Broadway
- Tam nic nie ma, niczego nie znajdziesz - powiedział M.
- Zupełnie nic? - dopytywałem.
- Geje coś tam wiedzieli - usłyszałem - i o akcji "Hiacynt", i o AIDS, ale się tym w sumie nie przejmowali. Wesoło było, seks wszędzie, zwłaszcza na Centralnej. Chłopcy na nic nie zważali, chociaż zdawali sobie sprawę, że milicja łapie.
Niektóre źródła podają, że za wejście do toalety na dworcu Warszawa Centralna płaciło się piątaka1. Inni pamiętają, że na szczęście pisuary były za darmo. To znaczy wskazane było, żeby zostawić coś "na talerzyk", bo klozet-baba patrzyła krzywo. A jak się szło do kabiny, to już obowiązkowo, za co przysługiwał reglamentowany kawałeczek papieru toaletowego.
- Ale były różne układy - wspomina L. - Mój znajomy, Krzysio, co miał fiuta jak armata i tam sobie dorabiał, to wchodził jak do siebie i nigdy nie płacił. Klozetowa przymykała na to oko, bo jak chłopacka miłość się ziściła, to on jej potem zostawiał hurtem dychę czy dwie i była zadowolona. A jak z utargu nic nie wyszło, to przemykał pod jej okienkiem, a ona się odwracała, że niby nie widzi. Znajomości i układy były najważniejsze. Chodziło o to, żeby kombinować, inaczej się nie dało. Ta cała PRL to było tak: trochę pogrozić, a trochę pogłaskać, zabronić, ale przecież nie tak do końca.
Niektórzy spędzali tu godziny - opowiada dalej, popijając kawę na fusach - a inni kursowali w tę i we w tę tak często, że wyrabiali w ten sposób półmaratony. Mus był, konieczność taka, wręcz obowiązek i wezwanie płynące z natury. Nie do sikania, nie! Do podrywania.
Jak świat światem i gdziekolwiek spojrzysz, kibel to miejsce seksu dla gejów. Kibel, pisuar, toaleta, wychodek czy blaszanka - święte grzybki - to zawsze i wszędzie to samo: punkt zapoznawania się do chwilowej rozkoszy i miłości liczonej w minutach. I jeszcze do plotek, do bycia wśród swoich - jak scena czy pradawna agora: dobrze tu bywać, uroczo. W tym zakresie od zawsze panowała wśród gejów zgoda. Ktoś mógłby się zdziwić - dlaczego kible? Przecież śmierdzi i wstyd. Ale nie! Dla gejów to jest nakaz i wybór jednocześnie. Ohyda i rozkosz. Strach i radocha. Wszystko tu jest: i miłość, i zbrodnia.
Wielu poznawało się w kiblu, zwłaszcza tym na Centralnej, gdzie było najlepiej i niemalże światowo, bo i swoi, i turyści, czasem zupełnie egzotyczni, z bardzo daleka (z Berlina Wschodniego!). Miejsce to było usytuowane - można powiedzieć - strategicznie. Niedaleko od przystanku przy Marchlewskiego (dziś Jana Pawła) schodziło się w dół i szło korytarzem obok przechowalni bagażu, obok nieistniejącej już fontanny. Naprzeciwko mieścił się salonik gier typu jednoręki bandyta. Chłopcy kręcili się tam jak na jakimś wybiegu - można było popatrzeć, można się było zapoznać.
Wejść do tego Hadesu prowadziło kilka, z wielu stron. Tak to sobie obmyślił dekadę wcześniej, w latach siedemdziesiątych, architekt dworca Arseniusz Romanowicz. Cały teren, aż do Pałacu Kultury, zwłaszcza tam, gdzie znajdował się niewielki park, drzewa i krzaki, to był cruising, czyli promenada dla gejów, salon warszawski, a po naszemu - pikieta.
Wszędzie można było palić, więc w tym korytarzu i w samym kiblu bywało gęsto od dymu. To pomagało zabić czas, bo wiecznie czekało się na kogoś lepszego, kto - koniec końców - nigdy się nie pojawiał (i brało się, co było). Ci bardziej doświadczeni - mówią dziś świadkowie L. i Z. - konsumowali od razu, a potem dopiero ewentualnie szukali kolejnej okazji. Wielu też znało się już z widzenia i nawet mówili sobie "cześć", bo dobrze wychowani.
- A kogóż to moje piękne oczy widzą? Fryzjerka!
- Zdzicha! Na szlaku?
- Tonight, I'm going to the city!
Krążyli, wchodzili i wychodzili, czekali.
Chodziło o to, żeby się zakochać, pokochać i zniknąć[1].
Nie znają się, a w mig stają się sobie najbliżsi.
We Fragmentach dyskursu2 miłość to przygoda, w której następują: zapoznanie, uwiedzenie, schadzki i podróże za róg w celu przylgnięcia do siebie na nieuchronnie zbyt krótką wieczność. Wszystko dla wspomnień.
W tym pustym świecie miłosnych skojarzeń nie wybrzmi nigdy rozpaczliwe: "Dlaczego mnie już nie kochasz?".
Obłęd straconej miłości nigdy nie pojawi się w bolesnej retrospekcji, a wyobrażenie rzeczy nierealnych będzie zakazane.
W zamian oferowana jest nieustanna wymiana ciał, dramat szybkich zbliżeń, do których dochodzi w codziennej scenerii, w której Warszawa bywa piękna - na chwilę.
- Kibel, niekibel, a salon - stwierdza W.
Czasem może który i siknął, jak go przyszpiliło. Rytuał jest taki, że stoi się niby za potrzebą, ale - o ile się już swoje wyczekasz - kuka się na kolegę obok, zerka przez ramię, zezuje w lewo czy prawo i w dół. Tylko dyskretnie! Dyskrecja najważniejsza, zwłaszcza wśród ciot, między którymi nadmierne zainteresowanie może skutkować postem całkowitym. Niektórzy udają, że są tu z powodów pisuarowych i moczowych. Tacy nawet nie zerkną, tylko wręcz fukną ze złością, jakby zaczepić czy puścić oko. "Ja tu wcale nie po to, ja tu za inną potrzebą, naturalną!" - komunikują przez ramię. "Ale jaką inną, jak przecież właśnie tę samą?!"
No a gdzie pójdzie? Do hotelu? Za drogo, krępująco. W domu też nie, bo matka, bo żona, bo baba od wynajmu pokoju. Na własnym, skromnym metrażu też strach, bo co sąsiedzi powiedzą. A jeszcze lujek okradnie, pobije, zabije albo, co gorsza, na mieście obgada - nie warto ryzykować. Geje nie w ciemię bici, nieustannie stosują strategie przetrwania. Chociaż ryzyk-fizyk, nie usiedzisz. Park czy Centralna wodzą na pokuszenie.
Niektórzy odpicowani jak do kościoła. Inni z reklamówkami. Nie wiadomo, czy w środku prowiant, czy gazeta ("Relaks", "Sztandar Młodych", takie tam). Albo paczka papierosów i piwo. Poza tym to przecież dworzec, dla niepoznaki torba, że podróżny z Warszawa Włochy akurat tu wysiadł na tym dworcu i akurat tu zaszedł do tego oto szaletu.
Kibel to jak gdyby mały pokój na własność i do większej intymności. Można było usiąść wygodnie na sedesie, szurnąć butem, gdy obok zasiadł ktoś inny, nogą tupnąć, chrząknąć znacząco. Odważniejsze zwijały papierek i przerzucały na drugą stronę. Jak był odzew - taki sam gest czy znak - to pojawiała się nadzieja na więcej. Trzeba jeszcze odczekać, czy aby nikogo postronnego przy pisuarach nie ma i czy aby kto nowy nie wchodzi.
- Toaletowe drzwi - klaruje L. - to niekiedy jedyne drzwi w życiu cioty, które może zamknąć za sobą razem z kochankiem.
Nie będzie więc tu grymasić, nie będzie domagać się luksusów - bierze, co jest, i wesoła. A poza tym, czy to człowiekowi coś więcej potrzeba? Trzy dykty i ściana, siedzisko, podłoga w kafelkach.
Na ściankach kabinowych ciotowska prasa podziemna. Na przykład: "Pan pozna pana - we wtorki po szesnastej", "Poszukuję i dam się znaleźć - Romantyk". A każdy jeden, każdziuteńki, marzy o Włochu i żeby stąd do niego wyjechać.
- To był nasz lokalny Broadway - rozmarza się K. - Wspaniały, jedyny taki. Wszystkie tam się zlatywały, żeby wyrwać, ale też, żeby zorientować się w terenie i w towarze.
Towar pierwszej jakości to heteryk, który nie wie (chociaż doskonale wie, ale udaje). Najlepiej taki z obrączką, niemalże niemy, zawstydzony, który kiwnie głową, coś tam niewyraźnie burknie i pozwoli, by rzeczy się działy.
Drugi sort to młodzi, ale nie przegięci. Zawsze chętni, w potrzebie. Co było do stracenia? Godność? W Polsce geje nie mieli godności. Prawa człowieka istniały jedynie w teorii - zasłyszane jak plotka. W życiu były wstyd, strach, zaszczucie. I właśnie ta pociecha z kradzionej rozkoszy.
W rzeczywistości zniewolonego umysłu szafa, kabina, ciemna brama to ciągle ten sam model wykluczenia.
- Świat był zakałapućkany - stwierdza L.
Trzeci typ bywalców Centralnej to sponsorzy. Były tam prostytutki i ich klienci, a ceny rzeczywiste podawano w dolarach. Do sponsorowanego zapoznania dochodziło w kabinach, na ulicy, ewentualnie na parkingu przy dworcu. Albo z pomocą znajomego, na domówce czy z notesika.
- Ty młody, tobie się przyda - zagadywali.
Takie kieszonkowe to nie byle co. Może uda się kupić modny ciuch. Dżinsy tureckie, dekatyzowane domowymi sposobami w marmurek, to był lokalny hit, a tu, przy odrobinie zachodu, prawdziwe lewisy. Poza tym za coś trzeba się bawić, z kolegą napić, dziewczynę na kawę do Bliklego zaprosić. Nie ma to tamto.
- Komary rypią, taka noc! - zarzucił, a tamten, jeśli akurat w potrzebie czy znudzony, to szedł.
Żul był zjawiskiem znanym milicji. Nawet prasa pochylała się nad tematem: Żul jest to młody człowiek, niekiedy bardzo młody, którego dominującą cechą jest chęć łatwego życia. [...] zazwyczaj nie pracuje, ubiera się dobrze, modnie, przebywa w miejscach grupowania się czy przebywania elementu homoseksualnego. Łatwo daje się namówić na wspólne spędzenie czasu, przyjmuje prezenty, czasem także stałe kieszonkowe. Świadczy usługi seksualne3.
W domu, żeby podniecić i zachować pozory, pokazywało się młokosom gazetki, bardzo wówczas cenne, przetrzymywane latami w szufladzie albo pod łóżkiem. Była to pornografia wyłącznie w typie hetero - cycki i cipki. Gołą babę - twierdzą niektórzy z przesadą - każdy gej miał w domu w licznych egzemplarzach. Sprowadzano to z Zachodu, tak jak wykroje i wzory z "Burda Moden" czy katalogi "OTTO" (do cna erotyczne). Dużo działo się wtedy w wyobraźni. Wzgórek łonowy (a dla gejów wzgórek slipkowy) miał potężną moc. Żołnierz czy inny żulik oglądał sobie i rozochocony wódką i rozmową, pozwalał na wiele.
A niejeden sam inicjował.
W kiblach był seks, ale też strach. Bo AIDS. W latach osiemdziesiątych nie panowała już ta mitologiczna beztroska co kiedyś. Geje wiedzieli, że mogą umrzeć od miłości. Nigdy później nie będą uprawiać seksu bez lęku, już zawsze będą go czuć, będą myśleć o chorobie. I o śmierci, którą tylu zapłaciło za bliskość z drugim człowiekiem.
O "Hiacyncie" też między sobą mówili.
- Milicja zawsze była niechętna takim jak my - zauważa L. - A że zgarnęli, że przepytywali, że chcieli poznawać nazwiska koleżanek, no to co? I tak wszystko wiedzieli. Gadało się więc cokolwiek, inna rzecz, czy oni wierzyli? To nie miało znaczenia, chodziło o zapis, a nie o prawdę.
L. twierdzi, że wśród mężczyzn z pikiety krążyli cichaczem agenci Służby Bezpieczeństwa lub milicjanci w cywilu i obserwowali. Milicja na dworcu czy w kiblu - to nikogo nie dziwiło, a może nawet dawało jakieś tam złudne poczucie bezpieczeństwa, chociaż jeśli oni rzeczywiście tam bywali, to po to, by gejów kontrolować. Kontrola polegała na spisaniu do notesika danych z dowodu osobistego.
- Dla tych esbeków - L. zaciąga się dymem - to każdy był podejrzany, jak to się wtedy mówiło: "o sprzeczne z prawem poczynania"4. Trzeba było mocno stać na własnej straży. Nikogo nie obchodziłeś. No, ale jak się kogoś nie lubiło, to się przy okazji okazania dokumentu szepnęło na niego słówko. Że na przykład ma HIV, że się puszcza. A między sobą z kolei, że donosi na koleżanki.
W ten sposób można było z dnia na dzień zyskać w oczach funkcjonariuszy, ale i stracić wśród dworcowych bywalców twarz czy poszanowanie. Bo między ciotami też jest kodeks, a kto go łamie, ten staje się po prostu wyrzutkiem społecznym. I to podwójnym! Bo raz, że ciota, a dwa, że kabel.
A jednak na pomówienia, ploty i donosy mimo wszystko chłopcy machali ręką, bo ważniejsze rzeczy działy się obok, można powiedzieć wręcz: ostateczne.
AIDS, prostytucja homoseksualna i domniemana kryminogenność środowiska, rozumiana jako świadome szafowanie swoim życiem i zdrowiem przez nawiązywanie kontaktów z "elementem przestępczym" - głównie młodymi mężczyznami z tak zwanego marginesu społecznego, były oficjalnymi powodami akcji "Hiacynt" prowadzonej w latach 1985-1987.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych bardzo szybko zainteresowało się AIDS. W notatce na ten temat napisano: "Z obserwacji odnośnie rozpowszechniania się choroby wiadomo, że nośnikiem zarazka jest człowiek. Choroba ta przeniesiona została ze środkowej Afryki na Haiti, skąd turyści z USA wyjeżdżający na orgie seksualne przenieśli ją na kontynent amerykański. Stamtąd trafiła najpierw do Europy Zachodniej, a następnie pojawiła się w Polsce"[2].
Żelazna kurtyna podzieliła świat na pół, a AIDS ten podział ugruntował. Z zapisów polskich służb wynika, że Amerykanie oskarżali Związek Radziecki i twierdzili, że to Chruszczow wyhodował wirusa jako niszczycielską broń. Ludzie radzieccy mówili z kolei o poszukiwaniach idealnej metody, którą da się bez problemu unicestwić, a przynajmniej przetrzebić wojska amerykańskie.
Wnioskować można, że źródło zagrożenia musi być zawsze obce i musi przychodzić z zewnątrz. Nie może być nasze, a jeśli nas dotyczy - powinno być efektem wrogich działań.
To, że roznosicielami wirusa są mężczyźni homoseksualni, było w tym czasie bezdyskusyjne. Jak podawał raport służb, aż siedemdziesiąt procent homoseksualnych mężczyzn cechował promiskuityzm, który - zdaniem autora raportu - występuje wtedy, gdy jedna osoba ma więcej niż kilkudziesięciu partnerów rocznie. Stąd AIDS.
Gdyby to było tylko między nimi, nie byłoby problemu. Dobór naturalny i korzystna selekcja. Ale, niestety, "jeden homoseksualista w ciągu jednego roku może zarazić około 800 osób", wśród nich są mężczyźni biseksualni, a "zarazki przenoszone są na kobiety". Z nich zaś na mężczyzn hetero.
Oddziałem X Szpitala Zakaźnego w Warszawie kierowała wówczas doktor Lidia Babiuch, żona premiera Edwarda Babiucha. Prawdopodobnie na linii partyjnej jakoś załatwiono, że zimą 1984 roku pierwszego pacjenta z AIDS przywieźli prosto z lotniska na Wolską. Był to Polak od lat mieszkający w USA, który wrócił do kraju w stanie już właściwie agonalnym.
Personel opiekował się pacjentem, chociaż nie było go nawet jak diagnozować. Laboratorium ze strachu przed chorobą nie chciało wykonywać badań. Robiono tylko ogólną morfologię i posiew moczu. Leczyło się objawowo. Jak pacjent miał zapalenie płuc, to mu się dawało antybiotyk. Jak miał biegunkę - a potrafił mieć po kilkadziesiąt wypróżnień na dobę - to ścieliło się arkusze ligniny i płócienne podkłady. Taki stan trwał kilka tygodni i w końcu mężczyzna zmarł.
To był jeden pacjent, ale ze strachu przed innymi doszło do krachu - zabrakło rąk do pracy.
Sprawa operacyjna o kryptonimie "AIDS" powstała w wyniku "odmowy pionu medycznego przeprowadzenia badań" zagranicznym studentom w Łodzi. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych nosiło się z zamiarem, żeby w ogóle wszystkich studentów szkół wyższych testować na nosicielstwo AIDS przymusowo. Zaczęli jednak od tych z zagranicy, wychwytywanych dzięki kursom językowym w Studium Języka Polskiego dla Cudzoziemców.
Bunt wszczęły trzy młode laborantki - Hanka, Jola i Elżbieta. "Nie i koniec, pobierać zahifionej krwi nie będziemy" - deklarowały.
Dziewczyny zaparły się do tego stopnia, że trzeba było przeprowadzić z nimi rozmowę ostrzegawczą. To już podchodziło pod strajk - słowo, którego w PRL nie używano - i mogło zaowocować odmową wykonywania pracy gdzie indziej. Hanka, Jola i Elżbieta mogły się stać z dnia na dzień prowokatorkami, mącicielkami, a nawet wrogami Polski Ludowej, od czego był już tylko krok do "ludzi mieniących się opozycją". Należało zdusić ogień rewolucji w zarodku.
"Taka akcja może doprowadzić do sytuacji, jaka miała miejsce wiosną tego roku na uczelniach szczecińskich, gdzie po potwierdzeniu nosicielstwa u kilku Murzynów, powstała w akademikach istna panika, a w jej następstwie postawy o charakterze rasistowskim" - wyjaśniała kierowniczka laboratorium.
Pod pretekstem braku zaufania do fachowych umiejętności i postawy społeczno-politycznej zwolniono ją z pracy. Dodatkowo przeprowadzono w szpitalu akcję informacyjną dotyczącą nadzwyczajnych środków profilaktycznych, ale sprawa się rozniosła i pracownicy zakładów opieki zdrowotnej zaczęli grozić, że rzucą papierami.
Postanowiono temu zaradzić. Przyszły pieniądze, i to duże, a każdy pracujący przy zakażonych HIV dostawał znaczną premię, aż dwieście-trzysta procent podstawowego uposażenia. I wtedy znalazł się personel, a ludzie zaczęli wracać do łóżek pacjentów.
- Na początku nawet rękawiczki jednorazowe to była abstrakcja - mówi pielęgniarka Lidia Gołaś, która pracowała wówczas na oddziale X. - Potem pojawiła się już odzież ochronna, wielkie płócienne fartuchy, które zakładałyśmy na ubrania. Całe pranie z oddziału, od personelu i od pacjentów, było zabierane do pralni w budynku szpitala i prane oddzielnie. Wkładałyśmy kalosze na nogi i szłyśmy na salę. Po drodze brałyśmy płyny z chloraminą do dezynfekcji i tak się pracowało.
Po pierwszym pacjencie z AIDS długo nie pojawiali się inni homoseksualni mężczyźni. W Polsce chorowali przede wszystkim narkomani.
- Trafiali do nas wprost z ulicy, z dworców - wspomina dalej pielęgniarka. - Dopiero później przyszedł czas, że zaczęli chorować homoseksualiści, a wraz z nimi pojawiły się też kobiety, żony mężczyzn biseksualnych. Jak przychodził mężczyzna z HIV, to się robiło cuda, żeby skontaktował się z kochankiem albo żoną, żeby ich też przebadać. Zakażeni bali się i wstydzili okrutnie. Stosowali różne kamuflaże, żeby ich nikt nie rozpoznał czy nie spotkał w szpitalu. Niektórych leczono nawet pod nie swoim nazwiskiem. Nie wiem jak, bo dowód trzeba było pokazać. W sumie to się nie dziwiliśmy, bo nagonka była na nich powszechna.
W grudniu 1987 roku notatkę na temat oceny zagrożeń AIDS w kraju otrzymali między innymi towarzysz Jaruzelski, towarzysz Messner i towarzysz Kiszczak. "Choroba jest dla większości opanowanych nią krajów poważnym problemem ekonomicznym". Oraz: "Badaniom nad samym AIDS nadaje się dużo rozgłosu, głównie w celach propagandowych. Mniej natomiast mówi się o olbrzymich, głównie sponsorowanych przez Pentagon badaniach nad wynalezieniem sztucznej krwi. Bez sztucznej krwi większość rannych stać się może ofiarami AIDS. Oddzielny problem do analizy sytuacji w przypadku uderzenia jądrowego ZSRR na gęsto zaludnione obszary USA".
Ponieważ uważano, że AIDS to choroba wysoce zakaźna, z racji wykonywanych czynności służbowych istniała możliwość zakażeń funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. "Nośnikiem wirusa AIDS może być brudny ręcznik, bielizna lub inne przedmioty należące do homoseksualisty lub biseksualisty, posiadające ślady krwi, wydalin i wydzielin w postaci moczu, kału, spermy, śliny, łez". W związku z tym dyrektor departamentu[3] poparł inicjatywę Biura Kryminalnego[4], polegającą na tym, aby w bezpośrednich rozmowach przekonywać homoseksualistów i biseksualistów, którzy mieli kontakty seksualne z cudzoziemcami zarówno w kraju, jak i za granicą, do dobrowolnego zgłaszania się w wojewódzkich przychodniach dermatologicznych w celu oddania krwi do badań na AIDS. Obowiązywało zgłaszanie, rejestracja zachorowań i przymusowa czasowa hospitalizacja zakażonych, a rejestr wszystkich chorych prowadził Państwowy Zakład Higieny.
W Polsce pod koniec lat osiemdziesiątych na sześćset trzydzieści tysięcy przebadanych zgłoszono dwóch chorych na AIDS i pięćdziesiąt dwie osoby z HIV.
Rejestry, spisy, katalogi - to ulubiona metoda państwa powszechnej kontroli. Dzięki niej powstają teczki osobowe, najcenniejsze narzędzie służb. Z czego składa się teczka? Jej podstawowe elementy to zazwyczaj:
1 Wniosek o wszczęcie sprawy dotyczącej rozpracowania.
2 Kwestionariusz osoby rozpracowywanej.
3 Wykaz źródeł informacji wykorzystanych w sprawie.
4 Wykaz kontaktów osoby rozpracowywanej.
5 Wykaz osób, które zapoznały się z materiałami.
6 Przebieg sprawy.
7 Wniosek o zakończenie sprawy.
8 Meldunek założeniowy.
9 Meldunek uzupełniający.
10 Meldunek zakończeniowy.
11 Kronika najważniejszych informacji.
12 Notatka informacyjna.
13 Spisy, indeksy, zdjęcia.
We wniosku o wszczęcie sprawy nadawano jej kryptonim. To jest cała "poezja" nazw i epitetów, nomenklatura cyrkowa, podniosła, ale i zwyczajna, codzienna (przykładowo: "Eskulap", "Obcy", "Mitoman", "Zapałki", "Waluciarz", "Rezydent", "Korynt"). Jeśli była to teczka osobowa, spisywano wszystkie dane - od nazwiska po stanowisko i miejsce pracy. Takie formularze drukowano z prasy według wzorca. Jeśli chodziło o sprawę obiektową, lokal obserwowano, zakładano w nim podsłuch i wprowadzano na miejsce funkcjonariuszy, a to kosztowało.
Największą wartością były więc osobowe źródła informacji, czyli wtyki, zwane też powszechnie TW - tajnymi współpracownikami. W tym czasie każdy esbek miał półformalny nakaz, aby we własnej sieci mieć przynajmniej dziesięciu informatorów. Efektywność pracy SB w dużej bowiem mierze opierała się właśnie na sieci. A to, czy miał kilku informatorów, czy znacznie więcej, było oceniane i gratyfikowane.
Jak powstawały teczki, w jaki sposób tworzono formularze do przepytywania i rozpracowywania osób? Czy była tam jakaś grupa twórcza, która od lat siedziała gdzieś po nocach i kombinowała, kojarzyła, wykluczała i dodawała nowe sposobności ujęcia tematu? Obojętnie, kto to robił, wysyłali to potem dalekopisami i w szarych kartonach, po sto, po tysiąc sztuk, a następnie funkcjonariusze wypełniali te katalogi danymi uzyskiwanymi w wyniku śledztwa.
Podawano podstawę wszczęcia i cel rozpracowania, na przykład: AIDS. Albo: prostytucja. Albo: "homoseksualizm, rozpoznanie i zwalczanie osób objętych tym schorzeniem".
W trywialnej i płaskiej codzienności znika to, co heroiczne.
Na co dzień większość się ukrywała. Niektórzy uciekli. Zostało to, co zostało - peerelowska rzeczywistość. A wraz z nią apatia, marazm, wszystko ciut-ciut i tuż-tuż, jałowe.
Aby nastąpił ruch, działanie, potrzebny jest zarówno problem społeczny - lub to, co takim nazwano - jak i wróg. Nie musi być nowy, można skorzystać z dawnych wzorców. Łatwy do identyfikacji, z nazwy oczywisty, groźny w wyobrażeniu, znienawidzony przez dominującą większość i słaby.
Taki wróg w teorii Nilsa Christiego5 posiada zasadniczą cechę - walka z nim musi trwać, a jej celem nie jest wygrana ani pokój, bo dogodny wróg daje się niszczyć, ale nigdy nie ginie.
Geje mają zaś szczególny rys - nie przynależą do żadnej grupy etnicznej, są wszędzie; nie mają żadnych wyłącznych cech wyznaniowych, są w każdej religii; pomimo nacisków, w ukryciu, nie rezygnują ze swojego życia, nie "normalizują się". Łatwo jest zatem uczynić z nich chorych, zboczonych i grzesznych. Napiętnować ich i zastraszać. A w końcu wykorzystać.
Oficjalnie chodziło o to, że ich zabijali.
Ofiara charakteryzuje się "wiekiem dojrzałym od 30 lat wzwyż, stanem cywilnym wolnym, wykształceniem wyższym od przeciętnej"6. Reprezentuje wszystkie środowiska "społeczno-zawodowe", jest dobrze sytuowana, niekiedy nawet bogata. Mieszka przeważnie sama, "uprawia praktyki homoseksualne" i z tego jest znana.
Sprawca to chłopak w wieku do 25 lat, stanu wolnego, o podstawowym wykształceniu i "pasożytniczym trybie życia /brak stałej pracy zawodowej/". Charakteryzuje się negatywną opinią "środowiskowo-rodzinną", pije alkohol, ma nałogi, bywa notowany w ewidencji kryminalnej i materiałach operacyjnych MO.
"Homoseksualizm jako zjawisko społecznie niekorzystne - podaje raport7 - z pewnością można zaliczyć do jednych z patologii społecznych. Zagrożenie prokreacji, możliwość deprawacji nieletnich i innych jednostek psychicznie słabszych, możliwość rozprzestrzeniania jednej z najgroźniejszych współcześnie chorób AIDS, wiktymologiczna podatność do stawania się ofiarami przestępstw, a także powstawanie formalnych i nieformalnych związków utrzymujących międzynarodowe kontakty - stanowią podstawę negatywnej oceny moralno-etycznej i prawno-karnej. Wynika stąd potrzeba zorganizowanego przeciwstawienia się rozwojowi tego zjawiska w naszym kraju, zwłaszcza poprzez ograniczenie napływu młodych ludzi do grupy tzw. prostytutek homoseksualnych".
Koncepcja naznaczenia i jego skutków była w PRL znana. Pod koniec lat siedemdziesiątych Brunon Hołyst wydał książkę do kryminologii, w której znalazł się rozdział pod tytułem Teoria naznaczenia (stygmatyzacji)8. Autor jasno tłumaczy tam, że naznaczenie osób homoseksualnych skutkuje między innymi niechęcią społeczną, a także wiktymizacją (lub wiktymnością), czyli osoba taka zaczyna się czuć zaszczuta i nieakceptowana, a co za tym idzie - staje się (potencjalną) ofiarą. Jeśli ktoś znałby tę teorię, mógłby zechcieć wprowadzić jej zasady w życie: oznaczyć wroga, doprowadzić do jego znienawidzenia, zastraszyć go i spreparować jako jednostkę podatną na agresję. Mówiąc krótko: stworzyć ofiarę.
Lech Falandysz zdiagnozował podstawowe cechy ofiary: jest nią jednostka ludzka, która doznaje nieuzasadnionego cierpienia i krzywdy. "Jeżeli możemy mówić o skłonności człowieka do popełnienia przestępstwa - pisze Falandysz - to dlaczego nie można przyjąć, że istnieje także skłonność do stania się ofiarą"9.
Ofiarą może być również zbiorowość o szczególnych cechach, ale nawet wtedy każda jednostka cierpi indywidualnie.
Ofiara to nie to samo co pokrzywdzony.
Jeśli kogoś napadnie luj i zabierze mu paczkę papierosów, to z tego powodu - jakkolwiek jest to karygodne - nie wynika, że wszyscy palacze cierpią.
Jeśli jednak ten sam luj napadnie jednego geja, to w efekcie napada on na każdego z nich. Działa bowiem, bazując na nienawiści wymierzonej w grupę, a nie w jednostkę.
Scenariusz przemocy wobec homoseksualistów pojawia się w tym czasie w prasie wielokrotnie. Jest on obecny także w książkach. Autorzy piszą o niełatwym losie gejów: Marian Pankowski w Rudolfie, Witold Jabłoński w Gorących uczynkach, Marek Nowakowski w Greckim bożku, Jerzy Nasierowski w trylogii, a zwłaszcza w Śledztwie, Tadeusz Olszewski w Zatoce ostów i Grzegorz Musiał w książce pod tytułem W ptaszarni (i w innych) - sprawa jest znana.
Jest więc młody żul, który pędzi "włóczęgowski tryb życia".
Jest słaby i pogardzany, ale za to zamożny homoseksualista.
Oraz - seks, pieniądze i zbrodnia. A przede wszystkim - ludzka nienawiść.
Jest też cel oficjalny: penalizacja przestępstw (morderstw i rozbojów).
Jest i nieoficjalny: "przedsięwzięcia operacyjne to przede wszystkim wykorzystanie poufnych osobowych źródeł informacji. [...] Tajnych współpracowników i osoby zaufane winno się pozyskiwać tak pośród samych homoseksualistów, jak i prostytutek homoseksualnych"10.
Oraz metoda - tak zwane materiały kompromitujące i obciążające, czyli życie człowieka, któremu nie wolno być sobą.
W czasie akcji "Hiacynt" poszukiwano wszystkich homoseksualistów, ale każdego przesłuchiwano indywidualnie. Zatrzymywali milicjanci - przedstawiciele prawa. Każdy, kto znalazł się na komendzie, rozumiał, że tak naprawdę powodem jego zatrzymania jest jego własna tożsamość, która traktowana była jako wynaturzenie.
- Znalazłem się w grupie pierwszych zatrzymanych - mówi Waldemar Zboralski[5]. - Dokładnie to był piątek, 15 listopada 1985 roku, około godziny trzynastej.
Do szpitala w Nowej Soli, w którym pracował jako pielęgniarz, przyjechało dwóch funkcjonariuszy w cywilu, z których jednego znał osobiście (spędzali w przeszłości wspólnie sylwestra).
- Pojedziesz z nami - powiedzieli.
- Jestem aresztowany?
- Nie. Istnieje potrzeba pilnego przesłuchania.
- Ale w jakiej sprawie?
- Wszystkiego dowiesz się na komendzie.
Zatrzymanie przebiegło spokojnie. Pojechali na ulicę Moniuszki. Wprowadzono go do pokoju przesłuchań, gdzie znalazł się z jednym cywilnym funkcjonariuszem.
- Spotykamy się tu w związku z tym, że jest pan homoseksualistą - powiedział śledczy, który się nie przedstawił.
- Ale czego sprawa dotyczy? Czy to ma związek z jakimś przestępstwem? Czy jestem o coś oskarżony? Czy jestem tu jako świadek?
- Nie mogę pana wprowadzić w szczegóły. Chodzi o pana kontakty z homoseksualistami w kraju i za granicą.
Funkcjonariusz zaczął zadawać pytania podstawowe, a także o zagraniczne podróże i kontakty, krajowe znajomości, homoseksualne spotkania. Waldemar to, co wiedział - powiedział. Założył, że milicja i tak wie, więc niczego nie ryzykuje, gdy wymieni lokale czy pikiety.
Przed milicjantem leżał na stole formularz pytań o formacie złożonej kartki A4, tworzący cztery strony zeszytowe w kolorze szaroburym. Jako młody chłopak Zboralski redagował w seminarium gazetkę "Vox Eremi", rozpoznawał więc rodzaj papieru, a także to, że tekst był napisany na maszynie, a nie drukowany ze wzoru. Oznaczało to - zauważył - że jest to procedura wyjątkowa.
Pytania dotyczyły między innymi tego, co chłopak lubi w seksie i jakie techniki seksualne preferuje.
- Na takie pytania to odpowiadać nie będę - zastrzegł Waldemar. - A jeżeli jest pan zainteresowany tym, co robię w łóżku, to mogę pana zaprosić i pokazać.
Milicjant uznał to za żart, uśmiechnął się i zignorował odpowiedź.
Waldemar był zdenerwowany, mówił cicho i powoli, rozważnie dobierając słowa.
Był też zaczepny, a wręcz złośliwy.
Milicjant zażądał, by Zboralski otworzył swoją torbę i wyjął z niej wszystko, co się w niej znajdowało. W ten sposób znalazł notesik Waldemara, w którym chłopak miał dane personalne i adresy homoseksualnych znajomych. Funkcjonariusz przekazał notes do skopiowania.
Przesłuchanie trwało nie dłużej niż godzinę. Zrobiono mu zdjęcia i pobrano odciski palców. Waldek znał pracującego w tym dniu technika, który był kolegą jego ojca.
- Będę się czuł źle - powiedział - jeśli to on będzie wykonywał te czynności.
Minęła godzina, aż w końcu pojawił się nowy technik. W tym czasie oddano Waldemarowi notes, w którym - sprawdził - nie brakowało żadnych kartek.
Kiedy Waldek wyszedł z komendy, było już późne popołudnie.
Roztrzęsiony zaczął z miejsca obdzwaniać kolegów. Informował ich o zatrzymaniu, a także o tym, że skopiowano notes i że w związku z tym prawdopodobnie milicja trafi też do nich.
- Dzwoń dalej - mówił do każdego. - Ostrzeż innych.
- Waldek, mnie już też przesłuchiwali - powiedział kolega z Zielonej Góry.
- Kiedy? Jak?
- Dziś, wcześnie rano.
W sobotę okazało się, że akcja trwała w całym kraju, a jej przedmiotem nie jest żadna sprawa dochodzeniowa ani konkretna osoba, ale wszyscy homoseksualiści, różne środowiska niezwiązanych ze sobą w żaden sposób mężczyzn.
19 listopada Waldek napisał list do Andrzeja Selerowicza, kolegi z organizacji HOSI Wien, który kontaktował ze sobą chłopców w kraju, organizował spotkania, a nawet drukował homobiuletyn i wysyłał go do Polski.
Jednostronicowy list Waldka dotarł do Wiednia 9 grudnia. Zboralski pisał w nim między innymi: "Po oświadczeniu rzecznika rządu o rzekomej wolności homoseksualistów w Polsce rozpoczęła się ostra kampania przeciwko... homoseksualistom! [...] Te bezprawne zatrzymania mają wprowadzić panikę? Chyba wprowadzą - ale wzrost wrogości kolejnej warstwy społeczeństwa przeciw komunistom w Polsce".
Waldek kontynuował działania informacyjne, dzwonił i pisał do kolegów, jeździł do Warszawy, Wrocławia i Poznania. Zebrał w ten sposób - twierdzi - około trzystu relacji gejów z całego kraju.
Zboralski twierdzi w swoich wspomnieniach, że homoseksualiści przepytywani przez milicję musieli podpisywać tak zwaną kartę homoseksualisty. Treść tego oświadczenia miała brzmieć w następujący sposób: "Niniejszym oświadczam, że ja [imię i nazwisko] jestem homoseksualistą od urodzenia. Miałem w życiu wielu partnerów, wszystkich pełnoletnich. Nie jestem zainteresowany osobami nieletnimi".
Zachowując pozory działalności zgodnej z prawem i pożądanej (walka z pedofilią), uzyskiwano w ten sposób tak zwane samoprzyznanie oraz - najważniejsze - potwierdzenie stereotypu (promiskuityzm).
Dawny język, jakiego używano do opisywania homoseksualistów - pełen metafor i eufemizmów - stał się nagle w pojawiających się coraz częściej artykułach prasowych lat osiemdziesiątych dosłowny. Nie było kogo łudzić, że to wszystko jest albo daleko, albo ma posmak czegoś wysublimowanego (Iwaszkiewicz, Andrzejewski, Gombrowicz). Tu można było jak w pysk - prosto z mostu.
Istniała jedna zasada - konieczność stosowania zaimka "oni". Homoseksualiści to zawsze są "oni". Obcy, dziwni, zboczeni, chorzy - oni.
Mają swoje środowisko, swoje zwyczaje - to są ich zwyczaje, nie nasze. "Oni" są w dystansie do zdrowej tkanki socjalizmu, a przepaść, która dzieli ich od "nas", jest ogromna. To wskazanie oznaczało tu jednak nie tylko dystans, lecz powodowało także pełną dekonspirację.
Oto są - oni!
Publicyści, pochylając się nad zjawiskiem - najczęściej w kontekście kryminalnym lub sensacyjnym - wykorzystywali bezpieczną furtkę językowego dystansu, stosując w istocie naznaczenie. Nawet jeśli analizowali sprawę z pozytywnym założeniem, pojawiało się wykluczenie. Tomasz Dehnel pisał na przykład w 1986 roku w "Prawie i Życiu" w artykule zatytułowanym Szukam przyjaciela11, że: "W powszechnym odczuciu homoseksualista to zboczeniec, zwyrodnialec i niemal zbrodniarz, to indywiduum nie zasługuje na miano człowieka, to ohyda moralna i fizyczna. Słowem - pedał, a więc ktoś, kogo można i należy lżyć, kopać, opluwać".
W tym samym roku "Razem" opublikowało cykl tekstów doktora Leopolda Szafrańca12, który opisuje kilku swoich pacjentów. Pisze na przykład, że Tomasz chciał usunąć sobie "złe jądra", żeby pozbyć się popędu i wreszcie przestać się bać, że ktoś się o nim dowie, a siedemdziesięciopięcioletni mężczyzna - wierzący, w stałym związku - marzył o tym, aby być "normalny" jak jego bracia. Opinia w środowisku psychologów, którą wyraża anonimowa "pewna pani psycholog", sprowadza się co najwyżej do zdania, że "homoseksualizm to bardziej filozofia, ruch niż przywara natury i trzeba to zwalczać".
Szokiem był jednak artykuł, który diametralnie zmienił znany dyskurs. Tekst ukazał się tuż przed akcją "Hiacynt" w "Polityce" w listopadzie 1985 roku. Zaczynał się od słów: "AIDS dotarł do Polski"13. Był to pierwszy oddany szerokiej publiczności tekst, którego autorem był gej, używający zamiast słówka "oni" zaimka "my".
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.