część pierwsza
SPLĄTANA HISTORIA
Turyści na szlaku, w tle schronisko Dom Śląski.
Rozdział 1.
NIZINNY KRAJ Z GÓRSKĄ TRADYCJĄ
Żyjemy na jednym z najniższych kontynentów. Polska mocno się do tej karłowatości Europy przykłada. Tylko niewiele ponad 620 kilometrów kwadratowych kraju leży ponad 1000 m n.p.m. To teren ciut większy od obszaru współczesnej Warszawy. 91,5 procent powierzchni kraju - mimo miliardów lat mozolnego wysiłku - nie udało się wypiętrzyć ponad 300 metrów nad poziom morza.
Gdyby gigantycznym spychaczem wyrównać teren Polski z południa na północ, powstały płaskowyż nie dorósłby do 200 metrów. Górki i góry o ponadpółkilometrowej wysokości stanowią ledwie 3,1 procent całej powierzchni kraju.
A przecież dopiero od około kilometra nad poziomem morza klimat staje się prawdziwie górski, zmienny, z gwałtownymi, nawracającymi burzami, załamaniami pogody i intensywnymi opadami - latem deszczu, a zimą śniegu. Ten ostatni zalega w górach znacznie dłużej niż na obszarach nizinnych, a nagromadzony na północnych stokach, w zagłębieniach terenu czy jarach - leży nawet cały rok.
Równoleżnikowe położenie większości pasm górskich sprawia, że tworzą się w ich okolicach gwałtowne wiatry fenowe. Powietrze, spadając z grzbietu górskiego, się spręża, a przez to nagrzewa i osusza. Są feny orograficzne i swobodne. Te pierwsze, silniejsze, docierają w głąb dolin. W przedłużających się porywach potrafią golić zbocza z hektarów lasów sprawniej, niż wojskowy fryzjer pozbawia włosów głowy rekrutów. Te drugie, słabsze, odczuwalne są głównie w wyższych partiach gór.
Nazwa tych wiatrów pochodzi od niemieckiego słowa Föhn, które oznacza zarówno wiatr, jak i suszarkę. W Tatrach górale i zakopiańczycy nazywają go halnym. Oprócz wzrostu temperatury niesie obniżone samopoczucie.
Chodzi nie tylko o zmianę ciśnienia, ale też o naładowanie atmosfery nadmiarem dodatnich cząstek elektromagnetycznych. Chorym na serce nasila się arytmia, pogrążeni w depresji topią się w niej głębiej. Statystyka potwierdza, że choroba fenowa powoduje wzrost liczby prób samobójczych. "W sądach niektórych kantonów szwajcarskich wiatr uznaje się za okoliczność łagodzącą dla popełnionych przestępstw"[5].
Ten wiatr to również ostrzeżenie dla wszystkich, którzy są w górach. Fen topi śnieg, przez co rośnie zagrożenie lawinami.
Powyżej kilometra wysokości najwrażliwsi i chorowici mogą odczuwać kłopoty z oddychaniem, zawroty czy bóle głowy. To pierwsze objawy choroby wysokościowej. Kilka kilometrów wyżej potrafi ona zdusić oddech, odebrać przytomność czy wręcz zabrać życie nawet wprawnym wspinaczom.
1000 m n.p.m. jest granicą umowną, uśrednioną. Mikroklimat danego terenu może sprawiać, że nawet 200 metrów niżej znajdziemy zalegający śnieg czy górską roślinność. Jednak góry śmiertelnie groźne stają się znacznie wyżej.
Prócz klimatu i wysokości trudności życia w górach potęguje ukształtowanie terenu. Stromizny, jary, wąwozy, skały radykalnie podnoszą koszty budowy dróg oraz domów, skalista i pofałdowana ziemia dodatkowo utrudnia uprawę roli.
Surowość życia w górach ma większy niż gdzie indziej wpływ na kulturę niematerialną, relacje międzyludzkie. Bo jak pisał Robert Macfarlane:
Rozziew między tym, co wyobrażone, a tym, co realne, charakteryzuje wszystkie obszary aktywności człowieka, ale jedną z najbardziej wyrazistych form przybiera w związku z górami. Kamień, skała i lód stawiają znacznie większy opór dłoniom niż oku, umysłowi, a góry ziemskie okazywały się często znacznie bardziej oporne, znacznie realniejsze w swych śmiertelnych niebezpieczeństwach od gór umysłu[6].
*
Nim odpowiemy na pytanie, skąd - mimo tej surowości otoczenia - wzięła się masowość górskiej turystyki i popularność wspinaczki, wrócimy do pierwszych doświadczeń człowieka z górami. Droga, jaką przeszliśmy w postrzeganiu tej pofałdowanej przestrzeni, jest bowiem fascynująca i nieoczywista.
Odległe, dominujące punkty krajobrazu - ośnieżone wierzchołki, zwaliste pasma albo samotne góry, jak choćby Ślęża - od tysięcy lat stanowiły naturalne drogowskazy. Ludzie orientowali się na wybitne szczyty.
Również w górach sytuowano wszystko, co obce, dziwne, transcendentne. Dość przywołać greckie Olimp (2917 m n.p.m.) i Parnas (2457 m n.p.m.) czy Ararat (5137 m n.p.m.). Ten ostatni to góra graniczna dla Turków, Ormian i Kurdów, a jednocześnie miejsce, gdzie miała osiąść po potopie starotestamentowa Arka Noego (od 1700 roku do dziś aż 165 ekspedycji oblegało masyw w poszukiwaniu zmaterializowanego mitu). Wiele szczytów andyjskich stanowiło istotne religijnie miejsca w kulturze Inków. Jednak przez wiele wieków w masowej świadomości społeczeństw góry były głównie utrudnieniem, przeszkodą. Nigdy celem, do którego się dąży dla samej przyjemności jego osiągnięcia.
Mężczyznę z epoki neolitu, którego dziś zwiemy Ötzi, faraona Totmesa III, Aleksandra Wielkiego[7], wodza Kartagińczyków Hannibala czy chińskiego mnicha Faxiana łączy to, że wbrew ogólnemu przekonaniu, wbrew obawom i trudnościom ruszyli w góry.
Pierwszy, by ucieczką w niedostępne ratować życie[8] - jak wiemy po odnalezieniu jego poranionych szczątków, nieskutecznie. Kolejni, by pokonać przez zaskoczenie wroga, atakując go od strony, z której się ataku nie spodziewał. A ostatni, by szukać prawdy zawartej w świętych buddyjskich księgach, które miał nadzieję znaleźć w Himalajach. Bardziej radykalny był tylko grecki filozof Empedokles, który wszedł ponoć na Etnę[9] w 430 roku p.n.e. i skoczył do krateru wulkanu w nadziei, że zyska boskie przymioty.
Na górze Synaj Mojżesz miał spotkać namacalnego Boga. W górach buddyjscy, katoliccy i prawosławni mnisi zakładali klasztory, aby fizycznie zbliżyć się do absolutu, ale też by w surowości tamtego świata szukać warunków do kontemplacji. Cały czas zdobywały się na to tylko jednostki.
Do oryginalnych zwyczajów należały pouti na hory (pielgrzymki w góry) - zgromadzenia husytów w Czechach. Wyznawcy prekursora protestantyzmu Jana Husa wysłuchiwali na szczytach wizjonerskich kazań i przyjmowali komunię pod dwiema postaciami, umacniając wspólnotę w wyjątkowym otoczeniu.
Ta mityzacja i sakralizacja przestrzeni górskiej jest najbliższa dzisiejszej potrzebie wspinacza i turysty. Uczucie wzniosłości przyciągało człowieka do gór dawniej i przybliża dziś.
Wzniosłość była i jest przeżywana w kontakcie z przedmiotami mogącymi budzić trwogę, niejasnymi, nieograniczonymi, nieskończonymi, wyraźnie kontrastującymi z treścią konwencjonalnego doświadczenia[10] - twierdzą naukowcy.
Przez wieki nikomu jednak - przynajmniej nic nam dziś o tym nie wiadomo - nie wpadło do głowy, by wyruszać w góry dla przyjemności wędrówki, podziwiania widoków i zdobywania szczytów czy dla samej radości stanięcia najwyżej, gdzie można.
Dlatego za pierwszego górskiego turystę często uważa się Petrarkę, który w poszukiwaniu inspiracji wspiął się na Mont Ventoux[11] w Prowansji. Był rok 1336. 24 kwietnia toskański poeta razem z kuzynem opuścili dom i dwa dni później stanęli na szczycie.
"Pragnienie ujrzenia, co widać z tak wielkiej wysokości" towarzyszyło poecie przez lata, gdy obserwował górę z okien domu w Awinionie. Widok ze szczytu go nie zawiódł i wystarczył mu na resztę życia. Petrarka nigdy już nie wszedł na żadną górę, ale wyprawę opisał ze szczegółami i z zachwytem.
Za pierwszy wspinaczkowy wyczyn uznaje się zaś dokonanie żołnierza i inżyniera Antoine'a de Ville'a, które opisał Rabelais. Na rozkaz Karola VIII, króla Francji, de Ville zdobył w 1492 roku Mont Aiguille (2085 m n.p.m.), oblegając górę niczym twierdzę i wykorzystując do wejścia takie ułatwienia, jak liny, kotwice i drewniane drabiny.
Oczywiście de Ville był nieświadomym użytkownikiem technik wspinaczkowych. Nic dziwnego, bo powszechnie zaczęto je stosować dopiero w międzywojniu, a szczyt ich rozwoju przypada na lata 60. i 70. XX wieku, gdy do pokonywania skrajnie trudnych ścian wykorzystywali je wspinacze w Alpach i Yosemite[12].
Jednak na one czasy wyczyn Francuza był niezwykły. Szczyt zwano Inascensibilis (nie do zdobycia), a opis trzydniowych zmagań jako żywo przypomina relacje ze wspinaczek w Alpach z połowy XX wieku.
Dziś w muzeum w Grenoble można oglądać dokument podpisany przez dwudziestu siedmiu świadków, którzy widzieli z dołu zdobycie wierzchołka. Dodajmy, że specyficznego, gdyż płaskiego niczym stół o rozmiarach kilku piłkarskich boisk czy - jak napisał zdobywca - "wielkości łąki, do skoszenia której trzeba byłoby czterdziestu mężczyzn".
Przez kolejne dwieście lat jedynie obywatele Szwajcarii, między innymi Johannes Stumpf, Josias Simler i Konrad Gesner, zapuszczają się w Alpy na tyle regularnie, by opisać je, tworząc pierwsze przewodniki.
"Co za ohydny widok, jak wstrętnie wysokie są te góry" - taką refleksję zapisał w notatniku Johann Joachim Winckelmann, pokonując przełęcz Brenner. Chwilę później szczelnie zasunął firanki w swojej karocy i więcej na góry nie spojrzał. Był rok 1768, ostatni rok życia wybitnego historyka sztuki i archeologa.
*
To oświeceniowa pogoń za wiedzą zmieniła stosunek Europejczyków do Alp, Pirenejów, Tatr i innych gór kontynentu.
Dla naukowej, a czasem pseudonaukowej eksploracji ludzie narażali zdrowie i życie. A gdy się okazało, że odkrywcza wędrówka w górę i wspinaczka nie są równoznaczne ze śmiertelnymi niebezpieczeństwami, tropem Petrarki ruszyli pisarze, poeci, malarze i kompozytorzy. Za nimi poszli ludzie bogaci, szukający w życiu nowych wyzwań i hołdujący rodzącym się modom.
Oprócz opiewających piękno gór Jeana-Jacques'a Rousseau, Caspara Wolfa czy wreszcie Johanna Wolfganga Goethego duży wpływ na rozbudzenie zainteresowania Alpami przypisuje się poematowi Albrechta von Hallera Die Alpen z 1792 roku, który przetłumaczono na kilkanaście języków.
Dach Europy, czyli Mont Blanc, zostaje zdobyty 8 sierpnia 1786 roku o godzinie 18.26. Dokonują tego mieszkańcy Chamonix: doktor Michel-Gabriel Paccard i poszukiwacz diamentów Jacques Balmat, w późniejszych latach przewodnik.
Dopiero jednak angielscy dżentelmenami, dla których wspinaczka i turystyka stają się nowym sportem, na zawsze zmieniają podejście ludzi do górskich szczytów. Stają się one wyzwaniem i magnesem. Jednocześnie kolejne pierwsze wejścia potwierdzają supremację obywateli imperium brytyjskiego. W latach 1854-1865[13] zdobytych zostaje trzydzieści sześć alpejskich wierzchołków powyżej 4000 m n.p.m.[14], z czego na trzydziestu jeden pierwsi stają Brytyjczycy.
Eksplozja wspinaczkowych osiągnięć zaczyna się od wejścia Alfreda Willsa w 1854 roku na Wetterhorn (3692 m n.p.m.) i występów Alberta Smitha, pierwszego górskiego celebryty. Wills do historii przeszedł nie tylko jako zdobywca wielu szczytów i współzałożyciel Alpine Club, ale też jako sędzia, który skazał poetę Oscara Wilde'a na dwa lata ciężkich robót za kontakty homoseksualne - maksymalny wymiar kary.
Smith zaliczył jedynie Mont Blanc, nie plasując się nawet w pierwszej trzydziestce zdobywców czubka Europy. Bezsprzecznie jednak jako pierwszy z opowiadania o wspinaniu zrobił sposób na zarabianie pieniędzy. Najpierw wystawił sceniczną adaptację wyjścia na szczyt, a następnie zjeździł kraj z prezentacjami. Pomógł mu talent oratorski i pisarski (był współzałożycielem magazynu "Punch" i autorem kilku powieści) oraz szczęście albo wyczucie chwili. Trafił w czas, gdy świat czekał na takie właśnie opowieści i był gotowy na wspinaczkowe podboje, choćby dzięki ułatwieniom w podróżach (kolej) i wynalazkom sprzętowym, jak raki, czekany czy specjalne ubrania. Ekskluzywna dziś marka Burberrys stworzyła na przykład w tym czasie linię eleganckiej odzieży turystycznej.
"Zdobywanie Matterhornu" w 1865 roku prasa relacjonowała niemal na bieżąco. Podobnym zainteresowaniem cieszyła się nieco później eksploracja Grenlandii, Arktyki i Antarktydy przez takich herosów, jak Norweg Fridtjof Nansen, Anglik Robert Scott czy Irlandczyk Ernest Shackleton. Aby zdobyć wsparcie, pisali książki, reportaże do magazynów, prowadzili prelekcje i publikowali zdjęcia. Narodziła się moda na eksplorowanie niezbadanych zakątków świata i wspinanie się na niezdobyte szczyty. Z niej wyrośli alpiniści, a następnie wielka grupa, którą dziś zwiemy turystami.
W zmaganiach dżentelmenów z górami coraz istotniejszy był element ryzyka, kuszenia losu i niepewny rezultat tej gry. Trudność przestała być przeszkodą. "Przejść niepokonaną ścianę samym środkiem największego skalnego urwiska" - mówił George Mallory pytany w wywiadzie o cel. A gdy dziennikarze z nizin chcieli wiedzieć, dlaczego w ogóle się wspina, Mallory odpowiadał: "Bo góry są".
Dodatkowo szlachetnie urodzonym wspinaczom zawsze towarzyszyli miejscowi przewodnicy, jak Christian Almer, J.J. Bennen, Jean-Joseph Maquignaz, Melchior Anderegg - ich udział dowodził, że nie w błękitnej krwi tkwiła tajemnica sukcesów. Tak otworzyła się furtka dla klasy średniej, prawników, właścicieli ziemskich, wykładowców, którzy przypuścili szturm na alpejskie, a potem himalajskie szczyty.
W drugiej połowie XIX wieku powstają kluby alpejskie - pierwszy w Londynie, kolejne w Austrii, we Włoszech, w Szwajcarii, Niemczech i Francji. Później tworzą się organizacje służące pomocą turystom w ogóle. W 1872 roku biuro turystyczne Thomasa Cooka organizuje pierwszą wyprawę dookoła świata. Gdy działająca nieprzerwanie od 1841 roku firma w 2019 roku bankrutuje, ogromnej akcji ściągnięcia porzuconych w świecie 155 tysięcy turystów rząd brytyjski nadaje kryptonim "Matterhorn".
Góry stają się coraz bardziej dostępne dla coraz większej liczby ludzi. Wspinaczkowa elita przenosi się więc w obszar coraz bardziej ekstremalnej wspinaczki.
*
Najwyższy szczyt Polski - Rysy - ma 2499 metrów, a tych powyżej 2000 metrów jest w sumie siedemdziesiąt jeden i wszystkie leżą w Tatrach, górach tak małych[15], że wyglądają niczym stworzony ku uciesze turystów alpejski Disneyland. Dlaczego więc wspinaczka, którą Jan Alfred Szczepański nazywał nadsportem, i szeroko rozumiana kultura górska odgrywają w naszym kraju tak dużą rolę?
Południowa Polska, góry od wschodu do zachodu.
O miejscu Polaków w historii himalaizmu napisano dziesiątki książek i tysiące artykułów. O wspinaczce jako jednej z życiowych przygód wspomina w swoich biogramach wielu naukowców, artystów, chwalą się nią szukający poklasku politycy. Trudno wyobrazić sobie polską muzykę, poezję, literaturę bez górskich wątków.
Osiadły w Kętach na Podgórzu Wilamowickim Stanisław Duńczewski już w połowie XVIII wieku pisał o wyjątkowym zauroczeniu Polaków górami, tłumacząc je tak: "W żadnej nacji tak wiele czarów, czarowników i czarownic nie masz, jak u nas w Polszcze, osobliwie w górach"[16].
Dziś wyrazem tych czarów jest choćby fakt, że w naszym nizinnym kraju ukazuje się kilka magazynów o tematyce górskiej. Działa kilkadziesiąt mniej i bardziej profesjonalnych serwisów internetowych poświęconych wspinaniu, górskiej turystyce i kulturze. Co roku odbywa się kilkanaście festiwali i spotkań górskich. Tylko w 2021 roku na konkurs literacki podczas Festiwalu imienia Andrzeja Zawady w Lądku-Zdroju zgłoszono pięćdziesiąt siedem pozycji!
Badania przeprowadzone w 2017 roku na zlecenie Polskich Kolei Linowych[17] pokazują, że w poprzednich trzech latach w Tatrach, Bieszczadach lub Beskidach wypoczywało ponad 42 procent Polaków. Góry są jednym z najczęściej wybieranych miejsc letniego urlopu. Rocznie wyrusza na szlaki od 3,5 do 5 milionów turystów.
To w Polsce powstała jedna z pierwszych organizacji ratowniczych w Europie. Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe zaczynało jako samodzielne stowarzyszenie, by w 1927 roku wejść w skład Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego (PTT), a po wojnie - Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego (PTTK) i Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (GOPR). W 1991 roku służba odzyskała samodzielność pod pierwotną nazwą TOPR.
Dziś sieć stacji i punktów GOPR i TOPR jest najbardziej gęsta na świecie. Mniej zaznajomionych z górami ta pozycja może zaskakiwać, ale zarówno dla nich, jak i dla wprawnych turystów oraz wspinaczy obecność ratowników w górach, ich profesjonalizm, sprawność wydają się oczywistością. Choć wcale nie musiało się to tak potoczyć.
*
- Jakie są szanse wycofania się [ze ściany] w razie wypadku? - zapytał rzeczowo Leszek.
Bulinel najpierw ugryzł kawałek ciastka, potem łyknął kawy, jakby odwlekał moment odpowiedzi, i dopiero stwierdził krótko:
- Żadne.
- A ratownicy?
- Cóż potrafią zrobić ratownicy? - odpowiedział pytaniem.
- Macie przecież górskie pogotowie?
- Oczywiście. Salvamont.
- Nie można zastosować zestawu Grammingera[18]? Helikopter z łatwością dostarczy potrzebny sprzęt na plateau.
Bulinel odsunął filiżankę i wytrzeszczył oczy.
- Gramminger? Helikopter? Człowieku, o czym ty mówisz? W akcjach ratunkowych uczestniczą sami alpiniści! Czynności Salvamontu sprowadzają się najwyżej do prac transportowych. Zniesienia połamańca - oto ich robota. A zestawu Grammingera, jak świat światem, nikt tutaj nie widział.
Taki dialog obrazujący możliwości służby ratunkowej w rumuńskich górach Bucegi, o powierzchni niemal dwa razy większej od Tatr, spisał w roku 1980 Janusz Opyrchał-Bojarski[19].
Trzeba wiedzieć, że pierwsze organizacje o założeniach podobnych do TOPR i GOPR powstały w Rumunii już w 1905 roku. Jednak początek działania Salvamontu, centralizującego ratownicze byty, datuje się dopiero na kwiecień 1969 roku.
Czy sława górskiego ratownika świeci zatem światłem odbitym - osiągnięć Polaków w Hindukuszu, Andach i Himalajach? Czy może to legenda ratowników, ich stała, intensywna obecność współtworzy i umacnia górską kulturę, a ta promieniuje na nizinny kraj tak intensywnie, że mimo wielu historycznych przeciwności wysłał on w świat legion wybitnych wspinaczy?
*
Śmierć Mieczysława Karłowicza w lawinie pod Kościelcem uciszyła przeciwników powołania organizacji ratowniczej. Wcześniej bowiem, mimo coraz większego ruchu turystycznego i wspinaczkowego, wielu działaczy społecznych oraz lokalnych polityków, z radnym i wójtem gminy Andrzejem Chramcem na czele, nie widziało takiej potrzeby. Pytali: "Po co narażać życie, wystawiając na niebezpieczeństwa, skoro je potem ratować trzeba?".
Mariusz Zaruski znał te wątpliwości. Nawołując do utworzenia pogotowia, pisał: "Nie łudźmy się nadzieją, że kiedyś gmina Zakopanego, zaprowadziwszy "elektrykę" i kanalizację, zabierze się do tej sprawy: gmina, jak gmina, nie ma pieniędzy, a jeśli będzie posiadała wolne fundusze, to postawi krzyż na Świnicy; komisja klimatyczna myśli o klimacie i o zdrowiu gości przyjezdnych (...)"[20].
Ochotniczość i darmowość ratowania Zaruski uzasadniał tak: "Wiedziałem, że przyjąwszy zasadę odszkodowania za czas na wyprawie stracony, dam broń w rękę niechętnym, których do żadnej dobrej sprawy w Polsce nigdy nie zabraknie"[21].
Gdy narażających życie można było liczyć na palcach jednej ręki, pytanie o sensowność powołania służby ratowniczej mogło się wydawać zasadne. Letnich, a nawet zimowych wspinaczek przybywało jednak z roku na rok. Nie wystarczało już, że na poszukiwanie zaginionego wyruszali zwołani ad hoc myśliwi, góralscy przewodnicy albo przypadkowi turyści.
Pierwszy w Tatrach dobrze udokumentowany śmiertelny wypadek taternika wydarzył się w sierpniu 1907 roku. Podczas próby zjazdu na linie z Żabiego Konia spadł Jeno Wachter.
Węgierski wspinacz, uradowany zdobyciem skrajnie trudnego jak na owe czasy szczytu, spędził kilkadziesiąt minut, oglądając z towarzyszem panoramę, wyciszając emocje, delektując się nagrodą za wysiłek.
Następnie rozpoczęli kolejno zjazd z dużej pętli założonej na jednym ze skalnych bloków. Niestety, pod pełnym obciążeniem pętla się zerwała. Po kilkudziesięciometrowym locie Wachter odbił się od skalnej półki, następnie potoczył się bezwładnie, a wreszcie jego ciało zatrzymało się na głazach piarżyska. W krwawej miazdze trudno było poznać młodego wspinacza.
Ta śmierć wstrząsnęła środowiskiem taterników i górskich turystów, a zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech były ich już wtedy setki[22].
Dyskusja o powołaniu w polskich Tatrach zespołu ratowniczego rozgorzała z wielką mocą, nie zakończyła się jednak wiążącą konkluzją. Przeciwnicy mnożyli argumenty - od finansowych po ten, że wieść o działających ratownikach uśpi czujność wychodzących w góry i tylko zwiększy liczbę wypadków. Zwolennikom zabrakło determinacji, by przełamać opór sceptyków. Nie powstała żadna zorganizowana formacja ani nawet plan działania wiodący ku jej stworzeniu.
Już wcześniej rozmawiano zresztą o sposobach niesienia pomocy śmiałkom przemierzającym górskie zbocza czy doliny, ale turystyka górska długo była fanaberią nielicznych.
"W XIX w. przeważała w niej [turystyce] warstwa ludzi związanych z wolnymi zawodami, twórców, wyższych kręgów urzędniczych - warstwa historycznie odgrywająca w Polsce rolę zwaną "inteligencją"" - pisał Andrzej Ziemilski[23].
Osoby lepiej sytuowane mogły w górach powalczyć o życie albo taką walkę fingować, by mieć o czym opowiadać podczas towarzyskich spotkań. W czasie jednego z takich rautów, 3 sierpnia 1873 roku w dobrach barona Ludwiga Eichborna w Zakopanem, padł pomysł powołania pierwszego polskiego towarzystwa turystycznego.
W ten sposób 31 grudnia 1873 powstało w Nowym Targu Galicyjskie Towarzystwo Tatrzańskie. Miało sześciu założycieli. O trafności pomysłu przekonali się błyskawicznie - swój akces zgłaszali kolejni członkowie, także z polecenia. Gdy Towarzystwo rozrosło się do kilkudziesięciu osób, zwołano walne zgromadzenie.
31 maja 1874 roku uchwalono nowy statut, zmieniono nazwę i lokalizację siedziby. Towarzystwo Tatrzańskie przeniosło się do bardziej prestiżowego Krakowa. Szybko powstały oddziały w Stanisławowie (1876), Kołomyi (1878), a następnie we Lwowie (1883), w Szczawnicy (1893) i Makowie (1905). Ten ostatni po dwóch latach zakulisowych starań władz miasta i lokalnych działaczy przeniesiono do Żywca. Posiadanie w mieście siedziby choćby i oddziału Towarzystwa musiało zatem nieść ze sobą prestiż. W tym samym roku utworzono oddział w Nowym Sączu.
Wraz ze wzrostem natężenia ruchu turystycznego przybywało incydentów na szlakach. Popularyzator Tatr, malarz i fotograf Jan Kanty Walery Eljasz-Radzikowski opisał na łamach "Pamiętnika Towarzystwa Tatrzańskiego" jeden z pierwszych wypadków:
W roku 1884 dnia 15 sierpnia do schroniska Staszica, przy Morskim Oku, przyniesiono ledwo jeszcze żywego podróżnika, który nazywał się Jerzy Amsel, liczył sobie 21 lat i był słuchaczem filozofii w Uniwersytecie Wrocławskim.
Poszedł on z węgierskiej strony na Rysy z przewodnikiem spiskim, a ujrzawszy ze szczytu dom gościnny nad Morskiem Okiem, odprawił przewodnika i sam puścił się na dół. Najgorsze turnie poniżej szczytu i ów źleb czarny minął szczęśliwie, dopiero gdy, natrafiwszy na długi płat śniegu, śliznął się po nim z pomocą laski, a ta mu się w ciągu jazdy złamała, zleciał z impetem, uderzył piętami o głazy na krawędzi śniegu i machnął kozła tak, że rozbił sobie głowę i lewą rękę, prawym zaś bokiem i nogą upadł na piarg. Pokaleczony prawie bez przytomności przeleżał tu trzy dni i dwie nocy, dowlókłszy się nieco dalej pod skałę, gdy go woda z deszczu źlebem ściekająca zalewała. Odmroził sobie wtedy bok i uda[24].
Na rannego natknęli się turyści i znieśli go nad Morskie Oko. Przewieziony na tratwie do schroniska, został zbadany przez wezwanego z Murzasichla lekarza. Było to działanie spontaniczne, wynikłe z dobrej woli i poświęcenia grupki turystów. Nie każdy poszkodowany w górach miał szczęście trafić na takich ludzi.
*
Mieczysław Karłowicz wspólnie z Mariuszem Zaruskim od lat postulował powołanie towarzystwa ratowniczego na wzór tych, które powstały już w Wiedniu (w 1896 roku), we Francji (1897) i w Szwajcarii (1902). Gdy lawina z Małego Kościelca przykryła Karłowicza, pod Tatrami uznano, że trzeba choć trochę zmniejszyć niebezpieczeństwo górskich wędrówek. Wszak śmierć dosięgła człowieka, którego znali oraz szanowali ważni i poważani, a on sam stawał się dla Zakopanego postacią emblematyczną.
Zaprzyjaźniony z najlepszymi wspinaczami, narciarzami i przewodnikami tamtych czasów kompozytor był tak zafascynowany Tatrami i wspinaczką, że zamierzał osiąść w Zakopanem, by dzielić czas między twórczą pracę i eksplorowanie gór. Czuł się niedoceniany i myślał nawet porzucić muzykę, koncentrując się na artystycznej fotografii Tatr. Jego apele o utworzenie górskiej straży ratunkowej drukował Zygmunt Wasilewski, szwagier Karłowicza i redaktor "Słowa Polskiego" we Lwowie. Jednak nastawienie do ratownictwa zmieniło się dopiero w lutym 1909 roku.
Gdy ciało Karłowicza wyciągnięto spod zwałów śniegu, jeden z uczestników akcji ratunkowej, Stanisław Barabasz, aparatem ofiary zrobił fotografię zwłok. Zaruski uważał bowiem, że tylko przez drastyczność i dokładność opisu wypadków uda się ludzi nastraszyć i sprawić, by byli w górach rozważni i nie zapuszczali się w nieznane.
Zdjęcie ciała kompozytora na śniegu, ze złożonymi na brzuchu rękami i odkrytą, odrzuconą do tyłu głową, można znaleźć w pierwszym wydaniu Księgi Tatr Jalu Kurka z 1954 roku. W kolejnych wydaniach fotografii już nie publikowano, uznawszy, że obraz jest zbyt drastyczny.
Karłowiczowi zabrakło kilku metrów, by wyśliznąć się lawinie. Również w życiu artystycznym był wtedy o szus od sukcesu. Po latach niechęci środowiska muzycznego Warszawy pierwsze polskie wykonanie Odwiecznych pieśni spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem[25]. Na biurku w zakopiańskiej willi Lutnia kompozytor zostawił poemat symfoniczny Epizod na maskaradzie. Dokończone przez Grzegorza Fitelberga dzieło przyniosło Karłowiczowi kolejny pośmiertny triumf. Kolejny, gdyż powołanie Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego także do takowych należy.
Dwa tygodnie po wypadku na posiedzeniu Komisji Klimatycznej Zakopanego doktor Józef Żychoń, który wydał akt zgonu kompozytora, wniósł pod głosowanie wniosek o utworzenie "pogotowia rannym w górach". Tym razem wszyscy byli "za", przy jednym tylko głosie wstrzymującym się.
Komisja upubliczniła swoje stanowisko w redagowanym między innymi przez Żychonia czasopiśmie "Zakopane", a Mariusz Zaruski dodał płomienny apel o wpłaty. Matka Karłowicza, wiedząc o wieloletnich staraniach syna, wpłaciła składkę członka założyciela. Nie wiedzieć czemu na oficjalnych listach pierwszych darczyńców tego nazwiska znaleźć nie można.
*
29 października 1909 powstaje Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Prezesem zarządu zostaje doktor Kazimierz Dłuski - fizjatra, założyciel i dyrektor Sanatorium dla Piersiowo Chorych w Kościelisku, działacz Polskiej Partii Socjalistycznej. W historii świata zapisał się i tym, że wraz z piewcą Gorców Władysławem Orkanem w sierpniu 1914 roku poręczyli za osadzonego w więzieniu w Nowym Targu Lenina.
Gdy dołożyć do tego interwencję Stanisława Gąsienicy Byrcyna, który dwa miesiące wcześniej na Zawracie ocalił życie wodzowi bolszewików, można rzec: zaiste, członkowie Pogotowia zgodnie z rotą przysięgi ratowali, nie bacząc na konsekwencje i własne przekonania.
Byrcyn zagościł w historii Podhala jako bohater masy anegdot i autor licznych powiedzonek. Kilka z nich dotyczyło wydarzeń z Zawratu. Michał Jagiełło opowiadał, jak chcąc potwierdzić prawdziwość znanej akcji ratowniczej, zapytał Byrcyna, czy pamięta to wydarzenie. "Jakże miołbyk zabocyć. Jeszcze mi skurwisyn za dwie dniówki winien"[26], odparł ratownik.
Prywatnie Dłuski, ożeniony z lekarką Bronisławą z domu Skłodowską, był szwagrem Marii Curie. Podwójna noblistka, bojowniczka o prawa kobiet, też była pasjonatką Tatr i wspinania. Rysy i Świnicę zdobyła wraz z mężem w 1899 roku. A Zakopane i Tatry to jedyne miejsce w ojczyźnie, do którego przywiozła Piotra Curie na dłużej, odrywając oboje od pracy naukowej na ponad półtora miesiąca.
Kazimierz Dłuski twórca sanatorium dla chorych na płuca w Zakopanem, jeden z założycieli TOPR i jego pierwszy prezes.
Do grona założycieli Pogotowia weszli też: Kazimierz Brzozowski, malarz, taternik, prezes Towarzystwa "Sztuka Podhalańska"; wspominany już Stanisław Barabasz, architekt, malarz, na co dzień dyrektor Szkoły Przemysłu Drzewnego; Wacław Kraszewski, działacz społeczny, pierwszy lekarz TOPR; Klimek Bachleda - przewodnik tatrzański, autor dróg wspinaczkowych; oczywiście Mariusz Zaruski oraz pośmiertnie, w docenieniu zasług i starań na rzecz powstania pogotowia, Mieczysław Karłowicz.
Pierwsi ratownicy[27] złożyli przysięgę naczelnikowi, którym został Zaruski. I tak los sprawił, że 8 lutego poczęło się, a 29 października urodziło Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Drugi z tych dni jest dzisiaj świętem ratownika - to wtedy kolejni chętni, zdatni i przeszkoleni, przyjmowani są na zaszczytną służbę.
*
Hagiograficzny styl pisania o Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym znany z prasowych publikacji pomija niektóre szczegóły i mniej chlubne momenty z historii.
Pierwsza strona Statutu TOPR z 1909 roku.
Choćby to, że wbrew obiegowej opinii nie była to pierwsza poza Alpami górska organizacja ratownicza. W Austro-Węgrzech, a więc i na Słowacji, początki zorganizowanej górskiej pomocy sięgają końca XIX wieku, w Rumunii - 1905 roku. TOPR nie był nawet pierwszy na ziemiach należących dziś do Polski: zakopiańczyków wyprzedził lekarz Ernst Brucauff, zakładając 18 października 1908 roku w Karpaczu (ówczesna niemiecka nazwa: Krummhübel) Ochotniczą Kolumnę Sanitarną Niemieckiego Czerwonego Krzyża.
Mariusz Zaruski, gdy zostawał naczelnikiem, nie był - wbrew powielanym przez media informacjom - generałem. Kiedy w 1914 roku niespodziewanie oddawał realne naczelnikowanie Józefowi Oppenheimowi, zaciągnął się dopiero do wojska, gdzie szybko awansował. Generałem brygady został w lipcu 1924 roku jako adiutant prezydenta Rzeczypospolitej Stanisława Wojciechowskiego. Jako przeciwnik majowej rebelii w 1926 przeszedł na emeryturę, która oznaczała jedynie zmianę obszaru aktywności. Wrócił wtedy do swej pierwszej miłości - morza[28].
Podczas drugiej wojny światowej TOPR nie zawiesił działalności i funkcjonował pod nazwą Freiwillige Tatra Bergwacht. Rządził nim wspinacz i przedwojenny pedagog Zbigniew Korosadowicz (zmarł w 1983 roku w Tatrach podczas wycieczki). Podobno wystawiał legitymacje Bergwachtu, które ratowały przed wywózką, podobno "okupacyjny TOPR" był przykrywką dla działań wywiadu AK i kurierów. Jednak oprócz kierowania podległą okupantowi organizacją Korosadowicz występował podczas państwowych i nazistowskich uroczystości, a nawet był autorem rysunków i tekstów do podhalańskiej gadzinówki. Tego ostatniego robić na pewno nie musiał.
Chluby nie przynoszą też TOPR konflikty kluczowych postaci: Korosadowicza i Witolda H. Paryskiego z przedwojennym szefem TOPR Józefem Oppenheimem[29] czy naczelnika Grupy Tatrzańskiej GOPR w latach 70. Tadeusza Ewy z zastępcą. Ta ostatnia kłótnia zakończyła się morderstwem[30]. O obu historiach do dziś mało się pisze, bo pod Tatrami "swoje sprawy załatwiamy między sobą".
Generał Mariusz Zaruski (po lewej). Klemens Bachleda Klimek (po prawej).
Niechlubne historie i zawirowania w życiorysach to jednak tylko wycinek losów organizacji budowanej przez ludzi z krwi i kości. Zostawmy je biografom. Legendę każdej instytucji tworzą przede wszystkim wyjątkowe wydarzenia, które obrastają w dramatyczne czy anegdotyczne opisy. Silny związek takich symbolicznych wydarzeń czy postaci z toposami rycerskości, odwagi i poświęcenia umacnia etyczny szkielet danej społeczności.
*
Tego rodzaju opowieści w historii TOPR, a potem GOPR jest bez liku. Mit założycielski bezsprzecznie jednak opiera się na dwóch tragicznych wypadkach z pierwszej dekady XX wieku.
Pierwszy z nich to śmierć Mieczysława Karłowicza. Drugi - o rok późniejsza śmierć na służbie przewodnika i ratownika Klemensa Bachledy w ścianie Małego Jaworowego.
"Dzika ta ściana, nie tknięta dotąd nogą człowieka, opada tam potężnymi urwiskami, prosto na piargi, wyrasta, zda się, z nich ku niebu, jak wieża gotycka" - tak pisał o Małym Jaworowym w opowiadaniu Śmierć Klimka Bachledy sam Zaruski[31].
W deszczu, a potem śnieżycy idący na ratunek pokonują kolejne metry urwiska, na dzisiejsze wspinaczkowe wyceny momentami skrajnie trudnego, a wtedy nie do przejścia (dokona go dopiero w lipcu 1951 roku czechosłowacki zespół Zdeněk Mužák, Jaroslav Sláma). Idą wbrew instynktowi, który nakazuje chronić życie - prą do czekającego na pomoc młodego taternika. W końcu przemoczeni, zmarznięci, zmęczeni poddają się. Poza jednym. On nie reaguje na wezwanie do odwrotu, nie ogląda się na deszcz i zmrok.
Niesubordynacja Bachledy i narażanie życia ponad miarę dziś pewnie podlegałyby krytyce. Wtedy spotykały się głównie z podziwem - i budowały mit odważnych i gotowych do największych poświęceń ratowników.
Wiele lat po wypadku drwa do ognia nieśmiertelności Klimka dorzucił Wawrzyniec Żuławski. Jego opowiadanie W ścianie Małego Jaworowego ze zbioru Tragedie tatrzańskie[32] to perełka taternickiej prozy na usługach legendy. Dzięki temu opowiadaniu przewodnik i ratownik Klimek Bachleda wszedł na trwałe do polskiej, a nie tylko podhalańskiej kultury.
To z pism Żuławskiego, kompozytora i profesora akademii muzycznej, pisarza, ale też alpinisty i ratownika[33], pochodzą słowa bliskie wszystkim zakochanym w górach: "Nie zostawia się kolegi, nawet gdyby był bryłą lodu". Dziś, gdy w zestawie wartości samo życie przesunęliśmy zdecydowanie wyżej, nie budzą one już tak bezkrytycznego zachwytu.
Zaznaczmy, że dla pisarza nie był to tylko bon mot czy fraza warta zapisania dla samej buńczucznej urody. Żuławski zginął w 1957 roku w lawinie pod Mont Blanc, gdy wyszedł w góry świadom, że szuka już tylko zamienionego w lodową bryłę ciała Staszka "Mojżesza" Grońskiego, swego przyjaciela.
[...]