kobieta
Takie było moje pierwsze spotkanie z Moskwą. Pisząc relację do (ambitnego wówczas) pisma dla kobiet "Uroda", skupiłam się na tym, co szokowało najbardziej - na problemach codziennego bytowania. Z dzisiejszej perspektywy trudnych do uwierzenia.
Jakże nieśmiało wówczas nazywałam rzeczy po imieniu. Czasy były jeszcze radzieckie, pismo "Uroda" (podobnie jak ja) peerelowskie, czyli socjalistyczne, do końca tego ustroju w Polsce musiały upłynąć kolejne dwa lata. Obskurny, szary, nieforemny przyodziewek nazywałam grzecznie "niezbyt atrakcyjnym", o śmierdzących sklepach uprzejmie "wolałabym zamilczeć". A co do sklepów: jakąż ponurą wesołość wywołuje dziś stwierdzenie, że "fabryka obuwia na fali "nowego"" będzie brać pod uwagę gusta klientów! Trudno, nie znając Rosji tamtych lat, wyobrazić sobie, jak wyglądali ludzie i ich otoczenie produkowane według totalnego planu świeżo wyedukowanych wieśniaków z zabitej dechami rosyjskiej prowincji. Trudno więc dzisiejszym, nieznającym realiów "komuny" turystom wizytującym Rosję pojąć, od jakiego dna odbijały się tak zwane demoludy ze Związkiem Radzieckim na czele.
Radziecka poetka Łarisa Wasilewa pisała wtedy (w 1989 roku) tak:
Rozejrzyj się wokół i spójrz na siebie, kobieto naszych dni - ty, która stoisz przy obrabiarce, wykonując po dwie normy, a w domu jeszcze trzecią i czwartą; i ty, co kiełbasę w sklepie sprzedajesz - kłębek nerwów, skupisko samych negatywnych emocji; i ty, co ciężkim łomem kruszysz lód na ulicy; i ty, której ręce zastępują w kołchozie mechanizację; i ty, przesiąknięta zapachem nikotyny urzędniczko; i ty, i ty, i ty [...].
Co się dzieje z twoimi nerwami? Dlaczego prawie na każdym kroku spotykasz się z grubiaństwem i chamstwem? Dlaczego, cierpiąc z powodu chamstwa i grubiaństwa, sama potrafisz być chamowata i gburowata? Czy nie da się inaczej?
Zapytaj swoją babcię, jak ona głodowała wraz z dziećmi, jak ubogo była okryta szmatkami jej młodość. Zapytaj swoją matkę, jak stała w kolejce po kalosze, te lśniąco czarne od zewnątrz i krwawoczerwone w środku, "terenówki" pierwszych pięciolatek. Zapytaj, co jadła, jak stała w kolejce do łazienki we wspólnym mieszkaniu, żeby rankiem obmyć twarz. Czy żyjesz tak jak ona wtedy? Wygód masz znacznie więcej i obiecują ci nowe [...].
Kimkolwiek jednak byśmy były: czy matką rozdartą między domem a instytucją, czy osobą samotną, czy głową przedsiębiorstwa, czy przedwcześnie osiwiałą sprzątaczką, czy krótko ostrzyżoną dziewczyną, czy prawie staruszką sportowym truchtem uciekającą od chorób - wszystkie jednakowo znerwicowane, jednakowo zmordowane, kryjemy w swych spojrzeniach to samo pytanie, czy w ogóle jesteśmy kobietami?
Spójrzmy na czasopisma dla nas: "Rabotnica", "Kriestianka", "Sowietskaja
Ż
enszczina". Komu potrzebne te nudne, lukrowane, nieszczere, produkcyjne tematy o kobietach? Powinny się w tych pismach pojawić bardziej wartościowe niż dotychczas działy: gospodarstwo domowe, mieszkanie, jak być piękną, kuchnia i jej problemy.
O zmianę tej beznadziejnie ciężkiej sytuacji apelowała Wasilewa do mężczyzn. Miała nadzieję, że wraz z polityczną przebudową przestroją swój stosunek do kobiet. Autorka nie wyobrażała sobie - bo nie miała po temu danych z innej rzeczywistości - że większość jej marzeń ziści się nie dzięki dobrej woli mężczyzn, lecz dzięki gospodarce rynkowej. To ona zapełniła sklepy, rzuciła do księgarń nieobecne tam wcześniej książki kucharskie, kioski urozmaiciła mnóstwem kolorowych czasopism kobiecych poruszających nie tylko sprawy kuchni i urody, ale i tak niebywały temat jak seks! To gospodarka rynkowa zrobiła z kobiet, wiecznych służek mężczyzn i ustroju, niezależne właścicielki choćby maleńkich przedsiębiorstw. Zmiany polityczne otwarły granice i setki tysięcy kobiet ruszyły wykupywać chińskie, tureckie lub polskie ciuchy, by zapełniać nimi własne stragany na niezliczonych bazarach. Z czasem niektóre z tych kobiet znalazły się w kierownictwach koncernów, banków czy firm ochroniarskich.
Lecz nie ma prostych recept na szczęście, także w wymiarach społecznych. Tak jak nie ma prostej odpowiedzi na pytania, dlaczego w tej lepszej, wygodniejszej Rosji, wiele lat po mojej pierwszej tam wizycie i po tym, co pisała Łarisa Wasilewa, w 2004 roku zarejestrowano (według danych Rosyjskiej Akademii Nauk Medycznych) 1,67 miliona aborcji, a urodzeń dużo mniej, bo tylko 1,45 miliona? Ta porażająca statystyka zmienia się w horror: w 2010 roku Rosyjski Komitet Statystyczny donosił już o 8 milionach zaborcji rocznie, co oznacza, że na ten krok zdecydowało się więcej niż 60 procent ciężarnych! Dlaczego na 38 milionów kobiet w wieku rozrodczym aż 7 milionów jest bezpłodnych? Czy to jedynie efekt wielokrotnego przerywania ciąży, dozwolonego prawem od wielu dziesięcioleci? I co spowodowało, że tylko 32 procent kobiet, które pojawiają się w izbach porodowych, jest zdrowe?
Koszmarny stan ekosystemu zniszczonego w czasach komunizmu to na pewno jedna z przyczyn kiepskiego zdrowia narodu. A i opieka zdrowotna pogorszyła się od tamtych czasów. Już w 1995 roku, a więc niemal dekadę wcześniej, niż powstał wspomniany raport Akademii Nauk Medycznych, główny sanitarny lekarz Rosji Jewgienij Bielajew był przerażony: "Do 2000 roku w Rosji nie będzie chyba jednego zdrowego człowieka - mówił w telewizji ORT. - Na kraj napływa fala, zdawałoby się już pokonanych, nieszczęść: dyfterytu, heinemediny, gruźlicy, syfilisu. W ciągu dziesięciu miesięcy minionego roku zarejestrowano 200 tysięcy nowych przypadków syfilisu, to jest dwa razy więcej niż w 1994 roku! Spośród 761 dzieci zarażonych syfilisem niemal 65 procent samo "zapracowało" na tę chorobę, reszta otrzymała ją w spadku po rodzicach".
Okazało się, że niestraszny tu siarczysty mróz, jako że obszarem najbardziej zagrożonym syfilisem są tereny zachodniej Syberii. W Omsku na przykład zarejestrowano w 2005 roku 2403 chorych w wieku od trzynastu do siedemdziesięciu lat. I, co groźniejsze, liczba chorych kobiet jest prawie dwa razy większa niż chorych mężczyzn.
Zaraz za syfilisem postępuje aids. Tylko w Moskwie liczba chorych wzrosła półtora raza, a liczba wszystkich "dodatnich" przekroczyła już tysiąc. Oficjalna statystyka Ministerstwa Zdrowia w jednym tylko roku 2009 odnotowała niemal 500 tysięcy przypadków zarażenia wirusem HIV wśród dorosłych i przeszło 22 tysiące wśród dzieci. Takie są, według lekarzy, "ukryte w czasie" efekty wojen wewnętrznych, nieustannej wędrówki uciekinierów, których pokaźne grupy koczują na dworcach, w przypadkowych hotelach robotniczych i podobnych miejscach.
Powoli i uparcie rośnie także liczba zachorowań na ciężką żółtaczkę typu B, rozwijającą się w organizmie z prędkością huraganu. Na gruźlicę natomiast zachorował w 1994 roku 1 procent dzieci, co dziesięciokrotnie przewyższa wkaźnik zachorowań na przykład w Szwecji. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) za rok 2010 Rosja znajduje się wśród pięciu państw na świecie o najwyższym poziomie zachorowalności. Liczba chorych ponoć się zmniejsza, jednakże w samym tylko roku 2008 zanotowano 120 835 nowych przypadków. A ilu nie zanotowano? Jeśli idzie o zapomnianą chorobę polio, czyli heinemedinę, to ta tragedia wybuchła latem 1995 roku w Czeczenii
, gdzie niemal równocześnie zachorowało sto trzydzieścioro ośmioro dzieci w wieku szkolnym
.
Dziesięć lat później, w 2005 roku, oznajmiono Rosjanom, że wszystko zmieni się na lepsze. Napływ pieniędzy za ropę naftową i gaz pozwala na niesłychaną podwyżkę płac lekarzy: o 10 tysięcy rubli (niemal 300 dolarów) miesięcznie, a pielęgniarek - o 5 tysięcy rubli (około 150 dolarów). Czy dopłacono wszystkim, tego nie da się sprawdzić. Raczej można wątpić. W odległym od Moskwy Uljanowsku w 2011 roku ambulanse pogotowia ratunkowego tankowały na kredyt, przy czym większość z nich to psujące się ciągle starocia. W poduralskim Omsku zanotowano, że na skutek opóźnionego przyjazdu pogotowia miesięcznie umiera od pięćdziesięciu do sześćdziesięciu chorych, a w obwodzie włodzimierskim na telefony z prośbą o pomoc pracownicy pogotowia odpowiadają: "Do osób powyżej siedemdziesiątki nie wyjeżdżamy". W 2008 roku wydatki Ministerstwa Zdrowia na jednego obywatela wyniosły około... 30 euro. Według Ligi Obrony Pacjentów w wyniku lekarskich błędów umiera rocznie 50 tysięcy pacjentów.
No to teraz pora zabrać się za dzieci, a dokładniej za ich produkcję opłacaną jak każda inna. Chodzą słuchy, iż za pierwszego potomka młodzi rodzice mają otrzymać... 10 tysięcy dolarów, ale w ratach, z których pierwszą ujrzą dopiero w trzecim roku życia dziecka. "Namnożyło się brzuchatych - komentuje Jelena Timofiejewna, emerytowana położna. - Ale co to za miłość do dziecka robionego za pieniądze? Jak znam naszych, to wezmą, co im się da, ale czy nie wygonią potem dzieciaka? Czy będą dla niego dobrzy? Kto wie?". "Nieprawda, to bardzo dobrze - twierdzi trzydziestoletnia Ałła Anatolewna, urzędniczka. - Ludzie poczuli wyraźnie, że władzy na nich zależy. To poprawia nastrój, można wreszcie z optymizmem popatrzeć w przyszłość".
Od pomysłu płacenia za reprodukcję człowieczą nie są wolne także rządy innych krajów. Głupi to pomysł, jak budowanie domu od dachu. Bo gdzie ludzie są spokojni o fundamenty - o bezpieczeństwo, o jutro, o pracę, o opiekę, o wypoczynek - tam zasilają "potencjał demograficzny" kochanej ojczyzny. No, a jeśli tendencja urodzeń jest niemal na całym świecie spadkowa, to znaczy, że wszyscy czujemy się tu coraz mniej komfortowo.
W Rosji ta wstrzemięźliwość prokreacyjna bierze się może stąd, że pokolenie młodych kobiet, którym historia rzuciła do stóp wolną drogę w świat kolorowych możliwości, chce użyć "nowego" za wszystkie czasy. Za matki, babki i prababki. Może przeraża je brak opieki socjalnej, do której tamte przywykły? Przecież dziś nikt nie zapewni darmowego przedszkola, wysłania dzieci na kolonie, rzeczywiście (a nie tylko teoretycznie) bezpłatnych studiów. "Dał Putin na rodzenie, da i na wychowanie" - dopowiadają.
Trudno już teraz obiektywnie ocenić skuteczność wymyślonego w okolicach Kremla finansowania narodzin obywateli Federacji Rosyjskiej. Problem poważny, trzeba by podejść do niego z powagą. Ale usłużny podwładny prezydenta Putina Siergiej Morozow, gubernator obwodu uljanowskiego (ojczyzny Lenina), powagę zamienił - zupełnie tego nie zauważając - w kpinę, w kabaret: postanowił mianowicie nagrodzić te pracownice swojego urzędu lub żony swoich urzędników, które urodzą dzieciaka dokładnie 12 czerwca, w Dniu Niepodległości Rosji.
Gubernator wszystko starannie zaplanował. Żadnej przypadkowości! Dziewięć miesięcy przed wyznaczoną datą, 12 września 2006 roku, dał swoim podwładnym urlop specjalny: prokreacyjny. W ów wolny wtorek mieli się oni zajmować wyłącznie poczęciem patrioty, który ujrzy świat właśnie w dniu narodowego święta. Lud przystąpił do wykonywania zadania ochoczo, bo gubernator obiecywał wspaniałą nagrodę: samochód terenowy UAZ Patriot z zagranicznym silnikiem, wart około 17,5 tysiąca dolarów. Krążyły też w narodzie plotki, że rodzice dostaną jeszcze luksusowe mieszkanie, dużą podwyżkę i awans.
Z początkiem czerwca 2007 roku pracownicy porodówek w obwodzie uljanowskim gotowali się na ciężkie próby: wiedzieli, że z kilkuset oczekiwanych pacjentek jedne będą się domagały opóźnienia porodu, inne - przyspieszenia. Byle trafić w patriotyczną datę. Bingo! Nowy rodzaj rosyjskiej ruletki. A że matka czy dziecko mogą ucierpieć? Co tam! Grunt, że cała Rosja i Kreml usłyszą o sukcesach obwodu uljanowskiego. A może pójdą w jego ślady?
W 2011 roku zwycięzcy akcji "Urodzić patriotę w Dniu Niepodległości Rosji" otrzymali obiecany samochód terenowy UAZ Patriot. We wszystkich szpitalach porodowych obwodu urodziło się tego dnia siedemdziesięcioro pięcioro dzieci. I przyznać trzeba, że pan gubernator - tak przynajmniej wynika ze sprawozdań - rzeczywiście się stara ułatwić życie rodzicom i dzieciom. Ale naśladowców nie znalazł.
Tak czy inaczej z ankiet wynika, że i bogate, i biedne Rosjanki decydują się na ogół tylko na jedno dziecko. Bo łączy je coś specyficznie własnego, ojczyźnianego: wyjątkowo trudne relacje z mężczyznami. Przyniesione wraz z rewolucją październikową równouprawnienie kobiet nie tyle prawidłowo uformowało rodzinę, ile ją zdeformowało. Przydarzyło się to całej komunizowanej Europie, ale nigdzie nie było tak bolesne jak w ZSRR. Nigdzie - tak jak tu - nie odarto kobiety z szacunku. Nigdzie - jak tu - nie została na placu boju tak zupełnie sama, bez wsparcia ucywilizowanej tradycji (jak choćby w Czechosłowacji) czy religii (jak w Polsce).
Jak możecie patrzeć obojętnie na swe żony zamęczone pracą zawodową i zajęciami w domu? Patrzeć i nie reagować?! ("Dlaczego mężczyźni w środkach komunikacji miejskiej siedzą z zamkniętymi oczami? Bo przykro im widzieć, jak kobiety z ciężkimi siatkami stoją"). Gdzie wasza męska duma? Dlaczego nie wydaje się wam naturalne dźwiganie jej ciężkiej torby, pomoc w kuchni, ukojenie, gdy zdenerwowana? Jak możecie siedzieć w swoim kierowniczym fotelu, gdy kobieta stoi przed wami? Skąd wziął się u was ten wieczny ton wyniosłego władcy, pogardliwie patrzącego na kobietę, jako na istotę niższego gatunku? Czy nie dlatego, że musimy z wami obcować, zamieniamy naszą naturalną kobiecość w gburowatość, traktując ją jako obronę?
- krzyczała wspomniana wcześniej Łarisa Wasilewa.
Aż trudno uwierzyć, w co się obróciły - pozornie broniące praw kobiet - hasła rewolucji październikowej. "Gospodarstwo domowe jest zazwyczaj pracą najbardziej nieproduktywną, barbarzyńską, najcięższą. Jest to praca niezawierająca w sobie niczego, co by choć trochę sprzyjało rozwojowi kobiety [...]. Do całkowitego jej wyzwolenia, do rzeczywistej jej równości z mężczyzną trzeba, aby gospodarstwo było społeczne i aby kobieta uczestniczyła we wspólnej pracy wytwórczej. Wówczas pozycja kobiety będzie taka sama, jak mężczyzny"
- twierdził wódz rewolucji Włodzimierz Iljicz Lenin.
Wygnano więc kobiety z kuchni, posadzono na traktory i dźwigi (do dziś kobiece brygady zajmują się ciężkimi remontami kapitalnymi, wdychając odór wszelkich chemikaliów). I co? Zdobyły większy szacunek? Badania przeprowadzone przez Uniwersytet Moskiewski oraz Instytut Socjologii Rosyjskiej Akademii Nauk w 2003 roku dowiodły, że połowa kobiet w Rosji jest bita przez swych panów, w tym co piąta bita okrutnie i regularnie. Bogate i biedne, bez różnicy. Nikt ich nie broni. Ani partia, ani milicja. Amnesty International w swoim raporcie z roku 2010 odnotowała fakt całkowitego lekceważenia tego problemu przez władze Federacji. Nie są prowadzone żadne statystyki dotyczące zjawiska przemocy domowej. W całej Rosji działa raptem dwadzieścia schronisk dla kobiet, które uciekły przed pięściami mężów, a w Moskwie istnieje tylko jedno takie schronisko, i to na... dziesięć miejsc.
Gdzie jeszcze w drugiej połowie XX wieku karano feministki więzieniem jako wrogów politycznych? W Związku Radzieckim lat osiemdziesiątych traktowano je na równi z wrogami komunizmu, dysydentami, i takimi samymi jak dysydentom grożono karami. Feministyczne pisma stanowiły część nielegalnego literackiego ruchu podziemnego. "Żenskoje Cztienije", redagowane przez Olgę Lipowską (dziś czołową feministkę Rosji), prześladowano niemal z taką samą zajadłością jak utwory Sołżenicyna. Tatianę Mamonową, tak jak Sołżenicyna, wyrzucono z ojczyzny za karę - za wydawanie czasopisma "Maria". A działo się to nie tak dawno, bo w 1980 roku!
Ale - znamienne - że zarówno przez wszystkie lata komunizmu, jak i dziś z nieprawdopodobnym hałasem i poczuciem niemal najważniejszego święta narodowego obchodzi się w Rosji Dzień Kobiet. W innych krajach socjalistycznych też istniał, ale był raczej wykpiwany niż fetowany. Obcy. Ani polski, ani węgierski, ani czechosłowacki. Radziecki. Opisałam go w 1997 roku:
Już kilka dni przed 8 marca powietrze - bez względu na pogodę - łagodnieje. Dzień Kobiet ciągle jeszcze w Rosji należy do czterech największych świąt w roku. Ale teraz jest rozciągniętym w czasie superświętem.
Za komunizmu - wspomninają Rosjanie - święto, nawet najważniejsze, obchodzono dzień, najwyżej dwa. A demokracja w rosyjskim wydaniu oferuje coś super: wolny od pracy dzień przedświąteczny, świąteczny i poświąteczny. Bo święto jest wtedy, kiedy prawo nakazuje pracę, a prezydent od tej pracy zwalnia. I tak przecież w pracy nie ma pracy, przemysł stoi, to niech sobie naród poświętuje!
Tak więc świętujemy od piątku do poniedziałku. Ale nie wszyscy. Kobiety w zakładach i sklepach prywatnych są - według właścicieli - mniej kobiece, bo muszą pracować i w piątek, i w poniedziałek. Kapitalizm! 7 marca odwiedziłam biuro notarialne. Prywatne, a jakże! Na eleganckich stołach zatrzęsienie kwiatów. Jedna róża kosztuje od 40 tysięcy rubli (około 7 dolarów!), jeśli ją kupować w metrze, do 25 tysięcy, jeśli u babci na ulicy. Zamożność ofiarodawców wzbudza zazdrość. "Nowi Ruscy" nadają ton. Panowie biegają po ulicach z naręczami drogich kwiatów w jednej ręce i z pudłami tortów czy pakietami czekoladek w drugiej.
I z czym jeszcze? Z ankiety przeprowadzonej przez dziennikarzy popularnego radia Echo Moskwy nie wynika nic oryginalnego: bardzo bogaci ofiarowują samochody i mieszkania, bogaci - pieniądze i biżuterię, urzędnicy - kwiaty i perfumy, a rzemieślnicy praktyczniej - bukiecik i szaliczek. Nastrój świąteczny sięga szczytu w piątek, 7 marca. Po południu tłok we wszystkich sklepach. Panowie kupują prezenty, panie zaopatrują się w wiktuały. Cztery dni świąt to cztery dni
zastolja, jak po rosyjsku nazywa się "bankietowanie".
Jakie są rosyjskie kobiety? Takie, jakie ukształtował osiemdziesiąt lat trwający okres ich "odkobiecania". Powszechnie znana jest tu przyśpiewka:
Ja i łoszad', ja i byk, ja i baba, i mużyk (Jestem koniem, jestem bykiem, jestem i babą, i chłopem). I prawda: chyba tylko w Rosji w końcu XX wieku kobieta tak ciężko
fizycznie pracuje. A kim jest dzisiejsza kobieta w Rosji? Według ankiety "Moskowskiego Komsomolca" to samotna matka (mężczyzna albo się zapił na śmierć, albo zabili go bandyci, albo poległ na jakiejś idiotycznej wojnie). Zaś kobieta pięćdziesięcioletnia to dodatek do męża impotenta (wskutek nadużywania alkoholu) i do wibratora (jeśli ją na taki luksus stać).
Jak widać, nic w tym kraju nie jest podobne do tego samego gdzie indziej. Kobieta też.
A jak pozaświątecznie wygląda to poszanowanie "wiecznej kobiecości" w Rosji? Kiedyś w Dzień Kobiet Boris Jelcyn, wychyliwszy zapewne wcześniej kilka głębszych, nie bacząc na kamery telewizyjne, uszczypnął w tyłek panią stojącą w kolejce do rejestracji podczas konferencji związków zawodowych. Wszystkie kanały telewizyjne powtarzały to ujęcie do znudzenia, ciesząc się stylem macho made in USSR.
Ten sam ton towarzyszył sprawozdaniom i nieco później, na konferencji prasowej rosyjskich zwycięzców zimowej olimpiady w Japonii. Narciarka Łarisa Łazutina zdobyła tam trzy złote medale i dwa srebrne. Kolegów Łazutinej pytano o technikę i taktykę jazdy, ją - o robótki na drutach i pożycie małżeńskie. "Co pani ostatnio wydziergała dla swojego męża? A jak często się spotykacie? A co pani zrobiła na drutach dla dzieci? A dla kolegów?". Prezydent Jelcyn zaś serdecznie podziękował olimpijskiej medalistce za... wspaniały prezent dla mężczyzn. Masza (moja znajoma), mistrzyni grafiki komputerowej, uparcie niedostrzegana przez wszelkich szefów w Moskwie, jest dziś znanym w swej profesji fachowcem... w Nowym Jorku. W Rosji baba (często z domieszką pogardy zwana babio) to tylko baba. W parlamencie, czyli Dumie Państwowej, w 2006 roku wśród czterystu czterdziestu trzech deputowanych było tylko trzydzieści siedem kobiet.
Niewiele więcej w 2011 roku, kiedy ich wniosek o zwiększenie reprezentacji kobiet w Dumie z 10 do 30 procent spotkał się z ostrym sprzeciwem mężczyzn. Według danych Związku Międzyparlamentarnego z 31 grudnia 2010 roku wśród stu osiemdziesięciu ośmiu państw świata Rosja zajmuje osiemdziesiąte drugie miejsce, jeśli idzie o przedstawicielstwo kobiet w parlamencie.
Czy w dzisiejszej, odległej od komunistycznych pryncypiów Rosji kobieta stała się drogocennym podmiotem praw i zabiegów? W kraju szybko bogacących się mężczyzn, dopóki młoda, jest uważana (i sama się uważa) przede wszystkim za towar. Przesadnie dba o wygląd, przesadnie się maluje, wszędzie (a zwłaszcza w pracy) epatuje przesadnym dekoltem i przesadną mini. Przesadza ze swobodą seksualną i z usuwaniem jej skutków. Czy ma jednak inne wyjście w kraju, gdzie na skutek nieustannych wojen (Wietnam, Afganistan, Karabach, Abchazja, Czeczenia itd.) mężczyzn jest o wiele mniej niż kobiet? Gdzie na dziesięć dam przypada ponoć jeden osobnik płci przeciwnej...
Zamożniejsze mieszkanki stolicy (a zapewne i innych wielkich miast) bez żenady spędzają noce w klubach dla kobiet. Pierwszy w Moskwie był Czerwony Kapturek z męskim striptizem i męską prostytucją skrytą za taką oto najprzyzwoitszą z reklam:
Kobiety przychodzą do nas z różnych powodów. Jedne urządzają wesołe wieczory panieńskie w przeddzień ślubu lub świętują urodziny przyjaciółek. Inne zachodzą, aby otrzymać męską radę, jak ułożyć relacje z małżonkiem lub przyjacielem. Jeszcze inne szukają szykownego partnera, by wzbudzić zazdrość na eleganckiej imprezie. A niektórym po prostu podobają się szalone wieczory klubowe, uzupełnione zabawą z dobrze wychowanymi kawalerami i eleganckim personelem.
Bywalczyni tej niemal charytatywnej instytucji Oksana Robski, autorka książki Casual, bulwersującej w 2005 roku Moskwę i okolice, tak wspomina wieczór w Czerwonym Kapturku:
Od razu poprosiłyśmy o oddzielne rachunki. Zamierzałyśmy wypić sporo i wracać późno, a lokal był drogi, ceny kosmiczne, potem same kłopoty: biegać po wszystkich i sprawdzać, kto brał indywidualny striptiz czy inny taniec w gabinecie. Młode, opalone ciała w kąpielówkach tańczyły przy naszym stole i Lena z Katią już się wdrapały na scenę (taniec na scenie doliczali tu do rachunku), a nieustraszona Olesia weszła do metalowej kabiny, dokąd tuż za nią pospieszył goły Murzyn. Kira nie odrywała oczu od niebieskookiego blondyna w slipach z siatki [...]. Szukałam Leny. Nawet gdyby założyć, że zniknęła ze striptizerem w jakimś zacisznym kącie, dawno już powinna była wrócić.
Popyt na "dobrze wychowanych kawalerów" okazał się w stolicy imperium tak wielki, że sam Czerwony Kapturek nie mógł mu sprostać. Dziś kawalerowie oferują swe usługi w damskim klubie Egoistka czy luksusowym Kaprysie, który prezentuje wirtuozów striptizu z całego świata. W obu klubach szczególnie cenne są poniedziałki, kiedy to - jak w Egoistce - "każda kobieta dostaje w podarunku dowolny kontakt z każdym z tancerzy klubu: słodki prezent od najbardziej seksownych mężczyzn", a Kaprys dorzuca jeszcze bezpłatne napoje w barze, zawody striptizerów debiutantów i konkurs o tytuł "mister mokrych slipek".
W roku 2010, chyba z powodu światowego kryzysu, zmniejszyła się liczba klubów dla pań w Moskwie. Czerwony Kapturek zamknięto, ale panowie nie zostali bez pracy. W Egoistce - jak głosi reklama - "w każdym kącie tańcuje pięćdziesięciu czarujących mężczyzn". Pojawiają się też ogłoszenia o możliwości wynajęcia panów "z dojazdem do domu".
Z kolei w dziedzinie równouprawnienia lesbijek i gejów panuje tu pełna harmonia. Te pierwsze - z przyczyn raczej socjalnych (brak mężczyzn) niż genetycznych - są liczne, lecz nie afiszują się specjalnie (chyba że we własnych, niezbyt wielu klubach). Gejostwo zaś w postkomunistycznej Rosji stało się modne jako dodatkowy przejaw nieznanego uczucia wolności. Gejzer z gleby zakazanego. Zarówno homoseksualista (bądź tylko udający geja) Siergiej Pienkin, znakomity pieśniarz, którego czterooktawowy głos figuruje w Księdze rekordów Guinnessa, jak też zdecydowany zwolennik "miłości inaczej", piosenkarz Boris Mojsiejew - zbierają pełne sale widzów. Prywatność tych artystów się komentuje, przyjmuje do wiadomości, rzadko gani. I to tylko w republikach zamieszkanych przez muzułmańską większość. Nie wiadomo, czy to jej rosnący wpływ, czy też rzeczywiste rozpasanie propagandy homoseksualizmu doprowadziło z końcem 2010 roku do jej całkowitego zakazu, co jednak na szczęście nie wywołało ogólnego potępienia ani gejów, ani lesbijek.
Nie gani się także prostytutek. Pierestrojka wyrzuciła tysiące kobiet na ulice miast. Przez wiele lat wzdłuż głównej moskiewskiej arterii (kiedyś ulicy Gorkiego, obecnie Twerskiej) od zmierzchu tkwiły przedstawicielki najstarszego zawodu świata. Jeśli milicja robiła na nie naloty, to nie z uwagi na niemoralność czy nielegalność ich profesji, lecz ze względu na brak zameldowania. Zameldowanie bowiem to radziecka i postradziecka świętość. Najważniejszy jest wpis w dowodzie osobistym. Pilnie strzeżony mechanizm kontroli. Wspaniały rozsadnik korupcji. Następnego dnia po milicyjnej interwencji lub wkrótce potem te same dziewczyny stały w tych samych miejscach, parę kroków od (chętnie - w swobodnych czasach Jelcyna - korzystającgo z ich usług) parlamentu.
Ogłoszenia typu Intim priedłagaju (proponuję kontakt intymny) są częste w gazetach zwykłych, w specjalnych, w internecie. Nierzadko z podpisem "studentka". Rzecz w tym, że zapewne na całym świecie część ładnych dziewczyn korzysta z pomocy "sponsorów", lecz chyba nigdzie nie czyni tego równie często i bez żenady jak w Rosji czy innych państwach byłego Związku Radzieckiego. Skąd taka łatwość w zamienianiu siebie w towar? Może (obok innych przyczyn) w wychowaniu głęboko ateistycznym? Wychowaniu, które pozwala też na dokonanie bez większych skrupułów 8 milionów aborcji rocznie.
Polka, Niemka czy nawet Francuzka, wierząca bądź niewierząca, decydując się na usunięcie ciąży, zdaje sobie sprawę, że w tej kwestii istnieją jakieś zasady religijne. Przeciętna Rosjanka po prostu tego nie wie. Dylematy dotyczące ludzkiej godności embriona ma z głowy. Prostytucja też nie jest dla niej ważkim problemem moralnym. W otchłań historii odeszły moralne zasady stalinizmu z ich surową pruderią i dbaniem o demografię, stąd i karą więzienia za aborcję. Kobietę otacza teraz - pozbawiona wszelkich zasad - lekkość bytu. Na portalu R&F Agency znajdujemy informację z 2011 roku, że "seksualne usługi stały się w dzisiejszej Rosji niemal drugim zajęciem kobiet: 60 procent Rosjanek w ogóle nie widzi sensu w intymnym związku z partnerem, jeśli nie idą za tym korzyści materialne".
To jednak chyba przesada. W swej Rosji w roku 1839 Astolphe de Custine z niemałym zażenowaniem, sumitując się, iż wspomina o tym tylko w imię prawdy, przytacza wiadomości, które posiadł w bardzo wykwintnym męskim towarzystwie:
W wielu klasztorach moskiewskich nie przestrzega się zasady klauzury. Jeden z przyjaciół młodego księcia pokazał wczoraj w mojej obecności całej gromadzie nicponiów różaniec pewnej nowicjuszki zapomniany przez nią, jak twierdził, tego ranka w jego pokoju. Inny znów ku uciesze słuchaczy przechwalał się zdobycznym modlitewnikiem, który, jak zapewniał, należał do siostry uchodzącej za jedną z najświątobliwszych we wspólnocie.
Może to i nieźle, że wśród niewielu danych kobietom rosyjskim przyjemności od wieków nie opuszcza ich podwyższone libido? Wiedzą o tym przybysze z zagranicy, wiedzą i swoi. Wiktor Jerofiejew, znakomity pisarz i niezaprzeczalny znawca nie tylko duszy rosyjskiej, pisze w Encyklopedii duszy rosyjskiej: "Cienki jest lód rosyjskiej obyczajowości [...]. Każda rosyjska dziewczyna z jednej strony jest wstydliwa, a z drugiej kurwiszon. Są co prawda subtelni działacze, zdaniem których taka kombinacja nie jest możliwa, gdyż jest sprzeczna z konstytucją życia. Jeśli jednak pozna się dziewczynę, jej przejście z jednego stanu do drugiego urzeczywistnia się zgodnie z zasadą. Sam mogłem tego doświadczyć". W Rosji, kontynuuje autor, istnieje "pryncypialna niemożność kontrolowania siebie jako zewnętrznie kulturalnej masy cielesnej, zwycięstwo psychodelicznej rozwiązłości"
. Caryca Katarzyna II - twierdzi Jerofiejew - słynęła z nieokiełznanej namiętności nie dlatego, iż była nimfomanką, lecz "dlatego, że kobietom w Rosji chce się pieprzyć. O tym szczególnym zjawisku pisali wszyscy podróżnicy, nie wyłączając madame de Staël"
. Istotę rzeczy odkryli na szczęście uczeni niemieccy, którzy niedawno udokumentowali istniejący w kapuście kiszonej ogromny potencjał damskiego afrodyzjaku. Zupełnie serio podchodzą już do tego najbardziej znani dietetycy światowi. A ponieważ kapustę kiszoną Rosjanie (i Rosjanki) jedzą co najmniej raz dziennie, wszystko jasne.
Wasilij Kluczewski, najznakomitszy rosyjski historyk i pedagog, profesor nie tylko Uniwersytetu Moskiewskiego, lecz i seminarium duchownego na przełomie XIX i XX wieku, znajduje trafniejsze uzasadnienie familijnych kłopotów rodaków: "Nieszczęście Rosjan polega na tym, że mają wspaniałe córki, ale okropne żony i matki: rosyjskie kobiety to mistrzynie w podobaniu się i zakochiwaniu, ale nie umieją ani kochać, ani wychowywać"
.
Trudno się pokusić o socjologiczne wywody, ale chyba nie tylko winą mężczyzn jest rozwód, którym kończy się tu niemal co drugie małżeństwo. Gdzie głowę obrócisz, tam samotna matka z dzieckiem.
Nie ułatwia to kobietom w Rosji znalezienia godnego miejsca. Rosja prowincjonalna biednieje, Rosja miast bogaci się. Tam panny łowią mężczyzn swych marzeń. Rosjanki są piękne - to skutek zmieszania ras. Rosjanki są inteligentne. Bardzo często - dobrze wykształcone. I zagubione na kolejnym wirażu historii, który wyrzucił je na pobocze. Nierzadko w charakterze malowniczej dekoracji.