1 "Skąd jesteście?"
Urodziłem się w Czernowitz. Dziewięć miesięcy później wybuchła wojna. Rosjanie zbombardowali miasto. Nauczyłem się biegać, zanim jeszcze umiałem chodzić. I wojna światowa pchnęła mnie tysiąc kilometrów na zachód, z Czernowitz do Wiednia. II wojna światowa, która dla mnie rozpoczęła się 13 marca 1938 roku, zaprowadziła mnie dziesięć tysięcy kilometrów dalej na zachód, z Wiednia do Ekwadoru. Byłem wschodnim Żydem przemieszczającym się na zachód. Powiedziałem sobie: jeszcze dwie takie wojny i znów będę w Czernowitz.
W 1943 roku w Ekwadorze złożyłem wniosek o wydanie dokumentu podróży dla cudzoziemców. W rubryce "obywatelstwo" ekwadorski urzędnik wpisał "niemieckie". Zaprotestowałem...
- Jak to pan nie jest Niemcem? Przecież ma pan nieważny niemiecki paszport!
- Wmuszono mi go - odparłem. - Mój kraj najechano. Jestem Austriakiem.
Mężczyzna spojrzał na mnie ze współczuciem i powiedział:
- Austria już nie istnieje. Gdzie się pan urodził?
- Nie wchodźmy w to - poprosiłem. - To tylko skomplikuje sprawy1.
Benno Weiser Varon
Czerniowce, Ukraina, wrzesień 1998
Podczas pierwszej przechadzki po mieście zwanym kiedyś Czernowitz na ulicy zatrzymała nas kobieta. Odezwała się po rosyjsku, po czym przeszła na jidysz. Równie uderzający jak jej farbowane jasnoczerwone włosy z widocznymi siwymi odrostami, mocny makijaż, znoszone ubranie i buty był fakt, że w tym ukraińskim mieście są jeszcze Żydzi mówiący w jidysz.
- Skąd jesteście? - spytała mamę.
Mieliśmy przy sobie aparaty fotograficzne i spoglądaliśmy na mapę - ewidentni turyści - więc niewątpliwie zastanawiała się, czy jesteśmy z Izraela, Stanów Zjednoczonych czy Niemiec. Mama, wymownie wskazując na ziemię, odparła po niemiecku:
- Stąd. Czernowitzer.
Wtedy po raz pierwszy, odkąd pamiętam, proste pytanie: "Skąd jesteście?", wywołało u niej tak krótką, jednoznaczną odpowiedź. Dwa słowa. "Stąd. Czernowitzer". Zazwyczaj bowiem wymagało ono złożonej opowieści o emigracji i diasporze, a czasem nawet lekcji historii i geografii. Patrzyłam oniemiała, jak mama w jednej chwili odzyskuje tożsamość, którą zawsze wiązałam z nazwą znaną niewielu ludziom - z mitycznym miejscem z przeszłości, które przestało istnieć, zanim się urodziłam.
Tego jasnego, słonecznego i rześkiego wrześniowego poranka 1998 roku Lotte i Carl Hirschowie stali z nami dwojgiem - córką i zięciem - na dużym obsadzonym drzewami placu, spinającym siedem ulic, na którym o tej porze było stosunkowo niewielu przechodniów i mało pojazdów. Wzdłuż zamykających plac dwóch równoległych ulic stał szereg imponujących, ozdobionych stiukami, neobarokowych i secesyjnych budynków z końca XIX i z początku XX wieku, odzwierciedlających trendy miejskiego modernizmu z wiedeńskiej stolicy Habsburgów, na której to miasto się wzorowało. Trzecią stronę placu wyznaczał długi, pozbawiony okien żelbetowy mur z czasów radzieckich, osobliwie upstrzony dużym, złoconym, płaskorzeźbionym herbem. Przed nim ulokowano ogródek kawiarniany z czerwono-białymi parasolami Coca-Coli.
Fot. 2. Lotte i Carl Hirschowie na placu Centralnym, dawnym Ringplatz, 1998
Fot. Leo Spitzer
Po przeciwległej stronie, na niewielkim wzniesieniu, na które prowadziło kilkanaście stopni, widniał duży, imponujący, proporcjonalny neobarokowy gmach - niebieskawy, z elementami bieli, ozdobiony na najwyższym piętrze dużym białym zegarem i zwieńczony zgrabną, centralnie umieszczoną wieżą z kolejnym zegarem, tym razem o czarnej tarczy. Wejścia do niego strzegł ukraiński żołnierz. Bez wątpienia był to budynek publiczny.
Fot. 3. Cernău?i Primăria (ratusz czerniowiecki) na pocztówce z 1920 roku, ukazującej rumunizację miasta (na dole), oraz ratusz w ukraińskich Czerniowcach w 1998 roku
Fot. Leo Spitzer
Mapa 2. Plan miasta Czernowitz z początku XX wieku
- Jesteśmy na Ringplatz - powiedział Carl. - A to jest Rathaus [ratusz]. Za naszych czasów, za Rumunii, nazywano go Primăria, ale wszystko wygląda inaczej. Nie było tu żadnych drzew. Tam niżej - wskazał na kawiarnię z parasolami Coca-Coli - była duża księgarnia Leona Königa. A tu jest Rathausgasse... a tu jest Herrengasse... a to jest Liliengasse...
- A to jest Postgasse - wtrąciła Lotte. - Carl, a jak się nazywała ulica równoległa do Postgasse?
- Hauptstrasse... A ta tutaj to Russische Gasse.
Lotte przytaknęła, ale wyglądała na rozczarowaną.
- Ringplatz nie jest już Ringplatzem. Wyglądał zupełnie inaczej. Był znacznie większy. Musieli coś tu dobudować. Jeździł tędy tramwaj. Wszystko tu bardzo pozmieniali.
Lotte i Carl wydawali się nieświadomi, że swoją wycieczkę po mieście dla nas prowadzili po niemiecku, a napotykane ulice i miejsca określali ich dawnymi niemieckimi nazwami sprzed prawie wieku, używanymi za czasów Habsburgów, jeszcze przed narodzinami Lotte. Najwyraźniej nie zdawali też sobie sprawy z faktu, że wiele ulic i punktów miasta - na przykład Ringplatz, Herrengasse i Liliengasse - miało pierwotnie odzwierciedlać elegancję i wytworność miejsc noszących te same nazwy w wiedeńskim kompleksie Ringstrasse. I nikogo z nas też szczególnie nie zastanowiło, że przy zwiedzaniu korzystaliśmy z przywiezionej ze sobą kserokopii niemieckojęzycznej mapy Czernowitz z początku XX wieku.
Powrót
- Mam mieszane uczucia co do powrotu do Czerniowców - powiedział Carl 3 września 1998 roku w hotelu Maingau we Frankfurcie, w przeddzień wyjazdu do Ukrainy. Chociaż jeszcze nie wiedzieliśmy, że zechcemy o tej wyprawie coś napisać, postanowiliśmy z Leo nagrać na wideo rozmowę z moimi rodzicami o ich oczekiwaniach wobec pierwszego powrotu do miasta, które opuścili przed ponad pół wiekiem. Ich głosy pełne obaw i ciekawości przypomniały mi o własnych ambiwalentnych odczuciach, towarzyszących mi, nim jeszcze w ogóle podjęliśmy decyzję o wyprawie. Czyimi pragnieniami się kierowaliśmy: moich rodziców czy też moimi i Leo? Tej kwestii nie rozstrzygnęliśmy. Każde z nas sądziło po prostu, że jedziemy razem, i nikt nie chciał za tę podróż wziąć odpowiedzialności, choć mogła się ona okazać naprawdę trudnym, a może nawet katastrofalnym przeżyciem.
- Czy Czernowitz to nasz Heimat? - ciągnął ojciec, jakby czytając w moich myślach:
Zdarzenia, do których tam doszło i które przeżyliśmy, każą w to powątpiewać. Gdy po raz pierwszy pojechaliśmy do Bukaresztu - w 1968 roku, po naszej emigracji - przyjechał się z nami zobaczyć Paul Roth, kuzyn, który nadal mieszkał w Czerniowcach. I muszę przyznać, że wtedy bardzo się ucieszyłem, że nie zostałem w Czerniowcach. Prawdę mówiąc, nie zdecydowalibyśmy się jechać tam teraz, gdyby nie Marianne - bo Marianne nie ma Heimatu i chcemy jej pokazać nasz, bo nasz Heimat jest też w pewnym sensie jej Heimatem.
Nie mieliśmy tam pieniędzy, ale mieliśmy bardzo szczęśliwe dzieciństwo. [...] Nasze przyjaźnie były bardzo głębokie i takie już pozostały na całe życie. Mieliśmy wspólne przeżycia i kulturę. Byliśmy jak bracia, moi czerniowieccy przyjaciele i ja. [...] Nie ma pewnie na świecie wielu miejsc, które by wśród swoich emigrantów wzbudzały uczucia takiej bliskości. Jestem ciekaw, co się z tym wszystkim stało.
Powyższe uwagi pokazują, że Carla i Lotte, tak jak i inne osoby, które przeżyły deportację i wysiedlenie z Czerniowców, nadal dręczyła niezaspokojona tęsknota za wcześniejszymi okresami i scenami z własnego życia, za przyjemnymi wspomnieniami ze znajomych miejsc rodzinnego miasta. O tych pozytywnych obrazach i o radości, jaką oboje z Lotte czerpali z ich przywoływania, świadczą wspomniane przez Carla bliskie przyjaźnie i poczucie wzajemnego zrozumienia. Jednak zawsze wiedziałam, że ich nostalgia za Czernowitz - czy też Cernău?i, jak je później nazywano - była wielopoziomowa. Te pozytywne skojarzenia z przeszłością były bowiem ledwie jednym z aspektów ich wspomnień. Moi rodzice, tak jak i inni wysiedleńcy z własnych domów i ziemi ojczystej - uchodźcy i wygnańcy - nosili w sobie również negatywne i gorzkie obrazy przeszłości - traumatyczne wspomnienia złych czasów, gdy cierpieli rażącą dyskryminację i prześladowania. Dla nich, jak i dla innych uchodźców i wygnańców, wśród których dorastałam, te negatywne i bolesne wspomnienia były z pewnością odwrotną stroną nostalgii. Wypracowanie spójnej pamięci o utraconym domu utrudniają odległości - geograficzna i czasowa - oraz trauma wygnania i wypędzenia, dlatego też w owej pamięci współistnieją sprzeczne, niepogodzone wspomnienia o miejscu zwanym "Heimatem", które mieści w sobie zarówno "to, co przeżyliśmy, zwłaszcza podczas wojny", jak i "przeżycia i kulturę", o których w przeddzień naszej podróży tak tkliwie opowiadał Carl.
W pewnym głębokim znaczeniu dzieci wygnańców i uchodźców internalizują to połączenie nostalgicznej tęsknoty z negatywnymi i bolesnymi wspomnieniami - ten splot przyjemności i tkliwości z goryczą, złością i niechęcią, my bowiem, owo "drugie pokolenie", mamy dość szczególny związek z miejscami pochodzenia naszych rodzin, z których je siłą usunięto lub wysiedlono. Otóż dla mnie i dla moich rówieśników, dzieci wygnanych czernowitzerów, Czernowitz zawsze było pierwotnym miejscem pochodzenia. Choć nikt z nas nigdy go nie odwiedził i nie widział (ani nawet nie przypuszczał, że kiedykolwiek uda mu się je zobaczyć), było ono źródłem naszych "rodzimych" niemieckich korzeni językowych i kulturowych, z którymi ściśle się utożsamialiśmy i w istocie nadal utożsamiamy, mimo że dorastaliśmy w Rumunii, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii, Izraelu, Francji, Niemczech czy Austrii. I co może dziwić, ulice, budynki i przyroda Czernowitz - jego teatry, restauracje, parki, rzeki i otoczenie, których widoków, dźwięków i zapachów nigdy sama nie doświadczyłam - są w moich wspomnieniach z dzieciństwa i w mojej wyobraźni silniej obecne niż miejsca i sceny z rumuńskiej Timişoary, gdzie się urodziłam, czy z Bukaresztu, gdzie spędziłam dzieciństwo.
Jednak niektóre z tych miejsc były także źródłem moich dziecięcych koszmarów o prześladowaniach, deportacji i terrorze. Gdy zaczęłam pisać o swoich wczesnych wspomnieniach oraz o fenomenie pamięci osobistej i kulturowej, musiałam stworzyć specjalny termin odnoszący się do wtórnego, opóźnionego charakteru mojej relacji z czasami i miejscami, których nigdy nie doświadczyłam ani nie widziałam, ale które są na tyle żywe, że mam wrażenie, jakbym je pamiętała. Zrozumiałam, że moja "pamięć" Czernowitz jest "postpamięcią", zapośredniczoną przez historie, migawki i zachowania, wśród których dorastałam, i nigdy nie tworzyła pełnego obrazu czy linearnej opowieści. Jej moc przysłaniania moich własnych wspomnień wynika właśnie z faktu, że owe warstwy - pozytywne i negatywne - przekazano mi niescalone, sprzeczne, fragmentaryczne, rozproszone. Jak pisze Eva Hoffman w After Such Knowledge: "wydarzenia formacyjne XX wieku tak istotnie wpłynęły na nasze biografie, że mogą je czasem przyćmiewać i przytłaczać"2.
Dorastałam w Bukareszcie lat pięćdziesiątych, w społeczności niemieckojęzycznych wygnańców z Czernowitz, w dużej mierze kształtowana przez ich upodobania, postawy, zachowanie i opowieści o świecie, który dawno przestał istnieć. To pod ich wpływem zrodziło się we mnie wówczas pragnienie odwiedzenia Czerniowców, które przez lata narastało. W okresie mojego dzieciństwa w Rumunii radzieckie Czernowcy leżały ledwie trzydzieści kilometrów od granicy rumuńskiej, lecz podróżowanie w bloku wschodnim podlegało surowym ograniczeniom i Czerniowce wydawały mi się wówczas tak odległe, jakby znajdowały się na innym kontynencie. Gdy w 1961 roku wyemigrowałam wraz z rodzicami do Austrii, a rok później do Stanów Zjednoczonych, miasto pochodzenia moich rodziców nabrało jeszcze bardziej odległej i mitycznej aury.
Możliwość wyjazdu do zachodniej Ukrainy pojawiła się dopiero po upadku muru berlińskiego i rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 roku. W ręce wpadły mi niemieckie taśmy z kilkoma nagraniami z podróży i reportażami radiowymi, wskazujące, że dzisiejsze Czerniwci zachowały ślady dawnego Czernowitz. W latach dziewięćdziesiątych razem z Leo kilkukrotnie proponowaliśmy rodzicom wspólny wyjazd do Czerniowców, lecz choć sprawdzili nawet różne możliwości i terminy podróży, to nigdy do niej nie doszło. Prawie za każdym razem, gdy poruszałam z nimi ten temat, wydawali się zdumieni moim zainteresowaniem lub udzielali niezobowiązującej, a nawet wymijającej odpowiedzi. Nie wiedziałam, czy boją się tego, co tam mogą zastać, czy też zniechęcały ich trudności organizacyjne. Austriackie Czernowitz, a nawet rumuńskie Cernău?i, było stolicą regionu, mającą doskonałe połączenia kolejowe z całą Europą Środkowo-Wschodnią. Ukraińskie Czerniwci stały się prowincjonalnym miastem z kiepskimi połączeniami kolejowymi i właściwie bez połączeń lotniczych. Moi rodzice byli już jednak po osiemdziesiątce, a ich kuzynka Rosa Roth Zuckermann, nadal mieszkająca w Czerniowcach, zbliżała się do dziewięćdziesiątki, więc zdawałam sobie sprawę, że do wspólnej podróży "powrotnej", o której tak marzyłam, musi dojść raczej prędzej niż później.
Ponadto w latach dziewięćdziesiątych takich "powrotów" podejmowało się wielu moich żydowskich znajomych i kolegów z uczelni. Odwiedzali miejsca, w których mieszkali kiedyś ich rodzice i dziadkowie i skąd później uciekali lub zostali deportowani. Wiele z tych podróży zaowocowało tekstami lub książkami - zapisami poszukiwań śladów po życiu przodków. Większość wspomnianych wypraw odbyła się jednak zbyt późno i rodzice czy dziadkowie nie zdążyli już sami oprowadzić swoich potomków po rodzinnych miejscowościach. Musiały się więc one opierać na kwerendzie archiwalnej i lokalnych przewodnikach, na ogromnej chęci i ciekawości oraz sporej dawce domniemywań i przypuszczeń. Spędziłam długie godziny na rozmowach z ludźmi, którzy takie podróże odbyli, i na czytaniu ich relacji, ale w przeciwieństwie do nich ja sama nadal miałam możliwość odbycia takiej wyprawy razem z rodzicami. Ponadto na początku lat dziewięćdziesiątych towarzyszyłam Leo w dwóch wyjazdach do Boliwii - kraju, w którym jego pochodzący z Austrii rodzice znaleźli schronienie przed nazistowskimi prześladowaniami. Leo urodził się tam, ale w wieku dziesięciu lat wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Miał własne wspomnienia z dzieciństwa w La Paz, spędzonego wśród austro-niemieckiej społeczności żydowskiej. Jednak książka, którą o tym napisał, powstała dopiero po śmierci jego matki i ukazała się już po śmierci wuja, będącego nieocenionym świadkiem i źródłem informacji3. Jego boliwijska wyprawa oraz wschodnioeuropejskie podróże moich współpracowników i znajomych stanowiły zarówno tło mojej własnej wyprawy, jak i dodatkową zachętę do jej odbycia.
Moje marzenie o "powrocie" do Czernowitz raczej nie było wyrazem nostalgicznej tęsknoty za utraconym czy porzuconym Heimatem (jak mawiał o nim mój ojciec), no bo jak miejsce, którego nigdy nie dotknęłam i które rodzice opuścili pod przymusem, miałoby być "domem"? Moje marzenie nie było też żalem za jakimś dobrym okresem życia spędzonym w tym mieście, bo żadnego takiego okresu nie było. Po cóż więc tam właściwie jechać? Jaki sens ma "powrót" do miejsca, które - jak mówi Eva Hoffman - "jest w pewien sposób [...] domem, ale jest również wrogim terytorium"4. Im bardziej byłam pewna, że chcę tam pojechać, tym trudniej było mi wytłumaczyć - rodzicom, Leo i sobie samej - co właściwie chciałabym tam znaleźć czy osiągnąć, oczywiście poza powiązaniem pamięci z miejscem i zawiezieniem tam wspomnień. Co dokładnie miałabym dzięki temu powrotowi uzyskać - dla siebie samej i dla odziedziczonej przeze mnie pamięci, którą przyjęłam jako własną postpamięć? Mogłam się tego dowiedzieć, tylko wyruszając w tę podróż.
Rodzice ostatecznie zmienili zdanie co do wyjazdu. Nie wiem, czy przekonał ich do niego akapit z mojej książki Family Frames, w którym ostatecznie wyraziłam rezygnację z podróży, czy też książka Leo o powrocie do Boliwii5. W każdym razie wiosną 1998 roku przestali się wahać i pomysł wyprawy w końcu zaczął nabierać konkretnych kształtów. Znajomy doradził nam, byśmy do Lwowa polecieli przez Frankfurt, a dalej pojechali samochodem. Biuro podróży z New Jersey, specjalizujące się w wyjazdach do Ukrainy, załatwiło nam wizy, zorganizowało samochód z kierowcą, który miał nas zawieźć do Czerniowców, i zarezerwowało jedyny hotel w mieście, jaki byli gotowi polecić. Uregulowaliśmy opłaty, przypieczętowując decyzję o wyjeździe.
Tak oto 3 września znaleźliśmy się we Frankfurcie, wyposażeni w aparaty fotograficzne i kamery wideo, przewodnik, mapy i mnóstwo banknotów jednodolarowych, ukrytych w strategicznych miejscach blisko ciała. (W 1998 roku w Czerniowcach nie można było jeszcze używać kart płatniczych ani czeków podróżnych, a bankomaty miały się pojawić dopiero za niecałą dekadę). Zabrałam również ze sobą kilka ważnych dla mnie lektur i materiałów źródłowych: tomik poezji Paula Celana i fascynującą książkę Johna Felstinera Paul Celan. Poeta, ocalony, Żyd o tłumaczeniu Celana na język angielski; wydane, a także niepublikowane pamiętniki, które znałam, ale chciałam móc do nich zajrzeć na miejscu (pamiętnik mojego ojca A Life in the Twentieth Century, rękopis Pearl Fichman Before Memories Fade oraz książkę Dorothei Selli Der Ring des Prometheus); kopertę ze starymi fotografiami wybranymi z albumów Carla i Lotte - przede wszystkim zdjęcia ulic i różnych miejsc, ale także ich obojga, głównie z połowy i końca lat trzydziestych.
Po latach uderza mnie myśl, że ta podróż, w porównaniu z licznymi wcześniejszymi wyjazdami - czy to rodziców, czy moimi i Leo - wydawała się bardzo nieprzewidywalna. Co prawda, nie przekraczaliśmy żelaznej kurtyny, gdyż tę zdemontowano już dawno, ale o warunkach panujących w Ukrainie nie wiedzieliśmy wiele więcej niż w czasie, gdy jeszcze owa granica istniała. Obejrzawszy w nowojorskiej galerii niewielką wystawę zdjęć Romana Vishniaca o życiu żydowskim w Ukrainie połowy lat trzydziestych, spodziewałam się błotnistych dróg w małych wioskach, burych ubrań, przygarbionych starców, a ostatnie pół wieku zaniedbań i zniszczeń mogło ten obraz tylko pogorszyć. W swej wyobraźni postrzegałam to miejsce w barwach czerni, bieli i szarości. Ponadto pogłoski o napadach i drobnych kradzieżach, do których miało dochodzić w Ukrainie, a także ostrzeżenia amerykańskiego Departamentu Stanu o ograniczonej i nieodpowiedniej opiece medycznej w tym kraju tak wyraźnie wzmogły nasze obawy związane z wyjazdem, że nastoletni syn Gabriel usilnie starał się nas od niego odwieść. A ponieważ nadal nie potrafiłam jasno uzasadnić, dlaczego "muszę" odbyć tę podróż, to nie byłam jej najskuteczniejszą orędowniczką i nie mogłam ukoić jego lęku, bo też sama nie bardzo wiedziałam, jak podróżuje się po Ukrainie. Gdy Gabrielowi nie udało się ze mną, próbował choć Leo namówić do pozostania w domu, ale Leo mnie poparł, twierdząc, że "musimy" jechać. Sam jednak również nie potrafił tego odpowiednio uzasadnić i wyjaśnić dziecku, dlaczego miało zostać w domu z psem i pod opieką znajomych. "O co mi chodzi? - zapisałam w swoim dzienniku. - O odkrycie utraconego świata? O doświadczenie straty? O proces pamiętania?"
Nasze obawy i nieznajomość współczesnej Ukrainy spowijały cel naszej podróży mgłą tajemniczości. Gdy jednak kupiliśmy przewodnik Lonely Planet o Rosji i przeczytaliśmy krótki rozdział o Ukrainie Zachodniej, Czernowitz nabrało całkiem zwyczajnego charakteru, dzisiejszemu miastu bowiem poświęcono tam ledwie trzy strony, przedstawiając je jak każdą inną miejscowość - w tym wypadku wartą odwiedzenia ze względu na stare budynki z czasów Habsburgów, kościoły katolickie i luterańskie, cerkwie prawosławne, katedrę ormiańską oraz okazałe gmachy mieszczące dawniej siedzibę prawosławnych metropolitów Bukowiny, a obecnie Uniwersytet imienia Jurija Fedkowycza. Na zamieszczonej w książce mapie widniały ukraińskie nazwy ulic i miejsc, a jej niewielki rozmiar utrudniał odnalezienie wspominanych zawsze przez rodziców odpowiedników Herrengasse czy Ringplatzu. Ponadto w przewodniku Żydzi pojawiali się jako ledwie jedna z wielu współczesnych grup ludności, co było bardzo dezorientujące, bo jakoś trudniej było mi patrzeć na Czernowitz jak na zwykłe miejsce, takie jak wiele innych z moich licznych podróży, niż jako na miejsce potencjalnie niebezpieczne, w którym ktoś może na mnie napaść lub mnie zaczepić.
Gdy jednak w końcu wyruszyliśmy w drogę, lot liniami Ukraine International Airlines okazał się jak najbardziej zwyczajny, a przyjazd do Lwowa odbył się bez żadnych przygód. Musieliśmy okazać i zadeklarować całą przywiezioną gotówkę, co było dość złożoną operacją, gdyż pieniądze starannie ukryliśmy na sobie i w naszych ubraniach. Rodzice zawsze nerwowo reagują na wszelkich urzędników, zwłaszcza jeśli mówią po rosyjsku lub też - jak w tym wypadku - po ukraińsku. Czułam, że muszę ich chronić, ale nie znałam ukraińskiego i to ja musiałam prosić ich o tłumaczenie i wyjaśnienia.
Niemniej jednak formalności wjazdowe i celne przebiegły stosunkowo szybko i po wyjściu z lotniska ucieszył nas widok Oleksija, wysokiego młodego mężczyzny przysłanego przez biuro podróży, który miał nas odebrać i zawieźć do Czerniowców. Zaprowadził nas do starego rozklekotanego busa, wrzucił bagaże na tył i już parę minut później jechaliśmy na południowy wschód obrzeżami Lwowa, zabudowanymi blokami w radzieckim stylu. Zwiedzanie centrum miasta - dawnego słynnego austriackiego Lembergu i polskiego Lwowa - zaplanowaliśmy na czas w drodze powrotnej z Czerniowców.
Mama, która cierpi na chorobę lokomocyjną, usiadła z przodu i już po kilku minutach nawiązała z Oleksijem rozmowę łamanym, ale zrozumiałym rosyjskim. Kierowca wydawał się zachwycony, że mama potrafi się z nim dogadać, więc konwersowali przez całą drogę. Od czasu do czasu mama odwracała się, by zapytać ojca o jakieś słowo lub przetłumaczyć nam kilka faktów o Lwowie, okolicy lub rodzinie Oleksija. I choć podróż trwała dobrych kilka godzin, przez całą drogę moja mama była ożywiona i radosna.
Gdy wyruszaliśmy, było późne popołudnie - piękny, jasny, wczesnojesienny dzień. Wyboista dwupasmowa droga mijała zielone łąki, małe wioski z barwnymi cerkiewnymi kopułami w kształcie cebuli i spiczastymi wieżami kościołów, rozległe pola pszenicy, pasące się kozy i krowy. Kilka razy musieliśmy się zatrzymać, bo przed naszym volkswagenem przeleciały stada białych gęsi. Wioski nie wyglądały na zamożne, ale były zadbane, z ogrodzonymi podwórkami i pomalowanymi domami. Prezentowały się zupełnie inaczej niż miejscowość na fotografiach z wystawy w Nowym Jorku. Krajobraz przypominał mi rumuńską wieś z odbywanych w dzieciństwie wycieczek, a widok gęsi, kaczek i bocianich gniazd na słupach telefonicznych wprawiał mnie w zachwyt. Carl i Lotte nigdy wcześniej nie byli w tym regionie. Stanowił on bowiem część Galicji - sąsiedniej prowincji imperium Habsburgów, która później przypadła w udziale nie Rumunii, jak Bukowina, lecz Polsce. Dotarłszy do granicy między Galicją a Bukowiną, zwróciliśmy na nią uwagę. Leżała bowiem ledwie około trzydziestu kilometrów od rumuńskiego Cernău?i, ale w czasie II wojny światowej rozdzielała kolaborującą z Niemcami Rumunię od okupowanej przez III Rzeszę Polski, stanowiąc wówczas dla Żydów takich jak moi rodzice granicę między szansą na przeżycie pod rządami Rumunów a prawie pewną śmiercią pod okupacją hitlerowską.
Jechaliśmy już od ponad czterech godzin. Zatrzymaliśmy się tylko raz na stacji benzynowej, by skorzystać z obskurnego wychodka. Dało się tam kupić jedynie słodkie pomarańczowe napoje gazowane. Byliśmy spragnieni, głodni, zmęczeni, ale mimo to odczuwaliśmy podniecenie i dreszczyk emocji. Gdy w końcu wjechaliśmy do Czerniowców, zapadł już zmrok. Okazało się, że główna droga dojazdowa do miasta jest zamknięta i musimy jechać objazdem. Krążyliśmy po nowszych i starszych dzielnicach pogrążonej w mroku miejscowości, w której rodzice bezskutecznie starali się rozpoznać jakieś charakterystyczne obiekty, i tylko w pewnym momencie wydawało im się, że mijamy główny dworzec kolejowy. Wypowiadali niemieckie nazwy ulic, pytając się nawzajem, czy przypadkiem nie jest to Siebenbürgerstrasse lub też Hauptstrasse. Oleksij, lwowianin z pochodzenia, był równie zagubiony i cztery razy zatrzymywał się, by spytać o drogę, co nie było łatwe, bo ulice wyglądały na opustoszałe. W pewnej chwili musieliśmy nawet cofać przez całą długość ulicy. Powtarzałam sobie, że podróż w przeszłość musi być pełna przeszkód i błędnych skrętów. W końcu po jakichś trzydziestu minutach, które zdawały się ciągnąć godzinami, zajechaliśmy przed ogromny betonowy budynek, pożegnaliśmy się z Oleksijem i po stopniach w dużej klatce schodowej weszliśmy do niemal zupełnie ciemnej przestrzeni. Po kilku minutach oczy przyzwyczaiły się do mroku i dostrzegliśmy lampkę na drugim końcu rozległego pustego holu. Skierowaliśmy się do recepcji. Byliśmy w hotelu Czeremosz, który później żartobliwie nazwaliśmy z francuska Cher et Moche (czyli "drogi i brzydki")6.
Księgozbiór Rosy
Choć było już dość późno, Carl zadzwonił z hotelu do Rosy Roth Zuckermann i umówił nas na wizytę następnego dnia rano. Rosa, kuzynka Carla, córka Lotti, siostry jego matki, i jej męża Leona, miała prawie dziewięćdziesiąt lat i była jedyną członkinią rodziny, która pozostała w radzieckich wówczas Czernowcach po przejęciu kontroli nad północną Bukowiną przez Sowietów pod koniec II wojny światowej. Przeżyła deportację, a także prawie trzy lata wysiedlenia i nędzy w Transnistrii, gdzie podczas mroźnej zimy 1941 roku na tyfus zmarli jej pierwszy mąż, synek i rodzice. Po powrocie wyszła ponownie za mąż - za nauczyciela Martina Zuckermanna. W 1949 roku urodził im się syn Felix. Ona również została nauczycielką i uczyła języków obcych - najpierw francuskiego w szkole, a potem prywatnie niemieckiego i angielskiego. Jej mąż zmarł na początku lat osiemdziesiątych.
Rosę spotkałam tylko raz, jako dziecko, w 1958 roku w Bukareszcie, gdy wraz z Felixem na krótko odwiedziła naszą rodzinę. Mimo że po naszym wyjeździe do Stanów Zjednoczonych rodzice utrzymywali z nią kontakt listowny, od tamtej pory się nie widzieliśmy.
Wczesnym rankiem następnego dnia, podekscytowani, spotkaliśmy się z Felixem Zuckermannem na Ringplatzu, dokąd dotarliśmy taksówką, i już razem udaliśmy się na ulicę Clary Zetkin, dawną Pardinigasse, przy której Rosa mieszkała przez ostatnie pięćdziesiąt lat. Znajdowało się tam kilka willi, małych kamienic i skromniejszych budynków mieszkalnych wzniesionych w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku. Ulica była jednak w opłakanym stanie: zniszczone chodniki i podziurawioną jezdnię porastały bowiem dzikie trawy i małe krzaki. Rosa, uśmiechając się szeroko, pomachała do nas z okna ostatniego piętra kamieniczki położonej na początku ulicy i zaprosiła do wejścia na górę.
Przywitała nas radośnie w drzwiach mieszkania, obejmując i całując każdego z osobna, żywo przy tym komentując, że dobrze wyglądamy i że cieszy się wielce z naszych odwiedzin. Była niską, zażywną kobietą o błyszczących, jasnych, głęboko osadzonych oczach, falujących siwych włosach i ciepłej, ujmującej twarzy. Emanowała zadziwiającą jak na jej wiek energią i rześkością. Wyraźną, starannie wymawianą niemczyzną, choć z lekkim bukowińskim zaśpiewem, zaprosiła nas do salonu, a gdy już mieliśmy usiąść, zaproponowała, że oprowadzi nas po mieszkaniu. Było to pierwsze prywatne lokum, jakie odwiedziliśmy w Czerniowcach. Zszokował mnie stan budynku, w którym się mieściło. Podwórko, tak jak ulica, było pełne dziur i krzaków, mała sień wejściowa - zagracona i niezamieciona, korytarz i klatka schodowa - zawilgocone i słabo oświetlone, a ze ścian odpadała ciemnozielona farba.
Jednak za drzwiami mieszkania Rosy naszym oczom zaczął się ukazywać inny świat. Na pierwszy rzut oka zdawało się, że cofnęliśmy się w czasie - jakbyśmy wrócili do okresu, gdy Czernowitz rzeczywiście było stolicą austriackiej prowincji, gdzie "żyli ludzie i książki". Jej mieszkanie z pewnością nigdy nie było lokum bogaczy: miało pokoje skromnych rozmiarów, zgrabne, choć nie eleganckie, wysokie sklepienia, dobry parkiet i piece kaflowe na całą wysokość ściany. W oczy rzucały się również jego mniej atrakcyjne cechy: mała łazienka z zimną wodą, cieknące rury, wysłużone piec kuchenny i lodówka. Jednak eklektyczne meble i wystrój zdecydowanie przewyższały cechy konstrukcyjne i słabe wyposażenie mieszkania. Z sufitów wzdłuż okien zwisały koronkowe firanki, przydając wnętrzu przytulności. Półki i różne stoliki przystrojone były świeżymi kwiatami w ozdobnych szklanych wazonach. Przyciemnione oświetlenie sufitowe pokojów i salonu uzupełniały lampy podłogowe i stołowe. Znaczną część przestrzeni zajmowały tapicerowane krzesła z nieokreślonej epoki oraz stare lakierowane stoły, duże i małe, wszystkie pokryte serwetkami i szpargałami. Oprócz bibelotów powierzchnię stołów prawie zupełnie przykrywały stosy książek, czasopism i gazet. Pod ścianami ustawione były szafy i pełne książek regały. Na ścianach zaś i na półkach we wszystkich pokojach widniały zdjęcia budynków i zabytków starego Czernowitz oraz fotografie w ozdobnych ramkach - dużo młodszych Rosy i Felixa, Rosy i Martina Zuckermannów oraz braci Rosy jako młodych mężczyzn - Arthura, Paula i Munia - a także różnych innych krewnych i znajomych.
- Rozgośćcie się - powiedziała Rosa, gdy wróciliśmy do salonu, i skrzętnie usunęła ze stołu książki i inne lektury, by zrobić miejsce na filiżanki i spodki. - Mogę zaproponować herbatę z cytryną lub nescafé i kawałek tortu, który upiekła matka jednego z moich uczniów.
Jej uczniowie, jak wyjaśniła, a zwłaszcza dzieci, okazywali jej sympatię oraz przywiązanie i gdy przychodzili na lekcje, często przynosili ciasto, kwiaty i słodycze - "małe podarunki", jak je nazywała.
Z pytań o pierwsze wrażenia, jakie zrobiło na nas miasto, i o zmiany, jakie w nim zaszły od czasu wyjazdu Lotte i Carla, rozmowa szybko przeszła do tematu zdrowia i obecnej sytuacji różnych bliskich krewnych rozproszonych po świecie. W końcu jednak podeszliśmy z Leo do jednego z przeszklonych regałów, do którego przyciągnęły nas okładki kilku książek, a zwłaszcza cztery małe pamiątkowe popiersia cesarza Franciszka Józefa z cyny i gipsu oraz dwie oprawione w ramki kolorowe pocztówki z cesarzową Sisi, jego żoną. Rosa, dostrzegłszy najwyraźniej moje zaskoczenie i rozbawienie na widok tego małego cesarskiego panteonu, skinęła głową z uśmiechem.
- Tak, nadal jestem monarchistką. Tęsknię za tymi dobrymi czasami. Te pamiątki przysyłają mi znajomi z Wiednia. Jestem też wciąż syjonistką - dodała, wskazując na małą izraelską flagę w rogu tej samej półki. - Zawsze byłam syjonistką, nigdy komunistką.
Fot. 4. Rosa Zuckermann w swoim mieszkaniu
Dzięki uprzejmości Helmuta Kusdata
Brak ideowej zgodności między monarchizmem a syjonizmem zdawał się Rosie w ogóle nie przeszkadzać, a my z Leo nie domagaliśmy się żadnych wyjaśnień. Zauważywszy jednak nasze zainteresowanie książkami, podeszła do regałów, których zawartości się przyglądaliśmy.
Wśród książek znajdowały się dzieła najważniejszych przed- i powojennych niemiecko-żydowskich pisarzy bukowińskich, jak również tradycyjne teksty, które ukształtowały ich twórczość7. Bezładny na pozór księgozbiór Rosy był więc świadectwem nie tylko żywotności i trwałości odrębnej kultury bukowińskiej, ale także jej rozproszenia i rozpadu. Najbardziej oczywiste wydawały się zbiory autorów z Czernowitz wydane niedawno - w niektórych przypadkach pośmiertnie - niemieckie i austriackie, w miękkiej i twardej oprawie, a także przekłady na angielski, francuski, rosyjski i ukraiński: tomy poezji Paula Celana i Rose Ausländer oraz książki na ich temat, korespondencja Celana z Nelly Sachs, monografie autorstwa Selmy Meerbaum-Eisinger, Viktora Wittnera i Alfreda Kittnera, utwory Eliezera Steinbarga i Icyka Mangera w niemieckim przekładzie z jidysz oraz ostatnie antologie Fäden ins Nichts gespannt [Nici rozciągnięte w nicość] i Versunkene Dichtung der Bukowina [Zatopiona poezja Bukowiny]. Książki te nie były ułożone zwyczajnie, grzbietami, lecz zwrócone okładką na zewnątrz, jak na wystawie w księgarni, a z wielu z nich spoglądały na nas portrety Celana i Ausländer. Za nimi i pod nimi widnieli niemieccy klasycy - Goethe, Schiller, Heine, Rilke, Mann, Hauptmann, Keller, Storm - a także wielu innych niemiecko-żydowskich pisarzy, takich jak wykształcony w Czernowitz Karl Emil Franzos. Frontem na zewnątrz wystawiony był również Die Welt von Gestern [Świat wczorajszy] Stefana Zweiga - wspomnienia o optymizmie doby Habsburgów oraz upadku i przygnębieniu okresu po I wojnie światowej - jakby okładka miała stanowić komentarz do całej zawartości. Podobnie ułożone były Exil [Wygnanie] Liona Feuchtwangera oraz Mein Leben [Moje życie] Marcela Reich-Ranickiego (w angielskim przekładzie jako The Author Himself. The Life of Marcel Reich-Ranicki). A jednak mimo przemożnego nacisku na literaturę będącą ucieleśnieniem czy też odniesieniem do nieistniejącego już wczorajszego świata austro-niemieckiego nie zabrakło też rumuńskich dzieł autorstwa Mihaia Eminescu i Iona Luki Caragiale, wielu tytułów rosyjskich i ukraińskich - Tołstoja, Dostojewskiego, Gogola, Bakunina, Kobylańskiej - jak również niemieckich, angielskich, amerykańskich i francuskich powieści z końca XX wieku oraz klasycznych publikacji encyklopedycznych, szczególnie po niemiecku, takich jak słownik Der große Duden. Na półkach stały też książki o obozach koncentracyjnych z czasów wojny - Viktora Frankla, Brunona Bettelheima, Primo Leviego - oraz izraelska literatura piękna w niemieckim przekładzie. Na widocznym miejscu znajdowały się książki Amosa Oza.
- Te książki - tu Rosa wskazała na klasyków - to lektury mojej młodości. Moja mama poezję Heinego, Schillera i Goethego znała na pamięć i gdy byłam dziewczynką, razem z ojcem czytali mi ich wiersze. Skończyli tylko cztery klasy, ale byli bardzo oczytani. - Przyglądając się, jak przerzucamy strony kolejnych książek, kontynuowała: - Zostało nas tu tylko kilka osób - to znaczy starych czernowitzerów, którzy nadal mówią po niemiecku i czytają te książki. Ale ja nadal wolę Heinego od Celana. A wy nie?
Wielu, jeśli nie większość, czerniowieckich Żydów z pokolenia Carla, Lotte i Rosy - zarówno robotników, jak i przedstawicieli klasy średniej - dorastało z takimi regałami, jakie stały w mieszkaniu Rosy - wypełnionymi w dużej mierze niemiecką i niemiecko-żydowską klasyką. Ilana Shmueli, mieszkająca dziś w Izraelu, w swoim wspomnieniowym eseju pisze o "pięknie rzeźbionej, mahoniowej szafie, która stała u rodziców w salonie i była przeważnie zamknięta na klucz. Znajdowały się w niej oczywiście tomy klasyków z tłoczonymi na złoto grzbietami, nowe i nietknięte. Była tam również sekcja żydowska - Historia Żydów Grätza, Altneuland [Stara-nowa ziemia] Herzla itd. Biblii w domu nie mieliśmy"8. Jednak główna zawartość regału Rosy - dzieła Celana i Ausländer, które przyniosły Czerniowcom uznanie i sławę (i które, w odróżnieniu od książek ze zbiorów rodziców Ilany Shmueli, naprawdę były czytane) - pochodziła z nowszych czasów. Ta przed- i powojenna literatura pisarzy rodem z Czernowitz/Cernău?i oraz wygnańców mieszkających w wielojęzycznej diasporze powstała bowiem w "zdeterytorializowanej" niemczyźnie - w czasie, gdy niemiecki nie był już na Bukowinie językiem urzędowym - i odzwierciedlała bezgraniczne przywiązanie do austro-niemieckiej tożsamości wbrew rumunizacji, sowietyzacji, antysemityzmowi, a ostatecznie także deportacji i wygnaniu.
Wiele z tych książek, stanowiących też część księgozbiorów moich rodziców w New Hampshire i na Florydzie, reprezentowało literaturę bukowińską pisaną niemczyzną, którą Rose Ausländer określiła mianem "słowa wykorzenionego". Wyrażały one i ucieleśniały zarazem sprzeczności, które nas tu przywiodły9. Zawsze mnie zastanawiało, jak bogatemu, kosmopolitycznemu i wielokulturowemu środowisku Czernowitz udało się przetrzymać tak wiele ataków i trwać dalej w swych potomkach. Czy w samym mieście jest jeszcze dla niego miejsce, czy też na zawsze pozostanie ono w sferze wspomnień i fantazji wygnańców? Co znajdziemy - co znajdą moi rodzice - podczas naszych poszukiwań?
Nie bez trudu uświadomiłam sobie, że moją ambiwalentną nostalgię za Czernowitz napędzały sprzeczności między "domem" a "wrogim terytorium". Wiedziałam, że nie jestem ich w stanie pogodzić, i nie chciałam tego robić. Jednak ambiwalentna nostalgia moich rodziców zrodziła we mnie potrzebę scalenia zerwanej tkanki boleśnie pokawałkowanej historii. "Powrót" z nimi do tego miejsca, odnalezienie w nim Rosy i Felixa, otoczonych obiektami literatury i kultury, które rozpoznawałam z półek własnego dzieciństwa i młodości - to wszystko zdawało się stanowić pierwszy krok w szeroko rozumianym procesie przywracania i odzyskiwania zerwanych więzi i powiązań. Jednocześnie zaś, podobnie jak inne dzieci wygnańców i uchodźców, odziedziczyłam po rodzicach świadomość kruchości miejsca, podejrzliwość wobec pojęcia domu. Pytanie "Skąd jesteście?", zadane tamtego ranka przez nieznajomą kobietę, i jednoznaczna odpowiedź mojej matki miały mnie prześladować przez pierwsze dni pobytu w dawnym Czernowitz.