Gdy otworzyli bramy, zaczęłam iść w stronę domu... Rozmowy z Joanną Muszkowską-Penson - Jacek Ladorucki

Kup ebooka

0.00 zł

-
Proszę czekać

Jacek Ladorucki - Uniwersytet Łódzki, Wydział FilologicznyKatedra Informatologii i Bibliologii, 90-236 Łódź, ul. Pomorska 171/173

 

 

RECENZENT

Hanna Tadeusiewicz

 

REDAKTOR INICJUJĄCY

Urszula Dzieciątkowska

 

OPRACOWANIE REDAKCYJNE

AGENT PR

 

SKŁAD I ŁAMANIE

AGENT PR

 

KOREKTA TECHNICZNA

Leonora Wojciechowska

 

PROJEKT OKŁADKI

Katarzyna Turkowska

 

Na okładce wykorzystano zdjęcie z Agencji Fotograficznej Kosycarz Foto Press KFP Fot. Maciej Kosycarz / KFP

 

Wszystkie ilustracje w tekście, jeśli nie oznaczono inaczej, pochodzą z archiwum domowego Joanny Muszkowskiej-Penson

 

Podziękowania dla Zbigniewa Gruszki i Magdaleny Kostrzewskiej

za pomoc techniczną podczas przygotowywania książki

 

? Copyright by Jacek Ladorucki, Łódź 2016

? Copyright for this edition by Uniwersytet Łódzki, Łódź 2016

 

Wydane przez Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego

Wydanie I. W.07181.15.0.M

 

Ark. wyd. 6,0; ark. druk. 11,375

 

ISBN 978-83-8088-269-0

e-ISBN 978-83-8088-270-6

Spis treści

Wstęp. Moje pierwsze spotkanie... 7

Część I. Życie po obozie 9

Część II. Przedwojenny świat 21

Część III. Jan Muszkowski - ojciec 37

Część IV. Jakub Penson - mąż 57

Część V. Lata szkolne. Wybuch wojny 63

Część VI. Ravensbrück 79

Część VII. Praca w hospicjum 101

Część VIII. Przyjaźń 109

Część IX. Biuro Lecha Wałęsy 117

Część X. "Solidarność" 135

Starość 149

Przypisy (Endnotes) 163

 

 

 

Wstęp

Moje pierwsze spotkanie...

....z Joanną Muszkowską-Penson odbyło się 15 kwietnia 2011 roku, kiedy zbierając materiały dokumentacyjne na temat jej ojca, Jana Muszkowskiego, wybitnego księgoznawcy, społecznika, profesora Wolnej Wszechnicy Polskiej i jednego z organizatorów Uniwersytetu Łódzkiego po wojnie, trafiłem, wraz z kolegą mgr. Zbigniewem Gruszką, do Kancelarii Lecha Wałęsy w Gdańsku.

Więzi rodzinne i emocje nie pozwalają separować faktów i oddzielać od siebie wydarzeń na życzenie pytającego, dlatego we wspomnieniach wątki z życia Jana i Joanny Muszkowskich przeplatały się dość często i uzupełniały nawzajem, bowiem wspominanie innych jest przecież refleksją nad samym sobą. Nie wiadomo, od jakiego momentu, pytania o życie ojca i córki stały się tak samo istotne, a rozmowa zamieniła się w obszerny wywiad z Joanną Muszkowską-Penson o jej sposobie widzenia świata, przeżyciach i obecnej pracy. Przystępując do rozmowy, nie wiedziałem o niej prawie nic, poza tym, że była lekarzem i tłumaczem Wałęsy w czasach solidarnościowych. Rozpocząłem bez obciążeń, nie przeczuwając, jakie odpowiedzi mogą przynieść formułowane na gorąco pytania. Poznawałem człowieka i uczyłem się słuchać. Od początku przykuwała uwagę egzystencjalna refleksja rozmówczyni - głos człowieka innych czasów, innej wrażliwości i wychowania. Wszystko to budziło ciekawość.

Pani Profesor przez całe życie była lekarzem z powołania, pracowała dla innych, bo to obiecała sobie, kiedy cudem przeżyła niemiecki obóz koncentracyjny. Angażując się społecznie, ukrywała w swoim mieszkaniu działaczy opozycyjnych, rozdzielała lekarstwa i sprzęt medyczny w parafii św. Brygidy w Gdańsku, organizowała wraz z ks. Eugeniuszem Dutkiewiczem pierwsze w Polsce hospicja domowe, otaczała opieką lekarską potrzebujących Należała do pokolenia brutalnie doświadczonego przez wojnę i nigdy nie wymazała wojny z pamięci, ale nie straciła też wiary w ludzi, w przyjaźń i świat oparty na wartościach. Nie nosi w sercu urazy za to, jak wojna ukształtowała jej życie. W którymś momencie wyznała: "już po wszystkim, mam zadowolenie, że to przeżyłam".

Joanna Muszkowska przez całe życie pozostawała jakby na uboczu, na drugim planie wydarzeń, a jednocześnie odgrywała w nich niezwykle ważną rolę. Na tym polega Jej wyjątkowość. Od najmłodszych lat wzrastała w intelektualnej atmosferze profesorskiego domu, w czasie wojny działała w konspiracji, ale wkrótce trafiła do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, gdzie wraz z Wandą Półtawską, Stanisławą Schöneman-Łuniewską, Wandą Kiedrzyńska, Urszulą Wińską, Mają Berezowską, Marią Hiszpańską-Neumann i innymi przeżyła długie cztery lata. Po wojnie, w Gdańsku, już jako lekarz, u boku męża, wybitnego internisty, Jakuba Pensona, specjalizowała się w nefrologii, a jednocześnie angażowała się społecznie i działała na rzecz opozycji politycznej, obok Lecha Wałęsy, ks. Henryka Jankowskiego, Jacka Taylora, wśród robotników w stoczni. Nigdy jednak nie miała pokusy, by zostać politykiem. Obecnie, w dziewięćdziesiątym piątym roku życia, Pani Pensonowa pracuje - pro bono - w Biurze Lecha Wałęsy.

Poznawanie Pani Profesor było odkrywaniem człowieka wielkiej otwartości, dobroci i życzliwości. Tego wszystkiego doświadczałem goszcząc kilkakrotnie w Jej domu w Sopocie od kwietnia 2011 do maja 2012 roku - i za to doświadczenie dziękuję!

 

Jacek Ladorucki

 

 

Część I 

Życie po obozie

Uszczypnij mnie,

bo nie wiem, gdzie jestem...

 

(Rozmowa odbyła się 15 kwietnia 2011 w Biurze Lecha Wałęsy w Gdańsku)

Jacek Ladorucki: ...

 

Mieszkałam w Łodzi od roku 1945, gdy wróciłam z obozu, do roku 1950, wtedy dostałam nakaz pracy do Akademii Medycznej w Gdańsku. To były czasy, kiedy otrzymywało się nakazy pracy. W Łodzi mieliśmy taką przyspieszoną medycynę, zaczynaliśmy zaraz jak skończyła się wojna. Przyjechałam w czerwcu i od razu rozpoczęłam studia. A od następnego roku akademickiego przyszedł już nowy nabór i z nami musieli coś zrobić, więc przenieśli nas "umownie" na drugi rok. Nie byliśmy jeszcze w pełni na drugim roku, ale nie byliśmy też na pierwszym. Byliśmy gdzieś po drodze, nadrabialiśmy zaległości... Wobec tego w 1949 r. skończyłam medycynę, a potem pojechałam do Gdańska.

 

Czy ówczesna władza nie utrudniała przedwojennej inteligentce rozpoczęcia studiów medycznych?

 

Mój ojciec był wtedy profesorem nowego uniwersytetu w Łodzi, więc - nie wiem tego - może częściowo przez protekcję? Chociaż wtedy przyjmowali jeszcze wszystkich chętnych. Ludzie wracali różni: z kazamatów, z lasu, goli, bosi. Myślę, że nawet nie było rozeznania. Przyjmowali wszystkich, którzy się zgłosili. Potem, w następnych rocznikach, było na Uniwersytecie Łódzkim jeszcze więcej studentów. Ciągle skądś wracali, przyjeżdżali...

 

Łódzki rozdział nie był jednak długi. Wkrótce nastąpiło rozstanie z polskim Manchesterem. Jakie było pierwsze wrażenie po przyjeździe do Gdańska?

 

Muszę powiedzieć, że byłam oczarowana Wybrzeżem. Trójmiasto było zawsze wolne ze względu na morze, na statki, które przypływały, a z nimi ludzie. Mieliśmy tu od początku o wiele lepszy kontakt ze światem, aniżeli w głębi Polski, gdzie wszystko powoli się zamykało. Myślę, że dlatego "Solidarność" powstała w Gdańsku.

 

Ryc. 1. Ministerialne powołanie J. Muszkowskiego na członka organizatora UŁ (1945 r.)

 

Ryc. 2. Przepustka do Urzędu Rady Ministrów (1945 r.)

Jak rodzice reagowali na Pani sukcesy zawodowe?

 

Mój ojciec był bardzo dumny ze mnie. Gdy napisałam pierwszą pracę medyczną, którą wydrukowano w tygodniku lekarskim1, ojciec był bardzo szczęśliwy, wszystkim się chwalił. Potem wysyłałam mu zawsze zaproszenia, gdy wygłaszałam publiczne referaty. Z ojcem byliśmy - trzeba powiedzieć - bardzo blisko. Od wczesnego dzieciństwa był moją wielką miłością. Kochałam go i podziwiałam zawsze.

 

Czy rodzice odwiedzali Panią w Gdańsku?

 

Tak, albo ojciec przyjeżdżał do mnie, albo ja jeździłam do Łodzi. Miałam to szczęście, po powrocie z obozu, zastać ich oboje przy życiu. Matka miała złośliwą anemię, ale ojciec był w pełnej aktywności.

 

Zaangażowanie Jana Muszkowskiego w organizację nowej uczelni było ogromne...

 

W 1945 r. ojciec należał do grona tych osób, które tworzyły Uniwersytet Łódzki z niczego, na bazie Wolnej Wszechnicy Polskiej2. W Warszawie urzędowało Ministerstwo Edukacji, zarządzane w totalitarny sposób - wszystkie decyzje ministerstwa trzeba było odbierać osobiście, nie funkcjonowała komunikacja, profesorowie jeździli otwartymi przyczepami samochodowymi. To przecież kosztowało życie Teodora Viewegera, który był jednym z najważniejszych organizatorów Uniwersytetu3. Profesor zginął tragicznie. Widział to mój ojciec i prof. Borys Łapicki4 (ojciec znanego aktora, Andrzeja Łapickiego). Jechali do Warszawy, ich samochód nagle zahamował, Vieweger spadł i zginął na miejscu.

Pierwszym rektorem był profesor Tadeusz Kotarbiński; był niezwykle przystojny, z sumiastym wąsem, szczupły i bardzo wysoki, wtedy już siwy. Na naszym pierwszym balu, który się odbył na początku roku akademickiego, a był to w ogóle początek uniwersytetu, w pierwszej parze tańczył poloneza z jakąś ładną dziewczyną i wyglądał zupełnie tak, że tylko mu pasa słuckiego brakowało w tym tańcu.

 

Ryc. 3. Plakaty upowszechniające wykłady na UŁ (1945 r.)

Wydaje mi się, że Łódź zdążyła Pani zapaść w serce?

 

Tak, zdecydowanie. Miałam niesamowity powrót do Łodzi. Z obozu w Ravensbrück wróciłam na piechotę. Moi rodzice od końca 1943 r. przebywali w Ojrzanowie pod Warszawą, u państwa Stefanii i Stefana Dziewulskich, również profesorów Wolnej Wszechnicy Polskiej. Mój ojciec miał w tymże roku drugi zawał serca; pierwszy jeszcze przed wojną. W związku z chorobą był dodatkowo zagrożony. Poza tym rodzice w czasie okupacji nie mieli żadnych dochodów, nie mieli z czego żyć. Zostali przyjęci przez zaprzyjaźnionego profesora Dziewulskiego, dostali mieszkanie dla nauczycieli przy nieczynnej szkole. A niedługo potem wspólnie z gospodarzami uruchomili komplety gimnazjalne.

 

 

Ryc. 4. Kartka Jana Muszkowskiego do córki po ukończeniu studiów medycznych (1950 r.)

Dlaczego zapamiętała Pani ten adres?

 

Wyjechali na wieś, ponieważ ojciec potrzebował spokoju. Dziewulski jako przyjaciel udzielił rodzicom azylu. Zapamiętałam adres dlatego, że otrzymałam go w ostatnim obozowym liście od ojca. Wcześniej z Ravensbrük wysyłałam listy na warszawski adres. Mam tę korespondencję, pokażę Panu.

 

Wcześniej na Koszykową?

 

Nie, ponieważ po wkroczeniu Niemców ulica Koszykowa weszła w skład dzielnicy niemieckiej i wszyscy zostali wysiedleni. Moi rodzice przenieśli się na Tamkę. Na ten adres pisałam do ojca, później dopiero przysłali mi adres w Ojrzanowie. Gdy otworzyli bramy Ravensbrück, zaczęłam iść w stronę domu, chciałam dotrzeć do Ojrzanowa. Dotarłam z wielkim trudem i myślałam, że ich tam zastanę... Ale okazało się, że rodziców już tam nie ma, że ojciec jest w Łodzi.

Dotarł do Łodzi 3 marca 1945 roku, wysiadając z ciężarówki przed Grand Hotelem na Piotrkowskiej5.

 

Tak, zaś bramy Ravensbrück otworzyli pod koniec kwietnia. Potem szłyśmy do granicy piechotą. Byłyśmy w pasiakach, brudne, kompletnie wyniszczone. Kiedy przyjechałam do Łodzi, dowiedziałam się, że ojciec ma pokój w Grand Hotelu, tak jak wszyscy organizatorzy Uniwersytetu Łódzkiego6. Tam też poszłam. Można sobie wyobrazić, jak wyglądałam w tym pasiaku w Grand Hotelu, gdzie wszystko było niezniszczone, czerwony dywan... Portier, bardzo elegancko ubrany wyrzucił mnie. Gdy powiedziałam, że do ojca, do profesora Muszkowskiego, odpowiedział: nie ma, wyjechał do Warszawy! Takie było moje przywitanie z Łodzią.

Potem, gdy ojciec wrócił, wszystko zaczęło się układać. Odnalazłam swoją koleżankę szkolną i przyjaciółkę, zresztą już nieżyjącą niestety, Helenę Kościakiewicz, również lekarkę. Zmarła w Gdańsku ok. 1960 r. na nierozpoznaną gruźlicę. Z Helenką poszłam na pierwszy wykład uniwersytecki, a było to jakieś dwa-trzy tygodnie po moim powrocie z obozu. Wtedy powiedziałam do niej: "uszczypnij mnie, bo nie wiem gdzie jestem. Nie mogę pojąć, że to jest realne życie". I rzeczywiście ona mnie uszczypnęła i powiedziała: "wiesz, to jest niesamowite, że siedzimy tu razem".

Potem się przywiązałam do Łodzi, bo zaczęło się normalne życie, aczkolwiek bardzo biedne, nie mieliśmy nic. Wszystko zostało zniszczone w Warszawie, przepadło. Doskonale pamiętam, że na kartki dostawało się wtedy jeden bochenek chleba. Ale ja, po pobycie w obozie, byłam tak wygłodniała, że ten bochenek zjadałam po drodze do domu i nic nie zostawało dla reszty rodziny. Pieniądze, które ojciec zarabiał, zupełnie nie wystarczały, by wykarmić mnie i pozostałych. Przeżywaliśmy straszliwą biedę. Moja matka próbowała, co było modne wtedy, piec ciastka i sprzedawać w najbliższej cukierni. Ale nie była nigdy uzdolniona kulinarnie, ciastka się nie udawały i nim je donosiła do cukierni rozpadały się. Wielkich pieniędzy nie mogła na tym zarobić. Ja byłam ustawicznie głodna, ale już nie tak jak w obozie.

 

 

Ryc. 5. List Heleny Radlińskiej do J. Muszkowskiego (1944 r.)

Gdzie Państwo mieszkali w Łodzi?

 

Mieszkaliśmy na ulicy, która najpierw nazywała się Trębacka, a potem została przemianowana na Uniwersytecką. Budynek obok, gmach szkoły kupieckiej, został jako pierwszy oddany Uniwersytetowi na rektorat, a wraz z nim domek na Trębackiej za rogiem. Tam mieszkali profesorowie - na trzecim piętrze ówczesny rektor Uniwersytetu Tadeusz Kotarbiński. My mieszkaliśmy na pierwszym albo drugim piętrze. Tam też mieszkała znana profesor Helena Radlińska. Wszyscy profesorowie, razem z moim ojcem, mieli tam mieszkania, wszyscy też mieli salę - jeden pokój - gdzie prowadzili seminaria.

 

Ryc. 6. Przed wejściem do domu z lat 1945-1950, 12 maja 2013 r. Łódź, ul. Uniwersytecka 3 (d. Trębacka). Fot. J. Ladorucki

Czy Pani brat również wrócił do Łodzi?

 

Nie, nie wrócił nigdy do Łodzi. Krzysztof miał przygody równie ciężkie jak ja - siedział w więzieniu w Rosji. Przed wojną rozpoczął studia, gdy zaczęła się wojna, zgłosił się na ochotnika i dostał przydział do Wojskowego Instytutu Geograficznego (WIG)7. Przyszedł do domu w mundurze i to był ostatni raz, kiedy go widzieliśmy w Warszawie. Chciał się z nami tylko pożegnać. Mieszkaliśmy wtedy właśnie na Koszykowej. Cały WIG pakowano i ewakuowano - wszyscy wychodzili na Wschód - bo Warszawa miała być miastem niebronionym. Mój brat dostał się do Wilna. I właśnie w Wilnie był w Związku Walki Zbrojnej (ZWZ)8. Tam został aresztowany przez Sowietów i uwięziony. Podobno - on bardzo mało o tym mówił - miał wyrok śmierci, w każdym razie siedział w jakiejś podmokłej piwnicy aż do momentu, gdy mógł dołączyć do Armii Andersa, z którą potem przedostał się do Wielkiej Brytanii i latał jako nawigator w polskiej eskadrze, w Royal Air Force. Walczył w czasie Bitwy o Anglię, a po wojnie nigdy nie chciał wracać9.

Brat spotkał się raz z ojcem, gdy ten wyjechał na zjazd bibliotekarzy, nie pamiętam dokładnie gdzie...

 

W 1949 roku odbył się zjazd The International Federation of Library Associations and Institutions (IFLA) w Bazylei...

 

Tak, to było w Szwajcarii. Wtedy Krzysztof przyjechał tam, żeby zobaczyć się z ojcem. Po powrocie, pamiętam, tato stwierdził, że nie miał sumienia namawiać go, żeby wracał. Brat powiedział, że zamierza zostać na emigracji aż do czasu, gdy sytuacja w kraju się zmieni. Tak więc żył w poczuciu tymczasowości. Wynajmował mieszkanie z kolegą z czasów wojny, także lotnikiem. Potem wrósł już tam, ożenił się z Polką, Izabelą Łucją Blauth, zresztą jego koleżanką z lekcji tańca z Warszawy, urodzili mu się dwaj synowie. Jego żona jeszcze po wojnie pracowała w Ambasadzie Brytyjskiej w Warszawie jako tłumaczka, potem uciekła na Zachód. Ambasada okazała się przyzwoita w stosunku do swoich urzędników, ewakuując się z Warszawy wraz z nimi. W ten sposób znalazła się w Londynie i została moją szwagierką.

Podobno teraźniejszość jest kluczem do przeszłości... Czy teraz Pani Profesor częściej myśli o tym, co było, czy o tym, co będzie?

 

Co będzie to, wie Pan, dla mnie w dziewięćdziesiątym roku życia, jest troszkę zamknięte. W moim życiu jest najważniejsza teraźniejszość, bo uważam, że człowiek powinien żyć tak długo, jak może być przydatny. Dla mnie właściwie najważniejsza jest jakakolwiek jeszcze przydatność...

Dlatego wydaje mi się, że jak jestem tutaj, w tej teraźniejszości, gdy obserwuję tę okropną politykę, ordynarność, która panuje w życiu publicznym, to myślę sobie, że zmagam się z tym wszystkim, żeby pomóc mojemu Szefowi. Bo wiem, że przydatność właśnie jest najważniejsza dla człowieka.

 

Jaka jest Pani rola teraz w Kancelarii Prezydenta Wałęsy?

 

Obecnie w kancelarii zajmuję się korespondencją, głównie zagraniczną i dotyczącą "Solidarności" oraz dokumentowaniem dzieła Lecha Wałęsy. Poza tym przyjaźnię się z nim od czasów zrywu "Solidarności", gdy byłam jego lekarzem. Pracuję u Lecha już 12 lat.