Kraina wiecznego lata
Najważniejsza w życiu nadmorskiej Dalmacji jest chwila, kiedy kończy się lato. Tylko najstarsi i najbardziej doświadczeni mieszkańcy adriatyckiego wybrzeża potrafią przewidzieć dzień, a właściwie noc, kiedy niepostrzeżenie zamienia się w jesień. Dla człowieka nienawykłego do śródziemnomorskiego słońca lato jest zjawiskiem tak totalnym, że jesień i zima wydają się nieprawdopodobne, niemożliwe. A jednak: pewnego dnia kąpiesz się w ciepłym morzu albo wygrzewasz na plaży, popijając gemišt, czyli białe wino z wodą, patrząc przy tym w bezchmurne niebo. W nocy przychodzi burza, wyje wiatr, wielkie krople deszczu łupią o szyby. Następnego dnia znowu jest dwadzieścia kilka stopni, ale wszyscy już wiedzą, że lato nie wróci, skończyło się na dobre.
Sezon płynnie przechodzi w niesezon. Nagle ludzie z plecakami wędrujący po centrum to już nie backpackerzy, tylko uczniowie i studenci wracający z zajęć. Kolejne restauracje i knajpki zamykają swoje podwoje, krzesła zostają ułożone jedno na drugim i związane byle jak sznurkiem, zamiast menu na drzwiach wiszą kartki z informacją, że widzimy się w czerwcu przyszłego roku. Polski, czeski, niemiecki, angielski znikają z ulic, zastąpione dalmatyńską odmianą chorwackiego, której najbardziej charakterystyczną cechą są samogłoski "e" i "a" używane do oddania całego repertuaru wrażeń i emocji.
Parkingi, które dotąd kosztowały majątek, podnoszą szlabany. Nikogo nie dziwi, że samochodów się tu nie zamyka; jeśli ktoś nas zastawi, wystarczy wiedzieć, że przepchnięcie auta sąsiada na inne miejsce stanowi element tutejszego folkloru. Tłumy znikają, a razem z nimi szeroka oferta noclegowa i gastronomiczna. Zamykają się nawet niektóre stacje benzynowe, a bankomaty informują, że nie ma w nich pieniędzy. To czas na wystawianie rachunków, nerwowe obliczenia, czy tegoroczny sezon pozwoli przetrwać zimę. Choć mogłoby się wydawać, że zaraz ktoś przyjdzie, aby wygonić ostatnich spacerujących, i zamknie na klucz bramy Dubrownika, stare miasto w Zadarze albo pałac Dioklecjana w Splicie, tak naprawdę pierwsze krople deszczu zwiastują powrót do sennej normalności.
I tylko morskich organów nie trzeba wyłączać na czas wyjazdu turystów. Kosztowały Zadar czterdzieści milionów kun, ale teraz grają na nich fale. Jednak gwałtowne jesienne, a potem zimowe wiatry powodują, że dźwięki stają się coraz bardziej niepokojące. Zamiast kojącego szumu słychać tylko upiorne, kakofoniczne gwizdy.
Słońce, choć nadal obecne, przestaje wyznaczać rytm życia. Już nie trzeba się przed nim chować i przenosić większości zajęć na wieczór albo wczesny ranek. Teraz panowanie obejmują wiatry, które organizują życie przede wszystkim Dalmacji wyspowej. W pewnej małej wiosce na Hvarze znajduje się płaskorzeźba przedstawiająca różę wiatrów. Nazwy wypisane są w lokalnym dialekcie: tramuntona, maištrol, pulent, garbin, oštar, jugo, levont, bura. Najstraszniejsze z nich, wie to każde chorwackie dziecko, są zaś jugo i bura.
Jugo, południowo-wschodni i jednostajny, przynosi ocieplenie, a niekiedy także czerwony piasek znad Sahary. Przyjemnym powiewem wiosny w środku zimy stwarza pozory łagodności, ale tak naprawdę to słowiańska nazwa wiatru znanego jako sirocco, wiatr śmierci. Pół biedy, jeśli tylko psuje pršut, czyli tradycyjną szynkę suszoną na słońcu i wietrze. Zazwyczaj wywołuje również bóle głowy, depresję, mordercze zapędy albo absolutny brak sił. Chorwacki pisarz z wyspy Vis, Senko Karuza, napisał o nim wiersz zatytułowany po prostu Jugo: "Wielkim jest błędem pisać o jugo, kiedy trwa // Wilgoć i niepokój sklejają słowa // Które mogą zniknąć i nigdy więcej // Nigdzie // Nikomu się nie pokazać. Dlatego milczenie to podstawowe prawo // Obowiązujące w czasie jugo. Łatwo potem // O nim zapomnieć"1.
Bura, którą w mitologii greckiej uosabiał nieokiełznany Boreasz powożący nieśmiertelnymi końmi, jest z kolei lodowata, nagła i porywista, zamyka mosty, odwołuje promy. W przeciwieństwie do Greków, Słowianie wyobrażają ją sobie jako kobietę, i to taką rodem ze stereotypów i kina akcji: uwodzicielską, ale niebezpieczną. W jednej z legend była okrutną szlachcianką ukaraną przez Boga, dlatego jej zimny oddech dociera do nas wprost z czeluści piekielnych. Bura to wschodni albo północno-wschodni wiatr dochodzący w porywach nawet do dwustu kilometrów na godzinę[2], który powstaje, kiedy powietrze nad górami ostygnie, a nad morzem wciąż jest ciepłe. Zaczyna się niemal bez ostrzeżenia, dlatego potrafi przynieść zgubę niedoświadczonym żeglarzom. U nienawykłych do nadmorskiego życia powoduje natychmiastowe zapalenie zatok albo ucha, ale mieszkańcy wybrzeża twierdzą, że oczyszcza umysł, tak jak i niebo z chmur.
W ostatni weekend lata jadę na chorwacką Ibizę. Tak nazywana jest w folderach turystycznych plaża Zrće na wyspie Pag. Porównanie jest mocno przesadzone, ale w Chorwacji, turystycznie skrojonej głównie pod rodziny z dziećmi, plaża z kilkunastoma dyskotekami i klubami działającymi długo w noc prosiła się o tę etykietkę. Wciąż jest gorąco, na niebie nie ma ani jednej chmurki. Aspirująca Ibiza okazuje się oficjalnie nieczynna, ale to żadna przeszkoda, przechodzimy nad niedbale rozciągniętym łańcuchem wprost na plażę. Widok jest jak zwykle urzekający, choć kilka miesięcy spędzonych na chorwackim wybrzeżu powoli impregnuje mnie na zachwyt nad zlewającymi się błękitami. Na Zrciu inwestorzy uznali jednak, że natura sama się nie obroni, trzeba jej dopomóc bardziej niż zwykle, krzykliwiej, dosadniej. Z zabitych deskami budek sterczą fantastyczne kształty znanych i nieznanych nauce stworzeń. Być może w światłach stroboskopu wielka ośmiornica w cylindrze, która wyciąga swoje zielone macki prosto na piasek, nabiera sensu. W blasku słońca przypomina kwasowy sen na bardzo złej fazie.
Nie tylko my skusiliśmy się na ostatnie promienie słońca. Kilkuosobowa grupa polskich turystów wyleguje się na plaży, mieszają się puszki chorwackiego ožujska i przywiezionego z ojczyzny harnasia, z telefonu lecą głośne dźwięki. Chcąc nie chcąc, wsłuchuję się w słowa piosenki Tede: "To ostatnia noc, zaraz kończy się to // Kurwy, wóda i koks // Wóda i koks, nasza ostatnia noc".
Wędrując wzdłuż plaży, docieram do stojącej na końcu szeregu dyskotekoknajpy. Nadziei na kroplę kawy dodają mi pokrzykiwania i śmiechy, które słyszę ze środka. Nie zważam na to, że wszystko wygląda na zamknięte, i wchodzę, przystając dopiero pod zdziwionymi spojrzeniami kilku mężczyzn.
- Zamknięte, panienko - mówi do mnie jeden z nich, na oko czterdziestolatek. - Już po sezonie.
- Nawet kawy nie dostanę? Wody? - Podejmuję desperacką próbę. - To co wy tu właściwie robicie?
- Trzeba zabezpieczyć parę rzeczy, naprawić. Musi być gotowe na następny sezon. Teraz nie ma już sensu otwierać, lato się skończyło.
Patrzę mu w oczy i zastanawiam się, czy celowo robi ze mnie wariatkę. Jest trzydzieści pięć stopni w cieniu, morze ma temperaturę zupy.
- Lato się skończyło - powtarza łagodnie. - Już czuć jesień.
Następnej nocy po raz pierwszy spadnie zimny deszcz.
Obywatele globalnej Północy przybywają co roku na Południe, żeby zakosztować czegoś, co jawi im się jako prawdziwe życie: bez podatków, pracy od siódmej rano i nadmiaru konwenansów. Pragną doświadczyć piękna krajobrazu. Zachwycić się spontanicznymi, a przecież pełnymi ludowej mądrości autochtonami, których przemyśleniom nieodłącznie towarzyszy sfermentowany owoc winnej latorośli. Zjeść figę z drzewa, a nie z pudełka, rybę dostać w porcie, zamiast wygrzebywać ją z lodówki w supermarkecie. Na chwilę zanurzyć się w hedonizmie obserwowania, próbowania, wąchania, dotykania. Dla tego wrażenia autentyczności południowego życia są w stanie znieść pijanych i niemiłych kelnerów, zupę rybną na kostce rosołowej oraz półtoragodzinny korek na kilkunastu kilometrach z Omiša do Splitu, a przede wszystkim grubo przepłacić za ten perfekcyjny apartament, z którego roztacza się widok na chwilową słodką ucieczkę od rzeczywistości.
W Dalmacji od lat dziewięćdziesiątych nie ma już przemysłu, na kamienistej ziemi rolnictwo nigdy szczególnie nie kwitło. Śródziemnomorze jako miejsce innowacji artystycznych i naukowych to tęskna pieśń sprzed wielu wieków. Została czysta przestrzeń - to ona, eksploatowana i spieniężana, stała się walutą, nie tylko przetargową. Pochodzący ze Splitu pisarz i dziennikarz Jurica Pavičić określa ten region jako "pokój bez widoku" - choć my, ludy Północy, patrzymy na mieszkańców Południa z wynajętego tarasu, oni nie mają gdzie spojrzeć. Zostali uwięzieni między przeszłością, którą muszą pielęgnować, aby spełnić oczekiwania przybyszów, teraźniejszością, w której nie stanowią dla współczesnego świata Zachodu konkurencji, i absolutnie niepewną przyszłością. "Czy jest życie poza turystyką? - zapytuje dramatycznie pisarz. - Czy jesteśmy już tylko statystami w wielkim spektaklu teatralnym pod tytułem "destynacja turystyczna"?"2.
Pavičić ma trochę racji, lato w Dalmacji to spektakl, po którym gasi się światła, zmywa makijaż, rozmontowuje scenografię. Wystarczy prosty eksperyment - odwiedzić dwa razy to samo przybrzeżne miasteczko, raz w sezonie, a raz poza sezonem. W taki właśnie sposób w pochmurny lutowy dzień nie rozpoznałam Jelsy na Hvarze i dopiero pomnik osła przypomniał mi, że zaledwie pół roku wcześniej spędziłam tu upojny letni tydzień. Nie poznałam Jelsy, ale Jelsa poznała mnie - w sezonie byłam jedną z milionów twarzy, a raczej ciałem, które trzeba wyspać, nakarmić, napoić, dyskretnie pozbawić pieniędzy i odesłać do domu; teraz, w zimowej senności małego miasteczka, mój akcent znów okazał się znaczący, przestałam być częścią turystycznej masy, a południowa ciekawskość zaglądała mi w gazetę, do auta i w kawę. Tymczasem ja czułam się, jak gdybym przez dziurkę od klucza podglądała widok, który nie był przeznaczony dla moich oczu.
- Wcześnie się u ciebie w tym roku sezon zaczyna - parsknęła ni to z rozbawieniem, ni to z zazdrością sąsiadka kobiety, od której wynajmowaliśmy mieszkanie.
- A wiesz, jacyś Polacy - przepraszająco mruknęła gospodyni i przysięgłabym, że za moimi plecami wykonała gest sugerujący pełnego bzika.
Jednym z elementów nadadriatyckiej kultury, który młodsze pokolenia będą znać już tylko z książek, filmów i opowieści zaprawionych w bojach weteranów, jest tak zwane galebarenje. Galeb, nie mylić z golub, czyli gołąb, to po chorwacku mewa. Tak zwykło się określać Dalmatów, którzy długo przed wynalezieniem kursów uwodzenia połączonych z programowaniem neurolingwistycznym wykorzystywali rozmaite techniki, aby w sezonie letnim nawiązać serdeczne stosunki z jak największą liczbą zagranicznych turystek. "Galebarenje - czytam na jednym z portali - to, tak jak umieranie z głodu, stara tradycja w Dalmacji"3. W dodatku przekazywana z pokolenia na pokolenie, choć niekoniecznie z ojca na syna, a raczej z doświadczonego niebieskiego ptaka na nastolatka dopiero zaczynającego swoją przygodę. Techniki obejmują zwykle znajomość wielu języków na poziomie podstawowym, ale pozwalającym roztaczać dalekosiężne wizje przyszłości oraz wyznawać nagłe uczucie (warunek niekonieczny, w ostateczności wystarcza mowa ciała) i przybraną tożsamość (w cenie - kapitan, pilot, szpieg, chirurg). Przydaje się też rozwinięta sieć znajomości wśród kelnerów, barmanów i portierów, dzięki której można dokładnie monitorować sytuację na placu boju. Kluczowa w tej zabawie jest także dyskrecja - choć warto pochwalić się swoimi osiągnięciami przed konkurencją, trzeba uważać na zazdrosnych partnerów oraz miejscowe dziewczyny, bo etykieta "mewki" potrafi zamknąć wiele lokalnych drzwi na długie zimowe miesiące.
Najładniej we współczesnej chorwackiej literaturze galebarenje demistyfikuje i jednocześnie romantyzuje Zoran Ferić, pisząc o nim jako o sposobie na pierwsze seksualno-miłosne doświadczenia dla młodych chłopaków z jednocześnie sensualnego i konserwatywnego Południa oraz źródle letniej rozrywki dla poszukujących odskoczni i zabawy, wyrwanych ze swojego naturalnego środowiska młodych kobiet: "Zaklepać znaczyło podarować kwiatek, coś powiedzieć, zwrócić na siebie uwagę, a potem sobie pójść. Nie zostawać, nie nudzić, nie podrywać za wszelką cenę. Zainteresować i odejść. Następne spotkanie miało wówczas posmak szczęśliwego zbiegu okoliczności. Czasem te pierwsze kwiaty po ususzeniu były długo przechowywane w pamiętnikach. Dziewczyny i chłopcy stawali się dla siebie nawzajem trofeami. One zachowywały sprasowane kwiatki, oni kręcone włoski. Dopiero po dwóch-trzech przypadkowych spotkaniach w mieście sprawy robiły się poważne, a czasem nawet zmieniały w miłość lata. Tylko niestety nigdy nie wiadomo, kto dla kogo stanie się miłością lata"4.
Tę świecką tradycję można połączyć ze specyficzną pozycją Jugosławii na mapie Europy i świata - galebarenje pojawiło się na dalmatyńskich plażach wraz z rozkwitem turystyki w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy jugosłowiański socjalizm wszedł w tak zwaną fazę hedonistyczną. Nad Adriatykiem opalały się więc Niemki, Austriaczki i Angielki w czasach, gdy do wrót ich kapitalistycznych ojczyzn pukała już rewolucja seksualna, a także Węgierki, Czeszki i Polki, szczęśliwe, że mogły wyrwać się z krajów, w których panowała znacznie bardziej siermiężna wersja ustroju - "w bloku wschodnim Stasi i KGB, a tu ćevapy, czerwone wino, kilku szpicli i tanie prywatne kwatery"5. Choć zapewne zdarzało się, że pochodząca z innego kręgu kulturowego kobieta nie rozumiała zasad gry albo zwyczajnie nie miała ochoty być nagabywana i podrywana, równie często wszyscy wydawali się zadowoleni z transakcji, a rzekome łzy odjeżdżających turystek i słane przez nie tęskne listy były wytworem bujnej wyobraźni miejscowych, którzy dzięki temu mogli się czuć nieco mniej instrumentalizowani. Użyczali bowiem już nie tylko własnych ciał opatrzonych pozornie niewinną etykietką "letnia przygoda", lecz także marzenia o wolnym od codziennej udręki życiu i rozkoszy smakowania krajobrazu.
Dzisiaj, w dobie nieustannego zwiększania wydajności i rozciągania oferty noclegowej, jak gdyby apartamenty, mieszkania i kilometry wybrzeża zrobione były z gumy, nikt nie ma czasu ani ochoty na rozmowy z turystami wykraczające poza praktyczne kwestie zamówień w restauracji lub w hotelowym barze czy wymiany pościeli.
W pandemicznym, ale "przekraczającym wszelkie oczekiwania" sezonie letnim pod numerem 2021 spotykam się w Splicie z przyjacielem. Ten łagodny z natury i spokojny człowiek teraz ma w oczach mord.
- Tylko wyjedźcie już wszyscy, proszę - rzęzi, niby żartem. - Przyjedź we wrześniu, kiedy świat wróci na orbitę, teraz nie chcę widzieć nawet ciebie.
A potem opowiada, że został wyrzucony z wynajmowanego mieszkania, bo właściciele przez trzy miesiące zarobią na Airbnb sumy, których nigdy nie mógłby im zapłacić. Inni najemcy także kierują się logiką zwaną "letnim czynszem", śpi więc u rodziców, na swoim dziecięcym łóżku, z którego wystają mu nogi. Jego dom rodzinny jest jednak położony tuż obok najsłynniejszej w Splicie plaży Bačvice, co oznacza, że noc w noc pod jego oknem odbywa się karnawał skrzyżowany z bachanaliami, a tę okolicę szczególnie ponoć upodobali sobie zarówno turyści złaknieni amorów, jak i ci zmuszeni dać upust potrzebom fizjologicznym. Zanim dotrze do pracy, musi przebyć długą drogę pełną przypadkowych zderzeń i mniej przypadkowych kuksańców. A gdyby chciał na przykład odpocząć od tego całego cyrku, jak na Chorwata przystało, w lokalnej knajpce - zgadnijcie: nigdy nie ma w niej miejsca, a ceny magicznie skoczyły o dwieście procent. I nie, nie kąpie się w morzu, dlaczego niby miałby to robić, patrzy na mnie już nawet nie ze złością, ale z rezygnacją.
Ostatecznie, na przekór latu i turystom wbrew, postanawiamy napić się wina. Ratunku spragnionym dostarcza molo Matejuška. Niegdyś wypoczywali tu rybacy, dzisiaj miejscowa młodzież pali papierosy i skręty oraz pije piwo zakupione w pobliskim kiosku, w którym można dostać całkiem przyzwoity kraft i plastikowy kubek w pakiecie. Matejuška mieści się w samym centrum miasta, kilka kroków od pałacu Dioklecjana, i choć nie wygląda zbyt reprezentacyjnie - siedzi się na długim kawałku betonowego bloku albo na niskich schodkach - to właśnie ten skrawek betonu stanowi jeden z ostatnich sposobów na ucieczkę przed gentryfikacją i airbnbizacją miasta.
Chorwackie służby porządkowe do spożywania w plenerze mają stosunek zgoła odmienny od polskich, wygania nas więc dopiero ciepły, tym razem letni deszcz. Trochę protestuję, bo w trzydziestu stopniach krople parują, zanim dosięgną skóry, ale dumny południowiec patrzy na mnie, jakbym narażała go na pewną śmierć. Idziemy więc - on, prawie dwumetrowy, spać na dziecięcym łóżku u rodziców, ja za kilkadziesiąt euro słuchać chrapania w sześcioosobowym pokoju przerobionym z salonu.
Tego samego roku spędzam dwa letnie tygodnie w Dubrowniku. Wielu moich znajomych Chorwatów nigdy tu nie było. Przewracaniem oczami nad rozpasaną konsumpcją i tłumami nadzianych turystów próbują zamaskować fakt, że zwyczajnie ich na to nie stać. Mnie też by nie było, gdyby nie chorwacka skłonność do popisywania się oraz szczodra słowiańska dusza. Seminarium dla obcojęzycznych kroatystów mogłoby odbywać się w dowolnym miejscu w tym kraju, a jednak Zagrzebska Szkoła Slawistyczna na przekór rozsądkowi finansowemu co roku zaprasza kilkudziesięciu studentów i badaczy do swojego najdroższego miasta. Chorwaci wiedzą, jak uprawiać naukę - wykłady przeplatają spektaklami teatralnymi, wycieczki po okolicznych wyspach warsztatami językowymi, a dyskusje panelowe kontynuowane są późno w noc przy akompaniamencie muzyki.
Wydaje mi się, że umiem unikać najbardziej oczywistych turystycznych pułapek. Po tym, jak utknęłam kiedyś na pół godziny w bramie Ploče, nawet nie próbuję dostać się do starego miasta w godzinach szczytu. Zanim dotrę do słynnej perły Adriatyku, na złość Chorwatom obiad jem w Neumie, jedynym miasteczku siedemnastokilometrowego bośniackiego okienka na morze. Mimo to frustruje mnie świadomość przebywania w stanowczo zbyt drogim turystycznym raju; widok cenników potrafi zatruć radość wywołaną pięknem okolicy.
Ale przyznaję, lubię Dubrownik. Nawet w sierpniu, kiedy upał wciska się we wszystkie pory ciała, a miasto zaludnia uczestnikami wycieczek tematycznych śladami Gry o tron. Wzrusza mnie zdolność ludzkiego umysłu do zanurzania się w fikcyjnych światach, kiedy widzę, jak uśmiechnięta przewodniczka wskazuje na fragment siedemnastowiecznego budynku i tłumaczy przejętym słuchaczom, że to właśnie tu, o tutaj, wylądował smok, a stamtąd Daenerys zignorowała dźwięk dzwonów. Sama chowam się raczej w cieniu grubych murów i myślę o tym, jak w Republice Dubrownickiej, rzekomej ostoi wolności, mało tej wolności zostawało dla kobiet. Matrymonialne zasady były surowe, kandydat musiał wnieść odpowiednią krew i status społeczny, a kandydatka adekwatny posag. Jeśli go zabrakło, zostawały klasztor, cisza i ciężka praca, czasem gryzienie ścian z głodu, co odnotowuje renesansowa i barokowa dubrownicka literatura. Miasto ceniło swoją wolność, ale niekoniecznie kochało swoje córki.
Raguza, dopiero w XX wieku przemianowana na Dubrownik, stanowiła wyjątkowe miasto-państwo, wolną republikę, przez cztery i pół wieku funkcjonującą na obrzeżach dzisiejszej Chorwacji. Jej mieszkańcy znani byli ze swoich talentów kupieckich i dyplomatycznych, a także jako wyśmienici żeglarze i poeci. Miasto nazywane "słowiańskimi Atenami" otoczone było grubymi murami, ale znacznie skuteczniej niż fortyfikacje broniły go złoto, dyplomacja i tajemnice podwędzane z innych państw przez zręcznych szpiegów. Republika Dubrownicka przez wieki opierała się naciskom o wiele silniejszych mocarstw, Wenecji oraz imperium osmańskiego, choć często kosztem ogromnych danin. Uległa dopiero wojsku Napoleona, które wkroczyło do miasta w 1806 roku. Podziw dla małej, ale dzielnej i sprytnej Republiki, na której murach powiewała flaga z napisem Libertas, czyli wolność, nie powinien przysłaniać jednak faktu, że była to rzeczpospolita arystokratyczna, w której władzę mogli sprawować tylko patrycjusze, czyli wąska elita szlachetnie urodzonych.
Wieczorem siadam na knajpkoschodkach w jednej z wąskich uliczek i wznoszę toast za szesnastowiecznego komediopisarza Marina Držicia, któremu przez większość czasu nie było wcale do śmiechu - do tego stopnia nie podobały mu się miejscowe porządki, że przy wsparciu Florencji chciał obalić dubrownickich możnowładców i zmusić ich, aby oddali nieco władzy niższym stanom. Około trzeciej-czwartej nad ranem nawet na Stradunie, głównej ulicy, robi się prawie pusto, a wtedy każda cegła w mieście zdaje się opowiadać historię. Mój entuzjazm trochę opada, kiedy płacę pięćdziesiąt pięć kun (około trzydziestu pięciu złotych) za małe piwo albo dwadzieścia pięć za zwykłą czarną kawę, ostatecznie wzruszam jednak ramionami. Prowadzący interesy w Dubrowniku wiedzą, że takich naiwniaków jak ja jest więcej.
W Chorwacji dominuje tak zwana turystyka apartamentowa - indywidualni właściciele wynajmują każdą możliwą powierzchnię mieszkalną, przesiedlając rodzinę na lato do garażu, a w zimie budują kolejne kilkupiętrowe potworki na ziemi po dziadku, najczęściej dzięki pozwoleniu uzyskanemu od miejscowego urzędnika za trzy litry rakii i dwa kilo pršutu. To turystyka cimer fraj i sobe - rooms - camera, która może zniknąć równie szybko, jak ludzie trzymający tabliczki z tymi napisami po pojawieniu się portalu Booking.com. Świat biznesu, pieniędzy i innowacji tłumaczy Dalmacji, że tak się dłużej nie da. Może wciąż są chętni na to przedstawienie, ale cała zabawa coraz mniej się opłaca. Widz oglądający aktora na scenie - co za strata czasu i środków, kiedy można nagrać i puścić w milionie kopii naraz. Taka turystyka, tłumaczą specjaliści, jest nieefektywna, przyjezdni wydają zbyt mało pieniędzy, w bagażnikach mają własne pasztety i piwa, zajmują za dużą powierzchnię, niewspółmierną do rozmiaru portfela. Do tego dochodzi zbyt krótki sezon - trzy miesiące zaciskania zębów to zdecydowanie za mało.
Dalmatyńskie wybrzeże zmieniło się drastycznie w latach sześćdziesiątych, kiedy ziemia tuż przy morzu, niegdyś, o ironio, jako najgorszej jakości oddawana niezamężnym albo najmłodszym córkom, nagle okazała się warta miliony, a przestrzeń w stanie czystym po raz pierwszy ujawniła swój potencjał. Powstały wtedy biegnąca wzdłuż wybrzeża magistrala, a także ogromne kompleksy wypoczynkowe dla robotników, pracowników przedsiębiorstw i oficerów jugosłowiańskiej armii. Ale przede wszystkim mieszkańcy okolicznych wiosek zrozumieli, że czas porzucić tysiącletni gaj oliwny, zakasać rękawy i przyodziać kelnerską zapaskę, bo oto nadchodzą nowe czasy.
Druga zmiana rozgrywa się na naszych oczach - wielki biznes zaczyna upominać się o nazbyt amatorski przemysł turystyczny. Jeszcze do niedawna w usytuowanej wewnątrz murów miejskich nieruchomości wartej miliony mógł mieszkać stosunkowo ubogi sprzedawca z lokalnego sklepu. W kawiarniach z widokiem na morze kawa nieco w lecie drożała, ale miejscowi byli obsługiwani poza kolejką, a w portach obok jachtów pojawiały się małe kutry i łódki. Obecnie coraz realniejsze staje się niebezpieczeństwo, że los Dubrownika, którego centrum już dawno opuścili dawni mieszkańcy, podzieli pozostała część wybrzeża. Zmieni się też profil turystów: już nie Tomek z Polski, Petra z Czech i Steffan z Austrii zaprzyjaźnieni z chorwacką rodziną, do której przyjeżdżają z dziećmi od kilkunastu lat, zawsze w to samo miejsce, bo jest w nim wszystko, czego potrzebują: morze, plaża, mała knajpka z rybami. Teraz standardy i ceny dostosować trzeba będzie do Demi Moore, Harrisona Forda i Michaela Jordana (cała trójka pojawiła się w Dubrowniku w odstępie kilkunastu letnich dni). Już nie apartamenty przerobione z domu po dziadku, ale ogromne hotele w tureckich, rosyjskich, amerykańskich rękach. Będzie profesjonalnie, sterylnie i nieskończenie nudno.
Można się śmiać z przefiltrowanych przez popkulturę wyobrażeń wakacji w śródziemnomorskim kraju i kiczowatych prób zaspokojenia tego pragnienia w postaci pachnących lawendą rosłych osiłków w pasiastych podkoszulkach, którzy śpiewają a cappella rzewne pieśni o smutnych mewach. Bezwzględnie trzeba piętnować patologie obecnego systemu, zanieczyszczenie krajobrazu betonem i dramatyczne warunki pracy w turystyce. Ale jeśli każdemu wolno ocalić jedno na tym świecie, ja poproszę o pierwszy dzień jesieni w Dalmacji. Dzień, który pachnie mokrym, śliskim kamieniem, głęboką ulgą, papierosem ogłaszającym fajrant i środkiem do konserwacji drewna. Wierzę głęboko, że Dalmaci urządzają wówczas potajemne imprezy, podczas których topią w morzu kukłę Czecha albo Polaka w szortach i japonkach. Nie zapraszają mnie, ale wystarczą mi te uśmiechy w biegu za kulisy, te zadowolone spojrzenia: ten spektakl gramy już sześćdziesiąt lat i znowu wielki sukces, choć nie było łatwo. Wystarczy braw, dziękujemy wszystkim, do następnego, przyjedźcie za rok.