Pewnego sobotniego poranka na początku zimy wybrałem się z córką z domu w północnym Berlinie do centrum miasta. Naszym celem była Wyspa Muzeów, ten hołd złożony królewskiemu ego, spełnienie monarszego kaprysu na brzegach Sprewy. Zespół muzeów zastąpił tu dawną zabudowę, pomieścił dzieła sztuki i zrabowane artefakty należące do pruskich władców - dziewiętnastowieczna wersja tych placówek muzealnych, które dziś powstają nad Zatoką Perską. Nadal jest to miejsce nierzeczywiste. Tego ranka, gdy Lotte i ja przekroczyliśmy kamienny most prowadzący na wyspę, na sąsiednich ulicach panował spokój. Zdezorientowani turyści zabijali czas, czekając, aż miasto się obudzi, ponieważ miejscowi odsypiali szaleństwa minionej nocy. Dołączyliśmy do grupy, która właśnie wysypała się z autokaru z aparatami i kamerami, by przy wtórze klikania i warkotu uwieczniać bombastyczną architekturę budynków muzealnych. Wzniesiono je, by robiły wrażenie, a kiedy otworzono drzwi muzeum i tłumek zagarnął nas do środka, podniecone głosy ściszyły się do pomruku, jak gdyby wspaniałość wnętrz je uspokoiła i przytłumiła.
Wspiąwszy się schodami na samą górę, ruszyliśmy obwieszonym obrazami korytarzem, nie zatrzymując się po drodze, ponieważ przyjechaliśmy tu tylko z jednego powodu i interesował nas tylko jeden twórca. W sercu Berlina szukaliśmy Bałtyku, niemieckiego wybrzeża uchwyconego na płótnach Caspara Davida Friedricha. W tym muzeum jego dzieła wypełniały całą salę, a dominowały w niej dwa obrazy, cel naszej wycieczki. Zostały namalowane w tym samym okresie, między 1808 a 1810 rokiem, i nabyte przez króla Prus, by już zawsze wisieć obok siebie. I tu właśnie je zobaczyliśmy.
Der Mönch am Meer [Mnich nad brzegiem morza] po lewej. Abtei im Eichwald [Opactwo w dębowym lesie] po prawej.
Na pierwszym z nich samotny mnich stoi na szczycie klifu nad wzburzonym morzem, pod złowrogo wyglądającym niebem. Na drugim procesja mnichów wędruje z powagą przez ruiny opactwa znajdującego się kilkaset metrów od wody. Oba te obrazy odzwierciedlają w pewnej mierze moją fascynację ziemiami ciągnącymi się wzdłuż wybrzeża Bałtyku, fascynację, która rozwinęła się w ciągu piętnastu lat spędzonych w Niemczech. Melancholijne piękno jednostajnego krajobrazu na szczycie klifu. Ruiny Eldeny sugerujące głębszą historię. I tak samo jak w przypadku samych ziem, im dłużej patrzyłem na te płótna, tym więcej odkrywałem.
Spędziliśmy w tej sali jakieś pół godziny i choć Lotte wędrowała między różnymi obrazami wiszącymi na ścianach, to ja wpatrywałem się głównie w te dwa.
- Który ci się podobał najbardziej? - spytałem córki, gdy schodziliśmy po schodach i wracaliśmy na szare ulice zaczynające budzić się na weekend. Wybrała scenę górską: jasną, teatralną, heroiczną, i ruszyła naprzód. Szedłem za nią z głową wypełnioną myślami o mnichu stojącym na klifie i wzburzonych falach Bałtyku za nim.
Moja partnerka Katrin urodziła się naprzeciwko Wyspy Muzeów, po drugiej stronie rzeki, ale pierwszych jedenaście lat życia spędziła na wybrzeżu Bałtyku. Było to też ostatnich jedenaście lat Niemieckiej Republiki Demokratycznej, powojennego socjalistycznego eksperymentu na niemieckiej ziemi. Jej rodzina przeprowadziła się z powrotem do Berlina podczas tego dziwnego okresu jedenastu miesięcy między upadkiem muru berlińskiego w listopadzie 1989 roku a zjednoczeniem kraju na jesieni 1990 roku. Inaczej niż w Niemczech Zachodnich, które miały dostęp i do Morza Północnego, i do Bałtyku, w Niemczech Wschodnich morze oznaczało Ostsee, z wybrzeżem ciągnącym się od wewnątrzniemieckiej granicy w Priwall, odrobinę na północ od Lubeki, po granicę z Polską na wyspie Uznam. Przez pierwszą dekadę życia Katrin mieszkała na Rugii, zaledwie kilka kilometrów od miejsca, gdzie na szczycie klifu stał mnich Friedricha, a potem w starym hanzeatyckim mieście Stralsund. Wakacje spędzała na obozach w innych miejscowościach nad Bałtykiem. I mimo że po transformacji przeprowadziła się do miasta, w którym się urodziła, coś z Bałtyku pozostało - i wciąż pozostaje - bliskie jej sercu.
Niemcy często posługują się pojęciem Heimatu, luźno (i niedokładnie) tłumaczonym jako "prywatna ojczyzna" czy "mała ojczyzna". Zasadniczo słowo to oznacza przestrzeń, w której czujemy się jak w domu, a dla wielu osób jest tożsame z niemal duchowym poczuciem przynależności - połączeniem tożsamości i miejsca - zakorzenionym w kulturze, języku, rodzinie i tradycjach. Może się to wyrażać w zwrocie z lokalnego dialektu czy przepisie na konkretną potrawę. W obecnych czasach może też wyrastać z poparcia dla danego klubu piłki nożnej lub upodobania do serii książek kryminalnych osadzonych w konkretnym regionie czy mieście. Prymat Heimatu w niemieckiej tożsamości jest znacznie starszy niż niemieckie państwo, a po II wojnie światowej doszło do pewnego odrodzenia tego pojęcia, kreowanego szczególnie w książkach i filmach. Skoro pojęcie Niemiec i niemieckości zostało być może na zawsze zbrukane przez nazistowskie zbrodnie i skoro trudno było się zdobyć na jakieś poczucie przynależności do dwóch nowych, narzuconych z zewnątrz państw niemieckich powstałych na ruinach wojennych, było coś pocieszającego w oferowanym przez Heimat lokalnym patriotyzmie.
Mało prawdopodobne, a zdaniem niektórych nawet niemożliwe jest wiązanie się w ten sposób przez jednego człowieka z dwoma miejscami. A jednak Katrin, która uważa się za berliniankę do szpiku kości, w przypadku Heimatu okazuje się rozdarta. Choć w stolicy czuje się jak w domu, to ilekroć staje na ścieżce przez wydmy albo na szczycie piaszczystego klifu, pod szerokim niebem rozpostartym nad płaskim krajobrazem bałtyckiego wybrzeża, by spojrzeć na wody swego dzieciństwa, mówi o poczuciu przynależności i wewnętrznego spokoju.
Od ponad dziesięciu lat co najmniej raz w roku jeździmy na wybrzeże. Wyruszamy z Berlina na północ do Kühlungsbornu i na półwysep Fischland-Darß-Zingst, do ulubionych miejsc w Stralsundzie, na wyspy Rugię i Uznam. To podczas tych wypraw rodziły się powoli moja fascynacja wybrzeżem, a także pomysł serii podróży do miejsc dzieciństwa Katrin i naszej wspólnej wyobraźni, by szukać - jak plażowicze grzebiący patykami w kamykach z nadzieją na znalezienie kawałka bursztynu - opowieści z wybrzeża. Zamierzałem podążyć od dawnej wewnątrzniemieckiej granicy na zachodzie do granicy z Polską na wschodzie.
Będzie to Bałtyk z moich wędrówek i fantazji, miejsce, gdzie Katrin dorastała w kraju, który już nie istnieje.
Wieczorem przed moim pierwszym wyjazdem na północ w poszukiwaniu ukrywających się wśród piasków opowieści wiatr szarpał oknami naszej dziewiętnastowiecznej kamienicy, wirując na ciemnym dziedzińcu i chłoszcząc dachy. Byłem już niemal spakowany, zastanawiałem się tylko nad zabraniem jeszcze jednej rzeczy. Tydzień wcześniej odwiedziliśmy rodziców Katrin. Podczas gdy w salonie w telewizji leciał mecz piłkarski, matka Katrin wcisnęła mi w rękę zbiór zdjęć.
- Może cię zainteresują - powiedziała.
Uśmiechnąłem się i podziękowałem, ale ich wtedy nie obejrzałem. Nie wiem dlaczego. Może właśnie padł gol w Moguncji, Fryburgu albo Monachium. Może Lotte zadała mi jakieś pytanie. Może przyszedł brat Katrin ze swoim synem. Dopiero później, gdy pakowałem torbę, przypomniałem sobie o fotografiach i wyciągnąłem je z płóciennego worka, w którym zostawiłem je w holu.
Rozłożyłem na kuchennym stole karty szorstkiego, grubego brązowego papieru z przyczepionymi do nich zdjęciami. Przedstawiały rodzinę Katrin, w tym jej babcię jako małą dziewczynkę. Na niektórych kartach umieszczono dwie fotografie. Na innych - trzy lub cztery. Na kilku porządnie podpisano je białym ołówkiem, ale większość miała mówić sama za siebie. Było jasne, że to babcia Katrin zebrała te zdjęcia i że zrobiła to już jako dorosła kobieta, z perspektywy kilkudziesięciu lat patrząc na siebie samą w wieku lat sześciu czy siedmiu. Podczas ich przerzucania uświadomiłem sobie, że żadna z występujących na zdjęciach osób już nie żyje.
Szorstkie karty nie były połączone, ale jedna z nich wyraźnie stanowiła okładkę zbioru. Znajdowała się na niej fotografia przystojnej kobiety w chustce na głowie, ubranej w kwiecistą bluzkę i białe spodnie do połowy łydki. Za ręce prowadzi tam dwie dziewczynki, z których jedna trzyma z kolei dłoń chłopca. Matka i syn uśmiechają się do obiektywu, podczas gdy dziewczynki (jedna z nich to babcia Katrin) nie wyglądają na zachwycone. Wiatr wieje od morza, niewidzialnego w kadrze, owija im sukienki wokół nóg i bije włosami po twarzach. Scena na plaży za czterema idącymi postaciami nieco się rozmywa: piasek wypełniają kształty ludzi i wiklinowe kosze plażowe. Fotografia jest czarno-biała, widać jednak, że świeci słońce.
Na dworze wiatr wciąż trząsł oknami naszego mieszkania.
Trzymałem fotografię w dłoniach. Był to ładny portret rodzinny, a jedyny brakujący jej członek prawdopodobnie obsługiwał aparat. Letnie wakacje nad morzem. Zdjęcie podpisano tym porządnym pismem, którym później, o wiele później, były adresowane przysyłane mi życzenia urodzinowe. Podpis umieszczał zdjęcie w konkretnym miejscu i konkretnej chwili w czasie.
ZINNOWITZ
1934
AUF DER SEEBRÜCKE
Miejscowość. Rok. Miejsce. Babcia Katrin i jej rodzina spacerowali po molu w Zinnowitz w lecie 1934 roku. Zebrałem karty i umieściłem ostrożnie w kopercie. Zadecydował rok. Było to coś więcej niż rodzinna pamiątka. Włożyłem zdjęcia do płóciennej torby, by zabrać je ze sobą na wybrzeże.
Następnego ranka przybyłem na Zentraler Omnibusbahnhof Berlin (ZOB) około siódmej. S-Bahn, którym jechałem, był pusty, poza jedną parą wracającą do domu, podczas gdy ja go opuszczałem, ale na dworcu autobusowym panował tłok. Drużyny sportowe wyjeżdżające na mecze. Dziewczyny po wieczorze panieńskim oszczędzające na pokoju hotelowym i wolące odespać noc w drodze powrotnej do domu na prowincji. Studenci stojący z ogromnymi plecakami przy nogach na upstrzonym gumami do żucia chodniku. Byli też ci, dla których ZOB sam w sobie stanowił punkt docelowy - patrolowali poczekalnie wyposażone w przymocowane do podłogi plastikowe krzesła, w podcieniach pod brudnym szklanym dachem palili wyżebrane papierosy wśród porzuconych na betonie petów i zgniecionych papierowych kubków.
Kupiłem kawę w automacie koło kiosku z gazetami i przyglądałem się, jak dziewczyny z wieczoru panieńskiego liczą, kogo jeszcze brakuje, denerwując się coraz bardziej, w miarę zbliżania się czasu odjazdu autobusu do Drezna. Policyjna tabliczka przestrzegała przed kieszonkowcami, inna wzywała do zgłaszania się świadków popełnionej przed kilkoma dniami zbrodni. Nigdy jeszcze nie odjeżdżałem z ZOB, a jednak czekając na autobus do Lubeki, nie mogłem opędzić się od myśli, że już tu kiedyś byłem. Odór spalin z diesli, taniej kawy i starego dymu z papierosów przypomniał mi londyński dworzec Victoria kilka miesięcy po ataku na World Trade Center i nocną podróż z Niemiec do Lancashire. Nieustanne wezwania do zachowania ostrożności. Ostrzeżenia przed kieszonkowcami, porzuconym bagażem. Wieczna czujność. A także inną scenę, wcześniejszą o kilka tygodni: zbudowany w czasach Tity dworzec w Zagrzebiu i oczekiwanie na autobus do Sarajewa. Betonowe podłogi. Pety i kubki po kawie. Ostrzeżenia przed niebezpieczeństwem. Jedno miejsce budziło wspomnienia o innych. Na dworcu autobusowym w Sarajewie, gdy tam w końcu dotarłem, kupiłem croissanta z czekoladą. Bez smaku słabej kawy z automatu i syku otwieranych drzwi autobusu na ZOB niemal piętnaście lat później nigdy bym sobie tego nie przypomniał.
Była to moja pierwsza długa wyprawa autobusem od tamtej podróży do domu na Boże Narodzenie w 2001 roku. Zazwyczaj jeździłem po Niemczech pociągiem lub samochodem, jednak niedawna deregulacja transportu autobusowego uruchomiła liczne nowe połączenia, które teraz migały na elektronicznych tablicach w ZOB, pokazujących ponad dziesięć odjazdów na godzinę. Darmstadt i Garmisch. Ilmenau i Ulm. Essen i Bottrop. Tanie bilety i wi-fi odciągały od pociągów podróżnych, którzy liczyli się z pieniędzmi. Kiedy nadeszła pora odjazdu, mój autobus podjechał na przystanek i wspięliśmy się do środka. Miałem jakieś piętnaścioro towarzyszy podróży, a gdy zajęliśmy miejsca, zacząłem liczyć w głowie wszystkie wyprawy autobusowe w dzieciństwie i młodości, od przemierzania byłej Jugosławii po szkolne wycieczki przez nudne równiny północnej Francji i wzdłuż baśniowych brzegów doliny Renu. Belgijskie stacje benzynowe i promy przez kanał La Manche. Kierowcy autobusów niechętnie zamieniający Nancy Sinatrę na The Prodigy. Szmuglowana wódka i pomarańcze. Petardy i wieże strażnicze z czasów II wojny światowej. Kolejne croissanty z czekoladą.
Cel podróży budził własne wspomnienia. Wyprawa na wybrzeże stanowiła ucieczkę od rutyny i normalnego funkcjonowania tak teraz, jak i dawniej. Dorastałem jakieś dwadzieścia pięć kilometrów od morza i niewiele dalej od jednego z wielkich angielskich miast portowych, a jednak Morze Irlandzkie nie odgrywało zbytniej roli w moim codziennym życiu. Podczas wyjazdów na zakupy do Southport zawsze wydawało mi się bardziej teorią niż czymś realnym, artykułem wiary, że gdzieś tam jest, niewidoczne za piaszczystymi wattami. W Liverpoolu chodziliśmy na Albert Dock, ale Mersey to mimo wszystko zdecydowanie rzeka, a morze znajdowało się gdzie indziej, tuż poza zasięgiem wzroku. Wybrzeże było natomiast miejscem wakacyjnym, miejscem długich letnich pobytów na Anglesey lub tych szkolnych wycieczek do Francji z kruszącymi się wieżami strażniczymi. Wycieczek z biurami podróży na Teneryfę lub Korfu. Pierwszych piw, pierwszych pocałunków i nieskończonych możliwości szerokiego nieba i szerokich, otwartych przestrzeni. Wybrzeże oferowało możliwości, które wydawały się nieprawdopodobne wśród zagonów kapusty i kartoflisk w rodzinnym zachodnim Lancashire. Brzeg kanału to jednak nie to samo.
Podczas gdy autobus wyjeżdżał powoli z ZOB i posuwał się po ulicach Berlina w kierunku autostrady, zrobiłem kilka notatek dotyczących budzonej przez wybrzeże nostalgii. To nie tylko mój przypadek. Nostalgię można znaleźć w martwym nadmorskim mieście zespołu Pulp albo na wybrzeżu Jersey Bruce'a Springsteena. W starych rozkładach jazdy statków parowych wiszących w lodziarniach, widokówkach z zachodami słońca czy frustracji seksualnej przyczep samochodowych na kempingach. Gdy Katrin po raz pierwszy zabrała mnie na północ do nadbałtyckich kurortów, uderzyło mnie, jak wiele mają wspólnego ze swymi angielskimi odpowiednikami pod względem i architektury, i atmosfery.
A jednak mimo całej tej tęsknoty, mimo tego, że wybrzeże kojarzy się z dzieciństwem i niewinnością, beztroskimi dniami i nieustającym słońcem czy odkryciami okresu dorastania, ma ono również swoją mroczną stronę. Na Anglesey przyglądaliśmy się żółtym helikopterom morskiej służby ratowniczej, która prowadziła ćwiczenia na ostrych, smaganych falami skałach. Na lokalnym cmentarzu znajdował się kamień upamiętniający członków ekipy ratunkowej, którzy zginęli, próbując uratować tonących we wzburzonym morzu. Na północy Francji, za linią strażnic, znajdowały się pomniki wojenne i opowieści o lądowaniu w Normandii.
No i zawsze jest samo morze. Ogromne i potężne, mogące porwać ze skał tak, że ciało nigdy nie zostanie odnalezione. Morze, które pochłania całe statki i nie oddaje wszystkiego, co zabrało. To ta sprzeczność między potencjalną tragedią morza czy oceanu a beztroską niewinnością naszych nostalgicznych wspomnień czyni z wybrzeża tak fascynujące miejsce. Bałtyk nie jest pod tym względem wyjątkiem. To kolejny powód, dla którego znalazłem się w autobusie jadącym do Lubeki.
Parę lat temu zatrzymaliśmy się w niewielkiej drewnianej chacie na granicy miasteczka leżącego na wyspie Uznam. Za chatą zbudowano osiedle mieszkaniowe - mieszankę domów należących do tamtejszych mieszkańców, domków letniskowych i domów na wynajem, ale przed nami biegła polna droga, ciągnęły się brzozowy lasek oraz ścieżka prowadząca na szczyt piaszczystych klifów i punkt obserwacyjny. Czytałem wówczas Jan Morris i pewnego ranka, kiedy biegłem przez las, niańcząc głowę poprzedniego wieczoru brutalnie potraktowaną przez whisky, nie dawała mi spokoju przeczytana wówczas myśl: Bałtyk to "najbardziej złowieszcza i straszna z wód Europy". Miejsce wojen i zamarzniętych przestrzeni, ruchów wojsk i niewidzialnych łodzi podwodnych. Miejsce, za które walczono i dla którego umierano. Gdy dotarłem do punktu widokowego na klifach, spojrzałem na Bałtyk, który był płaski i spokojny, a słońce wisiało niskie i słabe na czystym niebie. Para łabędzi unosiła się na falach przyboju, kormorany nurkowały po ryby, wzbudzając kręgi na równej jak jezioro powierzchni morza. W oddali widziałem zmierzający do Polski tankowiec i prom w drodze do Szwecji. Tamtego ranka Bałtyk był spokojny, pogodny, wiedziałem jednak, co Morris miała na myśli.
Napisała te słowa nie z powodu jakiejś cechy wrodzonej tego krajobrazu, ale dlatego, że znała dzieje tych wód. To jej własna wiedza o historii otaczających to morze ziem ukształtowała Bałtyk z jej wyobraźni.
"Nie stoimy samotnie na szczycie góry ani na brzegu" - napisał Philip Hoare, snując rozważania nad kąpielą w jeziorze Wannsee na południu Berlina. To miejsce, które dobrze znam, gdzie wille stoją wśród wysokich drzew; miejsce klubów wioślarskich i ogródków piwnych, niedzielnych spacerów i wycieczek rowerowych na wyspy zamieszkane przez przechadzające się dumnie pawie; miejsce opowieści o cudzołóstwie pruskich monarchów. To także miejsce, gdzie w jednej z willi na końcu zielonej alei przywódcy narodowosocjalistycznej biurokracji planowali Zagładę z wszystkimi technicznymi szczegółami, zanim nie udali się na brandy i cygara do pokoju z wykuszowymi oknami wychodzącymi na jezioro. Gdy się o tym wie, kąpiel w jeziorze nabiera całkiem nowego znaczenia. Duchy Wannsee stały z Hoare'em na brzegu. Duchy Bałtyku czekały na mnie na końcu autostrady.
Dwadzieścia kilometrów od celu podróży kierowca autobusu zjechał z autostrady na stację paliw. Palacze z ulgą wysiedli. Reszta nas powędrowała do restauracji i przylegającego do niej sklepu, by spróbować nie wydać za dużo pieniędzy na czerstwe bułki, gotowane kiełbaski i batony czekoladowe. Nad asfaltem wilgotniejącym od mżawki, która pojawiła się zaraz po tym, jak się zatrzymaliśmy, niosło się ostrzeżenie kierowcy:
"Nie więcej niż piętnaście minut".
Raz jeszcze znalazłem się na tej belgijskiej stacji benzynowej, w głosie mego nauczyciela pobrzmiewało więcej nadziei niż nakazu. Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Katrin. Nie potrafiłem podróżować sam. Już nie. Moje punkty odniesienia i wspomnienia datowały się na okres sprzed dekady, o ile nie wcześniejszy. Wyszedłem z wprawy.
Autobus przyjechał do Lubeki za wcześnie, bym mógł się zameldować w pensjonacie obok dworca, gdzie zarezerwowałem pokój. Mżawka zmieniła się w deszcz, pośpiesznie skierowałem się więc do Lübecker Altstadt, starego centrum miasta, w nadziei na znalezienie pubu pokazującego mecz z Liverpoolem, a przynajmniej ciepłego i suchego miejsca, w którym mógłbym spędzić godzinę czy dwie. Nie udało mi się. Ulice Lubeki wydawały się zamknięte, wyludnione i opuszczone. Wycofałem się do pensjonatu, gdzie właściciel wręczył mi klucz bez żadnej pogawędki czy pouczeń, poza ostrzeżeniem, bym uważał na głowę ze względu na niskie belki w moim pokoju na poddaszu. Wieczorem powędrowałem do wietnamskiej restauracji obok dworca, gdzie jadłem sam w pustej sali, mając za towarzystwo jedynie dwóch kelnerów. Deszcz uderzał w szyby. Na następny poranek planowałem wędrówkę wzdłuż rzeki Trave na wybrzeże, do dawnej wewnątrzniemieckiej granicy w Priwall. Wyszukana w telefonie prognoza pogody nie zapowiadała poprawy. Zamówiłem kolejne piwo i wzniosłem toast za bałtycki deszcz i wszelkie duchy, jakie czekają na mnie na brzegu.
Po powrocie do pensjonatu wyciągnąłem z plecaka płócienną torbę i rozłożyłem na łóżku fotografie.
Dwie dziewczynki bawiące się w piasku. Słońce rysuje mocne cienie, a nad koszami plażowymi powiewają napięte przez wiatr flagi. Rodzina jest razem, siedzi na brzegu wielkiego grajdołu kopanego pracowicie cały ranek przez dzieci. Nikt nie patrzy w obiektyw w chwili, gdy trzaska migawka; skupiają się na rozmowie albo na lalkach, którymi bawią się dziewczynki, zapomniawszy już o porannym wysiłku. Scena przesuwa się teraz z plaży nad otwarty basen - rodzina pozuje na jego krawędzi - a następnie na ulicę, gdzie dziewczynki w kucykach ubrane są porządnie w żakieciki, gotowe wyjść do kościoła...
Gdy przesuwałem palcami po zdjęciach, przybliżałem je do siebie, by je dokładniej obejrzeć, jedno szczególnie zwróciło moją uwagę. Pokazywało dzieci w lesie z grupą przyjaciół. Dziewczynki miały na sobie białe sukienki, chłopcy ubrani byli w skórzane spodnie na szelkach. Najmłodszy z nich nie mógł mieć więcej niż cztery czy pięć lat, a w ręku trzymał chorągiewkę na patyku. W lesie nie było wiatru, więc flaga, trójkątny proporczyk, zwisała luźno. Było jednak coś, co rozpoznałem. Sugestia kręgu. Wzór w czerni.
Spojrzałem jeszcze raz na zdjęcie znad morza, gdzie flagi dumnie powiewały na wietrze. Tam też było to widać: ciemne tło i biały okrąg, a w środku swastyka. Lato 1934. Rok po dojściu Hitlera do władzy. Uśmiechnięte twarze na plaży, słońce wysoko na niebie. Wakacyjne fotki z beztroskich dni, dziecięcych zabaw - i świadomość tego, co miało nadejść. Jan Morris patrząca przez Bałtyk. Philip Hoare pływający w Wannsee. Sprzeczność wybrzeża. Sprzeczność tego wybrzeża.
Zebrałem fotografie i włożyłem na powrót do torby. Pukający do okna wiatr osłabł. Spojrzałem przez mokre szkło w ciemność zimowego nieba. Myślałem o dziewczynce, potem kobiecie, którą poznałem pod koniec jej życia. Pamiętam, jak ją spotkałem po raz pierwszy, kiedy późnym popołudniem szedłem ulicami wschodniego Berlina, blisko zoo. Myślałem o posiłkach w jej mieszkaniu i pierwszej wizycie z Lotte, gdy poszliśmy ją przedstawić. Myślałem o słonecznym dniu, gdy się pożegnaliśmy. Te fotografie zawierały w sobie historie, które były już dla mnie - dla nas wszystkich - niedostępne. Przygotowując rzeczy na zaplanowaną na następny ranek wędrówkę ku granicy, myślałem wreszcie o wszystkich pytaniach niezadanych tej dziewczynce z fotografii i starej kobiecie trzymającej mnie pod rękę, gdy przechodziliśmy przez ulicę; o wszystkich pytaniach, których nie przyszło mi do głowy zadać.