Granica
W miasteczku Pacaraima po brazylijskiej stronie granicy, pośrodku ulicy pełnej ludzi, samochodów i kramów, stoi dwóch policjantów. Jeden trzyma za kark zapłakanego, przerażonego dzieciaka i bezlitośnie wali go pałką po głowie. Drugi na przemian mierzy z karabinu do jego matki, rozpaczliwie usiłującej pomóc synowi, albo do zgromadzonych wokół rozwścieczonych ludzi. Wyglądają tak, jakby za moment mieli się rzucić na strażników i przemocą uwolnić chłopca.
Nasza taksówka przejeżdża jednak obok i po chwili scena znika mi z oczu. Nigdy się nie dowiem, jak to się skończyło ani czy dziecko coś ukradło, czy też może jego wina polegała tylko na tym, że nie dość szybko zeszło z drogi mundurowym. Tutaj, na granicy, przez którą wciąż przewalają się tłumy uciekinierów, pozbawionych środków do życia i wszelkich praw obywatelskich, takie przypadki są po prostu na porządku dziennym.
Wraz ze mną siedziała też w aucie Yesika z córeczką i oglądała to wszystko bez żadnych oznak emocji. Dopiero widząc moje zdumione spojrzenie, powiedziała, że zdążyła się już przyzwyczaić do takich scen z udziałem uchodźców z jej kraju. Jej zdaniem policjanci z pewnością mieli powody. W nocy z winy rodaków boi się chodzić ulicami nie tylko ona, ale i wszyscy miejscowi. Od początku exodusu, który nabrał wyjątkowego tempa w 2017 roku, w tym nadgranicznym regionie Brazylii gwałtownie wzrosła przestępczość i przemoc.
To druga strona medalu kryzysu humanitarnego w Wenezueli - jego społeczne i cywilizacyjne konsekwencje występujące w krajach sąsiednich. W samej tylko Pacaraimie, kiedyś sennej, przemytniczej dziurze z kilkoma ulicami na krzyż, w ostatnich trzech latach z powodu napływu uchodźców liczba mieszkańców zwiększyła się ponad dwukrotnie i w mieście już prawie nie słychać portugalskiego.
Krytyczny był rok 2018, kiedy wybuchły tu narodowościowe zamieszki. Miejscowi podpalali wenezuelskie samochody i budynki własnej administracji, brutalnie pobili dziesiątki uchodźców, a tysiące innych wypędzili z powrotem do ich kraju. Wszystko to działo się przy pełnej bezczynności wojska, a według świadków nawet z pomocą miejscowej policji.
Jeden z brazylijskich mieszkańców skarży mi się, że w ciągu ostatnich lat życie w miasteczku zmieniło się w piekło. Nie puszcza już swojej żony i dzieci do centrum, gdzie grasują bandy wenezuelskich bezdomnych. W nocy śpią na chodnikach, bez wstydu się załatwiają, biorą narkotyki i kopulują.
- Naszego rządu ani wojska to nie interesuje - mówi. - Napychają sobie kieszenie dzięki dotacjom na pomoc humanitarną i zostawili nas w gównie z tymi przybłędami.
Odpowiedź rządu brazylijskiego przyszła w marcu 2018 roku w postaci humanitarnej akcji wojskowej "Witajcie", która miała sytuację ustabilizować. Początkowo wyglądało to kiepsko, bo przybyło tylko represji wobec uchodźców, a żołnierze na kilka dni całkiem zamknęli granicę. Potem jednak zmienili metody: postawili duże, czyste namioty, wzmocnili administrację, żeby przyspieszyć rejestrowanie cudzoziemców i umożliwić udzielanie im pomocy żywnościowej, a także lekarskiej, czego najbardziej potrzebowali.
Dzięki temu rząd brazylijski uznaje akcję "Witajcie" za humanitarny sukces własnej administracji. Rzeczywistość jest jednak nieco inna, ponieważ z powodu różnych formalności asymilacja cudzoziemców może trwać latami. Przybysze muszą bowiem okazać dokumenty i potem dodatkowo uzasadnić, dlaczego opuścili Wenezuelę. Dla większości Indian, którzy ledwie potrafią czytać i pisać, te wymagania są często nie do spełnienia.
Brazylijska Pacaraima to mieszanka zjawisk, jakie są też obecne w Wenezueli. W spokoju i względnym bezpieczeństwie można obserwować tutaj różne procesy i sytuacje charakterystyczne dla życia codziennego po tamtej stronie. W tym miasteczku mieszkają miejscowi, uciekinierzy, przemytnicy, Indianie i wojsko - całkiem różne grupy społeczne, które ze sobą często rywalizują i zabierają sobie nawzajem przestrzeń życiową, choć jednocześnie się potrzebują.
Wszystko to można zobaczyć na żywo tuż przy samej granicznej linii oraz na jedynej, przeludnionej głównej ulicy. Proponują mi tu wenezuelską walutę boliwar, kokainę, żywność, seks oralny, a nawet swoje nieletnie dzieci.
Niemal każdy, kto tu mieszka, w jakimś stopniu bierze udział w nielegalnym biznesie. Najlżejsza praca, jaką można zdobyć, to przemyt towarów oraz okazja zarobienia na uchodźcach. W całym przerzucie kontrabandy pomagają miejscowi, ale na przepuszczenie jej przez granicę muszą jednak wyrazić zgodę żołnierze. Pozostali sprzedają te towary (albo przynajmniej je kupują), karmią i kwaterują przemytników oraz uchodźców albo dostarczają im różnych usług.
Z całej tej ludzkiej zbieraniny zgromadzonej na głównej ulicy już na pierwszy rzut oka wyróżniają się Pemonowie - przede wszystkim swoim wyglądem. Są z reguły niżsi i najchętniej trzymają się razem na uboczu, w małych grupkach, jakby tu nie całkiem pasowali. Prawda jest jednak taka, że to właśnie oni są najbardziej doświadczonymi przemytnikami. Najlepiej znają tutejsze tereny, bo w końcu przecież należą one do nich. Ich wspólnoty zamieszkują po obu stronach granicy, a braterstwo między nimi jest ważniejsze od państwowej przynależności.
Pemonowie, którzy muszą uciec z Wenezueli, rzadko kiedy proszą o status uchodźców albo dach nad głową i wsparcie żywnościowe. Na dodatek brazylijska administracja często nawet nie dowiaduje się o ich istnieniu. W razie potrzeby znajomi czy dalecy krewni z drugiej strony przeprowadzają ich przez zieloną granicę, a potem zajmują się nimi w swoich wioskach.
Ale przez Pacaraimę przepływa nie tylko nielegalna kontrabanda - złoto i pieniądze z Wenezueli, broń z Brazylii oraz narkotyki w obydwu kierunkach. Prowadzony jest tu także inny handel, który sam w sobie nie jest sprzeczny z prawem, chociaż odbywa się po cichu i bez zbędnych świadków. Wysoko postawieni wenezuelscy bonzowie wywożą stąd całe konwoje artykułów żywnościowych i paliwa, a po przekroczeniu granicy - oficjalnej czy zielonej - kierują je do sklepów, supermarketów, stacji benzynowych czy do szarej strefy. Oczywiście nie jest to żadna misja humanitarna. Towary z Brazylii sprzedawane są w Wenezueli za wielokrotnie wyższe ceny, a konsumenci, którzy jeszcze mogą sobie na nie pozwolić, i tak chętnie płacą każde pieniądze, by nie stać przez całe dni i noce w niekończących się kolejkach.
W takich kolejkach przed sklepami wenezuelskich miast co jakiś czas wybuchają uliczne zamieszki i bijatyki, a żołnierze rozpędzają ludzi pałkami, gazem łzawiącym lub ostrą bronią.
Ten szczególny fenomen zainteresował mnie o wiele później, gdy po moim powrocie porządkowałem notatki i wrażenia z tamtego pobytu. Właśnie wtedy zacząłem się zastanawiać, jak taki system może istnieć i się nie zawalić. I jak to się dzieje, że urzędnicy, którzy spowodowali cały ten chaos i wszystkie problemy, mogą wciąż na tym pasożytować i się bogacić, a normalni ludzie posłusznie godzą się na rolę ofiar i dają się wykorzystywać oszustom, choć kiedyś byli zdolni do obywatelskiego nieposłuszeństwa.
Zanim jednak coś pojąłem, czekała mnie długa droga - podróż do Wenezueli. Żeby poznać mentalność społeczeństwa i rządzącej ekipy, więzi i układy władzy, przyczyny całego chaosu, a także na własnej skórze przekonać się, jak wielka jest społeczna rezygnacja i jak głęboki upadek porządku publicznego.
Dopiero po tym wszystkim byłem w stanie zrozumieć, że istnieje jakaś granica wytrzymałości, po przekroczeniu której człowiek przestaje już dostrzegać przyczyny swego stanu i traci zdolność do skutecznej reakcji. Bo sytuacja w Wenezueli osiągnęła już taki poziom niestabilności, że władze traktują go jako status quo i jakąkolwiek próbę naprawy uważają za katastrofę. Jedyne, co im pozostaje, to czerpanie osobistych korzyści, dopóki się tylko da, ostrożnie balansując na samej krawędzi i nie myśląc o tym, że kiedyś to wszystko z całą pewnością musi runąć.
Wenezuela to znacznie więcej niż upadłe państwo. To obraz społeczeństwa tuż przed jego zagładą, społeczeństwa, które samo pozbawiło się swoich życiowych źródeł. To kraj, w którym wszechobecna i powszechna bieda stała się nie tylko materialną rzeczywistością, ale wręcz stanem świadomości.