A więc zostałaś nazwana szmatą
Siedzisz z koleżankami na kawie, obok przechodzi młodsza, piękna
dziewczyna, milkniecie, a ty, zamiast skomentować jej piękno, burczysz:
"A to...".
Inna dziewczyna idzie ulicą oblepiona obleśnym cmokaniem i gwizdami.
Nie myśli o tym, że to źle świadczy o ludziach, którzy reagują w ten
sposób. Myśli, że mogła ubrać się inaczej.
Ten moment, kiedy na randce robi się intymniej, kiedy rozmawiacie o fantazjach i tych skrytych pragnieniach i myślisz, że oto spotkałaś
bratnią duszę, z którą będziesz mogła zdobywać szczyty uniesienia. A po
powrocie do domu widzisz, że już czeka na ciebie tęskny SMS od niego.
Odblokowujesz drżącymi dłońmi telefon, a tam penis z wyciekającą spermą
i jego pytanie: "Lubisz to, mała?".
W jednej ręce trzymam Czarownice, w drugiej Matkę Feministkę, a na
stosiku przede mną Czwarty trymestr ciąży, Karmienie piersią i Jak
zrozumieć swoje dziecko. Jestem w trzydziestym pierwszym tygodniu ciąży
i wyglądam przez okno na Warszawę, gdzie być może przyjdzie mi
wychowywać moje jeszcze nienarodzone dziecko. To wyjątkowy czas, w którym radość i ekscytacja przeplatają się z nostalgią, a nawet żałobą
po utraconej swobodzie. Trwają transformacja i synteza identyfikacji
zawodowej z identyfikacją rodzicielską. Duży ciężar gatunkowy. Dodatkowo
lektura Dziwek, zdzir, szmat przywołała wspomnienia tych wszystkich
ważnych (najważniejszych) momentów w moim życiu. Są to wspomnienia
osoby, która miała przywilej identyfikowania się jako cisdziewczynka i bawienia się w piaskownicy w dom, nastolatki nakładającej swój pierwszy
make-up na nieznośne pryszcze, cisdziewczyny, studentki kwestionującej
stereotypowe role przypisywane kobietom oraz sprzeciwiającej się
dyskryminacji kobiet w sferze publicznej na rzecz spychania ich w sferę
prywatną. I tak po wielu bólach dojrzewania patrzę w lustro i widzę
ciskobietę, która pragnie wziąć odpowiedzialność za świadomą decyzję o sprowadzeniu na ten świat nowej osoby. W czasie tych retrospekcji
rzadziej niż częściej w całej tej paradoksalnej normatywności
doświadczałam poczucia ulgi! Podczas lektury tej książki nie mogłam
oprzeć się ponownemu przeżywaniu złości, smutku i niepokoju. Wśród tych
wszystkich emocji, pojawiających się w osobie, którą byłam, którą jestem
i którą się staję, przeważają złość, bezradność i strach.
Mamy XXI wiek i kolejne pokolenia osób z tożsamością żeńską przechodzą
przez życie bez zapewnionych podstawowych praw do samostanowienia, do
autonomii, do samorealizacji (to z tych wysokich potrzeb). Brakuje
rzetelnej edukacji seksualnej, poczucia bezpieczeństwa w miejscach
publicznych, brakuje dostępu do kontroli płodności, nie wspominając o dostępie do pomocy w sytuacji doświadczania przemocy. Myślałam, że
doczekam rodzicielstwa w choć nieco lepszych okolicznościach!
Na studiach seksuologicznych uczyłam się, jak pomagać kobietom sięgać po
orgazmy i satysfakcję relacyjno-seksualną, tymczasem w praktyce
zawodowej przychodzi mi pracować z bolesnym seksem i brakiem pożądania.
Pracuję na wszystkich etapach gotowości jednostki, par czy konstelacji
relacyjno-seksualnych do zmiany tego, co nie działa. Na każdym z tych
etapów zaczynamy od rozmowy o przekonaniach, czyli o tym, co
dostałyśmy/liśmy w pakiecie od najbliższych, od społeczeństwa, od
pierwszych i tych późniejszych romantycznych czy intymnych podmiotów,
które kształtowały nasze poczucie "seksualnego ja". Jak zdążyłam się
przekonać, mity, stereotypy i przekonania są reprodukowane z pokolenia
na pokolenie bez względu na wiek moich odbiorczyń/ców! (Nie)bycie
"nadgryzionym jabłkiem", "materacykiem" czy "tą, która ma się szanować"
to jakieś jedenaste przykazanie! O seksie się nie mówi, ale w którymś
momencie seks ma być i już! Zagryź zęby i dasz radę. Póki suka nie da,
to pies nie weźmie. A w dodatku faceci to zwierzęta i trzeba ich
regularnie karmić, bo się pójdą żywić do innego portu.
Odpowiedzią na te powielające się w nieskończoność kalki jest publikacja
Dziwki, zdziry, szmaty. Celem jest nie tylko odparcie ataków z internetu, ale też stworzenie okazji do spokojnego i świadomego
przyjrzenia się sobie. Podczas lektury wywiadów z bohaterkami tej
książki warto zadawać sobie pytania: "A jak to jest u mnie?", "Czy to,
co czytam, jest mi skądś znane? I co mogę w związku z tym zrobić?". Być
może już nie jesteśmy w stanie przejść obok slut-shamingu obojętnie.
Kiedy zjawisko zawstydzania seksualnością zostaje nazwane i widzimy tę
subtelność wpływu społecznego pod lupą, możemy reagować. To jakby wzrok
nabierał ostrości i pozwalał nam na decydowanie o tym, co w swoim
krajobrazie chcemy zostawić takim, jakie jest, a co możemy i chcemy
zmienić. To proces nabywania sprawczości i związanego z nią poczucia
mocy. Mnie Dziwki wzmocniły i pomogły mi wyjść z poczucia samotnej
bezradności wobec panującego status quo.
O moim doświadczeniu slut-shamingu przeczytacie w rozdziale Do czego
prowadzi slut-shaming? To, że ten specyficzny rodzaj zawstydzania i piętnowania był moim udziałem, zrozumiałam po latach, a analiza jego
wpływu na mnie trwa do dzisiaj. Nie wiem, czy byłabym tą samą osobą,
gdyby nie te wszystkie komunikaty, które wsiąkły we mnie jak w gąbkę w okresie, kiedy nie miałam całej tej wiedzy i tych wszystkich narzędzi,
żeby sobie z tym poradzić. Emocje z tamtego czasu tkwią głęboko w moim
ciele i przypominają mi, jak istotne są dbanie o siebie i troska o osoby, które z różnych powodów nie dysponują zasobami, by nie dopuszczać
do siebie treści raniących i tkwiących w nas jak drzazgi. Skoro piszę to
ja i widzę tę całą wykonaną pracę i wysiłek potrzebny, żeby to unieść,
to śmiem twierdzić, że analiza składowych "kobiecości" w naszym kręgu
kulturowym byłaby marna.
Czytając Dziwki, myślałam o sobie jako o jednej z wielu o podobnych
doświadczeniach, co dawało mi wrażenie wsparcia, a jednocześnie
powodowało niezgodę. Nie czuję się "ofiarą" i nie lubię tego słowa, ale
zastanawia mnie ten wspólny mianownik, jakim dla ogromnej liczby kobiet
jest wzrastanie w świecie, w którym nawet nie wiesz, kiedy ktoś
przekracza twoje granice1. Pamiętam swoje krytyczne
przemyślenia na temat ruchu #MeToo (#jateż). Rozmawiałam wtedy z wieloma
kobietami, które nie chciały publikować na swoich facebookowych wallach
nic, co "prowokowałoby" plotki, domniemania czy
gaslighting2. Możliwość krzyknięcia #jateż okazała się
kolejnym przywilejem pewnej grupy kobiet (do których sama należę...).
Możliwość przejścia ulicą bez ukrywania swojej seksualności, pewności
siebie czy atrybutów płci (czy seksualności, w tym orientacji
seksualnej) też oznacza podjęcie ryzyka. Smutne jest, jak często
towarzyszy nam strach w tym kontekście. Warto jednak pamiętać, że w porządku jest się bać i nie ma nic złego w decyzji, żeby nie outować się
ze swoimi doświadczeniami, przekonaniami czy swoim światopoglądem.
Miesiące później słyszę od coraz młodszych osób, jak cenną wiedzę
zdobyły dzięki coming outom starszych koleżanek - opisane doświadczenia
uświadomiły im subtelność niektórych form przekroczeń i przemocy. Zakres
znaczeniowy słowa "przemoc" dzięki temu ewoluuje i poszerza się, a w konsekwencji więcej osób, które doświadczają nadużyć, mogą je w ogóle
nazwać, co jest niezbędnym etapem w procesie reagowania. Kolejnym
krokiem może być szukanie wsparcia u bliskich czy pomocy w wyspecjalizowanych instytucjach.
Żyjemy w świecie, w którym za otwarte mówienie o seksie płaci się cenę,
czego wciąż uczę się na nowo, dlatego choć publikacja książki na ten
temat nie powinna różnić się od wydania poradnika pozytywnego myślenia,
to jednak stworzenie tej publikacji należy zakwalifikować jako akt
heroizmu. Dziękuję Autorkom za tę inicjatywę! My, osoby, przy okazji
kobiety, zajmujące się promocją i afirmacją edukacji seksualnej (też tej
pozytywnej, ale nie tylko), codziennie mamy pełne ręce roboty, bo niczym
siłaczki budujemy fundamenty dla przyszłych pokoleń ludzi, którzy
chcieliby być wolni od wdzierających się w ich życie intymne opresywnych
dyskursów, z którymi zmagamy się my.
Marzy mi się świat, w którym kolejne pokolenia kobiet będą potrafiły
rozpoznać treści o charakterze przemocowym i deprecjonującym, mające
pokazywać im ich (gorsze) miejsce. Rozpoznać, zareagować, krytycznie
przetworzyć i oddać sprawcom czy sprawczyniom w formie pytań: "Co twoje
działanie ma na celu?", "Chcesz, żebym przestała być sobą?", "Chcesz,
abym była taka, jak ty sobie tego życzysz?", "Co cię to obchodzi, jak
jestem ubrana?", "Co takiego w moim wyglądzie, zachowaniu, w moich
decyzjach wpływa na ciebie? I jak?", "Czy chcesz mnie zranić, żeby
poczuć się lepiej?", "Czy myślisz, że twoje działania sprawią, że
kobiety zaczną się inaczej zachowywać?"; podsumowanych jasnym
komunikatem: "Nie muszę ci się tłumaczyć!". Jest tyle różnych modeli
kobiecości, tyle różnych reprezentacji różnorodności płciowej czy
genderowej, pozwól mi być sobą, nie musimy się kochać, lubić ani się
sobie podobać. Wybierz sobie kogoś innego, kogoś, kto ci będzie bardziej
pasował. Wyzwiskami i naprawczymi przekroczeniami kobiecej autonomii nie
dokona się zmiana w kierunku większej... skromności, moralności, nie
skłoni się nikogo do bycia "porządniejszą". Szczerze mówiąc, skutek jest
odwrotny. Stłamszone, zdeptane kobiety w końcu się buntują i odzyskują
podmiotowość w rewolucji. Szmaty, które widzisz na co dzień, już płacą
cenę za swoją odwagę, za swoją widoczność. Mam przekonanie, że
najniebezpieczniejsze są kobiety, które na co dzień pielęgnują swój
wizerunek poprawnych matek, żon i córek. Pod tymi zapiętymi pod szyję
strojami zbiera się transgeneracyjny wkurw za te wszystkie matki, żony i córki, które przypłaciły pokorę zdrowiem i życiem. To jest tykająca
bomba.
Bycie dziwką, szmatą, zdzirą czy puszczalską to nic złego. Chroń się
przed przemocą i pomagaj w tym innym!
Żyj i daj żyć.
#stopslutshaming
Agata Loewe
dla Carli
Od autorek
Krótka historia dziwek, zdzir, szmat
Slut-shaming to zjawisko, z którym najprawdopodobniej zetknęła się
większość z was. My również miałyśmy z nim styczność, właściwie od
najmłodszych lat, już jako dziewczynki i później nastolatki, choć wtedy
nie znałyśmy jeszcze tego określenia ani nie rozumiałyśmy w pełni
mechanizmów kryjących się za nim. Slut-shaming, czyli co właściwie?
Sam termin jest relatywnie nowy i nie ma jeszcze swojego polskiego
odpowiednika, slut-shaming nie doczekał się również do tej pory wielu
opracowań, badań czy publikacji - szczególnie w rodzimej literaturze.
Jednocześnie warto podkreślić, że wcale nie jest to zjawisko nowe, a obecne w kulturze od wieków. Slut-shaming, czyli zawstydzanie,
najczęściej kobiet, ze względu na ich seksualność, może przybierać
najróżniejsze formy. Niestety, właściwie każde działanie, które sprawia,
że nie wpisujemy się w sztywny zestaw wymogów wobec kobiet, może
skutkować przypięciem nam metki "dziwki", negatywnym odwołaniem się do
naszej seksualności, by sprowadzić nas do parteru, zdyscyplinować,
zamknąć nam usta. Czasem slut-shaming jest wyjątkowo brutalny, ale tym
samym łatwy do zidentyfikowania, innym razem może pojawiać się pod
postacią "dobrej rady" i stać się na swój sposób przezroczysty.
Zjawisko to jest tak powszechne, że nieraz nie zwracamy uwagi na utarte
sposoby myślenia czy komentarze - w końcu funkcjonują od pokoleń i jest
ich tak wiele, że mogą wydawać się elementem rzeczywistości, który jest
po prostu nie do ruszenia. Ale tak być nie musi. I po to jest ta
książka. Żeby opowiedzieć więcej o slut-shamingu, zaprezentować
różnorodne perspektywy i zostawić każdej i każdemu z was miejsce na
indywidualną refleksję i ocenę sytuacji wokół.
Co sprawiło, że postanowiłyśmy zająć się tym tematem? Zarówno ze względu
na obszary naszej pracy zawodowej, jak i własne doświadczenia był nam on
od dawna bliski. Jednak w centrum naszych zainteresowań znalazł się w 2018 roku. Właśnie wtedy doszło do włamania na zamknięte grupy kobiece
na Facebooku. Zrobiono screeny z postów i komentarzy, w których
dziewczyny mówiły o swoim życiu intymnym, swoich relacjach seksualnych i związkach, a w sieci pojawił się SlutWatch - spis zdzir. Jego twórcy
ujawnili imiona i nazwiska kobiet wraz z ich wypowiedziami, które były
pierwotnie przeznaczone dla wąskiej grupy zaufanych internautek. Spis
miał zawstydzać, upokarzać, a także zachęcać do nękania, w tym wysyłania
prywatnych wiadomości, wypisywania pogróżek, a nawet gwałcenia autorek
wypowiedzi "za karę" za ich życie erotyczne. Wśród nękanych osób
znalazły się zarówno dojrzałe kobiety, jak i licealistki, które w tych
grupach szukały porad z zakresu edukacji seksualnej. Oburzone
postanowiłyśmy działać. Zależało nam nie tyle na multiplikowaniu
wzajemnych oskarżeń, ile na zamanifestowaniu siły i solidarności. W ramach akcji, która odbyła się pod hasłem "Nie da się zawstydzić kobiety
jej seksualnością, gdy ona sama się jej nie wstydzi", Kamila
Raczyńska-Chomyn zebrała anonimowe wyznania kobiet na temat seksu,
ciała, fantazji erotycznych i tego wszystkiego, co część społeczeństwa
chciałaby zepchnąć na margines. Następnie opublikowałyśmy je anonimowo w ramach naszej akcji antyslut-shamingowej, którą znajdziecie w mediach
społecznościowych magazynu @grls_room pod hashtagiem
#against-slut-shaming. Więcej na ten temat piszemy w rozdziale Nie
przestawaj, który jest zarazem naszym manifestem (część tych wyzwań
możecie przeczytać na wewnętrznej stronie okładki!).
Na akcji jednak się nie skończyło. Odzew był ogromny, część z was
wysłała nam swoje historie, wiadomości, pisała liczne komentarze,
przesyłała swoje prace zainspirowane akcją. Poruszyłyśmy więc temat
podczas dwóch dyskusji zorganizowanych w Warszawie, wciąż czułyśmy
jednak, że powinnyśmy zrobić coś jeszcze - że jest olbrzymia potrzeba,
by mówić więcej o zjawisku. I tak w końcu narodził się pomysł książki.
Od początku zależało nam na wielogłosie, który odsłoni różnorodność
doświadczeń. Postanowiłyśmy więc podzielić się nie tylko swoimi
refleksjami, ale także oddać głos ekspertkom i kobietom, które padły
ofiarami slut-shamingu, oraz jednemu mężczyźnie. W tej książce
znajdziecie również historie, które zostały do nas nadesłane w ramach
akcji antyslut-shamingowej.
Zależało nam, aby w publikacji znalazło się miejsce na wszystkie te
elementy. Nad książką pracowałyśmy we trójkę, co odzwierciedlone zostało
w podziale na części, które oddają także różnorodność naszych spojrzeń
na sprawę, bo choć światopoglądowo jest nam do siebie bardzo blisko, to
jednak każda ma trochę inne doświadczenia i odmienne obszary
zainteresowań. Każda z nas dołączyła też do swojego rozdziału
przeprowadzone przez siebie wywiady, które pogłębiają poruszane w naszych tekstach tematy.
I tak w pierwszym rozdziale Czym jest slut-shaming? Kamila
charakteryzuje zjawisko slut-shamingu i pokazuje paradoks, który się z nim wiąże - niezależnie od tego, jak realizowałybyśmy swoją seksualność,
zawsze jesteśmy narażone na negatywną ocenę. Perspektywa, z której o slut-shamingu opowiada Kamila, zostaje uzupełniona w rozmowach z seksuolożkami, kobietami pracującymi seksualnie oraz anonimowym
mężczyzną, który dzieli się swoimi doświadczeniami bycia zawstydzanym na
tle seksualnym. Z drugiego rozdziału Długa historia slut-shamingu,
którym zajęła się Aleksandra Nowak, dowiecie się więcej o slut-shamingu
w perspektywie historycznej oraz o tym, w jaki sposób slut-shaming był
i jest obecny w kulturze - w filmach, książkach, sztuce czy debacie
politycznej. Rozdziałowi towarzyszą wywiady z kobietami zajmującymi się
w swoim życiu zawodowym wymienionymi obszarami kultury i życia
społecznego. W rozdziale trzecim Do czego prowadzi slut-shaming?
Paulina Klepacz porusza temat skutków psychologicznych, politycznych, a także prawnych slut-shamingu. Bohaterkami wywiadów dołączonych do tej
części są aktywistki i ekspertki w tych dziedzinach.
Wreszcie w ostatnim rozdziale znajdziecie już zupełnie inną opowieść -
nie tyle skupioną na artykułowaniu problemów, ile afirmacyjną, radosną,
bezwstydną. Nie przestawaj to dla nas forma manifestu i idealne
zakończenie tej publikacji. Rozdział ten stworzyłyśmy wspólnie z wami -
prezentuje on historie i prace graficzne, które otrzymałyśmy w ramach
akcji antyslut-shamingowej. Pokazuje, że każda z nas ma prawo cieszyć
się swoją seksualnością na własnych zasadach, że można realizować ją na
mnóstwo sposobów (albo i nie realizować wcale) - wszystko zależy od nas.
Ten rozdział możecie czytać jako zwieńczenie książki, ale także jako
część niezależną. Jeśli w którymś momencie poczujecie się przytłoczone
negatywnymi emocjami, które mogą pojawić się w trakcie czytania o licznych nadużyciach o charakterze slut-shamingu, możecie dla
wytchnienia przeskoczyć na chwilę na koniec.
Postanowiłyśmy podjąć w tej książce tak wiele wątków i zaprosić do
współpracy tak różne osoby, bo slut-shaming jest zjawiskiem bardzo
złożonym, nie funkcjonuje w próżni - jest zanurzony w kulturze i spleciony z wieloma innymi zjawiskami. W związku z tym opowieść o nim to
również opowieść o mechanizmach władzy, historii, polityce, religii. O literaturze, kinie, sztuce. O pożądaniu i przyjemności seksualnej (lub
braku przyzwolenia na nią). To też historia o społecznych podziałach,
wykluczeniu, nienawiści. O stereotypach i systemie edukacji, w którym
wiele musi się jeszcze zmienić. To opowieść o hejcie i przemocy oraz
sposobach reagowania na nie. Jednak może to być również historia zmiany,
solidarności, przyjaźni, wsparcia, afirmacji i miłości, w tym tej
własnej. Wszystko zależy od tego, czy uda się obnażyć mechanizmy stojące
za slut-shamingiem i pójść nową ścieżką. Na to właśnie liczymy i ogromnie dziękujemy wszystkim osobom, które podzieliły się z nami swoją
wiedzą i swoimi doświadczeniami. Bez was napisanie tej książki nie
byłoby możliwe.
Zanim zaprosimy was do lektury, pozostaje nam jeszcze się przedstawić:
Paulina Klepacz - przede wszystkim śmiało i bez ogródek nazywam
siebie feministką - w mojej idealnej wizji świata wszyscy niezależnie od
tożsamości płciowej, orientacji, rasy, wyznania czy sprawności mamy
równe prawa. W tej mojej idealnej wizji nie ma też kultu piękna - panuje
kult człowieka. A co za tym idzie, dba się od najmłodszych lat, by taki
pojedynczy człowiek wzrastał w miłości i szacunku - do siebie i innych.
Uczy się go asertywności, empatii, zapewnia mu edukację
antydyskryminacyjną i rzetelną edukację seksualną. To tak pokrótce. Co
jeszcze o mnie? Kilka lat temu ukończyłam polonistykę na Uniwersytecie
Warszawskim i zaczęłam pracować jako dziennikarka. Szczęśliwie moje
drogi połączyły się z Aleksandrą Nowak i Małgorzatą Stolińską, z którymi
stworzyłyśmy feministyczno-erotyczny magazyn "G'rls ROOM". Udało nam się
zbudować wokół niego dziewczyńską, siostrzeńską wspólnotę - bezpieczne
miejsce do wymiany doświadczeń, w tym tych seksualnych, bo takiej
przestrzeni według nas brakowało w polskich mediach. Poza tym jestem
redaktorką prowadzącą Glamour.pl i piszę głównie o pozytywnej
seksualności czy ciałopozytywności, a także o prawach kobiet czy osób
LGBT+. Na swoim koncie mam jedną powieść, ale i publikacje poradnikowe -
#girsltalk (z Karoliną Cwaliną-Stępniak) czy dotyczące cielesności i seksualności jak CIPKOnotes (z Aleksandrą Nowak) czy Sexy zaczyna się
w głowie. Nagrywam też podcast "SamoMIŁOŚĆ", w którym opowiadam o czułym podejściu do swojego ciała, o profilaktyce oraz o autoerotyczności.
Aleksandra Nowak - jestem dziennikarką i redaktorką, od kilku lat
wraz z gronem wspaniałych osób tworzę magazyn "G'rls ROOM", w ramach
którego staramy się m.in. zdekonstruować różnorodne stereotypy i wprowadzić nową, afirmatywną opowieść o kobiecej seksualności, z uwzględnieniem różnorodnych doświadczeń, którymi dzielą się z nami osoby
nas czytające. Zakres moich działań jest dość szeroki - piszę teksty,
prowadzę spotkania i dyskusje, mam na koncie współpracę z różnymi
mediami i instytucjami kultury (na przykład Międzynarodowym Festiwalem
Filmowym Nowe Horyzonty, Azjatyckim Festiwalem Filmowym Pięć Smaków,
Festiwalem Skrzyżowanie Kultur, warszawskim Teatrem Studio czy
krakowskim Teatrem Starym). Przeważającą większość tych działań łączy
jedno: choć pisząc czy prowadząc dyskusje, podejmuję różnorodne tematy
kulturalne (w tym często związane z filmem) i społeczne, najczęściej
skupiam się na pokazaniu ich z feministycznej czy też szeroko pojętej
równościowej perspektywy. Szczególnie interesują mnie zagadnienia
związane z seksualnością i wzorcami, które na nią wpływają, oraz
twórczością kobiet - tym, jakie tematy i w jaki sposób podejmują
artystki, pisarki czy reżyserki, z jakimi wyzwaniami się zmagają, co
wnoszą do debaty publicznej. Jestem absolwentką dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warszawskim, studiuję też
kulturoznawstwo ze specjalizacją media i kultura cyfrowa na warszawskim
SWPS.
Kamila Raczyńska-Chomyn - z wykształcenia jestem pedagożką
resocjalizacyjną, trenerką umiejętności psychospołecznych, edukatorką
seksualną i menstruacyjną oraz nauczycielką wychowania do życia w rodzinie. Przez trzynaście lat pracowałam w szkołach gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych, prowadziłam warsztaty dla rodziców i szkolenia dla
rad pedagogicznych w całej Polsce oraz zajęcia dla studentek i studentów, aż... wypaliłam się zawodowo. Ponieważ od dwudziestego roku
życia stale związana jestem z organizacjami feministycznymi,
działającymi m.in. na rzecz promocji praw reprodukcyjnych i zdrowia,
zdecydowałam, że chcę pracować wyłącznie z dorosłymi kobietami w obszarze ich zdrowia seksualnego. Zaczęłam pracę w gabinecie
fizjoterapii uroginekologicznej jako instruktorka treningu mięśni dna
miednicy, zostałam doulą, czyli towarzyszką kobiety podczas ciąży, w porodzie oraz połogu. Wspieram też kobiety podczas ronienia i aborcji
oraz pracuję z osobami po doświadczeniu przemocy i traumy. Od 2015 roku
prowadzę projekt Dobre Ciało, a jakiś czas temu zostałam nazwana przez
klientki "Panią od Cipek" i uważam, że ta nazwa idealnie oddaje to, czym
faktycznie się zajmuję. Wszystko w moim zawodowym życiu kręci się wokół
feminizmu i dobrostanu kobiet, bez względu na to, jaką płeć miały
przypisaną po urodzeniu.
Rozdział 1
Czym jest slut-shaming?
Kamila Raczyńska-Chomyn
Wyobraź sobie dwie młode dziewczyny, powiedzmy trzynastolatki.
Dziewczynki się nie znają. Historia jednej ma miejsce około 2010 roku,
historia drugiej w 2019 roku.
Ta pierwsza dzwoni pod numer telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży
11611 i zadaje konsultantce pytanie: "Co jest ze mną nie tak, że nie
umiem być wdzięczna?". Po krótkiej rozmowie okazuje się, że dziewczynka
została nazwana "niewdzięczną" przez pedagożkę szkolną, gdy zgłosiła, że
nie podobają jej się zaczepki kolegi z klasy. Zaczepki te miały wyraźnie
seksualny charakter, a zna je pewnie niestety z własnych czasów
szkolnych większość kobiet. Było to łapanie za pasek od stanika,
ocieranie się, cmokanie, a nawet przyciskanie dziewczynki całym ciałem
do ściany i obłapianie.
Zapytana przez konsultantkę, czy ma wokół siebie dorosłe zaufane osoby,
którym mogłaby się poskarżyć na tę przemoc i otrzymać pomoc, na przykład
wychowawcę lub pedagożkę, dziewczynka powiedziała, że właśnie była u pani pedagog, przez co jest jeszcze bardziej skołowana i ma poczucie
winy, ponieważ ta odparła, że dziewczynka powinna być wdzięczna za takie
zainteresowanie zadurzonego w niej chłopca oraz że takie rzeczy (zaloty)
nie trwają wiecznie. Poza tym przecież na pewno widziała przed wyjściem
z domu, że spod koszulki będzie jej prześwitywało ramiączko od stanika,
więc chyba jednak nie bawi się aż tak źle podczas tych "końskich
zalotów".
Ta nastolatka nauczyła się wówczas w szkole, że chłopcy mogą robić z jej
ciałem, co chcą, że stawianie im granic i reagowanie na przemoc jest
niegrzeczne oraz że uroda - atut kobiety - kiedyś przeminie, a ta
pożałuje wtedy, że była wybredna. Nauczyła się też, że jeśli będzie
prosić o pomoc, spotka ją kara w postaci oceny oraz ostracyzmu ze strony
kolegów z klasy.
Druga dziewczynka wróciła po wakacjach do szkoły. Ciało nastolatków w tym wieku zmienia się bardzo szybko, wie to każdy rodzic i nauczyciel.
Jej ciało też się zmieniło: powiększyły się jej piersi, w ogóle urosła i wydoroślała. Nauczycielka w pierwszych dniach szkoły stwierdziła, że to,
co uchodziło jako dziewczęce przed wakacjami, czyli szorty, nie uchodzi
już dziewczynie po wakacjach, bo za bardzo odsłania opalone uda, co
przeszkadza w nauce jej kolegom z klasy. Nauczycielka postanowiła
powiedzieć nastolatce, jak ocenia jej strój. Zrobiła to, zaprosiwszy ją
pod tablicę, tak aby mogła pokazać, jak niestosownie wysoko, według
niej, zaczynają się spodenki nad kolanami nastolatki... Przed całą
milczącą klasą.
W międzyczasie (już dyskretniej) dodała, że nic dziwnego, że chłopcy
oglądają się za nią. Teraz tak już będzie, skoro podczas wakacji
wyraźnie urosły jej piersi.
Ta nastolatka nauczyła się wówczas w szkole, że jej ciało prowokuje i rozprasza chłopców, że skoro nie włożyła dostatecznego wysiłku w zakrycie swojego "prowokującego" ciała, to niech nie dziwi się zaczepkom
i nie liczy na niczyje wsparcie, także szkoły jako instytucji. Nauczyła
się, że zawsze ktoś z zewnątrz może uznać, że jej wygląd jest
niestosowny, i ma wtedy prawo publicznie ją upokorzyć.
Obie opisane sytuacje wydarzyły się w publicznych szkołach na terenie
Polski. Obie były przemocą wycelowaną w dziewczynki, a dodatkowo w obu
przypadkach doszło do wtórnej wiktymizacji ofiary przez pracownice
szkoły. Wcześniej obie dziewczynki doświadczyły niechcianych zaczepek ze
strony chłopców, ale odpowiedzialność została przeniesiona na nie. W obu
przypadkach mamy do czynienia z identycznym smutnym scenariuszem,
którego doświadczają kobiety zgłaszające na policję przemoc seksualną
czy gwałt.
Oba te zdarzenia kwalifikują się jako slut-shaming, czyli
zawstydzanie, ocenianie, szydzenie i karanie, najczęściej dziewcząt oraz
kobiet, z powodu wyglądu i/lub ekspresji seksualnej.
Jeśli zgrzyta wam mówienie o slut-shamingu w kontekście trzynastoletnich
dziewcząt, to pomyślcie, że przeciętna dziewczynka w tym wieku usłyszała
już dawno od rówieśników, że się puszcza, jest suką czy dziwką. Bez
względu na to, jak się zachowuje. W wieku szesnastu lat prawdopodobnie
doświadczyła już pierwszej przemocy seksualnej, najczęściej pod postacią
obłapiania lub prób wykorzystania jej upojenia alkoholem podczas
rówieśniczych imprez.
Z mojego doświadczenia pedagogicznego wynika, że zwykle pierwsze tego
typu wyzwiska spotykają nastolatkę, gdy zgodzi się na pocałunek lub
dotyk ze strony chłopaka, który potem rozgłosi ten fakt w szkole,
chwaląc się podbojem. To samo spotka ją jednak, gdy na ten dotyk się nie
zgodzi. A już z pewnością nastolatka zostanie nazwana dziwką, gdy zerwie
z chłopakiem, co będzie oznaczało, że stała się "dostępna" dla innych, a porzucony postanowi się na niej zemścić. Brytyjska psychoterapeutka
pracująca z młodzieżą, Stella O'Malley, mówi nawet, że zdzirą lub
puszczalską może zostać nazwana każda osoba, bez względu na swoje
zachowanie, wystarczy, żeby... miała waginę3.
Fakt, że dziewczyna skończy osiemnaście lat i w świetle polskiego prawa
stanie się osobą dorosłą, nie będzie jej chronił przed dalszą przemocą
seksualną. Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) szacuje się, że
jedna na trzy kobiety na świecie doświadcza w swoim życiu przemocy
fizycznej lub seksualnej. Najczęściej sprawcą jest jej obecny lub były
partner albo mężczyzna, którego zaloty odrzuciła4.
A ty kiedy pierwszy raz usłyszałaś, że jesteś dziwką?
Dla mnie samej dziś to szokujące, ale pierwszy "świadomy" raz, gdy
usłyszałam coś podobnego, miał miejsce w piątej klasie szkoły
podstawowej. Od swojej wychowawczyni dowiedziałam się, że jeśli będę się
"tak" zachowywać, to "wyląduję pod latarnią". Z punktu widzenia
psychologii dziecięcej "to" zachowanie miało charakter rozwojowy, a polegało na ganianiu się po korytarzu, łaskotaniu i przekomarzaniu z chłopakami z szóstej klasy. Byłam tą dziewczynką, która zaczepia
chłopaków, a potem ucieka i piszczy. Nasze zabawy nawet nie otarły się o przemoc, choć z pewnością buzowały nam hormony i było jasne, kto się
komu podoba. Miałam jedenaście lat i nie znałam znaczenia słów
"wylądować pod latarnią". Gdy je poznałam, poczułam się jak uderzona w brzuch: upokorzona, zawstydzona i niepewna, co jest ze mną nie tak.
Na swoje nieszczęście byłam też tą dziewczynką, która po basenie w podstawówce rozbierała się we wspólnej damskiej szatni, żeby umyć się na
golasa, nie w kostiumie (czyli według niektórych dzieci z klasy byłam
"zboczona"), oraz tą, która wiedziała, skąd się biorą dzieci i czym jest
seks oraz że jest on przyjemny (tym już wychodziłam swoim "zboczeniem"
poza skalę). Byłam nastolatką fantazjującą i masturbującą się, a potem
młodą kobietą sypiającą z wieloma partnerami.
Dziś mam trzydzieści sześć lat i nie skończyłam pod latarnią, ale też
nie zmieniłam się jakoś bardzo od czasów szkolnych w kilku kwestiach:
wciąż zdejmuję kostium pod prysznicem, bo ciało nie jest grzeszne, a nagość do niczego nie prowokuje;
wciąż wiem, skąd się biorą dzieci oraz czym jest seks, wiem też, że
potrafi być bardzo przyjemny, z tej wiedzy zrobiłam swój zawód;
wciąż fantazjuję i uprawiam samomiłość;
wciąż zarządzam swoim ciałem i seksualnością tak, jak chcę, świadomie,
odpowiedzialnie, bez szkody dla siebie i innych.
Jedyna różnica jest taka, że nikt nie zrobi mi już przykrości, nazywając
mnie "puszczalską".
Nie mamy w języku polskim odpowiednika określenia slut-shaming. Jak
podaje strona dictionary.com, slut-shaming to ubliżanie kobietom
(rzadziej mężczyznom) w reakcji na ich zachowania wykraczające poza
uznaną normę moralną dla danej płci, zwłaszcza w kontekście
seksualności. Slut-shamingiem będzie zatem zarówno krytykowanie
kobiecego stroju jako "zbyt wyzywającego", jak i przenoszenie
odpowiedzialności za przemoc seksualną na ofiarę, sugerowanie, że
sprowokowała sprawcę (victim blaming). Ważnym elementem zjawiska jest
zastosowanie tak zwanych podwójnych standardów, czyli odmiennego
traktowania oraz łagodniejszego oceniania mężczyzn uprawiających seks z dużą liczbą kobiet (macho) niż kobiet mających wielu partnerów (zdzira).
W teorii wszystko brzmi pięknie, niemniej warto zauważyć, że bardzo
popularny na całym świecie słownik dostępny online, czyli
urbandictionary.com definiuje slut-shaming tak:
slut-shaming ma miejsce wtedy, gdy uznajemy, że nie wolno nazywać
dziewczyny zdzirą, gdy ta pokazuje publicznie swoje cycki, tyłek oraz
camel toe (trudne do przetłumaczenia określenie na wyraźnie
zaznaczające się wargi sromowe zewnętrzne pod obcisłymi spodniami lub
legginsami) i obnosi się z nimi, ale jednocześnie automatycznie
uznajemy, że mężczyzna jest zboczeńcem, oblechem i potencjalnym
gwałcicielem, ponieważ doświadczył widocznej erekcji na widok
wspomnianej wcześniej zdziry. Wiele feministek krytykuje zjawisko
slut-shamingu, ponieważ uważają je za poniżające i degradujące dla
puszczalskich dziewczyn, podczas gdy najwyraźniej obciąganie wielu
kutasów, zaliczanie kolesi oraz rozsyłanie nagich zdjęć jakimś cudem
poniżające nie jest5.
A tak ilustruje użycie terminu:
Mężczyzna: Cholera, ta dziewczyna ma takie parcie na bycie popularną, że
obciągnie każdemu kolesiowi w szkole. Co za dziwka.
Feministka: Hej, nie nazywaj tej biednej dziewczyny dziwką, tylko
dlatego, że w poszukiwaniu akceptacji robi kolesiom laskę. To jest jej
prawo jako kobiety, by obciągać tyle kutasów, ile chce, oraz roznosić po
szkole opryszczkę6.
W Polsce zdajemy się wciąż rozumieć przemoc seksualną wyłącznie jako
fizyczny atak w postaci gwałtu oraz bagatelizować te zachowania
przemocowe, które nie pozostawiły widocznych śladów na ciele. Wciąż
istnieje opór przed uznaniem istnienia gwałtu małżeńskiego, jak kiedyś
gwałtu na randce (date rape), nie doczekałyśmy się jeszcze polskich
określeń na stealthing, revenge porn czy slut-shaming właśnie.
Jeśli Polka padnie ofiarą któregoś z wymienionych aktów przemocy, z dużym prawdopodobieństwem nigdzie tego zdarzenia nie zgłosi, ponieważ
często sama nie będzie świadoma faktu, że to, co ją spotkało, jest
przemocą lub przestępstwem. Jednak w tym wypadku wiedza kobiety niestety
niewiele jej pomoże w konfrontacji z systemem. Bo jak wyjaśnić dyżurnemu
policjantowi, że partner podczas konsensualnego współżycia podstępem
zsunął prezerwatywę, przez co została narażona na zakażenie infekcjami
przenoszonymi drogą płciową oraz na zajście w niechcianą ciążę?
A na tym polega właśnie stealthing opisywany w zagranicznych mediach
od około 2012 roku. W 2017 roku szwajcarski sąd skazał mężczyznę, który
bez wiedzy partnerki zsunął prezerwatywę podczas współżycia jak za
przestępstwo gwałtu. Sąd argumentował, że gdyby kobieta wiedziała o tym,
że uprawia seks bez zabezpieczenia, nie wyraziłaby na to zgody.
Tymczasem w Polsce pod artykułami traktującymi o stealthing
przeczytamy głównie opinie mężczyzn, że potrzeba przekazania własnych
genów jak największej liczbie kobiet jest naturalna, a prezerwatywa ją
ogranicza, oraz opinie kobiet i mężczyzn, że znacznie większym problemem
niż ten "wydumany" jest samowolne rezygnowanie przez kobiety z antykoncepcji hormonalnej i "łapanie mężczyzn na dziecko".
Jak opowiedzieć, że były parter udostępnił na darmowych stronach
pornograficznych wspólnie i stworzone konsensualnie nagrane porno, ale
zrobił to bez naszej zgody i w ramach odwetu za zerwanie? Tym właśnie
jest revenge porn, działanie mające na celu upokorzenie osoby, której
wizerunek podczas wykonywania czynności seksualnych został upubliczniony
bez jej wiedzy i zgody. W Polsce obowiązuje art. 191a Kodeksu karnego,
który mówi, że na wniosek pokrzywdzonego ścigane jest każde
rozpowszechnianie nagiego wizerunku bez zgody danej osoby bądź wizerunku
podczas wykonywania czynności seksualnych. Na mocy Kodeksu karnego za
takie przestępstwo grozi kara nawet do pięciu lat pozbawienia wolności.
Natomiast w Anglii i Walii od kwietnia 2015 roku prawodawstwo oficjalnie
kwalifikuje revenge porn jako przestępstwo. Jest ono ścigane z konkretnego paragrafu, a nie jak dotychczas na mocy naruszenia dóbr
osobistych, co skutkowało niskimi wyrokami7.
W końcu jak opisać tak szerokie zjawisko, jakim jest slut-shaming?
Zwłaszcza gdy przybiera formy "miękkie", "nieoficjalne", jak
nazwanie kobiety dziwką, dlatego że poszła z kimś do łóżka lub... nie
poszła (bo w tej nierównej grze nie jest istotne, czy do seksu
faktycznie doszło);
rozpuszczanie plotek o czyimś życiu erotycznym (na przykład napisanie
cudzego numeru telefonu w publicznej toalecie z dopiskiem
"obciągara");
sugerowanie, że dana osoba "roznosi" infekcje przenoszone drogą
płciową;
pomawianie o przerywanie niechcianych ciąż będących wynikiem
rozwiązłego stylu życia;
komentowanie informacji o zgwałconej kobiecie słowami: "To po co tam
lazła? Sama się prosiła, sama tego chciała";
mówienie kobiecie w ciąży, że gdyby nie rozkładała nóg, to teraz nie
musiałaby przepychać się w kolejce do uprzywilejowanej kasy (lub nie
darłaby się tak podczas porodu. Personel medyczny na oddziale
położniczym niestety również lubi czasem rozliczyć rodzącą z jej
aktywności seksualnej);
pytanie zgwałconej kobiety, jaką miała bieliznę podczas zdarzenia i sugerowanie jej, że gdyby nie planowała seksu tego wieczoru, to nie
wkładałaby stringów/koronek/stanika pasującego do majtek;
sugerowanie atrakcyjnej fizycznie kobiecie, że dzięki urodzie nie musi
się uczyć, bo zda egzaminy, dostanie posadę lub awans "pod biurkiem"
(w domyśle - dając seks oralny mężczyźnie, z którym jest w relacji
władzy, ponieważ - jak wiadomo - kobiety chętnie robią karierę przez
łóżko).
Z tego punktu widzenia można gorzko stwierdzić, że w lepszej sytuacji
będą kobiety, które slut-shaming spotkał "oficjalnie", czyli na
przykład ktoś udostępnił ich wizerunek w internecie wraz z sugestią, że
są rozwiązłe, prowadzą niemoralne życie lub pracują seksualnie, gdy tak
nie jest. Takie zdarzenie ma szansę zostać potraktowane jako pomówienie
lub zniesławienie (w polskim prawie ujęte zarówno w Kodeksie cywilnym,
jak i karnym. Więcej pisze o tym Paulina Klepacz w rozdziale Do czego
prowadzi slut-shaming?). Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż
prawdopodobnie nie zostanie zauważony oraz napiętnowany seksualny
charakter tej przemocy, co naszym zdaniem jest szalenie istotne dla
procesu krystalizowania się świadomości społecznej. Dodatkowo, warte
podkreślenia jest to, jak łatwo wpłynąć negatywnie na wizerunek kobiety,
podważając jej moralność w kontekście seksualności. Po pierwsze, jakby
praca seksualna była powodem do wstydu; po drugie, jakby styl ekspresji
seksualnej mógł rzutować, dajmy na to, na kompetencje zawodowe (więcej o stereotypach związanych z pracą seksualną mówią w dalszej części książki
członkinie kolektywu Sex Work Polska).
Strażniczki patriarchatu wciąż na posterunku
Jeśli nie przyjmiemy w końcu do wiadomości, że slut-shaming odnosi się
do sfery seksualnej i częściej dotyczy osób identyfikujących się jako
kobiety, nie ujrzymy go jako jednego z wielu narzędzi patriarchatu oraz
składowej kultury gwałtu. A jeśli nie przyjmiemy do wiadomości, że
slut-shaming jest immanentną składową kultury gwałtu i trzeba go
piętnować, nie zrozumiemy mechanizmu przenoszenia odpowiedzialności za
przemoc seksualną ze sprawcy na ofiarę i nie zmienimy narracji wokół
przemocy w ogóle. W tym miejscu czuję się w obowiązku zaznaczyć, że nie
tylko mężczyźni są sprawcami slut-shamingu oraz budowniczymi
patriarchatu. Jest to porządek nierzadko podtrzymywany przez zagorzałe
kobiece zwolenniczki - ambasadorki patriarchatu. Zawsze gdy o tym mówię
lub piszę, staram się zrozumieć to zjawisko i wykazać empatię, ale nie
jest mi łatwo, bo na usta cisną się słowa Madeleine Albright: "W piekle
jest specjalne miejsce dla kobiet, które nie pomagają innym kobietom".
Jednocześnie rozumiem, że trudno jest zanegować ład, w którym się
zostało wychowaną, wyedukowaną i zsocjalizowaną, który karmi, a nawet
jeśli czasem też karci, to jednak jest jedynym znanym i niepodważalnym
stanem rzeczy.
Wszystkie wiemy doskonale, że zanegowanie status quo nie jest łatwe,
ponieważ w tym wypadku oznacza zanegowanie wszystkiego, czego nauczyły
nas matki, a je nauczyły ich matki, które z kolei słuchały swoich matek...
Dodatkowo rozumiem, że wielkomiejski akademicki feminizm nie będzie
odpowiadał każdej kobiecie, a jeśli nie będzie wobec niego
przystępniejszej alternatywy, wiele kobiet po prostu się od niego
odżegna. Niestety, istnieje również kobieca wyższościowa narracja
sukcesu, w stylu: "mnie nikt nie pomagał"; "ja szklanego sufitu nie
odczułam"; "doszłam tu, gdzie jestem, dzięki swojej ciężkiej pracy".
Nie, nie doszłaś tam wyłącznie dzięki niej. Dojechałaś tu, gdzie jesteś,
również na czyichś plecach, na przykład swojej matki, która dała z siebie wszystko, żebyś zdobyła wykształcenie. Gorzej, jeśli zrobiłaś to,
grając w męską grę poklepywania się po plecach, śmiania z seksistowskich
żartów i dewaluowania w pracy koleżanek z zespołu. Wtedy faktycznie
czeka cię piekło, o którym mówiła Albright.
W naszej kulturze monogamia oraz dziewictwo kobiety to dwa wciąż bardzo
istotne konstrukty społeczne, a ciało oraz ekspresja seksualna kobiet
były zawsze srogo oceniane. Kobiety, które nie wpasowały się w społeczne
wymagania dotyczące ich płci, były i są narażone na ostracyzm, a nawet
przemoc. Ta z kolei jest często bagatelizowana lub wręcz legitymizowana
(przywołam znane słowa nieżyjącego polityka Andrzeja Leppera, który w 2006 roku ironicznie pytał przed kamerami: "Jak można zgwałcić
prostytutkę? He, he, he"). Z kolei z nowszych wydarzeń tego typu warto
zwrócić uwagę, co działo się wokół sprawy modelek Victoria's Secret,
które były latami molestowane przez szefów marki oraz fotografów. W komentarzach pod artykułami na ten temat możemy przeczytać, że modelki
zarabiają ciałem, więc w czym problem, oraz ironiczne zapytania o to,
czy doczekamy się również informacji o molestowaniu aktorek porno. Dla
jasności dodam, że aktorka grająca w filmach porno też może paść ofiarą
przemocy seksualnej, a jej praca nie ma nic do rzeczy.
W świecie, w którym "porządne" kobiety są heteroseksualne, żyją w monogamicznych relacjach, współżyją wyłącznie ze swoim partnerem,
prowadzą się "moralnie", ubierają "odpowiednio" i zachowują
"odpowiedzialnie", unikając "ryzykownych" sytuacji, by nie sprowokować
żadnej zaczepki lub napaści seksualnej, cała reszta kobiet (ubierających
się "nieodpowiednio", prowadzących się "niemoralnie" i "pakujących się"
w niebezpieczne sytuacje) jest w najlepszym wypadku uznawana za
nieodpowiedzialne, głupie i zagubione. W gorszych wypadkach kobiety
osądzane są jako (współ)winne przemocy, która je spotkała, osoby
demoralizujące otoczenie, a nawet jako (współodpowiedzialne za przemoc
wobec innych kobiet. O różnych źródłach tej "moralności" mówią w rozmowach ze mną dwie terapeutki - Marta Niedźwiecka oraz Aleksandra
Józefowska.
Jak łatwo się domyślić, osoba nieodpowiedzialna, głupia oraz współwinna
nie będzie budziła naszej empatii, raczej poczucie wyższości i chęć
oceniania. Niestety, nawet jeśli spotkała ją tragedia. Jednym z wielu
takich przykładów jest historia siedemnastoletniej Bianki Devins, która
w lipcu 2019 roku została zamordowana przez zadurzonego w niej chłopaka
(nie byli parą, wbrew temu, co piszą polskie media), którego zaloty
odrzuciła. Brandon Clark zaatakował Biancę nożem, odciął jej głowę, a zdjęcia okaleczonego ciała udostępnił w internecie, po czym próbował
popełnić samobójstwo8. Trudno w to uwierzyć, ale sporo
komentujących sprawę osób uważało, że Bianca była sama sobie winna,
ponieważ "zwodziła" Brandona, szukała atencji, udzielała się w social
mediach, była ładna (!!!), co celowo wykorzystywała, żeby robić nadzieję
takim chłopakom jak Brandon, a następnie dawać im kosza. Według rzeszy
komentatorów Brandon miał prawo zemścić się na niej za takie
postępowanie, tak samo jak miałby prawo wziąć (choćby siłą) to, czego
nie chciała mu dać. Czyli według części komentujących Brandon miał prawo
również ją zgwałcić, gdyby tego chciał.
Taka narracja jest znana nie od dziś i wcale nie została wykreowana
przez internet i social media. To, że kobiety zwodzą biednych,
bezwolnych mężczyzn, grają im na nosie, wykorzystując swój urok
osobisty, by ich następnie odtrącić, upokorzyć lub omotać i skłonić do
małżeństwa, jest pomysłem starym jak świat. Dla przykładu: "(...) w roku
1770, angielski parlament wydał ustawę, która miała chronić mężczyzn
przed wyperfumowanymi kobietami, z obawy, aby czarowne zapachy nie
nakłaniały naiwnych panów do ożenku"9. Co ciekawe, gdy
udostępniłam ten cytat w social mediach wraz z ironicznym komentarzem,
że ci biedni mężczyźni od zarania dziejów tacy bezwolni i omotani przez
kobiety, a może wystarczyłoby, gdyby trzymali prącie w spodniach i nie
dopatrywali się w każdym kobiecym zachowaniu podtekstów seksualnych,
przeczytałam komentarze urażonych mężczyzn, że może gdybyśmy przestały
"kusić", to nie byłoby tyle przemocy wobec kobiet. Zatem umycie się i użycie perfum nadal, w 2020 roku, może zostać odebrane jako kuszenie i manipulacja. A stąd jest już niepokojąco blisko do świetnie nam znanego:
"sama się prosiła". Echa takiego myślenia znajdziemy oczywiście w polskich sądach, gdzie to kobieta, która padła ofiarą przemocy
seksualnej, a już na pewno ta, która została zgwałcona, będzie musiała
się tłumaczyć z zachowania, wyglądu oraz tego, czy nie sugerowała
przypadkiem sprawcy swojej dostępności seksualnej, by potem nagle się
rozmyślić, "zmuszając" go do wyegzekwowania seksu siłą.
Wszystkie te przykłady sytuacji oraz reakcji na nie nasuwają ten sam
wniosek: kobieta jest wciąż postrzegana przedmiotowo - jako ciało, do
którego mężczyzna powinien mieć stały oraz nieutrudniony dostęp. Jeśli
to ciało będzie atrakcyjne lub, co gorsza, będzie narzędziem pracy
kobiety - modelki, aktorki, hostessy, pracownicy seksualnej, jest wręcz
oczywiste, że będzie ono nadużywane. Kobiety mówiące otwarcie na temat
seksualności i cielesności narażają się na niechciane zaczepki, zdjęcia
nagich penisów oraz groźby gwałtu, często wyrażane w tonie "pokażę ci,
gdzie twoje miejsce", gwałt miałby zatem być karą oraz demonstracją siły
i nie ma nic wspólnego z afektem czy pożądaniem.
Niestety, jak z kolei pokazuje w naszej rozmowie Patrycja Wonatowska,
terapeutka pracująca również z osobami nieheteroseksualnymi,
slut-shaming oraz uprzedmiotowienie ciała dotyka też w dużej mierze
pasywnych homoseksualnych mężczyzn.
Dopóki tolerujemy taką opresyjną wobec naszych ciał i tożsamości
narrację, kręcimy się w kółko i wzmacniamy patriarchalną kulturę gwałtu,
ponieważ jej niewypowiedzianym wprost założeniem jest, że jakiś typ
kobiet "zasługuje" na upokorzenia i przemoc. Przekonanie to pobrzmiewa
nawet w tak zinternalizowanych już przez nas zachowaniach, jak pouczanie
dziewcząt i kobiet, jak mają się lub jak nie mają się zachowywać, by
nikogo nie sprowokować. Tymczasem, jeśli będziemy uczyć nasze córki, że
mają zachowywać się "właściwie", by nie paść ofiarą molestowania czy
gwałtu, to tylko fikcyjnie dbamy o to, aby to im nic się nie stało, a w rzeczywistości przerzucamy odpowiedzialność za ewentualny atak na
ofiarę. A przecież zawsze znajdzie się osoba, która ma krótszą spódnicę,
będzie bardziej pijana, głośniej się zaśmieje lub będzie szła przez
ciemniejszy park, gdzie może spotkać ją przemoc10. W takiej
narracji wszystkie jesteśmy i będziemy "zdzirami", ponieważ:
jeśli jesteś atrakcyjna, ale odrzuciłaś niechciane męskie zaloty, to
usłyszysz, że prowokujesz wyglądem, wodzisz za nos oraz jesteś
"niewdzięczną suką" (i na dodatek wcale nie taką ładną, jak ci się
zdaje, bo tak naprawdę to kto by cię chciał!);
jeśli zgodziłaś się na seks (lub, co gorsza, sama go zainicjowałaś),
jesteś puszczalska, nie szanujesz się, zrobiłaś to dlatego, że
rozpaczliwie zabiegasz o męską uwagę, pewnie nie czułaś się kochana
przez ojca. Jeśli doświadczysz przemocy seksualnej, sama się o nią
prosiłaś;
jeśli zerwałaś z partnerem, jesteś puszczalska, bo teraz zachce ci się
nowego kochanka i wyruszysz na łowy, a dla takich kobiet nie ma
miejsca wśród monogamicznych, porządnych par (poza tym pewnie już
planujesz odbijanie cudzych mężów);
jeśli zdradziłaś, to ciesz się, że nie żyjemy w kraju, w którym można
by cię było za to ukamienować (albo przynajmniej obciąć ci nos).
Niestety, nie licz na pobłażliwość, ponieważ męska i kobieca
niewierność to dwie różne bajki. Bo gdy zdradza mężczyzna, to jakby
splunął ze swojej sutereny na ulicę, ale gdy zdradza kobieta, to jakby
przypadkowi przechodnie pluli do jej sutereny (naprawdę, to jest cytat
z Korwin-Mikkego, a wiesz ilu ma zwolenników w Polsce)11;
jeśli żyjesz w monogamicznym związku, pewnie twój wybór był
merkantylny i poleciałaś na kasę oraz status ekonomiczny swojego
partnera;
jeśli żyjesz w otwartym związku, to nie dość, że jesteś
arcypuszczalska i pewnie roznosisz choroby, to jeszcze prawdopodobnie
robisz to wbrew sobie, jesteś marionetką w rękach swojego partnera i nawet nie wiesz, że patriarchat wyprał ci mózg. Terapia pod kątem
relacji z ojcem na wszelki wypadek wskazana;
jeśli jesteś oddana swojej rodzinie oraz jednemu partnerowi, nie kręcą
cię eksperymenty, szukasz stabilizacji, łączysz seks z uczuciem -
jesteś zacofaną cnotką i nie umiesz cieszyć się swoim ciałem. Smutne i żałosne, dziewczyno, obudź się;
jeśli nie jesteś w ogóle zainteresowana relacjami ani seksem, skupiasz
się na czymś innym (nie daj boże na karierze!), nigdy nie współżyłaś,
to albo coś z tobą nie tak, albo jesteś tak wyniosła i pewna siebie,
że trzeba ci pokazać, gdzie twoje miejsce;
jeśli nie masz ochoty na seks po urodzeniu dziecka, to nie dziw się,
że mąż cię zdradził;
jeśli masz ochotę na seks po urodzeniu dziecka, jesteś zboczona, bo
jak można łączyć macierzyństwo z seksualnością oraz przyjemnością?!
jeśli jesteś lesbijką, to po pierwsze, nie uprawiasz prawdziwego
seksu, bo ten prawdziwy jest tylko heteroseksualny oraz penetracyjny,
a po drugie, widać nie trafiłaś na odpowiedniego kochanka i dlatego
wolisz dziewczyny (wiedz, że masa "odpowiednich kochanków" pokaże ci,
czym jest prawdziwy seks);
jeśli nie szczytujesz po pięciu minutach monotonnej penetracji
penisem, to musisz coś z tym zrobić, bo - słowo daję - wszystkie przed
tobą szczytowały! Może jesteś za luźna? A może w pewnym wieku kobiety
już nie umieją mieć orgazmów? (prawdziwa męska teoria, z którą się
spotkałam);
jeśli oczekujesz prezerwatywy podczas jednorazowego seksu z mężczyzną
poznanym na Tinderze, to po pierwsze, "księżniczkujesz" (to cytat!), a po drugie, obrażasz tego pana w garniturze. Przecież chyba widzisz, że
jest czysty! A może to ty coś roznosisz, co?
Nigdy nie dogodzisz. Zawsze ktoś uzna, że ma prawo oceniać twoje ciało,
wybory oraz seksualność.
Gdy pierwszy raz napisałam słowa: NIE DA SIĘ ZAWSTYDZIĆ KOBIETY JEJ
SEKSUALNOŚCIĄ, GDY ONA SIĘ JEJ NIE WSTYDZI, miałam na myśli kobiety
takie jak ja - lubiące seks, mówiące o nim i wspierające inne kobiety w otwieraniu się na własną przyjemność. Dziś rozumiem, że to zdanie
powinna usłyszeć każda z nas, bez względu na to, jak realizuje własną
seksualność, czy też bez względu na to, jak tego nie robi. Dodatkowo
uważam, że naszym obowiązkiem jest reagowanie za każdym razem, gdy
widzimy próby zawstydzania, dyskredytowania czy karania kobiety z powodu
jej ekspresji seksualnej. Naszym obowiązkiem jest również zmiana
narracji wokół przemocy seksualnej tak, aby podkreślać, że to gwałciciel
zgwałcił, a nie kobieta została zgwałcona.
Język ma ogromną moc kreowania postaw i rzeczywistości, a to, jak mówimy
o kobiecym ciele i seksualności dziś, realnie wpłynie na to, jaką
rzeczywistość zastaną kolejne pokolenia, w tym nasze córki oraz siostry.
"Świadome puszczanie się" to dla mnie rozbrojenie konstruktu kulturowego
Rozmowa z Martą Niedźwiecką, psycholożką i sex coachem. Obszary jej
pracy to seksualność, ciało i relacje intymne. Popularyzuje świadomą
seksualność, napisała książkę Slow Sex - uwolnij miłość, prowadzi
podcast o seksie i sensie życia O Zmierzchu.
Kamila Raczyńska-Chomyn: Pamiętam czas, miałam wtedy pewnie około
dwudziestu dwóch lat, gdy próbowałam diagnozować swoje "puszczalstwo",
by potem leczyć je u seksuologa. Byłam przekonana, że musi być coś ze
mną nie tak, skoro lubię seks i nie potrzebuję do osiągnięcia
satysfakcji głębokiej relacji emocjonalnej.
Zakładam, że do ciebie też trafiają kobiety z odwiecznym pytaniem: "Co
jest ze mną nie tak, skoro... ?" i tu pewnie można wstawić dowolne
zakończenie:
masturbuję się,
fantazjuję,
rozważam otwarcie związku...Marta Niedźwiecka: Hola, hola, o jakim otwieraniu związku mówimy?!
Zacznijmy od kobiet, które potrzebują omówić ze mną, jako ich
terapeutką, sytuację, w której masturbują się, fantazjując o kimś innym
niż ich partner. Mogą to być również fantazje dotyczące postaci tak
niezagrażającej ich związkowi jak aktor czy piosenkarka. Czasem to w ogóle jest pytanie o to, czy sam fakt uprawiania masturbacji, gdy jest
się w monogamicznym związku, jest w porządku.
Moje doświadczenie z gabinetu jest takie (a zaznaczam, że najczęściej
trafiają do mnie tak zwane "normalne", czy też "poprawnie socjalizowane"
Polki żyjące w hetero-mono relacjach, posiadające dzieci), że "puścić
się" w przypadku takiej kobiety niejednokrotnie oznacza właśnie danie
sobie zgody na to, żeby masturbować się, myśląc o kimś innym niż mąż. I to może być taka zmiana paradygmatu w jej myśleniu o seksualnej
przyjemności, że okazuje się, że żaden dziki seks nie da jej tyle, ile
pozwolenie sobie samej na decydowanie o własnym ciele i orgazmie.
KR-Ch: To powiedz mi, czym dla ciebie jest puszczalstwo. Co dla ciebie
znaczy "puścić się"?
MN: "Świadome puszczenie się" to dla mnie rozbrojenie konstruktu
kulturowego, w który jesteśmy od małego wmontowywane, a na który
składają się następujące przeciwstawione sobie ramy pojęciowe: święta
matka-karmicielka-Polka-czysta-umęczona-monogamiczna versus
wywłoka-szmata-puszczalska-bezdzietna. Czyli kulturowo mamy dwa wzorce
kobiecości wytyczające idealną opozycję. Nie ma nic pośrodku, dlatego
kobiety, które chcą żyć "normalnie", tak bardzo boją się stracić pozycję
w świecie przyzwoitości. Bo jak z tego obszaru wypadną, to jedyną
alternatywą jest dziwka. Z drugiej strony te, które zmagają się z jakimiś wyzwaniami - nieheteroseksualną orientacją czy akceptacją
swojego pożądania - od początku nie mają wstępu do świata przyzwoitości.
Taki układ generuje nieprawdopodobne napięcie. Co ciekawe, nie tylko w kobietach. Bo mężczyźni też mają swój żeński aspekt, w Polsce kompletnie
wyparty i upokorzony. Czyli każda płeć kulturowa musi się przejrzeć w obrazie żeńskości, który obowiązuje w danej kulturze. A on u nas raczej
przypomina karykaturę niż dzieło renesansowego mistrza. Ma dwa wymiary,
co sprowadza każdą refleksję do określania cech obu grup oraz
zastanawiania się, czy należymy do szmat, czy matek.
Według mnie tylko wypięcie się z tego konstruktu może przywrócić
kobiecie autonomię wobec własnego ciała, umożliwić jej wyjście z tej
niewoli kulturowej i biowładzy. Poza tym, gdy kobieta świadomie i w zgodzie ze sobą "puści się", cokolwiek to dla niej oznacza, testując
własne granice i preferencje, może bez poczucia utraty uznać: "OK, już
wiem o sobie, że jestem stworzona do monogamicznej relacji, nie kręcą
mnie eksperymenty ani przebieranki, najlepszy seks mam z własnym
partnerem pod kołdrą i nikomu nic do tego. Nie zamierzam się tego
wstydzić". Ale uznaje to ŚWIADOMIE, bo tego się o sobie dowiedziała, a nie dlatego, że ktoś jej każe realizować seksualny potencjał w dany
sposób: mama, tata, ksiądz, kultura - to jest ogromna różnica!
Widzę też, że kobiety, które decydują się "mentalnie puszczać", czyli na
przykład decydują o sobie, wiedzą i umieją powiedzieć bez poczucia
wstydu, co je podnieca, o czym fantazjują, tym samym biorąc
odpowiedzialność za własną seksualność, fantastycznie impregnują się na
slut-shaming! Nie twierdzę, że są niezniszczalne, bo to nieprawda,
zawsze da się kogoś zranić i upokorzyć, zwłaszcza w kontekście
seksualności, ale są w stanie stawiać czoła atakom.
Zauważ, że często najsroższymi krytyczkami życia kobiet są niestety ich
matki, na przykład przez komentowanie faktu, że córka spotyka się z kolejnym partnerem, nie zakłada rodziny czy ubiera się w konkretny
sposób. Gdy kobieta potrafi powiedzieć własnej matce: "To już nie jest
twoja sprawa", tak naprawdę stawia czoła właśnie slut-shamingowi w najczystszej postaci, i to ze strony bliskiej osoby. Takie postawienie
granicy jest naprawdę trudne!
Niestety określeniem "puszczalska" szafują zarówno mężczyźni, jak i kobiety wobec innych kobiet.
KR-Ch: Tak. Ja zawsze nazywałam je ambasadorkami patriarchatu. Widzę w nich kobiety, które oceniając w ten sposób inne i stawiając się
jednocześnie w opozycji do nich, pokazują światu, że mają ten
patriarchalny podział "święta i ladacznica" głęboko zinternalizowany. A ponieważ wiedzą, co spotyka "ladacznice", to odcinają się od nich i są
przekonane, że chronią się przed zgwałceniem, bo "porządnym kobietom"
nie dzieją się takie rzeczy...
MN: To też, ale jednocześnie jest to "oznaczenie się" - jeśli
wracamy do tej dychotomii święta vs dziwka. Zaznaczają, że są inne niż
te "brudne"; są "czyste" i "porządne" - "lepsze" . Czyli "jestem lepsza
od ciebie, kobieto, która padłaś ofiarą gwałtu, i tak się zaprezentuję
światu". Ambasadorki czy też strażniczki patriarchatu czują, że dzięki
odcięciu się od "zepsutych" kobiet są chronione, mają immunitet w zamian
za oddaną służbę Męskiemu Władcy.
Inna kwestia to potencjalna obawa tych "porządnych kobiet" o swoich
partnerów, którzy, a nuż, będą się oglądali za wydekoltowanymi
singielkami. Wiesz, nie lubimy patrzeć na ptaki na wolności, gdy same
siedzimy w klatce. Zwłaszcza gdy ta klatka nas tak naprawdę uwiera.
KR-Ch: No dobrze, a co z tymi kobietami, które rozumieją, że przemoc
seksualna może spotkać każdą z nas: tą rozwiązłą i nie, brzydką i ładną,
starą i młodą; same żyją świadomie w szczęśliwych monogamicznych
relacjach, a i tak oceniają kobiety żyjące po swojemu, zamiast po prostu
stwierdzić: "OK, ty masz tak, ja mam inaczej i cześć"?
MN: Według mnie to jest opowieść o jakimś ugruntowaniu tej
monogamicznej kobiety w jej relacji z partnerem i z samą sobą. Bo jeśli
jej świat ma chwiejne podstawy, jej poczucie własnej wartości oraz
sprawczości jest mierne, jeśli w tej relacji tak naprawdę kurki trzyma
mężczyzna i to on wszystkim zarządza, to ona faktycznie będzie się
obawiała każdej atrakcyjnej kobiety w ich otoczeniu. Będzie chciała
skontrolować, a nawet ograniczyć wszelkie działania innych kobiet, które
pojawiają się na horyzoncie, żeby przypadkiem któraś z nich nie wpadła
jak meteor między nią i partnera. Zatem to tak naprawdę jest pytanie o jakość tej monogamicznej relacji. Czy ta kobieta czuje się traktowana
podmiotowo i po partnersku? Czy uważa się za autonomiczną jednostkę mimo
bycia w relacji? Czy ma poczucie własnej wartości i godności? Bo jeśli
nie, to dla niej zdrada jest czymś, co zmiecie całą jej rzeczywistość
społeczno-emocjonalną z powierzchni ziemi. Dla niej to będzie prawdziwa
katastrofa.
Co gorsza, te często nieuświadomione obawy kobiet i idące za nimi ataki
na inne kobiety konstytuują i utrzymują w dobrym zdrowiu bardzo wiele
norm patriarchalnych, które są przecież skrajnie opresyjne wobec nas!
Zatem często to kobiety tworzą więzienie z norm społecznych dla swoich
przyjaciółek, sióstr i córek. I chyba to jest w naszej rozmowie
najsmutniejsze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Polecam fragment drugiego sezonu serialu Sex Education, gdy bohaterki próbują się porozumieć i okazuje się, że jedyne, co mają wspólnego, to... #spoilerallert. [wróć]
Gaslighting - forma psychologicznej manipulacji, w której osoba lub grupa osób umyślnie tworzy w osądzie ofiary wątpliwości wobec własnej pamięci czy percepcji, często wywołując u niej dysonans poznawczy i inne stany, takie jak niskie poczucie własnej wartości (zob. https://bit.ly/2G9ZfUg, dostęp: 28.10.2020). [wróć]
Polecam wystąpienie Stelli O'Malley w TEDx Talk: We Need to Talk about Slut-Shaming Among Teenagers, youtube.com, https://bit.ly/2GPWg3I, dostęp: 29.10.2020. [wróć]
Przemoc wobec kobiet. Badanie na poziomie Unii Europejskiej, europa.eu, https://bit.ly/35Oxh9e, dostęp: 29.10.2020. [wróć]
"Where it's wrong to call a girl a skank for showing off her tits, ass, and camel toe in public; but a man is automatically pervert, a creep, or a potential rapist for getting a public erection after being aroused by previously mentioned skank. Many feminists dislike slut-shaming because they think it's demeaning and degrading to the slutty girls but apparently sucking lots of dick, porking lots of guys or passing lots of nudes and porn somehow isn't". Zob. slut-shaming, urbandictionary.com, https://bit.ly/3fA0VDz, dostęp: 25.11.2020. Przekład własny. [wróć]
"Guy: Damn, that girl is so desperate for attention that she'll blow anyone in school. What a ho. Feminist: Hey, don't be slut shaming and calling that poor girl a ho just because she sucks dick to get attention or try and act cool. It's her right as a female to suck a lot of dick and pass herpes all over school if she wants". Tamże. [wróć]
Zob. Łukasz Kotkowski, Ważne rozstrzygnięcie w Wielkiej Brytanii - revenge porn jest przestępstwem, spidersweb.pl, https://bit.ly/31TIkwU, dostęp: 29.10.2020. [wróć]
Murder of Bianca Devins, wikipedia.org, https://bit.ly/2TEVObm, dostęp: 30.10.2020. [wróć]
Catherine Blackledge, Wagina. Kobieca seksualność w historii kultury, tłum. K. Bartuzi, Prószyński i S-ka, Warszawa 2006, polityka.pl, https://bit.ly/3oFFjZY, dostęp: 11.12.2020. [wróć]
Zob. Mówią o niej "pani od cipek". Gdy pojawił się "Spis Zdzir", pokazała, jak naprawdę może wyglądać kobiecy seks, noizz.pl, https://bit.ly/2TEv1fe, dostęp: 30.10.2020. [wróć]
Korwin-Mikke o małżeńskich zdradach: Nie wolno marnować plemników, fakt.pl, https://bit.ly/2HRPGtP, dostęp: 30.10.2020. [wróć]