje przecież kwestię ich umieszczania w art. 15 Playing Equipment, który stanowi, że tylko zwycięzcy mistrzostw świata mogą na swoim ubiorze (nie tylko na koszulkach, ale też spodenkach i getrach) mieć pięcioramienną gwiazdę, jedną za każdą wygraną. Tajemnica Urugwaju tkwi właśnie w tym, co wydarzyło się na IO w 1924 i 1928 r. To są dwie dodatkowe gwiazdki, choć FIFA nie uznaje złotych medali olimpijskich za równoznaczne ze zdobyciem mistrzostwa świata. Dobrze podsumowuje to jedna z publikacji FIFA: "Dwukrotny mistrz Urugwaj gra z czterema gwiazdkami na koszulkach (...). To pokazuje znaczenie przywiązywane do turniejów piłkarskich na igrzyskach olimpijskich w latach dwudziestych, oba okazały się wielkim sukcesem i zachęciły FIFA do zorganizowania mistrzostw świata w 1930 roku".
Wielki mecz FIFA - MKOl
Zbyt często zapomina się, że organizacja pierwszego mundialu w 1930 roku była wynikiem ostrej wojny FIFA z Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim. Po drugie - także wewnątrz FIFA toczyły się gorące spory. A po trzecie - wyznaczenie na gospodarza Urugwaju również było efektem gry sił i misternych operacji dyplomatycznych, a opozycja do ostatniej chwili chciała storpedować rozgrywki.
W opowieściach o mundialach obowiązuje zazwyczaj prosty schemat: FIFA chciała zorganizować turniej, ale nie za bardzo wiedziano, jak się do tego zabrać, na szczęście z nieba spadł chętny Urugwaj, na dodatek była to nagroda za jego zwycięstwa olimpijskie, a wszystko zawdzięczamy Jules'owi Rimetowi, który wszystko obmyślił, a potem uratował całe przedsięwzięcie, choć Europa nie chciała płynąć za ocean. Brzmi to jak bajka dla dzieci, i nie bez przyczyny - w rzeczywistości sprawy były znacznie bardziej skomplikowane.
Punktem spornym stała się oczywiście kwestia amatorskiego statusu piłkarzy, a konkretnie "zwrotu utraconych zarobków". MKOl zdecydowanie sprzeciwiał się jakimkolwiek gratyfikacjom dla sportowców, bronił "czystości" rywalizacji*. FIFA z kolei skłonna była uznać pewną formę wypłat dla zawodników.
Zaczęło się od Kongresu Olimpijskiego w Pradze, który odbył się w maju 1925 roku. Na czele MKOl stał już belgijski hrabia Henri de Baillet-Latour. Był bardzo zasadniczy, tak jakby chciał być świętszy od swojego poprzednika, słynnego francuskiego barona Pierre'a de Coubertina. W Pradze przyjęto jednoznaczną, ostrą definicję amatorstwa. Sportowcy nie mogli przyjmować żadnych pieniędzy, także "zwrotu utraconych zarobków" za okres startu w igrzyskach.
Choć FIFA jeszcze nie akceptowała w pełni zawodowstwa (stanie się to dopiero w 1931 roku), to wielu jej działaczy zaczęło protestować. Turnieje piłkarskie są dość długie, piłkarze muszą brać urlopy z pracy, nie zarabiają wtedy i trzeba im to zrekompensować. Gdyby FIFA zatwierdziła "zwrot zarobków" na swoim kongresie w Rzymie w 1926 roku, oznaczałoby to zerwanie więzi z MKOl i piłkarze nie mogliby uczestniczyć w igrzyskach olimpijskich. Na razie przyjęto więc zapis, że "rekompensaty za utracone zarobki są niedozwolone", ale zostawiono furtkę do płatności, bo dodano: "z wyjątkiem szczególnych przypadków, które zostaną ustalone przez każdą federację narodową". To nie zadowoliło Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, który jednak przecenił swoją siłę.
Ocal Amsterdam!
To był prawdziwy mecz stulecia, który na zawsze zmienił piłkę nożną. Więcej! Pojedynek Baillet-Latour kontra Rimet okazał się jednym z najważniejszych w całej historii sportu. Doszło do mnóstwa zgniłych kompromisów i nieoczekiwanych zwrotów akcji, a w efekcie futbol wyemancypował się i powstały osobne mistrzostwa świata.
FIFA miała znacznie mocniejsze karty. Turniej piłkarski w Paryżu w 1924 roku gromadził na trybunach tysiące kibiców i stał się podstawą finansowania igrzysk (mecze piłkarskie przyniosły jedną trzecią całego dochodu). Dlatego nawet wewnątrz MKOl ukuto hasło "Ocal Amsterdam!" i wzywano Bailleta-Latoura do porozumienia z piłkarską centralą. Chwilami wydawało się bowiem, że rozgrywek piłkarskich w 1928 roku nie będzie.
Baillet-Latour ostatecznie skapitulował, wedle zasady, że hipokryzja zawsze wygrywa. MKOl de facto pozwolił na udział piłkarskich "pozornych amatorów". W sierpniu 1927 roku ustalono, że "rekompensaty za czasowe opuszczenie miejsc pracy na czas zawodów" są możliwe, ale (uwaga!) pod warunkiem, że... nie będą przekazywane zawodnikom, a ich pracodawcom. "Na papierze" piłkarze pozostali więc amatorami, bo nie mogli dostać żadnych pieniędzy do ręki bezpośrednio od FIFA czy związków piłkarskich. Ale dla wszystkich było oczywiste, że pieniądze wypłacą im ich macierzyste zakłady pracy. Ta magiczna formuła była de facto ultimatum postawionym przez FIFA Międzynarodowemu Komitetowi Olimpijskiemu, który stał pod ścianą. Turniej piłkarski w Amsterdamie został w ten sposób uratowany, a złoty medal ponownie zdobył Urugwaj, który w finale pokonał Argentynę (pierwszy mecz zakończył się wynikiem 1:1 po dogrywce, w powtórce Urusi wygrali 2:1, a zwycięską bramkę zdobył Héctor Scarone).
Utrata dziewictwa a narodziny mundialu
Dochodzimy do kluczowego momentu. Baillet-Latour wybrał sukces ekonomiczny igrzysk kosztem wartości, o które podobno zabiegał. Ta utrata dziewictwa była jednak dla niego tak bolesna, że jeszcze przed amsterdamskimi zawodami, w maju 1928 roku, poinformował FIFA, że kompromis nie jest w żadnym wypadku ostateczny i musi zostać ratyfikowany przez Kongres Olimpijski. Nie wykluczał przy tym, że piłki nożnej może nie być na kolejnych igrzyskach, w 1932 roku. Doprowadziło to do ostatecznego rozłamu. Rimet jeszcze się wahał, za to mocno za osobnymi mistrzostwami świata optował jego rodak Henri Delaunay. Ten już w 1926 roku stwierdził: "Dzisiaj rywalizacji w międzynarodowym futbolu nie sposób już rozstrzygać w ramach igrzysk, bo wiele krajów, w których profesjonalizm jest uznawany i zorganizowany, nie może być reprezentowanych przez najlepszych graczy".
Zwróćmy uwagę na termin najważniejszego wydarzenia - FIFA podjęła decyzję o organizacji niezależnych mistrzostw świata zaledwie dzień przed turniejem piłkarskim w Amsterdamie. Dwudziestego szóstego maja 1928 roku Henri Delaunay zgłosił rezolucję i przegłosowano, co następuje: "Kongres FIFA postanawia zorganizować w roku 1930 mistrzostwa otwarte dla reprezentacji wszystkich stowarzyszonych związków. Komisja wyznaczona przez kongres zbada warunki organizacji tych rozgrywek. Projekt musi być przedstawiony podczas następnego kongresu do ostatecznej akceptacji". Głosowanie zakończyło się wynikiem 23:5, przeciwko były tylko Dania, Estonia, Finlandia, Norwegia i Szwecja, optujące za "czystym amatorstwem". Od głosu wstrzymały się Niemcy, gdzie także zawodowstwo było zakazane.
Rozstanie z MKOl stało się nieodwołalne. Rozgrywki olimpijskie ruszały następnego dnia, ale było już wiadomo, że po raz ostatni odbywają się w takiej formule, bo narodził się mundial. A gdy w 1931 roku FIFA w pełni uznała profesjonalizm, przepaść z MKOl była już nie do zasypania, wobec czego na igrzyskach w Los Angeles (1932) turnieju piłkarskiego nie zorganizowano.
Dokąd zmierzamy i po co?
Wypada cofnąć się w czasie, gdyż na spór z MKOl nakładał się spór wewnątrz FIFA. W samych szeregach światowej federacji piłkarskiej nie było jasnej wizji międzynarodowych rozgrywek. Na scenie znajdowali się już wielcy działacze, jak Hugo Meisl z Austrii czy Giovanni Mauro i Vittorio Pozzo z Włoch. W listopadzie 1926 roku Austria, Czechosłowacja, Węgry oraz Włochy i Szwajcaria ogłosiły, że zorganizują własny turniej - Puchar Międzynarodowy, czyli International Cup, zwany później Pucharem Europy Środkowej. Hugo Meisl był też orędownikiem rozgrywek klubowych i w 1927 roku zainaugurowano Mitropa Cup*.
FIFA musiała szybko reagować, chodziło wszak o kraje stanowiące o jej sile. A pojawiały się głosy, że Austriacy i Włosi będą dążyć do stworzenia mistrzostw całej Europy. W Ameryce Południowej już od 1916 roku istniała CONMEBOL i organizowała własny turniej, Copa América. Dlatego już 10 grudnia 1926 roku powołano w FIFA komisję ds. mistrzostw, na jej czele stanął Szwajcar Gabriel Bonnet, a obok niego znaleźli się Meisl i Delaunay, a także Mario Ferretti z Włoch i Felix Linnemann z Niemiec. Piątego lutego 1927 roku w Zurychu doszło do przełomowego spotkania tej komisji z Rimetem, a także innymi działaczami, Carlem Hirschmanem i Giuseppe Zanettim. Rozpisano ankietę wśród członków FIFA i na poważnie zaczęto studiować możliwość organizacji własnego turnieju.
Uniwersalna wizja Delaunaya
Nie było zgody co do częstotliwości, z jaką miałby odbywać się turniej, jego formuły i możliwych uczestników. Czy amatorzy mieli grać z profesjonalistami? Wyłoniły się trzy opcje. Meisl proponował Puchar Europy rozgrywany co dwa lata w grupach, a co cztery lata mistrzostwa świata, ale tylko z najlepszymi drużynami z Europy i Ameryki Południowej (ewentualnie z innych kontynentów). Delaunay uważał podobnie: Puchar Europy co dwa lata i Puchar Świata co cztery, ale w formule otwartej dla wszystkich związków zrzeszonych w FIFA (niezależnie od ich statutów, amatorskich czy dopuszczających zawodowstwo), a przy tym rozgrywanie zawodów systemem pucharowym. Linnemann, jak na Niemca przystało, bo oni sprzeciwiali się profesjonalizmowi, optował za dwoma odrębnymi turniejami o mistrzostwo globu. Amatorzy dalej walczyliby w ramach igrzysk, zawodowcy zaś rywalizowaliby osobno co dwa lata.
W końcu zaczęła przeważać uniwersalna wersja Delaunaya i to ona zwyciężyła. W ten sposób Francuz został "ojcem mundiali", tym bardziej że w roku 1928 w Amsterdamie to on zaproponował deklarację przesądzającą o organizacji MŚ otwartych dla wszystkich, bez barier. We wrześniu 1928 roku komisja nominowana przez kongres (Delaunay, Linnemann, Meisl i ponownie na czele Bonnet) ustaliła główne zasady. Począwszy od 1930 roku, mistrzostwa miały odbywać się co cztery lata. Startować mógł w nich każdy członek FIFA, a gdyby liczba chętnych przekroczyła 16, miano zorganizować eliminacje. Oczywiście każda federacja mogła wystawić tylko jedną reprezentację. Turniej finałowy miał odbywać się w jednym kraju, najlepiej w terminie od połowy maja do połowy czerwca, a trofeum fundowała FIFA. Henri Delaunay zapisał się w historii MŚ złotymi zgłoskami. Grono ojców założycieli było jednak znacznie szersze, a wiele postaci zostało zapomnianych.
Ojcowie z Urugwaju
We wszystkich popularnych publikacjach za jedynego ojca uznaje się Jules'a Rimeta. Jego rola bez wątpienia była wielka, ale też z biegiem lat wyolbrzymiona. Rimet wydał w 1954 roku autobiograficzną książkę L'histoire Merveilleuse de la Coupe du Monde i sam stworzył swoją mitologię, bo dzieło do dziś jest podstawą oficjalnej historiografii FIFA, cytowane bez zastrzeżeń. Powód wydania książki był, jak się wydaje, jasny - Rimet myślał o pokojowej Nagrodzie Nobla. Był nominowany w edycji 1956, zmarł jednak w październiku tamtego roku. Trudno przypuszczać, by miał jakiekolwiek szanse, na dodatek po interwencji sowieckiej na Węgrzech, w apogeum zimnej wojny, nagrody w ogóle wtedy nie przyznano.
Bądź co bądź, Rimet w swoich wspomnieniach opisuje, że na pomysł mundialu w Urugwaju wpadł już w 1925 roku (!) podczas spaceru nad Jeziorem Genewskim wraz z urugwajskim ambasadorem Enrique Buero. Wydaje się to mało prawdopodobne, a rzeczywistymi pomysłodawcami rozegrania turnieju w Ameryce Południowej byli dwaj działacze Nacionalu, najsilniejszego klubu z Montevideo. To José Usera Bermúdez i Roberto Espil.
Usera Bermúdez reprezentował Urugwaj na kongresie w Amsterdamie, gdy zapadła decyzja o stworzeniu mistrzostw świata*. Zwietrzył szansę i po powrocie, w lutym 1929 roku, wraz z Espilem opracował szczegółowy projekt. Autorzy podkreślali, że stulecie konstytucji Urugwaju zasługuje na niezapomniane wydarzenie sportowe, pisali też o wyróżnieniu za dwa złota olimpijskie. Oni pierwsi zaproponowali zwrot kosztów pobytu i zakwaterowania dla uczestników. Ich plan, spisany na ośmiu stronach maszynopisu i datowany na 18 lutego 1929 roku, był bardzo szczegółowy. Przewidywano nawet 32 złote medale dla zwycięzców i 15 srebrnych dla wicemistrzów. Już dzień później projekt przyjęła Rada Dyrektorów Nacionalu z dr. Melitonem Romero na czele, a 5 marca zrobiła to AUF, czyli urugwajska federacja piłkarska, którą kierował dr Raúl Jude. Plan mistrzostw w Urugwaju zyskał akceptację całej organizacji kontynentalnej, czyli CONMEBOL, 25 marca.
Amator z USA
Zgłębianie życiorysów piłkarzy przynosi fascynujące odkrycia. Oto uczestnik pierwszych MŚ, a jednocześnie medalista olimpijski w... hokeju na trawie! A na dodatek żołnierz drugiej wojny światowej spod Monte Cassino.
James C. Gentle (1904-1986) nie zagrał w żadnym meczu USA, ale był ważną osobą w drużynie. Znał hiszpański i w Montevideo odgrywał rolę tłumacza. W 1932 r. reprezentował USA na igrzyskach olimpijskich w Los Angeles w hokeju na trawie i zdobył brązowy medal (inna sprawa, że startowały wówczas ledwie trzy zespoły, USA, Indie i Japonia). W czasie drugiej wojny światowej walczył w Europie. Najpierw we Włoszech (36. Teksańska Dywizja Piechoty - desant w Salerno, potem Monte Cassino), a następnie z armią Pattona zajmował Niemcy. Po wojnie służył jako oficer w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Źródła podają, że na pierwszym mundialu był jedynym graczem amatorem w kadrze USA i pojechał do Urugwaju tylko ze względu na płynną znajomość hiszpańskiego. Występował w klubie z Filadelfii (Philadelphia Field Club).
Był też inny olimpijczyk, bo w reprezentacji Rumunii grał Alfred Fieraru (znany też pod nazwiskiem Eisenbeisser). On z kolei był łyżwiarzem figurowym i w konkurencji par mieszanych wystąpił na IO w 1936 r. w Garmisch-Partenkirchen. Wspólnie z Iriną Timcic zajął 13. miejsce (razem byli także wielokrotnymi mistrzami Rumunii).
Makiawelizm w Barcelonie
Powtórzmy: opowieść zazwyczaj jest prosta. Kandydaturę Urugwaju przyjęto jednogłośnie, bo kraj miał pieniądze i jego reprezentacja dwa razy wygrała igrzyska, a na dodatek Jules Rimet bardzo naciskał na ten wybór. Tylko skąd wiadomo o pragnieniach Rimeta? Ze wspomnianej, jego własnej, książki, w której twierdził wręcz, że Urugwaj wydawał się "oczywistym wyborem".
Oczywistym oczywiście nie był. Przeciwnie, organizacja turnieju w Urugwaju zaskakiwała. FIFA była przecież projektem europejskim, a Ameryka Południowa miała nikłe wpływy i znaczenie (dopiero w 1927 roku wspomniany już Buero został pierwszym jej przedstawicielem we władzach, od roku 1928 w randze wiceprezydenta). Właściwie nic nie wskazywało na wybór Urugwaju, a prawie wszystko na Włochy lub Hiszpanię.
Potem uzasadniano, że Urugwaj jako jedyne państwo mógł podołać organizacji MŚ, bo choć miał mniej niż dwa miliony ludności, to był nadzwyczaj silny gospodarczo i stabilny politycznie, nie przez przypadek nazywano go "Szwajcarią Ameryki Południowej"*. Ten mały demokratyczny kraj słynął nie tylko z bogactwa pochodzącego z handlu mięsem i wełną, ale też z postępowej polityki socjalnej, niektórzy wręcz twierdzą, że był prototypem państwa dobrobytu. Lecz wydaje się, że te czynniki nie odgrywały większej roli w przyznaniu mu organizacji mistrzostw świata i w rzeczywistości doszło do twardej rozgrywki, w której chodziło też o wpływy całej Ameryki Południowej.
Miejscem zasadniczych decyzji była Barcelona, gdzie w dniach 17-18 maja 1929 roku odbył się XVIII Kongres FIFA. Dyskusja, a właściwie kłótnia, dotyczyła najpierw finansowania mistrzostw (od tego momentu historia FIFA to nieustanny wyścig po pieniądze). Ostatecznie przyjęto (pracowała nad tym komisja kierowana przez Belga Rodolphe'a Seeldrayersa), że organizator pokryje wszelkie koszty, w tym przejazdu i pobytu wszystkich ekip, weźmie też na siebie ryzyko deficytu i pokryje ewentualne straty, z kolei pięć procent wpływów z biletów trafi do FIFA (federacja miała też pobierać po 200 dolarów amerykańskich tzw. opłaty startowej od każdego uczestniczącego kraju). To wtedy Urugwaj wyciągnął asa z rękawa i ogłosił, że ma już gwarancje rządowe. Tuż przed kongresem FIFA parlament tego kraju przyjął bowiem ustawę nr 8409*. Państwo dało federacji piłkarskiej dotację, 300 tysięcy pesos na organizację zawodów, a dodatkowo 200 tysięcy pożyczki na budowę nowego stadionu. Zrobiło to ogromne wrażenie, bo konkurenci takich gwarancji nie mieli. Na dodatek z całą mocą było widać, że turniej to dla Urugwaju sprawa najwyższej, państwowej wagi. A mimochodem polityka po raz pierwszy zyskała punkt styczny z piłkarskimi mistrzostwami świata.
Pierwsze pieniądze
Przychody z pierwszego mundialu wyniosły ponad 269 tysięcy pesos urugwajskich (dokładnie 269 135) i prawie w całości pochodziły ze sprzedaży biletów na mecze*. Na każdym było średnio ponad 32 tysiące widzów (łącznie 570 tysięcy). Organizatorzy w pełni wywiązali się ze zobowiązań wobec uczestników, płacili za ich podróże, pobyt itp. FIFA, która z biletów pobierała pięć procent, wyliczyła potem swój przychód na 64 293 franki szwajcarskie. Zarobiła też po 200 dolarów USD od każdego uczestnika (opłata startowa). Po odjęciu wydatków federacja odnotowała zysk netto 38 805 franków. Kwoty te nie robiły oszałamiającego wrażenia, ale to był dopiero początek...
W takich warunkach przystąpiono do wyboru gospodarza. Obok Urugwaju zgłosiły się Węgry, Szwecja, Holandia, Włochy i Hiszpania. Wydawało się, że Europa wygra, gdyż Szwedzi i Holendrzy szybko się wycofali i widmo rozbicia głosów się oddaliło. Jako pierwszy prezentację miał jednak Urugwaj. I choć szefem jego delegacji był sam Héctor Rivadavia Gómez, słynny działacz, twórca CONMEBOL*, i choć obecny był też urugwajski wiceprezydent FIFA Enrique Buero, to w przepięknym wnętrzu barcelońskiego ratusza* głos zabrał... delegat Argentyny, Adrián Beccar Varela.
Powiedział, że Urugwaj to kandydatura całej Ameryki. Podkreślał ogromny rozwój futbolu na kontynencie, czego niezbitym dowodem były medale olimpijskie. Nawiązał do stulecia konstytucji Urugwaju, mundial w Montevideo nazwał "zaszczytem dla całej Ameryki Łacińskiej". Dodał przy tym, że turniej podkreśliłby też jej związki z Europą. "Będzie to wydarzenie silnie łączące oba kontynenty, a także wzmacniające związki wszystkich narodów w FIFA". I to właśnie Argentyńczykowi przypisuje się bezapelacyjny triumf Urugwaju. Varela nie zobaczył jednak upragnionego turnieju, zmarł nagle już kilkanaście dni po kongresie FIFA; nie zdążył nawet wyjechać z Hiszpanii, los dopadł go w Madrycie.
Chwilę po przemówieniu Vareli wycofali się Węgrzy, którzy poparli Włochów. A ci... też zrezygnowali, ku konsternacji reszty Europy. Ich delegat Giovanni Mauro podkreślał silne związki jego ojczyzny z Urugwajem i Argentyną ("dom dla milionów imigrantów") i nagle oznajmił zdezorientowanym słuchaczom, że właściwie to bez różnicy, gdzie odbędzie się turniej, więc popiera Urugwaj. Włosi nie mieli gwarancji rządowych i tym tłumaczono ich rejteradę, ale zwolennicy spisku widzieli w tym makiaweliczne zagranie. Niby Włochy zapewniały o wsparciu dla Urugwaju i podkreślały "związki krwi" z Ameryką, ale tak naprawdę wystawiały FIFA do wiatru i zmuszały ją do niechcianego mundialu za oceanem, mszcząc się w ten sposób za torpedowanie przez Rimeta ich Pucharu Międzynarodowego, który chcieli przekształcać w wielki turniej dla reprezentacji z całej Europy. Chwilę potem swą kandydaturę wycofała też Hiszpania, również bezsilna wobec finansowych warunków zaproponowanych przez Urugwaj. Obiecała za to, że wyśle do Ameryki Południowej najsilniejszą reprezentację.
Wielkie rozczarowanie Barcelony
W mieście, gdzie decydowano o organizacji pierwszego mundialu, dopiero co powstał duży Stadion Olimpijski (Estadi Olímpic de Montju?c), mieszczący ponad 60 tysięcy widzów. Wówczas nazywał się jeszcze Estadio de la Exposición, bo Barcelona zbudowała go na Wystawę Światową, którą otwierano dwa dni po kongresie FIFA (wtedy też, 20 maja 1929 r., rozegrano pierwszy mecz na nowym obiekcie).
Miasto myślało o igrzyskach w 1936 r., ale i o piłkarskich mistrzostwach w 1930 r. Rozczarowanie przebiegiem kongresu FIFA było więc duże. Potem Hiszpania jako jedna z pierwszych, już w lutym 1930 r., odmówiła Urugwajowi przyjazdu na turniej.
Stadion Olimpijski nigdy nie gościł mundialu, bo w 1982 r. w Barcelonie grano na Camp Nou i Estadio de Sarria. Za to wykorzystywano go do prób ceremonii otwarcia MŚ. Mocno przebudowany był natomiast areną IO w 1992 r.
Tak oto, ku zaskoczeniu wielu, Urugwaj został sam na placu boju. Wyznaczono go nie przez aklamację (tego zakazywał regulamin), a przez jednomyślne głosowanie, a przedstawiciele żadnego z 23 krajów, wśród których znajdowali się także Polacy, nie byli przeciw. Od razu powołano komitet organizacyjny, a w jego skład weszli Enrique Buero (Urugwaj), Mór Fischer (Węgry), Carl Hirschman (Holandia), Anton Johansson (Szwecja) i Giuseppe Zanetti (Włochy). W Barcelonie podano też wstępny termin zawodów - miały odbywać się od 15 lipca do 15 sierpnia 1930 roku i daty te znalazły się potem na oficjalnym plakacie. Decyzję o organizacji światowego czempionatu podjęto w 25. rocznicę założenia FIFA.
Data na plakacie
Mundialowy Katar w listopadzie i grudniu 2022 r. to złamanie tradycji, bo mistrzostwa zawsze, bez wyjątku, odbywały się w maju, czerwcu lub w lipcu. Najwcześniej turniej rozpoczął się w 1934 r. we Włoszech, bo już 27 maja, z finałem 10 czerwca. A najpóźniej podczas opisywanej premiery w Urugwaju - start 13, a finał 30 lipca (mecz o złoto 30 lipca rozegrano też w Anglii w 1966 r.).
Mundial wyszedł poza lipiec tylko raz, i to wyłącznie na plakacie. Afisz autorstwa Guillermo Laborde podaje planowany termin, czyli 15 lipca-15 sierpnia. Błędnie, ale urugwajscy organizatorzy urządzili konkurs na oficjalny plakat już w 1929 r., gdy dokładna data zawodów nie była jeszcze znana. Mimo błędu przedstawiający bramkarza w efektownej paradzie plakat Laborde stał się ikoną mundiali.
Jednogłośnie, ale za bojkotem
W pierwszych mistrzostwach świata wystąpiło zaledwie 13 zespołów, wszyscy chętni. Był to jedyny turniej bez eliminacji, właśnie z powodu nikłego zainteresowania. I można stwierdzić, że premiera - w porównaniu z igrzyskami w 1924 i 1928 roku - okazała się frekwencyjną klapą.
Zawiodła Europa, która tak jednogłośnie głosowała w Barcelonie. Z Ameryki Południowej potwierdzali przybycie wszyscy ówcześni członkowie FIFA, czyli - nie licząc Urugwaju - siedem krajów, a ostatecznie na turniej nie dotarła tylko ekipa Ekwadoru (zrezygnowała z powodów finansowych, choć początkowo zapłaciła nawet 200 dolarów opłaty startowej). Z Europy w pierwotnym terminie nie zgłosił się natomiast żaden zespół! Ani jeden! Oficjalnie mówiono o kryzysie gospodarczym i wysokich kosztach. Najważniejsze były jednak interesy klubów. Rejs do Ameryki Południowej oznaczał dwumiesięczną przerwę w rozgrywkach i straty finansowe.
To, że nie wystartuje żadna z drużyn brytyjskich, było oczywiste, bo znajdowały się one wówczas poza strukturami FIFA. Ale już w październiku 1929 roku impreza wydawała się zagrożona. Jako pierwsze brak gotowości do gry zgłosiły Niemcy, choć to była jeszcze mała strata. Lecz zaraz potem swoje désintéressement zaczęły ogłaszać ówczesne naddunajskie potęgi, gdzie futbol już sprofesjonalizowano, czyli Czechosłowacja, Austria i Węgry. Francja, choć to Rimet stał na czele jej federacji piłkarskiej, też wydawała się niechętna. A wielkim ciosem dla Urugwaju było wycofanie się Włoch i "wielkiej macierzy Ameryki Południowej", czyli Hiszpanii. Było wiele wahań, zwrotów sytuacji i sprzecznych komunikatów, ale efekt niezmiennie ten sam - nikt się nie zgłaszał.
Już w listopadzie 1929 roku jedna z gazet donosiła: "Mistrzostwom świata zagraża wielkie niebezpieczeństwo i mogą wcale nie ujrzeć światła dziennego". Zaczęto przebąkiwać o zmianie formuły, o grze w strefach kontynentalnych. Następował odwrót od uniwersalizmu Delaunaya i powrót do pomysłu Hugo Meisla. Nawet Rimet nie wykluczał zmiany zasad, choć można to było traktować bardziej jako próbę ratowania szczątków turnieju niż jego torpedowanie. Wedle tej koncepcji Europa i Ameryka grałyby osobno, a dopiero najlepsze zespoły zmierzyłyby się o tytuł mistrza świata.
Pojawiały się też sensacyjne doniesienia. W marcu 1930 roku gruchnęła plotka, że Urugwaj rezygnuje z organizacji imprezy. "Federacja urugwajska nie ma zamiaru zastępować Pucharu Świata imprezą kontynentalną, na przykład panamerykańską" - oświadczył natychmiast Buero i to on, a nie Rimet, został motorem działań dyplomatycznych. Rozmawiał z ministrem spraw zagranicznych Belgii i to ten kraj pod koniec kwietnia 1930 roku jako pierwszy zgodził się wyruszyć za ocean, a niebagatelną rolę w podejmowaniu tej decyzji odegrał także Rodolphe Seeldrayers, belgijski wiceprezydent FIFA. Buero spotkał się też z francuskim podsekretarzem stanu, Messié Pathé, który przyznał, że start Francji jest pożądany. Federacja piłkarska była jednak prawie w całości przeciwko i na zebraniu 26 maja nie podjęto żadnej decyzji. Dopiero twarda postawa Rimeta sprawiła, że po długim załamywaniu rąk Francja powiedziała "tak", choć stało się to zaledwie 2 czerwca. Finalnie start w Urugwaju potwierdziły tylko cztery reprezentacje ze Starego Kontynentu i był to raczej drugi garnitur (Belgię i Francję zaliczano do średniaków, a Rumunię i Jugosławię oceniano jeszcze niżej), czego Ameryka Południowa długo nie potrafiła zapomnieć.
Bajka o królu
Od lat w dziesiątkach publikacji powtarza się, jakoby skład reprezentacji Rumunii wybierał osobiście król Karol II. To oczywiście bajka. Karol II objął rządy 8 czerwca 1930 r. Pięć lat wcześniej ten czołowy playboy Europy, który w wyniku skandalu z kochanką Magdą Lupescu zrzekł się praw do tronu, był na emigracji w Paryżu (rządził jego syn Michał). Nawet gdyby monarcha interesował się futbolem - a robi się z niego wielkiego fana tego sportu, którym w rzeczywistości wcale nie był - to nie miał okazji widzieć żadnego rumuńskiego zawodnika w akcji.
Rumunia zgłosiła swój udział w premierowym mundialu już w lutym, a potwierdziła go w maju 1930 r. Karol II jeszcze wtedy nie rządził, a gdy 21 czerwca 1930 r. reprezentacja rozpoczęła podróż do Urugwaju, był królem od ledwie dwóch tygodni.
Rumuńskie źródła są zgodne: król wcale nie wybierał drużyny, bo zajęty był czymś ważniejszym - zdobywaniem władzy. Poparł natomiast ideę wyjazdu na mistrzostwa. Octav Luchide, główny motor napędowy rumuńskiej wyprawy i menedżer reprezentacji, oraz kapitan drużyny Rudy Wetzer powoływali się podobno na wpływy u króla, załatwiając urlopy dla zawodników. Byli oni formalnie amatorami, pracowali na przykład w bankach czy jako urzędnicy w biurze rafinerii Astra Română. Król chciał wzmocnić międzynarodowe znaczenie Rumunii i przychylnie patrzył na reprezentowanie kraju za granicą. Ale nie miało to nic wspólnego z wybieraniem zawodników. Praźródłem tej bajki wydaje się słynna The Story of the Word Cup (Historia mistrzostw świata) Briana Glanville'a. Opisuje on, że niemieckojęzyczny król Karol nie był popularny i poklask zdobywał właśnie dzięki futbolowi. Kilka zdań angielskiego autora "twórczo" rozszerzyła FIFA, która na swojej stronie pisała o władcy wręcz oszalałym na punkcie piłki. Tyle że była to mieszanina faktów i mitów, a sporo zostało po prostu wyssane z palca...
Nieudany zamach
Najlepsi w Europie nie tylko zlekceważyli turniej, ale podjęli też jeszcze jedną próbę odwrócenia biegu wydarzeń. W dniach 6-7 czerwca w Budapeszcie zebrał się doroczny kongres FIFA, który zamienił się we frontalny atak na zawody w Montevideo; mówiono nawet o zmianie miejsca i znowu powtarzano, że powinno się przeprowadzić oddzielne zawody kontynentalne. Na dodatek Europa nie tylko zawiodła, ale i nie spoczywała w wysiłkach o stworzenie przeciwwagi dla światowego czempionatu. Naprędce wymyślono coś na kształt dzisiejszej klubowej Ligi Mistrzów. I w istocie doszło do najpoważniejszej w historii próby storpedowania mundialu.
W szwajcarskiej Genewie, gdzie właśnie otworzono nowy stadion (Stade des Charmilles), zorganizowano silnie obsadzony Puchar Narodów (La Coupe des Nations). Rozgrywki odbyły się kilkanaście dni wcześniej niż MŚ. W Urugwaju imprezę rozpoczynano 13 lipca, a Europa grała od 28 czerwca do 6 lipca, w dziewięć dni odbyło się aż 15 spotkań. Obsada była nadzwyczajna, bo startowali aktualni mistrzowie Belgii, Czechosłowacji, Holandii, Niemiec, Szwajcarii, Węgier i Włoch, zdobywcy pucharów z Austrii i Francji oraz szósty klub ligi Hiszpanii. W finale budapeszteński Újpest pokonał praską Slavię 3:0. Paradoksalnie, mecz finałowy tej konkurencyjnej wobec MŚ imprezy sędziował Anglik Stanley Rous, w kolejnych dekadach... wielki propagator mundiali (siedem razy był członkiem komitetu organizacyjnego MŚ). To on doprowadzi do pierwszego startu Anglii w mistrzostwach świata, jako wieloletni szef FA (1934-1962), a potem będzie kierował FIFA (1961-1974).
A klubowy Puchar Narodów? Był jednorazowym zrywem, idea rywalizacji reprezentacji narodowych okazała się znacznie silniejsza.
Dwaj kapitanowie z Europy
Jakże różne w czasie drugiej wojny światowej były losy kapitanów Jugosławii i Francji.
W 2013 r. w pobliżu stadionu Partizana w Belgradzie odsłonięto wykonane z brązu popiersie Milutina Ivkovicia, kapitana reprezentacji Jugosławii. W trakcie mistrzostw w Urugwaju Ivković miał 24 lata (ur. 1906) i był jeszcze studentem medycyny. Tytuł doktora dermatologii uzyskał w 1934 r. Przed wojną działał w związku młodzieży komunistycznej, a w czasie niemieckiej okupacji w ruchu oporu. Odsłonięcie popiersia zbiegło się z 70. rocznicą jego śmierci. W maju 1943 r. Ivković został rozstrzelany przez Gestapo, a stało się to w Jajinci, miejscu największej serbskiej kaźni w czasie drugiej wojny. Niemcy przeprowadzili tam egzekucje około 70 tysięcy osób, głównie więźniów z obozu koncentracyjnego w pobliskiej Banjicy. Ivkovicia zastrzelili zaledwie dzień po aresztowaniu.Z kolei kapitan Francji okrył się w czasie wojny niesławą. Alexandre Villaplane (ur. 1904 r. w Algierze) wdał się w kryminalne interesy i - prawdopodobnie szantażowany - zaczął działać w tzw. francuskim gestapo. Potem wstąpił w szeregi Brigade nord-africaine (Legion północnoafrykański) i dosłużył się stopnia SS-Untersturmführera. Został skazany na śmierć za kolaborację z Niemcami i udział w wielu masakrach oraz zabójstwach. Stracono go pod koniec 1944 r. w Fort de Montrouge.
Cztery grupy
Czas wrócić do turnieju w Montevideo. Pierwotnie planowano system pucharowy, ale do tego trzeba było 16 drużyn. Nieporęczną trzynastkę podzielono na cztery grupy (jedną z czterema i trzy z trzema zespołami), a losowanie odbyło się zaledwie sześć dni przed startem rozgrywek. Europejczycy byli zadowoleni, bo nikt nie musiał wracać do domu po raptem jednym meczu, każda drużyna miała zagwarantowane minimum dwa spotkania. Nie przewidziano ćwierćfinałów, a od razu półfinały, w których miały spotkać się tylko drużyny z pierwszych miejsc w grupach. Były to, jak się spodziewano, Argentyna i Urugwaj, oraz - co uznano za niespodziankę - ekipy USA i Jugosławii.
Argentyna wygrała z Francją 1:0, Meksykiem 6:3 i po brutalnym meczu z Chile 3:1. Miała wielkie gwiazdy, jak Manuel Ferreira i Mario Evaristo, a przede wszystkim operujący w środku pola Luis Monti, zawodnik tyleż błyskotliwy, co grający twardo, na pograniczu przepisów (na kolejnym mundialu, już w barwach Włoch, zostanie mistrzem świata). Problemem była jednak niestabilność składu. Dość napisać, że jedynie José Della Torre grał we wszystkich meczach. Słynny bramkarz Luis Ángel Bossio (nazywano go "La maravilla elástica", czyli "Elastyczne cudo") doznał kontuzji i w półfinale oraz finale zastępował go Juan Carlos Botasso. Nawet kapitan "Nolo" Ferreira opuścił jedno spotkanie. Kształcił się na prawnika i musiał wrócić do Buenos Aires na... egzamin. Przetasowania w wyjściowej jedenastce wykorzystał nieznany szerzej Guillermo Stábile z Huracánu Buenos Aires. Debiutował w reprezentacji i od razu wbił Meksykowi trzy bramki.
Pierwszy król strzelców - Guillermo Stábile
Wystąpił w barwach Argentyny jedynie cztery razy, tylko na premierowych MŚ w Urugwaju. A strzelał w każdym meczu, łącznie zdobył osiem bramek - trzy z Meksykiem (uznawano to za pierwszy w historii mundiali hat trick), dwie z Chile, dwie w półfinale z USA i jedną w finale z Urugwajem.
W pierwszym meczu, z Francją, nie znalazł się jednak w składzie. Ale ponieważ Albicelestes wygrali tylko 1:0, otworzyła się szansa dla Stábile. Zastąpił Roberto Cherro, który dodatkowo miał wówczas dziwne stany lękowe (podejrzewano jakieś zapalenie wirusowe). Po mundialu 24-letni Stábile wyjechał grać do Włoch, a potem do Francji.
Od 1939 r. przez 20 lat był trenerem reprezentacji Argentyny. Zbojkotowała ona mistrzostwa świata w 1950 i 1954 r., za to "złote pokolenie" pod jego kierownictwem zdobyło aż sześć razy mistrzostwo Ameryki Południowej (1941-1957). Dopiero w 1958 r. Stábile poprowadził reprezentację na mundialu, ale zakończyło się to spektakularną klęską. Po 1:6 z Czechosłowacją w Helsingborgu bardzo rozgoryczony mówił: "Przegrałem w ostatniej rundzie".
Do sporych zmian w składzie zmuszony był także Urugwaj, straszliwie krytykowany po męczarniach w pierwszym meczu z Peru i zwycięstwie zaledwie 1:0. Tłumaczono to tremą związaną z otwarciem Estadio Centenario i olbrzymią presją ze strony kibiców. Wprowadzenie aż czterech nowych zawodników sprawiło jednak, że gospodarze zdecydowanie, bo 4:0, pokonali Rumunię*.
Losowanie półfinałów odbyło się już po fazie grupowej (nie było wówczas tzw. drabinki turniejowej) i mogło zburzyć idealny scenariusz. Sąsiedzi znad La Platy nie trafili jednak na siebie. Argentyna grała z USA, a Urugwaj z Jugosławią, oba mecze zakończyły się zaś wynikiem 6:1. Mimo wysokich porażek to właśnie pokonane w półfinałach drużyny były największymi sensacjami. Gracze USA wyprzedzili w grupie Belgów oraz Paragwajczyków, aktualnych wicemistrzów Ameryki Południowej (gracze ze Stanów Zjednoczonych oba spotkania wygrali 3:0). Zaprezentowali pełen energii atletyczny futbol i zyskali przydomek "shot-putters" (kulomioci), ze względu na potężną posturę zawodników. Z kolei Jugosławia, która miała najmłodszy zespół w całej stawce, pokonała faworyzowaną Brazylię 2:1 oraz Boliwię 4:0.
Wielki spór w Belgradzie
W dzisiejszej Serbii piłkarze z pierwszego mundialu są powszechnie kojarzeni. To zasługa zrealizowanego w 2010 roku filmu fabularnego pt. Montevideo, smak zwycięstwa (reż. Dragan Bjelogrlić), który w romansowo-melodramatycznej formule pokazywał dawnych zawodników i ich starania o wyjazd do Ameryki Południowej. Film, oparty na książce Vladimira Stankovicia, bił kasowe rekordy w serbskich kinach, powstał też telewizyjny serial. Nakręcono nawet drugą część pt. Do zobaczenia, Montevideo!, poświęconą meczom w Urugwaju. Niedoświadczeni piłkarze (średnia wieku około 21 lat) zajęli trzecie miejsce na świecie, ex aequo z USA, choć do startu doszło w atmosferze wewnętrznego konfliktu.
Jugosławia (Królestwo Jugosławii, taka nazwa państwa obowiązywała od 1929 roku, wcześniej SHS - Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców) była państwem wielonarodowym, ale w składzie jej reprezentacji nie znalazł się ani jeden Chorwat, Słoweniec czy Bośniak. Była to reprezentacja Serbii, a wręcz samego Belgradu (pomijając Ivana Beka, który miał niemiecko-czeskie pochodzenie, ale w Belgradzie się urodził i mówił po serbsku). Na początku 1930 roku w Jugosłowiańskim Związku Futbolowym (JNS) doszło bowiem do wielkiego konfliktu, w efekcie czego 16 marca siedziba organizacji została przeniesiona z chorwackiego Zagrzebia do serbskiego Belgradu.
Trochę jak w Polsce
Przypominało to Polskę i rok 1927, gdy tworzono ligę. PZPN przeniósł się wtedy z Krakowa do Warszawy, przeciw czemu gorąco protestowali dotychczasowy prezes związku, dr Edward Cetnarowski, i jego klub Cracovia. Sypały się oskarżenia i skargi do FIFA, mnożyły wzajemne dyskwalifikacje starych i nowych władz. A wszystko oczywiście w cieniu przewrotu majowego z 1926 roku, gdy także w PZPN władzę przejęli wojskowi. W Jugosławii dochodził jeszcze mocniejszy czynnik - narodowość. I tak jak w Polsce, sytuacja w futbolowym związku była odpryskiem sytuacji politycznej w państwie. Król Aleksander I zawiesił w 1929 roku konstytucję i centralizował państwo, likwidując odrębne kraje. JNS wciąż jednak składał się z autonomicznych związków krajowych, bo obok najliczniejszego Belgradu były to między innymi Zagrzeb, Split, Sarajewo, Subotica, Ljubljana, Osijek i Skopje.
Obrady JNS z 16 marca 1930 roku miały niecodzienny, burzliwy przebieg. Istniały wątpliwości co do mandatu wielu delegatów. Gdy pod koniec 1929 roku pojawiły się żądania, by to Belgrad został siedzibą piłkarskiej centrali, w Chorwacji nagle jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać nowe kluby. Serbowie zażądali prawniczych ekspertyz i wygrali. Nowe, istniejące w większości tylko na papierze zespoły nie mogły być reprezentowane na zjeździe.
Jugosławia w rozsypce
Belgrad triumfował, ale konflikt dopiero wtedy rozpoczął się na dobre. Stare władze JNS ani myślały ustępować. Doszło do groteskowych sytuacji. W kwietniu 1930 roku towarzyski mecz z Jugosławią miała rozegrać Bułgaria. Dostała dwa zaproszenia - jedno z Zagrzebia, drugie z Belgradu. Ostatecznie mecz odbył się w Serbii, a żaden powołany Chorwat się nie stawił. Był też większy kłopot. Reprezentację prowadził Chorwat, słynny dr Ante Pandaković, który kierował drużyną od 1926 roku. W zaistniałej sytuacji z dnia na dzień przestał pełnić tę funkcję. Zespół był w rozsypce, a mundial się zbliżał.
Jeszcze przez chwilę wydawało się, że reprezentowana będzie cała Jugosławia. W maju (z uzasadnieniem, że to prestiżowe spotkanie o Puchar Króla) Chorwaci zezwolili swoim zawodnikom na udział w meczu z Rumunią. Jugosławia wygrała 2:1, a obie bramki zdobyli... Chorwaci. Trzeba podkreślić, że zawodnicy z Zagrzebia i Splitu stanowili wtedy o sile kadry Jugosławii. Klub z Belgradu (Jugoslavija) zdobył tytuł mistrza kraju w 1925 roku, ale potem wygrywali tylko Chorwaci: 1926 - Građanski Zagrzeb, 1927 - Hajduk Split, 1928 - znowu Građanski, 1929 - ponownie Hajduk, a w 1930 roku Concordia Zagrzeb*.
Bramkarz Maksimilijan Mihelčić, pomocnik Danijel Premerl czy napastnik Antun Bonačić wydawali się niezastąpieni. Karierę zaczynał 19-letni wówczas Ivan Hitrec, być może najlepszy Chorwat w przedwojennej piłce. Debiutował w reprezentacji w 1929 roku i w pierwszych czterech meczach strzelił cztery gole, a o jego grze do dziś krążą podobne legendy jak o naszym Erneście Wilimowskim. Na debiut niecierpliwie czekał też 18-letni Aleksandar Živković "Šimšir", potem wielka legenda chorwackiej piłki. Wszyscy mogli zostać bohaterami pierwszego mundialu.
Mecz życia z Brazylią
Do ostatniej chwili ważyły się losy bojkotu. Do FIFA wysłano nawet listę zawodników, na której byli Chorwaci. Ale zaledwie dwa dni przed podróżą do Urugwaju ogłoszono nową kadrę, już bez nich. Mimo tych zawirowań drużyna reprezentująca w teorii Jugosławię osiągnęła historyczny sukces, tym dziwniejszy, że ta serbska reprezentacja wydawała się słaba. Największe kłopoty miała z bramkarzem. Milovan Jakšić zaliczył zaledwie dwa spotkania międzypaństwowe, i to tuż przed mundialem. Ale w spotkaniu numer 3, już na mistrzostwach z Brazylią, rozegrał mecz życia, z miejsca zyskał przydomek "El Grande Milovan" (Wielki Milovan). Serbowie wygrali 2:1 po golach Tirnanicia i Beka, co uznano za największą sensację mundialu. Po 4:0 z Boliwią jako jedyny zespół z Europy awansowali do półfinału. Co ciekawe, pokonana Brazylia też przysłała półreprezentację, bo z powodu wewnętrznych konfliktów nie było w niej ani jednego zawodnika z ligi S?o Paulo.
Konflikt w Brazylii i kluby Arakena
Sporządzając dokumentację mundiali, co krok napotykamy problemy! Niektóre są chyba nie do rozwiązania...
W reprezentacji Brazylii grał Abraham Patusca da Silveira, czyli Araken. Pytanie: z jakiego był klubu? Źródła podają aż pięć (!) wersji: Santos FC, S?o Paulo da Floresta (S?o Paulo FC), América Rio de Janeiro, Flamengo Rio de Janeiro lub... brak przynależności klubowej (zgłoszony jako zawodnik federacji brazylijskiej CDB). I wszystkie te wersje są prawidłowe!
To ciekawe zagadnienie obrazuje wielki konflikt w brazylijskim futbolu pomiędzy federacjami piłkarskimi z Rio i S?o Paulo. Spór pomiędzy cariocas a paulistas to temat na osobną opowieść, tu natomiast trzeba napisać, że Brazylia przysłała na MŚ w 1930 r. reprezentację złożoną tylko z graczy z federacji Rio de Janeiro. S?o Paulo nie dało zgody na wyjazd zawodnikom, nie grał więc m.in. słynny Friedenreich. A Araken? De facto został jedynym piłkarzem ze stanu S?o Paulo, choć według dokumentów był z... Rio. Stąd też kłopot z przynależnością klubową.
Araken grał do końca 1929 r. w Santosie, wtedy postanowił przejść do nowo powstałego klubu S?o Paulo da Floresta. Wobec sprzeciwu Santosu znalazł się jednak w stanie zawieszenia. Formalnie federacja S?o Paulo (APEA) nie wykreśliła go z Santosu, ale nie został też wpisany na listę S?o Paulo da Floresta. Araken wyjechał więc do Rio. Tam grał mecze towarzyskie w barwach klubu América. I zgodził się na występ w MŚ, mimo że "jego" S?o Paulo bojkotowało imprezę. W praktyce nie miał klubu, więc traktowano go jako gracza federacji CDB. Ale ta z kolei wymagała, by każdy zawodnik był gdzieś zarejestrowany. Araken złożył więc podanie o przyjęcie do Flamengo. I formalnie jako piłkarz tego klubu udał się do Urugwaju, choć nigdy, ani przed mistrzostwami, ani po, dla Flamengo nie zagrał. Uff!
Podsumowując: był zarejestrowany w federacji S?o Paulo jako gracz Santosu, w federacji krajowej jako fikcyjny gracz Flamengo, w praktyce grał mecze dla klubu América, ale był dogadany z S?o Paulo da Floresta (gdzie występował po mundialu), a tak naprawdę klubu nie miał... Jeśli patrzeć tylko na dokumenty, prawidłowa wersja to Flamengo, ale była to fikcja do kwadratu, zwykły formalny zabieg. Zapis, że był graczem federacji CDB, jest chyba bliższy prawdy.
To przyczynek do wszelkich dyskusji o mundialowych zestawieniach i statystykach. Pewnych rzeczy nie da się ustalić. Zamieszanie z Brazylią w 1930 r. było ogromne, na przykład pierwotnie wysłana do FIFA lista graczy tak diametralnie odbiegała od ostatecznego składu, że znajdowali się na niej dwaj całkiem inni bramkarze niż ci, którzy w Urugwaju grali. Traktować ich jako element mundialowych dziejów i zaznaczać, że byli w kadrze, ale potem zostali zastąpieni, czy pomijać? Takich pytań są setki... Na przykład Rumunia zgłosiła wtedy 20 graczy, a za ocean popłynęło tylko 15. Jak traktować pozostałych pięciu? W praktyce nie byli żadnymi rezerwowymi, bo nie mieli szans dopłynąć do Ameryki Południowej na ewentualne wezwanie.
Gol zza linii
W półfinałach doszło do wielu kontrowersji, a wysokie porażki USA i Jugosławii były nieco zwodnicze. Amerykanie pierwszy raz grali na Centenario i zaskoczyły ich ogromne rozmiary boiska (przeczy to tezie, że mimo opóźnienia otwarcia Stadionu Stulecia wszystkie zespoły miały zagwarantowany występ na tej arenie - gdyby Stany Zjednoczone odpadły w grupie, to by się tam nie pojawiły, to samo dotyczyło Jugosławii). Na dodatek Amerykanie, choć uważani za silnych fizycznie, skarżyli się na brutalność rywali. Bramkarz Jimmy Douglas i obrońca Ralph Tracey już na początku odnieśli kontuzje. U tego drugiego podejrzewano pęknięcie kości nogi i po przerwie nie wybiegł na boisko. Mając przewagę zawodnika, Argentyńczycy zdobyli wtedy pięć bramek, w tym aż trzy w ostatnich dziesięciu minutach (do przerwy prowadzili tylko 1:0).
Z kolei Jugosłowianie oskarżali sędziego Almeidę R?go z Brazylii, że nie uznał im prawidłowej bramki, a dwa trafienia Urugwaju zaliczył niesłusznie. Drużyna z Bałkanów prowadziła już od czwartej minuty (Vujadinović), ale potem anulowano jej trafienie na 2:1. Z kolei trzeci gol dla Urugwaju stał się obiektem kpin, bo podobno - jak głosili Jugosłowianie - piłka wyleciała już za linię końcową, ale z powrotem na boisko kopnął ją jeden z fotoreporterów lub policjantów, a Anselmo skorzystał z prezentu. Nie ulega jednak wątpliwości, że awansowały zdecydowanie najlepsze drużyny, które mogły rościć sobie prawo do starcia w finale, nawet gdyby turniej odbywał się w Europie i był zdecydowanie mocniej obsadzony.
Mecz o trzecie miejsce
Nie odbył się tylko raz, właśnie na pierwszym turnieju (pomijam przypadek z roku 1950, gdy fazę finałową rozgrywano w grupie - wtedy nie było nawet finału we właściwym tego słowa znaczeniu). Takiego meczu nie przewidywał regulamin, ale zamieszanie trwa do dziś. Przyczyniła się do tego FIFA, która w swoim biuletynie z 1984 r. podała, że mecz rozegrano, a Stany Zjednoczone wygrały z Jugosławią 3:1. To była informacja wyssana z palca (być może chodziło o zorganizowane 3 sierpnia, czyli już po mistrzostwach, towarzyskie spotkanie w Buenos Aires pomiędzy Argentyną a Jugosławią, zakończone wynikiem 3:1).
Już w trakcie MŚ pojawiały się rozmaite pomysły. Na wzór igrzysk olimpijskich z 1928 r. proponowano na przykład rozegrać turniej pocieszenia dla drużyn, które odpadły w grupach. Ta idea jednak szybko upadła, ale w komitecie organizacyjnym zrodziła się inna. Proponowano, by dwie godziny przed finałem odbył się jednak na Estadio Centenario mecz o trzecie miejsce. Co ciekawe, w Urugwaju było kilka takich dwumeczów: 17 lipca na Parque Central najpierw grały Jugosławia z Boliwią, a potem USA z Paragwajem, z kolei na Estadio Centenario 19 lipca przed meczem Argentyna - Meksyk mierzyły się Chile z Francją, a 20 lipca rywalizowały Brazylia z Boliwią, zaraz potem zaś Paragwaj z Belgią.
Wersja amerykańska głosi, że to przedstawiciele Jugosławii sprzeciwili się spotkaniu o trzecie miejsce, wciąż źli, że półfinał z Urugwajem był stronniczo sędziowany. Z kolei w Serbii pojawiają się artykuły, że Jugosławia zajęła samodzielnie trzecie miejsce. Syn Kosty Hadžiego, szefa delegacji, ledwie kilka lat temu prezentował medal, który jego ojciec przywiózł z Montevideo, podobno za trzecie miejsce. Jugosłowianie mieli zostać wyróżnieni, bo w półfinale to oni przegrali z późniejszym mistrzem, Urugwajem. Problem jednak w tym, że takie same medale mają Amerykanie. Okazuje się, że przyznano je dopiero w styczniu 1932 r. i zostały nagrodzone nimi obie ekipy!
Jedyna poprawna wersja brzmi: trzecie miejsce w 1930 r. zajęły ex aequo Jugosławia i USA, a regulamin nic nie mówił o meczu.
Rekordowi szkoleniowcy
Warto pochylić się nad trenerami. Często są to postacie zapomniane, bo ich rola była wówczas znacznie mniejsza niż obecnie. Selekcją, czyli wybieraniem piłkarzy na turniej, zajmowały się zazwyczaj wieloosobowe komisje. Przy ustalaniu składu i określaniu sposobu gry liczył się też głos najlepszych zawodników, na przykład w Argentynie wiele do powiedzenia mieli Luis Monti i kapitan "Nolo" Ferreira. Jedno zjawisko wszak uderza - wiek szkoleniowców. Argentynę przygotowywał Juan José Tramutola, najmłodszy trener w historii MŚ. W dniu pierwszego meczu z Francją miał dokładnie 27 lat i 267 dni. Prowadził treningi, choć pracował w duecie, bo dyrektorem technicznym był 45-letni Francisco Olazar, niegdyś reprezentant Albicelestes. Mistrzostwa w 1930 roku były o tyle wyjątkowe, że aż trzech szkoleniowców nie skończyło 30 lat. Obok Tramutoli także kierujący Chile Węgier György Orth oraz Octav Luchide, członek sztabu Rumunii (obaj mieli po 29 lat). Opiekun najlepszej drużyny był niewiele starszy - miał niecałe 32 lata.
Młody dyktator
Jako "dyrektor techniczny i trener przygotowania fizycznego" przygotowania Urugwaju nadzorował Alberto Horacio Suppici. Jak wspomniałem, o składzie drużyny decydowała komisja selekcyjna. W tym przypadku byli to dr Atilio Narancio, Horacio Baqué, Asdrúbal Casas, Héctor Verdesio i dr Juan Carlos Campisteguy. W Urugwaju często podkreśla się, że Suppici nie opracowywał też taktyki gry, a już w trakcie meczu zespołem dowodził José Nasazzi, kapitan drużyny. Suppici nie był więc selekcjonerem w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, a raczej kierownikiem zgrupowania. Ale też nie można marginalizować jego roli, choć został mianowany na stanowisko dopiero nieco ponad miesiąc przed turniejem (zaznaczmy jednak, że prowadził reprezentację już wcześniej, podczas Copa América 1929). Zdążył wprowadzić nowatorskie metody. Jego treningi zawsze były zaplanowane, wykonywano na nich tylko ściśle określone ćwiczenia. Ordynował piłkarzom dietę, nakazywał badania lekarskie, zabraniał palenia papierosów. Podczas miesięcznego zgrupowania w Prado wprowadził też zakaz samowolnego opuszczania ośrodka hotelowego. Ta dyktatura poskutkowała ogromnym skandalem.
Pierwsza ofiara mundiali
Był nią Andrés Mazali, słynny bramkarz z klubu Nacional, prekursor nowoczesnej gry, stawiany w jednym rzędzie z legendarnym Hiszpanem Ricardo Zamorą. Był dwukrotnym mistrzem olimpijskim i według powszechnego przekonania należało mu się pewne miejsce w składzie na mundial rozgrywany na ojczystej ziemi.
Zawodnicy przebywali na długim zgrupowaniu w hotelu na terenie parku Prado, z dala od centrum Montevideo, a trener Suppici wprowadził ostry reżim. Legenda głosi, że Mazali wymknął się na spotkanie z piękną blondynką. Ile w tym prawdy? Na pewno bramkarz złamał hotelowy zakaz, a kierownictwo drużyny (Suppici nie podejmował decyzji sam, z problemem musiała zmierzyć się cała komisja selekcyjna) było nieubłagane i wykluczyło go z kadry. Jest jednak i wersja, że Mazali "spotkał się z rodziną" i nie poczuwał się do jakiegoś złego występku. Po kłótni z Suppicim bramkarz miał jednak unieść się honorem. Jako weteran próbował wpływać na metody treningowe, a przekonany, że konflikt z Suppicim będzie źle służył reprezentacji, wycofał się.
Na pewno sprawa miała drugie dno: konflikt między Nacionalem, który dał reprezentacji aż dziesięciu graczy, a Pe?arolem, który dał czterech. Gdy nowym bramkarzem został Miguel Capuccini, proporcje zmniejszyły się do 9:5. Podobno pozostali gracze Nacionalu grozili, że też opuszczą zgrupowanie, bo karanie zasłużonego bramkarza jest niesprawiedliwe. Ale sam Mazali prosił, by tego nie robili. A pierwszym bramkarzem został ten trzeci, Enrique Ballestrero z Rampla Juniors, i to on bronił we wszystkich meczach.
Wielki Urugwaj
Gospodarze z Urugwaju nie wyobrażali sobie innego rozstrzygnięcia niż wygrana. Sukces miał być nie tylko kulminacyjnym punktem obchodów stulecia konstytucji kraju, ale też zwieńczeniem nadzwyczajnego okresu piłkarskiej dominacji. Panował jednak duży niepokój, bo rywalizacja z Argentyną była bardzo zacięta. Urugwaj wygrał z nią finał igrzysk w 1928 roku, ale przegrał Copa América w listopadzie 1929. Wówczas zawody odbywały się w Buenos Aires, a decydujący mecz grano na słynnym El Gasómetro, stadionie klubu San Lorenzo de Almagro, największym wówczas obiekcie Argentyny. W obecności 60 tysięcy widzów Urugwaj uległ 0:2 i to sąsiedzi znad La Platy nosili miano najlepszych w Ameryce Południowej. Rewanż, który odbył się pod koniec maja 1930 roku, o Puchar Newtona i znowu na El Gasómetro, zakończył się remisem 1:1*. "Gdyby finał mistrzostw świata odbywał się w Buenos Aires, na pewno to my byśmy wygrali" - mówił potem argentyński napastnik Carlos Peucelle. Bez wątpienia własny teren był atutem Urugwajczyków, ale też mieli oni chyba lepiej zorganizowaną drużynę.
Szczególna legenda otaczała Czarną Perłę, ale Andrade miał już jednak lata świetności za sobą i oceniano, że w finale zagrał przeciętnie. Świetnie prezentowali się za to Ernesto Mascheroni, Lorenzo Fernández, José Álvaro Gestido, Pablo Dorado, Héctor Castro i Victoriano Santos Iriarte. Ten ostatni był nazywany "objawieniem zespołu", bo choć miał 28 lat, to dopiero podczas mundialu debiutował w reprezentacji.
W nadzwyczajnej, mistrzowskiej formie był też José Pedro Cea, legenda Nacionalu, prawy łącznik, najlepszy strzelec zespołu (pięć goli). Trafił do siatki z Rumunią, w półfinale z Jugosławią zdobył hat tricka, a w finale to on wyrównał na 2:2. Jak zwykle nie zawodził w najważniejszych momentach. Ale nade wszystko to Héctor Scarone "sprawiał, że wszystko działało".
Magik i Marszałek
Dziś znawcy mówią, że Scarone był Messim lat 20. ubiegłego wieku. Lider Nacionalu grał w reprezentacji od 1917 roku. Miał udział w prawie wszystkich sukcesach Urugwaju, zdobył cztery mistrzostwa Ameryki Południowej i dwa złota olimpijskie. Nazywano go "El Mago" (Magik), bo cudownie dryblował, a strzelał z obu nóg jak na zawołanie. W 1926 roku wyjechał grać do hiszpańskiej Barcelony, ale ostatecznie nie zdecydował się na przejście na zawodowstwo, bo to eliminowałoby go ze startu w igrzyskach w 1928 roku. "Myślałem o swoim kraju, o tym, że wkrótce nadejdą igrzyska olimpijskie i że powinienem założyć jasnoniebieską koszulę. Pomyślałem o Nacionalu, o moim ukochanym klubie, i postanowiłem nie podpisywać umowy" - wspominał. Wrócił do ojczyzny. To jego gol na 2:1 w powtórzonym finale z Argentyną zapewnił Urugwajowi zwycięstwo w Amsterdamie. Był w tamtych latach najlepszym piłkarzem w kraju, jednym z największych w historii. Finał mundialu - miał już wtedy 32 lata - był zwieńczeniem tej niespotykanej kariery. Dopiero w 2011 roku Diego Forlán wyprzedził go w klasyfikacji strzelców w meczach reprezentacji (Scarone miał 31 goli w 51 meczach).
Drugim wielkim graczem był trzy lata młodszy od Scarone José Nasazzi, kapitan zespołu. Nazywano go "Marszałkiem", a nawet "Wielkim Marszałkiem" (El Gran Mariscal). Kierował obroną, nie tylko ostro traktując napastników rywali, ale też krzycząc na partnerów i zlecając im zadania. Odbierał piłkę na ziemi i w powietrzu, nikogo się nie bał, dyrygował i rządził. Tak jak Scarone zdobył dwa olimpijskie złota i cztery tytuły mistrza kontynentu (Scarone - 1917, 1923, 1924, 1926, a Nasazzi - 1923, 1924, 1926 i 1935).
Na mundialu w trzech meczach Urugwaj stracił zaledwie jedną bramkę i było to zasługą głównie Nasazziego. Finał zapowiadał się pasjonująco, bo z kolei Argentyna strzeliła aż 16 goli (w czterech meczach). Doszło do kilku korekt w składach, bo u Argentyńczyków Francisco Varallo zastąpił Alejandro Scopellego, a w jedenastce Urugwaju Héctor Castro wybiegł zamiast Anselmo.
Zapomniany bohater
Juan Peregrino Anselmo zdobył w mistrzostwach trzy bramki, ale nie zagrał w finale. Bał się porażki?
A było to tak: Urugwaj w swoim pierwszym występie wypadł, delikatnie rzecz ujmując, słabo. Na otwarcie Centenario wygrał z Peru zaledwie 1:0. Atak grał w składzie Urdinarán-Castro-Petrone-Cea-Iriarte i był bardzo nieskuteczny. Na drugi mecz, z Rumunią, trener Suppici sięgnął więc po innych piłkarzy. Wrócił do składu genialny Scarone, pojawił się też Anselmo, który na środku zastąpił wielbionego i słynnego, ale będącego bez formy Petrone, a napad wybiegł w ustawieniu: Dorado-Scarone-Anselmo-Cea-Iriarte.
Zmiany przyniosły znakomity efekt, Urugwaj wygrał 4:0, Anselmo zdobył trzecią z bramek. W półfinale z Jugosławią ustawienie Urusów wyglądało identycznie, a ich skuteczność była jeszcze wyższa - gospodarze mundialu wygrali aż 6:1. Anselmo strzelił dwa gole. Zawodnik Pe?arolu stał się z miejsca objawieniem turnieju, wielu widziało w nim jednego z najlepszych graczy mundialu.
W finale jednak Anselmo zabrakło. Dlaczego? Źle się czuł, był roztrzęsiony. Niektórzy mówili, że zżerała go trema, że bał się przegranej. Na środku ataku zastąpił go Castro (formacja ta wyglądała więc następująco: Dorado-Scarone-Castro-Cea-Iriarte). W efekcie Anselmo nie ma na pamiątkowych zdjęciach z meczu o złoto, a w książkach wysławia się jednorękiego "Manco" Castro, który zdobył jedną z bramek. Lecz po ostatnim gwizdku właśnie ci dwaj piłkarze wspólnie paradowali i objęci pozdrawiali widzów. Jedna z gazet podkreślała, że oto zawodnicy dwóch wielkich rywali, czyli Pe?arolu (Anselmo) i Nacionalu (Castro), "maszerują zjednoczeni, pokazując, że lokalne animozje nie mogą przyćmić patriotycznego ducha Urugwajczyków".
Pierwszy finał
Mecz był fantastyczny, na trybunach Estadio Centenario pojawiło się 80 tysięcy ludzi, w tym kilkanaście tysięcy z Argentyny. Podobno statkami przez La Platę chciało wyruszyć z Buenos Aires aż 30 tysięcy osób, ale zimowa pogoda nie sprzyjała, zatoka tonęła we mgle i spora część potencjalnych widzów utknęła w oblężonym porcie. Walczono o bilety na statki. "Tysiące ludzi zjawiły się przy Południowym Basenie, skąd odpływano, niektórzy w nadziei, że zastąpią tych, którzy w ostatniej chwili zrezygnowali, inni z zamiarem przeskoczenia z nabrzeża na jeden z parowców"*. Tłumy słuchały meldunków na ulicach, z głośników wystawionych przy redakcjach największych gazet. Poruszenie było ogromne.
Grano w środę 30 lipca 1930 roku o 14.15. Urugwajczycy do przerwy przegrywali 1:2 i opisywano, że "po stadionie wiał wiatr udręki". Co prawda, już w 12. minucie z podania "Maga" Scarone do siatki rywali trafił Dorado, ale Argentyńczycy, szybsi i jednak lepsi technicznie, wyrównali osiem minut później. Po akcji Varallo strzelał Peucelle, a Urugwajczycy winili za spóźnioną interwencję swojego bramkarza. Lecz kolejny gol dla Argentyny do dziś wspominany jest w Montevideo jako przykład "rażącej niesprawiedliwości". W 37. minucie bramkę zdobył Stábile, ale wielu twierdziło, że znajdował się na pozycji spalonej. Kapitan Urugwaju Nasazzi zwolnił i podniósł ręce, pewien, że nie tylko Stábile, ale i Ferreira łamią przepisy i akcja musi być zatrzymana. Argentyńskie relacje mówią z kolei, że Stábile po prostu wyprzedził Nasazziego i wszystko odbyło się zgodnie z regułami gry. Sędzia Langenus skonsultował się z rodakiem z Belgii, bocznym arbitrem Christophe'em, i uznał gola. Sytuacja była dla Urugwajczyków wstrząsająca, bo ledwie minutę wcześniej to oni mogli prowadzić, lecz Castro uderzył w poprzeczkę.
John Langenus - sędzia pierwszego finału
Wysoki, pochodzący z Antwerpii Belg stał się najbardziej rozpoznawalnym przedwojennym arbitrem. W Urugwaju prowadził aż cztery mecze. Zimną krew zachował w starciu Argentyny z Chile (3:1), które decydowało o pierwszym miejscu w grupie. Słowo "starcie" nie jest przypadkowe, bo w pewnym momencie piłkarze rzeczywiście zaczęli bić się na pięści, a dołączyła do nich część publiczności. Langenus dopiero po paru minutach wrócił na murawę i jakby nic się nie stało, wznowił mecz. "Zgodnie z regułami powinno się wykluczyć wszystkich zawodników i zakończyć zawody. Ale co kraj, to obyczaj. A półfinalista musiał być wyłoniony" - wspominał.
Podobno taki sam spokój zachował tuż przed meczem o złoto, gdy pojawiły się... dwie piłki, argentyńska i urugwajska. Obie drużyny naciskały, by grać tylko ich futbolówkami. Langenus zdecydował więc, że pierwsza część spotkania zostanie zagrana jedną, a po przerwie pojawi się druga piłka. Czy tak rzeczywiście było? Są zdjęcia, na których widać Belga przed meczem z dwiema piłkami. A niezależnie od szczegółów (czy było losowanie i którą piłką grano najpierw?), to ważna część mundialowego folkloru, pokazująca też kompromisowe podejście arbitra. Owszem, pojawiły się głosy, że wyznaczenie Langenusa jako arbitra finału było wyrazem wdzięczności dla Belgii, która pierwsza z europejskich krajów zgodziła się grać na mundialu. Nie bez znaczenia miał być też fakt, że mocno zabiegający o powodzenie imprezy urugwajski dyplomata Enrique Buero piastował stanowisko ambasadora w Brukseli.
Chyba wszyscy jednak byli wtedy zgodni, że Langenus w pełni zasługuje na sędziowanie w finale. I chyba tylko on sam nie spodziewał się nominacji, bo wyjechał na wycieczkę do Buenos Aires. Na dodatek w porze finału miał wraz z ekipą Belgii wyruszyć do Europy, na statku Duilio. Organizatorzy uzgodnili więc z armatorem opóźnienie rejsu, a sędziowie - bo także liniowy Christophe - pod eskortą policji zaraz po meczu zostali przewiezieni do portu. Potem powstała legenda, że Langenus obawiał się o bezpieczeństwo i żądał ochrony, a właściwie to prawie uciekał z Urugwaju. Koniec końców, pośpiech był niepotrzebny. Statek utknął we mgle i wypłynął dopiero nazajutrz.
Na kolejnym mundialu, w 1934 r., Langenusowi uciekł za to mecz finałowy, gdyż nie akceptowali go gospodarze z Włoch. W rzeczywistości bali się jego niezależności i forsowali przychylnego im Szweda Eklinda. W 1938 r. Langenus sędziował za to mecz o trzecie miejsce. Był pierwszym arbitrem, który prowadził gry aż w trzech turniejach finałowych.
O tym, co działo się w przerwie, powstała jedna z największych legend mundiali*. Według Argentyńczyków Nasazzi wymuszał na sędziach przychylność wobec gospodarzy i wręcz groził arbitrom: "Czy wiecie, co będzie się działo, jeśli Urugwaj przegra?". Wersja gospodarzy była całkiem inna. Kapitan Urugwaju poszedł do sędziów, by wyjaśnić sporną sytuację, po której Stábile zdobył bramkę. Na jeszcze miękkim tynku, który pokrywał ściany sędziowskiej kanciapy, wyrysowywał ustawienie zawodników. Podobno ślady są tam do dziś. W tej wersji raczej pytał, czy sędziowie zdają sobie sprawę, jaki błąd popełnili i jak wypaczyli wynik.
Po przerwie ciągłe nawoływania i fizyczna, twarda gra Nasazziego dały Urugwajowi przewagę. Z kolei słabiej grał jego argentyński vis-a-vis Luis Monti. Na dodatek kontuzji doznał Varallo. Ten młody napastnik trafił w poprzeczkę, ale potem przez wiele minut nie mógł dojść do siebie z powodu urazu, jakiego doznał przy strzale. "Przy 2:1 myślałem, że nie ma mowy, abyśmy to przegrali. Z największym szacunkiem dla moich kolegów z drużyny, ale uważam, że zabrakło nam trochę twardości. Wciąż zastanawiam się, jak nam to zwycięstwo uciekło, i jestem przekonany, że wygralibyśmy, gdyby nie moja kontuzja" - rozpamiętywał jeszcze po kilku dziesięcioleciach Francisco Varallo. Był najdłużej żyjącym uczestnikiem pierwszego mundialu - zmarł w 2010 roku, mając 100 lat.
Urugwaj wyrównał w 57. minucie, gola strzelił niezawodny Cea, ale głównym akuszerem był znowu genialny Scarone. To on w polu karnym tak przerzucił piłkę głową nad obrońcami, że gol po prostu musiał paść. Jedenaście minut później Urugwaj już prowadził. Iriarte, który tym samym potwierdził, że należy mu się miano "odkrycia turnieju"*, mocno strzelił z daleka w okienko bramki i Botasso nie miał szans. Argentyna mogła wyrównać, ale uderzenie Varallo z linii bramkowej wybił Andrade, który nie błyszczał bynajmniej formą, lecz w decydującym momencie nie zawiódł. Na sam koniec, w 89. minucie, gola na 4:2 dla Urugwaju, po dośrodkowaniu Dorado, strzelił głową jednoręki Héctor Castro.
El Divino Manco - cudowny jednoręki
Mając 13 lat, stracił w wypadku prawą dłoń i część przedramienia, gdy pomagał ojcu ciąć drewno i nieostrożnie zbliżył się do mechanicznej piły. Determinacja i wytrwałość sprawiły, że mimo kalectwa został mistrzem świata. Héctor Castro strzelił gola już w meczu z Peru i było to pierwsze, historyczne trafienie na nowo zbudowanym Estadio Centenario. W finale to on stał się dla Argentyńczyków czarnym charakterem, bo podobno kikutem... mocno obijał ich bramkarza. Rzeczywiście, Castro nie był wybitnym liderem ataku ani wyborowym snajperem. Jego gra polegała raczej na nieustannym nękaniu obrońców i bramkarza, przepychaniu się, walce bark w bark. A co do obijania kikutem, to często wynikało to z faktu, że Castro skakał do każdej wysokiej piłki, świetnie grał w powietrzu. Strzałem głową zdobył bramkę w finale. "Manco" Castro pierwszy trafił na otwarcie Centenario i "Manco" Castro zakończył mundial.
Męskość, czyli tchórze i pazury
W Buenos Aires rozczarowanie był ogromne, ambasadę Urugwaju obrzucono nawet kamieniami. Krążyły opowieści, że przed meczem ktoś groził śmiercią kapitanowi Luisowi Montiemu i ten nie chciał wychodzić na boisko. Przekonano go do występu, ale z kolei zalecono, by grał delikatniej, bez fauli i twardych interwencji, by nie prowokować tłumu. "Błagano wojownika, by nie wszczynał wojny. Monti stanął na murawie Centenario, ale swoją duszę zostawił poza boiskiem" - opisywała już po latach gazeta "La Prensa". Twierdzono też, że Urugwaj grał brutalnie, a dr Augusto Rouquette, jeden z szefów argentyńskiej delegacji, skarżył się, że na obstawionym żandarmami stadionie nie było bezpiecznie. Sędzia finału John Langenus we wspomnieniach tak podsumował pretensje Argentyńczyków: "Inni byli winni porażki. Policja była winna, żołnierze byli winni, publiczność była winna i wreszcie, jak zawsze, ja, sędzia, byłem winny".
W Argentynie doszło jednak do samokrytyki, a właściwie bardzo ostrej krytyki własnych piłkarzy. Za "tchórzostwo" dostawało się Montiemu, a "La Prensa" zaraz po meczu wprost zarzucała zawodnikom, że nie byli wystarczająco męscy i okazali się "damskimi grajkami", zastraszonymi przez rywali i nieprzychylny tłum. "Drużyny argentyńskie wysłane za granicę, aby umacniać prestiż naszego kraju - w każdej dyscyplinie sportowej - nie powinny składać się z mężczyzn mających niewiele męskich cech. (...) Nie potrzebujemy mężczyzn, którzy - nawet jeśli są biegli w pracy nóg - to padają od pierwszego ciosu i są bliscy omdlenia przy każdym ostrzejszym ataku. (...) Z takich "damskich graczy" trzeba zrezygnować".
Ale ostatecznie w Argentynie zachowano resztki rozsądku. "To niedopuszczalne, by argentyńska drużyna, która wystąpiła w finale w Montevideo, była nazywana grupą tchórzy. (...) Nawet Mario Evaristo, który nigdy nie wyróżniał się odwagą, podejmował ryzyko, nie cofając się przed imponującą posturą Nasazziego" - odpowiadał tygodnik "El Gráfico". I zamiast podróży do jądra argentyńskiej psychiki proponował analizę gry obu zespołów: "Trzeba przyznać, że Urugwajczycy grali z większą ogólną harmonią i to był czynnik, który dał im zwycięstwo. (...) To nie faule Urugwaju zdecydowały o naszej porażce. Oni pokazali zespołowy wysiłek". W tej interpretacji finału zdyscyplinowana orkiestra Urugwaju pokonała 11 klasowych solistów.
Garra Charrúa i la nuestra
To właśnie finał z 1930 roku stał się jednym z filarów urugwajskiego pojęcia "garra Charrúa". Ten "pazur" czy też "szpon" był symbolem ducha walki, nieustępliwości i odwagi w obliczu przeciwności. To pierwotne wartości moralne miały dawać malutkiemu Urugwajowi sukcesy w walce z wielkimi. Z kolei "la nuestra", czyli "nasz styl", "nasza gra", to określenie futbolu Argentyny. Spontaniczność, lekkość, zabawa, dryblingi i techniczna maestria, wręcz wyrafinowanie miały przydawać dumy całemu narodowi. Okazały się jednak nieskuteczne w starciu z determinacją gospodarzy. "Gdyby atak Argentyny był wspierany obroną, jaką ma Urugwaj, padłyby wszelkie nasze rekordy strzeleckie" - wzdychano w Buenos Aires. Niezależnie od tego, nad La Platą rozkwitało wtedy królestwo futbolu.
Zauważmy, że był to jedyny w historii finał, w którym mierzyły się drużyny z Ameryki Południowej. Jeszcze tylko w roku 1950, na koniec mistrzostw, grały Brazylia z Urugwajem, ale nie był to finał w ścisłym znaczeniu tego słowa, tylko ostatni mecz grupy finałowej. Poza tym o złoto zawsze grała drużyna z Europy. Ale w latach 20. i na początku lat 30. XX wieku trwało nadzwyczajne pasmo sukcesów futbolu z Nowego Świata: Urugwaj wygrał trzy wielkie turnieje z rzędu, a Argentyna dwa razy była w finale.
Wbrew wielu (wymyślanym po latach) opowieściom nie było żadnego wręczenia Pucharu Świata. Słynne zdjęcie, pokazujące jak Jules Rimet podaje statuetkę dr. Raúlowi Jude, prezesowi urugwajskiej federacji, pochodzi sprzed mistrzostw, wykonano je tuż po przybiciu Conte Verde do portu w Montevideo. Prawdopodobnie trofeum stało gdzieś w sejfie i nikt nie wpadł na pomysł, by na stadionie uroczyście przekazać je zwycięzcom. Za to wzruszającym momentem było wciągnięcie urugwajskiej flagi na szczyt Torre de los Homenajes, wieży górującej nad Estadio Centenario. Ciekawe, czy widział to Mosze Książenicki? Rządząca Urugwajem partia Colorado ogłosiła następny dzień wolnym od pracy. Rozpoczęła się legenda mundiali.
*
Rudy Wetzer, kapitan reprezentacji Rumunii, spisywał w czasie mistrzostw pamiętnik*. "Zastanawiam się, czy kiedykolwiek znowu zagram przed stoma tysiącami widzów. Nie wierzę w to. Ale kto wie... W każdym razie zdałem sobie sprawę, że piłka nożna to potężny nałóg. Może bardziej niż alkohol i tytoń. Myślę, że futbol podbija świat, bo jest jak dzieciństwo. (...) My, piłkarze, jesteśmy jak bogowie. A widzowie, którzy biją brawo albo gwiżdżą, dzięki nam żyją iluzją, że sami mogliby być bogami" - pisał Wetzer. I kończył: "Dlaczego ludzie rzucili się po ostatnim gwizdku finału przez fosę, która oddzielała trybuny od boiska? Dlaczego chcieli jako pierwsi dotrzeć do Iriarte i nieść go na rękach? Przewiduję świetlaną przyszłość futbolu. Tak świetlaną przyszłość, że fiesta w Montevideo okaże się zwykłym wspomnieniem".
* Nawet w tej zapowiadanej oficjalnie wersji mecz Francji z Meksykiem, choć pierwszy, miał być "przedmeczem", wstępem do głównego widowiska.
* Obecnie przy skrzyżowaniu ulic Charrúa i Coronel stoją tylko symboliczne słupki wyznaczające miejsce, gdzie znajdowała się bramka, na którą strzelał Lucien Laurent, zdobywca pierwszego mundialowego gola. Już w latach 40. XX wieku wyrosła tam dzielnica mieszkaniowa. Dopiero w 2006 r., po długich badaniach z wykorzystaniem starych zdjęć lotniczych, urugwajski architekt Enrique Benech wskazał dokładne położenie dawnego stadionu.
* Po rocznej rehabilitacji próbował grać, ale znowu złamał prawą nogę i w 1932 r., mając zaledwie 25 lat, zawiesił buty na kołku.
* Wiele źródeł podaje, że na meczu Peru - Rumunia było ponad dwa tysiące kibiców. Podstawą są dane organizatorów o sprzedanych biletach. Zarobiono wtedy 657 pesos. To zdecydowanie najmniej ze wszystkich meczów pierwszych MŚ, ale daje rzeczywiście liczbę około dwóch tysięcy widzów. Problem w tym, że było bardzo zimno, tylko kilka stopni na plusie, nawet drużyny prezentowały się w grubych swetrach, bo padał śnieg z deszczem. Spora część publiki prawdopodobnie się wykruszyła, a trybuny świeciły pustkami, o czym świadczą zdjęcia. Liczba 300 widzów jest więcej niż prawdopodobna.
* W dniach 21-23 maja 1904 r. federację założyły: Francja (Union des Sociétés Françaises de Sports Athlétiques, reprezentowali ją Robert Guérin, Alphonse Fringnet i André Espir), Belgia (Union Belge des Sociétés de Sports Athlétiques; Louis Mülinghaus i Max Kahn), Dania (Dansk Boldspil Union; Ludvig Sylow), Holandia (Nederlandsche Voetbal Bond; C.A.W. Hirschman), Hiszpania (Madrid Football Club; reprezentowany przez Espira), Szwecja (Svenska Bollspells Förbundet; reprezentowana przez Sylowa) i Szwajcaria (Association Suisse de Football; Victor E. Schneider). Niemcy (Deutsche Fussball Bund), nieobecni w Paryżu, potwierdzali, że akceptują porozumienie.
* Punkt 9 w oryginale: "La Fédération Internationale, seule, a le droit d'organiser un championnat international".
* 100 Years of Football. The FIFA Centennial Book, 2004, s. 59.
* Na Wyspach związek piłkarski Szkocji powstał w 1873 r., Walii w 1876, a Irlandii w 1880. Pierwszy mecz międzynarodowy to 1872 r. (Szkocja - Anglia 0:0). Od początku 1884 r. rozgrywano coroczne British International Championship. Ten najstarszy piłkarski turniej świata początkowo był niesformalizowany, ale potem okrzepł tak, że rywalizowano przez 100 lat, do roku 1984.
* W piłkę nożną grano już na IO w 1900 i 1904 r., ale startowały tylko drużyny klubowe.
* To nie pomyłka, w igrzyskach startowała Anglia, a nie Wielka Brytania. Wtedy dopuszczono bowiem możliwość, że każdy kraj wystawi po cztery drużyny, ale z Wysp zgłosiła się właśnie tylko Anglia. Pierwszą w historii drużynę piłkarską Wielkiej Brytanii stworzono dopiero w lipcu 1936 r., przed IO w Berlinie (inna sprawa, że w 1908 r. każdej reprezentacji z Wysp, gdyby się zgłosiły, przysługiwała nazwa Wielka Brytania). W 1908 r. startowało sześć zespołów - obok Anglii i Danii także Francja i Francja B oraz Szwecja i Holandia. Wycofały się Węgry i Bohemia. Wszystkie mecze rozegrano na White City Stadium w Londynie, przy słabym zainteresowaniu widzów. Na dodatek grano dopiero w październiku, kilka miesięcy po otwarciu igrzysk i rozegraniu głównych zawodów w lekkiej atletyce. Były to tzw. Winter Games, czyli igrzyska zimowe, a rywalizowano w tym terminie także w rugby, lacrosse i hokeja. Wśród dyscyplin zimowych były również łyżwiarstwo i boks.
* Startowały Anglia, Dania, Holandia, Finlandia, Austria, Rosja, Węgry, Norwegia, Szwecja, Włochy i Niemcy. Wycofały się Belgia i Francja, odrzucono zgłoszenie Bohemii.
* Szwajcaria zrezygnowała tuż przed turniejem, ale i tak startowało więcej drużyn niż potem na premierowym mundialu w 1930 r.
* Belgia, Bułgaria, Czechosłowacja, Egipt, Estonia, Francja, Hiszpania, Holandia, Irlandia, Jugosławia, Litwa, Luksemburg, Łotwa, Polska, Rumunia, Szwajcaria, Szwecja, Turcja, Urugwaj, USA, Węgry i Włochy.
* Urugwaj, Holandia, Niemcy, Szwajcaria, Włochy, Francja, Hiszpania, Meksyk, Egipt, Turcja, Portugalia, Królestwo SHS, Argentyna, USA, Belgia, Luksemburg, Chile.
* Anglicy, gdzie kwitło zawodowstwo, też byli przeciw, aczkolwiek z całkiem innych powodów niż MKOl. Oni za grzech uważali mieszanie idei amatorstwa z profesjonalizmem. Walczyli o przewodnictwo w futbolu i tak jak MKOl przegrali, choć stosowali drastyczne środki - w lutym 1928 r. wycofali się z FIFA.
* Wzorem mistrzostw brytyjskich w Europie powstawały też inne imprezy. Od 1924 r. istniały mistrzostwa Skandynawii, czyli Puchar Północy (Dania, Finlandia, Norwegia i Szwecja), od 1928 r. Puchar Bałkański (Bułgaria, Grecja, Rumunia i Jugosławia) czy Puchar Bałtyku (Litwa, Łotwa, Estonia).
* Obok niego także Enrique Buero, Félix Polleri i Arturo Macció.
* Demokracja w Urugwaju upadła w 1933 r., a zamach stanu (przeprowadzony przez prezydenta Gabriela Terrę, który zawiesił konstytucję) był wynikiem wyniszczającego kryzysu gospodarczego po krachu na Wall Street.
* Izba Reprezentantów zatwierdziła przepisy 10 maja, a Senat 15 maja. Ustawę ogłoszono 16 maja, czyli dzień przed kongresem w Barcelonie.
* Często wymieniana w rozmaitych opracowaniach suma 255 087 pesos nie uwzględnia abonamentów (można było kupić karnet na kilka spotkań) oraz wpływów z dwóch meczów towarzyskich, które gospodarze wliczali do ogólnego bilansu, choć przyniosły one tylko 1300 pesos (były to spotkania drużyn europejskich z najsilniejszymi klubami Montevideo: Francja - Nacional i Belgia - Pe?arol). Po odliczeniu kosztów dochód wyniósł 257 076 pesos.
* Gómez jednak nie zebrał owoców zwycięstwa w Barcelonie, bo jeszcze przed mundialem przegrał wybory na szefa urugwajskiej federacji piłkarskiej AUF.
* Obrady odbywały się w ratuszu (Casas Consistoriales), w Sali Królowej Regentki (Salón de la Reina Regente Maria Cristina).
* Łącznie Urugwaj wykorzystał 15 zawodników, 7 nie zagrało w żadnym meczu. To bramkarz Capuccini oraz Calvo, Melogno, Píriz, Recoba, Riolfo i Saldombide. W meczu z Rumunią konieczne było zwycięstwo, bo rywale pokonali wcześniej Peru 3:1 i mieli lepszy bilans bramkowy, więc do awansu do półfinału starczał im remis.
* W mundialowym roku sezon był skrócony, ale nie miało to nic wspólnego z MŚ. Po prostu nowe władze JNS postanowiły, że liga będzie grać systemem jesień-wiosna.
* Trofeum zdobył wtedy Urugwaj jako drużyna przyjezdna. Puchar Newtona, podobnie jak Puchar Liptona, był coroczną rywalizacją Urugwaju i Argentyny - ale po finale mundialu rywalizacja o oba trofea wygasła aż do 1937 r.
* Taką relację przytacza Tony Mason w znakomitej książce Pasja milionów. Piłka nożna w Ameryce Południowej. Wydanie polskie, w tłumaczeniu Piotra Bratkowskiego, ukazało się w 2002 r.
* Legenda prawie nieznana w Polsce, być może dlatego, że w dawnych latach opierano się u nas na słabych książkach z krajów "demokracji ludowej", a w nich nie poruszano tego tematu. Potem powielano powierzchowne relacje. To osobna kwestia: jak polskie dziennikarstwo sportowe nie raz i nie dwa forsowało złudne tezy i nie dostrzegało rzeczy zasadniczych. Innym przykładem jest wyolbrzymianie roli Andrade w sukcesie Urugwaju.
* Przed mundialem ani razu nie grał w reprezentacji - z Peru, na otwarcie Estadio Centenario debiutował. Ogółem zagrał w reprezentacji tylko pięć meczów.
* Jego duże fragmenty opublikował dziennikarz Ioan Chirilă w kilku książkach, np. w Finala se joacă astăzi (Dzisiaj rozgrywany jest finał, 1966), ?i noi am fost pe Conte Verde (Też byliśmy na Conte Verde, 1983), Zile şi nopţi pe stadion (Dnie i noce na stadionie, 1985); zamieścił je też w kolejnej książce, napisanej wspólnie z Mihaim Ionescu, Un veac de fotbal românesc (Stulecie rumuńskiego futbolu, 1999).