1
"Kiedy byłam mała, chciałam zostać archeologiem"
- Widzisz, te do siebie pasują. - Senem bierze do rąk kręgi. - Spójrz, kości same o sobie mówią.
Składa szkielet, jakby kości były puzzlami, ruchy dłoni są szybkie i precyzyjne, zdradzają wprawę: długie kości nóg po obu stronach miednicy, żebra przy kręgach, żuchwa pod czaszką. Nigdy w życiu nie widziałam zwłok. U stóp zmarłego, którego Senem rekonstruuje, leży starannie złożony jaskrawoczerwony wełniany sweter, a na nim skórzane buty, zesztywniałe po latach przeleżanych w ziemi.
Na białych workach ułożonych bezpośrednio na betonowej posadzce spoczywają jedne przy drugich szczątki siedmiu ciał ekshumowanych trzy dni wcześniej. Rząd ciągnie się dalej, kolejne zamknięte worki, zawierające kolejne szczątki, kolejne kości, kolejne czekające na ułożenie kręgi.
- Jest ich dwadzieścia dwa, wszystkie wydobyte z tego samego masowego grobu - mówi Senem.
Wokół mnie pod ścianami stoją obok siebie na długości wielu metrów pięciopoziomowe wózki, a na każdym poziomie leży worek ze zwłokami. Ile ich jest w tej olbrzymiej hali fabrycznej?
Przed tygodniem przyleciałam do Sarajewa. Jestem w Bośni i Hercegowinie dopiero drugi raz i niewiele wiem o historii tego kraju poza tym, że była tu wojna, która skończyła się w 1995 roku - wojna, która pochłonęła sto dziesięć tysięcy ofiar, w tym trzydzieści tysięcy zaginionych. Trwają jeszcze poszukiwania dziesięciu tysięcy spośród nich, czyli jednej trzeciej. I właśnie o nich mi chodzi - o widma, których powrotu czekają bliscy, by móc im urządzić pogrzeb. Słyszałam od rodzin o bólu wyczekiwania, o niemożności zakończenia żałoby. Nic jednak nie wiem na temat pracy, jakiej wymaga identyfikacja zwłok. W Sarajewie jeden z moich informatorów wspomniał o Senem. Jest to antropolożka sądowa, która kieruje ośrodkiem identyfikacji zwłok regionu Krajina, w północno-wschodniej części kraju.
Kiedy do niej zadzwoniłam, wytłumaczyła mi, jak tam trafić: trzeba wysiąść z autobusu w Sanskim Moście przy stacji benzynowej, nie dojeżdżając do dworca, i iść boczną drogą przecinającą osiedle domków jednorodzinnych, a potem dalej, aż do strefy przemysłowej w Šejkovačy. I tam miałaby być kostnica? W mglisty jesienny poranek szłyśmy pieszo poboczem razem z Zabou, pracującą ze mną fotografką. Ogarniały nas coraz większe wątpliwości i wreszcie postanowiłyśmy zadzwonić, przekonane, że zabłądziłyśmy, podczas gdy stałyśmy pod samym budynkiem.
Po prostu nie tak go sobie wyobrażałam - była to najzwyklejsza hala magazynowa z dużymi oknami, naprzeciwko wytwórni cementu.
W służącym za biuro kontenerze Senem przyszykowała nam neskę na rozgrzewkę. Ledwo zdążyłam wypić łyk, kiedy wzięła swój kubek i zaproponowała, żebyśmy z nią poszły do hali. Tenisówki, skórzana kurtka, włosy schowane pod czarną trykotową czapeczką, najwyżej trzydziestka - wszystko to również nie pasowało do moich wyobrażeń o osobie kierującej kostnicą. Zupełnie jakby ktoś, kto obcuje ze śmiercią, musiał być człowiekiem, na którym życie odcisnęło piętno - a co najmniej nosić biały fartuch. Senem jednak weszła do hali z kubkiem kawy w ręku, tak jak się wchodzi rano do biura. Kiedy otworzyła drzwi do wielkiej sali i zobaczyłam te wszystkie białe worki leżące na podłodze i na wózkach, na chwilę się zawahałam, miałam ochotę zaprotestować: przecież nie można ot, tak sobie wejść do kostnicy, powinno się... sama nie wiem co. Ale Senem była już za progiem, przytrzymywała drzwi, czekała na mnie.
Więc nic nie powiedziałam i weszłam.
- Przed wojną była tu fabryka - mówi Senem po angielsku. - A potem zrobili kostnicę.
Pokazuje palcem fotografie przymocowane do ściany taśmą klejącą. Fabryka czego? Nie zdążyłam zapytać, bo już zaczyna objaśniać, co przedstawiają zdjęcia wydrukowane na kartkach A4. Na jednym w wykopanym w ziemi dole, którego dno jest usiane kośćmi, stoi mnóstwo małych żółtych stożków z numerami, takich, jakie można zobaczyć na miejscu zbrodni. Podczas ekshumacji wszystko trzeba sfotografować i opisać, mówi Senem. Na podstawie ułożenia kości można określić, czy należą one do tej samej osoby, co pozwala je umieścić w jednym worku. Po przywiezieniu worka do kostnicy wszystko zostaje wyjęte, umyte i odbywają się ponowne oględziny.
- Zdarza się, że tułów nie pasuje do nóg albo wiek czaszki nie zgadza się z wiekiem miednicy. Jeśli są jakieś wątpliwości, wtedy to, czy dana kość należy do tej lub innej osoby, określa się na podstawie DNA.
Słucham, staram się wszystko zapamiętać - worki na podłodze, wózki, kości, DNA. Hala wydaje mi się olbrzymia. Dach jest jakieś dziesięć metrów nad nami, stalowe belki kreślą na stropie geometryczny wzór. Światło wchodzi przez rząd umieszczonych wysoko okien, dziś rano jest nieśmiałe, przytłumione mżawką, która pada z zasnuwających niebo chmur.
- Badanie DNA pozwala również ustalić tożsamość danej osoby - ciągnie Senem. - Profil genetyczny zmarłego porównujemy z innymi profilami DNA, otrzymanymi z próbek krwi pobranych od najbliższych krewnych osób zaginionych i zebranymi w bazie danych. I mamy nadzieję, że uzyskamy match.
Przedstawia te informacje tak, jakby to była prezentacja pokazywana dziesiątki razy osobom z zewnątrz, takim jak ja, które słyszały o DNA wyłącznie w serialach kryminalnych. Senem wygląda zresztą jak postać z powieści sensacyjnej: skórzana kurtka, papieros zwisający z ust, przenikliwy wzrok i poważny głos, uderzający kontrast między niemal dziecinną twarzą a otaczającymi dziewczynę zwłokami. Wyjaśnia mi cierpliwie, co oznacza match - jest to zgodność genetyczna, dowód pokrewieństwa, a co za tym idzie, potwierdzenie tożsamości.
- Największy problem - dodaje Senem i pokazuje inną wiszącą na ścianie fotografię - to masowe groby wtórne.
Na zdjęciu widać żebra, część kręgosłupa i kawałki czaszki. Obok drugie zdjęcie: kilka kręgów, miednica, kości udowe.
- Górną część tego szkieletu znaleziono w 2001 roku w miejscowości Jakarina Kosa. A to jest dolna część, odkopana w 2003 roku w Tomašicy, trzydzieści kilometrów stamtąd.
Pod koniec wojny sprawcy zbrodni zaczęli przenosić ciała, by ukryć dowody. Piętnaście lat później utrudnia to w znacznym stopniu identyfikację ofiar. Ich szczątki rzadko bywają kompletne.
- Czasem mamy tylko pojedynczy palec albo kość udową.
Z przepierzenia dwumetrowej wysokości dzielącego halę na dwie części spoglądają na nas maleńkie twarze, przyklejone do szarej papierowej taśmy. Są to fotografie wielkości zdjęcia legitymacyjnego, niekiedy po prostu wycięte z większej odbitki pochodzącej z rodzinnego archiwum, które przetrwało wojnę i wygnanie - twarze poważne, roześmiane, zamyślone, z papierosem w ustach; bezzębny uśmiech, dziecięcy grymas, zmarszczki, wojskowy mundur, zdjęcie klasowe, fryzura z lat dziewięćdziesiątych, która przypomina mi czasy, kiedy chodziłam do liceum. Twarze wszystkich zaginionych bez wieści z regionu Krajiny. Jest ich ponad pięć tysięcy.
- Jeśli nie mamy nic poza ręką, patomorfolog nie może ustalić przyczyny śmierci i wydać świadectwa zgonu. Radzimy wtedy rodzinie, by czekała. Ale ostateczna decyzja należy do bliskich.
- A co się dzieje, jeśli rodzina urządzi pogrzeb, a później znajdą się inne kości?
- Trzeba dokonać ekshumacji pogrzebanych szczątków, żeby je uzupełnić.
Ile razy można grzebać bliską osobę? Nigdy nie sądziłam, że można stanąć przed takim problemem. Zupełnie nie mam orientacji w świecie umarłych, a już na pewno nie w tym, w świecie zmarłych śmiercią gwałtowną, w wyniku egzekucji i tortur. Nie mam też pojęcia, jakie to zostawia ślady na niezidentyfikowanych kościach rozłożonych na białych workach na zwłoki, a także w pamięci krewnych, mających nadzieję odnaleźć tych, których kochali.
- Te zwłoki były prawie kompletne - mówi Senem i pokazuje leżące rzędem na podłodze białe worki, pochodzące z poprzedniego masowego grobu. - Te dwadzieścia dwa szkielety nie były ze sobą przemieszane, ciała złożono starannie do grobu.
Ekshumacja trwała pięć dni, to długo "jak na taki mały zbiorowy grób", wyjaśnia Senem.
- Dzięki temu mogliśmy pracować bardzo dokładnie. Do identyfikacji każdych zwłok wystarczy potem pobrać po jednej próbce DNA. Tak jest też lepiej dla rodzin.
W jej głosie słychać dumę ze spełnionego zadania i dobrze wykonanej pracy. Sama o tym zresztą mówi - denerwuje ją, kiedy ekshumacja jest zrobiona byle jak, przez osoby bez odpowiedniego przygotowania. Potrzeba wtedy mnóstwa badań i analiz, czas oczekiwania rodzin wydłuża się - a wszystko dlatego, że przy wydobywaniu ciał z ziemi ktoś się zanadto pospieszył.
- Identyfikacja zwłok jest jak kropka, którą rodzinom udaje się wreszcie postawić na końcu zdania ciągnącego się od piętnastu lat - mówi Senem. Więc jeśli to możliwe, nie należy jej zastępować wielokropkiem. - Wiem coś o czekaniu - dodaje. - Zanim przyjechałam do Šejkovačy, pracowałam z zespołem zajmującym się pobieraniem krwi.
Głos jej się zmienia, jakby już zakończyła oficjalną prezentację. Opowiada, że wtedy, na początku, nie chodziło o żadne powołanie, po prostu szukała pracy. A kilka lat po wojnie można było znaleźć właśnie taką pracę - przy poszukiwaniu zaginionych. Przez cztery lata przemierzała Bośnię i Hercegowinę, Słowenię, Chorwację, spotykała się z rodzinami, rozproszonymi w wyniku wojny po całej Europie. W wieku dwudziestu jeden lat trafiła na pierwszą linię, naprzeciw rodzin okrytych żałobą. Pytam, jak się czuła, a ona opowiada mi pewną historię.
- Któregoś razu miałam rozmawiać z kobietą, która straciła męża i sześciu synów. Dzięki jej DNA udałoby się być może ustalić tożsamość siedmiu osób. Siedem osób to bardzo dużo. Wyjaśniłam, po cośmy do niej we dwie przyjechały. Kobieta siedziała przez trzy kwadranse bez ruchu, nie odzywała się ani słowem. Nic nie mogłyśmy zrobić.
W 2005 roku, kiedy lekarz sądowy, który pracował wówczas w Šejkovačy, zaproponował Senem, by została jego asystentką, nie wahała się ani przez chwilę. To było łatwiejsze niż słuchanie rodzin, mówi Senem, wolała rozmawiać z kośćmi. Otrzymała stypendium, które pozwoliło jej uzupełnić wykształcenie w Anglii, na Uniwersytecie Środkowego Lancashire, i w 2008 roku została pierwszą w kraju antropolożką sądową z dyplomem uniwersyteckim, a wkrótce potem mianowano ją dyrektorką tutejszego ośrodka.
- Dobrze mi tutaj - mówi. - Nie wyobrażałam sobie, że kiedyś będę wykonywała taki zawód, ale teraz to moja pasja. Kiedy byłam mała, chciałam zostać archeologiem. I w sumie trochę tak jest.
Dokoła nas w hali panuje cisza, przez okna zaczyna zaglądać światło, mgła na zewnątrz już się pewnie rozproszyła. Wyobrażam sobie Senem jako małą dziewczynkę, snującą marzenia o archeologii. Kiedy wybuchła wojna, Senem miała dwanaście lat. Przez cały ten czas była w domu, oprócz dwóch miesięcy w 1992 roku, spędzonych z matką i dziesięcioletnim bratem w Chorwacji, niedaleko Splitu, gdzie ich wysłał na początku lata ojciec, który bał się o rodzinę.
- Było bardzo przyjemnie, przez cały czas kąpaliśmy się w morzu - wspomina Senem. - Potem, w lipcu, powiedzieli nam, że trzeba albo wracać do Bośni, albo jechać do innego kraju, i zaproponowali nam Finlandię, Danię lub Stany Zjednoczone. Ojciec przyjechał po nas i wróciliśmy do Novego Travnika, do domu. Zaraz po naszym powrocie walnęło. A potem były cztery lata piekła.
Stoi między rzędami wózków i opowiada mi o wojennych latach w Novim Travniku, podzielonym na dwie części, boszniacką i chorwacką, których mieszkańcy nagle zaczęli być wrogami. Kiedy toczyły się tam walki, jej rodzina - Boszniacy z dzielnicy chorwackiej - przez wiele tygodni pozostawała na miejscu, zanim postanowiła uciec na drugą stronę miasta.
- Któregoś dnia dawni studenci ojca, Chorwaci, przyszli i powiedzieli, że nie mogą nas już dłużej chronić. Więc musieliśmy się wyprowadzić z domu.
Z tamtych lat najbardziej zapadły jej w pamięć narodziny siostry. Tak ją to rozgniewało, że przez dwa tygodnie nie odzywała się do matki.
- Byłam zdruzgotana! Miałam czternaście lat, trwała wojna, nie było co jeść, a oni sobie zafundowali dziecko!
Wybucha śmiechem, mówi, że teraz jej przeszło, że uwielbia siostrę, z którą mieszkają u matki. Senem jest samotna i bezdzietna, być może - jak mówi - z powodu tego niezbyt łatwego zajęcia. Kiedy jest w pracy, odsuwa wspomnienia na bok, ale czasem pojawiają się nieproszone, jak przed tygodniem, kiedy się zajmowała szczątkami nastolatka. Pomyślała wówczas o strachu, jaki go musiał ogarnąć w chwili śmierci, oko w oko z oprawcami, w środku lasu.
- Myślałam o tym i wtedy wróciły do mnie moje własne lęki. Człowiekowi się wydaje, że jest silny, że go nic nie rusza, ale to nieprawda.
Któregoś razu Senem wybrała się sama autem do Banja Luki w odwiedziny do przyjaciółki i zobaczyła na środku drogi przejechanego kota. Wybuchła płaczem, musiała się zatrzymać i minęło wiele minut, zanim się uspokoiła. Kiedy dotarła w końcu do celu, przyjaciółka zaczęła ją pocieszać - jej samej także się to przydarzyło. Również pracuje przy identyfikacji zaginionych; to ona była razem z Senem u kobiety, która straciła siedem osób z rodziny i która nie zdołała wydobyć z siebie głosu.
- You just snap - mówi po angielsku Senem. Po prostu się rozsypujesz.
Na zewnątrz hałasuje jakieś urządzenie.
- To Zlatan zaczyna pracę - wyjaśnia Senem.
Jakiś mężczyzna uwija się z wężem podłączonym do myjki ciśnieniowej. Pod białym ceratowym fartuchem ma ubranie z nadrukiem ICMP, International Commission on Missing Persons. Międzynarodowa Komisja ds. Osób Zaginionych, międzyrządowa organizacja powstała w 1996 roku z inicjatywy Billa Clintona, prowadzi w Bośni, we współpracy z tutejszymi władzami, poszukiwania zaginionych ofiar wojny. ICMP jest również pracodawcą Senem.
Zlatan zajmuje się myciem ekshumowanych zwłok, czyści je z ziemi oblepiającej kości i ubrania. Otwiera worek, układa jego zawartość w dużym płaskim koszu pod wiatą obok hali i włącza myjkę. Od warkotu aż dzwoni w uszach, woda rozpryskuje się na metalowych brzegach kosza, spływa przez oczka siatki, ścieka po płytkach posadzki, wymieszana z czarną ziemią. Pod działaniem wody ciemny kłąb rozwija się, widać kolor, jest to niebieski wełniany sweter. W oczka powrastały cienkie korzonki, nie da się ich usunąć, nie niszcząc dzianiny. Dwadzieścia dwa ciała, ułożone w kilku warstwach, pochowano w lesie w naturalnym zagłębieniu terenu. Przykryto je kamieniami i gałęziami, które z czasem wypuściły korzenie.
Senem uważa, że taki pochówek świadczy o szacunku dla zmarłych, o "dobrych chęciach", jak to określa, i wysnuwa stąd wniosek, że grabarze nie mogli być zabójcami.
- Ci, co zabili, nie okazują zmarłym tego rodzaju względów. Wrzucają ich byle jak, nie układają w taki sposób. Te ciała niekoniecznie pogrzebano od razu. A ciało, kiedy się rozkłada, zaczyna śmierdzieć, niewygodnie je nieść. Po co sobie zadawać tyle trudu, kiedy się kogoś zabiło? Nikt tego nie robi.
Zlatan ostrożnie rozprostowuje sweter, kładzie go na suszarce na bieliznę obok podartych czarnych slipów i białych skarpetek. Ubrania wydają mi się bardziej ludzkie niż kości rozłożone na dużym arkuszu szarego papieru leżącym na ziemi, na jednym z wielu białych worków. Młoda kobieta z niedużym aparatem fotograficznym w ręku wchodzi na stołek, żeby zrobić zdjęcie. Nazywa się Bejsa, jest asystentką Senem. Zlatan robi przerwę, przysuwa sobie białe plastikowe krzesło, siada, zapala papierosa. Senem też wyciąga papierosa, długiego i cienkiego, trzyma je w kieszeni czarnej skórzanej kurtki. Częstuje mnie; nie palę.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.