Rozdział 1
Kiedy zamieszkałem w Farol, staruszka, która była właścicielką domu, podarowała mi kota.
- Nie karm go - powiedziała. - W ogóle nim się nie zajmuj. Niech śpi w szopie i łapie szczury.
Farol było pełne kotów i z tego powodu często je nazywano Pueblo de los Gatos, czyli "kocią wioską". Kilkaset tych stworzeń gnieździło się we wszystkich dostępnych zakamarkach samego Farol oraz w jaskiniach na pobliskim wzgórzu. Była to szkaradna rasa, chuderlawa, z długimi łapami i małymi szpiczastymi łbami. Za dnia rzadko się je widywało, ale po zmroku były wszędzie. Don Alberto, miejscowy ziemianin, a jednocześnie historyk amator, twierdził, że koty były tu zawsze, i stworzył nawet osobliwą teorię - wysnutą ze wzmianki na ich temat u któregoś z dawnych podróżników - że są one krewniakami świętych kotów starożytnego Egiptu. Wspominając o tym, rybacy z Farol pukali się palcem w czoło i przewracali oczami, jakby mówili: "Ciekawe, z czym jeszcze wyskoczy". Ich zdaniem koty zostały sprowadzone, żeby uprzątały wnętrzności ryb, które patroszono na miejscu przed zapakowaniem do wysyłki. W tej części świata nikt nigdy nie zabiłby domowego zwierzęcia, więc ich liczba szybko wymknęła się spod kontroli. Poza zbieraniem resztek wokół łodzi polowały na jaszczurki, żaby i wszystko, co nadawało się do zjedzenia, łącznie z tłustymi ćmami, które chwytały w locie, gdy te pojawiały się letnimi wieczorami zwabione przez oleandry. Kiedy kot był za stary lub zbyt chory, żeby na coś się przydać, pakowano go do worka i wynoszono do lasu korkowego. Właściciele tej części lasu mieszkali w wiosce Sort, położonej około pięciu kilometrów dalej w głąb lądu. Tam nie było kotów, natomiast roiło się od psów, a ponieważ tamtejsi wieśniacy również wzdragali się przed zabijaniem, przynosili niechciane zwierzaki nad morze, wypożyczali łódź i zostawiali je na śmierć z głodu i pragnienia na wyspie położonej sto metrów od brzegu.
Wkrótce się okazało, że moja gospodyni, powszechnie zwana Babcią, jest osobą o wyjątkowym znaczeniu i wpływach w wiosce. Wszystkimi sprawami życia rodzinnego - i zazwyczaj finansami - zajmowały się tutaj kobiety, a nimi, jak tu mawiano, "rządziła" Babcia. Mężczyznami z kolei "rządziła" pięcioosobowa starszyzna rybacka, która miała większość udziałów w dużych łodziach. W obu przypadkach była to władza subtelna i niebezpośrednia, bardziej rodzaj przywództwa opartego na doświadczeniu i wyobraźni.
Poważanie, którym cieszyła się Babcia, wynikało w niewielkim stopniu z jej zamożności, a w większym z jej charakteru. Była postawna, poruszała się z powolną godnością, ubierała zawsze na czarno i miała twarz papieża Borgii z wydatnym nosem i zadartym podbródkiem, okrytym tu i ówdzie ciemnymi kłaczkami. Opadająca powieka sprawiała, że jedno oko zawsze było półprzymknięte, jakby w łobuzerskim mrugnięciu. Głos miała ochrypły i łagodny, choć zniecierpliwiona potrafiła wydać z siebie władczy ryk. Wszystko, co powiedziała, miało rangę nieodwołalnego wyroku i wieśniacy powiadali, że z lubością wyręcza Boga w podejmowaniu decyzji: ilekroć ktoś ośmielił się wyrazić niepewność co do przyszłości, dodając pobożną formułkę "Jak Bóg da", rozstrzygała sprawę nieznoszącym sprzeciwu Si que quiere - oczywiście, że da.
Naturalnie Babcia wścibiała nos w cudze sprawy. Udzielała instrukcji w zakresie metod planowania rodziny, przeprowadzała inspekcje domowych budżetów nowożeńców, żeby zdecydować, kiedy (jeśli w ogóle) będą mogli pozwolić sobie na dziecko, a gdy tylko się jakieś urodziło, proponowała odpowiednie imię. Wszystkie propozycje imion męskich brała z książki o sławnych dowódcach, stąd wioska była pełna nieśmiałych chłopców zwanych Julio César, Carlos Magna (Karol Wielki), Mambró (Marlborough) czy Napoleón. Najbardziej pechowy z nich musiał iść przez życie jako Esprit de Cor (esprit de corps), ponieważ ktoś wmówił Babci, że takie właśnie imię nosił najsławniejszy z wszystkich dowódców.
Przede wszystkim jednak Babcia była znawczynią ziół i wieśniacy oszczędzali na lekarzach, stosując jej receptury, przepisywane po wnikliwej obserwacji twarzy i uryny. Twierdziła, podobno za Lope de Vegą, że podstawą zdrowia i wszelkiej pomyślności są mear claro y cagar duro (czysty mocz i twardy stolec). Czasem też zalecała używanie moczu kobiety w połogu jako środka na zapalenie spojówek i niektóre choroby skórne, ale w wiosce, w której wskaźnik urodzeń był pewnie najniższy na świecie, brakowało dawczyń.
*
Mój pokój w domu Babci miał dziwny kształt i był pełen ostrych krawędzi. Sufit tworzyły cztery trójkątne powierzchnie zbiegające się w najwyższym punkcie, a mansardowe okienka rzucały na podłogę i ściany mozaikę światłocieni. Mieszkańcy Farol nie lubili przesadzać z kolorami, więc wszystko było oślepiająco białe, a mieszkanie w takim pokoju przypominało życie w krysztale, w którym Babcia wyglądała jak czarna geometryczna figura.
W jednym kącie stała węglowa koza, w innym podłoga była wyłożona glazurą. Ten ostatni aspekt wystroju świadczył, że w umyśle Babci jest również miejsce na poetyckie fantazje. Kafelki ułożone według jej projektu przedstawiały kwiaty o splątanych łodygach, wyrastających z centralnego otworu, w którym stała amfora z silnym środkiem dezynfekcyjnym.
Chcąc pochwalić się kolejnym wynalazkiem, Babcia zaprowadziła mnie do ogrodu - jego mur był zwieńczony potrójnie splecionym drutem kolczastym, odciętym z rolki, którą zakupiła z czystej ekstrawagancji. Za murem palisada słoneczników gięła się pod atakiem szczygłów, a między łodygami dojrzałem plażę z przejrzystymi otoczakami połyskującymi wśród odłamków szorstkiego wapienia i z rzędem fioletowo-żółtych łodzi rybackich. Kiedy zapytałem o cenę pokoju, oczy Babci zamglił głęboki namysł. Bardzo wolno przesunęła koniuszkiem języka po wszystkich zębach i odparła, że pięć peset dziennie.
- Będzie miał pan tu święty spokój - dodała.
Nie myliła się i miałem niebywałe szczęście, że znalazłem to miejsce. Pierwszy tydzień w Farol, dokąd sprowadziła mnie opinia najtrudniej dostępnej nadmorskiej wioski w północno-wschodniej Hiszpanii, spędziłem w fonda, wiejskim zajeździe, z którego wygnał mnie smród kotów. Zajazd był prowadzony przez dwóch nieśmiałych, małomównych braci, których widywałem tylko w porach posiłków, kiedy jeden lub drugi przynosił mi talerz, z odwróconą głową szurgał go na stół i czym prędzej czmychał. Do jedzenia było zawsze to samo: sardynki z puszki (prawdziwy rarytas w wiosce, gdzie świeże sardynki wyławiano całymi tonami) i jajka na twardo. Bracia trzymali w piwnicy szesnaście kotów, a zaledwie tydzień przed moim przyjazdem cztery kolejne odstawili do lasu korkowego.
Mój pokój w domu Babci jeszcze parę dni przed moim przybyciem zajmowała jej najstarsza córka z mężem i dwójką małych dzieci. Jak później się dowiedziałem, po latach życia w cieniu osobowości Babci z wielką ulgą wynieśli się na swoje. W Farol znajdowało się pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt takich domów, postawionych bez ładu i składu przy wąskich, zygzakowatych uliczkach, a kilka następnych wciśnięto między masywne skały otaczające wioskę półkolem od strony lądu. Było jeszcze parę wolno stojących rezydencji, które kiedyś należały do bogatych producentów korka, spędzających tu wakacje u schyłku poprzedniego stulecia - wszystkie w rozmaitym stadium ruiny, ozdobione kamiennymi herbami, do których właściciele nie mieli żadnych praw. Podstawowe potrzeby Farol były zaspokajane przez mały spróchniały kościół, składnicę rybacką, rzeźnika i sklep wielobranżowy, oferujący bogaty asortyment od pomady do wąsów po gorzką czekoladę, którą trzeba było dzielić młotkiem, a także jedną książkę - Colección de ocho mil refranes populares precedida de los proverbios morales, czyli Zbiór ośmiu tysięcy popularnych powiedzeń poprzedzonych przysłowiami moralnymi Alonsa de Barrosa, pierwszy raz opublikowaną w 1598 roku. Jej egzemplarz znajdował się w niemal każdym domu i regulowała ona codzienne życie mieszkańców wioski. Był jeszcze bar, w którym serwowano kwaskowatego cienkusza z beczki po pół pesety za szklankę oraz butelkowane wino o nazwie Inocente, które, według zapewnień na etykiecie, zawierało witaminy kojące nerwy. Ozdobą baru był zmumifikowany diugoń, zwany przez miejscowych "syreną". Twierdzili oni, że oblicze tego groteskowo połatanego truchła ze smutnymi szklanymi oczami, z dosztukowanym skórzanym biustem i zakrytymi szmatą genitaliami, zmienia się w zależności od pogody i raz bywa zamyślone, a innym razem nieufne lub złośliwe. Nietrudno było zauważyć, że podróżni chroniący się w barze przed koszmarami zajazdu, w którym byli zmuszeni przenocować - zgodnie uważanego za najgorszy w Hiszpanii - siadali w taki sposób, aby oszczędzić sobie przygnębiającego widoku makabrycznego trofeum.
To właśnie przy długim stole pod syreną wczesnymi wieczorami gromadziła się starszyzna rybacka, żeby omawiać wydarzenia i przygody minionego dnia. Czyniono to białym wierszem, bo choć mieszkańcy Farol byli obojętni na muzykę, malarstwo i w zasadzie na wszelką sztukę, to jednak nie potrafili się oprzeć czarodziejskiej potędze słowa.
W czasie takich posiedzeń rezygnowano z katalońskiego, używanego na co dzień, i przechodzono na kastylijski, ponieważ uważano, że jego melodia lepiej pasuje do poetyckiej ekspresji. Mężczyźni w Farol kolekcjonowali słowa tak, jak ich dzieci zbierały kolorowe kamyki na plaży. Improwizacje sprawiały wrażenie spontanicznych. Kiedy jeden z rybaków kończył, inny zaraz wykorzystywał ciszę, która zapadła, i wygłaszał pierwszy wers, po czym zawieszał głos, czekając na oznaki aprobaty i zachęty, by mówił dalej. A zatem:
Ayer los chubascos me agarráron, pero hoy...
(pomruk Sigue, sigue - "Dalej, dalej")
Wczoraj chłostał mnie deszcz, ale dziś...
La suerte me corrió
Szczęście się do mnie uśmiechnęło
Al amanacer visité la marea
O wschodzie słońca poszedłem na brzeg
Y viendo que el día no llevaba malicia -
I widząc, że dzień nie ma złych zamiarów -
Cogí la barca, y me fuí -
Zepchnąłem łódź i wypłynąłem
Pa' dentro del mar, donde las grandes olas se movían.
(Sigue, sigue)
Na otwarte morze, gdzie mknęły wysokie fale.
Y allí en la claridad del agua, solo, aislado,
I tam, samotny, w przejrzystości wody
Vi tantos fantásmas vivaces,
Ujrzałem wiele radosnych duchów,
No de los sin habla, que comen las almas,
Nie te milczące, które pożerają dusze,
Pero de los que cantan con voces dulces del alba.
Lecz te, co śpiewają słodkimi głosami o świcie.
Niedopuszczalne było podsłuchiwanie tych obrad, wręcz nie do pomyślenia, bym został przyłapany na robieniu notatek, zresztą samo pojawienie się kogoś takiego jak ja, spoza kręgu bardów, sprawiało, że rwały się majestatyczne kastylijskie frazy i znów rozbrzmiewały bezładne katalońskie rytmy. Zwyczaj mówienia białym wierszem stał się wręcz nałogiem i często dawał o sobie znać w najbardziej prozaicznych rozmowach: rybacy nie potrafili wyrzec się metrum, nawet gdy zamawiali sprzęt w składnicy albo kolejkę w barze.
W wiosce, w której panował pewien rodzaj demokracji, a równo dzielona bieda łagodziła nadmierne aspiracje, oprócz Babci było jeszcze kilka wpływowych osobistości.
Formalny przywódca tej społeczności, alkad, przywieziony w teczce, zyskał w oczach rybaków dopiero wtedy, gdy przekonał ich, że został nacjonalistą nie z wyboru, ale z geograficznego przypadku, urodził się bowiem na terytorium okupowanym przez nacjonalistów. Powściągliwym szacunkiem darzono też sklepikarzy, którzy w Farol pełnili funkcję bankierów, sprzedając zimą na kredyt pod zastaw letnich połowów sardynek i tuńczyka. Niekwestionowany autorytet miał natomiast rzeźnik zawiadujący rzadkimi dostawami mięsa, a co ważniejsze, jeszcze ciepłą krwią ubitych zwierząt, którą pojono chore dzieci. Mój sąsiad wywołał poruszenie wśród rybaków, ledwo rozumiejących pojęcie nieruchomości, kiedy ożenił się z córką bogatego rolnika i tym samym został właścicielem pól i drzew, których nigdy nie widział na oczy. W kwestiach dotyczących całej wioski zawsze zasięgano opinii pięciu najstarszych rybaków. Don Ignacio, ksiądz, cieszył się ogólnym poważaniem, ale głównie dlatego, że jawnie mieszkał z kochanką i nie wtrącał się w cudze sprawy.
Kolejna wpływowa osoba w wiosce pewnie zostałaby wzięta przez większość przybyszów za prostytutkę, chociaż miejscowi udawaliby zaskoczenie - lub naprawdę byliby zaskoczeni - taką insynuacją. Sa Cordovesa, czyli Kordowianka, obdarzona subtelną urodą i wdziękiem, jako dziecko uciekła z domu w Andaluzji, a teraz z niezwykłym taktem i godnością świadczyła szeroko zakrojone usługi, skryte pod szyldem zakładu krawieckiego. Za powszechną zgodą wieśniacy przymykali na to oczy, uznając, że nie ma lepszego rozwiązania, skoro większość mężczyzn stać było na ożenek dopiero koło trzydziestki. Przystając na tę hipokryzję, Farol przypisywało Sa Cordovesie pewien rodzaj subiektywnej cnoty. Miała wielu sojuszników - w tym Babcię - i była wszędzie mile widziana. Dość prędko odkryłem, że miała też zastęp poprzedniczek. Farol rozwiązywało problemy społeczne we własny, dyskretny sposób.
Tak prezentowało się Farol, bardziej dzieło ukrytych ludzkich zamysłów niż instynktów natury, a z racji wciąż trwającej izolacji - skarbnica dawnych obyczajów i postaw. Życie zawsze było tu ciężkie - jak egzystencja obrana do kości - a panowała opinia, że staje się coraz cięższe, głównie z powodu tajemniczych zmian w morzu, które nakazywały rybom płynąć w inną stronę. Od dawna niemal każdy sezon przynosił trochę skromniejsze połowy niż rok wcześniej, ale zdarzali się optymiści, którzy wierzyli, że nie musi to być nieodwracalna tendencja, i z nadzieją wyczekiwali na kres chudych lat.
Rybacy byli całkowicie pochłonięci morzem, prawie niepomni istnienia ludzi, którzy pracują na lądzie, zupełnie nieświadomi faktu, że w pobliżu czai się katastrofa. Niespełna pięć kilometrów od morza zaczynał się las korkowy - setki tysięcy majestatycznych dębów rozciągających grubą kołdrę liści na pobliskie wzgórza aż po niskie szczyty sierry. Bajeczne zyski z handlu korkiem skończyły się wraz z wynalezieniem metalowej zakrętki, ale nawet teraz, mimo spadku popytu i cen, dęby zapewniały utrzymanie setkom plantatorów z Sort - sąsiedniej wioski psów - i z wielu innych leśnych przysiółków.
Już wiele miesięcy przed moim przyjazdem w 1948 roku mieszkańcy Sort zaczęli dostrzegać, że coś dzieje się z drzewami - wiosenne listki zmieniały kolor i usychały. Niepokojące wieści od sąsiadów dotarły też do Farol, ale rybacy wzruszyli ramionami i wrócili do szykowania żyłek i naprawiania sieci. Nie byli w stanie pojąć, że ich los może być w jakikolwiek sposób związany z rolnikami, z którymi prawie nie mieli kontaktu i którzy tak bardzo różnili się od nich temperamentem i zwyczajami. Dla rybaków z Farol rolnicy z Sort, wioski odległej o niecałe pięć kilometrów, równie dobrze mogliby mieszkać na innej planecie i cokolwiek im teraz groziło, tutejsi nie potrafili przejąć się ich niedolą.