ROZDZIAŁ PIERWSZY
Oimmeddam [4]
Teodozja leży na wschodnim wybrzeżu Półwyspu Krymskiego, na podłużnym skrawku lądu, gdzie kończą się stepy euroazjatyckie, by zanurzyć się w Morzu Czarnym. Dziś jest podupadłą i prowincjonalną typowo posowiecką mieściną. Jednak w średniowieczu, kiedy Teodozja nosiła nazwę Kaffa, a genueński prokonsul zasiadał w białym pałacu tuż obok portowego nadbrzeża, miasto należało do najszybciej rozwijających się portów w ówczesnym świecie. W 1266 roku, kiedy Genueńczycy po raz pierwszy przybyli na te tereny, Kaffa była prymitywną wioską rybacką, ukrytą przed oczami Boga i człowieka po ciemnej stronie Krymu - zbiorowiskiem lichych, smaganych wiatrem chatek tkwiących pomiędzy morskim pustkowiem a pierścieniem niewysokich wzgórz. Osiemdziesiąt lat później przez wąskie uliczki Kaffy przeciskało się od siedemdziesięciu do osiemdziesięciu tysięcy ludzi, a na hałaśliwych bazarach niósł się echem tuzin różnych języków. Sterczące iglice i wieże kościołów urozmaicały ruchliwą panoramę miasta, do tętniących życiem doków płynęły jedwabie merdacaxi z Azji Środkowej, jesiotry z Donu, niewolnicy z terenów dzisiejszej Ukrainy, a także drewno i futra z bezkresnych rosyjskich lasów na północy. Oceniając Kaffę w 1340 roku, muzułmański przybysz określił ją jako urocze miasto: z "pięknymi bazarami i godnym portem, w którym widziałem dwieście statków dużych i małych"[5].
Stwierdzenie, że to Genueńczycy powołali Kaffę do życia, zakrawałoby na przesadę, choć nie jest to wielkie nadużycie. Żadne z państw-miast nie przewodziło swojej epoce z bardziej operowym poczuciem przeznaczenia - żadne nie posiadało bardziej żarliwego pragnienia, by wykreować bella figura (dobre wrażenie) w świecie - niż Genua. Galery tego miasta spotykało się w każdym porcie od Londynu po Morze Czarne, a jego kupców w każdym ośrodku handlowym od Aleppo w Syrii po Pekin. Niezwyciężona odwaga i niezwykłe umiejętności żeglarskie genueńskich marynarzy obrosły legendą. Na długo przed Krzysztofem Kolumbem istnieli bracia Vivaldi[6], Ugolino i Vadino, którzy śmiejąc się śmierci w oczy, zniknęli z powierzchni ziemi, szukając drogi morskiej do Indii. Wenecja, wielki rywal Genui, mogła drwić, że jest ona "miastem morza bez ryb, [...] mężczyzn bez wiary i kobiet bez wstydu"[7], lecz genueńska potęga pozostawała odporna na takie zniewagi. Genua wybudowała sobie pomnik - Kaffę. Rozświetlone słońcem piazzas portowego miasta, piękne kamienne domy i wspaniałe kobiety, które przechadzały się po nabrzeżach w brokatach z Persji zdobiącymi ich plecy oraz otulone zapachami perfum z Arabii, stanowiły żywe pomniki genueńskiego bogactwa, cnoty, pobożności i imperialnej chwały.
Jak zauważył pewien włoski poeta tamtych czasów:
Tak wielu jest Genueńczyków
I tak są rozsiani [...] po całym świecie
Że gdziekolwiek któryś wyjedzie i zostanie
Tworzy tam drugą Genuę[8].
Gwałtowny wzrost znaczenia Kaffy na arenie międzynarodowej wynikał również z uwarunkowań geograficznych i ekonomicznych. W latach 1250-1350 średniowieczny świat doświadczył początków globalizacji, a Kaffa, znajdująca się na południowo-wschodnim krańcu europejskiej Rosji, z racji doskonałego położenia mogła czerpać korzyści z nowej globalnej gospodarki. Na północy, za pasmem gęstych lasów, leżał najwspanialszy szlak lądowy średniowiecznego świata, euroazjatycki step - wielka zielona wstęga falującej prerii, kołyszących się bujnych traw i bezkresnego nieba - który mógł przenieść wędrowca z Krymu do Chin w ciągu ośmiu do dwunastu miesięcy[9]. Na zachodzie istniał tętniący życiem port w Konstantynopolu, najbogatszym mieście chrześcijańskiego świata, a za Konstantynopolem - targi niewolników w Lewancie, gdzie za grubokościstych, jasnowłosych Ukraińców wyznaczano wysokie ceny na aukcjach. Dalej na zachód rozciągała się Europa, w której było wielkie zapotrzebowanie na pikantne przyprawy z Cejlonu i Jawy oraz lśniące diamenty z Golkondy. Pomiędzy tymi biegunami średniowiecznego świata leżała Kaffa ze swoim "godnym portem" i falangą majestatycznych rosyjskich rzek: Wołgą i Donem na wschodzie, Dnieprem na zachodzie. W ciągu pierwszych ośmiu dziesięcioleci genueńskiego panowania dawna wioska rybacka rozrosła się dwukrotnie, trzykrotnie, nawet czterokrotnie. Wielokroć zwiększyła się liczba ludności; wyrosły nowe dzielnice i kościoły; w obrębie miasta powstało sześć tysięcy nowych domów, a potem kolejne jedenaście tysięcy na błotnistych równinach poza miejskimi murami. Każdego roku przybywało coraz więcej statków, a przez nabrzeża Kaffy przepływało coraz więcej ryb, niewolników i drewna. Możemy sobie wyobrazić piękny wiosenny wieczór 1340 roku i genueńskiego prokonsula stojącego na balkonie, spoglądającego na wysokie maszty statków kołyszących się w porcie w blasku zachodzącego słońca i rozmyślającego o tym, że Kaffa będzie rozrastać się wiecznie, że nic się nie zmieni, z wyjątkiem tego, że miasto będzie stawało się coraz większe i bogatsze[10]. Oczywiście to marzenie było tak samo iluzoryczną bajką w czternastym wieku, jak i jest nią dzisiaj. Gwałtowny wzrost i ludzka pycha zawsze mają swoją cenę.
* * *
Zanim Genueńczycy przybyli do Kaffy, jej obszar podatności na katastrofy naturalne obejmował nie więcej niż kilka tysięcy metrów - z jednej strony akwen Morza Czarnego, na którym poławiali rybacy, z drugiej strony tereny półksiężyca z surowymi, smaganymi wiatrem wzgórzami za miastem. Do 1340 roku szlaki handlowe łączyły port z miejscami odległymi o pół świata - miejscami, o których nawet Genueńczycy wiedzieli niewiele - a w kilku z tych miejsc działy się rzeczy dziwne i straszne. W latach trzydziestych trzynastego wieku pojawiły się doniesienia o ogromnych katastrofach ekologicznych[11] w Chinach. Mówiono, że Kanton i Houkouang cyklicznie nękały ulewne deszcze i parszywe susze, a w Honan ponoć kilometrowe roje szarańczy przesłaniały słońce. Legenda głosi również, że w tym okresie ziemia w Chinach drżała, a w jej szczelinach i rozpadlinach znikały całe wioski. Trzęsienie ziemi pochłonęło podobno część miasta Kingsai, potem górę Tsincheou, a w górach Ki-ming-chan wyrwało dziurę na tyle dużą, że powstało nowe "jezioro o długości stu lig". W Tche mówiono, że na skutek tych wstrząsów zginęło pięć milionów ludzi. Na wybrzeżu Morza Południowochińskiego dało się słyszeć złowieszcze dudnienie "podziemnych grzmotów". Gdy wieść o katastrofach się rozniosła, Chińczycy zaczęli szeptać, że cesarz stracił Mandat Niebios[12].
Na Zachodzie wieści o katastrofach budziły grozę i przerażenie. Gabriel de Musis, notariusz z Piacenzy, pisał, że "na Wschodzie, w Kataju, gdzie znajduje się pępek świata [...], pojawiły się straszne znaki i zjawiska"[13]. Muzyk Louis Heyligen, który mieszkał w Awinionie, przekazał przyjaciołom we Flandrii jeszcze bardziej niepokojącą relację. "Nieszczęście nad wielkimi Indiami, w pewnej prowincji, okropności i niesłychane burze ogarnęły całą prowincję na przestrzeni trzech dni" - pisał Heyligen. "Pierwszego dnia spadł deszcz żab, węży, jaszczurek, skorpionów i wielu jadowitych bestii tego rodzaju. Drugiego dnia rozległy się grzmoty, a na ziemię spadły błyskawice i zasłony ognia, które zmieszały się ze zdrowej wielkości kamieniami gradowymi [...]. Trzeciego dnia spadł ogień z nieba i cuchnący dym, który zabił wszystkich pozostałych z ludzi i zwierząt i spalił wszystkie miasta i miasteczka w tamtych okolicach"[14].
Genueńczycy, którzy znajdowali się znacznie bliżej Azji niż de Musis i Heyligen, niewątpliwie słyszeli pogłoski o katastrofach, ale w latach trzydziestych i wczesnych czterdziestych trzynastego wieku musieli w Kaffie stawić czoło tak wielu bezpośrednim niebezpieczeństwom, że nie mieli czasu, by martwić się wydarzeniami w odległych Indiach czy Chinach. Port w Kaffie działał na mocy darowizny od Mongołów, władców największego imperium w średniowiecznym świecie - w istocie w czternastym wieku władali oni największym imperium, jakie kiedykolwiek istniało. Dla Tatarów Kaffa była tylko małą częścią ogromnego imperium, które rozciągało się od Żółtej Rzeki do Dunaju, od Syberii do Zatoki Perskiej, ale jak kamyk w bucie stawała się drobiną irytującą - a raczej drażniła ich jej kolonialna potęga. Mongołom Genueńczycy wydawali się próżni, wyniośli i obłudni - uchodzili w ich oczach za ludzi, którzy mogli nadać swoim dzieciom imiona po tobie - tak jak genueńscy Doriasowie[15], którzy nazwali swoich trzech synów na cześć trzech mongolskich notabli: Huegu, Abaki i Ghazana - a jednocześnie kraść prosto z twojej kieszeni. Kiedy założyciel imperium mongolskiego, Czyngis-chan, wściekał się na "zjadaczy słodkich, tłustych potraw, którzy noszą szaty ze złota [...] [i] trzymają w ramionach najpiękniejsze z kobiet"[16], mógł mieć na myśli Genueńczyków. W 1343 roku narastające przez dziesięciolecia napięcia gospodarcze i religijne między dwoma mocarstwami w końcu znalazły ujście w wielkiej konfrontacji w Tanie, ośrodku handlowym u ujścia Donu, znanym jako punkt początkowy szlaku lądowego do Chin. "Droga z Tany do Pekinu"[17] - tak zaczyna się La Pratica della Mercatura, czternastowieczny przewodnik Francesca Balducci di Pegolottiego dla kupców podróżujących na Wschód.
Według notariusza de Musisa[18] bójka wynikła wskutek konfrontacji między włoskimi kupcami a miejscowymi muzułmanami na ulicy Tany. Podobno doszło do wymiany obelg, wymachiwania pięściami, wymierzania ciosów. Stragany się przewracały, świnie kwiczały, błysnął nóż i muzułmanin padł martwy na ziemię. Niedługo potem pod Taną pojawił się chan mongolski Dżany Beg, samozwańczy obrońca islamu, a wraz z nim potężne siły tatarskie. Do oblężonego miasta wysłano ultimatum i według rosyjskiego historyka A.A. Wasiljewa[19] odpowiedź, która padła, była bezczelna nawet jak na standardy genueńskie. Rozwścieczony Dżany Beg na czele swoich Mongołów przypuścił atak na Tanę. Włosi, choć mężnie dawali odpór wśród pióropuszy czarnego dymu i grzmiących okrzyków tatarskich jeźdźców siekających połyskującymi mieczami, wobec przeważającego liczebnie wroga wykonali odwrót do portu; stamtąd rozpoczął się wyścig na zachód do Kaffy, przy czym ścigani Włosi podróżowali statkiem, a ścigający ich Mongołowie konno. "O Boże" - napisał de Musis o przybyciu Mongołów na wzgórza górujące nad Kaffą. "Spójrzcie, jak pogańska pogoń tatarska rozlewa się ze wszystkich stron, momentalnie otacza [...] Kaffę [atakując] uwięzionych chrześcijan [...] [którzy] uciskani przez ogromną armię ledwie mogą oddychać"[20]. Genueńczykom uwięzionym w mieście oblężenie zdało się końcem świata, ale się mylili. W 1343 roku koniec świata wciąż jeszcze był kilka tysięcy kilometrów stamtąd, na wschodnim stepie.
* * *
Średniowieczni Europejczycy, tacy jak notariusz Gabriel de Musis i muzyk Louis Heyligen, mieli świadomość, że w Azji szalała zaraza, a także że występowały w niej katastrofy naturalne. Nowa globalna gospodarka sprawiła, że świat stał się nieco mniejszy. W swojej relacji z oblężenia Kaffy de Musis pisze: "W 1346 roku w krajach Wschodu niezliczone rzesze ludzi [...] zostały dotknięte tajemniczą chorobą". Również Heyligen wspomina o zarazie w swojej relacji o "niesłychanych klęskach [...] dotkliwych dla Wielkich Indii"[21]. Muzyk opisuje, że kulminacją "strasznych wydarzeń"[22] w Indiach był wybuch zarazy, która rozprzestrzeniła się na "wszystkie sąsiednie kraje [...] za sprawą cuchnącego oddechu". Za najlepszego średniowiecznego przewodnika po wczesnej historii czarnej śmierci w Azji uchodzi jednak Ibn al-Wardi, arabski uczony, który mieszkał w syryjskim mieście Aleppo, ważnym międzynarodowym ośrodku handlowym i komunikacyjnym w średniowieczu.
Al-Wardi, który podobnie jak de Musis czerpał informacje od kupców, twierdzi, że zanim zaraza dotarła na Zachód, szalała na Wschodzie przez piętnaście lat[23]. Taka rachuba czasu pasuje do tempa rozprzestrzeniania się czarnej śmierci, które jest stosunkowo powolne jak na chorobę epidemiczną. Data początkowa z lat trzydziestych trzynastego wieku wyjaśniałaby również wzmianki o tajemniczej pladze, które zaczynają pojawiać się w azjatyckich dokumentach mniej więcej w tym samym czasie. Wśród nich są Kroniki Wielkiego Chanatu Mongolskiego Mongolii i Północnych Chin, w których czytamy, że w 1332 roku dwudziestoośmioletni wielki chan mongolski Toga Temür i jego synowie[24] zmarli niespodziewanie na nieznaną chorobę. W 1331 roku, rok przed śmiercią wielkiego chana, chińskie zapiski również wspominają o zagadkowym schorzeniu; ta zdradziecka epidemia ogarnęła prowincję Hebei[25] w północno-wschodnim regionie kraju i zabiła dziewięć dziesiątych ludności.
Większość współczesnych historyków uważa, że to, co nazywamy czarną śmiercią, miało swój początek gdzieś w głębi Azji, a następnie rozprzestrzeniło się na zachód, na Bliski Wschód i do Europy oraz na wschód, do Chin, wzdłuż głównych międzynarodowych szlaków handlowych. Jednym z często wymienianych przez historyków miejsc pochodzenia jest Płaskowyż Mongolski, w rejonie pustyni Gobi, gdzie według Marco Polo nocny wiatr sprawia, że "tysiące fantazji kłębią się w głowie". W opisie zarazy średniowieczny arabski historyk al-Makrizi zdaje się odnosić do Mongolii, gdy opisuje, że zanim czarna śmierć dotarła do Egiptu, szalała "sześć miesięcy drogi od Tebrizu [w Iranie, gdzie] [...] trzysta plemion zginęło bez wyraźnego powodu w swoich letnich i zimowych obozowiskach [...] [i] szesnaścioro książąt zmarło [wraz z] wielkim chanem i sześciorgiem jego dzieci. Następnie Chiny zostały wyludnione, a Indie w nieco mniejszym stopniu spustoszone"[26].
Innym często wymienianym źródłem pochodzenia zarazy jest jezioro Issyk-kul[27], nad które przybywali średniowieczni podróżnicy, którzy chcieli dostać się szybką drogą do Chin. Otoczony gęstym lasem i ośnieżonymi górami region jeziora w Kirgizji, niedaleko północno-zachodniej granicy Chin, znajduje się w pobliżu kilku głównych ognisk zarazy. (Ogniska to regiony, w których dżuma występuje naturalnie). Co więcej, coś straszliwego wydarzyło się w okolicach jeziora na kilka lat przed tym, zanim czarna śmierć dotarła do Kaffy. Pod koniec XIX wieku rosyjski archeolog Daniel Abramowicz Chwolson odkrył, że wyjątkowo duża liczba nagrobków na miejscowych cmentarzach nosi daty 1338 i 1339 roku, a kilka z nich zawiera konkretne odniesienie do zarazy. Na jednym z nich czytamy:
W roku [...] zająca[28] [1339].
Tu znajduje się grób Kutluka.
Zmarł on z powodu zarazy wraz ze swoją żoną Magnu-Kelką[29].
Od okresu, z którego pochodzą groby z Issyk-kulu[30], czarna śmierć przez następnych kilka lat nie dawała o sobie znać; nie było żadnych wiarygodnych informacji na temat jej rozprzestrzeniania, poza tym, że zawsze wydawała się przemieszczać na zachód, przez trawiaste stepy. Rok po śmierci Kutluka i jego żony Magnu-Kelki według jednej z relacji choroba dotarła do Balasagun, zatrzymując się na zachód od Issyk-kulu, gdzie jeźdźcy yam, mongolskiego ekspresu konnego, zmieniali wierzchowce, a ojciec Marco Polo, Niccolo, oraz wujek, Maffeo, zatrzymali się w drodze do Chin. Rok lub trochę później plagę zauważono w Tałasie, na zachód od Balasagun, a następnie na zachód od Tałasu, w Samarkandzie, głównym ośrodku handlowym Azji Środkowej i na skrzyżowaniu szlaków, gdzie średniowieczni podróżnicy mogli podjąć wędrówkę na południe, do Indii, lub udać się dalej, w kierunku Krymu. Jednak dopiero w 1346 roku pojawiają się pierwsze wiarygodne relacje o tym zjawisku. W tym samym roku jeden z rosyjskich kronikarzy[31] opowiadał o zarazie przybywającej na zachodni brzeg Morza Kaspijskiego i atakującej kilka pobliskich miast i miasteczek, w tym Saraj, stolicę mongolskiego księstwa Złotej Ordy, gdzie znajdował się najbardziej zatłoczony targ niewolników na stepie. Rok później, gdy Saraj grzebał swoich zmarłych, zaraza przebyła ostatnie kilkaset kilometrów na zachód przez Don i Wołgę na Krym, pojawiła się za armią tatarską na wzgórzach nad Kaffą i wbiła w nią szpony.
Genueńczycy, którzy wyobrażali sobie, że Bóg narodził się w Genui, powitali nadejście plagi modlitwami dziękczynnymi. Wszechmogący wysłał niebiańskie zastępy wojowniczych aniołów, aby złotymi strzałami wybiły niewiernych Mongołów - powtarzali sobie nawzajem. Jednak w relacji de Musisa to chan Dżany Beg dowodził niebiańskim zastępem w Kaffie. "Oszołomiony i porażony"[32] nadejściem zarazy, notariusz wspominał, że Tatarzy "kazali umieścić zwłoki w katapultach i rzucić je na miasto w nadziei, że nieznośny smród zabije wszystkich w środku. [...] Wkrótce gnijące zwłoki skaziły powietrze [...], a smród był tak przytłaczający, że prawie nikt z kilku tysięcy ludzi nie był w stanie uciec przed niedobitkami armii tatarskiej"[33].
Na podstawie relacji de Musisa kilka pokoleń historyków okrzyknęło Dżany Bega ojcem wojny biologicznej, jednak prawdopodobnie notariusz zmyślił niektóre bardziej drastyczne szczegóły swojej opowieści, aby rozstrzygnąć pewien niezręczny dylemat teologiczny. Dżuma zaatakowała Tatarów, ponieważ byli poganami, ale dlaczego zwróciła się przeciwko włoskim obrońcom? Historyk Ole Benedictow uważa, że de Musis mógł zmyślić katapulty i przelatujące ponad murami ciała Mongołów, aby wyjaśnić tę wrażliwą z teologicznego punktu widzenia część historii - Bóg nie opuścił walecznych Genueńczyków, lecz zostali oni zaatakowani z wykorzystaniem zrzucanych na nich zakażonych tatarskich trupów, co nie przypadkiem wyglądało na przebiegłą sztuczkę, jakiej dobrzy chrześcijanie mogliby się spodziewać po pogańskim ludzie. Podobnie jak większość historyków, profesor Benedictow sądzi, że zaraza przeniosła się do portu w sposób, w jaki zwykle choroba przenosi się wśród populacji ludzkich - przez zarażone szczury[34]. "To, czego oblężeni nie zauważali i czemu nie mogli zapobiec, to fakt, że zarażone dżumą gryzonie znajdowały drogę przez szczeliny w murach lub bramach" - zauważa profesor.
Oblężenie Kaffy zakończyło się dla obu stron wycieńczeniem i zdziesiątkowaniem wskutek walki i chorób. W kwietniu lub maju 1347 roku, gdy wzgórza nad Kaffą zazieleniły się w promieniach łagodnego wiosennego słońca, dogorywająca armia tatarska odeszła, podczas gdy w dotkniętym zarazą mieście wielu genueńskich obrońców przygotowywało się do ucieczki na zachód. Nie ma żadnych relacji z życia w oblężonym porcie tamtej pamiętnej wiosny, ale znamy przecież obrazy Berlina z 1945 roku i Sajgonu z 1975 roku, co zapewnia nam wystarczającą dawkę informacji i sugeruje, jak mogły wyglądać ostatnie dni oblężenia Kaffy. W miarę jak rosła liczba ofiar, ulice wypełniały się dzikimi zwierzętami żerującymi na ludzkich szczątkach, pijanymi żołnierzami plądrującymi domostwa i dopuszczającymi się gwałtów, starymi kobietami ciągnącymi zwłoki przez gruzy, płonącymi budynkami wyrzucającymi w krymskie niebo strugi płomieni i dymu. Wokół nich chwiejnym krokiem krążyły stada gryzoni z dziwną krwawą pianą na pyskach, na placach i skwerach piętrzyły się stosy ciał, a w ludzkich oczach malowała się szaleńcza panika lub tępa rezygnacja. Do szczególnie przerażających scen dochodziło w porcie, zapewniającym jedyną drogę ucieczki z oblężonej Kaffy. Gwałtownie rosnące tłumy i uzbrojeni w miecze strażnicy, dzieci opłakujące zaginionych lub martwych rodziców, krzyki i przekleństwa, ludzie pchający się w kierunku przepełnionych statków, a poza tym zgiełkiem, na odpływających galerach, modlący się pasażerowie tulący się do siebie pod wielkimi białymi płachtami rozpostartych żagli, nieświadomi tego, że pod pokładem, w ciemnych, dusznych ładowniach roją się setki zarażonych dżumą szczurów rozdrapujących sobie skórę i oddychających chłodnym morskim powietrzem.
Kaffa prawie na pewno nie była jedynym wschodnim portem, przez który przeszła zaraza w drodze do Europy, ale dla pokolenia, które przeżyło czarną śmierć, na zawsze pozostanie miejscem, gdzie zaraza się zrodziła, a Genueńczycy pozostaną tymi, którzy przynieśli tę chorobę do Europy. Kronikarz z Este wypowiadał się w imieniu sobie współczesnych, gdy pisał, że genueńskie "przeklęte galery [rozniosły zarazę] do Konstantynopola, Mesyny, Sardynii, Genui, Marsylii i wielu innych miejsc. [...] Genueńczycy dokonali o wiele większej rzezi i okrucieństwa [...] niż sami Saraceni"[35].
[4] Słowo oimmeddam w języku Indian z plemienia Pima, zamieszkującego tereny dzisiejszej południowej Arizony, oznacza "chorobę ponad granicami" (przyp. tłum.)
[5] Ibn Battuta [w:] W. Heyd, Histoire du commerce du Levant au moyen age, vol. 2, O. Harrassowitz, Leipzig 1936, s. 172-174.
[6] J.R.S. Phillips, The Medieval Expansion of Europe, 2nd ed., Clarendon Press, Oxford 1998, s. 238.
[7] E. Power, Medieval People, Harper & Row, New York 1963, s. 42.
[8] S.A. Epstein, Genoa and the Genoese, 958-1528, University of North Carolina Press, Chapel Hill 1996, s. 166.
[9] J.R.S. Phillips, dz. cyt., s. 100.
[10] W. Heyd, dz. cyt., s. 170-174. Zob. G. Balbi, S. Raiteri, Notai genovesi in Oltremare Atti rogati a Caffa e a Licostomo (sec. XIV), Genoa 1973; R.S. Lopez, Storie delle Colonie Genovese nel Mediterraneo, Bologna 1930.
[11] J.F.C. Hecker, The Epidemics of the Middle Ages, B.G. Babington (trans.), Trübner, London 1859, s. 12-15.
[12] H.H. Howorth, History of the Mongols, from the 9th to the 19th Century, vol. 2, London 1888, s. 87.
[13] G. de Musis [w:] S. d'Irsay, Defense Reactions During the Black Death, "Annals of Medical History" 1927, vol. 9, s. 169.
[14] L. Heyligen, Breve Chronicon Cleric Anonymi, fragment [w:] The Black Death: Manchester Medieval Sources, R. Horrox (ed., trans.), Manchester University Press, Manchester 1994, s. 41-42.
[15] J.R.S. Phillips, dz. cyt., s. 102.
[16] R. Grousset, Empire of the Steppes: A History of Central Asia, Rutgers University Press, New Brunswick, NJ, 1970, s. 249.
[17] F. Balducci di Pegolotti [w:] R.S. Lopez, I.W. Raymond, Medieval Trade in the Mediterranean World: Illustrative Documents Translated with Introductions and Notes, Columbia University Press, New York 1955, s. 355-358.
[18] Przez wieki uważano, że de Musis był naocznym świadkiem opisywanych przez siebie wydarzeń. Jednak w XIX wieku pewien dociekliwy wydawca odkrył, że w czasie oblężenia Kaffy notariusz był w Piacenzy. Źródło informacji de Musisa jest nieznane, ale jego relacja opiera się prawdopodobnie na rozmowach z kupcami i/lub marynarzami, którzy ostatnimi czasy wrócili z Krymu.
[19] A.A. Vasiliev, The Goths in the Crimea, Mediaeval Academy of America, Cambridge, MA, 1936, s. 48.
[20] G. de Musis, Historia de Morbo [w:] The Black Death: Manchester Medieval Sources, dz. cyt., s. 17.
[22] L. Heyligen, Breve Chronicon... [w:] The Black Death: Manchester Medieval Sources, dz. cyt., s. 42.
[23] M.W. Dols, The Black Death in the Middle East, Princeton University Press, Princeton 1977, s. 40.
[25] W.H. McNeill, Plagues and Peoples, Anchor Books, New York 1976, s. 173.
[26] M.W. Dols, dz. cyt., s. 41.
[27] J.-N. Biraben, Les hommes et la peste en France et dans les pays européens et méditerranéens, vol. 1, Mouton & Co., Paris 1975, s. 49-55.
[28] J. Stewart, Nestorian Missionary Enterprise: The Story of a Church on Fire, T. & T. Clark, Edinburgh 1928, s. 198.
[29] Niedawno Chwolsonowi zarzucono, że źle odczytał napisy na nagrobkach. Rzekomo błędnie przetłumaczył "zarazę" jako "plagę". Jeśli to prawda, zarzut ten nie zmienia zasadniczo tezy za obecnością czarnej śmierci w Issyk-kulu lub przeciw niej. W średniowieczu zarówno "plaga", biblijny termin określający nieszczęście związane z boskim niezadowoleniem, jak i "zaraza" były stosowane w odniesieniu do wszelkiego rodzaju chorób epidemicznych. Pojawienie się któregokolwiek z tych słów na nagrobkach z Issyk-kulu sugeruje, ale nie dowodzi, że czarna śmierć nawiedziła region jeziora.
[30] R.S. Gottfried, The Black Death: Natural and Human Disaster in Medieval Europe, Free Press, New York 1983, s. 36.
[31] O.J. Benedictow, The Black Death, 1346-1353: The Complete History, Boydell Press, Woodbridge, Suffolk 2004, s. 50.
[32] G. de Musis, Historia de Morbo, dz. cyt., s. 17.
[33] O.J. Benedictow, The Black Death..., dz. cyt., s. 52.
[34] Chan Dżany Beg ma jednak zdecydowanego współczesnego obrońcę, Marka Wheelisa, profesora mikrobiologii na Uniwersytecie Kalifornijskim. Profesor zauważa, że w ostatnich dwustu osiemdziesięciu stwierdzonych przypadkach dżumy dwadzieścia procent zakażeń nastąpiło w wyniku bezpośredniego kontaktu - co oznacza, że ofiara dotknęła przedmiotu skażonego pałeczką dżumy Yersinia pestis. "Taka droga przenoszenia", pisze, "byłaby szczególnie prawdopodobna w Kaffie, gdzie zwłoki musiałyby być mocno zmasakrowane wskutek ich przerzucania, a wielu spośród obrońców prawdopodobnie nabawiło się skaleczeń lub otarć rąk podczas obrony przed bombardowaniem. Profesor Wheelis uważa również, że scenariusz ze szczurami, faworyzowany przez wielu historyków, pomija kluczową zasadę średniowiecznej wojny oblężniczej. Aby pozostać poza zasięgiem strzał i artylerii, oblegający często rozbijali obóz w odległości kilometra od twierdzy wroga - zwykle poza zasięgiem szczurów, które rzadko zapuszczają się dalej niż trzydzieści lub czterdzieści metrów od swojego gniazda. Por. M. Wheelis, Biological Warfare at the 1346 Siege of Kaffa, "Emerging Infectious Diseases" 2002, vol. 8, no. 9, s. 971-975.
[35] Cyt. za: P. Ziegler, The Black Death, Harper & Row, New York 1969, s. 16.