Farsz i ser
Wystarczy wyjść na Świętojańską, żeby mniej więcej się zorientować, co i jak.
Gdyby ktoś zawieruszył się tu niechcący, nie wiedząc, do jakiego miasta trafił, podpowiedź znajdzie na szyldach. "Gdyńskie" są tu nawet kwiaciarnie.
Jeśli ktoś mieszka w okolicy, prawdopodobnie spotka kogoś znajomego, choć jeśli wybrał się do kawiarni, sklepu albo warzywniaka, które zdążył polubić, niekoniecznie zastanie je tam, gdzie zostawił w zeszłym tygodniu.
Ktoś ciekawy historii Gdyni znajdzie tu pamiątki najważniejszych zdarzeń z przeszłości.
Dla miłośników modernizmu to brama do raju.
A propos bramy. Wchodzę do jednej z nielicznych otwartych, za plecy pizzerii - a jakże, Gdynianki. Telefonem fotografuję szyld szklarza, okrągłe okienko w murze, widok ogólny. Rozglądam się. "Będzie wyburzane?" - Właścicielka salonu fryzjerskiego obserwuje mnie, próbując zgadnąć, czy jestem z agencji nieruchomości, czy może ze służb miejskich. Gawędzimy z kwadrans, tyle wystarczy, by dostać zestaw gdyńskich obaw, bolączek i radości. Radość to Gdynia - fajnie tu mieszkać całe życie, być z Grabówka, pracować po sąsiedzku z Gdynianką. Pizzeria działa od 1987 roku, kolejki ustawiają się nawet poza sezonem. Od blisko czterdziestu lat nie zmienił się przepis na pizzę: to nieduży puchaty placek z serem i pieczarkami lub szynką, obficie polany sosem pomidorowym. Bolączki są ogólnopolskie - rosnące rachunki nie pozwalają na dalsze prowadzenie samodzielnego zakładu, lepiej wynająć stanowisko w cudzym. Lokalne, owszem, też - nawet jeśli rachunki się spinają, to trudno znaleźć dla salonu miejsce, bo w kamienicach i willach sytuacja własnościowa bywa tak skomplikowana, że nie sposób porozumieć się ze spadkobiercami. Obawy tyczą przyszłości - czy aby i tutaj nie wejdzie deweloper; w podwórzu miejsca jest sporo, starczy zburzyć, co istnieje, i zmieści się inwestycja. W powszechnej opinii deweloperom łatwiej pokonywać prawne komplikacje.
Świętojańska to główna ulica Gdyni. W PRL-u władze uznały ją za kapitalistyczną spuściznę, bo pachniała dobrobytem, że aż kręciło się w głowie, i chciały zdegradować; w latach dziewięćdziesiątych XX wieku trochę na wyrost porównywano ją do nowojorskiej Piątej Alei. W latach dwudziestych XXI wieku jest do wynajęcia. Jeszcze dwie dekady wcześniej święto Świętojańskiej gromadziło tłum niczym gwiazda popu, a urzędnicy zapowiadali, że będzie tu miejski salon z prawdziwego zdarzenia. W śmiałych planach z przełomu wieków pojawiały się deptak i poprzeczne pasaże, w realnych - ograniczenie ruchu samochodowego i uporządkowanie parkowania. Miało się skończyć przemykanie pomiędzy maską jeepa czy mercedesa a murem kamienicy, a zacząć picie kawy bez domieszki spalin. Obiecywano, że Świętojańska dogoni wkrótce światowy kanon - powstaną galerie, salony sztuki, kino, rozkwitnie nocne życie.
Na płycie Polska Floryda z 2022 roku raper Szczyl ironizuje: "Wszystko jest nadmorskie, trzy metry nad falą. / Wyprzedzamy Polskę, mamy do wszystkiego dostęp, / A wybraliśmy postęp".
Od mieszkańców słyszę:
- To było po prostu centrum wszystkiego. Teraz umarła. Było życie, jest cmentarz.
Fakt, że główna ulica miasta za nic ma marzenia włodarzy, niezależnie od ich politycznej orientacji, wydaje się narracyjnie atrakcyjny. Wyjaśnienie jest niestety przyziemne: Świętojańska właściwie nie należy do miasta. Jak tłumaczył jeden z wiceprezydentów Gdyni: "Ściany tego naszego "salonu" znajdują się niemal stuprocentowo w rękach właścicieli prywatnych"1. Ściany, czyli budynki. Urząd Miasta Gdyni może decydować o kierunkach ruchu samochodowego, zgadzać się lub nie na rozstawienie kawiarnianych stolików na chodnikach, może dołożyć się do remontu elewacji, ale na to, co się dzieje na parterach, nie ma wpływu. Gdy w 1995 roku w pierwszej modernistycznej gdyńskiej kamienicy runął kawał muru, bo właściciel próbował rozbudować ją o dwa piętra, główna inżynierka miasta Wiesława Martyńska-Ostrowska przez radio szukała kogoś, kto uratuje budynek przed katastrofą. "Ze względu na przewidywane konflikty z właścicielem firmie, która podejmie się prac zabezpieczających, Urząd Miasta gwarantuje ochronę straży miejskiej"2.
To rezultat grzechu pierworodnego twórców Gdyni. Gdy w 1922 roku zapadła ostateczna decyzja o budowie polskiego portu, nikt nie przewidział, że wokół powstanie spore miasto. Powstawało więc chaotycznie. W 1926 roku rolnicza wieś z letniskowymi aspiracjami dostała prawa miejskie, ale bez gruntów. Te należały do dotychczas urzędujących tu kaszubskich rodów lub zamożnych przedsiębiorców.
Na zdjęciu z 1924 roku Świętojańska przecina prawie puste pola. Od stojącej u jej zwieńczenia figury świętego Jana Nepomucena wzięła nazwę (początkowo brzmiała ona "Świętego Jana", jeszcze w latach pięćdziesiątych zapisywano ją niekiedy jako "Św. Jańska"), a od poświęcenia 3 maja 1924 roku kościoła Najświętszej Maryi Panny - ruszyła w przyszłość. W 1927 roku magistrat zdecydował, że będzie to pierwsza urządzona ulica, i wkrótce rozpoczęło się brukowanie. Jezdnię przedzieliły wysepki zieleni, już w latach trzydziestych zlikwidowane pod presją kierowców. Wzdłuż, jeden po drugim, choć nie wedle numeracji, wyrastały bardziej lub mniej luksusowe budynki, a w nich urządzano sklepy, kawiarnie, restauracje. Powszechnym zwyczajem było "podawanie adresu jak na wsi: w domu Chojkówny, w domu Budyna, dom pana Matuszkiewicza, obok kościoła [...], naprzeciw restauracji Bednarskiego"3. W 1939 roku w kamienicy Stanisława Kryna, lekarza z Kruszwicy, otwarto kino Gwiazda dla tysiąca widzów, z fontanną, kawiarnią, palarnią, marmurami i wyściełanymi fotelami. A potem przyszła wojna.
W Gdyni zaczęła się od nalotu na Oksywie. Tam stacjonowało wojsko. Miasta bronili wyposażeni w kosy ochotnicy, tak zwani - zależnie od epoki - gdyńscy lub czerwoni kosynierzy. 12 września Gdynię poddano, by uchronić ją od zniszczenia. 14 września Świętojańską przedefilowali hitlerowscy żołnierze, pięć dni później przyjechał Hitler. Wtedy nazwę miasta zmieniono na Gotenhafen, by 8 października włączyć je do Rzeszy Niemieckiej. Świętojańska dostała imię Führera, Adolf Hitler Strasse, a mieszkańcy - nakaz opuszczenia miasta. Wysiedlono około osiemdziesięciu tysięcy gdynian, czyli dwie trzecie ludności, zaangażowanych w działalność patriotyczną wywieziono do obozu Stutthof, trzystu jeden stracono w Piaśnicy. Osiedlono głównie Niemców z wcielonych do ZSRR państw nadbałtyckich. W kawiarniach zawisły portrety Hitlera. We wrześniu 1943 roku Świętojańską pojechał pierwszy trolejbus.
W styczniu 1945 roku między innymi w piwnicach kamienic przy Świętojańskiej 75 i 137 młodzi ludzie z Tajnego Hufca Harcerzy, pod kierunkiem porucznika Joachima Joachimczyka, opracowywali mapy umocnień i stanowisk artyleryjskich szykowanych wówczas przez Niemców. Gotową mapę stacjonującym sto kilometrów od Gdyni Rosjanom dostarczyła harcerka Mieczysława Oleszakówna. Akcja opatrzona kryptonimem B-2 pomogła uratować miasto przed zburzeniem. Żołnierze Armii Radzieckiej wkroczyli na główną ulicę 28 marca 1945 roku. Hitlerowcy bronili się, ale Śródmieście przetrwało. Zniszczone, nie zrujnowane. Zrujnowany był port.
Wspomnienia z tamtego czasu, co oczywiste, nie są spójne. Działacze Polskiej Partii Robotniczej zapamiętali miłych radzieckich żołnierzy, którzy stanowczy byli tylko dla Niemców - skręcając papierosy, pilnowali, żeby jeńcy tłumili piaskiem ogień na parterach Świętojańskiej4. Według powracających do miasta AK-owców sowieccy wojskowi zmuszali Polaków do uprzątania końskich trupów5 albo szabrowali. "Spotkaliśmy jakiegoś krasnoarmiejca w czapeczce i uniformie, który łaził po Świętojańskiej. Schodami do góry przyszedł na pierwsze piętro, obszukał - wspominał Anatol Orwicz-Urbaniak, który po powstaniu warszawskim wrócił do rodzinnego mieszkania przy Świętojańskiej 60. - Chodził po sklepach na dole, które miały różne otwarte drzwi, bo już Niemców nie było, a Polaków jeszcze nie było. Może trochę brutalnie mówię do niego: "Czego ty szukasz tutaj?!". Wydawało mi się, że to był zwykły szabrownik, który szukał zegarków. Później dopiero sobie pomyślałem, że to stanowczo musiał być NKWD, szpicel, który szukał przypuszczalnie byłych Niemców albo dygnitarzy"6. Nazajutrz Orwicz-Urbaniak został aresztowany. Po trzech dniach Rosjanie wypuścili go, ale dostał ostrzeżenie: wiedzą, że walczył w Armii Krajowej.
Żołnierze radzieccy jak wszędzie, tak i w Gdyni bezwzględnie korzystali z prawa zwycięzców do brania wszystkiego bez pytania o zgodę. Patrolujący wybrzeże zabierali rybakom łodzie, wypływali w morze i ogłuszali ryby materiałami wybuchowymi. Kiedy do portu wpływały już zagraniczne statki, nie wpuszczali tam Polaków; chcieli mieć monopol na szaber. Skala gwałtów na kobietach wciąż pozostaje niezbadana.
Nowa władza zainstalowała się, jak by inaczej, przy Świętojańskiej. Działacze PPR zajęli należącą do Agnieszki Grubbówny, córki najbogatszego gdyńskiego gospodarza, kamienicę pod numerem 3, tuż przy placu Kaszubskim. Pięciopiętrowy budynek zaprojektowany w 1935 roku przez Jana Bochniaka do dziś uchodzi za luksusowy. Na drugim krańcu tego odcinka Świętojańskiej, w kamienicy na rogu z Pułaskiego, ulokowała się Informacja Marynarki Wojennej - w latach 1948-1955 w piwnicach działał areszt, w którym torturowano więźniów politycznych.
Piotr Stolarek, sekretarz Komitetu Miejskiego PPR, wolał wspominać mniej kłopotliwe epizody. "Pierwsza rzecz to było uporządkowanie miasta. Trupy ludzkie i zwierzęce trzeba było uporządkować, aby uchronić od epidemii i zarazy. Potem sprawa zaopatrzenia - dyktował w latach sześćdziesiątych kronikarzowi Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. - Obywatelskich odruchów było dużo. Czy to chodziło o usunięcie trupów, czy zasypanie rowów, likwidację zasieków, nie było trudności w mobilizowaniu ludzi. Była potrzebna inicjatywa, a ludzie mieli chęci i szli"7.
Wtedy jeszcze prywatna inicjatywa zdawała się potrzebna. Inżynier Tadeusz Wieczffiński informował w ogłoszeniu opublikowanym w broszurze wydanej z okazji rocznicy wyzwolenia Gdyni, że jego znana przed wojną firma elektrotechniczna ze Świętojańskiej "już 4 kwietnia 1945 roku wróciła, by wznowić prace":
Odrodziła się z gruzów i popiołów i początki były bardzo ciężkie. W starym spalonym przez okupanta lokalu zginęły maszyny, przyrządy i sprzęt [...]. Po odrodzeniu firma uruchomiła w krótkim czasie dział sprzedaży, biuro instalacyjne, warsztat radiowy i włączyła się do ogólnego wysiłku w pracy nad odbudową gospodarczego życia Polski8.
Izabela Schmidt, przed wojną współwłaścicielka kina Morskie Oko, otworzyła przy Świętojańskiej 15 bar kawowy pod tą samą nazwą. "Odwiedziłem ją. Już nie była to przemożna władczyni, od której zależał niejednokrotnie los pracownika. Ujrzałem mizerną, zagubioną i bezradną starszą kobietę - opisywał żołnierz AK Aleksander Pawelec, który w młodości pracował w jej kinie. - Zapytała mnie wprost, czy nie mógłbym pożyczyć jej kilkadziesiąt dolarów lub się o nie postarać"9. Pożyczka nie pomogła, dwa lata później w tym miejscu znajdowała się już restauracja Miraż.
Stolarek zapamiętał piekarza, który zgłosił się do Komitetu Miejskiego PPR z propozycją, że w zamian za przydział mąki odda do dyspozycji urzędu przedwojenną piekarnię przy Świętojańskiej, bo wie, że miasto potrzebuje chleba. "Uzyskaliśmy z magazynów wojskowych mąkę, pomagało kilka osób na ochotnika w remoncie pieca i to był pierwszy piekarz, który zaopatrywał, własnym wypiekiem, naszym wypiekiem, w chleb ludność miasta Gdyni"10.
Wzdłuż pierwszego piętra kamienicy Grubbów zawisł napis "Polska Partia Robotnicza", a działacze ruszyli po władzę. Po nią tu wszak przyszli, a nie po to, żeby piec chleb. W dawnym kinie Gwiazda, tym z fontanną i wyściełanymi fotelami, zwołali 7 kwietnia 1945 roku partyjny wiec. Przyjechał Bolesław Bierut i związani z Gdynią przed wojną działacze Polskiej Partii Socjalistycznej. Jeden z nich, Henryk Zakrzewski, współzałożyciel Gdyńskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, został z nadania premiera Edwarda Osóbki-Morawskiego prezydentem miasta. Na zorganizowany przez PPR pochód pierwszomajowy przyszło sześćdziesiąt osób. Jeśli ludzie komuś bili brawo, to działaczom PPS. PPR-owców przyjmowali nieufnie11. Może i gdynianie ofiarnie porządkowali miasto, ale radzieckie porządki nie były im w smak.
*
Tymczasem wracali dawni mieszkańcy. Jeśli byli właścicielami gruntów lub kamienic, to często tylko po to, by wkrótce znów dostać nakaz wyjazdu. Gdynię, pod pretekstem niedoborów mieszkaniowych, "czyszczono z elementów niepotrzebnych". Właścicieli wywłaszczano z gruntów, ale kamienice przeważnie nadal do nich należały. Tyle że tracili na nie wpływ. Mieszkaniami dysponował urząd i kwaterował tam, kogo chciał. W pochodzących z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wykazach wykroczeń popełnionych przez członków partii zatrudnionych w przemyśle morskim podane są ich adresy. Świętojańska pojawia się rzadko, ale ulice okoliczne - Abrahama, 3 Maja, 10 Lutego - częściej niż te położone w dzielnicach tradycyjnie robotniczych. Po latach z tych kwaterunków wynikną kłopoty, ale na razie - jak zazwyczaj w dziejach świata - wydaje się, że nowy ustrój dany jest na zawsze.
Przy schodzącej do morza alei Czołgistów (dawniej i obecnie Piłsudskiego) powstał "gdyński MDM" - osiedle skromniejsze, ale nawiązujące stylem do flagowej warszawskiej inwestycji; równolegle do Świętojańskiej - sześciopasmowa arteria Władysława IV. Miały one sprowadzić Świętojańską do roli ulicy pomocniczej, prowadzącej do portu. Opracowany przez gdański Miastoprojekt plan szczegółowy Śródmieścia z 1953 roku przewidywał wyburzenia paru kamienic na południowym krańcu Świętojańskiej i kilkunastu w jej okolicach. Przetrwały. Przetrwała też funkcja głównej ulicy - tak jak w nowych parkach ludzie wydeptują skróty przez wypielęgnowane trawniki, tak w socjalistycznej Gdyni nadal spacerowali Świętojańską. Według Informatora gospodarczego Wybrzeża w 1948 roku znajdowały się tu sto pięćdziesiąt trzy sklepy, nieraz po kilka pod jednym adresem: z ubraniami, słodyczami, obuwiem, jubilerskie i papiernicze, księgarnie i kwiaciarnie. Większość zniknęła w wyniku ogłoszonej przez PPR "bitwy o handel". Ostatecznie partia wygrała wprawdzie bitwę, ale wojnę o handel przegrała. Po odwilży w 1956 roku na Świętojańską wróciły prywatne punkty usługowe i sklepy kolonialne, a i te "uspołecznione" zapamiętano jako lepsze niż gdzie indziej.
We wczesnych latach dwudziestych XXI wieku spotykam gdańszczan, którzy w PRL-u jeździli do Gdyni po zakupy, oraz gdynian i gdynianki, którzy wyliczają z pamięci: tu był Wedel, a tam Wawel wyłożony parkietami, pachniało, jak nie wiem, tu ojciec kupował znaczki, tam bywałam w warzywniaku. W empiku, który wtedy działał pod szyldem Klub Międzynarodowej Prasy i Książki, ktoś czytywał zagraniczną prasę, w barze firmowym mleczarni Kosakowo popijał sernik jogurtem, w Modzie Polskiej stał w kolejce po perfumy. Ustrojone egzotycznymi kwiatami delikatesy i sklep obuwniczy, przez ponad trzydzieści lat prowadzony przez Stanisława Gąseckiego, przeszły do historii jako przykłady gdyńskiego luksusu. Wystawy butiku Lux i komisów śnią się starszym elegantkom do dziś.
- Jak się chciało wiedzieć, co się nosi w świecie, jechało się na Świętojańską - mówi Barbara Bańkowska, urbanistka, która w latach pięćdziesiątych studiowała w Gdańsku, a w latach osiemdziesiątych tam pracowała. - W czasie studiów odwiedzałam ciotkę mieszkającą przy Świętojańskiej. Zabierała mnie do herbaciarni. W ponurym stalinizmie do herbaciarni!
Trwałe miejsce w kronikach trójmiejskiej sceny muzycznej ma bar Liliput, przez bywalców nazywany Kapciem. W latach siedemdziesiątych w ramach koncertów Discorama 111 regularnie grywał tam zespół słynnego w Gdyni jazzmana i animatora Przemysława Dyakowskiego. Przechadzający się Świętojańską zagraniczni marynarze dodawali jej zachodniego sznytu, a polscy, przemycający z Zachodu to, czego w kraju brakowało, czyli po prostu wszystko, dbali o wrażenie dobrobytu. Wrażeniami jednak człowiek się nie naje.
*
W grudniu 1970 roku rozegrały się tutaj najtragiczniejsze wydarzenia w powojennej historii Gdyni. 14 grudnia w Gdańsku, a potem w Gdyni wybuchły protesty, których bezpośrednią przyczyną była zapowiedź podwyżki cen. W nocy z 16 na 17 grudnia fotograf Edmund Pepliński widział z okna przy Świętojańskiej 66, jak w dół ulicy, w stronę portu, suną czołgi, transportery, ciężarówki i kuchnie polowe. "Ulice się trzęsły, domy także, warkot motorów zlewał się w ponury łoskot"12 - wspominał. Rano wojsko zaatakowało idących do pracy stoczniowców. Zginęli ludzie. Od stoczni w kierunku śródmieścia ruszył marsz, na drzwiach niesiono zwłoki Zbigniewa Godlewskiego - bohatera słynnej Ballady o Janku Wiśniewskim. Po drodze tłum gęstniał. Na Świętojańskiej protestujący skierowali się w górę ulicy, w stronę Prezydium Miejskiej Rady Narodowej (dziś to Urząd Miasta). Pepliński:
Na rogu Świętojańskiej i Kilińskiego uformowała się milicyjna zapora. Były tam gaziki, na których stali milicjanci z wyrzutnikami gazów łzawiących. Teraz nastąpiła scena jakby specjalnie przygotowana dla filmu: gdy pierwsze granaty wybuchły, powstały obłoki dymu, za którymi szli milicjanci z wielkimi krzyżackimi tarczami i nacierali na tłum. Dym przysłonił mi widoczność. Kiedy opadł, zobaczyłem, że drzwi z chłopcem leżą na jezdni. Po chwili robotnicy podnieśli je znowu i ponieśli dalej.
Przy Prezydium milicjanci i żołnierze zagonili ludzi do podziemi gmachu i długo bili.
17 grudnia 1970 roku zapamiętano w Gdyni jako Czarny Czwartek. W tym dniu na ulicach zginęło osiemnaście osób.
Świętojańska w PRL-u bywała jeszcze nieraz sceną zatargów między milicją a opozycją - tędy chodziły pochody pierwszomajowe, a więc też kontrpochody - choć nigdy już tak brutalnych. Gdy w maju 1990 roku wybory samorządowe wygrała ekipa związana z Komitetem Obywatelskim "Solidarność", nowi radni miejscy, zanim weszli do urzędu, zatrzymali się na chwilę przed stojącym nieopodal krzyżem upamiętniającym Grudzień 1970 - wtedy jeszcze tymczasowym; znany dzisiaj pomnik Ofiar Grudnia 1970 powstał w 1993 roku. Dla Świętojańskiej mieli plan.
[Powinna stać się] pierwszym znakiem tożsamości dla Gdyni, centrum europejskiego miasta, nowocześnie zaprojektowana i atrakcyjna. Zamiast sklepów z abażurami czy zakładów stemplarskich będą na niej banki, agencje turystyczne, centra informacji, elegancki handel, popularna gastronomia, kultura i rozrywka. Powinny być na niej wizytówki wszystkich miast, z którymi Gdynia jest zaprzyjaźniona, oraz kultura i egzotyka morska13.
Już w sierpniu 1990 roku oddali w dzierżawę sto trzydzieści siedem sklepów administrowanych dotąd przez urząd. Z dnia na dzień zmieniały się szyldy. Nowe brzmiały światowo, co oczywiście raziło purystów. Portobello's (sklep z artykułami spożywczymi pochodzenia zagranicznego), Superland (artykuły gospodarstwa domowego, kosmetyki, zabawki), Komercial (odzież), Music Top (kasety i płyty), Antics, Stamps, Coins (antyki, znaczki, monety).
Szybko się jednak okazało, że problemy są poważniejsze niż szyldy i abażury. Choćby sprawy własnościowe - pokłosie powojennego kwaterunku. Ledwo minęły wakacje i 5 września Rada Miasta przegłosowała uchwałę, która znosiła "najem budynków i lokali na podstawie decyzji administracyjnej o przydziale". Oznaczało to, że wszyscy, którzy w PRL-u zajęli mieszkania komunalne, mieli wkrótce zostać z niczym. Jeden z radnych zachwalał pomysł, argumentując, że "centrum Gdyni przestanie być swoistym ZOO, w którym krajowi i zagraniczni turyści mają wątpliwą przyjemność spotykania się z osobnikami mającymi specyficzny stosunek do życia"14. Wybuchła potężna awantura, która poskutkowała trwającym przez kilka lat konfliktem między właścicielami nieruchomości a lokatorami.
Na zewnątrz Gdynia robiła wspaniałe wrażenie, a Świętojańska w szczególności. Zachwycona "miejscami światową" ulicą Danuta Zagrodzka pisała w "Gazecie Wyborczej":
Do Gdyni tak szybko zawitali Bata, Levi-Strauss, Adidas, Salamander - światowe marki, które podnoszą standard miejscowego handlu i prestiż miasta - bo tu po prostu prawie całe śródmieście, siedemdziesiąt procent centralnie położonych sklepów, jest prywatne. A umowa z właścicielem jest rzeczą dziecinnie prostą w porównaniu z kołomyjami w urzędach15.
Główna inżynierka miasta Wiesława Martyńska-Ostrowska - która, jak pisała Zagrodzka, chciała być dla Gdyni tym, kim Haussmann dla dziewiętnastowiecznego Paryża - marzyła, by śródmiejskie kamienice podnieść o jedno piętro, wyprowadzić z centrum samochody, a w podwórzach zamiast garaży utworzyć pasaże ze sklepami i kafejkami.
W 2000 roku kościół Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski - ten, od którego poświęcenia Świętojańska ruszyła w przyszłość - ogłoszony został kościołem jubileuszowym. Prałat Edmund Wierzbowski tak tłumaczył znaczenie tego wyboru: "Kościół zyskał tę samą rangę co bazylika Świętego Piotra w Rzymie czy bazylika Narodzenia w Betlejem. Po dary duchowe Roku Jubileuszowego nie musimy daleko jechać, wystarczy przyjść na ulicę Świętojańską"16.
Wtedy wciąż trwały dyskusje, co dalej z głównym traktem Gdyni. Gdy w 2002 roku rozpoczął się remont, po którym miał się stać handlowo-rozrywkowym pasażem, rozświetlonym aż do nocy, było już prawie pewne, że paręset metrów od Urzędu Miasta powstanie centrum handlowe (otwarto je w 2013 roku). Poszerzono wtedy - dzięki fortelowi, który pozwolił nie konsultować pomysłu z setkami spadkobierców kamienic - chodniki, zwężono jezdnię, w miejsce rozłożystych starych drzew posadzono młode. Po dwudziestu latach wciąż są rachityczne.
W 2003 roku zamknięto kino Warszawa - tak przemianowano Gwiazdę, w której przed wojną były fontanny, a po wojnie spotykali się partyjni dygnitarze. Dziś jest tam oczywiście Biedronka. W 2008 roku połowa gdynian pytanych przez Magdalenę Szmytkowską wskazała Świętojańską jako najważniejsze miejsce w mieście. W badaniu przeprowadzonym cztery lata później co trzeci maturzysta uznał, że Świętojańska określa jego gdyńską tożsamość (prawie połowa wskazała na pierwsze w Gdyni wieżowce Sea Towers i skwer Kościuszki)17. Nowszych i szerszych badań nie ma. W 2015 roku ulica, wraz z całym historycznym układem urbanistycznym Śródmieścia, została - decyzją prezydenta RP - Pomnikiem Historii.
Świętojańska nie błyszczy, nie wibruje, świętuje z umiarem. 6 stycznia przechodzi nią Orszak Trzech Króli, tydzień przed Wielkim Piątkiem odbywa się Droga Krzyżowa, w niedzielę poprzedzającą Dzień Papieski - procesja parafian kościoła NMP. 11 listopada defilują żołnierze Marynarki Wojennej, a za nimi delegacje rozmaitych instytucji i stowarzyszeń oraz zwykli gdynianie. Na początku grudnia motocyklami przejeżdżają mikołaje, w rocznicę Czarnego Czwartku idą uczestnicy uroczystości.
Zdjęcia z przełomu wieków, gdy wielotysięczny tłum bawił się na święcie Świętojańskiej albo pozował do pamiątkowej fotografii z okazji urodzin Gdyni, wyglądają - choć kolorowe - jak z odległej epoki.
Dziś gdynianie i gdynianki okazują uczucia mniej ekspresyjnie, ale Świętojańską zachowali w sercach. Spotykam osoby, które po powrocie z wyjazdu pierwsze kroki kierują właśnie tu - zorientować się, co nowego. W ogóle często tu spotykam kogoś znajomego. Niektórzy są w przelocie; ze Świętojańskiej odjeżdża dziesięć linii trolejbusowych, można się dostać do większości odległych dzielnic.
Wśród kilkunastu lokali z czymś "gdyńskim" na szyldzie jest bar szybkiej obsługi Gdyńska Zapiekanka. W stałej ofercie ma szesnaście smaków, wszystkie z nazwami związanymi z Gdynią. "Gdyńska" na przykład to pieczarkowy farsz, ser plus pięć dowolnie wybranych składników. "Świętojańska" to farsz i ser. Po prostu.