CHCIWOŚĆ. Kościół rozpasany przestaje być kreatywny
"To człowiek, który dla Kościoła jest w stanie odzyskać wszystko. Majątek, grunty, nieruchomości".
OJCIEC MARCIN MOGIELSKI O KSIĘDZU ANDRZEJU DYMERZE
"Kościół rozpasany, mający w nadmiarze dobra materialne, przestaje być kreatywny. Często większość zasobów, które z założenia mają być przeznaczone na zbożne cele, jest marnotrawionych na utrzymanie aparatu, który zarządza środkami". Tak w grudniu 2019 roku mówił papież Franciszek do uczestników światowego forum katolickich organizacji pozarządowych. Przypomniał też, że Kościół zawsze dokonywał wielkich dzieł marnymi środkami. "W życiu bowiem przynosi owoce nie ten, kto ma wiele bogactw, ale ten, kto tworzy i utrzymuje wiele więzi, wiele relacji, wiele przyjaźni" - tłumaczył papież kilka miesięcy wcześniej podczas modlitwy Anioł Pański. Bo ludzie są ważniejsi niż rzeczy. I liczą się bardziej niż bogactwo.
O tym, jak w duchu ubóstwa naprawiać Kościół, mówiła również siostra papieża, Maria Bergoglio: "Ten, kto chce zmian, musi się przede wszystkim sam zmienić, a ten proces może się dokonywać powoli". Według niej papież pragnie "Kościoła, który pozbędzie się swoich materialnych bogactw i przywilejów, Kościoła, którego pasterze nie będą się izolowali, ale "będą czuli swoje owce", nie będą się stawiali ponad wiernych ani unikali kontaktu z ludźmi, lecz będą żyli wśród nich i im służyli".
Pewnie perspektywa tych zmian przeraża wielu biskupów. Oto bliska papieżowi osoba przedstawiła im perspektywę utraty tego, co dla nich najważniejsze: bogactw, ciepłego pałacu, szofera, kucharek i sztabu ochroniarzy.
Maria zna biedę. Mało kto o tym wie, że kiedy brała rozwód, jej brat udzielił jej wsparcia. Potem, kiedy został papieżem, poprosiła, żeby pieniądze ze składki na jej podróż do Watykanu, które zebrali jej krajanie, oddać biednym. Ta prosta kobieta do dziś częstuje swoich gości wodą z musztardówki. Jednym z nich był Mirosław Wlekły - autor książki Raban! O Kościele nie z tej ziemi.
Sam papież Franciszek w Argentynie szukał normalności. Lubił gotować, jeździł po Buenos środkami masowej komunikacji. Miał opinię nieprzystępnego, w towarzystwie dystyngowanych gości robił srogie miny, bo jego naturalnym środowiskiem, w którym promieniował, była bieda. Bliska mu jest, opisana w książce Wlekłego, historia księdza szukającego w niebezpiecznych dzielnicach Buenos Aires biednych, by nieść im pomoc. "Mówią nam: On umarł na krzyżu, by nas zbawić - mówi ów ksiądz. - To kłamstwo. On umarł w obronie biednych".
Jakież to egzotyczne dla Polski, w której możni biskupi oddzieleni grubym pałacowym murem nawet nie mają okazji sprawdzić, co myślą zwykli członkowie ich wspólnot. Ilu jest takich, którzy wyjdą na miasto: do księgarni, na kawę? Zamiast "poczuć owce", komunikują się z nimi listami, w których mentorstwo miesza się z groźbami apokalipsy i wiecznego potępienia.
Okazuje się jednak, że reforma finansów, którą u progu pontyfikatu zapoczątkował Franciszek, na niewiele się zdała, deklaracje imiennika Biedaczyny z Asyżu zaś, choć pięknie brzmią, wciąż są tylko deklaracjami. Franciszek przegrywa z systemem. Oto papież, który zrezygnował z luksusowych apartamentów, czerwonych butów, purpurowej peleryny z gronostajów, w których lubował się jego poprzednik, i zamieszkał w skromnym Domu Świętej Marty, jest bezsilny wobec rozpasania kościelnego establishmentu.
Zamiast reform prościej by było pewnie rozdać te wszystkie bogactwa ubogim i zacząć od nowa. Wielu czytelników zarzuci nam zapewne, że sporo w tym demagogii, ale pytamy poważnie: skoro Kościół jest tak fundamentalny w sprawach seksualności, która dla Jezusa była tematem peryferyjnym, czemu nie słucha tego, co jest fundamentem jego przesłania w Ewangelii Świętego Marka? Oto kiedy bogaty młodzieniec zapytał go: "Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?", a potem zapewnił Jezusa, że przestrzega przykazań, usłyszał: ""Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!". Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości".
Pieniądze i bogactwo to coś, z czym Kościołowi trudno się rozstać. Pilnuje on swoich dóbr jak Najświętszego Sakramentu. Pochmurnieje, gdy ktoś chce kontrolować jego finanse i ograniczać przywileje. Rozdać bogactwo ubogim? Nigdy w życiu!
Czyżby więc Jezus nie miał racji?
* * *
Z uwagi na malwersacje i skandale finansowe papież osobiście musiał się zająć reformami w watykańskim banku zwanym Instytutem Dzieł Religijnych. Pod koniec 2019 roku Watykan powierzył kontrolę nad kontami "zewnętrznemu audytorowi". Zaufanie do hierarchów, którzy dotychczas zarządzali pieniędzmi Watykanu, zupełnie się wyczerpało. I trudno się dziwić. Tyle że zmiany na niewiele się zdały. Według dobrze poinformowanego dziennikarza śledczego Gianluigiego Nuzziego, który zna finanse Stolicy Apostolskiej od podszewki, w 2018 roku pierwszy raz w historii Watykan zamknął rok budżetowy na minusie. Nuzzi przejrzał kilka tysięcy dokumentów. Twierdzi, że długi łatane są z funduszu dobroczynnego, czyli tzw. świętopietrza. Tylko dwa euro z każdych dziesięciu naprawdę trafia do potrzebujących. Co za paradoks? Jak pisze Nuzzi, "setki milionów euro przeznaczone dla najuboższych i najbardziej potrzebujących nadal podlegają wątpliwemu zarządzaniu, tak jakby Watykan był bankiem spekulacyjnym znajdującym się w jakimś podatkowym raju".
Przypomnijmy, że zgodnie z wielowiekową tradycją pod koniec czerwca każdego roku, kiedy Kościół obchodzi uroczystość Świętych Piotra i Pawła, wierni mogą realnie wesprzeć Stolicę Apostolską właśnie za sprawą świętopietrza, swego rodzaju podatku, który według Kurii Rzymskiej jest przeznaczony na potrzeby Kościoła, cele charytatywne i projekty społeczne. Jeśli Nuzzi ma rację, mamy do czynienia nie tylko z niebywałym skandalem, lecz także oszustwem. No ale zweryfikować jego twierdzeń się nie da, bo przecież sfera finansów Watykanu jest owiana tajemnicą.
* * *
To następna na zasada gomory: Kościół nie udziela żadnych informacji na temat swoich zasobów. Próżno szukać informacji o jego budżecie, wydatkach, kosztach i dochodach. Nie składa żadnych sprawozdań.
* * *
Powoli jednak coś z tej tajemnicy zostaje ujawnione. Dzieje się tak za sprawą mediów - by wspomnieć o szokującej, nagłej dymisji kardynała Angelo Becciu we wrześniu 2020 roku. "Kocham cię, ale nie mogłem postąpić inaczej" - miał mu powiedzieć papież w prywatnej rozmowie i namówić do podjęcia decyzji o rezygnacji. A przecież Becciu był jednym z najbliższych współpracowników Franciszka - zaledwie dwa lata wcześniej papież uczynił go kardynałem. Wcześniej pracował w dyplomacji. Odkąd w 2001 roku papież Jan Paweł II uczynił go arcybiskupem, robił karierę jako nuncjusz apostolski w Angoli, a następnie na Wyspach Świętego Tomasza i Książęcej oraz Kubie.
W 2011 roku Benedykt XVI mianował go substytutem do spraw ogólnych w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej. To najważniejsza instytucja Watykanu i serce Kościoła katolickiego. Amerykański jezuita Thomas Reese w książce Watykan od wewnątrz. Polityka i organizacja Kościoła katolickiego słusznie zwraca uwagę na skuteczność biurokracji watykańskiej. Pisząc o interesującej nas komórce Kurii Rzymskiej, zauważa, że "współczesny Sekretariat Stanu składa się z dwóch sekcji, jedna zajmuje się korespondencją papieską i dokumentami, a druga podtrzymywaniem stosunków dyplomatycznych ze światem". Reese nie dodaje, że przez sekretariat stanu do niedawna przepływały główne strumienie watykańskich finansów. Franciszek zmienił to między innymi ze względu na przekręty finansowe, w których centrum znalazł się Angelo Becciu.
* * *
Zaraz po tym, jak 20 maja 2018 roku Becciu został mianowany kardynałem, 26 maja 2018 roku Franciszek powierzył mu funkcję prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. I w tej watykańskiej agendzie finanse zawsze odgrywały istotną rolę. Wszak nie tylko cuda wynoszą kandydatów na ołtarze. Często starania o tytuł świętego wspierają ogromne "ofiary" w całkiem wymiernej walucie. Teraz zawiadywał nimi Becciu. Nie bez racji więc mówiono o nim, że to druga osoba po papieżu. I człowiek, któremu następca świętego Piotra ślepo ufa.
Ale ów następca musiał w końcu zmusić swojego protegowanego do dymisji. Obejmowała ona nie tylko rezygnację z funkcji prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, lecz także z praw przysługujących kardynałom. Nic dziwnego: reputację Becciu obciążały finansowe malwersacje idące w setki milionów euro. U podstaw dymisji nie legła jednak wyłącznie głośna inwestycja Watykanu na londyńskim rynku nieruchomości, w której Watykan utopił miliony euro. Przede wszystkim przedziwne inwestycje prowadzone przez braci kardynała, które Becciu wspierał strumieniem niebotycznych przelewów z Watykanu.
Przypomnijmy, że w 2014 roku Stolica Apostolska za 200 milionów dolarów kupiła udziały w biurowcu w londyńskiej dzielnicy Chelsea. Każdy, kto zna Londyn, wie, że to jedna z najdroższych i prestiżowych lokalizacji. Okazało, że w trakcie przekształcania biurowca w luksusowy apartamentowiec doszło do korupcji. W październiku 2019 roku watykańscy śledczy dokonali przeszukań w kilku biurach w sekretariacie stanu oraz lokalu AIF, czyli watykańskiej instytucji odpowiedzialnej za pilnowanie przejrzystości finansowej. W konsekwencji kilku duchownych otrzymało zakaz opuszczania Stolicy Apostolskiej. Ale był to dopiero początek afery.
W toku trwającego kilka lat śledztwa badano nie tylko trefne inwestycje w nieruchomości (przy okazji mogło dochodzić do prania brudnych pieniędzy), lecz także przekręty dotyczące gospodarowania pieniędzmi ze świętopietrza. A raczej niegospodarności. Te doroczne ofiary Becciu inwestował w biznesy niemające żadnego związku z ich pierwotnym przeznaczeniem.
Becciu powierzył watykańskie pieniądze finansiście Enricowi Crasso, który z kolei kierował je do funduszy spekulacyjnych w rajach podatkowych. Mało tego, badania obejmują niejasne transakcje zawierane przez włoski Caritas ze spółką zarządzaną przez Mario Becciu, brata kardynała. Okazuje się m.in., że pewna firma produkująca piwo podpisała umowę na umieszczenie logo Caritas na swoich butelkach. Caritas w zamian miał otrzymywać 5 proc. z dochodów ze sprzedaży alkoholu. Według śledczych z Watykanu umowa jednak tylko z pozoru wygląda na korzystną (nie mówiąc o jej moralnej niejednoznaczności). Watykan chce również uzyskać więcej informacji na temat relacji jednej z diecezji ze spółką, której właścicielem jest inny brat Becciu, Tonino. Becciu co najmniej dwukrotnie żądał i uzyskał od Konferencji Episkopatu Włoch bezzwrotne pożyczki na rzecz podmiotu, którym zarządzał jego brat Tonino. Mówimy o kwocie 700 tysięcy euro.
Becciu dał wyraz swojej słabości do rodzeństwa już przed laty, jako nuncjusz w Angoli i na Kubie. W tym czasie inny jego brat, Franciszek, właściciel firmy z branży drzewnej, remontował wiele kościołów w tych krajach. Remonty oczywiście finansowano z funduszy misyjnych episkopatu Włoch.
* * *
Według wstępnych wyliczeń wszystkie te mniejsze i większe operacje Becciu wyrwały w watykańskich finansach dziurę głęboką na niemal pół miliarda euro. Ale jego sprawa jest rozwojowa. Pojawia się zarzut, że miał on przekupić dwóch świadków, którzy przyczynili się do nieprawomocnego skazania jego zaciekłego wroga, australijskiego kardynała George'a Pella, za molestowanie seksualne. Becciu popadł w konflikt z Pellem, który zwalczał korupcję w Watykanie i zamierzał wprowadzić program przejrzystości finansowej. Chwilę przed wybuchem afery Pella australijski kardynał pełnił funkcję watykańskiego sekretarza do spraw ekonomii. Był też członkiem rady K-9, grupy kardynałów stanowiących ścisłe grono doradców papieża Franciszka. Zawiadomienie o molestowaniu, którego miał się dopuścić Pell w 2015 roku, skierował trzydziestoletni mężczyzna, który twierdził, że w latach 1996 i 1997 Pell - będący biskupem w Melbourne - wykorzystał go seksualnie. Według pokrzywdzonego molestowany miał być również jego kolega ze szkoły, który nie żył już w chwili zgłoszenia nadużycia. Obaj chłopcy byli nieletnimi chórzystami, a przy okazji ich występów w katedrze biskup miał z nimi nawiązać patologiczną relację. Australijska prokuratura w 2017 roku oskarżyła Pella o przemoc seksualną wobec chłopców, w tym o gwałt. Pell stanął przed australijskim wymiarem sprawiedliwości. Po drugim procesie (pierwszy nie przyniósł rozstrzygnięcia), w grudniu 2018 roku kardynał został skazany na sześć lat pozbawienia wolności. Pell spędził w więzieniu rok. Wyrok skazujący został utrzymany przez Sąd Apelacyjny, ale australijski Sąd Najwyższy uznał, że na podstawie zebranych dowodów nie można z całą pewnością uznać winy kardynała i rozstrzygnął wątpliwości na korzyść oskarżonego.
Wracając do Becciu, okazuje się, że w 2017 roku hierarcha ten przelał blisko 700 tysięcy euro z watykańskich zasobów. Pieniądze te trafiły do Australii. Robert Richter, jeden z adwokatów Pella, zażądał śledztwa w sprawie tych środków. Sformułował hipotezę, że mogły one zachęcić pokrzywdzonego do oskarżenia australijskiego kardynała. A także posłużyć do finansowania kampanii medialnej wymierzonej przeciwko kardynałowi w trakcie postępowania sądowego. Wersję tę potwierdzać mają zeznania wieloletniego asystenta Becciu, księdza Alberto Perlasci, który również został oskarżony w śledztwie dotyczącym wyprowadzania watykańskich pieniędzy. Kapłan złamał się i poszedł na współpracę z prokuraturą. Perlasca twierdził, że jego pryncypał zwalczał Pella, gdyż australijski kardynał jako prefekt sekretariatu do spraw gospodarczych już w 2015 roku alarmował, że z finansami Watykanu dzieją się dziwne rzeczy. Na zlecenie Becciu, jak twierdzi Perlasca, wyrok na Pellu miał wykonać przedstawiciel "znanej rzymskiej rodziny". To on miał wytypować w Australii "ofiarę", którą rzekomo Pell miał w przeszłości molestować. Na kanwie tej historii ukuto w Rzymie powiedzenie: "Działa strzelają w Australii, ale pociski wyprodukowano w Watykanie".
* * *
Kardynał Becciu jest też zamieszany w finansowanie filmu Rocketman, którego bohaterem jest legendarny muzyk i zdeklarowany homoseksualista Elton John. Film odniósł ogromny sukces finansowy. Jak podał włoski dziennik "Corriere della Sera", w jego produkcję Watykan miał zainwestować (choć nie bezpośrednio) przynajmniej milion euro. Poza tym inwestował również w inne filmy. W każdym razie sprawa wyszła na jaw po ogłoszeniu 15 marca 2021 roku przez Kongregację Nauki Wiary dokumentu zabraniającego księżom katolickim błogosławić pary homoseksualne. Elton John skomentował krótko ten akt w mediach społecznościowych: "Hipokryzja. Jeśli potępiacie homoseksualizm jako grzech, to dlaczego robicie na nim pieniądze?".
Jak dotąd Watykan nie odniósł się do tej bulwersującej opinię publiczną sprawy.
* * *
Na marginesie sprawy Becciu po raz pierwszy ustalono cenę tronu świętego Piotra. Wynosi ona 10 milionów euro. Na taką bowiem kwotę zhańbiony kardynał wycenił pozew, który skierował do włoskiego sądu. Winą za swoją dymisję Becciu obarczył włoski dziennik "L'Espresso". Za sprawą publikacji tego dziennika - jak twierdzi - stracił reputację, a co za tym idzie... szansę na zostanie papieżem. W przekonaniu Becciu jego nieskazitelna biografia i dokonania dawały nadzieję, że byłby liczącą się figurą w gronie "papabili" - faworytów do roli kolejnego następcy świętego Piotra. Becciu dowodził, że wykluczenie go z następnego konklawe może wręcz "podważyć ważność wyboru Ojca Świętego".
Włoskie media mają z Becciu uciechę. W swojej rozpaczy jest groteskowy i śmieszny. Z dnia na dzień spadł z piedestału, stracił to, co najbardziej kocha: pieniądze i wpływy. Dziś jest nikim. Co więcej, 27 lipca 2021 roku stanął przed Trybunałem Watykańskim, którym od 2019 roku kieruje osoba świecka: Giuseppe Pignatone. Dzięki nowym regulacjom wprowadzonym przez Franciszka przed Trybunałem mogą być sądzeni również biskupi i kardynałowie. Zarzuty, jakie ciążą na Becciu i jego współpracownikach, są poważne. Chodzi o nadużycie władzy, sprzeniewierzenie funduszy, oszustwo i korupcję.
Przychylamy się do opinii Thomasa Reese'a, który widzi w całej aferze związanej z kardynałem Becciu przejaw procesu naprawy struktur funkcjonowania Kurii Rzymskiej. Przypomina, jak jeszcze w 2017 roku, gdy apartament Tarcisio Bertone'a, innego potężnego kardynała i sekretarza stanu za pontyfikatu Benedykta XVI, został wyremontowany za kilkaset tysięcy euro z pieniędzy przeznaczonych na szpital Dzieciątka Jezus, przed sądem zostały postawione wyłącznie dwie osoby świeckie. Kardynałowi Bertone'owi nie tylko nie postawiono żadnych zarzutów, ale nawet nie został przesłuchany. Tak więc jakiś postęp dokonuje się również w strukturach Kurii Rzymskiej.
* * *
Jeszcze przed wybuchem afery Vatileaks w 2012 roku, kiedy to ujawniono poufne listy do Benedykta XVI na temat szerzących się pod bokiem papieża korupcji i nepotyzmu, Watykan był postrzegany jako swoisty raj podatkowy i pralnia brudnych pieniędzy. Nawet ze źródeł mafijnych, w tym od Cosa Nostry. Potwierdził to wyrok włoskiego wymiaru sprawiedliwości w sprawie zabójstwa bankiera Roberto Calviego, szefa Banco Ambrosiano, wydany 7 maja 2010 roku. Więcej szczegółów na temat tej sprawy poznaliśmy dzięki głośnej książce Vaticano S.p.a Gianluigiego Nuzziego. Ujawnił on dokumenty, z których jasno wynika, że "reforma" Instytutu Dzieł Religijnych (czyli watykańskiego banku), którą przeprowadził w 1989 roku Jan Paweł II, nic nie zmieniła. Papież przekazał kontrolę nad finansami Watykanu prałatowi Donato De Bonisowi, który był prawą ręką kluczowego w skandalu Banco Ambrosiano arcybiskupa Paulo Marcinkusa. Marcinkus był dyrektorem banku watykańskiego w latach 1971-1989 i właśnie jako dyrektor wypłacił wierzycielom Banco Ambrosiano 244 miliony dolarów w zamian za poniechanie przez nich roszczeń. Chociaż sam Marcinkus był przeciw tej operacji, uległ jednak naciskom kardynała Casaroliego i papieża Jana Pawła II. To właśnie dlatego amerykański hierarcha był poszukiwany przez włoski wymiar sprawiedliwości. Uniknął więzienia tylko dlatego, że chronił go immunitet dyplomatyczny.
Zdaniem Agnieszki Zakrzewskiej, znawczyni kulis watykańskich afer, to właśnie Donato De Bonis prowadził niejako "równoległy" bank watykański umożliwiający pranie brudnych pieniędzy wielu włoskim politykom. Mieli oni za pośrednictwem Watykanu wyprać 300 milionów dolarów. Z nielegalnych operacji finansowych tego banku korzystali m.in. polska podziemna Solidarność, ale też autorytarne reżimy Ameryki Łacińskiej.
Czy powinno nas to dziwić? Absolutnie nie. Również w Watykanie pieniądz nie śmierdzi. Jak ujawnił w grudniu 2019 roku "Washington Post", w ciągu ostatnich siedemnastu lat, zaczynając od 2001 roku, kardynał Theodore McCarrick, o którym będzie jeszcze mowa, przekazał wysoko postawionym hierarchom w Stolicy Piotrowej około 600 tysięcy dolarów. Byli wśród nich i ci, którzy mieli oceniać stawiane mu zarzuty. Tylko między 2001 a 2005 rokiem kardynał przesłał papieżowi Janowi Pawłowi II 90 tysięcy dolarów. Miesiąc po wyborze na papieża Benedykt miał otrzymać ćwierć miliona dolarów. Kiedy sprawę ujawniły media, Watykan wyjaśnił, że pieniądze od kardynała to zwyczajowe dary na Boże Narodzenie albo wyraz uznania, które przekazywano między innymi na cele charytatywne. Rodzi to jednak oczywiste pytanie, czy środki tak hojnie darowane przez kardynała pomagały mu przez wiele lat unikać odpowiedzialności za nadużycia?
* * *
Do odpowiedzialności skutecznie pociągnął McCarricka dopiero papież Franciszek, który po blisko dwudziestu latach od zgłoszenia formalnych skarg wydalił go w ekspresowym tempie ze stanu kapłańskiego. Tymczasem już w 2000 roku profesor seminarium w Newark w USA ojciec Bonifacy Ramsey sporządził pismo i opisał w nim wybryki jurnego hierarchy. Podrywał on kleryków, proponował noclegi - zazwyczaj kilku naraz - w swoim prywatnym domku.
List Ramseya został dostarczony do nuncjatury apostolskiej w USA 22 listopada 2000 roku, a następnie przesłany do Watykanu, na co Ramsey przedstawił dowód na piśmie. Nikt jednak nie wszczął żadnego postępowania wobec McCarricka.
Mało tego: jak podały w grudniu 2019 roku amerykańskie media, między innymi "The Washington Times" i opiniotwórczy w katolickich kręgach Ameryki "National Catholic Reporter", Jan Paweł II wiedział o nadużyciach pedofilskich przyszłego kardynała, jeszcze zanim do Watykanu poskarżył się na niego Ramsey. Jak wyznał James Grein, którego McCarrick molestował, gdy ten miał zaledwie jedenaście lat, opowiedział o wszystkim Janowi Pawłowi II w Watykanie w 1988 roku w obecności innych watykańskich urzędników. Ponoć nie zrobiło to wrażenia na papieżu.
W raporcie dotyczącym sprawy McCarricka omawiany jest list z 1999 roku przesłany przez arcybiskupa Nowego Jorku Johna O'Connora do arcybiskupa Gabriela Montalvo, ówczesnego nuncjusza w Waszyngtonie. O'Connor wiedział od biskupów z New Jersey o nagannych zachowaniach McCarricka. Jeszcze zanim ofiary złożyły na niego oficjalną skargę. Zatroskany kardynał pisał o "wiarygodnych świadkach nadużyć" i przewidywał, że może dojść do "skandalu i szerokiego, niepożądanego rozgłosu", gdyby arcybiskup McCarrick przeniósł się z Newark do Waszyngtonu, co stworzyłoby mu warunki do nominacji kardynalskiej. Zapewne doszło do przecieku, bo niedługo później McCarrick przesłał list do biskupa Stanisława Dziwisza, zaufanego sekretarza Jana Pawła II, w którym zapewnił, że jest - tak, właśnie tak! - dziewicą. Tylko w tak odrealnionej instytucji jak Kościół katolicki jest możliwe, że mimo ciążących na potencjalnym kandydacie licznych zarzutów formułowanych przez uznane autorytety ostatecznie wygrywa "swój człowiek". Tylko dlatego, że ma dojście do "ucha szefa". Do tego co można powiedzieć o instytucji, w której o kluczowych rozdaniach decydują ludzie pokroju Dziwisza. Po lekturze 461 stron raportu poświęconego bulwersującej karierze Theodore'a McCarricka, w którym nazwisko papieskiego sekretarza pojawia się czterdzieści pięć razy, nie można mieć wątpliwości, kto tak naprawdę za tą karierą stał. Cóż. Nie nasz cyrk, nie nasze małpy.
Wracając do tematu. Miesiąc po otrzymaniu listu McCarricka, 11 września 2000 roku, papież z Polski spotkał się z kardynałem Angelo Sodano, pełniącym w tym czasie funkcję watykańskiego sekretarza stanu. Ze spotkania powstała notatka podpisana przez papieża. Zgodnie z jego dyspozycją Kongregacja Biskupów została poinstruowana, aby dodać nazwisko McCarricka do krótkiej listy kandydatów do objęcia archidiecezji waszyngtońskiej, z której McCarrick był pierwotnie wyłączony. Jedenaście dni później, 22 września 2000 roku, Kongregacja Nauki Wiary odstąpiła od zwykłego wymogu przyjęcia kandydatury drapieżcy "bez sprzeciwu". Był to precedens. W ten właśnie sposób McCarrick z pominięciem standardowych procedur dopiął swego i został kardynałem.
* * *
Jakie były przyczyny słabości Jana Pawła II do McCarricka? Być może trzeba ich poszukiwać w jego korespondencji z Wandą Tymieniecką, amerykańską filozofką, znawczynią fenomenologii Husserla i tłumaczką jednego z najważniejszych dzieł filozoficznych Karola Wojtyły Osoba i czyn. Wieloletnia intelektualna przyjaźń Wojtyły i Tymienieckiej jest dobrze udokumentowana w ich listach. Sekretne listy Jana Pawła II to tytuł dokumentu wyprodukowanego na ich temat przez BBC. Wynika z niego, że relacje Karola Wojtyły i Wandy Tymienieckiej były dość zażyłe. Jeden z nas wziął udział w realizacji tego dokumentu, więc z opowiadań autorów programu wiemy, że Biblioteka Narodowa utrudniała dostęp do tych listów. Pewne fakty można jednak zrekonstruować.
Poznali się w 1973 roku, a ich przyjaźń trwała aż do śmierci papieża. To Tymieniecka nie tylko tłumaczyła książkę Osoba i czyn, lecz także w wielu punktach dookreślała myśl autora. Według prawicowego amerykańskiego portalu Church Militant, gdy tylko McCarrick odkrył, że Tymieniecka jest bliską przyjaciółką papieża, natychmiast się do niej zbliżył. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach. Wspomniany Church Militant informował nawet, że w 2018 roku w związku z przygotowywanym raportem dotyczącym McCarricka listy Tymienieckiej do Jana Pawła II miały być sprowadzone do Watykanu. Mogły bowiem znajdować się w nich dane ukazujące starania McCarricka o przychylność przyjaciółki papieża. Czy tak się stało? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że listy, które pisał do Tymienieckiej Jan Paweł II, zakupiła ze środków własnych Biblioteka Narodowa za kwotę 10,8 miliona złotych. Najbardziej interesujący jest fakt, że choć transakcję zawarto w 2008 roku, do dziś nawet badacze nie mają do tych dokumentów dostępu. To wręcz niesłychane, że ich katalogowanie trwa już kilkanaście lat. Tak na marginesie archiwum Tymienieckiej słono kosztowało podatników. No ale kto bogatemu zabroni? Dla przykładu archiwum Czesława Miłosza i jego rodziny kupiono za kwotę 2,8 miliona złotych. Archiwum Franciszki i Stefana Themersonów za 1 milion złotych, Jerzego Turowicza za 1,5 miliona złotych, a Henryka Mikołaja Góreckiego w 2017 roku za zaledwie 1,2 miliona złotych.
* * *
Spraw, które wymagają zbadania pod kątem ochrony przestępców seksualnych oraz ich protektorów przez otoczenie polskiego papieża, jest więcej.
Sztandarowym przykładem jest sprawa Maciela Degollado. Stworzony przez niego zakon Legion Chrystusa to sekta dobrze kamuflująca wewnątrzkorporacyjną patologię. Jak wspomina ksiądz profesor Andrzej Kobyliński, w latach dziewięćdziesiątych kilkudziesięciu członków tego zakonu studiowało razem z nim filozofię na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Kobyliński bywał w głównej siedzibie zgromadzenia w Wiecznym Mieście na via Aurelia. Niektórzy legioniści byli jego dobrymi kolegami.
- W latach 1993-2005 oceniałem zakon niezwykle pozytywnie - mówi Kobyliński. Wiele lat później zmienił zdanie. Po zapoznaniu się z kilkuset opracowaniami na temat zakonu stwierdził, że tajemnica nieprawości i walka dobra ze złem w dziejach Legionu Chrystusa są o wiele bardziej przejmujące i szokujące niż analizy Fiodora Dostojewskiego na kartach Zbrodni i kary, Biesów czy Braci Karamazow.
W 2019 roku Legion opublikował raport dotyczący nadużyć na tle seksualnym, które zdarzyły się w jego szeregach w latach 1941-2019 roku. Wynika z niego, że 175 osób było wykorzystanych seksualnie przez 33 księży. Kolejnych 90 alumnów padło ofiarą innych 54 seminarzystów, z których 46 nie zostało ostatecznie księżmi. Marcial Maciel Degollado, założyciel zgromadzenia, według raportu dopuścił się czynów pedofilskich na mniej więcej 60 osobach. Ten degenerat, narkoman, malwersant i bigamista gwałcił nawet własne dzieci.
Pierwsze zgłoszenia dotyczące czynów pedofilskich w utworzonym przez Maciela w 1941 roku zakonie miały się pojawić już w latach czterdziestych. Maciel obłaskawiał jednak zwierzchników pieniędzmi. W 1956 roku został jednak zawieszony w prawach przełożonego zakonnego w związku z podejrzeniami o wykorzystywanie seksualne podopiecznych oraz narkomanię. Przywrócono go jednak w 1959 roku tuż po śmierci Piusa XII i przed wyborem jego następcy.
Kongregacja Nauki Wiary, której w latach 1981-2005 przewodniczył kardynał Joseph Ratzinger, rozpoczęła formalne postępowanie w sprawie Maciela Degollado w październiku 1998 roku. Ofiary w obecności pełnomocników złożyły zeznania procesowe. Oskarżenie założyciela Legionu było gotowe na początku 1999 roku. Jednak 24 grudnia 1999 roku Watykan zawiesił postępowanie przeciwko Macielowi Degollado. W międzyczasie Ratzinger poinformował polskiego papieża o zarzutach. Jak ujawnił następca Ratzingera, papież Franciszek, Jan Paweł II kazał odłożyć sprawę do archiwum. Franciszek podzielił się tą historią z dziennikarzami w drodze powrotnej z pielgrzymki do Zjednoczonych Emiratów Arabskich 5 lutego 2019 roku.
"Co do papieża Benedykta, to chciałbym podkreślić, że jest człowiekiem, który miał odwagę wykonać wiele pracy w tym temacie. Jest taka anegdota: miał wszystkie dokumenty dotyczące zgromadzenia, w którym dochodziło do nadużyć seksualnych i ekonomicznych. Udał się do nich, ale natrafił na przeszkody i nie mógł do nich dotrzeć. Papież Jan Paweł II, który pragnął poznać prawdę, poprosił go o spotkanie. Joseph Ratzinger przedstawił na nim dokumentację, wszystkie zebrane papiery. Gdy wrócił, powiedział do swojego sekretarza: "Daj to do archiwum, wygrała druga strona"" - mówił Franciszek.
Następca Benedykta zauważył, że jedną z pierwszych rzeczy, którą Joseph Ratzinger zrobił po wyborze na papieża, było wznowienie sprawy Maciela Degollado. W 2006 roku otrzymał on zakaz publicznych wystąpień i publicznego sprawowania liturgii. Do zakonu wprowadzono nowy zarząd. Maciel zmarł w 2008 roku. W końcu, w maju 2010 roku, Watykan przyznał, że najcięższe i obiektywnie niemoralne zachowania ojca Maciela, potwierdzone przez niepodważalne świadectwa, jawią się niekiedy jako prawdziwe przestępstwa i ukazują życie pozbawione skrupułów i autentycznych uczuć religijnych.
A jednak Jan Paweł II był zauroczony Macielem, który walnie przyczynił się do organizacji pierwszej pielgrzymki papieża Polaka do Meksyku. Oczarował go splendor, który nadano tej wizycie.
Brazylijski kardynał Jo?o Braz de Aviz, szefujący Kongregacji do spraw Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego, powiedział po latach, że dostojnicy kościelni, którzy kryli pedofila Marciala Maciela Degollado, to "mafia". Kim był w tych czasach mafioso - boimy się zapytać. Ale jedno możemy stwierdzić z całą pewnością: Maciel miał atuty, które czyniły go w czasach Jana Pawła II i jego poprzedników bezkarnym. Chodzi o pieniądze. I wpływy.
* * *
W 2015 roku Raúl Olmos opublikował książkę pt. Imperium finansowe Legionistów Chrystusa. Wycenił majątek zgromadzenia na 43,6 miliarda dolarów. A więc dominikanie czy jezuici to przy nich biedacy. Przy tak dużym budżecie legioniści mogli bez trudu kupować sobie poparcie najbardziej wpływowych osób.
Z relacji legionistów, z którymi rozmawiał dziennikarz Jason Berry, autor książki Śluby milczenia. Nadużycia władzy za pontyfikatu Jana Pawła II, Maciel wspierał finansowo prefektów kongregacji odpowiedzialnej za zakony, w tym Eduarda Francisca Pironia (był prefektem w latach 1976-1984) i Eduarda Martíneza Somala (1992-2004). Temu pierwszemu Maciel zapłacił za renowację rezydencji w Rzymie. Drugiemu za pośrednictwem zaufanego księdza Maciel przekazał pękatą kopertę, która zawierała 90 tysięcy dolarów. Według jednego z rozmówców Berry'ego "był to sposób na zdobywanie przyjaciół, na smarowanie, można by rzec". Oczywiście Somalo zignorował pojawiające się w mediach w 1997 roku zarzuty dotyczące Maciela.
Szczególnymi względami Maciela cieszył się Angelo Sodano. Kiedy ten został kardynałem, zorganizował mu uroczystość na dwieście osób. Kolejną, kiedy Sodano został sekretarzem stanu.
Maciel przez lata przekazywał też datki na cele dobroczynne Dziwiszowi. Między innymi w ten sposób pielęgnował z nim swoją relację - kupował wpływy człowieka, który był najbliżej papieża. Niczym niewyróżniający się Dziwisz, Nikodem Dyzma Kościoła, za sprawą swojego protektora znalazł się na szczycie watykańskiej hierarchii władzy. Oto człowiek bez talentów duszpasterskich, bez dorobku, asystował papieżowi w czasie audiencji i spotkań z głowami państw i w prywatnych mszach, które papież odprawiał o siódmej rano, miał sypialnię w prywatnych apartamentach Pałacu Apostolskiego. Nic dziwnego, że tak bardzo zależało Macielowi na jego poparciu.
Według byłych legionistów, którzy rozmawiali z Berrym w reportażu Śluby milczenia, Dziwisz wielokrotnie przyjmował datki w zamian za dopuszczanie osób wskazanych przez legionistów na prywatną mszę Jana Pawła II. W 1997 roku miał przyjąć 50 tysięcy dolarów od meksykańskiej rodziny. "Tak się działo stale za czasów Dziwisza" - wyjaśnili Berry'emu. "Maciel chciał kupić sobie władzę".
Jak wspomina w rozmowie z nami Jason Berry, w 2008 roku za pośrednictwem polskiego dziennikarza wysłał Stanisławowi Dziwiszowi szczegółowy zestaw pytań w języku polskim opartych na informacjach od księży w Rzymie.
- Rzecz jasna, pytałem też o pieniądze, które zostały mu przekazane jako bliskiemu asystentowi Jana Pawła II - opowiada Berry. - Otrzymaliśmy odpowiedź, że nie ma czasu na rozmowę. Niczemu nie zaprzeczył, po prostu nic nie odpowiedział.
Kardynał Dziwisz milczy również dzisiaj, jakby nie docierał do niego ciężar spadających na niego oskarżeń, jakby nic nie rozumiał. Za to ustawicznie gra kombatancką kartą. Kiedy Marcin Gutowski, autor reportażu Don Stanislao wyemitowanego przez TVN, pytał go o korzyści majątkowe, które miał otrzymywać od legionistów, stwierdził, że są to zarzuty "zniesławiające" i mają na celu podważenie jego "pokornej" służby na rzecz Świętego Jana Pawła II. Zapewnił też, że nigdy nie przyjmował żadnych pieniędzy.
Musiał to być jednak powszechny proceder, skoro papież Franciszek w kwietniu 2021 roku nie tylko zalecił pracownikom tamtejszych urzędów złożenie deklaracji, że nigdy nie byli karani i nie są objęci śledztwem w sprawie poważnych zarzutów, lecz także zabronił im przyjmowania jakichkolwiek prezentów o wartości powyżej 40 euro.
* * *
Jeszcze niedawno na pytanie, czy "święty papież" wiedział coś o zarzutach wobec Maciela, odpowiadano, że nic, bo to dobry car, którego otaczali niedobrzy bojarzy. Prawda, że to piękna baśń? Dziś sprawa jest już jasna. Były poszlaki, ale brakowało potwierdzenia. Dostarczył go Franciszek we wspomnianym wywiadzie, którego udzielił na pokładzie samolotu wracającego z Abu Zabi.
Być może słowa skierowane cztery lata wcześniej (14 października 2015 roku) przez Franciszka do zgromadzonych na placu Świętego Piotra dotyczyły tych właśnie faktów. Papież wszystkich zaskoczył. Zanim rozpoczął katechezę, w imieniu Kościoła przeprosił za skandale, do których w ostatnim czasie doszło zarówno w Rzymie, jak i w Watykanie.
"Proszę was o przebaczenie" - powiedział.
To oczywiście poruszający i ważny akt. Jednak naszym zdaniem znaczenie ważniejsze byłoby podjęcie przez papieża konkretnych działań i pociągnięcie do odpowiedzialności tych wszystkich, którzy sprowokowali go do tego aktu skruchy. Tymczasem poza osobistym świadectwem Franciszka nie sposób dostrzec w Kościele żadnych widocznych zmian. Dopóki nie dojdzie do rozliczenia hierarchów winnych tuszowania afer - nie tylko pedofilskich - słowa przeprosin będą działać na pokrzywdzonych jak płachta na byka. Przychodzi nam do głowy słynny opis uczty króla Baltazara znany z Księgi Daniela (5, 1-30), który ucztował, bezczeszcząc naczynia sakralne ze świątyni Jerozolimskiej. Jak wiemy, jego upadek stał się przysłowiowy. Czy nie podobna przyszłość czeka tych wszystkich, którzy wzbogaciwszy się dzięki datkom wiernych, używają bogactwa do prywatnych, czasami brudnych celów?
* * *
Również w Polsce zaimpregnował się obraz zdegenerowanego krezusa w koloratce, pławiącego się w przepychu. To typ, który podobnie jak Maciel, kompensuje dewocją skrywaną perwersję i wznosi wokół pomniki Bogu. Doskonale wie, że ten przepych i rozmach to klucz do bezkarności. W tym schizofrenicznym spektaklu uczestniczą zauroczeni jego rozmachem politycy, oślepione światłem aureoli organy ścigania, wreszcie zwykli ludzie, bo to z ich wdowiego grosza fundowane są sakralne latyfundia.
Ksiądz Eugeniusz Makulski zasłynął jako wielki budowniczy Lichenia. Swego czasu był proboszczem najbogatszej parafii w Polsce, bo bazylika, którą wybudował, to największy kościół w Polsce, szósty w Europie i jedenasty na świecie. Przez trzydzieści osiem lat, do 2004 roku, był kustoszem sanktuarium i w tym czasie stworzył drugi po Częstochowie ośrodek kultu maryjnego w Polsce.
Makulski uosabiał sakralny przepych: "Jeśli ktoś mówi "ksiądz Makulski", to myśli Licheń. A jeśli mówi "Licheń", od razu przychodzi mu na myśl ksiądz Makulski". Tak rzeczywiście było. W latach jego świetności sanktuarium odwiedzało rocznie ponad półtora miliona pielgrzymów. W 1999 roku, w budującej się jeszcze bazylice, modlił się polski papież. To właśnie wtedy, podczas swojej siódmej pielgrzymki do ojczyzny poświęcił niedawno wzniesione mury. Kilka miesięcy później, w marcu 2000 roku, episkopat Polski zadecydował, że świątynia ta, jako jedna z trzech (obok kościoła Miłosierdzia Bożego w Krakowie-Łagiewnikach i Opatrzności Bożej w Wilanowie), będzie wotum Kościoła katolickiego na Wielki Jubileusz Narodzenia Chrystusa.
Wszystko to działo się dzięki operatywności księdza Makulskiego. Zanim Polacy na dobre poznali nazwisko ojca Tadeusza Rydzyka, to właśnie jego okrzyknięto największym menadżerem Kościoła. Znał się na zbieraniu pieniędzy jak mało kto. Nie wyciągał po nie rąk do mieszkańców Lichenia. Przeciwnie, tym tylko przybywało dochodów. Była praca, można było zarobić na noclegach, handlu i usługach dla pielgrzymów. Makulski umiał mobilizować darczyńców. Swego czasu skierował do każdego, kto kiedykolwiek wpłacił jakiś datek "na Licheń", zaproszenie, aby nie tylko był świadkiem konsekracji świątyni, lecz także został rodzicem chrzestnym wielkiego dzwonu, który ufundowali wierni. Nie chodziło o jakiś pośledni dzwon. W dzwonnicy bazyliki zawieszono Maryję Bogurodzicę. Rzecz jasna, to największy dzwon w Polsce i siódmy w Europie. Zaproszeni poczuli się nobilitowani i wyróżnieni. Do Lichenia zjechało sto tysięcy osób. Zakorkowali drogi dojazdowe. Chrzestni przybyli oczywiście z kopertami.
Kiedy inwestycja była na ukończeniu, w 2004 roku media ujawniły skandal, którego bohaterem okazał się sam ksiądz Makulski. Chodziło o nadużycia finansowe. Otóż pieczę nad pieniędzmi na budowę Lichenia sprawowała rodzina Makulskiego. Sam Makulski przyznał dziennikarzom programu Interwencja wyemitowanego w Polsacie, że przy budowie Lichenia i zbieraniu datków pracowało z nim kilkunastu krewniaków. Media donosiły, że osoby te obłowiły się na obsłudze finansów bazyliki. Kuzyn kierował inwestycją, a kuzynka liczyła gotówkę. Ojcowie marianie opiekujący się na co dzień tym świętym miejscem zaprzeczali owym doniesieniom. Jednak według ustaleń tygodnika "Wprost", odkąd krewni Makulskiego znaleźli zatrudnienie przy Licheniu, skorzystali na tym finansowo. Jeden z nich zbudował pod Warszawą willę dla swojej córki wartą około 2 milionów złotych. Inni rozbudowali gospodarstwa, kupowali nowe samochody...
Dość szybko zasłużony dla Kościoła zakonnik został odwołany z funkcji kustosza świętego przybytku. Komentując doniesienia medialne o nadużyciach finansowych, Dariusz Marczewski, sekretarz polskiej prowincji Zgromadzenia Księży Marianów, zapewniał, że w tej sprawie nie ma drugiego dna. Mimo to jest jasne, że Makulskiego odwołano, aby nie odsłaniać kulis finansowania budowy bazyliki.
Ale to nie wszystko. Bogdan Chlebuś, kierowca Makulskiego, w 2004 roku oświadczył w programie Interwencja, że zanim poznał słynnego księdza, nie wiedział, że jest gejem. Ale kiedy został kierowcą Makulskiego, uświadomił mu ten fakt sam wielki budowniczy Lichenia, a praca kierowcy stała się przykrywką dla ich relacji.
Makulski miał gest. Sprezentował Chlebusiowi, o czym ten bez żenady opowiadał dziennikarzom Polsatu, chevroleta luminę, BMW Z3, mercedesa klasy S oraz chryslera 300 M.
- Choć oficjalnie zarabiałem 800 złotych, mogłem w krótkim czasie wybudować dom w Ostrowie Wielkopolskim, w ciągu kilku lat zmieniłem wiele samochodów, a dziś żyję z procentu bankowego - chwalił się Chlebuś.
Inny kierowca Makulskiego zażądał od Zgromadzenia Ojców Marianów 300 tysięcy złotych w zamian za milczenie w sprawie Makulskiego. Jakie tajemnice miał do wyznania? Tego nie wiemy. Zgromadzenie zawiadomiło o sprawie prokuraturę. Jednak ta umorzyła dochodzenie po zeznaniach, które złożył sam ksiądz Makulski.
* * *
Budowniczy Lichenia okazał się też pedofilem. Wstrząsającą historię chłopca, dziś księdza, opowiedział w dokumencie Tylko nie mów nikomu Tomasz Sekielski. Ofiara, jako nieletni, ofiarował pieniądze na świątynię. Podziękowania i zaproszenie do Lichenia były dla chłopaka nobilitacją. Ufny i dumny udał się wprost do paszczy lwa. Został brutalnie wykorzystany.
"Moja opowieść jest dziwna, miesza się w zatartej pamięci. Jest dziwna, wręcz niemożliwa. Straszna, jak każda historia tego typu" - napisał w liście, który odczytał w swoim filmie Tomasz Sekielski. Ofiara, dziś dorosły mężczyzna, pomimo że od tych wydarzeń upłynęło blisko czterdzieści lat, nie był w stanie stanąć oko w oko z kamerą.
"Zostałem zaproszony na wieczór. Nie był to jeden wieczór. Ile ich było? Nie odtworzę tego w mojej pamięci. Stał przy biurku i mówił o tym, że ma zdolności bioenergoterapeuty, rozkładał ręce i przyciskał do siebie rozebrany. Potem kładł do łóżka. Jeśli coś jest koszmarem, to właśnie to. Jeśli jest piekło, to takie właśnie".
Po emisji filmu marianie zarządzający licheńską bazyliką usunęli z cokołu pomnika Jana Pawła II podobiznę Makulskiego (klęczał przed obliczem "najznamienitszego z Polaków").
Jak bardzo był zdemoralizowany, świadczą jego wspomnienia, które zawarł w książce Opowieść o Licheniu:
"Sekretarka, osoba młoda, urodziwa i dość korpulentna ubrana była w sukienkę mini. Gdy wchodziła po ławeczce na stół, sukienka podnosiła się coraz wyżej, ale była tak stremowana, że tego nie zauważyła. Ludzie, zamiast słuchać przemówienia, szturchali się i podśmiewywali na widok widocznych majteczek. Po zakończeniu czytania głos zabrał sam wójt. Nie wiedząc, co tak wszystkich rozbawiło, napominał zebranych, że nie należy się śmiać w czasie takich imprez...".
I jeszcze jeden fragment: "Kucharki szykują śniadanie na murawie. Jest cieplutko, dziewczynki w sukieneczkach. Nóżki odkryte do opalania. Chłopcy w koszulkach z krótkimi rękawami i krótkie spodenki. Niektórzy chłopcy tylko w slipkach, bo się szykują do kąpieli i do opalania. Stary dostojny las napełnił się radosnym gwarem młodości...".
* * *
Prałat Henryk Jankowski - w którego łóżku sypiali młodzi chłopcy - też nie ma już swojego pomnika. Usunęli go młodzi ludzie, którzy nie mogli się pogodzić z tym, że Gdańsk fetuje pedofila.
O skłonnościach Jankowskiego wiedzieli wszyscy. Nikogo specjalnie nie raziło, gdy z plebanii kościoła Świętej Brygidy uczynił właściwie gejowski klub. Nie protestowano też, kiedy gdańszczanie czcili go po śmierci. Pomysł, by stawiać mu pomnik, odradzał arcybiskupom Gocłowskiemu i Głódziowi Bogdan Borusewicz, który nie miał wątpliwości, że to Jankowski wydał go esbecji w 1984 roku.
Zanim prawda ujrzała światło dzienne, w latach osiemdziesiątych msze w kościele Świętej Brygidy obstawiali dziennikarze najważniejszych światowych stacji i gazet, na plebanię zjeżdżały tiry z darami, przemycane były w nich dolary i zachodnie marki dla podziemnej Solidarności. Codziennie na parafię przychodziła ponad setka ludzi. Jankowski dzielił żywność, lekarstwa, pomagał w załatwianiu wiz. To prawda, czynił dobro. Ale przez wiele lat ten seksualny przestępca ogrzewał się w świetle wielkiego panteonu twórców mitu niezłomnego ruchu społecznego, którego uosobieniem była Solidarność.
Bogactwo Jankowskiego biło po oczach. Zbrojownia, salon wypełniony meblami z orzecha i dębu, bursztyny i obrazy z podobizną, a jakże (!) gospodarza, mercedesy na własny użytek. Często pomstujemy na księży za ich wyniosłość, zewnętrzną próżność, chęć stawiania się wyżej od innych. Ale klerykalizm, bo o nim przecież mowa, jest karmiony przez zwykłych ludzi, którzy znajdują jakieś spełnienie w afirmowaniu księży i pozostają nieskończenie wyrozumiali dla ich przewin i przestępstw. Tylko dlatego, że są księżmi. Na tym mechanizmie utuczył się i zachował bezkarność ksiądz Jankowski.
Prałat dbał o swoich chłopców. Kochankowie, których odprawiał, dostawali na wyprawkę mieszkania, samochody, dobrą pracę. W wolnej Polsce prałat stracił jednak zupełnie kontrolę nad sobą. Można go było spotkać w klubach gejowskich, szukał partnerów w miejscach, w których oferuje się płatną miłość męskich prostytutek. Jak możemy wyczytać we wstrząsającej biografii prałata pióra Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego Imperator, o skłonnościach Jankowskiego wiedzieli jego przełożeni. Ale biskup Lech Kaczmarek nie zdążył powstrzymać podwładnego i ukrócić jego postępowania - zmarł w 1984 roku. A jego następca, Tadeusz Gocłowski, nic z tą wiedzą nie zrobił. Jak mówiono w Gdańsku, "na prałata nie ma bata".
* * *
Innym przykładem wpisującym się w ten schemat jest ksiądz Andrzej Dymer. Zmarły niedawno duchowny był dla diecezji szczecińsko-kamieńskiej kurą znoszącą złote jajka. Jak ujawnił w OKO.press Daniel Flis, za jego sprawą Kościół w Szczecinie stał się krezusem. Pomimo początkowych sprzeciwów w 2019 roku Agencja Mienia Wojskowego w Szczecinie sprzedała archidiecezji działki warte co najmniej 2,8 miliona złotych za jedyne 140 tysięcy złotych. Czyli za 5 proc. wartości. A to Dymer był pełnomocnikiem archidiecezji szczecińskiej w postępowaniu dotyczącym ich sprzedaży.
Ale to nie jedyny łup, który przyniósł Kościołowi Dymer. Już w latach dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia zdobył dla archidiecezji budynek na ośrodek Caritas, w którym później wykorzystywał chłopców. Miasto przekazało mu też kamienicę, w której założył katolickie liceum. Na mocy umowy do 2026 roku archidiecezja może korzystać z niej nieodpłatnie.
W 2020 roku z kolei radni Szczecina wydzierżawili archidiecezji działkę o powierzchni 6 tysięcy metrów kwadratowych na trzydzieści lat za 0,3 proc. jej wartości. Zgodnie z wyceną miasta działka jest warta 1,1 miliona złotych. Według Flisa gdyby wyceniono ją tak, jak sąsiednie działki przeznaczone pod budownictwo, cena wzrosłaby do 2,4 miliona złotych. Archidiecezja deklaruje, że staną tam kościół i dom parafialny.
Na podstawie obliczeń Przemysława Słowika, radnego Koalicji Obywatelskiej, w latach 1992-2020 Kościół za dziewiętnaście nieruchomości wartych łącznie 22,4 miliona złotych zapłacił Szczecinowi i Skarbowi Państwa jedynie 112 tysięcy złotych, czyli 0,5 proc. wartości. Czy te grunty naprawdę są szczecińskiemu Kościołowi potrzebne? Jak zauważa Flis, powołując się na dane opublikowane przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego, w 2019 roku na niedzielną mszę uczęszczało w archidiecezji, którą zarządzał Dzięga, zaledwie 23 proc. katolików, podczas gdy średnia w Polsce wynosiła w tym roku 37 proc.
Ale Andrzej Dymer, poza talentami organizacyjnymi, miał swoją ciemną stronę.
Pierwsze relacje o jego nieletnich ofiarach pojawiły się już w latach dziewięćdziesiątych. Jeden z nas miał okazję rozmawiać z jego ofiarami, dwaj z nich to duchowni.
- Myliśmy się z chłopcami w grupowej łaźni. Ksiądz często tam zachodził pod pretekstem, że chce sprawdzić, czy nie palimy papierosów. Przyglądał się nam. Nie powinno go tam być - opowiada w reportażu TVN24 Najdłuższy proces Kościoła ojciec Tarsycjusz Krasucki, który uczył się w ośrodku młodzieżowym księdza Andrzeja Dymera. Kiedyś Dymer go wezwał: - Zachowywał się dziwnie, był bardzo podniecony, sięgał do mojego rozporka, chwytał mnie za genitalia, moją rękę skierował na swoje. Byłem sparaliżowany, nie wiedziałem, jak reagować.
Krasucki opowiedział o zdarzeniu na Radzie Pedagogicznej, ale nikt nie uwierzył i kazali mu przeprosić dyrektora.
- Nie przeprosiłem, bo nie kłamałem. Tego dnia położyłem się na łóżku i płakałem. Wychowawcy wyrzucili mnie za drzwi, plecak i całą resztę wyrzucili za mną. Byłem bez butów.
Ofiar było więcej. Jednak pieniądze i wpływy zapewniły Dymerowi bezkarność. W listopadzie 1995 roku o sprawie został poinformowany ordynariusz szczecińsko-kamieński biskup Stanisław Stefanek. Nie zrobił nic. Potem sprawa została zgłoszona arcybiskupowi Marianowi Przykuckiemu. Ale i pod tym adresem pokrzywdzeni zderzyli się z murem obojętności. Upokarzając ofiary, arcybiskup Przykucki powierzył Dymerowi tworzenie w Szczecinie sieci szkół katolickich. Został dyrektorem liceum katolickiego w Szczecinie, szefem Centrum Edukacyjnego Archidiecezji Szczecińsko--Kamieńskiej, przewodniczącym Stowarzyszenia Szkół Katolickich w Polsce i członkiem władz Europejskiego Stowarzyszenia Szkół Katolickich.
W 2003 roku dominikanin, ojciec Marcin Mogielski, spisał zeznania ofiar Dymera i pracujących z nim wychowawców, które przedłożył prowincjałowi ojcu Maciejowi Ziębie. Zięba zachował się przyzwoicie. Przedstawił je nowemu arcybiskupowi Zygmuntowi Kamińskiemu. Pomimo wielu świadectw Dymer nie poniósł jednak żadnej odpowiedzialności. Ale gdyby nie jego wpływy, pewnie już dawno byśmy o nim zapomnieli. Był jednak zbyt cenny dla kolejnych metropolitów archidiecezji. Przyniósł Kościołowi miliony.
10 lutego 2021 roku, w chwili premiery głośnego dokumentu Sebastiana Wasilewskiego o Dymerze, kapłan został odwołany z funkcji dyrektora Instytutu Medycznego. Arcybiskup Andrzej Dzięga miał podjąć tę decyzję po spotkaniu w cztery oczy z Bożydarem, ofiarą Dymera.
Jeden z nas, na jego prośbę, towarzyszył Bożydarowi, kiedy powstawał film Wasilewskiego. Siedząc na parapecie studia TVN24, urządzonego na jednym z najwyższych pięter siedziby Polskiej Żeglugi Morskiej z zapierającym widokiem na panoramę Szczecina, i wspominając to, co zrobił mu Dymer, ten dorosły dziś mężczyzna zawieszał się na długo między kolejnymi zdaniami. Dokument przedstawia tę rozmowę zwięźle i krótko. Wierzcie nam jednak, że trwała ona wiele godzin. W innej rozmowie, z reporterem "Dużego Formatu" Marcinem Wójcikiem, Bożydar wspomina swoją terapię: "Terapeutyzowała mnie katolicka psychiatra. Powiedziała, że połowa winy należy do mnie, a połowa do Dymera, że zgrzeszyłem razem z księdzem, że mogłem uciekać".
Owa terapeutka to bardzo znana postać. Przyjdzie czas, że ujawnimy jej nazwisko. Na razie, na prośbę Bożydara, nie robimy tego. Chłopak przeżył piekło. Opowiadał Wójcikówi: "po kilku latach od tego wieczoru, kiedy mnie zgwałcił, zobaczyłem go przed jednym z kościołów w Szczecinie. Na jego widok się zrzygałem. Dosłownie, ledwo dobiegłem do kosza. Tak zareagował mój organizm. Leczę się teraz z niego".
Bożydar, ale też inna ofiara Dymera - franciszkanin ojciec Tarsycjusz Krasucki - mają dużo żalu do arcybiskupa Głódzia, przyjaciela Dzięgi. Gdy Dymer odwołał się od skazującego go wyroku z 2008 roku, to włodarz archidiecezji gdańskiej miał rozpoznać tę sprawę. Tyle że Głódź przez dziewięć lat nawet nie rozpoczął postępowania. I to mimo że Watykan wielokrotnie upominał go za opieszałość. W tym czasie Dymer doskonale się bawił. Żył jak król. I wciąż przynosił Kościołowi miliony.
W akcie zemsty zaprenumerował ojcu Mogielskiemu gejowskie pismo, które polecił wysyłać do klasztoru. Chciał go zdyskredytować. Wspomnianemu wcześniej franciszkaninowi Tarsycjuzowi Krasuckiemu wytoczył proces o zniesławienie. Stać go było na drogich szczecińskich adwokatów. A ofiary?
"Kładłem się na tory i odskakiwałem, jak zbliżał się pociąg. Albo wychodziłem na dach wieżowca i patrzyłem w dół. Zastanawiałem się, jak się leci. Ale jednocześnie widziałem zapłakanych rodziców na moim pogrzebie" - opowiada Bożydar.
"Biskupi padali jak pionki na szachownicy, a sprawa stała w miejscu" - mówił w rozmowie z Sebastianem Wasilewskim ojciec Marcin Mogielski, a Dymera opisał tak: "To człowiek, który dla Kościoła jest w stanie odzyskać wszystko. Majątek, grunty, nieruchomości".
To niesłychane, że pomimo powszechnej wiedzy o zachowaniach Dymera (wielu publicystów nazywa go wprost pedofilem) dalej pełnił posługę.
* * *
W ten sposób poznajemy kolejną zasadę gomory: Kościół będzie za wszelką cenę chronił zdemoralizowanych duchownych, którzy napędzają mu wiernych i przynoszą pieniądze. Duchowni, którzy ujawniają tego typu skandale, są natychmiast stygmatyzowani. Twierdzi się, że to osoby chore albo naznaczone orientacją homoseksualną, którą tak zaciekle zwalcza Kościół.
* * *
Pieniądze i bogactwo psują Kościół od wieków. Bałwochwalcze obrazy i święte księgi w Kościele są na wyciągnięcie ręki. Wydawałoby się, że co jak co, ale surowe życie zakonne hartuje ducha, a ślub ubóstwa stanowi zaporę, której nie przemogą pokusy tego świata. Jednak tak nie jest. Przykłady można mnożyć.
"Część wotów w pośpiechu porzucona wala się u stóp obrazu... Z obrazu spogląda Przenajświętsza Panienka, odarta z sukni i korony, spogląda boleśnie jakby i smutno" - pisała w październiku 1909 roku "Gazeta Częstochowska". W kazaniu z 25 listopada 1909 roku ówczesny przeor paulinów Euzebiusz Rejman grzmiał: "Dziś patrzymy na znieważony obraz Najświętszej Panny, odarty ręką zbrodniarza z koron i sukni, przy którym od sześciu wieków tylu łask doznano, tylu chorych uleczonych, tylu smutnych pocieszonych, tylu grzeszników nawróconych! Skąd się wziął zbrodniarz i podobny świętokradca tak wielki i gdzie się tego nauczył?".
Na te wszystkie pytania uzyskał niebawem odpowiedź. Ten "zbrodniarz" i "świętokradca" to współbrat przeora, który przy nim wzrastał. Nazywał się Kacper Macoch. Jego zakonne imię to Damazy. Dopuścił się nie tylko kradzieży, lecz także morderstwa. Ofiarą był mąż jego kochanki, z którą zakonnik spodziewał się dziecka. Macoch poznał ją podczas spowiedzi. Helena Krzyżanowska była urzędniczką łódzkiego telegrafu. Szybko została jego kochanką. Aby nie wzbudzać podejrzeń, ojciec Damazy namówił krewnego, Wacława Macocha, do fikcyjnego ślubu z Krzyżanowską. Za wesele w Hotelu Europejskim w Warszawie zapłacił 1400 rubli. Obdarowywał Helenę drogą biżuterią, opłacał mieszkanie oraz podróże do Włoch.
Okazało się, że do zbrodni doszło na Jasnej Górze, w celi Macocha - nr 38 na II piętrze. Ukryte w sofie zwłoki zabitego siekierą kuzyna zakonnik wywiózł dorożką i wrzucił do kanału w okolicach wsi Zawada. W sprawę zamieszanych było jeszcze dwóch innych paulinów. Każdemu z braci udowodniono, że regularnie okradali klasztorny skarbiec. Łatwe łupy wydawali na konsumpcję, kobiety, luksusy.
"Czego tu nie ma?" - zastanawiał się w 1910 roku warszawski tygodnik "Świat". "Kradzież, fałszerstwo, zabójstwo, świętokradztwo. I ta kradzież jest zabieraniem ofiar ludu od ust nieraz sobie odejmującego... I to zabójstwo jest bratobójstwem. I to świętokradztwo jest ogołoceniem z wotów i klejnotów cudownego obrazu Najświętszej Panny Częstochowskiej... Dokonał tego strażnik najdroższej pamiątki narodowej i katolickiej".
Świętokradztwo poruszyło cały świat. Car Mikołaj II "zamierzał ufundować korony dla obrazu, który stanowił świętość narodową Polaków, a zarazem mógł być ikoną ruską".
Wyrok w sprawie Macocha i jego wspólników wydał sąd w Piotrkowie w 1912 roku. Gdy rozpoczął się proces, Damazy ukończył trzydzieści osiem lat, a Helena Macochowa - dwadzieścia siedem. Jego skazano na pozbawienie wszystkich praw i dwanaście lat ciężkiego więzienia. Ją na dwa lata.
Były zakonnik został jesienią 1914 roku osadzony "w specyalnej celi dla niedomagających" w Piotrkowie, a w styczniu 1916 roku trafił do więziennego szpitala. Zaraz potem zmarł, ponoć w skrusze i żalu, "wskutek gruźlicy płuc i silnej scrofulozy ogólnej".
Przed śmiercią miał prosić, ażeby pochowano go na drodze cmentarnej, tak aby jego grób deptali przechodnie.
* * *
Ksiądz Vittorelli, opat benedyktynów na Monto Cassino w latach 2007-2013, z nikim się nie dzielił. Solo przehulał 500 tysięcy euro z charytatywnych funduszy kościelnych. Wiódł szampańskie życie. Według ustaleń śledczych tylko w jednym miesiącu potrafił przepuścić 34 tysiące euro. Cóż, na hotele, szampan, ostrygi i wakacje w Rio de Janeiro można wydać krocie. Tylko w trakcie jednych zakupów u Ralpha Laurena opat wydał 1700 euro.
A wracając do myśli papieża Franciszka o rozpasanym Kościele, warto może przypomnieć, że owo rozpasanie nie przyszło z zewnątrz. Ten rak toczący tkankę Kościoła począł się i rozwinął w jego wnętrzu. Nie jest naszym zamiarem moralizowanie czy gorszenie się tym, co obserwujemy. Staramy się zrozumieć, jak to możliwe, że instytucja, która z takim zapałem używa rozbudowanego arsenału środków stygmatyzujących i potępiających ludzi, którzy ośmielają się zwrócić jej uwagę na niestosowność opisanych wyżej zachowań, nie jest w stanie spojrzeć na siebie krytycznie. By odwołać się do metafory ewangelicznej, jak to się dzieje, że księża i biskupi, a nawet kardynałowie z taką wnikliwością dostrzegają i piętnują drzazgi w oczach bliźnich, natomiast nie są w stanie zobaczyć belki we własnych oczach?
Kościoła nie trzeba było wieść na pokuszenie. Możliwość przejęcia władzy pojawiła się z chwilą, gdy cesarz Konstantyn Wielki w 313 roku zaproponował klerowi chrześcijańskiemu współudział w kontroli społeczeństwa Imperium Rzymskiego. Kler z ochotą przystał na tę propozycję. A że apetyt rośnie w miarę jedzenia, szybko uznał, że tej władzy ma za mało. Średniowieczni papieże byli oczywiście przekonani, że to właśnie im należy się władza absolutna i to oni powinni mieć decydujący głos w rozdawnictwie przywilejów. Głośna walka o inwestyturę to tylko zewnętrzny objaw tej śmiertelnej choroby, tego parcia na władzę, któremu uległ Kościół. Zapomniał, że jego Mistrz i Pan, Jezus z Nazaretu u początku swojej działalności publicznej właśnie zaoferowany mu przez szatana współudział we władzy za cenę kompromisu ("jeśli oddasz mi cześć", mówił szatan na pustyni do Jezusa, "poddam ci władzę nad całym światem") odrzucił. Tak więc by uzdrowić zarysowany wyżej stan skrajnego rozpasania, należy zastosować radykalną kurację uzdrowicielską. Trzeba oddać władzę i skierować swoje kroki w kierunku nie wielkich tego świata, zapewniających środki wpływania na innych i używania życia do woli, ale w kierunku ubogich. Tych, którymi wielcy tego świata gardzą i ich odrzucają. Nie bądźmy jednak naiwni. Możni hierarchowie jakoś się nie kwapią, by ruszyć na spotkanie z biedą, no chyba że takie spotkanie ustawią media.
* * *
Wróćmy jeszcze na chwilę do legionistów Chrystusa. Warto zauważyć, że nie zaistnieli oni - nie mogli zaistnieć - w demokratycznej Europie. Legion funkcjonował w zapewniającym mu pokaźne dochody świecie milionerów Ameryki i tak jak Opus Dei walczył zawsze o władzę w Kościele arystokratycznym.
Naszym zdaniem skrywa się tutaj pewien paradoks, nie tylko pontyfikatu Jana Pawła II. Być może bowiem uwikłanie jego najbliższego otoczenia w potężne i nie zawsze przejrzyste struktury finansowe tłumaczy również niechęć Jana Pawła II do teologii wyzwolenia. Przecież ostrze jej krytyki było wymierzone właśnie w "możnych tego świata". Zwłaszcza w struktury finansowe ściśle powiązane z polityką.
Dodatkowym i równie bulwersującym aspektem działalności Legionu i Opus Dei były ich bliskie i wcale nieukrywane związki z faszystowskim rządem generała Franco w Hiszpanii oraz dyktatorami Ameryki Południowej. Zwłaszcza ze zbrodniczym rządem Pinocheta. Te związki zostały ujawnione przez Frédérica Martela w jego książce Sodoma. Pokazał on nie tylko bliskie relacje chilijskiego kleru z juntą, lecz także pakty z nią, w jakie wchodziła watykańska dyplomacja z ówczesnym nuncjuszem w Chile, Angelo Sodano na czele. Sodano odgrywał tę rolę przez dziesięć lat, od 1977 do 1987 roku, i to on był głównym organizatorem pielgrzymki Jana Pawła II do tego kraju. Jego działalność w Chile została nagrodzona stanowiskiem watykańskiego sekretarza stanu. Został nim minowany w 1987 roku. Drugą stronę tego samego medalu stanowi zdecydowana postawa Jana Pawła II wobec teologii wyzwolenia, a jednocześnie mniej lub bardziej jawne poparcie Watykanu dla rządów prawicowych. To właśnie Opus Dei i Legion Chrystusa dzięki sieci instytucji edukacyjnych i sprzyjającym im hierarchom gwarantowały tym rządom trwające dziesięciolecia zielone światło z okolic placu Świętego Piotra.
W tym samym czasie tradycyjne zakony - dominikanie, franciszkanie i jezuici - były przez Watykan dyscyplinowane, a przedstawiciele teologii wyzwolenia szykanowani. Zabraniano im publikowania i pozbawiano prawa nauczania teologii katolickiej. Wszystko zaczęło się od dwóch krytycznych dokumentów poświęconych właśnie teologii wyzwolenia opublikowanych przez Kongregację Nauki Wiary, którą kierował wówczas kardynał Joseph Ratzinger. I to właśnie Ratzinger w kolejnych latach wydawał kolejne zakazy publikowania takim teologom latynoskim jak franciszkanin Leonardo Boff, jezuita Jon Sobrino, a nawet ojciec tej teologii Gustavo Gutiérrez.
Przypomnijmy więc, że istotą misji Kościoła jest wychodzenie ku innym, ubogim i potrzebującym. Tak postępował Jezus w swoim krótkim życiu, tego też uczył swoich uczniów. Najdobitniej własnym przykładem, szukając towarzystwa ludzie odrzuconych i marginalizowanych przez ówczesny establishment religijno-polityczny. Jedną z najbardziej znanych przypowieści na ten temat jest ta o miłosiernym Samarytaninie. Udzielił w niej odpowiedzi na pytanie o to, kto jest moim bliźnim.
Jezus nie wdawał się w teoretyczne rozważania na temat takiej czy innej ideologii, ale pokazał, na czym konkretnie polega praktykowanie miłości Boga i bliźniego. Można się zastanawiać, czy tym bliźnim jest poturbowana ofiara bandyckiego napadu, czy Samarytanin, który się nad nią pochylił i przyszedł jej z pomocą, opatrując rany i opłacając dalsze leczenie. Najważniejszym przesłaniem tej przypowieści jest wskazanie, że ten, kto chce być uczniem Jezusa, powinien zaryzykować, zmienić marszrutę swojej codzienności i spieszyć z pomocą temu, kto jej potrzebuje tu i teraz. Ani Samarytanin, ani ofiara ludzkiej przemocy nie byli chrześcijanami, obaj stali się dla siebie bliźnimi w momencie, gdy jeden z nich zbliżył się do drugiego, by ulżyć mu w potrzebie.
Gustavo Gutiérrez, ojciec teologii wyzwolenia, komentując tę przypowieść na spotkaniu w Watykanie w lutym 2014 roku mówił, że łatwo jest pomagać tym, którzy są blisko nas: własnej rodzinie, miastu, w którym się mieszka, krajowi, którego się jest obywatelem. Natomiast Jezus mówi o tych, którzy są znaczenie dalej. Nawiązując do dokumentów Kościoła latynoamerykańskiego i do opublikowanej w 2013 roku adhortacji papieża Franciszka Evangelii Gaudium Gutiérrez zwracał uwagę, że istotą Kościoła jest to, że jest w ciągłym ruchu, że kieruje się na peryferie i przekracza sam siebie. Tak czyni, by służyć ubogim właśnie. Przypomnijmy, że chodzi o tzw. preferencyjną opcję na rzecz ubogich, jaką sformułował Kościół latynoamerykański w 1968 roku w Medellin w Kolumbii, a powtórzył ją w 1979 roku w Puebla w Meksyku i ostatnio w 2007 roku w Aperecida w Brazylii. W tworzeniu tego ostatniego dokumentu dużą rolę odegrał kardynał Jorge Bergoglio, który kilka lat później jako papież wcale nieprzypadkowo przybrał imię Biedaczyny z Asyżu. Tak więc już od ponad półwiecza w centrum uwagi Kościoła stanęli ubodzy. Niestety w czasie ostatnich pontyfikatów Jana Pawła II i Benedykta XVI to nie ubodzy byli w centrum uwagi Kościoła, lecz walka z ideologicznymi wrogami. Najpierw był to marksizm, któremu jakoby ulegali teolodzy wyzwolenia, a później tajemnicza "ideologia gender". Niestety w antygenderową retorykę wdał się również papież Franciszek. Jednak to nie ona nadaje ton jego pontyfikatowi, ale właśnie uważność wobec potrzebujących: uchodźców, imigrantów, ofiar wojen. To właśnie ten kierunek jest przyszłością Kościoła. W istocie od początku swego pontyfikatu Franciszek program teologów wyzwolenia uczynił swoim własnym programem i dlatego wydał tak zdecydowaną walkę wszelkiemu rozpasaniu w jego własnym Kościele.
Jest nadzieja, że ta walka przyniesie konkretne rezultaty również w Kościele polskim.