UN PREMIER MOT (PIERWSZE SŁOWO)
- Wina, mademoiselle? - zapytał kelner, zbliżając butelkę do pustego kieliszka przy moim talerzu.
Podszedł do długiego stołu w jadalni trzeciej klasy z winem w ręce i przewieszoną przez ramię śnieżnobiałą ściereczką, którą wycierał ronione na rozkołysanym statku krople. Jeszcze nigdy nie piłam wina. Wychowali mnie protestanccy abstynenci, więc mocno się teraz wahałam.
Wszystko działo się kilkadziesiąt lat temu - przyjechałam z Nowego Meksyku do Nowego Jorku, skąd razem z grupą rozczochranych amerykańskich studentów wypłynęłam do Europy. Podróżowaliśmy w najniższej klasie transatlantyku SS France, który odbywał jedną ze swoich ostatnich podróży. Stateczny i elegancki kierownik programu studiów zagranicznych, niejaki pan Holmes, był Amerykaninem, ale od kilku lat mieszkał w Paryżu. Miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i przewyższał nas wszystkich, dosłownie i w przenośni. Wydawało mi się, że w kwestiach dotyczących Francji jest alfą i omegą, więc próbowałam sobie wyobrazić, że mam jego ciało i umysł - zazdrościłam mu obycia w języku i w kulturze. Poza tym widok z góry musiał być fantastyczny! Powiedział nam, że wino oczywiście nie jest obowiązkowe, ale wyjaśnił, że Francuzi szczycą się swoim winiarstwem i odmawiając trunku, odrzucamy ważny element francuskiej kultury. Dodał, że to samo tyczy się serów - Francja ma ich trzysta sześćdziesiąt pięć, po jednym na każdy dzień roku. Ser lubiłam, ale co z winem? Niezła zagwozdka.
Czemu wybrałam się w podróż z ponad tysiącem nieznajomych mi ludzi? Zaczęły nachodzić mnie wątpliwości. Dorastając w Nowym Meksyku, słyszałam wokół siebie hiszpański, nawaho, hopi i zuni. Uwielbiałam uczyć się od znajomych wyrażeń w obcych językach. A jednak nigdy nie zetknęłam się z francuskim. Gdy miałam pięć lat, mama nauczyła mnie zamerykanizowanej wersji piosenki Fr?re Jacques - refren "Sonnez les matines" (Dzwońcie na godzinki, czyli poranną modlitwę) w naszym wykonaniu zamienił się w "Summa lumma tina". Kiedyś zatrzymała się u nas belgijska śpiewaczka z międzynarodowego chóru i upewniwszy się, że znam Fr?re Jacques, zaproponowała wspólny występ. Entuzjastycznie się zgodziłam, ale jak tylko zaczęła śpiewać, szczęka mi opadła. Rozpoznałam wyłącznie melodię, bo jej słowa były zupełnie inne - i w dodatku przepiękne. Byłam urzeczona. Wiele lat później na ogromnym transatlantyku przypomniałam sobie, że tak, całe przedsięwzięcie jest przerażające, ale to jedyny sposób, żeby zanurzyć się we francuskim.
Kiedy siedziałam przy stole, a kelner trzymał butelkę nad moim kieliszkiem, przed oczami pojawiła mi się wcześniej widziana scena: po wyjściu z naszych spartańskich kajut na pokład zobaczyłam grupki elegancko odzianych ludzi; rozmawiali po francusku, popijali espresso i śmiali się, pogrążeni w dyskusji, jakby czas się zatrzymał. Owszem, mieliśmy go mnóstwo, ale jak można gawędzić aż tak długo? Zastanawiałam się nad tym podczas aperitifu (drinków i przekąsek przed kolacją). Dla francuskich pasażerów statku istotą rejsu wydawało się czerpanie przyjemności ze wspólnej podróży, podczas gdy Amerykanie w większości odliczali dni dzielące ich od zawinięcia do portu. Intrygowały mnie francuska swoboda i beztroska. Pomyślałam, że może coś tracimy.
Szybko rozstrzygnęłam winny dylemat i podnosząc wzrok na kelnera, powiedziałam:
- Oui, s'il vous plaît.
Nie miałam pojęcia, że tą pierwszą lampką wina na statku rozpoczynam niekończącą się podróż - po krainie wina, ale też szerzej, po całej kulturze francuskiej. Tego dnia otwarłam się na nowy świat.
*
Francuzi mają na to słowo: débarquer. Oznacza ono zarazem "zejść z pokładu", "wysiąść" i "urwać się z choinki" czy "spaść z kosmosu". Kiedy pierwszy raz dotarłam do Paryża, te dwa znaczenia zlały się dla mnie w jedno.
Po przybyciu do Hawru, podróży rozklekotanym autobusem i kolejnym "zejściu z pokładu" w zatłoczonej stolicy zdałam sobie sprawę, że niezależnie od tego, co przyniesie ten rok, czekają mnie wielkie zmiany. Szykowne panie i eleganccy panowie, którzy mijali mnie na chodnikach, sprawiali wrażenie chłodnych i zdystansowanych. Rozglądałam się oszołomiona. Ile lat mogły mieć te imponujące gmachy?
Jak człowiek, który patrząc w rozgwieżdżone niebo, nagle uświadamia sobie, że jest ledwie pyłkiem we wszechświecie, na paryskim trotuarze dotkliwie poczułam własną mizerność. Z perspektywy czasu wcale mnie to nie dziwi: byłam chudą, pryszczatą nastolatką. Na domiar złego moja miniówka, która w Stanach była wtedy ostatnim krzykiem mody, przy dłuższych, falujących sukienkach eleganckich paryżanek wyglądała jak skrawek źle dopasowanego materiału. Krótka spódnica przyciągała tylko uwagę do moich patykowatych nóg i ciężkich amerykańskich butów. Moje długie, proste włosy były zupełnie pozbawione francuskiego sznytu, a ilekroć zakładałam szalik, ten albo nieustannie mi spadał, albo wyglądał tak, jakbym chciała się nim udusić. Innymi słowy, w niczym nie przypominałam paryżanek. Ewidentnie czekało mnie mnóstwo pracy.
Nie chciałam się upodabniać do Francuzek, chciałam stać się jedną z nich, a to było nie lada wyzwanie.
W ramach programu wymiany zakwaterowano mnie u państwa Hamelów, starszego małżeństwa - okna ich mieszkania wychodziły na Pole Marsowe i wieżę Eiffla. Dla dziewczyny z małego miasteczka to było jak magia: co rano otwierać okiennice (też stanowiły dla mnie nowość) i patrzeć, jak słońce oświetla kultową wieżę i szpalery drzew. Wkrótce miałam się jednak dowiedzieć, że wyjąwszy hordy turystów, które się tamtędy przetaczały, w okolicy praktycznie nic się nie działo - było spokojnie i nudno. Na szczęście nasze zajęcia odbywały się w Dzielnicy Łacińskiej, która kipiała życiem.
Hamelowie byli pełni rezerwy i małomówni. Z moją współlokatorką Diane i ze mną rozmawiali tylko przy kolacji. W ciągu dnia byłyśmy na uczelni, ale wczesnym rankiem madame Hamel przynosiła nam do pokoju śniadanie na tacach: sucharki, dżem morelowy (zawsze morelowy) i herbatę. W tym samym czasie reszta Paryża raczyła się świeżymi bagietkami i popijała café au lait - ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Ani o tym, że w innych paryskich domach na kolację nie serwowano szorstkich, gąbczastych ozorów cielęcych. Mimo wszystko cieszyłam się, że mieszkam u miłej francuskiej rodziny, z rozkoszą zanurzałam się we francuszczyźnie i ekscytowałam pobytem w Paryżu. Moi rodzice nigdy nie wyjechali poza Amerykę Północną, więc tym bardziej zdawałam sobie sprawę ze swojego szczęścia.
Ojciec Diane był dyrektorem słynnego (nieistniejącego już) imperium zabawek. Kiedy razem z żoną przylecieli odwiedzić córkę, wykazali się szczodrością i mnie też zaprosili na kolację do Maxim'sa, w tym czasie najsłynniejszej i najbardziej ekskluzywnej paryskiej restauracji. Diane i jej mama miały na sobie futra. Kiedy oddawałyśmy okrycia szatniarzowi, zauważyłam, że w całej szatni tylko mój płaszcz - nudna beżowa jesionka z plastikowymi guzikami - nie jest futrzany (powstający w Ameryce ruch PETA do Francji jeszcze nie dotarł).
Po kolacji złożonej z escargots (ślimaków!), boeuf bourguignon (wołowiny po burgundzku) i île flottante ("pływającej wyspy", czyli bezy zanurzonej w sosie waniliowym) poszliśmy do słynnego kabaretu Lido obejrzeć tancerki kankana, które paradowały po scenie topless i z pawimi piórami. Wychowana w cnocie skromności - finansowej i moralnej - nagle znalazłam się w innym świecie, niezrozumiałym, ale intrygującym. Mimo zaskoczenia coś w tej kulturze bardzo mnie pociągało. Ale nie był to blask, brokat ani blichtr, raczej celebrowanie życia codziennego.
Moulin Rouge to jeden z najbardziej rozpoznawalnych paryskich kabaretów
Jedyny telefon (stacjonarny), z którego mogłam korzystać, znajdował się u Hamelów, ale to stawiało przede mną kolejne wyzwanie. Choć w Stanach instytucja telefonistki odeszła już do lamusa, we Francji nadal trzymała się mocno i w razie jakichkolwiek problemów z połączeniem pomocna pani (bo nieodmiennie były to panie) włączała się, pytając, w czym może pomóc. Przed każdym telefonem długo wpatrywałam się w aparat, zbierając się na odwagę i recytując numer na głos, na wypadek gdyby ktoś mnie o niego zapytał. We francuskim wszystkie liczby powyżej osiemdziesięciu są udręką. Przykładowo dziewięćdziesiąt siedem to quatre-vingt-dix-sept (cztery dwudziestki, dziesięć, siedem), więc ktoś kiepski z arytmetyki naprawdę ma pecha. Poza tym martwił mnie mój akcent: co jeśli telefonistka się zorientuje, że jestem Amerykanką? (Oczywiście, że się zorientuje, kogo ja chcę oszukać?) Na szczęście mimo paniki podczas sporadycznych interwencji telefonistki zdołałam wydukać numer w miarę szybko i udawało się nawiązać połączenie. Stopniowo przyzwyczaiłam się do tego hermetycznego systemu, a telefon okazał się kluczem do nowych przyjaźni.
Dorosłe dzieci i wnuki Hamelów czasem przychodziły z wizytą do słonecznego mieszkania przy avenue de la Bourdonnais, co znacznie ożywiało atmosferę. Dzięki czteroletniemu Henriemu, kędzierzawemu wnuczkowi gospodarzy, zrozumiałam, czemu po francusku kręcony to bouclé (zawinięty, spięty) - jego główkę pokrywały małe, okrągłe pętelki trzęsące się przy podskakiwaniu, a podskakiwał często.
Kiedy zaczęłam z nim rozmawiać, ogarnęła mnie zazdrość. Czteroletni brzdąc bez najmniejszego wysiłku posługiwał się piękną francuszczyzną, podczas gdy moja - po czterech latach sumiennej nauki - była godna pożałowania. Gdzie tu sprawiedliwość? Henri zwijał "r" w idealne ruloniki, a jego intonacja była modelowa. Z czasem wchłonęłam język na tyle, żeby móc podjąć rozmowę z każdym i na dowolny temat. Mimo to nadal, po wielu latach prób i ćwiczeń, ani moja wymowa, ani intonacja nie dorównują maestrii czterolatka.
Jak mogę wtopić się w tłum?
Uznałam, że powinny mi w tym pomóc botki z lakierowanej skóry, bo w takim obuwiu paradowało po boulevard Saint Michel dziewięć na dziesięć studentek. Po kilku miesiącach drastycznego ograniczania wydatków z uciułanymi monetami i duszą na ramieniu weszłam do sklepu obuwniczego Salamander w Dzielnicy Łacińskiej. Dzięki niemu zamierzałam wzbić się na szczyt swojej francuskości; moja nowa paryska koleżanka Eve nieustannie rozpływała się nad tymi botkami. Zdecydowałam się na model w najmodniejszym kolorze sezonu - intensywny burgund prawie do niczego mi nie pasował, no ale co z tego? Będę wyglądać jak Francuzka.
Największy problem polegał na tym, że nie potrafiłam podać swojego rozmiaru w numeracji europejskiej. Gdybym naprawdę była Francuzką, w wieku dziewiętnastu lat na pewno bym go znała! Na szczęście ktoś mi powiedział, że w przypadku ubrań 36 to odpowiednik S, a w systemie metrycznym rozmiar buta często odpowiada rozmiarowi odzieży. Z dumą wmaszerowałam więc do sklepu. Zapytana o pointure pewnie odparłam: "Trente-six". Zadziałało - właśnie miałam dokonać swojego pierwszego francuskiego zakupu! Przymierzyłam botki i przeszłam się po dywanie.
- Elles sont jolies, non? (Ładne, prawda?) - stwierdziła ekspedientka.
- Tak, bardzo ładne - odparłam nieco mniej pewnie.
Palcami u nóg dotykałam czubka butów, ale to nie powinno być problemem. Przecież skóra się chyba rozciąga? Błyskawicznie wysupłałam uskładane franki, a potem wybiegłam ze sklepu i dumna z siebie zaczęłam paradować po Saint Germain z torbą Salamander w dłoni, tak żeby wszyscy ją widzieli. Wreszcie wyglądałam jak Francuzka.
Następnego ranka włożyłam ubrania, które najmniej kontrastowały z burgundem - wybierając najmniejsze zło (le moins pire, najmniej najgorsze, jak żartobliwie mawiają Francuzi) - a na koniec wzułam botki. Po kilku piętrach schodów, krótkim spacerze do metra i kolejnych schodach musiałam spojrzeć prawdzie w oczy: moje palce nie "dotykały" czubka butów, one napierały na nie jak atakujący rugbiści po gwizdku. Nie mogłam jednak wrócić do mieszkania, bo spóźniłabym się na zajęcia.
Z przykrością wyznaję, że Francuzką byłam tylko przez jeden bolesny dzień. A tak na marginesie, później dowiedziałam się, że Salamander jest firmą niemiecką.
Podjęłam jednak jeszcze jedną próbę upodobnienia się do Francuzki - naprawdę chciałam być cool. Pewnego dnia na ulicznym straganie zauważyłam brązowy filcowy kapelusz z rondem i uznałam, że świetnie się nada. Nie był na tyle elegancki, żeby kwalifikować się jako fedora, ale desperacko starał się do niej upodobnić - co w gruncie rzeczy przypominało mnie samą: coś nie do końca, ale prawie. W kapeluszu dumnie maszerowałam po Paryżu - w okolicach Sorbony, po Ogrodzie Luksemburskim i nad Sekwaną. Szłam pewnym krokiem i stawałam się innym człowiekiem. Zaczyna się nowe życie, myślałam.
Każdy Amerykanin, który postawił stopę we Francji - przesiadał się tu, przyjechał z objazdową wycieczką czy mieszkał wiele lat - ma swoją historię. Miał ją Hemingway, miały też Gertrude Stein i Emily, bohaterka serialu Emily w Paryżu z lat 20. XXI wieku. Owszem, wszystkie opowieści w mniejszym lub większym stopniu karmią się stereotypami, ale w każdym komunale jest ziarno prawdy. Choć narracje te są ewidentnie obciążone amerykańskim bagażem kulturowym, możemy się z nich czegoś nauczyć, śmiejemy się z gaf rodaków, na nowo przeżywamy własne i porównujemy swoje interpretacje kultury francuskiej z tym, jak postrzegają ją inni.
Książka, którą właśnie czytasz, radośnie wpisuje się w tę tradycję. Moja opowieść nie będzie jednak historią roku spędzonego we Francji uwieńczoną szczęśliwym małżeństwem z Francuzem czy Francuzką. Zamierzam zdać relację z odkrywania - pierwotnego i ponownego, bo przez kolejne dekady wiele razy wracałam do Francji - joie de vivre, czyli radości życia. Mieszkałam we Francji jako studentka, a potem jako matka i nauczycielka francuskiej literatury i kultury, okresowo kierowałam też programem amerykańskich studiów za granicą. Ryzykując, że ujawnię - jak pisze francuski krytyk literacki - swoją nullité, nudité (głupotę, nagość), postaram się wytyczyć kilka ścieżek przez kulturę, pamięć, historię i literaturę, żeby choć trochę ukonkretnić abstrakcyjne pojęcie francuskiej sztuki dobrego życia.
Joie de vivre. Wyrażenie przywołuje na myśl bagietki, berety, bicykle i bordo, perfumy i parasolki, sery i kraciaste serwety, szyk i swobodę - innymi słowy, stereotypową kwintesencję Francji. Choć migawki te niewątpliwie stanowią część większego obrazu, są to tylko powierzchowne przejawy głębszych zjawisk kulturowych. Pojęcie joie de vivre musi być fundamentalnie francuskie, skoro inne języki je sobie pożyczają - w angielskim brak dosłownego tłumaczenia i w słowniku Merriam-Webster figuruje zwrot po francusku.
Jaka jest jego etymologia? W pierwszym francusko-angielskim słowniku z 1611 roku pojawia się kilka wyrażeń związanych z radością: joye de papillon (motyla radość) definiowana jako "chwilowe szczęście" i fille de joye (córa radości), czyli "kobieta dostarczająca przyjemności". Brak jednak odpowiednika joie de vivre. Pierwsze odnotowane wystąpienie tego wyrażenia pochodzi z połowy XVII wieku. Potem zostaje użyte w Szkole uczuć Flauberta z XIX wieku, ale upowszechnia się dopiero dzięki Zoli, który właśnie tak ironicznie zatytułował jeden z tomów monumentalnego cyklu powieści[1] z lat 80. XIX wieku (jeśli szukasz lekkiej lektury, sięgnij raczej po coś innego). Dziś joie de vivre kojarzy się przede wszystkim z wybornym winem, wykwintną kuchnią i luksusową modą, czyli przywilejami wyższej klasy średniej. Tyle że we Francji przyjemność jest demokratyczna - chwile radości w życiu codziennym potrafią znajdować ludzie na wszystkich szczeblach drabiny społecznej.
Skąd to się bierze? I jak my (nie-Francuzi) możemy zrozumieć to nieuchwytne pojęcie?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki