Przepowiednia Lestera Bangsa
Nie jest pewne, kto jako pierwszy użył słowa "grunge" na opisanie muzyki. Na pewno posłużył się nim "New York Times" w grudniu 1965 w artykule For the Parent, who is a 'Grunge' - gazetowym "słowniku" młodzieżowego slangu.
Legendarny rockowy krytyk Lester Bangs używał określenia "grunge'owy" w artykule o The Troggs z 1971 roku ("rock and roll, który rozbrzmiewa pierwotnymi, grunge'owymi akordami"), a także w recenzji albumu grupy White Witch z 1972 ("Jak brzmią? Świetnie! Grunge'owy zgiełk i mistyczne abstrakcje").
W tekście o kalifornijskim zespole Count Five z czerwca 1971 roku użył go aż trzykrotnie. "Było też Psychotic Reaction Count Five, którzy akurat nie byli super, ale za to zrzynali wszystko z tak grunge'ową brawurą, że ich lubiłem najbardziej! Zgraję grających dziko na gitarach dzieciaków z jakiegoś zapomnianego kalifornijskiego przedmieścia" - pisał. Kilka stron dalej przekonywał, że album Count Five brzmi "dziś równie grunge'owo i chaotycznie, co w sześćdziesiątym siódmym roku", gdy się ukazał. Była to jedyna płyta Count Five, zespół rozpadł się, gdy czworo z piątki jego członków - najmłodszy miał siedemnaście lat, najstarszy dwadzieścia dwa - zdecydowało się pójść na studia.
Siły i przyszłości rock and rolla Lester Bangs upatrywał nie w artystycznych dokonaniach The Beatles, poezji Boba Dylana, przebojach The Rolling Stones czy teatralności Jima Morrisona, lecz w brawurze The Stooges, która pozwoliła im grać na gitarach, choć nie byli wirtuozami, i śpiewać o brudzie i nudzie, o tym, że nie ma przyszłości i nikt tu nie bawi się dobrze.
Każdy, przynajmniej w teorii, mógłby być jak Iggy Pop. Każdy mógłby grać w The Stooges, jeśli tylko zdobyłby się na odwagę. Odległość dzieląca widownię od artysty, zdawał się przekonywać, to tylko iluzja, przypadek, polityka. Tak naprawdę artystę od fana dzieli jedynie odwaga tego pierwszego, by wejść na scenę.
"Jeśli punkowa, rockandrollowa Ameryka umiera, to z nudy i samozadowolenia, obżarstwa - diagnozował Bangs, orędownik dzikości, niepoprawności, młodości. - Jeśli dzieciaki są zbyt poważne i rozsądne, jeśli pierwszy dzień lata oznacza tylko skręcanie jednego jointa za drugim i marnowanie godziny za godziną na gapienie się w telewizor, a nie wyjście w miasto, by znaleźć kumpli, świętowanie i zabawę, dopóki ostatnie resztki tej szkolnej trucizny nie zostaną wytrząśnięte tym szaleństwem z duszy, to znaczy, że nie zrozumieliście niczego, o czym mówi "Wild Thing"".
Ostatnie zdania Bangs napisał samymi wielkimi literami, jakby krzykiem chciał przekonać do swoich racji, swojego rozumienia istoty rock and rolla.
Na początku lat siedemdziesiątych Lester Bangs, niczym prorok, przepowiadał: "Jedynym miejscem, które potrafię sobie wyobrazić jako źródło, z którego nadejdzie prawdziwa, żywa rockandrollowa kapela, jest jakaś zapomniana amerykańska mieścina, gdzieś na końcu świata".
Nowa, wyśniona przez Bangsa scena rozkwitła jednak nie w "dziurze na pustkowiu", tylko w Nowym Jorku. W klubie CBGB na Bowery występowały młode kapele, grające wbrew przyjętym zasadom, wbrew temu, co postrzegano jako modne, fajne, właściwe.
Na malutkiej scenie CBGB prezentowali się artyści o tak różnym temperamencie, brzmieniu i nastawieniu do świata i życia, jak Talking Heads, Richard Hell and the Voidoids, The Ramones, The Dead Boys, Blondie, Television i Patti Smith. Wszystkich wrzucono do wspólnej kategorii "nowojorska scena punkowa". "W CBGB zbierało się około stu osób. Połowa z nich nie była punkami, reprezentowali świat sztuki - wspominał Legs McNeil, dziennikarz i współzałożyciel pisma "Punk". - Sądziłem, że punk, cały ten ruch, to taki nasz własny żart dla wtajemniczonych, i byłem przekonany, że jego przeznaczeniem jest, by takim pozostał".
Rzeczywistość okazała się inna. Punk stał się kolejnym krzykiem mody, stylem ubierania się, a w CBGB zaczęli się pokazywać dziennikarze popularnych pism. Magazyn "Vogue" poświęcił nowemu trendowi cały numer. Punk przyjął formułę, nakreślił konwencję, dorobił się własnych obrządków, nakazów i zakazów. Wyzwoloną różnorodność zamienił na irokeza na głowie i przekłute agrafką usta, stał się zjawiskiem, szokującym i z tego powodu pożądanym. Zwłaszcza w mediach.
W dodatku przekonywano, że wynaleziono go w Anglii, a nie w klubie Hilly'ego Kristala na rodzimym Bowery. "A więc punk rock to Sex Pistols. I czymże jest ten cały punk rock? - pyta Danny Fields w książce Please kill me. - Czy to jest jakaś muzyka? Może tak, a może nie, kto by się trudził słuchaniem muzyki? W telewizyjnych wiadomościach poświęconych Pistolsom w ogóle nie było muzyki".
Legs McNeil narzekał, że "z dnia na dzień punk stał się tak głupi, jak wszystko inne. A przecież był tak wspaniałą, żywotną siłą, wyartykułowaną przez muzykę, która mówiła o rozpadzie wszelkich form - pisał. - Chodziło o obronę dzieciaków, o to, by nie czekali, aż ktoś im powie, co mają robić, tylko sami wymyślali swoje życie dla siebie, o to, żeby zaczęli korzystać ze swojej wyobraźni. Punk nie mówił, że trzeba być doskonałym, ale mówił, że jest w porządku robić cokolwiek, jak się umie, byle czerpać z tego radość".
Lester Bangs nie doczekał kolejnej rockowej rewolucji. Zmarł nagle, przeżywszy ledwie trzydzieści trzy lata, w 1982 roku, w swoim zagraconym nowojorskim mieszkaniu, zawiedziony i zniechęcony cynizmem muzycznego przemysłu, który zdradził muzykę, w którą Lester tak wierzył i którą uczynił treścią swego życia.
Wszystko wskazuje na to, że umierał, słuchając muzyki, bo pod igłą w jego gramofonie leżał Dare, album angielskiej grupy synthpopowej, który polecił mu znajomy. Rock and roll, taki, jak go rozumiał, już się nie liczył.
A na krótko przed śmiercią Bangs przepowiedział, że jeśli rock and roll ma przetrwać, to zbawienie nadejdzie albo z Austin w stanie Teksas, albo z któregoś z małych miast na północy, dalekiego, najdalszego Zachodu.
Mark Arm nie kryje zdziwienia, gdy wspominam o przepowiedni Lestera Bangsa.
- Bangs słyszał pewnie o takich zespołach jak The Wipers, The Blackouts, The Counts, The Wailers czy The Sonics. To były kapele w jego stylu - mówi. - Ale The Blackouts nie byli bardzo związani z Północnym Zachodem, przeprowadzili się do Bostonu, a potem do San Francisco.
W latach sześćdziesiątych zespoły z okolic Seattle łączyło poczucie niemal braterstwa, solidarności wynikającej z faktu, że pochodzą z tego samego miejsca. Muzycy The Wailers założyli nawet własną wytwórnię, by móc samodzielnie wydawać płyty, a także pomagać innym kapelom, jak choćby The Sonics. Obie grupy pochodziły zresztą z tego samego miasteczka, Tacoma. The Wailers, uważani za pionierów radośnie niechlujnego "garażowego" rocka, cieszyli się lokalną sławą, ale ta nie wykroczyła poza region Północnego Zachodu. W 1969 postanowili, że jedyną szansą na wielką karierę będzie przeprowadzka do Hollywood. Ale donikąd nie zaszli i w końcu zespół się rozpadł.
Jimi Hendrix pochodził z Seattle - przychodził ponoć regularnie na koncerty The Wailers, licząc, że może któregoś dnia zostanie zaproszony na scenę - ale w 1964 wyjechał, żeby grać z The Isley Brothers, a wielką karierę rozpoczął po wyjeździe nie tylko z Seattle, ale w ogóle z Ameryki. Z Seattle pochodził też zespół Heart, który zdobył pewną popularność, lecz dopiero po przeprowadzce do Vancouver.
Seattle nie szczyciło się własną sceną, nie było kolebką rock and rolla jak Memphis w latach pięćdziesiątych, stolicą soulu jak Detroit w latach sześćdziesiątych ani mekką punka jak Nowy Jork w latach siedemdziesiątych. W Seattle nie narodziła się żadna nowa muzyka. Niewiele najsławniejszych zespołów w ogóle zajeżdżało tam w trasie koncertowej. Ale ten stan rzeczy miał się odmienić w ciągu ledwie kilku lat.
W grudniu 1992 roku magazyn "Spin" ogłosił, że "Seattle jest w tej chwili dla rock and rolla tym, czym Betlejem dla chrześcijaństwa". Wszystko za sprawą "grunge'u", nowego zjawiska muzyczno-marketingowego, które do Anglii przywieźli Mudhoney, Nirvana i TAD.
Nocne zdjęcie biznesowego centrum Seattle. Ujęcie z perspektywy rzeźby Changing Form stojącej w Kerry Park
ImageBroker.com/Alamy Stock Photos
W samym Seattle słowo "grunge" szybko zostało znienawidzone, a tamtejsi muzycy uważali je wręcz za zniewagę. Każdy zespół, jeśli tylko pochodził z Seattle, otrzymywał automatycznie w mediach tę samą etykietkę "grunge", oznaczającą długie włosy, flanelowe koszule, wojskowe buciory i podarte spodnie. W rozmowach z bohaterami historii grunge'u pilnuję się, by unikać tego zakazanego słowa, i pytam raczej o "scenę Seattle".
Bo grunge to nawet nie jest muzyka, lecz hasło reklamowe. To miliony dolarów zarobione na nastolatkach, którzy w wokalistach seattle'owskich zespołów widzieli rzeczników wspólnych spraw, krzywd i niepowodzeń. Grunge to szkolni odmieńcy, wyrzutki, którzy stali się milionerami i idolami, choć rodzili się i dorastali w zapomnianych, upadłych miasteczkach, skupionych wokół tego większego, Seattle, wciśniętego jakby na siłę w sam amerykański narożnik.
Seattle jest miastem Boeinga i koszykarskiej drużyny Supersonics, nazwanej "ponaddźwiękowcami" na cześć prędkości rozwijanej przez projektowany w koncernie lotniczym SST Boeing 2707. W 1979 roku Supersonics odnieśli największy sukces w swojej historii, wygrywając mistrzostwo ligi koszykarskiej NBA.
W zapomnianym przez Boga i ludzi Seattle jest raczej mroczno i chłodno, przez sto pięćdziesiąt dni w roku pada deszcz, a wskaźniki samobójstw w stanie Waszyngton, którego jest największym miastem, należą do najwyższych w kraju. Depresja i skłonność do porywania się na własne życie to problemy przede wszystkim małych miejscowości, skupionych wokół metropolii. To właśnie w tych sennych miasteczkach - Montesano, Olympii, Tacomie, Aberdeen, Ellensburgu - w ponurej atmosferze niczym z kręconego tu serialu Miasteczko Twin Peaks powstawały zespoły, piosenki i nowa odmiana muzyki rockowej, gniewna jak punk, ciężka jak heavy metal.
"Skoro pada deszcz, nie ma sensu wychodzić na dwór. Lepiej założyć z kumplami zespół i grać w piwnicy" - tłumaczy z uśmiechem Jack Endino, muzyk i producent, związany z Sub Popem i sceną Seattle w filmie dokumentalnym Hype. Grać, nie oglądając się na mody, nie dostrajając się do publiczności, której i tak nie mieli, czy mediów, które i tak nie zwracały na nich uwagi.
Te ideały przyświecały Markowi Armowi, gdy zakładał pierwszy zespół. Czy to on użył słowa "grunge" po raz pierwszy na określenie niechlujnej odmiany muzyki rockowej rodem z Seattle, gdy pisał o swojej kapeli Mr. Epp and the Calculations?
- Nie, nie, nie, nie! - Arm protestuje. Nie potrzebuje nawet chwili na zastanowienie. Nieraz odpowiadał już na pytanie, czy to on wynalazł określenie "grunge". Wielu uważa, że właśnie tak było.
W liście do redakcji pisma "Desperate Times" z lipca 1981 roku, reklamując Mr. Epp, zespół założony przez Arma wraz z kilkoma kumplami z katolickiej szkoły Bellevue Christian High School, napisał: "To prawdziwy grunge! Prawdziwy zgiełk!". Mr. Epp nie był do końca prawdziwym zespołem, raczej wygłupem znudzonych nastolatków. Nie mieli nawet instrumentów.
- Ale czuliśmy się jak najprawdziwsza kapela! Choć pewnie wielu z tych, którzy nas widzieli na żywo, wcale tak nie uważało - protestuje, gdy pytam, czy Mr. Epp był "prawdziwym" zespołem, czy tylko żartem, zespołem na niby. - Nasz perkusista, Darren Morey, był niezły, naprawdę potrafił grać. Co do pozostałych... nie mieliśmy o niczym bladego pojęcia. Po prostu dobrze się bawiliśmy.
Arm mieszkał w Kirkland, oddalonym o mniej więcej dwadzieścia kilometrów od Seattle miasteczku, gdzie jego ojciec po dwudziestu latach służby w lotnictwie wojskowym otrzymał posadę w fabryce Boeinga. Firma przeżywała swój okres świetności dzięki powojennemu boomowi podróżniczemu oraz popularności pasażerskiego Boeinga 707. W połowie lat sześćdziesiątych w fabryce w podseattle'owskim Everett pracowali niemal wszyscy sąsiedzi państwa McLaughlinów. Takie bowiem nazwisko nosił Mark Arm, zanim został znanym muzykiem.
Jego ojciec Calvin McLaughlin - najmłodszy spośród dziesięciorga dzieci farmera z okresu Wielkiego Kryzysu i Wielkiej Suszy przełomu lat dwudziestych i trzydziestych - służył w amerykańskiej bazie w niemieckim Wiesbaden, nieopodal Frankfurtu. Tam właśnie poznał swoją przyszłą żonę, Anitę Schwab, zdolną śpiewaczkę, której marzenia o karierze złamało dojście Hitlera do władzy w Niemczech, a następnie wybuch drugiej wojny światowej. Zamiast na lekcje śpiewu, musiała obowiązkowo uczęszczać na zajęcia dziewczęcej sekcji Hitlerjugend. Anita i Calvin pobrali się w 1957 roku, po dziesięciu latach narzeczeństwa. Pięć lat później, na terenie kalifornijskiej bazy wojskowej Vandenberg, urodził się ich syn Mark.
Anita nie cierpiała rock and rolla - muzyki, która w Europie zagnieździła się dzięki amerykańskim żołnierzom. W armii służył nawet sam "król rock and rolla", Elvis Presley, którego oddział od 1958 roku stacjonował w bazie wojskowej we Friedbergu. Anita wierzyła jedynie w muzykę klasyczną. "Wszystko, co powstało po osiemnastym wieku, nie miało dla niej żadnej wartości" - mówił Arm. Matka od najmłodszych lat przymuszała go do nauki gry na fortepianie. "Kupiła go, jeszcze zanim się urodziłem, wyobrażała sobie, że zostanę nowym Vanem Cliburnem" - wyśmiewał matczyne marzenia o tym, że jej syn pójdzie w ślady słynnego pianisty. Kunszt młodego wirtuoza tak zachwycił radzieckich jurorów odbywającego się w Moskwie konkursu pianistycznego imienia Piotra Czajkowskiego, że w 1958 roku - mimo zimnowojennych napięć między oboma krajami - przyznali Amerykaninowi pierwszą nagrodę.
Ale Mark Arm przeczuwał, że nie odniesie podobnych sukcesów. "Dawałem sobie radę z fortepianem, ale nie był ze mnie żaden wirtuoz - oceniał chłodno w rozmowie z Keithem Cameronem w książce Mudhoney. The Sound and the Fury from Seattle. - Doszło do tego, że naprawdę znienawidziłem ten instrument i gdy dorosłem na tyle, żeby móc się postawić, całkowicie się od niego odwróciłem".
Gdy skończył osiemnaście lat, kupił - na spółkę z kolegą ze szkoły katolickiej - pierwszą gitarę elektryczną. "Nie wiedzieliśmy, jak ją nastroić, nie mieliśmy pojęcia o akordach - wspominał w rozmowie z "Sun Gazette". - Sprowadzało się więc to do tego, że uderzaliśmy w struny, robiliśmy hałas i sprzężenia".
Niechęć matki do rock and rolla tylko wzmogła też jego zainteresowanie "zakazanym owocem", mimo że zespoły, których słuchał w radiowych audycjach - Styx, Aerosmith, REO Speedwagon czy KISS - nie sprawiały wrażenia buntowniczych. Muzycy tych grup pozowali na niepokornych rebeliantów, ale ich rock and roll był gładki, czysty, równy, pełny technicznych fajerwerków i scenicznego blichtru. Przebierali się w krzykliwe kostiumy, malowali twarze.
"Gdyby nie punk rock, nigdy nie przyszłoby nam do głowy, żeby wejść na scenę i grać przed ludźmi" - przyznawał Arm w późniejszych wywiadach.
- W latach siedemdziesiątych panowało przekonanie, że aby grać w zespole, trzeba być wirtuozem. Ci goście z King Crimson grali jak opętani, byli doskonali, tak dobrzy, że człowiek zapomina, że oni przecież też kiedyś nic nie potrafili i zaczynali, jak wszyscy, od zera - tłumaczy mi. - Ale w latach siedemdziesiątych powszechnie uważano, że musisz być naprawdę świetnym gitarzystą, żebyś w ogóle mógł zacząć marzyć o graniu w kapeli. To przekonanie świetnie oddawały ogłoszenia w lokalnych gazetach czy rozwieszane w sklepach muzycznych.
Ogłoszenia rozklejane w sklepach z instrumentami, z płytami, z ubraniami i na latarniach miejskich poszukiwały basistów, gitarzystów, perkusistów i wokalistów. Zawsze ściśle określały pożądany styl muzyczny, odwołując się do przykładów znanych zespołów. Szukano nowych wcieleń albo wiarygodnych imitacji głosów Led Zeppelin i Deep Purple, brzmień King Crimson i Aerosmith. Nikt nie krył, że chodzi przede wszystkim o biznes, o werbunek najemników. Nie szukano członków kapeli pośród kumpli.
- Musiałeś być asem, żeby być muzykiem. Punk to odmienił. Runęły mury obronne. - Arm odchyla się w krześle, sięgając pamięcią wstecz, do odległego w historii koncertu legendarnego kalifornijskiego zespołu Dead Kennedys.
- Grałem już wtedy w Mr. Epp. To znaczy graliśmy ze sobą, ale jeszcze ani razu publicznie. Tamtego wieczoru przed Dead Kennedys występowała miejscowa kapela The Fartz. Grali niesamowicie szybko i ostro. Dla mnie był to rodzaj punkowej inicjacji. Nie bardzo rozumiałem, jaką rolę mają w tym wszystkim gitary i bas, za to spodobało mi się to, co robił perkusista.
The Fartz byli pierwszym od czasów Heart zespołem z Seattle, który podpisał umowę z wytwórnią spoza stanu Waszyngton. Ich debiutancki longplay World Full of Hate wydała w 1982 roku kalifornijska wytwórnia, założona przez Jello Biafrę, lidera Dead Kennedys. Kilka miesięcy później grupa zmieniła skład i nazwę na 10 Minute Warning, a wkrótce potem się rozpadła.
- Wyszedłem z tego koncertu z silnym przekonaniem, że mając w zespole naprawdę dobrego perkusistę, możemy grać na gitarach byle jazgot, a to i tak zadziała, zabrzmi. Wielką inspiracją stała się dla nas kapela Flipper. Zarzucano im, że w ogóle nie potrafią grać. A oni działali dokładnie według tej prostej metody: perkusista grał najprostszy rytm, basista najprostszą linię, a pozostali po prostu robili hałas.
Mr. Epp poszli ich tropem, stawiając na eksperymenty, twórczy chaos i zabawę na scenie, a nie na rockową powagę. Nie potrafili tak naprawdę grać na swoich instrumentach, ale udawali prawdziwy zespół. Niczego jeszcze nie nagrali, ale wymyślali okładki nieistniejących albumów. Niby-debiutancki Hit the Creek datowali na 1979 rok. Nie występowali jeszcze publicznie, ale opracowali projekty koszulek promujących kolejne trasy koncertowe.
Mark Arm ze swoim zespołem Mudhoney na festiwalu Pukkelpop, Hasselt, Belgia, sierpień 1995
Gie Knaeps/Getty Images
Rozwieszali po mieście plakaty wieszczące: "Nadciąga Mr. Epp". Wysyłali własnoręcznie napisane listy o swojej kapeli do lokalnych stacji radiowych i magazynów muzycznych. W jednym z nich Mark Arm użył słowa, które miało z czasem stać się przekleństwem Seattle, być równoważne z nazwą miasta, stosowane niemal zamiennie. Seattle - "miasto grunge'u".
Mark Arm zastrzega, że w przeciwieństwie do punka grunge nie był żadnym ruchem ani ideologią. Nie wznosił rewolucyjnych haseł, nie wymachiwał flagą. Miał być zjawiskiem lokalnym, które stało się światowe, jakby wymknęło się spod kontroli, żart, który nie wiadomo kiedy zaczęto brać na poważnie.
- To było coś zupełnie innego niż punk. W połowie lat siedemdziesiątych w Australii grały takie kapele jak The Saints czy Radio Birdman, obie zaczynały w tym samym czasie, w siedemdziesiątym trzecim i siedemdziesiątym czwartym roku. W Nowym Jorku zaczynają wtedy The Ramones i Television, w Cleveland w stanie Ohio byli The Dead Boys i Rocket from the Tombs, którzy po roku zmienili nazwę na Pere Ubu. W Anglii grać zaczęli The Stranglers, a w ciągu roku czy dwóch powstały takie kapele jak The Clash, The Sex Pistols i The Vibrators. To wszystko działo się w tym samym czasie, ale obejmowało cały świat - podkreśla ze stanowczością w głosie. - Według mnie to właśnie punk był prawdziwą muzyczną rewolucją. A to, co nazwano potem "grunge'em", to było właściwie pięć, sześć kapel z okolic Seattle.