Grochów - Andrzej Stasiuk

Kup ebooka

24.90 zł
19.17 zł (19,17 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Babka i duchy

Moja babka mieszkała na Podlasiu. Chata nie stała we wsi. Mówiło się na to "kolonia" - luźno rozrzucone zagrody, oddzielone osikowymi zagajnikami i szpalerami starych, strzelistych topól. Dom stał w sadzie. Latem w samo południe panował tutaj chłód. Jabłonie były wiekowe, rozrosłe, ich korony splatały się ze sobą - kraina wiecznego cienia.

Ten owocowy las przytykał z jednej strony do łąki. Lecz nigdy nie słyszałem tego słowa. Mówiło się "smug", krowy pasły się na "smugu". Pasmo zieleni ze studnią do pojenia bydła gdzieś w środku. Studnia była stara i zamiast cembrowiny miała szalowanie z desek. Wiadro wyciągało się za pomocą długiego drąga z hakiem na końcu. Ten drąg to była "kluczka".

Samogłoska "u" ma najdelikatniejsze, najbardziej miękkie brzmienie ze wszystkich samogłosek.

Ilekroć myślę o swojej babce, przypominają mi się te dwa słowa: "kluczka", "smug". I jeszcze trzecie: "duch".

Babka wierzyła w duchy.

W latach sześćdziesiątych nie było tam jeszcze prądu. Dziadek wchodził na niski zydelek i zapalał zwisającą z sufitu naftówkę. Jesienią robił to dość wcześnie, o szóstej, może już o piątej. Jesienią przyjeżdżałem z ojcem po jabłka, całe skrzynie jabłek ładowaliśmy do lublina mojego wuja, najprawdziwszego szofera wczesnego i środkowego komunizmu.

No więc babka wierzyła w duchy. I to nie żadną tam strachliwą albo wyrozumowaną wiarą, jaką zyskuje się dzięki okazjonalnym kontaktom z zaświatami, dzięki snom albo przywidzeniom - nie, nic z tych rzeczy.

Zasiadała w kącie, na łóżku zasłanym wełnianą kapą, za plecami mając błękitnozielony pejzaż z dwoma jeleniami u wodopoju, z którego żółte i subtelne światło lampy wyłuskiwało jedynie srebrzystą biel wody, i opowiadała. To były długie historie. Dotyczyły banalnych zdarzeń, pracy, odwiedzin, wędrówek do sąsiedniej wsi, spotkań z rodziną. Spokojna narracja wypełniona faktami, nazwami rzeczy i imionami ludzi. Topografia ich wsi i kilku okolicznych, chronologia rozpięta między Bożym Narodzeniem, Matką Boską Zielną i Zaduszkami.

W tej szarej materii pojawiały się od czasu do czasu pęknięcia, nitki wątku i osnowy rozstępowały się i przezierały przez nie zaświaty, nadprzyrodzone, w każdym razie Inne.

Oto wracając letnim wieczorem od jednej ze swoich licznych ciotecznych sióstr, widziała babka białą postać pomiędzy kopkami zboża. Ni to człowiek, ni to zwierz, biegł miedzą, to na dwóch, to na czterech nogach, wyraźny w świetle księżyca, lecz wcale nie materialny.

Innym razem, po śmierci bliskiego krewnego, widziała, jak nieboszczyk wchodzi do kuchni, skrzypią drzwi, a gość zagląda do wszystkich szuflad i szafek kredensu, a potem odchodzi, nic ze sobą nie zabierając. To było o świcie. Babka akurat wstawała. Widziała te odwiedziny, siedząc już na łóżku w tym samym miejscu, z którego opowiadała swoje historie.

Oczywiście nie pamiętam ich wszystkich, pamiętam ledwo okruchy. Natomiast przechowałem aurę tych opowieści: niesłychanie zwyczajną, pozbawioną zdziwienia i wykrzykników.

To rozdarcie tkaniny egzystencji następowało raczej w mojej wyobraźni, to ja widziałem przetarcia. Babka przechodziła nad tym do porządku dziennego. W ogóle istniał dla niej chyba jeden niepodzielny porządek zdarzeń tak samo realnych i tak samo uprawnionych. Być może jej świadomość przeprowadzała jakieś rozróżnienia, fastrygowała i naszywała łatki na owe niepewne, przetarte miejsca, ale w opowieściach nie sposób było znaleźć śladów tych napraw.

Gdy w nieruchome, bezwietrzne popołudnie pojawiała się na polu miniaturowa trąba powietrzna, porywająca ustawione snopki, babka po prostu robiła znak krzyża, odprowadzała zjawisko wzrokiem i na powrót zabierała się do pracy. Wszak to tylko Złe manifestowało swoją obecność pod jedną z wielu postaci. Żadnej ekscytacji w rodzaju tych, które towarzyszą wirującym stolikom albo opowiadaniom Edgara Allana Poe. Już bardziej przypominała Swidrygajłowa i jego banalne w formie wypady na drugą stronę istnienia. Jej krewny szperający w kredensie, teraz to widzę, realnością i mocą dorównywał zjawie służącego Filki, wchodzącej do pokoju Arkadiusza Iwanowicza z najzwyklejszą dziurą w łokciu.