Gomora. Władza, strach i pieniądze w polskim Kościele - Artur Nowak, Stanisław Obirek

Kup ebooka

34.99 zł
31.49 zł (31,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Dlaczego napisaliśmy Gomorę

Podczas jednego ze spotkań autorskich Frederick Martel, autor głośnej Sodomy, powiedział: "To jest system. Kościół po prostu nie może być inny". To zdanie zainspirowało nas do napisania tej książki. Właśnie to jedno zdanie, a nie jego barwne opowieści o lubieżnym wzroku, którym francuskiego autora przecinał kardynał Stanisław Dziwisz w trakcie ich spotkania w Krakowie. Ani o biskupie Grzegorzu Kaszaku, który karierę zawdzięcza protekcji zdeprawowanego kardynała Alfonsa Lópeza Trujillo. Ani o zamordyzmie Jana Pawła II wobec postępowych teologów, papieża, którego pontyfikat okazał się jednocześnie karnawałem pedofilów w sutannach.

Teza Martela, że to kościelny system sprawowania władzy i wzajemne zależności kleru, jego bogactwo i przepych są źródłem zepsucia, dała nam do myślenia. Polski Kościół jest idealną ilustracją tego założenia. Na jego przykładzie doskonale widać, że nie wystarczy zmienić ludzi, którzy rządzą Kościołem, bo system i tak będzie ich deprawował.

Od kiedy się poznaliśmy, rozmawiamy o tym, że Kościół rzymskokatolicki w Polsce, jak mityczne kananejskie miasta rozpusty Sodoma i Gomora, jest skazany na upadek. Coraz to bardziej puste kościoły, brak powołań, odejścia młodych z lekcji religii, o skandalach obyczajowych i finansowych nie wspominając, to twarde fakty. Czy przyjdzie opamiętanie?

- No przecież biskupi nie wyjdą na ulicę i nie zaczną ewangelizować. Nie potrafią, nigdy tego nie robili! - mówi nam znajomy ksiądz. - Poza tym to tchórze. Oni panicznie boją się ludzi.

Według profesora Tomasza Polaka, teologa, byłego księdza, przełomu wśród polskich biskupów nie będzie jeszcze z innego powodu. Prozaicznego: - Mają zapewniony byt. Jest tylu wiernych, że mają jeszcze perspektywę wygodnego życia. Tych, którzy przyjdą po nich, może czekać bieda. I kalkulują: po nas choćby potop, ale to już nie nasze zmartwienie.

Taką postawę polskiego episkopatu, za którym jak zaciężne wojsko stoją rzesze prałatów, infułatów, dziekanów, proboszczów i zwykłych wikarych, spina klamra panicznego strachu przed zmianami. Są jak oblężona twierdza, w której zabarykadowali się z wiernymi. Ich pokaźna część została przy Kościele, zadowalając się rolą religijnych konsumentów, którym kler bez mrugnięcia okiem odpuszcza grzechy, mamiąc obietnicami życia wiecznego, byleby trwali przy sakramentach. Przypomina to bardziej transakcje niż życie duchowe.

Gomora to opowieść o polskim Kościele, o cynizmie i pałacowym życiu hierarchów, ludzi, którzy uwierzyli, że są wyjątkowi. Tymczasem Polska, wbrew pozorom, jest krajem duchowo martwym. Wyludniające się kościoły, w których już od lat dudni echo prostackich połajanek i budzących politowanie wezwań do zwarcia szeregów wobec nadchodzącej apokalipsy, stały się katalizatorami złej energii. Słuchając kazań polskich biskupów, można odnieść wrażenie, że zamiast czekać na powtórne przyjście swojego Mesjasza, wyglądają raczej z utęsknieniem na wrogą inwazję. Cudu, który pozwoli im wykorzystać starą, sprawdzoną wojenną narrację: gender, LGBT, neomarksizm, ekologizm, lewactwo, Harry Potter, Greta Thunberg... Daj Boże ich albo cokolwiek, byśmy mogli straszyć nasze owce i siać wśród nich grozę! Bo konflikt to jedyny stan, w którym polscy hierarchowie potrafią funkcjonować.

System, o którym mówi Martel, zbudowały grzechy. Na kartach tej książki opisaliśmy je, dbając o zalecaną kolejność.

To pycha. Grecy nazywali ją hybris, demonem szaleństwa. W językach nowożytnych znaczy tyle co buta, duma czy hardość. W kościelnych strukturach to właśnie władza, a zwłaszcza jej nadużywanie stały się najbliższym odpowiednikiem pychy. Dlatego tak wiele jej przykładów znaleźliśmy właśnie wśród biskupów. Wystarczy wspomnieć zakład, który zawarli, jak usłyszeliśmy, w Rzymie w latach osiemdziesiątych Marek Jędraszewski z kolegą ze studiów doktoranckich: który z nich pierwszy zostanie biskupem.

Owocem pychy jest kolejny grzech, chciwość. Bo im kto ma więcej władzy, tym częściej jest wystawiony na pokusy jej nadużycia. Jak się okazuje, i tutaj biskupi i ich czołobitne dwory wiodą prym. Mało kto pamięta, że Sławoj Leszek Głódź zaczynał robić kościelną karierę w Białymstoku jako kierowca przyszłego kardynała Henryka Gulbinowicza. Co z tego, że to prostak i cham? Został arcybiskupem i po latach służby w Kościele dorobił się, w samych nieruchomościach, majątku wartego 15 milionów złotych.

Nie jest to bynajmniej perspektywa tylko polskiego poletka. Szerszą perspektywę tej patologii pokazuje Watykan. W tym najmniejszym państewku świata doszło do największej kumulacji z jednej strony władzy i skarbów, z drugiej zaś oszustw i intryg. Gdy oddawaliśmy tę książkę do druku, upada jeden z wielmożnych chciwców, który jeszcze niedawno cieszył się specjalnymi względami papieża. Mamy tu oczywiście na myśli jednego z najpotężniejszych do niedawna kardynałów, Angelo Becciu, który ośmieszając się, do końca wywodzi przez włoskim sądem, że gdyby nie nagonka medialna, zostałby pewnie następnym papieżem.

Nieczystość to grzech, który zdaniem wielu księży powinien zajmować miejsce wręcz naczelne. Są też tacy, którzy traktują ją jako jedyne przewinienie, jakiego dopuszczają się powierzeni ich opiece wierni. Jednak ku naszemu zaskoczeniu to właśnie ci, którzy najgłośniej pomstują na zepsucie obyczajów, mają najwięcej na sumieniu. Udało nam się dotrzeć do pewnych danych, które zapewne okażą się sporym zaskoczeniem. To wyjątkowa relacja Marka Jędraszewskiego z Juliuszem Paetzem, tajemnicze wyjazdy biskupa Mirosława Milewskiego na korepetycje do Anglii, którym oddawał się bez reszty w małym mieszkanku swojej nauczycielki, homoseksualne wybryki Edwarda Janiaka we Wrocławiu.

Do czego może popchnąć człowieka zazdrość? Zwykle myślimy o miłosnych zawodach, zdradach, które prowadzą do straszliwych zbrodni, jak choćby ta opisana przez Szekspira w Otellu. Okazuje się, że w przypadku struktur kościelnych zazdrość ma wiele imion, poczynając od zazdrości o względy przełożonych, a na małych zawiściach o bardziej zasobne parafie czy diecezje kończąc. Prowadzi to do nikczemnienia i parszywienia relacji międzyludzkich, w których zanikają empatia, współczucie i przyjaźń. Ze smutkiem odnotowywaliśmy postępującą degrengoladę "urzędników Pana Boga", którzy zapominają, komu chcieli służyć, kiedy podejmowali decyzję o wejściu na ścieżkę służby kapłańskiej. W większości wypadków pozostała walka wszystkich ze wszystkimi.

A czy o łakomstwie można powiedzieć coś więcej, niż zalecając właściwą dietę i powstrzymanie się od jedzenia szkodliwych dla zdrowia produktów? Otóż naszym zdaniem można o tym grzechu najbardziej bodajże wyrazistym (och, te brzuszki!) mówić bardzo poważnie jako swoistej niedojrzałości duchowej i bezrefleksyjnej konsumpcji niskiej jakości oferty religijnej. Tutaj pospołu są winni i ci, którzy wystawiają na sprzedaż kiepski towar, i ci, którzy podłą jakością się zadowalają. Tak więc grzech łakomstwa to złe świadectwo jakości religijności polskich katolików. To jeden z powodów, dla którego coraz więcej ludzi nie tylko odchodzi od Kościoła, lecz także to swoje odejście deklaruje wyrazistym aktem apostazji.

I wreszcie gniew. Poświęciliśmy mu wiele uwagi. Bo przyznajemy to uczciwie. Naszą książkę zrodził gniew na to, co się w Kościele w ostatnich dziesięcioleciach wydarzyło. Zwłaszcza od 1989 roku, kiedy to właśnie Kościół katolicki zaczął pokazywać swoją groźną i bezwzględną twarz gracza politycznego, ale też inkwizytora obyczajowości Polaków. Ten gniew sprawił, że nie zawahaliśmy się odsłaniać najbardziej perwersyjnych form przemocy, jakie doszły do głosu w tej instytucji. Chcemy bowiem, by to uczucie gniewu i oburzenia udzieliło się również naszym Czytelnikom. Wierzymy, że wspólnie możemy wiele w naszym społeczeństwie zmienić. Co więcej, jesteśmy przekonani, że ci, którzy wywołali największe zgorszenie i stali się źródłem niewyobrażalnych cierpień, poniosą słuszną karę, a instytucja, która ich tak długo chroniła, poniesie sprawiedliwe koszty zadośćuczynienia. Liczymy też oczywiście na zmiany, głębokie i radykalne, aby to, co się wydarzyło i co dzięki wielu życzliwym nam ludziom, a przede wszystkim samym ofiarom, ujrzało światło dzienne, nigdy więcej się nie powtórzyło.

Nie chcieliśmy zamykać naszej książki takim ponurym akcentem, dlatego napisaliśmy część drugą, którą nazwaliśmy po prostu Nadzieja. Tli się pomimo wszystko, bo wierzymy, że Kościół może być inny.

 

Artur Nowak, Stanisław Obirek

CZĘŚĆ 1.SIEDEM GRZECHÓW GŁÓWNYCH KOŚCIOŁA
 
 
PYCHA. Komu potrzebni są papieże i biskupi?

"Może Jan Paweł II panował jak dyktator, bo znał tylko totalitarne państwa: nazistów, komunistów i Kościół katolicki".

 

THOMAS DOYLE

 
 

Jak wygląda twarz polskiego Kościoła? Oto ona, najbardziej jaskrawy przykład kościelnej pychy, Sławoj Leszek Głódź. Tak, polski Kościół ma jego gębę.

"W momentach furii nie przebierał w słowach. Poniżał, obrażał, słowo "kurwa" było i jest w jego ustach przecinkiem, o siostrach zakonnych potrafi powiedzieć "te stare pizdy", do księży współpracowników: "gówno wiesz", "spierdalaj mi stąd!"" - wspomina arcybiskupa Piotr Szeląg, nasz dobry znajomy, były ksiądz z archidiecezji gdańskiej. Opowiadając o nim, sam nie przebiera w słowach: "On ma zaburzoną osobowość, wszyscy o tym wiedzą. I nic. Jego otoczenie żyje w wiecznym strachu. Nikt nie wie, w którym momencie i z jakiej przyczyny stanie się ofiarą metropolity".

Ale buta Głódzia nie ograniczała się do wyżywania się na duchownych. Rzeczywiście nad sobą nie panował. Czasem trafił na Bogu ducha winnego dziennikarza. Tytus Kondracki, krakowski reporter, który próbował zrobić zdjęcie arcybiskupowi po zakończeniu ingresu świeżo upieczonego metropolity krakowskiego arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, usłyszał, że ma spierdalać.

Renacie Kijowskiej z redakcji wiadomości TVN, która zapytała go o pierwsze wrażenia po filmie braci Sekielskich Tylko nie mów nikomu, odpowiedział, że "byle czego nie ogląda".

To zachowania zagadkowe, nawet jeśli uwzględnimy polski kontekst biskupich karier. Jak nam się wydaje, w biografii Sławoja Leszka Głódzia pojawiają się pewne zachowania, które można określić jako paradygmatyczne. To całkowite utożsamienie osobistej kariery z rzekomym dobrem Kościoła katolickiego, mocne więzi przyjaźni z tymi, którym zawdzięcza awanse, i z tymi, którym umożliwiał robienie kariery, a do tego bogate wojskowe doświadczenie, którego zwieńczeniem był stopień generała. Niebagatelną sprawą jest też skłonność do alkoholu i mocna głowa. Mimo że karierę naukową Głódź zwieńczył doktoratem prawa kanonicznego, trudno go uznać za intelektualistę. W swoich wyborach duszpasterskich zawsze kierował się żołnierską logiką skuteczności. Ponieważ pochodzi ze wsi i wie, że polski katolicyzm stoi ludową pobożnością, na wszelkie możliwe sposoby wspierał właśnie takie formy duszpasterstwa. Te, które przemawiały prostymi, a jednocześnie pełnymi przepychu formami. "Złote, a skromne" - by użyć skrótowej, ale jakże trafnej formuły z filmu Kler Wojciecha Smarzowskiego. Nie mogą więc zaskakiwać związki Głódzia z twórcą koncernu medialno-edukacyjnego Tadeuszem Rydzkiem. A także bliskie relacje z władzą - i to niezależnie od orientacji politycznej. Najważniejsza jest bowiem skuteczność. Ta logika sprawdzała się całe księżowskie życie Głódzia, w którym osiągnął zaskakujące wpływy, i to zarówno w Watykanie, jak i w Polsce. Być może z tym rosnącym poczuciem ważności należy wiązać coraz większe poczucie bezkarności i związane z tym zachowania pełne arogancji i buty. Tak czy inaczej biografia tego biskupa o błyskotliwej karierze kościelno-wojskowej czeka na utalentowanego dziejopisa.

* * *

Przez wiele lat nikt tymi zachowaniami Głódzia się nie przejmował. Pomimo zarzutów dotyczących handlu parafiami, mobbingu wobec księży, krycia pedofilii i nadmiarowego spożywania trunków wyskokowych nic złego mu się nie stało.

Według jednego z naszych znajomych już w czasach posługi w Warszawie generał Sławoj Leszek Głódź odnajdywał się w każdej bańce władzy. Jak wspomina, w jego apartamencie swego czasu wisiało nawet słusznych rozmiarów zdjęcie Aleksandra Kwaśniewskiego z matką.

Głódź miał gest. W uznaniu zasług artystów biorących udział w obchodach rocznicy zbrodni katyńskiej, deklamujących wzniosłe teksty o tej tragedii, zadecydował, by przyznać im medale "Za Zasługi dla Obronności Kraju". Żaden tam minister, ale właśnie on: Sławoj Leszek Głódź. Słowo ciałem się stało. Mężczyźni otrzymali złote, ale - co znaczące - kobiety tylko srebrne odznaczenia.

Do marca 2021 roku Głódź był zupełnie bezkarny - a w naszym przekonaniu pozostaje de facto bezkarny do dziś. Za tuszowanie przestępstw seksualnych wobec nieletnich popełnianych przez podległych mu księży (jeszcze do tych spraw wrócimy) Watykan nakazał arcybiskupowi opuścić diecezję. Zakazał też uczestnictwa w celebracjach religijnych na jej terenie. Głódź ma też wpłacić, według swojego uznania, pewną kwotę na rzecz Fundacji Świętego Józefa pomagającej ofiarom kościelnej pedofilii.

Teoretycznie może zasilić ten szczytny cel przysłowiową złotówką.

Trudno nazwać orzeczenie Watykanu karą. Kara ma przecież za zadanie uczynić zadość sprawiedliwości; naprawić szkody spowodowane przestępstwem oraz dać satysfakcję pokrzywdzonym. Ma również odstraszać sprawców, by nie dopuszczali się podobnych uczynków.

Czy kara nałożona na Głódzia spełnia choćby jedno z tak zarysowanych zadań?

Tak zwana kara, którą nałożył na niego Watykan, to raczej przejaw kościelnego cynizmu wobec ofiar nadużyć. A jednocześnie dość jasny komunikat dla innych biskupów, że mogą spać spokojnie.

Zdaje się jednak, że sam Głódź nie przewidział, że będzie musiał opuścić Gdańsk. Po przejściu na emeryturę w sierpniu 2020 roku urządził tam sobie wygodną starość. Z ukochanymi danielami zamieszkał na tyłach pałacyku na działce przekazanej przez władze Gdańska parafii Świętego Ignacego Loyoli za ułamek jej wartości. Uwił sobie gniazdko. Zgodnie z prawem przesłanką udzielenia 99-procentowej bonifikaty na zakup tejże działki było wykorzystanie terenu na cele sakralne. Głódź wykorzystał ją na hodowlę danieli. Kiedy sprawą zajęły się media, postawił obok paśnika figurkę Matki Boskiej, więc dano mu święty spokój.

Pod koniec czerwca 2021 roku były metropolita gdański objął funkcję sołtysa wsi Piaski w gminie Jaświły. Pytany, czy nie powinien tej decyzji skonsultować z władzami kościelnymi, odrzekł: - Jeszcze nie jest tak, żeby sołtysów konsultować z Watykanem.

Miesiąc później dziennikarze Wirtualnej Polski, Szymon Jadczak i Patryk Słowik, dotarli do ksiąg wieczystych, w których odnaleźli zapisy na temat "dóbr doczesnych" emerytowanego arcybiskupa. Na podstawie wycen dokonanych przez specjalistów oszacowali wartość wszystkich nieruchomości Sławoja Leszka Głódzia. Według tych szacunków waha się ona między 12,2 a 15,1 miliona złotych. A mówimy tylko o nieruchomościach. Pytanie, ile Głodź przepił, a ile wciąż posiada w gotówce czy cennych przedmiotach, pozostaje otwarte. Ale jest też inne: w jaki sposób te 15 milionów arcybiskup zarobił?

Jakoś nie słychać, żeby majątkiem milionera z Podlasia zainteresował się Urząd Skarbowy.

* * *

Feudalizm. Złote stroje hierarchów, starcy wystrojeni na modłę diw, ich infantylny monolog nieznoszący sprzeciwu i autorytet w nikłym stopniu oparty na ich kompetencjach, wiedzy, zaletach charakteru. Nie mamy najmniejszych wątpliwości, że źródłem wszelkich nadużyć w Kościele - nie tylko polskim - oraz degeneracji kleru jest właśnie jego osadzenie w anachronicznej, średniowiecznej strukturze władzy, która zupełnie nie przystaje do otaczającej nas rzeczywistości. W krajobrazie jawności życia publicznego, wyśrubowanych praw jednostki i mniejszości Kościół rzymskokatolicki to ciało obce. Osobliwy wykwit przeszłości.

O ile państwa i korporacje nieustannie się zmieniają, wprowadzają coraz to bardziej doskonałe mechanizmy kontroli i przejrzystości, o tyle Kościół rzymskokatolicki zastygł w skamielinie centralizmu, tajności i posłuszeństwa. Te reguły uzasadniać ma Pismo Święte, nauczanie soborów, Ojców Kościoła i papieska nieomylność. Trudno doprawdy o większą perwersję. No ale skoro "ludowi bożemu" to nie przeszkadza, czemu się dziwić. To niesłychane wręcz, że w obliczu tylu skandali, które wypadają z kurialnych szaf, obciążając sumienia hierarchów, polskim biskupom nie przyjdzie nawet do głowy, by zabiegać o przychylność mediów. Wręcz przeciwnie. Zachowują się jak dzieci. Stroją kwaśne miny na wieść o kolejnej aferze, obrażeni na cały świat. Albo - jak Głódź - obrażają przedstawicieli prasy. A przecież czasy dziennikarzy, którzy rozmawiali z nimi na kolanach i na ich warunkach, odchodzą do przeszłości. Zamiast ugrzecznionych, nauczonych respektu do biskupa ministrantów ich diecezje najeżdżają młode wilczki bez manier, zadają niewygodne pytania, kręcą i nagrywają bez uprzedzenia. Takich nie zbędziesz świętym obrazkiem, różańcem, który pobłogosławił święty papież, czy selfie. Oni chcą odpowiedzi. Teraz, natychmiast! O tempora, o mores!

Według naszego przyjaciela dominikanina Thomasa Doyle'a "piuska gasi rozum". Hierarchowie jako grupa byli i są - z wyjątkami oczywiście - zorientowani obsesyjnie na władzę. Postrzegają siebie jako esencję instytucjonalnego Kościoła. To im owa instytucja ma zawdzięczać istnienie. Kościół ich zdaniem jest niezmienny, a jego struktura monarchiczna. Perspektywa zmiany takiego myślenia jest dla nich czymś przerażającym. Trudno się więc dziwić, że nie są w stanie zdzierżyć jakichkolwiek krytycznych głosów, kwestionujących niezmienność systemu sprawowania władzy w Kościele. Krytycy, reformatorzy ukazujący zgniliznę tej absolutnej monarchii, która zbankrutowała moralnie na każdym polu w ich oczach, są niczym Hunowie najeżdżający ich niezmącony niepokojami żywot. Pytają o pieniądze, chcą rozliczeń nie tylko wobec sprawców nadużyć seksualnych, lecz także ich protektorów. Wreszcie żądają transparentności. Kto to słyszał?

* * *

Reformy w Kościele muszą iść głębiej - stwierdził przewodniczący episkopatu niemieckiego kardynał Reinhard Marx na zakończenie obrad Konferencji Episkopatu Niemiec 26 września 2019 roku w Fuldzie. Według Mechthild Heil, przewodniczącej największej katolickiej organizacji kobiecej, Kościół powinien też zerwać z rygoryzmem dotyczącym kontroli urodzeń i ze stygmatyzowaniem homoseksualistów. Heil wyraziła przekonanie, że kardynał Marx dotrzyma słowa i nie będzie ograniczał debaty na ten temat w niemieckim Kościele. Stosunek Katechizmu Kościoła Katolickiego do tych kwestii to anachronizm, który nie przystaje do tego, co mówi nauka. To, co dla nauki jest normą, dla Kościoła jest wynaturzeniem i grzechem.

Lokalne Kościoły zachodnie dobrze zapamiętały traumę związaną z recepcją encykliki Pawła VI Humanae vitae z 1968 roku, której drakońskie nauczanie w sprawie antykoncepcji skutecznie wypędziło miliony wiernych z kościołów. Hierarchowie na zachód od Odry nie chcą tej lekcji powtórzyć.

Ale to nie wszystko - także sposób zarządzania Kościołem wymaga reformy obejmującej wyjęcie kontroli nad hierarchami spod jurysdykcji innych hierarchów. Skandal pedofilii w Kościele i jego tuszowanie, a także awanse, do których kluczem okazały się związki homoseksualne, pokazały Kościół jako siedlisko rozpusty. W wielu Kościołach Zachodu dojrzewa przekonanie, że niepodlegająca żadnym ograniczeniom władza biskupów w diecezjach nie zdała egzaminu. Dlatego zdaniem kościelnych reformatorów kluczem do rozwiązania kryzysu jest większe zaangażowanie świeckich w rozliczanie duchownych oraz dopuszczenie ich do głosu w sprawach związanych z nauczaniem.

Wnioski z tej lekcji już wyciąga Kościół we Francji - od ubiegłego roku niezależna komisja bada tu sprawę nadużyć seksualnych i mechanizmów ich tuszowania, nie wyłączając biskupów i arcybiskupów. O jej powołaniu zdecydowała Konferencja Biskupów Francji. Komisja składa się wyłącznie z przedstawicieli świeckich, są w niej osoby niewierzące oraz przedstawiciele innych wyznań. To ewenement na skalę światową. Na jej czele stanął Jean-Marc Sauvé - honorowy wiceprzewodniczący francuskiej Rady Stanu, organu opiniującego projekty ustaw i dekretów rządowych.

Z tym samym wyzwaniem mierzy się Kościół w USA. Wpływowe media katolickie oraz sponsorzy Kościoła zażądali twardych rozliczeń w związku ze sprawą kardynała Theodore'a McCarricka, oskarżonego o nadużycia wobec kleryków, a ostatnio o czyny pedofilskie. Piszemy na ten temat w dalszej części naszej książki. Sprawa wybuchła w sierpniu 2018 roku, mimo że o postępkach McCarricka Watykan miał być informowany już w 2000 roku. Amerykańska opinia publiczna chce więc wiedzieć, jak to się stało, że hierarcha, uznawany jeszcze niedawno za twarz odnowy w amerykańskim Kościele, awansował mimo wiedzy o nadużyciach, których się dopuścił (w listopadzie 2000 roku został mianowany arcybiskupem Waszyngtonu, a kilka miesięcy później, mimo sprzeciwu nuncjusza - kardynałem). Sprawy nie zamyka fakt wydalenia McCarricka ze stanu kapłańskiego.

Na corocznej jesiennej Konferencji Episkopatu Stanów Zjednoczonych w listopadzie 2018 roku w Baltimore biskupi byli zdeterminowani, by na fali sprawy McCarricka powołać komisję świecką, która rozliczyłaby biskupów z braku reakcji na nadużycia. Zapowiedziano, że hierarchowie opracują kodeks postępowania dla biskupów w sprawach nadużyć seksualnych. A do tego podobne występki będzie badać komisja, w której skład wchodzić będą również osoby świeckie. Jednak w ostatnich dniach konferencji z Watykanu nadeszło weto. Stolica Apostolska poprosiła, a faktycznie zażądała, by spraw tych nie poruszać. Problem miał załatwić w lutym 2019 roku sam Watykan przy okazji szczytu poświęconego problemowi nadużyć, w szczególności pedofilii. Jednak w Watykanie do żadnych rewolucyjnych zmian nie doszło. Hierarchów na razie mają sądzić inni hierarchowie.

Amerykańscy katolicy znów poczuli się oszukani.

W wielu krajach przedmiotem dyskusji staje się wreszcie celibat księży. Po posiedzeniu Konferencji Episkopatu Niemiec w marcu 2019 roku biskupi mówili o "głębokiej cezurze" i o dialogu, który chcą podjąć z osobami świeckimi na temat obowiązku celibatu. Nie tak dawno belgijski biskup Jean Kockerols postawił tę sprawę w trakcie spotkania z papieżem Franciszkiem. Zaraz potem rzecznik belgijskich biskupów oświadczył, że głos Kockerolsa to głos całego episkopatu Belgii.

Wyświęcanie żonatych mężczyzn mogłoby być jedną z odpowiedzi na kryzys powołań. Brak duchownych dramatycznie odczuwa już od dziesięcioleci Kościół na zachodzie Europy. We Francji, w której umiera co roku grubo powyżej 500 księży, na drogę kapłańską wchodzi ledwo kilkudziesięciu kleryków.

* * *

Niemcy nie zamierzają czekać na zalecenia Watykanu. Już w 2018 roku wypracowano szczegóły tak zwanej ścieżki synodalnej. Centralny Komitet Niemieckich Katolików wybrał delegatów, którzy na równych prawach z duchownymi stają się członkami grup roboczych mającymi zajmować się kluczowymi problemami dzisiejszego katolicyzmu. Komitet wyraźnie zadeklarował, że twardo będzie stawiać m.in. problem błogosławienia związków homoseksualnych przez Kościół.

Świeccy skupieni w Centralnym Komitecie Niemieckich Katolików oraz większość niemieckich biskupów chcą poszerzenia udziału władzy świeckiej w administracji i duszpasterstwie, liberalizacji nauczania kościelnego o antykoncepcji i związkach nieformalnych, małżeństw księży oraz dopuszczenia do posługiwania kobiet w Kościele. Co ciekawe, biskupi i świeccy na równych prawach mają głosować nad zmianami. Oznacza to, że ustalenia Konferencji Episkopatu Niemiec muszą zyskać aprobatę Centralnego Komitetu Niemieckich Katolików.

Niemiecki Kościół nie zejdzie już na pewno z drogi zmian. Nawet jeśli kardynał Marc Ouellet, prefekt Kongregacji do spraw Biskupów, upomniał w liście adresowanym do kardynała Reinharda Marxa, że zmiany nie mogą naruszyć prymatu Stolicy Apostolskiej w sprawach zastrzeżonych dla Watykanu. W odpowiedzi ksiądz Klaus Pfeffer, wikariusz generalny diecezji Essen, w wywiadzie dla "Westfalen Post" oznajmił, że Watykanowi nie uda się zatrzymać niemieckiej debaty. "Najwyższy czas zacząć mówić o znaczeniu święceń kapłańskich, obowiązkowym celibacie i dopuszczeniu kobiet do urzędów" - podkreślił. Biskup Franz-Josef Bode z Osnabrücku przyznał w jednym z wywiadów, że spodziewa się "prawdziwych zmian", "zwłaszcza w odniesieniu do Kościoła, uczestnictwa i - w miarę możliwości - nowych form posługi i urzędów dla kobiet, w różnych kwestiach posługi kapłańskiej i różnych stylach życia ludzi".

* * *

Co na takie "rewolucje" powiedzieliby hierarchowie znad Wisły? Nic. Dla nich to po prostu niewyobrażalne zmiany. Podzielić się władzą? Błogosławić gejów? Dopuścić kobiety do kapłaństwa? Wyobraża ktoś sobie polskich duchownych, którzy kwestionują nietykalne jak dotąd zasady nieodwołalności biskupów i zabetonowany przez Jana Pawła II i jego następcę zakaz wyświęcania kobiet oraz zniesienia celibatu duchownych - zwanego (sic!) "klejnotem Kościoła"?

W Polsce na te tematy jeszcze długo nie będzie żadnych dyskusji. Z prostego powodu. Rogate dusze kapłanów, wadzące się w dyskusji z biskupami, mają zazwyczaj pod górę. Biskup może z dnia na dzień niepokornego kapłana wysłać na parafię zabitą dechami albo nakazać, że ma się po prostu zamknąć. Inaczej spotka go kara.

Znamy wiele takich przypadków: młodych, pełnych ideałów księży albo zgorzkniałych, dojrzałych kapłanów rozdrażnionych tym, że hierarchowie są odporni na argumenty. Oni już zaczęli mówić, co o tym wszystkim myślą. Potem zostają ukarani, więc milkną, ale jest to bardzo wymowne milczenie. Wiele do powiedzenia mają za to ich pyszni przełożeni.

* * *

Dokonywanie zmian w Rzymie jest jak "czyszczenie egipskiego sfinksa szczoteczką do zębów" - twierdzi papież Franciszek. A za najważniejszą przyczynę demoralizacji Kościoła uważa klerykalizm. To zasadnicza zmiana optyki. Poprzedni papieże obwiniali Zachód i jego wartości zsumowane mianem "cywilizacji śmierci". Zamiast wyjaśniać skandale seksualne, łajali liberalizm - źródło rozpusty.

W Polsce niestety dopiero zaczynamy dostrzegać ten zwrot. Za późno. Naszym zdaniem Kościół u nas będzie ulegał dalszej degeneracji. To oczywiste: nikt sam z siebie nie wprowadza mechanizmów mających na celu realną kontrolę nad poczynaniami hierarchów. Zwłaszcza ze strony świeckich. Hierarchowie zdecydują się na zmiany dopiero wtedy, gdy kościoły będą już puste. Wciąż do nich nie dociera, że sami są największym źródłem problemów. Ich absolutna władza to wylęgarnia patologii, mafijnie wręcz rozumianych, zastrzeżonych stref wpływów i kultury tajemnicy. Nie bez powodu obok klerykalizmu jako źródło zła wymienia się ostatnio inne słowo. Hierarchikalizm. Opisuje się nim nie tylko autorytarny sposób sprawowania władzy przez biskupów, lecz także swoisty rodzaj karierowiczostwa krzewiący się w strukturach kościelnych. Innymi słowy: to klerykalizm w radykalnej wersji, który charakteryzuje z jednej strony służalczy stosunek do władzy, a z drugiej brak szacunku wobec podległych hierarchom niższych rangą księży. Przecież sposób sprawowania władzy w Kościele to jeden z głównych powodów kapłańskich odejść, ale też konformizmu księży, który bardzo mocno odbija się na wiernych. A co za tym idzie, na jakości ich religijności. Na razie jednak polskiemu klerowi coś się jednak udało: polscy katolicy - w odróżnieniu chociażby od niemieckich czy amerykańskich - nie mają świadomości, że mogą mieć wpływ na swój Kościół. To atut, z którego kler biegle potrafi korzystać.

* * *

Teza, zgodnie z którą feudalna struktura sprawowania władzy w Kościele to zasadnicza przyczyna jego upadku, ma mocne fundamenty. A twierdzenie, że władza ta pochodzi od Boga, mija się z prawdą. Warto jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, skąd się wzięli i komu są potrzebni papieże i biskupi. Tego niestety nikt w Polsce nie naucza. A prawda jest banalna: potrzebni są sami sobie. Nieźle to sobie wymyślili. Przyznali sobie funkcje, które mają uzasadnić ich istnienie, znaczenie w Kościele i - co godne pożałowania - wymyślne stroje. Mało kto pewnie wie, że kolory pomponów, sutann, pasów to atrybuty godności tych wymyślnie przebranych kardynałów, arcybiskupów, biskupów, prałatów, infułatów i kanoników pasują jak ulał do słów Jezusa z Ewangelii Świętego Mateusza o uczonych w Piśmie i faryzeuszach: "Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów".

Jezus przepowiedział im, że zostaną potępieni: "Bo podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa".

W zamyśle Chrystusa sprawa jest prosta: "Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich".

Według świętego Pawła "Biskup więc powinien być bez zarzutu, mąż jednej żony, trzeźwy, rozsądny, przyzwoity, gościnny, sposobny do nauczania, nieprzebierający miary w piciu wina, nieskłonny do bicia, ale opanowany, niekłótliwy, niechciwy na grosz, dobrze rządzący własnym domem, z całą godnością trzymający dzieci w uległości" (1 Tm 3, 2-4). Co ciekawe, znawcy Dziejów Apostolskich wyrażają przekonanie, że autorem przytoczonych, a zawartych w adresowanym do Tymoteusza liście nie był bynajmniej święty z Tarsu. Argumentem na rzecz tej tezy ma być fakt, że w czasach Pawła urząd biskupa nie był po prostu znany.

Skąd się więc wzięli biskupi? Nie wchodząc w szczegóły, warto wspomnieć, że w Jerozolimie dość szybko ukształtował się ustrój monarchiczny, który zdominował wspólnoty spadkobierców myśli i nauczania świętego Jana Apostoła. Słowa, które przypisano więc świętemu Pawłowi, pasowały tej wspólnocie jak ulał. Paradoks polega na tym, że we wspólnotach bliskich myśli świętego Pawła ustrój Kościoła opierano na grupach proroków i nauczycieli. Chrześcijaństwo kiełkowało zresztą w wielu wspólnotach na całym świecie w najrozmaitszych formach.

Według teologii katolickiej ważność urzędu biskupiego należy wiązać z tym, że biskupi mają być bezpośrednimi następcami apostołów (stąd pojęcie tzw. sukcesji apostolskiej). Problem polega na tym, że nawet najbardziej ortodoksyjni teologowie nie są w stanie wyprowadzić tej sukcesji od apostołów. Najwcześniejsze wzmianki o biskupach pochodzą z II wieku, a więc przynajmniej sto lat po śmierci Jezusa i kilkadziesiąt lat po śmierci apostołów. Stąd pewna nerwowość wobec opracowań historycznych próbujących dociec, jak to się stało, że biskupi i papieże w ogóle się pojawili. Warto też wspomnieć, że tytuł papieża (pontifex) przysługiwał cesarzowi, który wcale nie musiał być chrześcijaninem. Wreszcie, nie wolno zapominać, że pierwszy chrześcijański cesarz ochrzcił się dopiero na łożu śmierci.

Z czasem stało się regułą, że każdy Kościół lokalny miał jednego biskupa, zwierzchnika prezbiterów i diakonów. Biskupi pełnili więc funkcje administracyjno-jurysdykcyjne. Na obsadę stanowisk biskupich miała wpływ rzecz jasna władza świecka. Kiedy Kościół się rozrósł i uzyskał wpływy, biskupi zyskali wielkie majątki. Model rozsądnego i przyzwoitego, niekłótliwego i niechciwego lidera wspólnoty chrześcijańskiej został zastąpiony przez spasionego karierowicza skupionego na poszerzaniu swojego posiadania i wpływów. Skąd my to znamy?

Odejście od cnót, o których mowa w przywołanym liście Pawła do Tymoteusza, było na tyle jaskrawe, że swego czasu Ludwik XVI tuż przed nominacją na urząd arcybiskupa Paryża pewnego arystokraty miał powiedzieć: "Nie. Arcybiskup Paryża powinien przynajmniej wierzyć w Boga".

* * *

Kościół, a już zwłaszcza Kościół katolicki przez wieki w żaden znaczący sposób nie zmienił absolutnej władzy biskupiej. To biskupi miejscowi - choć oczywiście pamiętamy też o roli papieży - stanowili trzon pionowej hierarchii instytucjonalnego katolicyzmu. Historia Kościoła katolickiego dobitnie pokazuje, że to właśnie walka o wpływy i depozyt jedynej prawdy były ukrytą przesłanką rozprawy z reformatorami. Tezy, które stawiali Hus, Luter oraz Kalwin, nie były przecież odstępstwem od dekalogu. Wręcz przeciwnie, miały uzdrowić Kościół. Chodziło między innymi o symonię, czyli handel urzędami kościelnymi, i uprzywilejowanie kleru. Hierarchia nie chciała jednak jakichkolwiek zmian. I to był jej program na przetrwanie nie tyle wspólnoty, ile ich wyobrażenia o Kościele.

* * *

Oto pierwsza zasada gomory: Kościół instytucjonalny nigdy nie był za żadną reformą. Jeśli do nich dochodziło, to zawsze na skutek presji zewnętrznej. Do tego zawsze były one bardzo ostrożne.

* * *

Warto mieć na uwadze, że przyczyną ekskomuniki kościelnych reformatorów przez papieży były sprawy peryferyjne z punktu widzenia Ewangelii Jezusa: krytyka celibatu, postulat powszechnego dostępu wiernych do Pisma Świętego, itp. Hierarchia, której autorytet podważono, nigdy nie "zniżyła się" jednak do dyskusji na argumenty. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Bo tych argumentów nigdy nie miała.

Władza w Kościele stała się celem samym w sobie. Tuż przed wystąpieniem Marcina Lutra w 1517 roku Sobór Laterański V pokazał, że Kościół nie chce się zmienić. Ponawiając bullę Unam Sanctam Bonifacego VIII dotyczącą prymatu biskupa Rzymu rzekomo czerpiącego władzę z nadania boskiego, papież Leon X uzupełnił ją o stwierdzenie, że "nieposłuszeństwo papieżowi winno być karane śmiercią". To nie była czcza groźba. Śmiałkowie, którzy ośmielili się kwestionować władzę papieską, kończyli marnie. Marcin Luter miał szczęście, że znaleźli się władcy polityczni, którzy dali mu schronienie. Jan Kalwin czy Huldrych Zwingli mogli rozwijać swoją reformatorską działalność tylko dlatego, że miasta szwajcarskie miały wystarczającą siłę i autonomię, by przeciwstawić się lokalnemu biskupowi. To samo można powiedzieć o Anglii, której monarcha wystąpił przeciw papieżowi. W Rzeczpospolitej Obojga Narodów mało brakowało, by stało się podobnie. Jednak słabe mieszczaństwo oraz konflikty między rodami magnackimi uniemożliwiły systemowy opór wobec papiestwa. Brak postaw obywatelskich wykorzystywali nuncjusze, którzy potrafili lokalne konflikty wykorzystać do swoich interesów.

Dziś już oczywiście nikogo się nie morduje za nieprawomyślność i nieposłuszeństwo wobec papieskich nakazów. Jednak władza biskupa Rzymu, podobnie jak w teokracjach Omanu czy Kataru, to czysty absolutyzm. Tu też monarcha skupia pełnię władzy sądowniczej, ustawodawczej i wykonawczej.

Ten niewydolny i skorumpowany system bez mała trzysta lat temu odrzucił Monteskiusz. Twierdził on, że nie ma wolności, "jeśli władza sądowa nie jest oddzielona od władzy prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolną, sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela".

Jednak właśnie w tak patologiczny sposób wygląda władza biskupów. Sądzą, uchwalają, rządzą i pozostają zupełnie bezkarni. Trzymają się mocno. Wolność to ich największy wróg. Jest jasne, że wierność Ewangelii, w tych warunkach, musiała przegrać z zamordyzmem hierarchów.

Luter pisał w okresie reformacji, że "gotów jest papieża po stopach całować", jeśliby ten przyzwolił na swobodne głoszenie Ewangelii. Papież rzecz jasna nie pozwolił. Z czasem jednak luteranie odrzucili prymat papieża, forsując własną interpretację słów Chrystusa skierowanych do apostoła Piotra: "A ja ci powiadam, że ty jesteś Piotr, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go. I dam ci klucze Królestwa Niebios; i cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane i w niebie, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebie". W ich przekonaniu słowa te dotyczą misji powierzonej całemu Kościołowi, który jest powołany do głoszenia Ewangelii na ziemi.

Oczywiście Luter i inni reformatorzy XVI i XVII wieku nie byli pierwszymi, którzy mieli trudność w przyjęciu rzymskiej wykładni tego fragmentu Ewangelii Świętego Mateusza. Od początku chrześcijaństwa inne Kościoły lokalne w Jerozolimie, Antiochii, Aleksandrii i w innych miastach odwołujące się do bezpośredniego nauczania apostołów uważały się za równorzędne z Kościołem rzymskim. Do dzisiaj zresztą chrześcijanie Bliskiego Wschodu są przekonani, że to właśnie tam zachował się autentyczny duch Ewangelii.

Wiele Kościołów wyrosłych na gruncie reformacji powróciło do pierwotnego zamysłu apostołów, zgodnie z którym Kościołami lokalnymi powinno zarządzać kolegium prezbiterów. W tradycji protestanckiej biskup nie jest mianowany, lecz wybierany przez organ reprezentujący dany Kościół lokalny. Kiedy nadużywa władzy lub w inny sposób gorszy wspólnotę - można go po prostu odwołać. Wspólnota właśnie w ten sposób realizuje funkcję kontrolną.

W Kościele katolickim to rzecz nie do pomyślenia. Tu, w praktyce, nikt ma żadnej kontroli nad biskupami.

Żeby nie być gołosłownym, warto przywołać przykład biskupa Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce Janusza Jaguckiego. Kiedy 2 marca 2007 roku została powołana Komisja Historyczna Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP, okazało się, że biskup Jagucki to tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie "Janusz". W kwietniu 2009 roku podczas wiosennej sesji Synodu Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego przedstawiono sprawę pod dyskusję. Biskup Jagucki nie uzyskał wotum zaufania i jego kadencja została skrócona.

* * *

W Kościele katolickim nigdy nic takiego się nie wydarzyło. Kiedy w grudniu 2006 roku biskup płocki Stanisław Wielgus został przez papieża Benedykta XVI wyniesiony na urząd arcybiskupa metropolity warszawskiego, prasa prawicowa ujawniła jego współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa. Biskup zaprzeczył. Od razu uzyskał znaczące poparcie władz episkopatu polski, prymasa Józefa Glempa i kardynała Stanisława Dziwisza. Dopiero gdy komisja powołana przez Kościelną Komisję Historyczną i Rzecznika Praw Obywatelskich potwierdziła fakt jego współpracy z aparatem represji, musiał się poddać. Wcześniej jednak zdążył objąć archidiecezję warszawską. Kiedy wzmógł się protest - ustąpił, oddał się do dyspozycji papieża i złożył rezygnację. Sprawy nigdy nie wyjaśniono. No bo niby kto miałby osądzić biskupa? Rola wiernych w kontroli sprawowania przezeń władzy jest żadna. Teoretycznie sprawą mógłby się zająć papież, no ale przecież papieże, przynajmniej dwaj ostatni, są od lat zajęci globalnym kryzysem.

Biskup Wielgus to jeden z wielu przykładów hierarchów, których nigdy nie rozliczono za współpracę z SB. W kontakty z tą służbą uwikłani byli kardynał Gulbinowicz, ale również Stanisław Stefanek, Sławoj Leszek Głódź czy Wiktor Skworc. Według akt IPN biskup włocławski Wiesław Mering dostawał wynagrodzenie od SB w markowych alkoholach, papierosach, a kardynał Gulbinowicz nawet paczki z delikatesów, które przyjmował "niechętnie".

Zdajemy sobie sprawę, że problem uwikłania kleru katolickiego we współpracę z tajnymi służbami PRL-u jest jednym z najbardziej złożonych, ale też najbardziej zmitologizowanych wymiarów życia kościelnego. Dlatego proponujemy spojrzenie przez pryzmat życia jego najważniejszych przedstawicieli: kardynała Stefana Wyszyńskiego i kardynała Karola Wojtyły, który w 1978 roku objął urząd papieża. Wydaje nam się bowiem, że to właśnie tych dwóch księży wyznaczyło standardy radzenia sobie i jednocześnie nieradzenia sobie z tą ciemną stroną życia Kościoła, a zwłaszcza kleru. Wyszyński, którego beatyfikacja odbyła się w Warszawie 12 września 2021 roku, już za życia budził kontrowersje. Z jednej strony otoczony nimbem męczennika, który nie kłaniał się reżimowi i potrafił (w przeciwieństwie do większości biskupów) raczej pójść do więzienia, niż zgodzić się na kompromitującą współpracę, z drugiej znany był z niezwykłej wprost elastyczności w podejmowaniu różnych form współpracy z tym samym reżimem. Z najważniejszym przywódcą polskich komunistów Władysławem Gomułką podzielał nie tylko chłopskie korzenie, lecz także nacjonalistyczne przekonania. Choć znaleźli się po przeciwnej stronie barykady, dla dobra kraju potrafili zaryzykować własne życie. Przypomnijmy, że również Gomułka za "nacjonalistyczne odchylenia" spędził kilka lat w komunistycznym więzieniu. Ale łączyła ich też głęboka nieufność wobec inteligencji, stąd znane, dzięki przepastnym archiwom IPN-u, różne formy współpracy między Kościołem i władzą komunistyczną, której celem była ochrona "moralności społecznej" i ochrona przed zgorszeniem, jakie ich zdaniem niosła ze sobą współczesna kultura. W tym kontekście łatwiej zrozumieć wyrozumiałość, jaką Wyszyński otaczał jawnych i tajnych współpracowników. Najważniejsze były lojalność wobec przełożonych i ścisłe przestrzeganie konserwatywnie rozumianej doktryny kościelnej.

W przypadku Karola Wojtyły sytuacja jest nieco odmienna. Z jednej strony chętnie otaczał się intelektualistami, chętnie prowadził naukowe dysputy filozoficzne, ale z drugiej - skrzętnie dbał o dobre imię Kościoła. Niechętnie więc przyznawał, że księża mieli na sumieniu moralne nadużycia (pedofilia, konkubinat, nieślubne dzieci, nadużywanie alkoholu itd.) i starał się za wszelką cenę wyciszać podobne skandale, w czym oczywiście władza komunistyczna mu pomagała, szantażując księży obciążonych podobnymi występkami. Ten rodzaj polityki Wojtyła przeniósł też do Watykanu, o czym dowiadujemy się coraz więcej również dzięki śledztwom prowadzonym z inicjatywy papieża Franciszka. Swoistą klamrą tej polityki niedostrzegania problemu było zniszczenie zasobów tzw. IV departamentu, czyli archiwów gromadzonych przez dziesięciolecia przez służby specjalne, a które obciążały głównie księży. Na szczęście (albo nieszczęście) nie wszystkie dokumenty zostały zniszczone i stąd pojawiające się z regularnością kolejne rewelacje dziennikarskie odsłaniające szeroki wachlarz współpracy kleru ze służbami.

Swoją drogą mieliśmy niezły ubaw, kiedy arcybiskup Jan Paweł Lenga, hierarcha oskarżający papieża Franciszka o herezję, otrzymał od biskupa Meringa zakaz głoszenia kazań i wypowiedzi w mediach za krytykowanie urzędującego papieża. Sprawę skomentował ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, podnosząc, że zgorszeniem dla Kościoła jest nie arcybiskup Lenga, ale właśnie biskup Mering, bo to przecież tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa. Który do tego zarządza "lawendową" kurią. O jej istnieniu ksiądz Zaleski mówił w wywiadzie Chodzi mi tylko o prawdę, który przeprowadził z nim Tomasz Terlikowski. Co na to Mering? W pisemnym oświadczeniu zignorował Zaleskiego, zarzucając mu "odgrzanie starych kotletów". Każdy z wadzących się duchownych został przy swoim zdaniu. Będą się pewnie jeszcze wadzić nieraz, a wspólnota wiernych może się co najwyżej biernie - oby przynajmniej ze zgorszeniem - temu przyglądać.

Lenga tymczasem Meringa wcale nie posłuchał i dalej plecie bzdury. Na przykład że koronawirus to kara za rozpasany homoseksualizm.

* * *

Brak kontroli nad hierarchami obniża ich standardy moralne. Kiedy w lutym 2010 roku policja z Hanoweru zatrzymała biskup Margot Käßmann, która kierując samochodem pod wpływem alkoholu, przejechała skrzyżowanie na czerwonym świetle, jej przyszłość była oczywista. Zwierzchniczka Ewangelicko-Luterańskiego Kościoła Krajowego Hanoweru, największej wspólnoty ewangelickiej w Niemczech, podała się do dymisji. Sprawa była dla niej jasna: "Nie chcę patrzeć na mój zniszczony autorytet biskupa Hanoweru i przewodniczącej Rady Ewangelickiego Kościoła w Niemczech. Trzeba go posiadać, aby w wolności stawiać czoła wyzwaniom etycznym i politycznym, a także aby wydawać osąd. Krytyczne słowa, jak te z kazania, w którym stwierdziłam, że "w Afganistanie nic nie idzie dobrze", mogą być wypowiedziane jedynie przez człowieka, którego autorytet nie ma granic".

W Polsce jednak autorytet nic nie znaczy. Liczy się stanowisko, więc polscy biskupi pozostają de facto bezkarni. Funkcjonują ponad prawem, a różnej maści władza od ponad trzydziestu lat nieustannie ich rozpieszcza. Mogą wszystko. Powołując się na kod świętości instytucji, którą reprezentują, na miano depozytariuszy Ewangelii, których powołał na urzędy sam święty Jan Paweł II, wreszcie odwołując się do karty kombatanckiej związanej z przechowywaniem w latach niewoli depozytu wolności (której, jak wykażemy, tak bardzo nienawidzą), oderwali się już zupełnie od rzeczywistości.

* * *

Chamstwo i buta hierarchów zostały zasymilowane przez wiernych do tego stopnia, że standardy moralne, których wymaga się od biskupów, są przerażająco niskie. Kiedy więc się zdarzy, że któryś z hierarchów zachowa się po ludzku czy też przemówi normalnym, duszpasterskim językiem, zaczyna budzić powszechny zachwyt.

Weźmy arcybiskupa Grzegorza Rysia, który zyskał sympatię dzięki miłej powierzchowności. Na polskie warunki to wystarczy. Lubiany przez młodzież, będący z dala od polityki, nie wdepnął w żadną aferę, pomimo że u szczytu kariery, po czterech latach, kiedy piastował urząd rektora Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej, znalazł się blisko - będącego uosobieniem całej sfory afer - kardynała Dziwisza (to on w 2011 roku konsekrował Rysia na biskupa pomocniczego archidiecezji krakowskiej). W przeddzień osiemdziesiątych urodzin kardynała Dziwisza wspominał go tak: "Jako krakowski biskup pomocniczy wiedziałem, że zawsze mogę na niego liczyć, że w każdej sytuacji znajdę w nim oparcie". Dodał jeszcze, że kardynał "jest nieocenionym źródłem wiedzy o Janie Pawle II i jak nikt inny potrafi mówić o tym, jaki był i jak przeżywał wiarę". O tak. To kardynał potrafi.

Wracając do Rysia. Jedna z naszych znajomych tak podsumowała jego popularność: - Rzeczywiście miły człowiek: pogra na gitarze, porozmawia po ludzku, nikogo nie zabije, nie zwyzywa.

Łatwo to wytłumaczyć. Wierni nie oczekują od biskupów zachowań moralnych. Pewnie wychodzą z założenia, że skoro nie mają żadnego wpływu na to, jakich duszpasterzy skieruje do ich diecezji Watykan, i tak są bezradni wobec ich wybryków. Jak bardzo hierarchowie się rozbisurmanili, dobrze pokazuje przykład arcybiskupa Juliusza Paetza. Jego historia to ciekawe studium na temat tego, jak system kościelny radzi sobie z nadużyciami. Dziś po tym skompromitowanym hierarsze dzielony jest spadek, który pozostawił po sobie nie tylko w Polsce. Bo był to prawdziwy krezus. Nie chcemy tu powtarzać rzeczy powszechnie znanych. Warto jednak zwrócić uwagę na kilka zdarzeń związanych z jego biografią doskonale ilustrujących stopień demoralizacji biskupów, którzy nawet nie tworzą pozorów, że liczą się z wiernymi.

* * *

Paetz to fenomen. Jak to się stało, że to właśnie jego któryś z polskich biskupów wysłał na studia do Rzymu? Tego nie wiadomo. Można się jednak domyślić, że miał do niego słabość. Czy wynikała ona z tego, że Paetz zapowiadał się na człowieka nauki? Nic na ten temat nie wiemy. Wiemy jednak, że jego doktorat na Uniwersytecie Laterańskim był tak słaby, że promotor nie chciał się do niego przyznać. Mimo to Paetz umiał się w Wiecznym Mieście znaleźć. Załapał się do sekretariatu Synodu Biskupów do kardynała Władysława Rubina, prawej ręki kardynała Stefana Wyszyńskiego. Tak się zaczęła jego kariera. Zaraz potem wpadł w oko Pawłowi VI, no i zbliżył się do jeszcze bardziej wpływowego kręgu, po czym awansował do godności prałata antykamery papieskiej. Pełniąc tę funkcję w latach 1976-1982, był bliskim współpracownikiem trzech papieży: Pawła VI, krótko Jana Pawła I i wreszcie polskiego papieża. Decydował o tym, kogo dopuszczać przed ich oblicze. Spośród studenckiej gawiedzi z Polski zaprzyjaźnił się serdecznie z Markiem Jędraszewskim, który w odróżnieniu od swojego starszego kolegi na kolejne stopnie naukowe zasłużył solidną pracą. Choć pewnie do końca życia będzie ciągnął się za nim blamaż, kiedy to w 2017 roku w artykule naukowym opublikowanym w "Łódzkich Studiach Teologicznych", uzasadniając tezę o jedności narodu, państwa i Kościoła, przywołał kronikę Kpinomira. Problem polega na tym, że nie było ani takiej postaci, ani takiej kroniki. Rewelacje o Kpinomirze były żartem amerykańskiego historyka Philipa Earla Steele'a zamieszczonym w dzienniku "Rzeczpospolita".

* * *

Wracając do Paetza, wydawało się naturalne, że po latach pracy w ścisłym otoczeniu trzech kolejnych ojców świętych za swoje zasługi doczekał się nominacji biskupiej na metropolitę łomżyńskiego (konsekrował go sam Jan Paweł II). Nic bardziej mylnego - to nie był awans, lecz zsyłka.

Według szefa Katolickiej Agencji Informacyjnej Marcina Przeciszewskiego w Watykanie już w latach osiemdziesiątych wiedziano o skłonnościach homoseksualnych Juliusza Paetza. W czasie panelu Kościół na krawędzi?, który odbył się pod koniec 2019 roku we Wrocławiu, Przeciszewski publicznie przyznał, że arcybiskup Juliusz Paetz w 1983 roku "do Łomży pojechał na zesłanie". I że "to był podstawowy błąd".

"Jego skłonności zostały rozpoznane w Watykanie" i "Watykan chciał się go pozbyć" - podkreślał prezes KAI. Słowa te padły w obecności prymasa Polski, który nie wydawał się tą informacją zaskoczony. W każdym razie nie zaprzeczył relacji Przeciszewskiego.

To dość ciekawe. Trudno o większą hipokryzję. Ale dla Watykanu w czasach Jana Pawła II liczył się twardy kurs. Przymioty moralne duchownych nominowanych na biskupów nie miały żadnego znaczenia. Nasz znajomy, amerykański dominikanin Thomas Doyle tak wspomina swoją pracę przy procedurze wyboru biskupów w nuncjaturze watykańskiej w USA: - Wszystko odbywało się w atmosferze sekretu i pewnej delikatności. Kiedy rozpoczynałem pracę, nuncjusz powiedział mi, że otrzymał od papieża specjalne instrukcje dotyczące zmiany hierarchii w USA. Papież z Polski oczekiwał bardziej konserwatywnych, wręcz ortodoksyjnych i całkowicie lojalnych biskupów. Mieli zgadzać się z papieżem w sprawie kontroli urodzeń, aborcji, obowiązkowego celibatu księży i zakazu kapłaństwa kobiet. Tylko tyle wystarczyło, żeby w czasach Jana Pawła II zostać biskupem.

* * *

Czyżby potępiający gejów polski papież uczynił aktywnego homoseksualistę biskupem, a potem arcybiskupem i metropolitą poznańskim przez przypadek? Trzeba być krańcowo naiwnym, żeby twierdząco odpowiedzieć na to pytanie. Jak wspomina inny nasz dobry znajomy, profesor Tomasz Polak, były rektor seminarium duchownego w Poznaniu, kiedy wybuchła afera Paetza i wyszło na jaw, że molestuje kleryków, "papież przysłał swoich przedstawicieli, przebadali sprawę, a dokumentację zawieźli do Watykanu". A konsekwencje? "Tak zwany kop w górę, czyli posada dla Paetza przy jednej z agend Organizacji Narodów Zjednoczonych". Jednak według Polaka Paetz nie zgodził się na "zesłanie".

Dopiero wtedy Wojtyła skapitulował, a Paetz poniósł "konsekwencje".

* * *

Polski papież umiał zadbać o kolegów. Na ich prośbę pierwszym nuncjuszem apostolskim w Polsce po wznowieniu stosunków dyplomatycznych z Watykanem został ich krajan, Józef Kowalczyk. Rzecz to niesłychana, jeśli chodzi o praktykę watykańskiej dyplomacji. Uzasadnienie miało być takie (usłyszeliśmy je od jednego z zaprzyjaźnionych dostojników, który dla własnego bezpieczeństwa musi pozostać anonimowy), że nikt tak dobrze jak Polak nie zrozumie spraw polskich. Odtąd skargi słane z Poznania do nuncjusza, a dotyczące nadużyć wobec kleryków, pozostawały bez odpowiedzi. Nuncjatura, zamiast odgrywać rolę papieskiego oka rejestrującego i reagującego na poczynania polskich hierarchów, utrzymywała ze wszystkimi doskonałe relacje towarzyskie. To właśnie w tych czasach utrwalił się modus operandi hierarchy, który przerzuca posługującego w jego diecezji pedofila z parafii na parafię. I żeby była jasność: nie mówimy o wyjątku, ale o regule. Pedofile trafiali na nowe łowiska. Byli bezkarni. Do tego mogli ignorować ofiary, które ponieważ ufały swoim biskupom, zgłaszały im nadużycia kleru. Będzie o tym jeszcze mowa.

Za to, co robili z pedofilią w podległych im diecezjach, do kwietnia 2001 roku biskupi odpowiadali tylko przed Bogiem. No ale Boga nigdy się przecież nie bali. Prawo świeckie zaś, co do zasady, nie przewidywało obowiązku zgłoszenia nadużyć seksualnych na nieletnich organom ścigania. Pozostawiały one "te sprawy" moralnemu osądowi biskupów, stanowiąc, że denuncjacja to "obowiązek społeczny". Biskupi jednak ponad moralność od zawsze przedkładali lojalność. A przykład idzie z góry.

* * *

W 2000 roku kardynał Darío Castrillón Hoyos, ówczesny prefekt Kongregacji do spraw Duchowieństwa, wysłał list z gratulacjami do francuskiego biskupa, który został skazany na karę więzienia za niedopełnienie obowiązku zgłoszenia przestępstwa seksualnego, jakiego dopuścił się jeden z podległych mu księży. Kardynał Hoyos, gratulując hierarsze, pisał, że dał on przykład, jak biskup powinien w takich sytuacjach reagować. Czy z taką postawą wysoko postawionych duchownych Kościoła katolickiego, jak pokazana na tym modelowym przykładzie, nie mamy i dziś do czynienia?

Po ujawnieniu skali gwałtów i molestowania, których dopuszczali się wobec dzieci duchowni w USA i Irlandii, Watykan nie mógł jednak już dłużej udawać, że pedofilia w Kościele to problem niszowy. Śledztwa dziennikarskie, świadectwa ofiar i tysiące artykułów obnażające brud plebani, klasztorów i szkół katolickich wyciągnęły na powierzchnię ponurą prawdę o tym, jak Kościół chronił pedofilów. Kosztem bezpieczeństwa dzieci. Zadecydowano więc, że wykorzystywanie seksualne osoby poniżej osiemnastego roku życia, którego dopuszcza się duchowny, zostanie włączone do nowej listy przestępstw zastrzeżonych dla Kongregacji Nauki Wiary - to ona od tej pory miała się nimi zajmować. Prawo zwane Sacramentorum sanctitatis tutela weszło w życie 30 kwietnia 2001 roku. List w jego sprawie podpisany przez kardynała Josepha Ratzingera został wysłany do wszystkich biskupów katolickich. Ratzinger doskonale zdawał sobie sprawę, że skala nadużyć, którą ujawniły i nadal będą ujawniać media, przerazi opinię publiczną. Ale w nowej regulacji ustanowiono wyłączną jurysdykcję kongregacji w tych sprawach.

Informacje o pedofilach w Kościele mieli przesyłać do Watykanu biskupi diecezjalni oraz przełożeni zakonni.

W dokumencie, o którym mowa, czytamy: "Jeśli ordynariusz lub hierarcha otrzyma wiadomość, przynajmniej prawdopodobną, o popełnieniu przestępstwa zastrzeżonego, po przeprowadzeniu badania wstępnego winien powiadomić o tym Kongregację Nauki Wiary". To właśnie między innymi za nieprzestrzeganie tej procedury papież Benedykt XVI zdymisjonował około osiemdziesięciu biskupów. Również Franciszek odsuwał od kościelnych funkcji nie tylko księży dopuszczających się pedofilii, lecz także tych, którzy ich chronili.

* * *

Odpowiedzialnymi za wdrożenie tego prawa w Polsce byli nuncjusz Józef Kowalczyk, sekretarz episkopatu Piotr Libera, o którym będzie jeszcze w tej książce mowa, oraz przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski Józef Michalik. Niestety, pierwsze zgłoszenia z Polski, o którym mowa w cytowanym dokumencie, dotarły do Stolicy Apostolskiej dopiero w 2007 roku.

Józef Kowalczyk to nieformalny patron polskiego episkopatu. Przez jego ręce i za jego wstawiennictwem przeszło wiele kandydatur na urzędy biskupie. Był nuncjuszem apostolskim pełniącym ten urząd najdłużej w jednym kraju. Trudno się więc dziwić, że jest fetowany do dziś. Kiedy jesienią 2018 roku obchodził osiemdziesiąte urodziny, oddało mu cześć blisko czterdziestu biskupów.

Według prefekta Kongregacji do spraw Biskupów kardynała Marca Ouelleta jeszcze nie tak dawno około 30 proc. kapłanów, których papież Franciszek wybierał na biskupów, odmawiało tej nominacji. To wskaźnik trzykrotnie wyższy niż jeszcze dziesięć lat temu. W wywiadzie, którego Ouellet udzielił hiszpańskiemu pismu "Vida nueva", przedstawił cechy idealnego biskupa: "Nie wystarczy podkreślać prawd wiary, gdyż kultura zmieniła się ogromnie w ostatnich 40 latach i należy wejść w nową epokę dialogu". Dlatego szuka się obecnie duchownych czujących "zapach owiec", aby "odczuwali empatię" i zainteresowanie "najuboższymi i dalekimi". Ale tacy często odmawiają.

Być może ma to swe źródło w intuicji kandydatów, którzy znają tę uniwersalną regułę:

* * *

To kolejna zasada gomory: każda władza, a już w szczególności absolutna władza biskupia korumpuje, oducza empatii, tworzy dystans, bo w pałacowej perspektywie nie sposób poczuć zapachu owiec.

* * *

Czy można powiedzieć o choć jednym z polskich biskupów, że ma poszukiwane w "kościele Franciszka" cnoty? No cóż, raczej przeciwnie, nasz episkopat jest twierdzą autorytaryzmu w Europie Środkowej. Ze wszystkimi konsekwencjami mentalności autorytarnej. A więc - jak już pisaliśmy - ci, którzy mają władzę, wykorzystują ją, domagając się bezwzględnego posłuszeństwa. Ale też z równą bezwzględnością słuchają swojej zwierzchności, która im ową władzę powierzyła. Konsekwencje tego stanu rzeczy są opłakane zarówno dla "sprawujących władzę", jak i dla "powierzonych ich pieczy". Wystarczy się przyjrzeć stanowi polskiej refleksji teologicznej i wychowaniu seminaryjnemu. W tej pierwszej obowiązuje zakaz myślenia niezależnego, w tych drugich jedynym kryterium lojalności i "prawdziwości powołania" jest bezwzględne posłuszeństwo. Być może tutaj należy upatrywać jednego ze źródeł coraz większego rozchodzenia się dróg polskiego episkopatu i argentyńskiego papieża. 13 marca 2020 roku minęło siedem lat od wyboru mało znanego kardynała Jorge Maria Bergoglio na papieża. W Kościele katolickim te siedem lat zaznaczyły się głębokimi przemianami, które szeroko skomentowano i uzasadniono. W Polsce hierarchowie zachowują wstrzemięźliwość i nadal odwołują się głównie do nauczania polskiego papieża. Istnienia Franciszka nie mogą ignorować, ale znaczenie jego nauczania minimalizują. Niestety pomaga im w tym sam papież, który swoimi nominacjami jedynie wzmacnia monolityczny charakter polskiego episkopatu.

* * *

Na zakończenie chcielibyśmy zwrócić uwagę na osobliwy konflikt, jaki rozegrał się w Kościele katolickim pod koniec 1979 roku, którego konsekwencje trwają do dzisiaj. Wtedy to Kongregacja Nauki Wiary wydała dekret pozbawiający praw nauczania teologii jednego z najważniejszych teologów Soboru Watykańskiego II - Hansa Künga. Jego jedyną przewiną było opublikowanie kilka lat wcześniej krytycznej książki na temat nieomylności papieskiej. Paweł VI nie widział w tym problemu, dopiero Jan Paweł II poczuł się zagrożony na świeżo objętym urzędzie papieskim. Ten krok był brzemienny w skutki i stworzył prawdziwą przepaść między teologami próbującymi wdrożyć idee soborowe w codzienne życie Kościoła a coraz bardziej skostniałą biurokracją watykańską. Kryterium rekrutującym zarówno hierarchów, jak i wykładowców była zasada dobrze znana: "mierny, bierny, ale wierny". I tak zostało do dziś. Pozostawiamy bez komentarza motywy, jakie kierowały decyzją polskiego papieża. Nie wykluczamy jednak, że pierwszy z głównych grzechów nie był bez wpływu. Dodamy tylko, że dla Hansa Künga ta kara obróciła się w błogosławieństwo. Zmarły 6 kwietnia 2021 roku szwajcarski teolog zapewne z góry spogląda na swoich prześladowców, nawet jeśli jeden z nich został już przez ten sam Kościół ogłoszony świętym.

CHCIWOŚĆ. Kościół rozpasany przestaje być kreatywny

"To człowiek, który dla Kościoła jest w stanie odzyskać wszystko. Majątek, grunty, nieruchomości".

 

OJCIEC MARCIN MOGIELSKI O KSIĘDZU ANDRZEJU DYMERZE

 
 

"Kościół rozpasany, mający w nadmiarze dobra materialne, przestaje być kreatywny. Często większość zasobów, które z założenia mają być przeznaczone na zbożne cele, jest marnotrawionych na utrzymanie aparatu, który zarządza środkami". Tak w grudniu 2019 roku mówił papież Franciszek do uczestników światowego forum katolickich organizacji pozarządowych. Przypomniał też, że Kościół zawsze dokonywał wielkich dzieł marnymi środkami. "W życiu bowiem przynosi owoce nie ten, kto ma wiele bogactw, ale ten, kto tworzy i utrzymuje wiele więzi, wiele relacji, wiele przyjaźni" - tłumaczył papież kilka miesięcy wcześniej podczas modlitwy Anioł Pański. Bo ludzie są ważniejsi niż rzeczy. I liczą się bardziej niż bogactwo.

O tym, jak w duchu ubóstwa naprawiać Kościół, mówiła również siostra papieża, Maria Bergoglio: "Ten, kto chce zmian, musi się przede wszystkim sam zmienić, a ten proces może się dokonywać powoli". Według niej papież pragnie "Kościoła, który pozbędzie się swoich materialnych bogactw i przywilejów, Kościoła, którego pasterze nie będą się izolowali, ale "będą czuli swoje owce", nie będą się stawiali ponad wiernych ani unikali kontaktu z ludźmi, lecz będą żyli wśród nich i im służyli".

Pewnie perspektywa tych zmian przeraża wielu biskupów. Oto bliska papieżowi osoba przedstawiła im perspektywę utraty tego, co dla nich najważniejsze: bogactw, ciepłego pałacu, szofera, kucharek i sztabu ochroniarzy.

Maria zna biedę. Mało kto o tym wie, że kiedy brała rozwód, jej brat udzielił jej wsparcia. Potem, kiedy został papieżem, poprosiła, żeby pieniądze ze składki na jej podróż do Watykanu, które zebrali jej krajanie, oddać biednym. Ta prosta kobieta do dziś częstuje swoich gości wodą z musztardówki. Jednym z nich był Mirosław Wlekły - autor książki Raban! O Kościele nie z tej ziemi.

Sam papież Franciszek w Argentynie szukał normalności. Lubił gotować, jeździł po Buenos środkami masowej komunikacji. Miał opinię nieprzystępnego, w towarzystwie dystyngowanych gości robił srogie miny, bo jego naturalnym środowiskiem, w którym promieniował, była bieda. Bliska mu jest, opisana w książce Wlekłego, historia księdza szukającego w niebezpiecznych dzielnicach Buenos Aires biednych, by nieść im pomoc. "Mówią nam: On umarł na krzyżu, by nas zbawić - mówi ów ksiądz. - To kłamstwo. On umarł w obronie biednych".

Jakież to egzotyczne dla Polski, w której możni biskupi oddzieleni grubym pałacowym murem nawet nie mają okazji sprawdzić, co myślą zwykli członkowie ich wspólnot. Ilu jest takich, którzy wyjdą na miasto: do księgarni, na kawę? Zamiast "poczuć owce", komunikują się z nimi listami, w których mentorstwo miesza się z groźbami apokalipsy i wiecznego potępienia.

Okazuje się jednak, że reforma finansów, którą u progu pontyfikatu zapoczątkował Franciszek, na niewiele się zdała, deklaracje imiennika Biedaczyny z Asyżu zaś, choć pięknie brzmią, wciąż są tylko deklaracjami. Franciszek przegrywa z systemem. Oto papież, który zrezygnował z luksusowych apartamentów, czerwonych butów, purpurowej peleryny z gronostajów, w których lubował się jego poprzednik, i zamieszkał w skromnym Domu Świętej Marty, jest bezsilny wobec rozpasania kościelnego establishmentu.

Zamiast reform prościej by było pewnie rozdać te wszystkie bogactwa ubogim i zacząć od nowa. Wielu czytelników zarzuci nam zapewne, że sporo w tym demagogii, ale pytamy poważnie: skoro Kościół jest tak fundamentalny w sprawach seksualności, która dla Jezusa była tematem peryferyjnym, czemu nie słucha tego, co jest fundamentem jego przesłania w Ewangelii Świętego Marka? Oto kiedy bogaty młodzieniec zapytał go: "Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?", a potem zapewnił Jezusa, że przestrzega przykazań, usłyszał: ""Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!". Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości".

Pieniądze i bogactwo to coś, z czym Kościołowi trudno się rozstać. Pilnuje on swoich dóbr jak Najświętszego Sakramentu. Pochmurnieje, gdy ktoś chce kontrolować jego finanse i ograniczać przywileje. Rozdać bogactwo ubogim? Nigdy w życiu!

Czyżby więc Jezus nie miał racji?

* * *

Z uwagi na malwersacje i skandale finansowe papież osobiście musiał się zająć reformami w watykańskim banku zwanym Instytutem Dzieł Religijnych. Pod koniec 2019 roku Watykan powierzył kontrolę nad kontami "zewnętrznemu audytorowi". Zaufanie do hierarchów, którzy dotychczas zarządzali pieniędzmi Watykanu, zupełnie się wyczerpało. I trudno się dziwić. Tyle że zmiany na niewiele się zdały. Według dobrze poinformowanego dziennikarza śledczego Gianluigiego Nuzziego, który zna finanse Stolicy Apostolskiej od podszewki, w 2018 roku pierwszy raz w historii Watykan zamknął rok budżetowy na minusie. Nuzzi przejrzał kilka tysięcy dokumentów. Twierdzi, że długi łatane są z funduszu dobroczynnego, czyli tzw. świętopietrza. Tylko dwa euro z każdych dziesięciu naprawdę trafia do potrzebujących. Co za paradoks? Jak pisze Nuzzi, "setki milionów euro przeznaczone dla najuboższych i najbardziej potrzebujących nadal podlegają wątpliwemu zarządzaniu, tak jakby Watykan był bankiem spekulacyjnym znajdującym się w jakimś podatkowym raju".

Przypomnijmy, że zgodnie z wielowiekową tradycją pod koniec czerwca każdego roku, kiedy Kościół obchodzi uroczystość Świętych Piotra i Pawła, wierni mogą realnie wesprzeć Stolicę Apostolską właśnie za sprawą świętopietrza, swego rodzaju podatku, który według Kurii Rzymskiej jest przeznaczony na potrzeby Kościoła, cele charytatywne i projekty społeczne. Jeśli Nuzzi ma rację, mamy do czynienia nie tylko z niebywałym skandalem, lecz także oszustwem. No ale zweryfikować jego twierdzeń się nie da, bo przecież sfera finansów Watykanu jest owiana tajemnicą.

* * *

To następna na zasada gomory: Kościół nie udziela żadnych informacji na temat swoich zasobów. Próżno szukać informacji o jego budżecie, wydatkach, kosztach i dochodach. Nie składa żadnych sprawozdań.

* * *

Powoli jednak coś z tej tajemnicy zostaje ujawnione. Dzieje się tak za sprawą mediów - by wspomnieć o szokującej, nagłej dymisji kardynała Angelo Becciu we wrześniu 2020 roku. "Kocham cię, ale nie mogłem postąpić inaczej" - miał mu powiedzieć papież w prywatnej rozmowie i namówić do podjęcia decyzji o rezygnacji. A przecież Becciu był jednym z najbliższych współpracowników Franciszka - zaledwie dwa lata wcześniej papież uczynił go kardynałem. Wcześniej pracował w dyplomacji. Odkąd w 2001 roku papież Jan Paweł II uczynił go arcybiskupem, robił karierę jako nuncjusz apostolski w Angoli, a następnie na Wyspach Świętego Tomasza i Książęcej oraz Kubie.

W 2011 roku Benedykt XVI mianował go substytutem do spraw ogólnych w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej. To najważniejsza instytucja Watykanu i serce Kościoła katolickiego. Amerykański jezuita Thomas Reese w książce Watykan od wewnątrz. Polityka i organizacja Kościoła katolickiego słusznie zwraca uwagę na skuteczność biurokracji watykańskiej. Pisząc o interesującej nas komórce Kurii Rzymskiej, zauważa, że "współczesny Sekretariat Stanu składa się z dwóch sekcji, jedna zajmuje się korespondencją papieską i dokumentami, a druga podtrzymywaniem stosunków dyplomatycznych ze światem". Reese nie dodaje, że przez sekretariat stanu do niedawna przepływały główne strumienie watykańskich finansów. Franciszek zmienił to między innymi ze względu na przekręty finansowe, w których centrum znalazł się Angelo Becciu.

* * *

Zaraz po tym, jak 20 maja 2018 roku Becciu został mianowany kardynałem, 26 maja 2018 roku Franciszek powierzył mu funkcję prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. I w tej watykańskiej agendzie finanse zawsze odgrywały istotną rolę. Wszak nie tylko cuda wynoszą kandydatów na ołtarze. Często starania o tytuł świętego wspierają ogromne "ofiary" w całkiem wymiernej walucie. Teraz zawiadywał nimi Becciu. Nie bez racji więc mówiono o nim, że to druga osoba po papieżu. I człowiek, któremu następca świętego Piotra ślepo ufa.

Ale ów następca musiał w końcu zmusić swojego protegowanego do dymisji. Obejmowała ona nie tylko rezygnację z funkcji prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, lecz także z praw przysługujących kardynałom. Nic dziwnego: reputację Becciu obciążały finansowe malwersacje idące w setki milionów euro. U podstaw dymisji nie legła jednak wyłącznie głośna inwestycja Watykanu na londyńskim rynku nieruchomości, w której Watykan utopił miliony euro. Przede wszystkim przedziwne inwestycje prowadzone przez braci kardynała, które Becciu wspierał strumieniem niebotycznych przelewów z Watykanu.

Przypomnijmy, że w 2014 roku Stolica Apostolska za 200 milionów dolarów kupiła udziały w biurowcu w londyńskiej dzielnicy Chelsea. Każdy, kto zna Londyn, wie, że to jedna z najdroższych i prestiżowych lokalizacji. Okazało, że w trakcie przekształcania biurowca w luksusowy apartamentowiec doszło do korupcji. W październiku 2019 roku watykańscy śledczy dokonali przeszukań w kilku biurach w sekretariacie stanu oraz lokalu AIF, czyli watykańskiej instytucji odpowiedzialnej za pilnowanie przejrzystości finansowej. W konsekwencji kilku duchownych otrzymało zakaz opuszczania Stolicy Apostolskiej. Ale był to dopiero początek afery.

W toku trwającego kilka lat śledztwa badano nie tylko trefne inwestycje w nieruchomości (przy okazji mogło dochodzić do prania brudnych pieniędzy), lecz także przekręty dotyczące gospodarowania pieniędzmi ze świętopietrza. A raczej niegospodarności. Te doroczne ofiary Becciu inwestował w biznesy niemające żadnego związku z ich pierwotnym przeznaczeniem.

Becciu powierzył watykańskie pieniądze finansiście Enricowi Crasso, który z kolei kierował je do funduszy spekulacyjnych w rajach podatkowych. Mało tego, badania obejmują niejasne transakcje zawierane przez włoski Caritas ze spółką zarządzaną przez Mario Becciu, brata kardynała. Okazuje się m.in., że pewna firma produkująca piwo podpisała umowę na umieszczenie logo Caritas na swoich butelkach. Caritas w zamian miał otrzymywać 5 proc. z dochodów ze sprzedaży alkoholu. Według śledczych z Watykanu umowa jednak tylko z pozoru wygląda na korzystną (nie mówiąc o jej moralnej niejednoznaczności). Watykan chce również uzyskać więcej informacji na temat relacji jednej z diecezji ze spółką, której właścicielem jest inny brat Becciu, Tonino. Becciu co najmniej dwukrotnie żądał i uzyskał od Konferencji Episkopatu Włoch bezzwrotne pożyczki na rzecz podmiotu, którym zarządzał jego brat Tonino. Mówimy o kwocie 700 tysięcy euro.

Becciu dał wyraz swojej słabości do rodzeństwa już przed laty, jako nuncjusz w Angoli i na Kubie. W tym czasie inny jego brat, Franciszek, właściciel firmy z branży drzewnej, remontował wiele kościołów w tych krajach. Remonty oczywiście finansowano z funduszy misyjnych episkopatu Włoch.

* * *

Według wstępnych wyliczeń wszystkie te mniejsze i większe operacje Becciu wyrwały w watykańskich finansach dziurę głęboką na niemal pół miliarda euro. Ale jego sprawa jest rozwojowa. Pojawia się zarzut, że miał on przekupić dwóch świadków, którzy przyczynili się do nieprawomocnego skazania jego zaciekłego wroga, australijskiego kardynała George'a Pella, za molestowanie seksualne. Becciu popadł w konflikt z Pellem, który zwalczał korupcję w Watykanie i zamierzał wprowadzić program przejrzystości finansowej. Chwilę przed wybuchem afery Pella australijski kardynał pełnił funkcję watykańskiego sekretarza do spraw ekonomii. Był też członkiem rady K-9, grupy kardynałów stanowiących ścisłe grono doradców papieża Franciszka. Zawiadomienie o molestowaniu, którego miał się dopuścić Pell w 2015 roku, skierował trzydziestoletni mężczyzna, który twierdził, że w latach 1996 i 1997 Pell - będący biskupem w Melbourne - wykorzystał go seksualnie. Według pokrzywdzonego molestowany miał być również jego kolega ze szkoły, który nie żył już w chwili zgłoszenia nadużycia. Obaj chłopcy byli nieletnimi chórzystami, a przy okazji ich występów w katedrze biskup miał z nimi nawiązać patologiczną relację. Australijska prokuratura w 2017 roku oskarżyła Pella o przemoc seksualną wobec chłopców, w tym o gwałt. Pell stanął przed australijskim wymiarem sprawiedliwości. Po drugim procesie (pierwszy nie przyniósł rozstrzygnięcia), w grudniu 2018 roku kardynał został skazany na sześć lat pozbawienia wolności. Pell spędził w więzieniu rok. Wyrok skazujący został utrzymany przez Sąd Apelacyjny, ale australijski Sąd Najwyższy uznał, że na podstawie zebranych dowodów nie można z całą pewnością uznać winy kardynała i rozstrzygnął wątpliwości na korzyść oskarżonego.

Wracając do Becciu, okazuje się, że w 2017 roku hierarcha ten przelał blisko 700 tysięcy euro z watykańskich zasobów. Pieniądze te trafiły do Australii. Robert Richter, jeden z adwokatów Pella, zażądał śledztwa w sprawie tych środków. Sformułował hipotezę, że mogły one zachęcić pokrzywdzonego do oskarżenia australijskiego kardynała. A także posłużyć do finansowania kampanii medialnej wymierzonej przeciwko kardynałowi w trakcie postępowania sądowego. Wersję tę potwierdzać mają zeznania wieloletniego asystenta Becciu, księdza Alberto Perlasci, który również został oskarżony w śledztwie dotyczącym wyprowadzania watykańskich pieniędzy. Kapłan złamał się i poszedł na współpracę z prokuraturą. Perlasca twierdził, że jego pryncypał zwalczał Pella, gdyż australijski kardynał jako prefekt sekretariatu do spraw gospodarczych już w 2015 roku alarmował, że z finansami Watykanu dzieją się dziwne rzeczy. Na zlecenie Becciu, jak twierdzi Perlasca, wyrok na Pellu miał wykonać przedstawiciel "znanej rzymskiej rodziny". To on miał wytypować w Australii "ofiarę", którą rzekomo Pell miał w przeszłości molestować. Na kanwie tej historii ukuto w Rzymie powiedzenie: "Działa strzelają w Australii, ale pociski wyprodukowano w Watykanie".

* * *

Kardynał Becciu jest też zamieszany w finansowanie filmu Rocketman, którego bohaterem jest legendarny muzyk i zdeklarowany homoseksualista Elton John. Film odniósł ogromny sukces finansowy. Jak podał włoski dziennik "Corriere della Sera", w jego produkcję Watykan miał zainwestować (choć nie bezpośrednio) przynajmniej milion euro. Poza tym inwestował również w inne filmy. W każdym razie sprawa wyszła na jaw po ogłoszeniu 15 marca 2021 roku przez Kongregację Nauki Wiary dokumentu zabraniającego księżom katolickim błogosławić pary homoseksualne. Elton John skomentował krótko ten akt w mediach społecznościowych: "Hipokryzja. Jeśli potępiacie homoseksualizm jako grzech, to dlaczego robicie na nim pieniądze?".

Jak dotąd Watykan nie odniósł się do tej bulwersującej opinię publiczną sprawy.

* * *

Na marginesie sprawy Becciu po raz pierwszy ustalono cenę tronu świętego Piotra. Wynosi ona 10 milionów euro. Na taką bowiem kwotę zhańbiony kardynał wycenił pozew, który skierował do włoskiego sądu. Winą za swoją dymisję Becciu obarczył włoski dziennik "L'Espresso". Za sprawą publikacji tego dziennika - jak twierdzi - stracił reputację, a co za tym idzie... szansę na zostanie papieżem. W przekonaniu Becciu jego nieskazitelna biografia i dokonania dawały nadzieję, że byłby liczącą się figurą w gronie "papabili" - faworytów do roli kolejnego następcy świętego Piotra. Becciu dowodził, że wykluczenie go z następnego konklawe może wręcz "podważyć ważność wyboru Ojca Świętego".

Włoskie media mają z Becciu uciechę. W swojej rozpaczy jest groteskowy i śmieszny. Z dnia na dzień spadł z piedestału, stracił to, co najbardziej kocha: pieniądze i wpływy. Dziś jest nikim. Co więcej, 27 lipca 2021 roku stanął przed Trybunałem Watykańskim, którym od 2019 roku kieruje osoba świecka: Giuseppe Pignatone. Dzięki nowym regulacjom wprowadzonym przez Franciszka przed Trybunałem mogą być sądzeni również biskupi i kardynałowie. Zarzuty, jakie ciążą na Becciu i jego współpracownikach, są poważne. Chodzi o nadużycie władzy, sprzeniewierzenie funduszy, oszustwo i korupcję.

Przychylamy się do opinii Thomasa Reese'a, który widzi w całej aferze związanej z kardynałem Becciu przejaw procesu naprawy struktur funkcjonowania Kurii Rzymskiej. Przypomina, jak jeszcze w 2017 roku, gdy apartament Tarcisio Bertone'a, innego potężnego kardynała i sekretarza stanu za pontyfikatu Benedykta XVI, został wyremontowany za kilkaset tysięcy euro z pieniędzy przeznaczonych na szpital Dzieciątka Jezus, przed sądem zostały postawione wyłącznie dwie osoby świeckie. Kardynałowi Bertone'owi nie tylko nie postawiono żadnych zarzutów, ale nawet nie został przesłuchany. Tak więc jakiś postęp dokonuje się również w strukturach Kurii Rzymskiej.

* * *

Jeszcze przed wybuchem afery Vatileaks w 2012 roku, kiedy to ujawniono poufne listy do Benedykta XVI na temat szerzących się pod bokiem papieża korupcji i nepotyzmu, Watykan był postrzegany jako swoisty raj podatkowy i pralnia brudnych pieniędzy. Nawet ze źródeł mafijnych, w tym od Cosa Nostry. Potwierdził to wyrok włoskiego wymiaru sprawiedliwości w sprawie zabójstwa bankiera Roberto Calviego, szefa Banco Ambrosiano, wydany 7 maja 2010 roku. Więcej szczegółów na temat tej sprawy poznaliśmy dzięki głośnej książce Vaticano S.p.a Gianluigiego Nuzziego. Ujawnił on dokumenty, z których jasno wynika, że "reforma" Instytutu Dzieł Religijnych (czyli watykańskiego banku), którą przeprowadził w 1989 roku Jan Paweł II, nic nie zmieniła. Papież przekazał kontrolę nad finansami Watykanu prałatowi Donato De Bonisowi, który był prawą ręką kluczowego w skandalu Banco Ambrosiano arcybiskupa Paulo Marcinkusa. Marcinkus był dyrektorem banku watykańskiego w latach 1971-1989 i właśnie jako dyrektor wypłacił wierzycielom Banco Ambrosiano 244 miliony dolarów w zamian za poniechanie przez nich roszczeń. Chociaż sam Marcinkus był przeciw tej operacji, uległ jednak naciskom kardynała Casaroliego i papieża Jana Pawła II. To właśnie dlatego amerykański hierarcha był poszukiwany przez włoski wymiar sprawiedliwości. Uniknął więzienia tylko dlatego, że chronił go immunitet dyplomatyczny.

Zdaniem Agnieszki Zakrzewskiej, znawczyni kulis watykańskich afer, to właśnie Donato De Bonis prowadził niejako "równoległy" bank watykański umożliwiający pranie brudnych pieniędzy wielu włoskim politykom. Mieli oni za pośrednictwem Watykanu wyprać 300 milionów dolarów. Z nielegalnych operacji finansowych tego banku korzystali m.in. polska podziemna Solidarność, ale też autorytarne reżimy Ameryki Łacińskiej.

Czy powinno nas to dziwić? Absolutnie nie. Również w Watykanie pieniądz nie śmierdzi. Jak ujawnił w grudniu 2019 roku "Washington Post", w ciągu ostatnich siedemnastu lat, zaczynając od 2001 roku, kardynał Theodore McCarrick, o którym będzie jeszcze mowa, przekazał wysoko postawionym hierarchom w Stolicy Piotrowej około 600 tysięcy dolarów. Byli wśród nich i ci, którzy mieli oceniać stawiane mu zarzuty. Tylko między 2001 a 2005 rokiem kardynał przesłał papieżowi Janowi Pawłowi II 90 tysięcy dolarów. Miesiąc po wyborze na papieża Benedykt miał otrzymać ćwierć miliona dolarów. Kiedy sprawę ujawniły media, Watykan wyjaśnił, że pieniądze od kardynała to zwyczajowe dary na Boże Narodzenie albo wyraz uznania, które przekazywano między innymi na cele charytatywne. Rodzi to jednak oczywiste pytanie, czy środki tak hojnie darowane przez kardynała pomagały mu przez wiele lat unikać odpowiedzialności za nadużycia?

* * *

Do odpowiedzialności skutecznie pociągnął McCarricka dopiero papież Franciszek, który po blisko dwudziestu latach od zgłoszenia formalnych skarg wydalił go w ekspresowym tempie ze stanu kapłańskiego. Tymczasem już w 2000 roku profesor seminarium w Newark w USA ojciec Bonifacy Ramsey sporządził pismo i opisał w nim wybryki jurnego hierarchy. Podrywał on kleryków, proponował noclegi - zazwyczaj kilku naraz - w swoim prywatnym domku.

List Ramseya został dostarczony do nuncjatury apostolskiej w USA 22 listopada 2000 roku, a następnie przesłany do Watykanu, na co Ramsey przedstawił dowód na piśmie. Nikt jednak nie wszczął żadnego postępowania wobec McCarricka.

Mało tego: jak podały w grudniu 2019 roku amerykańskie media, między innymi "The Washington Times" i opiniotwórczy w katolickich kręgach Ameryki "National Catholic Reporter", Jan Paweł II wiedział o nadużyciach pedofilskich przyszłego kardynała, jeszcze zanim do Watykanu poskarżył się na niego Ramsey. Jak wyznał James Grein, którego McCarrick molestował, gdy ten miał zaledwie jedenaście lat, opowiedział o wszystkim Janowi Pawłowi II w Watykanie w 1988 roku w obecności innych watykańskich urzędników. Ponoć nie zrobiło to wrażenia na papieżu.

W raporcie dotyczącym sprawy McCarricka omawiany jest list z 1999 roku przesłany przez arcybiskupa Nowego Jorku Johna O'Connora do arcybiskupa Gabriela Montalvo, ówczesnego nuncjusza w Waszyngtonie. O'Connor wiedział od biskupów z New Jersey o nagannych zachowaniach McCarricka. Jeszcze zanim ofiary złożyły na niego oficjalną skargę. Zatroskany kardynał pisał o "wiarygodnych świadkach nadużyć" i przewidywał, że może dojść do "skandalu i szerokiego, niepożądanego rozgłosu", gdyby arcybiskup McCarrick przeniósł się z Newark do Waszyngtonu, co stworzyłoby mu warunki do nominacji kardynalskiej. Zapewne doszło do przecieku, bo niedługo później McCarrick przesłał list do biskupa Stanisława Dziwisza, zaufanego sekretarza Jana Pawła II, w którym zapewnił, że jest - tak, właśnie tak! - dziewicą. Tylko w tak odrealnionej instytucji jak Kościół katolicki jest możliwe, że mimo ciążących na potencjalnym kandydacie licznych zarzutów formułowanych przez uznane autorytety ostatecznie wygrywa "swój człowiek". Tylko dlatego, że ma dojście do "ucha szefa". Do tego co można powiedzieć o instytucji, w której o kluczowych rozdaniach decydują ludzie pokroju Dziwisza. Po lekturze 461 stron raportu poświęconego bulwersującej karierze Theodore'a McCarricka, w którym nazwisko papieskiego sekretarza pojawia się czterdzieści pięć razy, nie można mieć wątpliwości, kto tak naprawdę za tą karierą stał. Cóż. Nie nasz cyrk, nie nasze małpy.

Wracając do tematu. Miesiąc po otrzymaniu listu McCarricka, 11 września 2000 roku, papież z Polski spotkał się z kardynałem Angelo Sodano, pełniącym w tym czasie funkcję watykańskiego sekretarza stanu. Ze spotkania powstała notatka podpisana przez papieża. Zgodnie z jego dyspozycją Kongregacja Biskupów została poinstruowana, aby dodać nazwisko McCarricka do krótkiej listy kandydatów do objęcia archidiecezji waszyngtońskiej, z której McCarrick był pierwotnie wyłączony. Jedenaście dni później, 22 września 2000 roku, Kongregacja Nauki Wiary odstąpiła od zwykłego wymogu przyjęcia kandydatury drapieżcy "bez sprzeciwu". Był to precedens. W ten właśnie sposób McCarrick z pominięciem standardowych procedur dopiął swego i został kardynałem.

* * *

Jakie były przyczyny słabości Jana Pawła II do McCarricka? Być może trzeba ich poszukiwać w jego korespondencji z Wandą Tymieniecką, amerykańską filozofką, znawczynią fenomenologii Husserla i tłumaczką jednego z najważniejszych dzieł filozoficznych Karola Wojtyły Osoba i czyn. Wieloletnia intelektualna przyjaźń Wojtyły i Tymienieckiej jest dobrze udokumentowana w ich listach. Sekretne listy Jana Pawła II to tytuł dokumentu wyprodukowanego na ich temat przez BBC. Wynika z niego, że relacje Karola Wojtyły i Wandy Tymienieckiej były dość zażyłe. Jeden z nas wziął udział w realizacji tego dokumentu, więc z opowiadań autorów programu wiemy, że Biblioteka Narodowa utrudniała dostęp do tych listów. Pewne fakty można jednak zrekonstruować.

Poznali się w 1973 roku, a ich przyjaźń trwała aż do śmierci papieża. To Tymieniecka nie tylko tłumaczyła książkę Osoba i czyn, lecz także w wielu punktach dookreślała myśl autora. Według prawicowego amerykańskiego portalu Church Militant, gdy tylko McCarrick odkrył, że Tymieniecka jest bliską przyjaciółką papieża, natychmiast się do niej zbliżył. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach. Wspomniany Church Militant informował nawet, że w 2018 roku w związku z przygotowywanym raportem dotyczącym McCarricka listy Tymienieckiej do Jana Pawła II miały być sprowadzone do Watykanu. Mogły bowiem znajdować się w nich dane ukazujące starania McCarricka o przychylność przyjaciółki papieża. Czy tak się stało? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że listy, które pisał do Tymienieckiej Jan Paweł II, zakupiła ze środków własnych Biblioteka Narodowa za kwotę 10,8 miliona złotych. Najbardziej interesujący jest fakt, że choć transakcję zawarto w 2008 roku, do dziś nawet badacze nie mają do tych dokumentów dostępu. To wręcz niesłychane, że ich katalogowanie trwa już kilkanaście lat. Tak na marginesie archiwum Tymienieckiej słono kosztowało podatników. No ale kto bogatemu zabroni? Dla przykładu archiwum Czesława Miłosza i jego rodziny kupiono za kwotę 2,8 miliona złotych. Archiwum Franciszki i Stefana Themersonów za 1 milion złotych, Jerzego Turowicza za 1,5 miliona złotych, a Henryka Mikołaja Góreckiego w 2017 roku za zaledwie 1,2 miliona złotych.

* * *

Spraw, które wymagają zbadania pod kątem ochrony przestępców seksualnych oraz ich protektorów przez otoczenie polskiego papieża, jest więcej.

Sztandarowym przykładem jest sprawa Maciela Degollado. Stworzony przez niego zakon Legion Chrystusa to sekta dobrze kamuflująca wewnątrzkorporacyjną patologię. Jak wspomina ksiądz profesor Andrzej Kobyliński, w latach dziewięćdziesiątych kilkudziesięciu członków tego zakonu studiowało razem z nim filozofię na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Kobyliński bywał w głównej siedzibie zgromadzenia w Wiecznym Mieście na via Aurelia. Niektórzy legioniści byli jego dobrymi kolegami.

- W latach 1993-2005 oceniałem zakon niezwykle pozytywnie - mówi Kobyliński. Wiele lat później zmienił zdanie. Po zapoznaniu się z kilkuset opracowaniami na temat zakonu stwierdził, że tajemnica nieprawości i walka dobra ze złem w dziejach Legionu Chrystusa są o wiele bardziej przejmujące i szokujące niż analizy Fiodora Dostojewskiego na kartach Zbrodni i kary, Biesów czy Braci Karamazow.

W 2019 roku Legion opublikował raport dotyczący nadużyć na tle seksualnym, które zdarzyły się w jego szeregach w latach 1941-2019 roku. Wynika z niego, że 175 osób było wykorzystanych seksualnie przez 33 księży. Kolejnych 90 alumnów padło ofiarą innych 54 seminarzystów, z których 46 nie zostało ostatecznie księżmi. Marcial Maciel Degollado, założyciel zgromadzenia, według raportu dopuścił się czynów pedofilskich na mniej więcej 60 osobach. Ten degenerat, narkoman, malwersant i bigamista gwałcił nawet własne dzieci.

Pierwsze zgłoszenia dotyczące czynów pedofilskich w utworzonym przez Maciela w 1941 roku zakonie miały się pojawić już w latach czterdziestych. Maciel obłaskawiał jednak zwierzchników pieniędzmi. W 1956 roku został jednak zawieszony w prawach przełożonego zakonnego w związku z podejrzeniami o wykorzystywanie seksualne podopiecznych oraz narkomanię. Przywrócono go jednak w 1959 roku tuż po śmierci Piusa XII i przed wyborem jego następcy.

Kongregacja Nauki Wiary, której w latach 1981-2005 przewodniczył kardynał Joseph Ratzinger, rozpoczęła formalne postępowanie w sprawie Maciela Degollado w październiku 1998 roku. Ofiary w obecności pełnomocników złożyły zeznania procesowe. Oskarżenie założyciela Legionu było gotowe na początku 1999 roku. Jednak 24 grudnia 1999 roku Watykan zawiesił postępowanie przeciwko Macielowi Degollado. W międzyczasie Ratzinger poinformował polskiego papieża o zarzutach. Jak ujawnił następca Ratzingera, papież Franciszek, Jan Paweł II kazał odłożyć sprawę do archiwum. Franciszek podzielił się tą historią z dziennikarzami w drodze powrotnej z pielgrzymki do Zjednoczonych Emiratów Arabskich 5 lutego 2019 roku.

"Co do papieża Benedykta, to chciałbym podkreślić, że jest człowiekiem, który miał odwagę wykonać wiele pracy w tym temacie. Jest taka anegdota: miał wszystkie dokumenty dotyczące zgromadzenia, w którym dochodziło do nadużyć seksualnych i ekonomicznych. Udał się do nich, ale natrafił na przeszkody i nie mógł do nich dotrzeć. Papież Jan Paweł II, który pragnął poznać prawdę, poprosił go o spotkanie. Joseph Ratzinger przedstawił na nim dokumentację, wszystkie zebrane papiery. Gdy wrócił, powiedział do swojego sekretarza: "Daj to do archiwum, wygrała druga strona"" - mówił Franciszek.

Następca Benedykta zauważył, że jedną z pierwszych rzeczy, którą Joseph Ratzinger zrobił po wyborze na papieża, było wznowienie sprawy Maciela Degollado. W 2006 roku otrzymał on zakaz publicznych wystąpień i publicznego sprawowania liturgii. Do zakonu wprowadzono nowy zarząd. Maciel zmarł w 2008 roku. W końcu, w maju 2010 roku, Watykan przyznał, że najcięższe i obiektywnie niemoralne zachowania ojca Maciela, potwierdzone przez niepodważalne świadectwa, jawią się niekiedy jako prawdziwe przestępstwa i ukazują życie pozbawione skrupułów i autentycznych uczuć religijnych.

A jednak Jan Paweł II był zauroczony Macielem, który walnie przyczynił się do organizacji pierwszej pielgrzymki papieża Polaka do Meksyku. Oczarował go splendor, który nadano tej wizycie.

Brazylijski kardynał Jo?o Braz de Aviz, szefujący Kongregacji do spraw Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego, powiedział po latach, że dostojnicy kościelni, którzy kryli pedofila Marciala Maciela Degollado, to "mafia". Kim był w tych czasach mafioso - boimy się zapytać. Ale jedno możemy stwierdzić z całą pewnością: Maciel miał atuty, które czyniły go w czasach Jana Pawła II i jego poprzedników bezkarnym. Chodzi o pieniądze. I wpływy.

* * *

W 2015 roku Raúl Olmos opublikował książkę pt. Imperium finansowe Legionistów Chrystusa. Wycenił majątek zgromadzenia na 43,6 miliarda dolarów. A więc dominikanie czy jezuici to przy nich biedacy. Przy tak dużym budżecie legioniści mogli bez trudu kupować sobie poparcie najbardziej wpływowych osób.

Z relacji legionistów, z którymi rozmawiał dziennikarz Jason Berry, autor książki Śluby milczenia. Nadużycia władzy za pontyfikatu Jana Pawła II, Maciel wspierał finansowo prefektów kongregacji odpowiedzialnej za zakony, w tym Eduarda Francisca Pironia (był prefektem w latach 1976-1984) i Eduarda Martíneza Somala (1992-2004). Temu pierwszemu Maciel zapłacił za renowację rezydencji w Rzymie. Drugiemu za pośrednictwem zaufanego księdza Maciel przekazał pękatą kopertę, która zawierała 90 tysięcy dolarów. Według jednego z rozmówców Berry'ego "był to sposób na zdobywanie przyjaciół, na smarowanie, można by rzec". Oczywiście Somalo zignorował pojawiające się w mediach w 1997 roku zarzuty dotyczące Maciela.

Szczególnymi względami Maciela cieszył się Angelo Sodano. Kiedy ten został kardynałem, zorganizował mu uroczystość na dwieście osób. Kolejną, kiedy Sodano został sekretarzem stanu.

Maciel przez lata przekazywał też datki na cele dobroczynne Dziwiszowi. Między innymi w ten sposób pielęgnował z nim swoją relację - kupował wpływy człowieka, który był najbliżej papieża. Niczym niewyróżniający się Dziwisz, Nikodem Dyzma Kościoła, za sprawą swojego protektora znalazł się na szczycie watykańskiej hierarchii władzy. Oto człowiek bez talentów duszpasterskich, bez dorobku, asystował papieżowi w czasie audiencji i spotkań z głowami państw i w prywatnych mszach, które papież odprawiał o siódmej rano, miał sypialnię w prywatnych apartamentach Pałacu Apostolskiego. Nic dziwnego, że tak bardzo zależało Macielowi na jego poparciu.

Według byłych legionistów, którzy rozmawiali z Berrym w reportażu Śluby milczenia, Dziwisz wielokrotnie przyjmował datki w zamian za dopuszczanie osób wskazanych przez legionistów na prywatną mszę Jana Pawła II. W 1997 roku miał przyjąć 50 tysięcy dolarów od meksykańskiej rodziny. "Tak się działo stale za czasów Dziwisza" - wyjaśnili Berry'emu. "Maciel chciał kupić sobie władzę".

Jak wspomina w rozmowie z nami Jason Berry, w 2008 roku za pośrednictwem polskiego dziennikarza wysłał Stanisławowi Dziwiszowi szczegółowy zestaw pytań w języku polskim opartych na informacjach od księży w Rzymie.

- Rzecz jasna, pytałem też o pieniądze, które zostały mu przekazane jako bliskiemu asystentowi Jana Pawła II - opowiada Berry. - Otrzymaliśmy odpowiedź, że nie ma czasu na rozmowę. Niczemu nie zaprzeczył, po prostu nic nie odpowiedział.

Kardynał Dziwisz milczy również dzisiaj, jakby nie docierał do niego ciężar spadających na niego oskarżeń, jakby nic nie rozumiał. Za to ustawicznie gra kombatancką kartą. Kiedy Marcin Gutowski, autor reportażu Don Stanislao wyemitowanego przez TVN, pytał go o korzyści majątkowe, które miał otrzymywać od legionistów, stwierdził, że są to zarzuty "zniesławiające" i mają na celu podważenie jego "pokornej" służby na rzecz Świętego Jana Pawła II. Zapewnił też, że nigdy nie przyjmował żadnych pieniędzy.

Musiał to być jednak powszechny proceder, skoro papież Franciszek w kwietniu 2021 roku nie tylko zalecił pracownikom tamtejszych urzędów złożenie deklaracji, że nigdy nie byli karani i nie są objęci śledztwem w sprawie poważnych zarzutów, lecz także zabronił im przyjmowania jakichkolwiek prezentów o wartości powyżej 40 euro.

* * *

Jeszcze niedawno na pytanie, czy "święty papież" wiedział coś o zarzutach wobec Maciela, odpowiadano, że nic, bo to dobry car, którego otaczali niedobrzy bojarzy. Prawda, że to piękna baśń? Dziś sprawa jest już jasna. Były poszlaki, ale brakowało potwierdzenia. Dostarczył go Franciszek we wspomnianym wywiadzie, którego udzielił na pokładzie samolotu wracającego z Abu Zabi.

Być może słowa skierowane cztery lata wcześniej (14 października 2015 roku) przez Franciszka do zgromadzonych na placu Świętego Piotra dotyczyły tych właśnie faktów. Papież wszystkich zaskoczył. Zanim rozpoczął katechezę, w imieniu Kościoła przeprosił za skandale, do których w ostatnim czasie doszło zarówno w Rzymie, jak i w Watykanie.

"Proszę was o przebaczenie" - powiedział.

To oczywiście poruszający i ważny akt. Jednak naszym zdaniem znaczenie ważniejsze byłoby podjęcie przez papieża konkretnych działań i pociągnięcie do odpowiedzialności tych wszystkich, którzy sprowokowali go do tego aktu skruchy. Tymczasem poza osobistym świadectwem Franciszka nie sposób dostrzec w Kościele żadnych widocznych zmian. Dopóki nie dojdzie do rozliczenia hierarchów winnych tuszowania afer - nie tylko pedofilskich - słowa przeprosin będą działać na pokrzywdzonych jak płachta na byka. Przychodzi nam do głowy słynny opis uczty króla Baltazara znany z Księgi Daniela (5, 1-30), który ucztował, bezczeszcząc naczynia sakralne ze świątyni Jerozolimskiej. Jak wiemy, jego upadek stał się przysłowiowy. Czy nie podobna przyszłość czeka tych wszystkich, którzy wzbogaciwszy się dzięki datkom wiernych, używają bogactwa do prywatnych, czasami brudnych celów?

* * *

Również w Polsce zaimpregnował się obraz zdegenerowanego krezusa w koloratce, pławiącego się w przepychu. To typ, który podobnie jak Maciel, kompensuje dewocją skrywaną perwersję i wznosi wokół pomniki Bogu. Doskonale wie, że ten przepych i rozmach to klucz do bezkarności. W tym schizofrenicznym spektaklu uczestniczą zauroczeni jego rozmachem politycy, oślepione światłem aureoli organy ścigania, wreszcie zwykli ludzie, bo to z ich wdowiego grosza fundowane są sakralne latyfundia.

Ksiądz Eugeniusz Makulski zasłynął jako wielki budowniczy Lichenia. Swego czasu był proboszczem najbogatszej parafii w Polsce, bo bazylika, którą wybudował, to największy kościół w Polsce, szósty w Europie i jedenasty na świecie. Przez trzydzieści osiem lat, do 2004 roku, był kustoszem sanktuarium i w tym czasie stworzył drugi po Częstochowie ośrodek kultu maryjnego w Polsce.

Makulski uosabiał sakralny przepych: "Jeśli ktoś mówi "ksiądz Makulski", to myśli Licheń. A jeśli mówi "Licheń", od razu przychodzi mu na myśl ksiądz Makulski". Tak rzeczywiście było. W latach jego świetności sanktuarium odwiedzało rocznie ponad półtora miliona pielgrzymów. W 1999 roku, w budującej się jeszcze bazylice, modlił się polski papież. To właśnie wtedy, podczas swojej siódmej pielgrzymki do ojczyzny poświęcił niedawno wzniesione mury. Kilka miesięcy później, w marcu 2000 roku, episkopat Polski zadecydował, że świątynia ta, jako jedna z trzech (obok kościoła Miłosierdzia Bożego w Krakowie-Łagiewnikach i Opatrzności Bożej w Wilanowie), będzie wotum Kościoła katolickiego na Wielki Jubileusz Narodzenia Chrystusa.

Wszystko to działo się dzięki operatywności księdza Makulskiego. Zanim Polacy na dobre poznali nazwisko ojca Tadeusza Rydzyka, to właśnie jego okrzyknięto największym menadżerem Kościoła. Znał się na zbieraniu pieniędzy jak mało kto. Nie wyciągał po nie rąk do mieszkańców Lichenia. Przeciwnie, tym tylko przybywało dochodów. Była praca, można było zarobić na noclegach, handlu i usługach dla pielgrzymów. Makulski umiał mobilizować darczyńców. Swego czasu skierował do każdego, kto kiedykolwiek wpłacił jakiś datek "na Licheń", zaproszenie, aby nie tylko był świadkiem konsekracji świątyni, lecz także został rodzicem chrzestnym wielkiego dzwonu, który ufundowali wierni. Nie chodziło o jakiś pośledni dzwon. W dzwonnicy bazyliki zawieszono Maryję Bogurodzicę. Rzecz jasna, to największy dzwon w Polsce i siódmy w Europie. Zaproszeni poczuli się nobilitowani i wyróżnieni. Do Lichenia zjechało sto tysięcy osób. Zakorkowali drogi dojazdowe. Chrzestni przybyli oczywiście z kopertami.

Kiedy inwestycja była na ukończeniu, w 2004 roku media ujawniły skandal, którego bohaterem okazał się sam ksiądz Makulski. Chodziło o nadużycia finansowe. Otóż pieczę nad pieniędzmi na budowę Lichenia sprawowała rodzina Makulskiego. Sam Makulski przyznał dziennikarzom programu Interwencja wyemitowanego w Polsacie, że przy budowie Lichenia i zbieraniu datków pracowało z nim kilkunastu krewniaków. Media donosiły, że osoby te obłowiły się na obsłudze finansów bazyliki. Kuzyn kierował inwestycją, a kuzynka liczyła gotówkę. Ojcowie marianie opiekujący się na co dzień tym świętym miejscem zaprzeczali owym doniesieniom. Jednak według ustaleń tygodnika "Wprost", odkąd krewni Makulskiego znaleźli zatrudnienie przy Licheniu, skorzystali na tym finansowo. Jeden z nich zbudował pod Warszawą willę dla swojej córki wartą około 2 milionów złotych. Inni rozbudowali gospodarstwa, kupowali nowe samochody...

Dość szybko zasłużony dla Kościoła zakonnik został odwołany z funkcji kustosza świętego przybytku. Komentując doniesienia medialne o nadużyciach finansowych, Dariusz Marczewski, sekretarz polskiej prowincji Zgromadzenia Księży Marianów, zapewniał, że w tej sprawie nie ma drugiego dna. Mimo to jest jasne, że Makulskiego odwołano, aby nie odsłaniać kulis finansowania budowy bazyliki.

Ale to nie wszystko. Bogdan Chlebuś, kierowca Makulskiego, w 2004 roku oświadczył w programie Interwencja, że zanim poznał słynnego księdza, nie wiedział, że jest gejem. Ale kiedy został kierowcą Makulskiego, uświadomił mu ten fakt sam wielki budowniczy Lichenia, a praca kierowcy stała się przykrywką dla ich relacji.

Makulski miał gest. Sprezentował Chlebusiowi, o czym ten bez żenady opowiadał dziennikarzom Polsatu, chevroleta luminę, BMW Z3, mercedesa klasy S oraz chryslera 300 M.

- Choć oficjalnie zarabiałem 800 złotych, mogłem w krótkim czasie wybudować dom w Ostrowie Wielkopolskim, w ciągu kilku lat zmieniłem wiele samochodów, a dziś żyję z procentu bankowego - chwalił się Chlebuś.

Inny kierowca Makulskiego zażądał od Zgromadzenia Ojców Marianów 300 tysięcy złotych w zamian za milczenie w sprawie Makulskiego. Jakie tajemnice miał do wyznania? Tego nie wiemy. Zgromadzenie zawiadomiło o sprawie prokuraturę. Jednak ta umorzyła dochodzenie po zeznaniach, które złożył sam ksiądz Makulski.

* * *

Budowniczy Lichenia okazał się też pedofilem. Wstrząsającą historię chłopca, dziś księdza, opowiedział w dokumencie Tylko nie mów nikomu Tomasz Sekielski. Ofiara, jako nieletni, ofiarował pieniądze na świątynię. Podziękowania i zaproszenie do Lichenia były dla chłopaka nobilitacją. Ufny i dumny udał się wprost do paszczy lwa. Został brutalnie wykorzystany.

"Moja opowieść jest dziwna, miesza się w zatartej pamięci. Jest dziwna, wręcz niemożliwa. Straszna, jak każda historia tego typu" - napisał w liście, który odczytał w swoim filmie Tomasz Sekielski. Ofiara, dziś dorosły mężczyzna, pomimo że od tych wydarzeń upłynęło blisko czterdzieści lat, nie był w stanie stanąć oko w oko z kamerą.

"Zostałem zaproszony na wieczór. Nie był to jeden wieczór. Ile ich było? Nie odtworzę tego w mojej pamięci. Stał przy biurku i mówił o tym, że ma zdolności bioenergoterapeuty, rozkładał ręce i przyciskał do siebie rozebrany. Potem kładł do łóżka. Jeśli coś jest koszmarem, to właśnie to. Jeśli jest piekło, to takie właśnie".

Po emisji filmu marianie zarządzający licheńską bazyliką usunęli z cokołu pomnika Jana Pawła II podobiznę Makulskiego (klęczał przed obliczem "najznamienitszego z Polaków").

Jak bardzo był zdemoralizowany, świadczą jego wspomnienia, które zawarł w książce Opowieść o Licheniu:

"Sekretarka, osoba młoda, urodziwa i dość korpulentna ubrana była w sukienkę mini. Gdy wchodziła po ławeczce na stół, sukienka podnosiła się coraz wyżej, ale była tak stremowana, że tego nie zauważyła. Ludzie, zamiast słuchać przemówienia, szturchali się i podśmiewywali na widok widocznych majteczek. Po zakończeniu czytania głos zabrał sam wójt. Nie wiedząc, co tak wszystkich rozbawiło, napominał zebranych, że nie należy się śmiać w czasie takich imprez...".

I jeszcze jeden fragment: "Kucharki szykują śniadanie na murawie. Jest cieplutko, dziewczynki w sukieneczkach. Nóżki odkryte do opalania. Chłopcy w koszulkach z krótkimi rękawami i krótkie spodenki. Niektórzy chłopcy tylko w slipkach, bo się szykują do kąpieli i do opalania. Stary dostojny las napełnił się radosnym gwarem młodości...".

* * *

Prałat Henryk Jankowski - w którego łóżku sypiali młodzi chłopcy - też nie ma już swojego pomnika. Usunęli go młodzi ludzie, którzy nie mogli się pogodzić z tym, że Gdańsk fetuje pedofila.

O skłonnościach Jankowskiego wiedzieli wszyscy. Nikogo specjalnie nie raziło, gdy z plebanii kościoła Świętej Brygidy uczynił właściwie gejowski klub. Nie protestowano też, kiedy gdańszczanie czcili go po śmierci. Pomysł, by stawiać mu pomnik, odradzał arcybiskupom Gocłowskiemu i Głódziowi Bogdan Borusewicz, który nie miał wątpliwości, że to Jankowski wydał go esbecji w 1984 roku.

Zanim prawda ujrzała światło dzienne, w latach osiemdziesiątych msze w kościele Świętej Brygidy obstawiali dziennikarze najważniejszych światowych stacji i gazet, na plebanię zjeżdżały tiry z darami, przemycane były w nich dolary i zachodnie marki dla podziemnej Solidarności. Codziennie na parafię przychodziła ponad setka ludzi. Jankowski dzielił żywność, lekarstwa, pomagał w załatwianiu wiz. To prawda, czynił dobro. Ale przez wiele lat ten seksualny przestępca ogrzewał się w świetle wielkiego panteonu twórców mitu niezłomnego ruchu społecznego, którego uosobieniem była Solidarność.

Bogactwo Jankowskiego biło po oczach. Zbrojownia, salon wypełniony meblami z orzecha i dębu, bursztyny i obrazy z podobizną, a jakże (!) gospodarza, mercedesy na własny użytek. Często pomstujemy na księży za ich wyniosłość, zewnętrzną próżność, chęć stawiania się wyżej od innych. Ale klerykalizm, bo o nim przecież mowa, jest karmiony przez zwykłych ludzi, którzy znajdują jakieś spełnienie w afirmowaniu księży i pozostają nieskończenie wyrozumiali dla ich przewin i przestępstw. Tylko dlatego, że są księżmi. Na tym mechanizmie utuczył się i zachował bezkarność ksiądz Jankowski.

Prałat dbał o swoich chłopców. Kochankowie, których odprawiał, dostawali na wyprawkę mieszkania, samochody, dobrą pracę. W wolnej Polsce prałat stracił jednak zupełnie kontrolę nad sobą. Można go było spotkać w klubach gejowskich, szukał partnerów w miejscach, w których oferuje się płatną miłość męskich prostytutek. Jak możemy wyczytać we wstrząsającej biografii prałata pióra Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego Imperator, o skłonnościach Jankowskiego wiedzieli jego przełożeni. Ale biskup Lech Kaczmarek nie zdążył powstrzymać podwładnego i ukrócić jego postępowania - zmarł w 1984 roku. A jego następca, Tadeusz Gocłowski, nic z tą wiedzą nie zrobił. Jak mówiono w Gdańsku, "na prałata nie ma bata".

* * *

Innym przykładem wpisującym się w ten schemat jest ksiądz Andrzej Dymer. Zmarły niedawno duchowny był dla diecezji szczecińsko-kamieńskiej kurą znoszącą złote jajka. Jak ujawnił w OKO.press Daniel Flis, za jego sprawą Kościół w Szczecinie stał się krezusem. Pomimo początkowych sprzeciwów w 2019 roku Agencja Mienia Wojskowego w Szczecinie sprzedała archidiecezji działki warte co najmniej 2,8 miliona złotych za jedyne 140 tysięcy złotych. Czyli za 5 proc. wartości. A to Dymer był pełnomocnikiem archidiecezji szczecińskiej w postępowaniu dotyczącym ich sprzedaży.

Ale to nie jedyny łup, który przyniósł Kościołowi Dymer. Już w latach dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia zdobył dla archidiecezji budynek na ośrodek Caritas, w którym później wykorzystywał chłopców. Miasto przekazało mu też kamienicę, w której założył katolickie liceum. Na mocy umowy do 2026 roku archidiecezja może korzystać z niej nieodpłatnie.

W 2020 roku z kolei radni Szczecina wydzierżawili archidiecezji działkę o powierzchni 6 tysięcy metrów kwadratowych na trzydzieści lat za 0,3 proc. jej wartości. Zgodnie z wyceną miasta działka jest warta 1,1 miliona złotych. Według Flisa gdyby wyceniono ją tak, jak sąsiednie działki przeznaczone pod budownictwo, cena wzrosłaby do 2,4 miliona złotych. Archidiecezja deklaruje, że staną tam kościół i dom parafialny.

Na podstawie obliczeń Przemysława Słowika, radnego Koalicji Obywatelskiej, w latach 1992-2020 Kościół za dziewiętnaście nieruchomości wartych łącznie 22,4 miliona złotych zapłacił Szczecinowi i Skarbowi Państwa jedynie 112 tysięcy złotych, czyli 0,5 proc. wartości. Czy te grunty naprawdę są szczecińskiemu Kościołowi potrzebne? Jak zauważa Flis, powołując się na dane opublikowane przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego, w 2019 roku na niedzielną mszę uczęszczało w archidiecezji, którą zarządzał Dzięga, zaledwie 23 proc. katolików, podczas gdy średnia w Polsce wynosiła w tym roku 37 proc.

Ale Andrzej Dymer, poza talentami organizacyjnymi, miał swoją ciemną stronę.

Pierwsze relacje o jego nieletnich ofiarach pojawiły się już w latach dziewięćdziesiątych. Jeden z nas miał okazję rozmawiać z jego ofiarami, dwaj z nich to duchowni.

- Myliśmy się z chłopcami w grupowej łaźni. Ksiądz często tam zachodził pod pretekstem, że chce sprawdzić, czy nie palimy papierosów. Przyglądał się nam. Nie powinno go tam być - opowiada w reportażu TVN24 Najdłuższy proces Kościoła ojciec Tarsycjusz Krasucki, który uczył się w ośrodku młodzieżowym księdza Andrzeja Dymera. Kiedyś Dymer go wezwał: - Zachowywał się dziwnie, był bardzo podniecony, sięgał do mojego rozporka, chwytał mnie za genitalia, moją rękę skierował na swoje. Byłem sparaliżowany, nie wiedziałem, jak reagować.

Krasucki opowiedział o zdarzeniu na Radzie Pedagogicznej, ale nikt nie uwierzył i kazali mu przeprosić dyrektora.

- Nie przeprosiłem, bo nie kłamałem. Tego dnia położyłem się na łóżku i płakałem. Wychowawcy wyrzucili mnie za drzwi, plecak i całą resztę wyrzucili za mną. Byłem bez butów.

Ofiar było więcej. Jednak pieniądze i wpływy zapewniły Dymerowi bezkarność. W listopadzie 1995 roku o sprawie został poinformowany ordynariusz szczecińsko-kamieński biskup Stanisław Stefanek. Nie zrobił nic. Potem sprawa została zgłoszona arcybiskupowi Marianowi Przykuckiemu. Ale i pod tym adresem pokrzywdzeni zderzyli się z murem obojętności. Upokarzając ofiary, arcybiskup Przykucki powierzył Dymerowi tworzenie w Szczecinie sieci szkół katolickich. Został dyrektorem liceum katolickiego w Szczecinie, szefem Centrum Edukacyjnego Archidiecezji Szczecińsko--Kamieńskiej, przewodniczącym Stowarzyszenia Szkół Katolickich w Polsce i członkiem władz Europejskiego Stowarzyszenia Szkół Katolickich.

W 2003 roku dominikanin, ojciec Marcin Mogielski, spisał zeznania ofiar Dymera i pracujących z nim wychowawców, które przedłożył prowincjałowi ojcu Maciejowi Ziębie. Zięba zachował się przyzwoicie. Przedstawił je nowemu arcybiskupowi Zygmuntowi Kamińskiemu. Pomimo wielu świadectw Dymer nie poniósł jednak żadnej odpowiedzialności. Ale gdyby nie jego wpływy, pewnie już dawno byśmy o nim zapomnieli. Był jednak zbyt cenny dla kolejnych metropolitów archidiecezji. Przyniósł Kościołowi miliony.

10 lutego 2021 roku, w chwili premiery głośnego dokumentu Sebastiana Wasilewskiego o Dymerze, kapłan został odwołany z funkcji dyrektora Instytutu Medycznego. Arcybiskup Andrzej Dzięga miał podjąć tę decyzję po spotkaniu w cztery oczy z Bożydarem, ofiarą Dymera.

Jeden z nas, na jego prośbę, towarzyszył Bożydarowi, kiedy powstawał film Wasilewskiego. Siedząc na parapecie studia TVN24, urządzonego na jednym z najwyższych pięter siedziby Polskiej Żeglugi Morskiej z zapierającym widokiem na panoramę Szczecina, i wspominając to, co zrobił mu Dymer, ten dorosły dziś mężczyzna zawieszał się na długo między kolejnymi zdaniami. Dokument przedstawia tę rozmowę zwięźle i krótko. Wierzcie nam jednak, że trwała ona wiele godzin. W innej rozmowie, z reporterem "Dużego Formatu" Marcinem Wójcikiem, Bożydar wspomina swoją terapię: "Terapeutyzowała mnie katolicka psychiatra. Powiedziała, że połowa winy należy do mnie, a połowa do Dymera, że zgrzeszyłem razem z księdzem, że mogłem uciekać".

Owa terapeutka to bardzo znana postać. Przyjdzie czas, że ujawnimy jej nazwisko. Na razie, na prośbę Bożydara, nie robimy tego. Chłopak przeżył piekło. Opowiadał Wójcikówi: "po kilku latach od tego wieczoru, kiedy mnie zgwałcił, zobaczyłem go przed jednym z kościołów w Szczecinie. Na jego widok się zrzygałem. Dosłownie, ledwo dobiegłem do kosza. Tak zareagował mój organizm. Leczę się teraz z niego".

Bożydar, ale też inna ofiara Dymera - franciszkanin ojciec Tarsycjusz Krasucki - mają dużo żalu do arcybiskupa Głódzia, przyjaciela Dzięgi. Gdy Dymer odwołał się od skazującego go wyroku z 2008 roku, to włodarz archidiecezji gdańskiej miał rozpoznać tę sprawę. Tyle że Głódź przez dziewięć lat nawet nie rozpoczął postępowania. I to mimo że Watykan wielokrotnie upominał go za opieszałość. W tym czasie Dymer doskonale się bawił. Żył jak król. I wciąż przynosił Kościołowi miliony.

W akcie zemsty zaprenumerował ojcu Mogielskiemu gejowskie pismo, które polecił wysyłać do klasztoru. Chciał go zdyskredytować. Wspomnianemu wcześniej franciszkaninowi Tarsycjuzowi Krasuckiemu wytoczył proces o zniesławienie. Stać go było na drogich szczecińskich adwokatów. A ofiary?

"Kładłem się na tory i odskakiwałem, jak zbliżał się pociąg. Albo wychodziłem na dach wieżowca i patrzyłem w dół. Zastanawiałem się, jak się leci. Ale jednocześnie widziałem zapłakanych rodziców na moim pogrzebie" - opowiada Bożydar.

"Biskupi padali jak pionki na szachownicy, a sprawa stała w miejscu" - mówił w rozmowie z Sebastianem Wasilewskim ojciec Marcin Mogielski, a Dymera opisał tak: "To człowiek, który dla Kościoła jest w stanie odzyskać wszystko. Majątek, grunty, nieruchomości".

To niesłychane, że pomimo powszechnej wiedzy o zachowaniach Dymera (wielu publicystów nazywa go wprost pedofilem) dalej pełnił posługę.

* * *

W ten sposób poznajemy kolejną zasadę gomory: Kościół będzie za wszelką cenę chronił zdemoralizowanych duchownych, którzy napędzają mu wiernych i przynoszą pieniądze. Duchowni, którzy ujawniają tego typu skandale, są natychmiast stygmatyzowani. Twierdzi się, że to osoby chore albo naznaczone orientacją homoseksualną, którą tak zaciekle zwalcza Kościół.

* * *

Pieniądze i bogactwo psują Kościół od wieków. Bałwochwalcze obrazy i święte księgi w Kościele są na wyciągnięcie ręki. Wydawałoby się, że co jak co, ale surowe życie zakonne hartuje ducha, a ślub ubóstwa stanowi zaporę, której nie przemogą pokusy tego świata. Jednak tak nie jest. Przykłady można mnożyć.

"Część wotów w pośpiechu porzucona wala się u stóp obrazu... Z obrazu spogląda Przenajświętsza Panienka, odarta z sukni i korony, spogląda boleśnie jakby i smutno" - pisała w październiku 1909 roku "Gazeta Częstochowska". W kazaniu z 25 listopada 1909 roku ówczesny przeor paulinów Euzebiusz Rejman grzmiał: "Dziś patrzymy na znieważony obraz Najświętszej Panny, odarty ręką zbrodniarza z koron i sukni, przy którym od sześciu wieków tylu łask doznano, tylu chorych uleczonych, tylu smutnych pocieszonych, tylu grzeszników nawróconych! Skąd się wziął zbrodniarz i podobny świętokradca tak wielki i gdzie się tego nauczył?".

Na te wszystkie pytania uzyskał niebawem odpowiedź. Ten "zbrodniarz" i "świętokradca" to współbrat przeora, który przy nim wzrastał. Nazywał się Kacper Macoch. Jego zakonne imię to Damazy. Dopuścił się nie tylko kradzieży, lecz także morderstwa. Ofiarą był mąż jego kochanki, z którą zakonnik spodziewał się dziecka. Macoch poznał ją podczas spowiedzi. Helena Krzyżanowska była urzędniczką łódzkiego telegrafu. Szybko została jego kochanką. Aby nie wzbudzać podejrzeń, ojciec Damazy namówił krewnego, Wacława Macocha, do fikcyjnego ślubu z Krzyżanowską. Za wesele w Hotelu Europejskim w Warszawie zapłacił 1400 rubli. Obdarowywał Helenę drogą biżuterią, opłacał mieszkanie oraz podróże do Włoch.

Okazało się, że do zbrodni doszło na Jasnej Górze, w celi Macocha - nr 38 na II piętrze. Ukryte w sofie zwłoki zabitego siekierą kuzyna zakonnik wywiózł dorożką i wrzucił do kanału w okolicach wsi Zawada. W sprawę zamieszanych było jeszcze dwóch innych paulinów. Każdemu z braci udowodniono, że regularnie okradali klasztorny skarbiec. Łatwe łupy wydawali na konsumpcję, kobiety, luksusy.

"Czego tu nie ma?" - zastanawiał się w 1910 roku warszawski tygodnik "Świat". "Kradzież, fałszerstwo, zabójstwo, świętokradztwo. I ta kradzież jest zabieraniem ofiar ludu od ust nieraz sobie odejmującego... I to zabójstwo jest bratobójstwem. I to świętokradztwo jest ogołoceniem z wotów i klejnotów cudownego obrazu Najświętszej Panny Częstochowskiej... Dokonał tego strażnik najdroższej pamiątki narodowej i katolickiej".

Świętokradztwo poruszyło cały świat. Car Mikołaj II "zamierzał ufundować korony dla obrazu, który stanowił świętość narodową Polaków, a zarazem mógł być ikoną ruską".

Wyrok w sprawie Macocha i jego wspólników wydał sąd w Piotrkowie w 1912 roku. Gdy rozpoczął się proces, Damazy ukończył trzydzieści osiem lat, a Helena Macochowa - dwadzieścia siedem. Jego skazano na pozbawienie wszystkich praw i dwanaście lat ciężkiego więzienia. Ją na dwa lata.

Były zakonnik został jesienią 1914 roku osadzony "w specyalnej celi dla niedomagających" w Piotrkowie, a w styczniu 1916 roku trafił do więziennego szpitala. Zaraz potem zmarł, ponoć w skrusze i żalu, "wskutek gruźlicy płuc i silnej scrofulozy ogólnej".

Przed śmiercią miał prosić, ażeby pochowano go na drodze cmentarnej, tak aby jego grób deptali przechodnie.

* * *

Ksiądz Vittorelli, opat benedyktynów na Monto Cassino w latach 2007-2013, z nikim się nie dzielił. Solo przehulał 500 tysięcy euro z charytatywnych funduszy kościelnych. Wiódł szampańskie życie. Według ustaleń śledczych tylko w jednym miesiącu potrafił przepuścić 34 tysiące euro. Cóż, na hotele, szampan, ostrygi i wakacje w Rio de Janeiro można wydać krocie. Tylko w trakcie jednych zakupów u Ralpha Laurena opat wydał 1700 euro.

A wracając do myśli papieża Franciszka o rozpasanym Kościele, warto może przypomnieć, że owo rozpasanie nie przyszło z zewnątrz. Ten rak toczący tkankę Kościoła począł się i rozwinął w jego wnętrzu. Nie jest naszym zamiarem moralizowanie czy gorszenie się tym, co obserwujemy. Staramy się zrozumieć, jak to możliwe, że instytucja, która z takim zapałem używa rozbudowanego arsenału środków stygmatyzujących i potępiających ludzi, którzy ośmielają się zwrócić jej uwagę na niestosowność opisanych wyżej zachowań, nie jest w stanie spojrzeć na siebie krytycznie. By odwołać się do metafory ewangelicznej, jak to się dzieje, że księża i biskupi, a nawet kardynałowie z taką wnikliwością dostrzegają i piętnują drzazgi w oczach bliźnich, natomiast nie są w stanie zobaczyć belki we własnych oczach?

Kościoła nie trzeba było wieść na pokuszenie. Możliwość przejęcia władzy pojawiła się z chwilą, gdy cesarz Konstantyn Wielki w 313 roku zaproponował klerowi chrześcijańskiemu współudział w kontroli społeczeństwa Imperium Rzymskiego. Kler z ochotą przystał na tę propozycję. A że apetyt rośnie w miarę jedzenia, szybko uznał, że tej władzy ma za mało. Średniowieczni papieże byli oczywiście przekonani, że to właśnie im należy się władza absolutna i to oni powinni mieć decydujący głos w rozdawnictwie przywilejów. Głośna walka o inwestyturę to tylko zewnętrzny objaw tej śmiertelnej choroby, tego parcia na władzę, któremu uległ Kościół. Zapomniał, że jego Mistrz i Pan, Jezus z Nazaretu u początku swojej działalności publicznej właśnie zaoferowany mu przez szatana współudział we władzy za cenę kompromisu ("jeśli oddasz mi cześć", mówił szatan na pustyni do Jezusa, "poddam ci władzę nad całym światem") odrzucił. Tak więc by uzdrowić zarysowany wyżej stan skrajnego rozpasania, należy zastosować radykalną kurację uzdrowicielską. Trzeba oddać władzę i skierować swoje kroki w kierunku nie wielkich tego świata, zapewniających środki wpływania na innych i używania życia do woli, ale w kierunku ubogich. Tych, którymi wielcy tego świata gardzą i ich odrzucają. Nie bądźmy jednak naiwni. Możni hierarchowie jakoś się nie kwapią, by ruszyć na spotkanie z biedą, no chyba że takie spotkanie ustawią media.

* * *

Wróćmy jeszcze na chwilę do legionistów Chrystusa. Warto zauważyć, że nie zaistnieli oni - nie mogli zaistnieć - w demokratycznej Europie. Legion funkcjonował w zapewniającym mu pokaźne dochody świecie milionerów Ameryki i tak jak Opus Dei walczył zawsze o władzę w Kościele arystokratycznym.

Naszym zdaniem skrywa się tutaj pewien paradoks, nie tylko pontyfikatu Jana Pawła II. Być może bowiem uwikłanie jego najbliższego otoczenia w potężne i nie zawsze przejrzyste struktury finansowe tłumaczy również niechęć Jana Pawła II do teologii wyzwolenia. Przecież ostrze jej krytyki było wymierzone właśnie w "możnych tego świata". Zwłaszcza w struktury finansowe ściśle powiązane z polityką.

Dodatkowym i równie bulwersującym aspektem działalności Legionu i Opus Dei były ich bliskie i wcale nieukrywane związki z faszystowskim rządem generała Franco w Hiszpanii oraz dyktatorami Ameryki Południowej. Zwłaszcza ze zbrodniczym rządem Pinocheta. Te związki zostały ujawnione przez Frédérica Martela w jego książce Sodoma. Pokazał on nie tylko bliskie relacje chilijskiego kleru z juntą, lecz także pakty z nią, w jakie wchodziła watykańska dyplomacja z ówczesnym nuncjuszem w Chile, Angelo Sodano na czele. Sodano odgrywał tę rolę przez dziesięć lat, od 1977 do 1987 roku, i to on był głównym organizatorem pielgrzymki Jana Pawła II do tego kraju. Jego działalność w Chile została nagrodzona stanowiskiem watykańskiego sekretarza stanu. Został nim minowany w 1987 roku. Drugą stronę tego samego medalu stanowi zdecydowana postawa Jana Pawła II wobec teologii wyzwolenia, a jednocześnie mniej lub bardziej jawne poparcie Watykanu dla rządów prawicowych. To właśnie Opus Dei i Legion Chrystusa dzięki sieci instytucji edukacyjnych i sprzyjającym im hierarchom gwarantowały tym rządom trwające dziesięciolecia zielone światło z okolic placu Świętego Piotra.

W tym samym czasie tradycyjne zakony - dominikanie, franciszkanie i jezuici - były przez Watykan dyscyplinowane, a przedstawiciele teologii wyzwolenia szykanowani. Zabraniano im publikowania i pozbawiano prawa nauczania teologii katolickiej. Wszystko zaczęło się od dwóch krytycznych dokumentów poświęconych właśnie teologii wyzwolenia opublikowanych przez Kongregację Nauki Wiary, którą kierował wówczas kardynał Joseph Ratzinger. I to właśnie Ratzinger w kolejnych latach wydawał kolejne zakazy publikowania takim teologom latynoskim jak franciszkanin Leonardo Boff, jezuita Jon Sobrino, a nawet ojciec tej teologii Gustavo Gutiérrez.

Przypomnijmy więc, że istotą misji Kościoła jest wychodzenie ku innym, ubogim i potrzebującym. Tak postępował Jezus w swoim krótkim życiu, tego też uczył swoich uczniów. Najdobitniej własnym przykładem, szukając towarzystwa ludzie odrzuconych i marginalizowanych przez ówczesny establishment religijno-polityczny. Jedną z najbardziej znanych przypowieści na ten temat jest ta o miłosiernym Samarytaninie. Udzielił w niej odpowiedzi na pytanie o to, kto jest moim bliźnim.

Jezus nie wdawał się w teoretyczne rozważania na temat takiej czy innej ideologii, ale pokazał, na czym konkretnie polega praktykowanie miłości Boga i bliźniego. Można się zastanawiać, czy tym bliźnim jest poturbowana ofiara bandyckiego napadu, czy Samarytanin, który się nad nią pochylił i przyszedł jej z pomocą, opatrując rany i opłacając dalsze leczenie. Najważniejszym przesłaniem tej przypowieści jest wskazanie, że ten, kto chce być uczniem Jezusa, powinien zaryzykować, zmienić marszrutę swojej codzienności i spieszyć z pomocą temu, kto jej potrzebuje tu i teraz. Ani Samarytanin, ani ofiara ludzkiej przemocy nie byli chrześcijanami, obaj stali się dla siebie bliźnimi w momencie, gdy jeden z nich zbliżył się do drugiego, by ulżyć mu w potrzebie.

Gustavo Gutiérrez, ojciec teologii wyzwolenia, komentując tę przypowieść na spotkaniu w Watykanie w lutym 2014 roku mówił, że łatwo jest pomagać tym, którzy są blisko nas: własnej rodzinie, miastu, w którym się mieszka, krajowi, którego się jest obywatelem. Natomiast Jezus mówi o tych, którzy są znaczenie dalej. Nawiązując do dokumentów Kościoła latynoamerykańskiego i do opublikowanej w 2013 roku adhortacji papieża Franciszka Evangelii Gaudium Gutiérrez zwracał uwagę, że istotą Kościoła jest to, że jest w ciągłym ruchu, że kieruje się na peryferie i przekracza sam siebie. Tak czyni, by służyć ubogim właśnie. Przypomnijmy, że chodzi o tzw. preferencyjną opcję na rzecz ubogich, jaką sformułował Kościół latynoamerykański w 1968 roku w Medellin w Kolumbii, a powtórzył ją w 1979 roku w Puebla w Meksyku i ostatnio w 2007 roku w Aperecida w Brazylii. W tworzeniu tego ostatniego dokumentu dużą rolę odegrał kardynał Jorge Bergoglio, który kilka lat później jako papież wcale nieprzypadkowo przybrał imię Biedaczyny z Asyżu. Tak więc już od ponad półwiecza w centrum uwagi Kościoła stanęli ubodzy. Niestety w czasie ostatnich pontyfikatów Jana Pawła II i Benedykta XVI to nie ubodzy byli w centrum uwagi Kościoła, lecz walka z ideologicznymi wrogami. Najpierw był to marksizm, któremu jakoby ulegali teolodzy wyzwolenia, a później tajemnicza "ideologia gender". Niestety w antygenderową retorykę wdał się również papież Franciszek. Jednak to nie ona nadaje ton jego pontyfikatowi, ale właśnie uważność wobec potrzebujących: uchodźców, imigrantów, ofiar wojen. To właśnie ten kierunek jest przyszłością Kościoła. W istocie od początku swego pontyfikatu Franciszek program teologów wyzwolenia uczynił swoim własnym programem i dlatego wydał tak zdecydowaną walkę wszelkiemu rozpasaniu w jego własnym Kościele.

Jest nadzieja, że ta walka przyniesie konkretne rezultaty również w Kościele polskim.