Puszcza
Pięć tysięcy lat minęło od czasu, gdy lądolód wycofał się w swe pierwotne leże - szczyty gór na północy. Uchodząc przed promieniami słońca, stopniał na całej powierzchni, bluzgał i spływał strugami, przesiąkał ziemię. W odwrocie napełniał wodami wielką kotlinę u stóp Skandynawii tak długo, aż stworzył słodkie morze, szerokim ujściem wlewające się do oceanu. Na uwolnionej ziemi wszechwładnie zapanowała woda. Tworząc szeroko rozlane rzeki, pracowicie rzeźbiła dziewiczą ziemię, jeziorami wypełniała niecki i zagłębienia, tworzyła moczary i bagna. Na bezkresnych równinach Europy Wschodniej, niby wyspy na oceanie, ciemniały wyniosłości dające ostatnie schronienie zwierzętom i ludziom w ich ucieczce przed potopem.
Wreszcie wód zaczęło ubywać. Korytami rzek bystro spływały do mórz i jezior, przesiąkając grunt, zasilały podziemne strumienie wysysane korzeniami roślin, uchodziły w powietrze. Po każdym lecie nowe połacie ziemi coraz szerszym pierścieniem otaczały wzniesienia. Na płaskowzgórza powrócił las; zazieleniły się modrzewie i sosny, zarośla olszyny okryły brzegi rzek. Klimat się ocieplał - dziesięć stuleci starczyło, by zaszumiały dąbrowy, zapachniał kwiat lipy, a kolumnada jesionów znalazła odbicie w nieruchomych wodach zastoin.
Narodziła się prapuszcza. Wsparta o nagie zbocza Karpat, sięgająca Bałtyku, pulsująca rzekami i strumieniami, oczami jezior spogląda w gwiazdy. W północno-wschodniej części Europy, na rozległej równinie wyniesionej sto siedemdziesiąt metrów nad poziom morza, zamknięte w objęciach dwóch rzek bije jej serce, jeszcze bezimienne. Miną wieki, zanim usłyszy swe imię - Puszcza Białowieska.
W głębi ziemi, pod jej korzeniami leży gruba, promieniejąca magiczną, dobrą energią warstwa skał kredowych - pozostałość istniejącego tu niegdyś pramorza. Na niej spoczywają różnej miąższości gliny, płaskowzgórza i kopuły z piasków, żwirów i kamieni. W dolinach rzek i strumieni, pod zbitym dywanem torfów, kredowe bogactwo margli zalega tak płytko, że ludzie, którzy tu się osiedlą, sięgać będą do nich, by bielić wnętrza swych chat. Na powierzchni gliniasto-piaszczystego podłoża spoczywa gleba - zależnie od miejsca - bielica, gleba brunatna, płowoziem, mady rzeczne lub czarne ziemie leśne, a na niej lekka, urodzajna próchnica. Przez tysiąclecia powstawała z resztek obumarłych roślin i zwierząt, karmiła nowe życie, rodząc i grzebiąc kolejne generacje ziół, krzewów i olbrzymich drzew.
Podłoże lasu przerośnięte gąszczem korzeni, korzonków i kłączy rytmicznie pulsuje wilgocią. Na przedwiośniu każdego roku przybierają wody w splątanej sieci puszczańskich rzek, rzeczek i strumieni. Zasilone topniejącym śniegiem, szeroko, rozlewnie zagarniają połacie lasu, nasączają ziemię, wypłukując sole mineralne ze ściółki leśnej, wzbogacają podziemne magazyny, podnoszą poziom wód gruntowych. Po letnich suszach lustro wód podziemnych stopniowo opada, aby po kolejnych roztopach znów gwałtownie wznieść się ku powierzchni.
Pod stopami suchych, pachnących igliwiem borów sosnowo-świerkowych i borów mieszanych wody gruntowe ukryte są na głębokości nawet czterech metrów, a ich roczne wahania obejmują niewiele ponad pół metra. Pod lasem dębowo-grabowym woda zalega płytko - tylko metrowa warstwa gleby dzieli ją od zielonego runa, za to intensywnie pulsuje: rokrocznie nawet o dwa metry wznosi się i opada. W olsach, łęgach przystrumykowych i w borach bagiennych jej nieruchome lustro przez większą część roku prześwituje wśród splątanych korzeni drzew i kęp roślinności skrywających pod sobą grząskie, zdradliwe topiele.
Każdej zimy już w listopadzie lub w grudniu bezlitosny mróz zaciska swe kleszcze, zamieniając ziemię w kamienną opokę; im głębiej ukryta jest woda, im cieńsza warstwa mchów, ściółki i śniegu, im mniej odwilży - tym głębiej sięga zmarzlina. W corocznych zmaganiach wiosny ze słabnąca zimą pierwszy ustępuje śnieg, po nim puszczają szkliste okowy w borach i grądach. Najdłużej - nieraz aż do maja - nie poddaje się zmarzlina torfowisk i lasów łęgowych.
Przygodnemu wędrowcy Puszcza ukazuje bajecznie stare oblicze. W którą stronę spojrzy, wszędzie napotka kolumnadę potężnych gonnych pni wysoko u góry zwieńczonych zielonymi koronami. Z każdego załomka głęboko spękanej kory dębu, z każdej dziupli, z każdego osnutego mgłami bagniska tchnie pamięć dawno minionych lat. Baczne oko, wśród armii matuzalemów, wnet jednak wypatrzy, a to kępę lipowej młodzieży niesfornie stłoczonej na pełnej światła polanie, a to młodnik sosnowy żywą zielenią przysłaniający resztki pożarzyska, a to wiotkie siewki graba wyrosłe wprost z pokrytego mchem murszywego szczątka dawno zmarłego pradziadka.
Puszcza nigdy nie była i nigdy nie będzie stara. Ona, nieporuszona w swym ponadczasowym majestacie, trwa w opływających ją tysiącleciach wciąż tak samo żywotna. W sobie właściwym rytmie rodzą się, dojrzewają, starzeją się i zamieniają w proch kolejne generacje drzew i jednoroczne zioła. Jesienne wichury, letnie burze, zimowe okiście w mgnieniu oka zamieniają całe jej połacie w spiętrzone rumowiska połamanych pni i konarów. Z upływem czasu rany zabliźniają się i pokrywają zielenią nowo narodzonego życia.
Na każdym rodzaju gleby, zależnie od wodnych zasobów, wyrasta nieco inny las - zawsze jednak jest to różnorodność wielu gatunków drzew, krzewów i krzewinek, traw, turzyc i ziół, mchów, porostów, grzybów...
Oto najszlachetniejszy z lasów - puszczański grąd. Wyrasta na podłożu gliniastym, najczęściej na żyznych glebach brunatnych oraz płowoziemiach. Wprawdzie wody gruntowe zalegają ukryte głęboko, lecz trudno przesiąkliwe gliny sprzyjają ich okresowemu magazynowaniu w zasięgu korzeni. Przestrzeń między dnem grądu a błękitem nieba wypełnia zielone bogactwo. Nad wszystkim górują, jak wieżyce i baszty, czuby najstarszych świerków, dębów, jesionów i lip. Pod nimi rozpościera się dach lasu zbudowany z koron klonów, grabów, wiązów, brzóz, a niekiedy i olsz. Krok w dół i oto królestwo leszczyny, trzmieliny i pnącego się ku światłu młodego pokolenia drzew. Tłoczno jest również na samym dnie grądu; tu królują byliny: kępy bujnych traw i paproci, łany podagrycznika, pokrzyw i czosnku niedźwiedziego, jaskier kosmaty, kokorycz. Niżej rosną zastępy gwiazdnicy wielkokwiatowej, gajowca żółtego, groszku wiosennego, turzycy orzęsionej i skrzypu. Miejscem przy samej ziemi zadowalają się kopytnik, miodunka ćma, przylaszczka, majownik dwulistny, szczawik zajęczy, fiołek leśny.
Płaski dotychczas teren nieco się wypiętrza i wygląd lasu się zmienia - wokół szumi bór mieszany wyrosły na glebach skrytobielicowych. W wielkiej zgodzie rosną tu pospołu grupy wiekowych sosen i świerków, dęby, osiki, brzozy i graby. Pod ich koronami chronią się leszczyny i młodzież cienioznośnych drzew. W runie, obok roślin grądowych, zieleni się perłówka zwisła, turzyca palczasta, zawilec gajowy, gwiazdnica wielkokwiatowa, borówka brusznica i czernica, gruszyczki, siódmaczek leśny, paproć orlica, jastrzębce, nawłoć zwyczajna, konwalia majowa, a tuż przy ziemi ciemnieją zwarte płaty mchów.
Borsuki w borze mieszanym
Teren opada, przechodząc w zatorfioną nieckę ze stagnującą wodą - to białowieski ols. Gospodarzem jest tu olsza. Na niewielkich utworzonych przez nią kępach, kurczowo trzymając się twardszego gruntu, rosną pojedyncze świerki i brzozy omszone. Szarzeją pnie gonnych jesionów. Podszyt tworzy kruszyna, jarzębina, wierzba, łoza i młode świerki. W kotlinkach, wiosną i latem wypełnionych wodą, znalazły schronienie rośliny błotne: psianka słodkogórz, karbieniec, liczne turzyce, kosaciec żółty, wodolubne gatunki paproci. Na kępach, u nasady pni tulą się: szczawik zajęczy, majownik dwulistny, borówki, widłaki i mchy.
Leniwie tocząc nurt, kryjąc brzegi w gąszczu szuwarów, płynie puszczańska rzeka. Jej dolina, rokrocznie nawożona namułami wylewów, utworzyła żyzne łęgi, bujnie porosłe wierzbami. Tu i ówdzie krzewi się leszczyna, szakłak, trzmielina zwyczajna, jeżyna. Gałęzie oplótł chmiel, biało kwitnący kielisznik zaroślowy, rośliny runa spowija pasożytnicze pnącze - kanianka. Dostępu do rzeki bronią zwarte łany pokrzyw.
Wysoko w górze krąży orzeł. Spogląda w dół na błękitne pasmo wijącej się wody, na zwarty, nieprzenikliwy dla oczu kobierzec Puszczy utkany wszystkimi odcieniami zieleni.
Pod okapem liści i konarów wre życie.
Dzikie pszczoły szumiącym rojem obsiadły wiedzącego gdzie szukać miodu "miedwieda". Ten, nie zważając na żądła, pcha kosmatą łapę w głąb barci. Pod ciężarem zwierza trzeszczy zmurszała lipa. Runęła, chmurą próchna sypnęła w oczy rabusia. Prychnął, przetarł ślepia, zakrzywionymi pazurami grzebie w rumowisku drewna, wyłuskuje plastry, mlaszcząc, pożera miód, pyłek, larwy wraz z woskiem i oblizawszy łapy - odchodzi. Jeszcze wśród drzew majaczy przewalające się z boku na bok cielsko, jeszcze wściekle brzęczą ostatnie wojownice.
Na rozsłonecznionej polanie samica tura pochyliła rogaty łeb i szorstkim ozorem myje cielaka. Miarkuje swe siły, a jednak turzątko przy każdym liźnięciu chwieje się na swych grubych, węźlastych nogach, w końcu umyka pod czarny brzuch matki i, tak ukryte, sięga wymienia. Krowa uniosła głowę i słucha - niedźwiedź, poczuwszy woń tura, łukiem omija polanę.
W bezwietrznej ciszy słychać łoskot padającego drzewa. Dwa grubasy o lśniących futrach, wsparte na płaskich, nagich ogonach ogryzają pędy z czubka osiki obalonej tak celnie, że koroną sięgnęła lustra wody. Na szczycie tamy rozdzielającej leniwie płynącą rzeczkę od szerokiego rozlewiska, wśród mocno splecionych gałęzi i korzeni, baraszkują bobrzęta. Spychają się i wdrapują na tamę, próbują w zapasach. Jedno ze zwierząt pracujących na brzegu stanęło słupka, opadło na łapy i nieśpiesznie poczłapało do wody. Za nim podążył drugi bóbr. Głośno, ostrzegawczo klasnął o wodę ogon i małe zniknęły z tamy. Z krzewów porastających brzeg rzeki wyłonił się niedźwiedź. Obwąchał bielejący ostrosłup ściętego pnia, ślady łap i ogonów odbitych w błocie, napił się, otrzepał, z futra na pysku zgarnął łapą kilka pszczół, zawrócił i odszedł.
Przed kilku laty pożar rozniecony piorunem strawił połać starego boru. Dziś w tym miejscu, korzystając z obfitości światła, rosną zastępy małych sosenek i traw. Tylko resztki zwęglonych pni prześwitujące przez zieleń przypominają tragedię. Na środku pożarzyska pasie się tabun tarpanów. Klacze ze źrebakami spokojnie żerują pod czujną opieką ogiera, który z wysoko uniesioną głową, dumnie osadzoną na karku, tkwi nieruchomo na małym pagórku. Lekki wiatr rozwiewa mu ogon, czesze sztywno sterczącą, ciemną grzywę, gładzi krótką, myszatą sierść, znaczoną czarną pręgą wzdłuż grzbietu. Powiew przyniósł z oddali słaby zapach. Ogier rozdął chrapy, łowi wrażą woń. Zarżał, uderza kopytami przednich nóg o ziemię - ostrzegł swój harem i cały tabun rzucił się do ucieczki. Niedźwiedź, zajęty wygrzebywaniem gniazda pełnego nornic, usłyszał donośny tętent, uniósł łeb, powęszył i powrócił do przerwanego posiłku.
Wskroś pobliskich moczarów, od kępy do kępy, ostrożnie stawiając szerokie łapy porośnięte twardym, błyszczącym włosem, posuwa się kosmate zwierzę. Ma puszysty ogon, długie futro czernią okrywające grzbiet, brzuch i nogi, z dwoma jasnymi pasmami na bokach ciała, i szary czepek sięgający oczu. Pod trzydziestopięciokilogramowym ciężarem ciała zwierzęcia ugina się zbita warstwa mchu porastającego skraj bagna. W śladach łap, o ostrych, długich pazurach, gromadzi się woda. Zwierz zbacza na twardszy grunt - choć żyje wśród moczarów, nie lubi błotnej kąpieli. Trafił na ścieżkę zwierzyny. Teraz biegnie galopem. Pozornie niezgrabny, utyka, skacze nierównymi susami. Przystanął, węszy i nasłuchuje. Na pobliskim borówczysku głuszyca wodzi pisklęta. Zerka na boki i w górę, gdzie między koronami drzew prześwituje błękit i białe puchate obłoki. Wokół spokojnie, więc przysiada i lekko opuszcza skrzydła. Małe, zwołane matczynym wabieniem, nikną w jej puchu. Zza osłony krzewów, przypłaszczony do ziemi, wysuwa się drapieżca...
Wśród bagien, we wnętrzu obalonego drzewa, trójka młodych czeka na powrót matki. Dojrzały do opuszczenia gniazda, więc to jedno, to drugie lękliwie wysuwa z otworu płaski łebek o pysku porośniętym krótkimi sztywnymi włosami. Reszta ciała, okryta czarnym futrem z szarymi pasami na bokach, niewyraźnie majaczy w ciemnej głębi pnia.
Do mszaru powraca drapieżca. Osobliwie utykając i podskakując, to niesie, to wlecze trzymaną za szyję głuszycę. Tak jest zajęty zdobyczą, że nie zauważa wielkiego mrowiska na drodze. Rano, gdy pierwsze promienie słońca padły na kopułę, troskliwe opiekunki przeniosły bliżej ciepła dorodne poczwarki i larwy, lecz nie było im dane dożyć wieczora. Niedźwiedź, powracający znad rzeki, kilkoma ruchami łap rozgrzebał wierzch kopca z igliwia i czyści ozorem komory pełne białego przysmaku. Usłyszał szelest za plecami. Odwraca się z groźnym pomrukiem...
Na wprost kudłacza zamarł w bezruchu brunatnoszary drapieżnik. Już nie zdąży uciec na drzewo. Upuścił więc ptaka, lekko faluje zjeżona sierść, ponurą determinacją lśnią ślepia, a ostre, silne zęby grożą zza uniesionych warg. Jeśli niedźwiedź zaatakuje, jego przeciwnik drogo sprzeda swe życie; przewrócony na plecy, pazurami wczepi się w brzuch wroga i straszliwymi kłami będzie wyszarpywać kawały mięsa.
Przez chwilę nic się nie dzieje. Zwierzęta patrzą na siebie. Wtem fala odrażającej woni uderza w nozdrza niedźwiedzia. Odwrócił łeb z obrzydzeniem, zakołysał cielskiem, przestępując z łapy na łapę - nie jest w nastroju bojowym. Rosomak stoi w bezruchu, tylko gardziel drga w głuchym warczeniu. Wreszcie ujmuje szyję głuszycy, łukiem omija mrowisko i znika wśród bagien.
Topnienie ostatniego lodowca (około 12-10 tysięcy lat temu) wywołało zalanie całego terenu dzisiejszej Litwy, Rosji i Polski. Tylko najwyższe wzniesienia wystawały ponad wodę, dając schronienie ludziom i zwierzętom. Klimat szybko się ocieplał, wody parowały i odpływały nowo utworzonymi korytami rzek do mórz i większych jezior.
W początkach holocenu, w tak zwanym okresie preborealnym (od około dziewięciu tysięcy lat temu), na obsychające tereny wykroczył las sosnowo-brzozowy. Postępujące ocieplenie i obfitsze opady sprzyjały pojawieniu się (około siedmiu tysięcy lat temu - okres borealny) ciepłolubnych drzew liściastych (lipa, wiąz, dąb, jesion, grab) i krzewów (leszczyna). Po kolejnym tysiącu lat w Europie zapanowała prapuszcza, której dzisiejszą pozostałością jest jej znikoma resztka - Puszcza Białowieska.
Z tak zwanego okresu jeziorowego populacja ludzi żyjących na północno-wschodnim krańcu Europy wyszła zdziesiątkowana. Większość mieszkańców powędrowała na płaskowzgórza Karpat. Wiele wieków musiało upłynąć nim ludzie zeszli na obsychającą równinę, powiększyli się liczebnie, podzielili się na plemiona i wyruszyli na północ, w kierunku Bałtyku. Początkowo schronienie dawały pieczary i ziemianki drążone w spłachetkach suchej ziemi. Ich mieszkańcy trzymali się jezior i brzegów rzek oferujących obfitość łatwo dostępnego pożywienia i wiedli tak zwany byt rybołowów. Dowodzą tego znaleziska archeologiczne: skorupy słodkowodnych mięczaków i ości zwałami zalegające pobliże miejsc zamieszkania ludzi. W chronologii archeologicznej okres ten zwie się mezolitem.
Mieszkańcy puszczańskich obrzeży nie rzucali wyzwania wielkim zwierzętom żyjącym w dzikich ostępach. Na to byli jeszcze zbyt słabi. Również nie potrzebowali drewna. Nie znali też uprawy roli - roślinami użytkowymi były tylko kotewka, szczaw i lebioda, nie wydzierali więc Puszczy jej ziemi. Dlatego jest to jedyny okres w dziejach, gdy przyroda północno-wschodniej Europy rządziła się własnymi prawami, zwierzowi wyzwanie rzucał tylko inny zwierz, a liczba gatunków zależała od ich plenności, siły przeżycia i warunków klimatycznych. Już nigdy później Puszcza nie tętniła tak bogatym życiem roślinnym i zwierzęcym. Wycinany i wypalany raj z każdym stuleciem kurczył się, a z jego mateczników odchodziły na zawsze kolejne gatunki ptaków i ssaków.
Jak wykazały badania paleozoologiczne, w Europie żyły dwie odmiany turów - dzikich protoplastów bydła domowego: tur duży (Bos primigenius Boj.) - opisany w początkach XVIII wieku na podstawie zachowanych szczątków kostnych przez wileńskiego profesora Bojanusa, oraz - wyróżniony na podstawie kilku czaszek odnalezionych w zbiorach muzealnych - drobniejszy tur, któremu lwowski uczony Karol Malsburg nadał nazwę Bos urus interglacialis minutus.
W czasach historycznych na Mazowszu i Litwie żyły tury duże. Ich waga dochodziła do ośmiuset kilogramów, wzrostem sięgały prawie dwóch metrów, a długością - trzech. Jak potężne wrażenie musiał wywierać na ludziach ten zwierz, świadczy wciąż żywe powiedzenie: "chłop jak tur!". Wygląd tura znamy dzięki starożytnym i średniowiecznym rycinom i opisom. Charakterystyczną cechą zwierza były mniej lub bardziej potężne, białożółte, skierowane ku przodowi rogi z ostrymi, podgiętymi ku górze czarnymi końcami. Samce o muskularnym, "byczym", karku, wydatnym, obwisłym podgardlu, masywnym przodzie ciała i prostym grzbiecie były znacznie większe od samic. Sierść miały dość krótką, gładką i lśniącą. Umaszczenie starych byków było nieomal czarne, młodszych - brunatnoczarniawe z jaśniejszą pręgą wzdłuż grzbietu, cieląt - jasnobrunatne lub czerwonawe. Latem sierść była krótka i lśniąca, zimą - gęsta, znacznie dłuższa niż bydła. Wokół pyska jaśniała otoczka tworząca tak zwany sarni pysk.
Na czole, u nasady rogów miały tury wyraźnie wyodrębnioną kępkę kędzierzawych, rudawych włosów. Po staropolsku nazywano ją "turzywicher" i umieszczano na wszystkich wizerunkach zwierza - nawet na miniaturowych główkach zdobiących monety w XIII i XIV wieku. Panowało przekonanie, że grzywka ta, zdarta wraz ze skórą z żywego tura, ma moc talizmanu. W postaci pasa nosiły go monarchinie, wierząc, że ułatwia poród. Poseł cesarza niemieckiego Zygmunt Herberstein otrzymał w darze od królowej Bony dwa takie magiczne pasy. Jeden przekazał natychmiast do Wiednia. Cesarzowa "łaskawie go przyjęła". O losach drugiego historia milczy
Tury były zwierzętami niebywale silnymi i - w odróżnieniu od żubrów - bardzo pobudliwymi i agresywnymi. Krowy z młodymi pędziły żywot stadny, byki - odludki, tylko w czasie rui, we wrześniu, na krótko dołączały do samic. Zażarte walki staczane przez samce często kończyły się śmiercią. Cielęta rodziły się wiosną - w kwietniu lub w maju.
Współcześnie żyjące bobry tworzą rodzinę wyjątkowo nieliczną, mającą tylko dwóch przedstawicieli: bobra europejsko-syberyjskiego i kanadyjskiego. Ten największy z gryzoni, dochodzący do czterdziestu pięciu kilogramów wagi (podobno spotykano osobniki ważące sto kilogramów!), jest zwierzęciem ziemno-wodnym. Pływanie ułatwia mu błona spinająca palce tylnych nóg, a mocne pazury przednich łap służą przytrzymywaniu pokarmu i grzebaniu w ziemi. Osobliwością, niespotykaną u żadnego innego ssaka, jest ogon: u samej nasady okrągły, przechodzi w spłaszczony, tępo zaokrąglony na końcu, ostry na krawędziach, mięsisty, okryty łuskami ster-wiosło. Gdy zwierzę przebywa na lądzie, jego uniwersalny ogon służy mu za podpórkę i siedzisko, a przednie łapy - jak u wszystkich gryzoni - przytrzymują jedzony pokarm. Bóbr jest mocnym, krępym zwierzęciem, ma ostro ścięty pysk, maleńkie oczka, nieduże uszy ukryte w futrze i wielkie, dziesięciocentymetrowe, pomarańczowe siekacze. Są one twarde jak stal i ostre jak brzytwa. Mając takie narzędzia pracy, bobry bez problemu ścinają drzewa dochodzące do siedemdziesięciu centymetrów średnicy. Futro składa się z gęstego, kręconego, jedwabistego podszycia i rzadkich, długich, sztywnych włosów okrywowych, jego barwa obejmuje różne odcienie brązu, aż po czerń. Ogon jest ciemnoszary z niebieskawym nalotem.
Bobry są doskonałymi budowniczymi. Specjalizują się we wznoszeniu chat i przegradzaniu cieków wodnych zaporami. Za materiał służą im pnie, gałęzie, muł i kamienie. Budują głównie samice, samce zaś dostarczają odpowiedni materiał. Chaty, czyli gony (lub żeremia) wprawdzie z daleka przypominają stosy kołków i gałęzi, wewnątrz jednak są nader wygodne; składają się z oddzielnej izby mieszkalnej i magazynu żywności. Czasem zwierzęta poprzestają na norze wygrzebanej w brzegu rzeki, z otworem ukrytym pod wodą i stertą narzuconych patyków.
Bobry żywią się wyłącznie roślinami. Ich ulubionym pokarmem jest kora, liście i pędy wierzb, olch, topól i jesionów oraz części zielone kłącza roślin wodnych. Przed nadchodzącą zimą rodzina bobrza gromadzi w magazynach zapasy, a prócz tego zatapia większe drzewa, dalej albo bliżej miejsca zamieszkania. Gdy lód skuje rzekę, a gruba warstwa śniegu odetnie dopływ światła dziennego, zwierzęta, pozostając w całkowitej ciemności, bezbłędnie trafiają do zgromadzonych jesienią zapasów, za nic sobie mając tę najtrudniejszą z pór roku.
W Europie dożył współczesności tylko jeden gatunek niedźwiedzia - niedźwiedź brunatny.
Rekordowe osobniki osiągają dwa i pół metra długości i ciężar ponad dwieście kilogramów. Jest to zwierzę lubiące samotność. Swoje wyłączne prawa do rewiru znakuje, stając na tylnych nogach i drapiąc pazurami korę drzew; im wyżej, tym lepiej - aby ewentualny intruz zrozumiał, z kim zamierza zadrzeć. Niedźwiedź dnie przesypia w barłogu usłanym w największej gęstwinie, na żer wychodzi o zmroku. W całkiem bezludnych okolicach aktywny jest również w dzień - łazi po swym królestwie, buszuje w gąszczach dzikich malin, łowi ryby w wartkich strumieniach, przewraca zmurszałe pnie i ściółkę leśną w poszukiwaniu mysich i mrówczych gniazd, smakowitych larw i poczwarek, korzonków, bulw, grzybów i nasion, wygrzewa się w cieple promieni słońca. W maju lub w czerwcu romansuje z płcią odmienną.
Pod koniec lata apetyt niedźwiedzia rośnie niepomiernie, a wraz z nim i zapasy tłuszczu gromadzonego w ciele. U progu zimy szuka spokojnego kąta do spania. Mogą to być gęste młodniki, złomowiska powalonych drzew, skalne rozpadliny; w takim suchym, trudno dostępnym miejscu miś ściele gawrę. Jest to coś na kształt budy ułożonej z chrustu, traw i liści. W grudniu układa się w niej na długi, wielomiesięczny sen zimowy.
Co dwa lata, w styczniu lub w lutym, po ciąży trwającej około dwustu dni, drzemiąca w gawrze niedźwiedzica rodzi jedno lub parkę ślepych i bezradnych dzieci. Wielkością bardziej przypominają psie szczenięta niż przyszłe największe drapieżniki Europy. Wtulone w ciepłe futro matki, karmione do syta tłustym, pożywnym mlekiem, ani się domyślają, że poza gniazdem hula sroga zima. Gdy nadchodzi wiosna, kosmate, żwawe i figlarne misie opuszczają gawrę i wraz z rodzicielką wędrują po leśnych ostępach. Kudłacze same z siebie nie zaczepiają człowieka, zagrożone starają się uciec jak najchyżej, jednak takiej samicy lepiej nie stawać na drodze.
Niedźwiadki piją mleko przez cztery miesiące, a pozostają pod czułą opieką matki aż do jesieni następnego roku. Często się zdarza, że i później nie opuszczają rodziny, pomagając niedźwiedzicy w wychowywaniu kolejnych dzieci. Do rozrodu dojrzewają w czwartym lub w piątym roku życia, i wtedy już pędzą żywot samotników. Pełnię swych fizycznych możliwości osiągają w wieku 10-12 lat, pozostawione w spokoju, dożywają nawet pięćdziesięciu lat.
Rosomaka do dziś otacza ponura aura najbardziej krwiożerczego ssaka, jaki bytował w czasach historycznych na naszych ziemiach. Temu znienawidzonemu zwierzęciu polski myśliwy i hodowca zaprzysiągł śmierć. I przysięgi niestety dotrzymał.
W XVI stuleciu tak opisywano wygląd i zachowanie rosomaka: "W Litwie jest zwierzę bardzo żarłoczne, nazwiskiem rosomak. Jest on wielkości psa, ma oczy jak kot, silne pazury, skóra długim brunatnym włosem pokryta, a ogon jak u lisa. Jeżeli nadybie ścierwo, to żre tak długo, póki mu się skóra na brzuchu jak bęben nie napręży, następnie przesuwa się pomiędzy dwa blisko siebie stojące drzewa, aby się co prędzej wypróżnić, co gdy nastąpi, powraca co rychlej do ścierwa, a najadłszy się, znów powtarza to samo, póki wszystkiego ścierwa nie zeżre. Zdaje się, iż więcej niczym się nie zajmuje, tylko żre, pije i... Wszyscy ci, którzy noszą futra rosomakowe, zarażają się niepowściągliwą żądzą jadła i napoju".
Oddajmy teraz głos myśliwym-naturalistom z pierwszej połowy XX wieku: "Rosomak nie miał sprzymierzeńców, bo wszystko, co zamieszkiwało tereny przez niego nawiedzane, cechował wysoce wrogi do niego stosunek. Już sam jego widok lub zapach doprowadzał potężniejszych reprezentantów naszych puszcz do bezgranicznej wściekłości, wśród drobniejszej i słabszej natomiast zwierzyny wywoływał nieopisaną panikę i przerażenie. Nawet drobne ptaki reagowały na jego widok i najprzeróżniejszymi głosami znaczyły szlak jego ucieczki".
Czytajmy dalej, co też wyczyniała zwierzyna na widok tego mierzącego w kłębie pięćdziesiąt centymetrów, metrowej długości krewniaka borsuka i łasicy: "Łanie, sarny i lochy zabierały swe małe i kryły się w niedostępnych gąszczach naszych borów. Stary, o potężnych rosochach łoś, który niejedną walkę miał już za sobą, stawał się niespokojny. Rozwarte chrapy, krwią nabiegłe oczy i nastawione uszy świadczyły o jego wściekłości i pogotowiu do odparcia ataku. Król naszych puszcz, żubr, potężnym rykiem (!) wyzywał przeciwnika do walki. Poorane jego rogami połacie ziemi, schlapane obficie pianą z pyska, były wymownym dowodem jego zamiarów. Nawet największy z naszych drapieżników, niedźwiedź, nie umiał zachować spokoju i na widok znienawidzonego zwierza próbował swych pazurów na otaczających drzewach, wydając przy tym z gardła dzikie i groźne pomruki. Jedynie tylko potężny odyniec, ufny w grubość swej skóry i niezawodność swych szabli, niewiele sobie robił z tego przeciwnika, choć głośnym fukaniem ostrzegał swych pobratymców o grożącym im niebezpieczeństwie. Ten drapieżny i okrutny zwierz był mistrzem w obronie i na szlaku jego ucieczki leżały gęsto trupy psów z wyszarpanymi gardłami i rozprutymi wnętrznościami. Bezczelność swoją posuwał nieraz tak daleko, że w osiedlach ludzkich porywał owce, świnie, psy, a nawet i dzieci...".
Zaiste, straszny to musiał być potwór, jeśli potrafił zmusić do głośnego ryku - z natury rzeczy prawie nieme - żubry. Na szczęście to bajkowe monstrum w Puszczy Białowieskiej zostało dawno wytępione! Pozostała po nim stara polska legenda, głosząca, że po śmierci jego diabelska dusza wciela się w krwawego zbira nękającego ludzi.
Przypuszcza się, że ostatni na Niżu rosomak zginął na Wołyniu w Janowej Dolinie w roku 1882, karpacki zaś - w 1876 roku.
Rosomak, który - choć nieliczny - żyje do dziś w Skandynawii, na Syberii i na Alasce, jest klasycznym wręcz przykładem, jak Homo sapiens myli się w swych opiniach na temat istot żyjących w jego sąsiedztwie.
Do lat pięćdziesiątych XX wieku rosomak był gatunkiem najmniej zbadanym ze wszystkich ssaków europejskich. Pierwszą gruntowną pracę na jego temat zawdzięczamy austriackiemu zoologowi profesorowi Peterowi Krottowi. By poznać życie codzienne tych skrytych zwierząt, przez dziesięć lat mieszkał wraz z żoną na całkowitym odludziu w północnej Szwecji. Mało tego, wziął na wychowanie trzy małe rosomaki, oswoił je, a potem wypuścił na wolność. Plonem wieloletnich obserwacji stała się książka pod znamiennym tytułem: Demon of the Nord.
Wynika z niej, że rosomak jest zwierzęciem czujnym i ostrożnym, dzielnym, zwinnym, szybkim i wytrzymałym. Aktywny jest o różnych porach dnia i nocy. Trzy- lub czterogodzinne okresy snu przeplata podobnymi okresami aktywności. Zim nie przesypia jak jego krewniak - borsuk. Poluje głównie na mniejsze od siebie ofiary: gryzonie, gady, płazy, ślimaki, ryby i ptactwo. W sezonie lęgowym podbiera lęgi ptakom gnieżdżącym się na ziemi. W lecie wyszukuje gniazda os i larwy tych owadów stają się jego głównym pożywieniem. Jesienią zjada leśne owoce. Jedynie zimą poluje na większe zwierzęta i całkowicie przechodzi na dietę mięsną. Często podąża tropem wilczych stad (swych odwiecznych i groźnych wrogów) i pożywia się resztkami z ich polowań. Jest też nadzwyczaj wielkim amatorem padliny.
Okazało się, że rosomaki wcale nie prowadzą koczowniczego trybu życia. Każda rodzina, składająca się najczęściej z samca i dwóch-trzech samic z przychówkiem, ma ogromny, ale dobrze odgraniczony sygnałami zapachowymi obszar życiowy, na którym mieszka, poluje i którego broni przed pobratymcami. Każda z samic ma własny, nieco mniejszy rewir. Ciekawe, że zwierzęta nie toczą z sobą walk - najwyraźniej respektują prawa własności. Co dwa-trzy lata w lutym lub kwietniu samica rodzi 2-4 ślepe i bezradne rosomaczki. Z gniazda wychodzą one po ośmiu tygodniach, w pełni samodzielne stają się po dwóch latach i muszą opuścić terytoria rodziców.
Długość ciała dorosłego rosomaka wynosi około stu dwudziestu centymetrów, przy wzroście do czterdziestu centymetrów i ciężarze do dwudziestu pięciu kilogramów. Samice są o jedną piątą mniejsze. Podobnie jak niektóre inne gatunki z rodziny łasicowatych, zwierzęta te mają specjalne gruczoły wydzielające ciecz o odrażającej woni, którą potrafią tryskać na odległość kilku metrów.
Obserwacje profesora Krotta jednoznacznie wykazały, że rosomaki wcale nie zasłużyły na krzywdzącą opinię krwiożerczych demonów, co potwierdziło mało popularną prawdę, że przyroda w ogóle nie wytworzyła żadnego potwora zabijającego bez potrzeby. Jak każde inne syte zwierzę, rosomak nie zwraca najmniejszej uwagi nawet na najbardziej apetycznie wyglądające "ofiary". Dba również, by ze zdobytego pożywienia nic się nie zmarnowało. Niedojedzone resztki zagrzebuje w śniegu czy w ziemi lub wciąga na drzewo i ukrywa wśród gałęzi. Schowki takie bezbłędnie odnajduje i wykorzystuje zapasy do ostatka.
Ujmującą cechą rosomaków jest ich zamiłowanie do zabawy. Nawet stare samce potrafią godzinami bawić się jakimś ukradzionym w leśnym szałasie przedmiotem. Zdaniem Krotta zwierzęta te są inteligentniejsze od wilków: są pojętne, szybko się uczą, potrafią zmieniać swe zachowania i nawyki, dostosowując je do okoliczności, mają znakomicie rozwinięty zmysł obserwacji i ciekawość.
Przez miejscowych rosomak uważany jest za szkodnika. Hodowcom reniferów podkrada cielęta, dokucza traperom i myśliwym. Wybiera im z potrzasków złowioną zwierzynę, sam przemyślnie unikając pułapek. Posługując się znakomitym węchem, odnajduje schowki z mięsem i raczy się nim do woli, a co gorsza - obficie znakuje kałem, moczem i wydzieliną z gruczołów zapachowych. Nie jest to złośliwość, tylko zabezpieczanie praw własności do zapasów pokarmu. Dlatego w krajach, w których rosomaki mają wspólne z człowiekiem łowiska, przezorni myśliwi swą zdobycz zawieszają wysoko na gałęzi lub zamykają w szczelnych pomieszczeniach zbudowanych z bali.
Rosomak boi się człowieka, a więc unika go, jak może. Jest mistrzem ucieczki - nie doścignie go nawet najsprawniejszy narciarz. Zdybany w norze, otoczony przez najbardziej cięte lapońskie psy pasterskie broni się bohatersko, długo i często skutecznie. I to jest jego największa zbrodnia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki