Ciechocinek
- Łomża? Perła? - pyta Grzesiek. W służbie prawie 20 lat, przedreptana cała zawodowa ścieżka w zakładzie, o którym w więziennym środowisku mówi się: najbardziej różnorodny kryminał w Polsce. Tysiąc skazanych, niemal wszystkie kategorie osadzonych: erki, petki, enki, emki. Mężczyźni i kobiety. Psychopatyczni mordercy, seryjni gwałciciele, pedofile, cyngle mafii, przestępczość zorganizowana, złodzieje słoików, pijani rowerzyści, alimenciarze. Cała paleta bohaterów czarnych snów i okolic. Grzesiek zaczynał dwie dekady temu jako chłopak siedzący z karabinem na wieży wartowniczej. Skończył jako dowódca zmiany, pod nieobecność dyrektora najważniejszy funkcjonariusz na terenie.
- Łomża - rzuca Andrzej. On zaczynał trochę wcześniej, zaszedł jeszcze wyżej. Był i dowódcą, i kierownikiem ochrony. Zarządzał wszystkimi zmianami, grubo ponad 200 ludźmi pracującymi na pierwszej linii frontu, w bezpośrednim kontakcie z osadzonym. Bójki, ucieczki, zgwałcenia, wypadki nadzwyczajne, tworzenie planów - na głowie wszystkie sprawy ochronne. Szalona odpowiedzialność i presja uprawiająca orkę na psychice.
- Ja też łomża - mówię. Trzy kufle, piwo po ściance.
Mieli dwa kluczowe momenty w swoich zawodowych karierach. Pierwszy: gdy przyszli robić do zakładu. Drugi: gdy zapadła decyzja o rozbudowie ich kryminału. Wtedy żaden z klawiszy nie zdawał sobie sprawy, co to w rzeczywistości oznacza. Wcześniej pracowali wprawdzie za murami, ale dziś żaden z nich nie ma wątpliwości, że w starych czasach nawet nie stali przy prawdziwych klawiszach. Nosili mundury, byli w służbie, ale nie mieli pojęcia, co to więzienie z prawdziwego zdarzenia.
- W porównaniu do tego, co zostało u nas otwarte w 2008 roku, byliśmy cieciami w Ciechocinku - uważa Grzesiek.
W każdym poważnym zakładzie zasady bezpieczeństwa są sztywno trzymane za mordę. Milion obostrzeń, wszystkie (w miarę możliwości) respektowane. Przykład: skazany nie ma prawa wyjść poza oddział i poruszać się bez asysty funkcjonariusza. Obojętnie - facet pracujący na kuchni czy baba robiąca na pralni - wszystkich obowiązują takie same restrykcyjne zasady. A na starym zakładzie? Ruch jak w Rzymie. Dowódca stoi, pali fajka. Pyta tylko:
- A pani to gdzie idzie?
- Na warsztaty.
- A pani?
- A ja to na oddział na chwilę skoczę i zaraz wracam do pralni.
- Dobra, idźcie.
Momentalnie ktoś to uciął, w realiach nowego zakładu musiał złapać za pysk. Ci, którzy na funkcjonowaniu w starych śmieciach zjedli zęby, poodchodzili. Nie wytrzymali ciśnienia.
- Wielu starych klawiszy, przyzwyczajonych do atmosfery kameralnego kryminału, po prostu doznało szoku. Wcześniej było tu kilka bab wsadzonych za morderstwo, poza tym większość drobnych złodziejaszków i wiejskich gamoni z wyrokami za kradzież złomu albo spranie kobity. I nagle ktoś kazał nam trzymać w celach koszmary - tłumaczy Grzesiek. - Gdy zaczęto zaludniać nowy pawilon, rozpoczęła się jazda bez trzymanki. Codziennie dowiadywaliśmy się nieoficjalnymi kanałami, kto będzie do nas wysyłany w transport. Siedziało się wieczorami albo nocami na telefonach i gadało ze znajomymi z innych wielkich zakładów.
- Serwus, Zbysiu, co tam? Jak sytuacja?
- No, powiem ci, Grzesiu, że jutro wysyłamy do was sześciu najgorszych skurwysynów, jacy u nas siedzą - padała przeważnie odpowiedź.
Do zakładów z tej części Polski przyszło z góry zarządzenie, że mają wybrać odpowiednią liczbę zawodników spełniających kryteria i puścić ich do nas. Pół kraju - od Szczecina po Katowice - słało więc nam wszystko, co mieli najgorsze. Każdy wybierał takich, którzy sprawiali najwięcej kłopotów. Bo po co im problem? Szumowiny szumowin, sama śmietanka. Zwieziono do nas takich bandziorów, że w pierwszym tygodniu się po prostu posraliśmy. Zapanował chaos, nie wiedzieliśmy, jak z nimi postępować. Na przykład przyjechało kilku z grupy Szymka. Na wolności walili tiry. Opasłe tomy akt na ich temat. Jak zobaczyłem kwoty, jakimi obracali, i przeczytałem o popełnianych przez nich zbrodniach, to mi się po prostu kolana ugięły. Po trzech tomach miałem dość. A było jeszcze kilkanaście. Dla nich zlikwidować gościa, który mógł się rozpruć, to było jak splunięcie. Gdy czekałem na ciebie w aucie, wysłałeś mi SMS: "Już idę". Oni wysyłali do siebie inne wiadomości. "Rozpierdol go" - to była norma. Nigdy wcześniej z takim materiałem nie pracowaliśmy. A w kilka tygodni mieliśmy na zakładzie setki podobnych przypadków. Wszyscy błyskawicznie musieliśmy się uczyć ich obsługi.
Andrzej doskonale pamięta pierwsze zasiedlenie. Był wtedy kierownikiem ochrony.
Przez bramę zakładu wjeżdża więzienna suka-autobus z Wronek. Dodatkowo dwa busy z obstawą - kilkunastu uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy. Kominiarki, broń krótka, broń maszynowa, kamizelki kuloodporne. Transport dostarczony, brama zamknięta. Broń zdana do magazynu, bo na terenie nikt nie ma prawa mieć przy sobie nawet skitranego pistoletu. Można wypakowywać. Z autobusu, jeden po drugim, wyskakuje 30 postaci. Każda w skarbowym uniformie, wkuta w gejszę i z historią godną dokumentalnych filmów.
Andrzej osobiście wybierał do obrobienia tego transportu samych doświadczonych klawiszy. Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby puścił do nich "dzieciaki", które chwilę wcześniej zatrudnił praktycznie z ulicy, by w ogóle miał kto pracować na nowym pawilonie. Zdarzyło się, że jednego dnia zaakceptował 60 takich świeżaków.
Dowódca zmiany zarządza: - Osadzeni, w szereg!
Funkcjonariusz dostrzega, że na palcu jednego ze złodziei świeci się złota obrączka.
- Panie osadzony, ze względów bezpieczeństwa proszę o zdjęcie obrączki.
- Nie ściągnę.
I szok. Wcześniej to było przecież nie do pomyślenia, żeby złodziej odmówił ściągnięcia biżuterii.
- Dlaczego pan nie ściągnie?
- We Wronkach nosiłem, to tu też będę nosił. Możecie mnie w dupę pocałować.
Pierwszy człowiek przyjęty w nowym zakładzie i już podniesione ciśnienie. Funkcjonariusz zgłasza problem dowódcy, dowódca idzie do kierownika ochrony.
- Panie kierowniku, co robimy?
- Gówno mnie to obchodzi. Ma tę obrączkę zdjąć.
Może się to wydawać błahostką, ale co zrobić w takiej sytuacji? Opcje są dwie. Pierwsza - siłowa. Kasujesz gościa na celę zabezpieczającą. Tyle tylko, że masz takie cztery na cały zakład. Czterech pierwszych tam zamkniesz, a co zrobisz z resztą? Druga opcja to rozwiązanie praktyczne.
- Panie, wiem, że tam może pozwalali wam nosić obrączki. Zróbmy tak: zdejmie ją pan. Osobiście zainteresuję się tematem. A jutro napisze pan prośbę do dyrektora o możliwość noszenia i będzie pan ją miał. No bo nosił ją pan we Wronkach, tak?
- No tak.
- To tu też pan będzie nosił, jak dyrektor wyrazi zgodę.
I ściągnął, oddał. Kolejny raz zobaczy ją, gdy będzie wychodził, czyli pewnie za jakieś 20 lat. Bo człowieku, jakie złoto! Jaka zgoda! Po prostu we Wronkach nie chciał spokojnie pójść w transport, więc mu powiedzieli: "Chcesz obrączkę? To masz, w nowym zakładzie będziesz mógł nosić! Tam pozwalają". I jechał. Żaden szamak nie chciał zresztą do nas jechać z jednego podstawowego powodu. Bo w Polsce mieliśmy opinię zakładu dla frajerów. Gdy wcześniej przyjeżdżał do nas chłop, z transportu prowadzili go na oddział. Tam z nim rozmawiałem.
- Ty co, grypsujący?
- No.
- Oczywiście, super. U nas grypsuje się w niedziele od ósmej do dziewiątej w kaplicy na mszy, z babciami. I to jak ci ksiądz pozwoli. A teraz wyjazd do celi.
I taka szła fama. Nasz zakład od zawsze w środowisku recydywistów uznawany był za babski kryminał. A facet-szamak to wiadomo - musi być zamek, R1, wojna dzień i noc z klawiszami. Dla nich wyjazd do nas to była potwarz, bronili się przed tym rękami i nogami. Inne zakłady miały z tym ogromne problemy, czasem trzeba było pacyfikować buntujących się złodziei. Zmieniło się to dopiero, gdy dotarły pierwsze transporty. Gdy zobaczyli, że to już nie frajernia. Że przerastamy Wronki, Sztum, Rawicz i Wołów razem wzięte.
Tak czy siak dla Grześka i Andrzeja to była całkowicie nowa materia. Grypsujący, choć to i tak grupa na wymarciu, bo teraz w zakładzie liczą się pieniądze zamiast twardych reguł, był dla nich jak ufoludek - słyszeli o nim, widzieli na filmach, ale w rzeczywistości kompletnie nie znali zasad. Grzegorz podczas szkoleń i konwojów poznał wielu ludzi, którzy siedzieli w tym przez całe życie. Gdy opowiadali, chłonął tę wiedzę, a później wdrażał na nowym zakładzie.
- Dzięki temu wiedziałem na przykład, że jak na kajfusa, czyli tego pchającego wózek pod cele i lejącego zupniaka, dasz gościa skazanego na przykład za gwałt, to momentalnie masz pożar w więzieniu. Za godzinę grypsujący dowiedzą się, że karmił ich gaciarz, i jest bunt. Niewyobrażalna sprawa - mówi i dodaje: - Na samym początku mieliśmy przesrane, bo nawieźli nam materiału, a my, ochroniarze, nie mieliśmy pojęcia, kto za co siedzi. I nie wiesz, kogo pierwszego dnia wrzucić na kalifaktora. W panice pojawił się pomysł, żeby przebrać mnie w więzienne ciuchy i żebym to ja wydawał posiłki do czasu, aż nie opanujemy tego chaosu. Nie przeszło, ale było blisko. Poznawanie nowej rzeczywistości zajęło nam dobre dwa lata.
I dalej: - W końcu się jednak ogarnęliśmy. Złotą zasadę przedstawił mi stary garus, który miał już swoje nafikane i zajechane łącznie ze trzydzieści lat. Powiedział mi: "Jeśli zachowujesz się jak człowiek, będą cię traktować jak człowieka. A jak się zachowujesz jak pajac, to wszyscy - i złodzieje, i klawisze - będą cię traktować jak pajaca". I to w więzieniu reguła pozwalająca przetrwać wszystko. Po odejściu na emeryturę przed kilkunastoma miesiącami zrobiłem rachunek sumienia. Wyszło mi, że nigdy nikomu nie wyrządziłem jakiejkolwiek niegodziwości. Byłem jednak konsekwentny. A to nie zawsze za murami się podobało. Czasem prowadziło do zdarzeń, o których zwykłemu człowiekowi nawet się nie śniło.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki