3
Nikt na niego nie czekał, gdy pewnej chłodnej nocy 1977 roku wylądował na wyspie przy samym krańcu świata. Funkcjonariusz policji kontrolujący przybyłych natychmiast zwrócił uwagę na nieznajomego z psem i zapytał, gdzie też się wybiera. W tamtych czasach wszystko tu było jeszcze dość proste i bezpośrednie: każdy znał się z każdym, a turystów przyjeżdżało jak na lekarstwo. Policjant wydawał się wręcz przerażony, gdy przybysz oświadczył, że zamierza przezimować na archipelagu jako myśliwy. Poprosił go, by przed podróżą w głąb fiordu koniecznie odwiedził gubernatora i zamienił z nim parę słów.
Tamtej nocy solidnie wiało. Wzburzone wody Isfjordu zdawały się białe, góry leżały częściowo schowane w chmurach. Gdzieś w tej mgielnej gęstwinie skrywała się chata, która miała stać się dla nieznajomego domem na kolejny rok.
Harald przytroczył sztucer i strzelbę rzemieniami do plecaka, zarzucił sobie wojskowy worek na ramię, chwycił walizkę i ruszył w kierunku miasta, prowadząc swojego sznaucera na smyczy. Sprawiał wrażenie człowieka, który wybiera się w daleką podróż i nie planuje zbyt szybko wrócić. Dźwigał ciężki bagaż i pocił się, brnąc przed siebie po szutrowej drodze, niczym włóczęga z ludowych opowieści. Po jakichś dwóch czy trzech kilometrach znalazł miejsce osłonięte od wiatru, rozwinął w nim śpiwór i ułożył się do snu.
Po kilku godzinach odpoczynku ruszył dalej i w końcu ujrzał starą, dziwaczną budowlę pod dachem z falistej blachy. Stała na cienkich nogach na samym szczycie zbocza i pięła się ku niebu. Szara wysmagana przez lata wiatrów konstrukcja robiła nieco groźne wrażenie - przypominała coś w rodzaju fortyfikacji wzniesionej u wejścia do doliny. Dla mieszkańców tego górniczego miasteczka była to po prostu centrala kolejki linowej, przystanek wiszących na grubych kablach wózków transportowych, zjeżdżających powoli z kopalni do punktu przeładunkowego na Hotellneset.
Longyearbyen było wtedy zbieraniną leżących w głębi wąskiej doliny niechlujnych zabudowań otoczonych przez strome góry. Nad miasteczkiem wisiała chmura węglowego pyłu, unoszącego się między domami niczym szarawa firana. Na samym końcu doliny Harald dojrzał solidny gmach, który jego zdaniem wyglądał na tyle godnie, by móc służyć za siedzibę gubernatora. W tej samej chwili zobaczył zażywną kobietę jadącą w jego stronę na niewielkim warkoczącym motorowerze. Uznał, że wszystkie te okoliczności są w sumie dość zabawne, uśmiechnął się więc pod nosem, zatrzymał motorowerzystkę i spytał ją o drogę do biura gubernatora. Wskazała mu nie szacowny gmach, lecz leżący zupełnie gdzie indziej brunatny budynek z białą wieżyczką, tuż pod rozklekotanym wyciągiem kolejki.
Ostrzegła go również, że gubernator Leif Eldring nie wyrazi zapewne zachwytu jego planem, ale nie będzie mu też mógł zabronić przezimowania na archipelagu. I rzeczywiście, Eldring odniósł się do pomysłu przybysza cokolwiek sceptycznie. Gdy Harald poinformował go, że chata, którą mu udostępniono, należy do niejakiego Lavika, gubernator burknął, że z tego, co mu wiadomo, Kjell Lavik nie posiada żadnej nieruchomości w Bjonahamnie. Jeśli jest inaczej, chata musiała zostać zbudowana nielegalnie.
*
Gdy w 1973 roku wydano zakaz polowania na niedźwiedzie polarne, zdawało się, że epoka zimujących na archipelagu myśliwych skończyła się raz na zawsze. Zdaniem Eldringa zawodowe myślistwo było już zwyczajnie nieopłacalne. Lisie skórki nie przedstawiały zbyt wysokiej wartości, z ich sprzedaży nie utrzymałby się nawet najskromniej żyjący traper. Gubernator nie miał natomiast pojęcia, że człowiek, który go odwiedził, odznacza się niespotykanym uporem oraz wyjątkową zapobiegliwością. Nie wiedział, że próbując go zniechęcić, tylko coraz bardziej utwierdza bergeńczyka w jego decyzji. Harald należał do ludzi zdolnych zadowolić się kawą i razowym chlebem, a za opał wystarczało mu drewno wyrzucone przez morze. Gubernator miał się zresztą o tym z czasem przekonać.
Po rozmowie z Eldringiem Harald skontaktował się z górnikiem, do którego go skierowano, twardym chłopem z północnego Tr?ndelagu znanym jako Fjuken, właścicielem niewielkiej motorówki. Fjuken, człowiek nie słów, lecz czynów, szybko zgodził się przewieźć przybysza z całym jego dobytkiem do Bjonahamny.
Wiatr przybrał na sile, wzburzając fale o białych grzbietach. Dwaj mężczyźni okrążyli przylądek Revneset i skręcili w kierunku Sassenfjordu, wiało im teraz w plecy. Dla Haralda wszystko było tu nowe: ostre wierzchołki stromych gór o nazwach takich jak Marmierfjellet, Fjordnibba albo masywne Templet, czyli Świątynia. Chata, w której miał zamieszkać, leżała w głębi Bjonahamny, u stóp Templet, zupełnie jakby była maleńką kapliczką.
Prowiant i sprzęt, w tym ciężką kuchenkę, Harald kazał przewieźć przez morze jako pierwsze. Aby to wszystko zabrać, potrzebne były dwa kursy siedmiometrową motorówką. Gdy przybysz zapytał Fjukena, ile jest mu winien, ten dokonał w myślach szybkiego rachunku i doszedł do wniosku, że uczciwą ceną będzie czterdzieści koron.
Harald właściwie nie spał od wyjazdu z Bergen. Kiedy Fjuken zostawił go samego i wrócił do miasta, przybysz myślał już tylko o tym, by się położyć. Obudził się pod wieczór, nieco skołowany, i natychmiast zaczął zbijać z desek półki oraz rozpakowywać sprzęt.
Następnego dnia przy wspaniałej pogodzie (było, jak napisał w dzienniku, "niemal za gorąco") dokończył budowę półek i poustawiał na nich wszystko, co leżało dotychczas na podłodze chaty. W tym samym czasie kilkaset kilometrów na północ rozgrywał się dramat, który miał wkrótce odcisnąć piętno nie tylko na Svalbardzie, ale i całej Europie. Stało się coś, przed czym przestrzegało wielu przeciwników ochrony niedźwiedzi polarnych - drapieżniki rozmnażały się w niekontrolowany sposób i zaczynały docierać do miejsc, w których wcześniej ich nie spotykano.
Był wczesny poranek tamtego lipcowego dnia 1977 roku, gdy niedźwiedź, niezauważony przez nikogo, podpłynął do obozowiska po północnej stronie Magdalenefjordu. Dziesięć osób biwakowało tam w sześciu namiotach. Wszyscy spali, nie przeczuwając zbliżającego się zagrożenia. W tamtych czasach uznawało się powszechnie, że na zachodnim wybrzeżu Spitsbergenu niedźwiedzie w lecie nie występują, dlatego nikt nie wziął ze sobą broni.
Z nieproszonych odwiedzin jako pierwsza zdała sobie sprawę para Szwajcarów, obudzona silnym szarpnięciem za płachtę namiotu oraz dochodzącym z zewnątrz podzwanianiem sprzętu do gotowania. Chwilę potem nastąpiło jeszcze silniejsze szarpnięcie. Szwajcar był przekonany, że coś ciężkiego spadło na linki, więc wyjrzał z namiotu, by sprawdzić, co to takiego. Zobaczył stojącego tuż przed sobą niedźwiedzia. Była dokładnie za kwadrans piąta. Chwycił kamień, cisnął nim w drapieżnika i trafił go w łeb, zwierzę jednak wcale się tym nie przejęło. Niedźwiedzia nie odstraszyła również żadna z trzech wystrzelonych przez Szwajcara rakiet sygnalizacyjnych. Miś spokojnie obejrzał rozbłyski, nie przejawiając oznak agresji, po czym zaczął niespiesznie przechadzać się od namiotu do namiotu. Szwajcar patrzył, jak drapieżnik węszy dookoła i uderza łapą w naprężone płótno.
W końcu niedźwiedź dotarł do małej niebieskiej jednoosobówki. Hałas obudził trzydziestotrzyletniego austriackiego wykładowcę szkoły wyższej Bernda Hubkę. Mężczyzna sądził najwyraźniej, że ktoś się po prostu wygłupia, i zawołał, żeby skończyć z tym pajacowaniem, po czym zaczął gramolić się z namiotu. Szwajcar, który przyglądał się tej scenie, nie mogąc nic zrobić, krzyknął tylko przerażony: "Bernd, pass auf! Eisbär!", "Bernd, uważaj, niedźwiedź!".
Hubka wyprostował plecy i stanął oko w oko z niedźwiedziem, który wspiął się na tylne łapy zaledwie kilka metrów od niego. Austriak cisnął w niego kamieniem i trafił drapieżnika w pierś. Zwierzę uderzyło go łapą w głowę, mężczyzna natychmiast zalał się krwią. Zawołał o pomoc, ukucnął i zaczął na oślep rzucać kamieniami i żwirem, próbując trzymać drapieżnika na dystans. Niedźwiedź uderzył go w głowę jeszcze dwukrotnie. Hubka wyciągał ręce, usiłując się bronić, lecz zwierzę zacisnęło zęby na jego karku i pociągnęło go za sobą, nie zważając na rozpaczliwe krzyki mężczyzny. Niedźwiedź zatrzymał się w końcu i całym ciężarem rzucił na klatkę piersiową ofiary. Hubka nie dawał już żadnych oznak życia, a drapieżnik natychmiast wbił zęby w jego ciało.
Przeraźliwy hałas obudził wszystkich w obozowisku. Jeden z mężczyzn chwycił czekan, kilka rurek namiotowych oraz miniaturową kuchenkę turystyczną i popędził w kierunku niedźwiedzia. Tuż za nim biegła jego żona, krzycząc, ile sił w płucach, by odpędzić drapieżnika od Hubki. Śmiałek cisnął rozpaloną kuchenką w zwierzę, po czym ugodził je czekanem w pysk i łeb. Niedźwiedź zacisnął kły na jego ramieniu i uderzył go łapą w plecy z taką siłą, że mężczyzna przewrócił się na twarz. Żona śmiałka była na szczęście tak rozwścieczona i pobudzona krążącą w żyłach adrenaliną, że nie dała się wystraszyć. Odwracała uwagę drapieżnika wrzaskiem na tyle długo, że jej mąż wreszcie dźwignął się z ziemi, chwycił jedną z namiotowych rurek i uderzył zwierzę po oczach. Para zaczęła rzucać w niedźwiedzia kamieniami, on zaś powlókł za sobą trupa Hubki, skoczył z nim do fiordu i w końcu wyciągnął go na krę kilkaset metrów od brzegu.
W obozowisku po zabitym została tylko bielizna i zegarek.
Przeprowadzona jakiś czas później akcja poszukiwawcza nie przyniosła skutków. Załodze helikoptera nie udało się odnaleźć żadnego śladu po zwłokach Austriaka.
Harald dowiedział się o zdarzeniu przez niewielkie radio turystyczne, jego jedyny łącznik ze światem. Wysłuchawszy wiadomości o tragedii, wrócił do porządkowania sprzętów w chacie i dalej zaznajamiał się z okolicą.
Pozbierał wyrzucone na brzeg morza drewno, które postanowił przeznaczyć na opał, znalazł wśród niego kawałki nadające się na budowę stojaka do suszenia mięsa i przetransportował nowo pozyskany materiał do chaty, zaprzęgając do pomocy swojego psa. Dla sznaucera o imieniu Kulak przeprowadzka z miasta na pustkowie okazała się wyzwaniem. Pies nie chciał jeść ustrzelonych mew i nie ruszał nawet gotowanej foki, rzucał się za to do miski, gdy Harald w końcu się litował i serwował mu kotlety wieprzowe, parówki albo serce, nerki i wątrobę "czworonoga", czyli w języku wtajemniczonych - svalbardzkiego renifera.
Tempelfjord zawsze cieszył się popularnością wśród posiadaczy łodzi z Longyearbyen. Miejscowi, zainteresowani nieznajomym, który rozgościł się w chacie Lavika, wpadali do niego na pogawędkę. Harald zaczął wyprawiać się z nimi na polowania na fiordzie, strzelał do fok obrączkowanych i brodatych, pił piwo i poznawał nie tylko ten zakątek świata, ale też zamieszkujących go ludzi.
Gdy tylko dotarła do chaty zamówiona wcześniej czterometrowa plastikowa łódź, Harald wypływał nią dzień w dzień, by zbierać dryfujące przy brzegu drewno. Zbadał też leżącą po południowej stronie Tempelfjordu Villę Fredheim, chatę łowiecką, w której przez lata mieszkał legendarny myśliwy Hilmar N?is. Polował ponadto na morskie ptaki, foki oraz prowadził żywot trapera.
Fokowąsy, czyli foki brodate, są duże, ich waga dochodzi do trzystu-czterystu kilogramów. Mniejsze i liczniejsze na Svalbardzie foki obrączkowane, które napotkać można w głębi fiordów i które ważą po pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt kilo, określa się również mianem nerp. To na nie najbardziej lubił polować Harald, a także na pojawiające się w okolicy niedźwiedzie. Szczególnie wiosną, gdy zwierzęta wygrzewały się w promieniach słońca.
Niedźwiedzie polarne mają w zwyczaju wędrować brzegiem morza w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Pradawne instynkty podpowiadają im, że wszystko, co unosi się na wodzie, prędzej czy później trafi na ląd. Pewnego dnia w połowie września jeden z takich wędrowców zwietrzył świeżo zabitą fokę i jej aromat doprowadził go aż do Bjonahamny, gdzie focze tuszki wisiały już na stojaku do suszenia, wzniesionym przez myśliwego z ogromnym mozołem. Mięso było przeznaczone na zimowe zapasy robione z myślą o szczeniakach, które wkrótce miały trafić do trapera.
Gdy Harald wrócił pod wieczór z codziennej wyprawy łodzią, natychmiast spostrzegł, że do jego domostwa zawitał nieproszony gość. Obejrzał stojak na mięso i wielkie gwoździe do zawieszania tuszek, które niedźwiedź powyginał, ściągając z nich z ogromną siłą oprawione foki, jedną po drugiej. Niezjedzone resztki leżały porzucone na ziemi. Kulak, uwiązany przed chatą, musiał widzieć każdy szczegół niedźwiedziej uczty. Harald napisał w dzienniku, że pies wydawał się po jego powrocie nieco osowiały. Myśliwy w pierwszej chwili uznał, że sznaucer po prostu się na niego dąsa, bo traper spieszył się tego dnia, wychodząc z chaty, i nie miał czasu z nim porozmawiać. Dopiero widząc porozrzucane focze mięso, Harald domyślił się, o co chodzi, i natychmiast kazał się Kulakowi prowadzić tropem niedźwiedzia. Pies popędził ku skarpie nad strumieniem za chatą, gdzie świeże ślady rozbójnika widniały jeszcze na żwirze.
Harald planował wyprawić się nazajutrz do miasta, ale doszedł do wniosku, że drapieżnik z dużym prawdopodobieństwem zajrzy do niego za dzień czy dwa. "Jak znów zostawię Kulaka przed chatą, to niedźwiedź może zabić mi psa. A jak go ze sobą zabiorę, to stracę resztę mięsa. Zobaczymy. Jeśli miś będzie sobie dalej tak ze mną pogrywał, dostanie przy pierwszej okazji kulkę".
Gdy tylko zdążył zapisać te słowa w dzienniku, dostrzegł niedźwiedzia tuż przy ścianie chaty. Już wcześniej przygotował sobie swój sztucer Sako, teraz wysunął więc tylko lufę przez okno, wycelował i strzelił. Zwierzę padło, podniosło się zaraz i zataczając się, przeszło jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów, po czym znów runęło na ziemię i tam zamarło na dobre.
"Dziś jest już ciemno. Jutro wstanę wcześniej i go oskóruję. Zapowiada się afera z gubernatorem", zanotował Harald.
Następnego ranka zjadł lekkie śniadanie i zabrał się do roboty. Był to pierwszy ustrzelony przez niego niedźwiedź, myśliwy nie był więc pewien, w jaki sposób powinien go oprawić. Drapieżnik okazał się niewielką samicą, od nosa do ogona miał zaledwie jakiś metr dziewięćdziesiąt. "Wygląda na silny i zdrowy okaz, ale prawie bez grama tłuszczu. Tyle co na tylnych łapach i odrobinka na brzuchu. Żołądek miała pełny. Sporo zjełczałego tłuszczu i na wpół strawionego mięsa nerpy, poza tym trochę ptasich piór. Mięso niedźwiedzia poćwiartowałem i powiesiłem na stojaku", zapisał Harald.
*
Następnego dnia zerwał się solidny wiatr, myśliwy postanowił więc zostać w domu. Zasolił niedźwiedzią skórę, zapakował ją do foliowego worka i dopiero nazajutrz pokonał swoją czterometrową łodzią Sassenfjord, okrążył Revneset i skręcił w głąb Adventfjordu. Zobaczył sterty węgla na Hotellneset, stacji przeładunkowej górującej nad brzegiem, oraz czarny dym walący z kominów elektrowni bliżej miasta. Przybił do niewielkiej kei na samym końcu przystani i nie spiesząc się zanadto, kupił dwieście litrów benzyny, nowe gumiaki i różne inne drobiazgi, po czym udał się do gubernatora. Nie zastawszy Eldringa w biurze, Harald przekazał skórę urzędnikowi do spraw ochrony środowiska, który zapowiedział, że następnego dnia przybędzie na oględziny miejsca zdarzenia w towarzystwie funkcjonariusza policji.
Kilka dni później znajomy z Longyearbyen przypłynął do Bjonahamny, przywożąc ze sobą trzy szczenięta rasy pies grenlandzki, na które czekał myśliwy: Sabba, Bamsego oraz suczkę Litę.
Przez następne kilka dni Harald odbywał z psami kolejne spacery. Miał nadzieję, że razem z uparciuchem Kulakiem już nadchodzącej zimy stworzą dobry zaprzęg do sań. Kulak, przyzwyczajony, że ma pana tylko dla siebie, był wyraźnie zazdrosny, ale myśliwy liczył, że to szybko minie.
"Poszedłem na spacer ze szczeniakami na smyczy. Lita i Sabb dobrze ciągną, Bamse trzyma się trochę z tyłu. Zmajstrowałem uprząż w stylu Nome i spróbowałem z całą czwórką. Rany boskie, co za rwetes! Taka nauka wymaga anielskiej cierpliwości".
Pod koniec września przed chatą pojawił się kolejny niedźwiedź, dwa i pół tygodnia po odstrzeleniu pierwszej sztuki. Harald skończył właśnie oprawiać fokowąsa i zawiesił mięso na stojaku. Szedł na brzeg, by wypłukać i pozwijać jelita, gdy nagle rozległo się ostrzegawcze szczekanie Kulaka. W pierwszej chwili myśliwy sądził, że pies uprzedza go o przybywających łodzią gościach - odwrócił głowę, by spojrzeć w kierunku Bjonapynten, i ujrzał płynącego ku sobie niedźwiedzia, jakieś dwadzieścia metrów od miejsca, w którym stał.
Rewolwer miał przytroczony do pasa pod umazanym krwią i tłuszczem rzeźnickim fartuchem, trudno byłoby mu sięgnąć po tę broń. Harald popędził więc do chaty, gdzie wisiał sztucer, po drodze chwycił jeszcze piłę motorową, uruchomił ją i zamachnął się na niedźwiedzia, który wystraszony zawrócił i odpłynął od brzegu. Myśliwy strzelił kilka razy w powietrze i spuścił ze smyczy Kulaka. Ten popędził na brzeg i narobił takiego jazgotu, że drapieżnik wycofał się jeszcze dalej, a w końcu ułożył się wygodnie na krze spory kawałek od lądu. Niedźwiedź poczuł już jednak kuszący aromat smakołyków. Teraz wystarczyło tylko spokojnie poczekać. Istoty na brzegu mogły sobie hałasować do woli, prędzej czy później na pewno się zmęczą i zamilkną.
Po kilku godzinach miś znów ruszył w kierunku lądu, ale zawrócił na krę, okrążywszy zatokę. Harald zwodował łódź i popłynął w stronę drapieżnika. Spłoszone warkotem silnika zwierzę wskoczyło do wody i zaczęło uciekać, ścigane przez myśliwego. Harald wrzeszczał, ile miał sił w płucach, walił harpunem o burtę i robił gwałtowne zwroty łodzią, byle tylko odpędzić niedźwiedzia jak najdalej.
Przez kilka godzin miał spokój. Ale potem Kulak znów zaczął ujadać, a szczeniaki się do niego przyłączyły.
Harald wyjrzał przez okno i zobaczył niedźwiedzia stojącego w ciemnościach przy stojaku i szarpiącego mięso. Chwycił rewolwer, otworzył ostrożnie okno i strzelił do zwierzęcia z odległości zaledwie trzech metrów. Drapieżnik rzucił się przed siebie z rykiem, minął ujadające szczeniaki i zatrzymał się dopiero na zboczu jakieś dwadzieścia czy trzydzieści metrów dalej. Harald złapał za sztucer, wycelował tak dokładnie, jak tylko się dało w ciemnościach, i pociągnął za spust. Niedźwiedź wydał z siebie jeszcze jeden ryk, przemierzył kilka metrów w górę skarpy i padł martwy.
Po śniadaniu następnego ranka przyszła znów pora na oprawienie zwierzęcia. Po raz kolejny okazało się ono samicą, tak małą, że Haraldowi aż zrobiło się głupio, że ją zastrzelił.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.