Duch króla Leopolda - Adam Hochschild

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (34,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

OPOWIEŚĆ TAma swój początek w zamierzchłej przeszłości, ale jej echadocierają do nas po dziś dzień. Dla mnie jednak momentem kluczowym,rzucającym światło na długie poprzedzające go i następujące ponim dziesięciolecia, jest chwila, w której pewien młody człowiekdoświadczył moralnego objawienia1.

Jest rok 1897 lub1898. Spróbujcie go sobie wyobrazić, żwawo zstępującego z parowca kursującego przez kanał La Manche, silnego, krzepkiego,dwudziestokilkuletniego mężczyznę z zakręconym wąsem. Jest pewnysiebie i wygadany, choć jego angielszczyźnie brakuje ogłady rodem z Eton czy z Oksfordu. Jest dobrze ubrany, ale jego odzież nie pochodziz Bond Street. Mając na utrzymaniu schorowaną matkę, żonę orazpowiększającą się rodzinę, nie jest typem człowieka, który łatwoulega jakiejś idealistycznej sprawie. Jego poglądy są całkowiciezwyczajne. Wygląda - bo nim jest w każdym calu - jak rozsądny,szanowany człowiek interesów.

Edmund Dene Moreljest zaufanym pracownikiem kompanii żeglugowej z Liverpoolu. Jejfilia ma monopol na cały transport towarów z i do Wolnego PaństwaKonga, bo taką wówczas nosi nazwę to ogromne terytorium w AfryceŚrodkowej, największa na świecie kolonia należąca tylko dojednego człowieka. Tym człowiekiem jest król Belgów, Leopold II,podziwiany w całej Europie monarcha-filantrop. Do swojej nowej koloniizaprosił misjonarzy. Mówi się, że jego żołnierze pokonali handlarzyniewolników, gnębiących lokalną ludność. Od wielu lat europejskiegazety wychwalają go za inwestowanie swojej prywatnej fortuny na rzeczpoprawy losu Afrykanów.

Ponieważ Morel mówipłynnie po francusku, kompania wysyła go co kilka tygodni do Belgii, bydopilnował załadunku i rozładunku statków kursujących między Belgiąa Kongiem. Choć urzędnicy, z którymi przyszło mu pracować już odlat, nadzorujący handel na tej trasie, nie widzą niczego niepokojącego,Morel od razu zaczyna dostrzegać, że coś jest nie w porządku. W Antwerpii widzi statki swojej kompanii, których luki wypełnione sąpo brzegi cennym ładunkiem kauczuku i kości słoniowej. Kiedy jednakodcumowują, by powrócić do Konga - na nabrzeżu gra wówczasorkiestra wojskowa, a ożywieni młodzi ludzie w mundurach opierająsię o burtę - wiozą z powrotem przede wszystkim oficerów armii,broń i amunicję. Nie może być tu mowy o żadnym handlu. W zamianza kauczuk i kość słoniową nie wysyła się z powrotem prawie nic,jeśli w ogóle cokolwiek. Skoro w zamian za owe bogactwa nie wraca doAfryki niemal nic, Morel zdaje sobie sprawę, że mogą one pochodzićtylko i wyłącznie z pracy niewolniczej.

Stanąwszy twarzą w twarzze złem, Morel nie odwraca wzroku. Wręcz przeciwnie, to, co widzi,ukształtuje nie tylko jego przyszłe życie, ale także niezwykły,pierwszy w XX wieku ponadnarodowy ruch w obronie praw człowieka. Rzadkokiedy jednemu człowiekowi - nawet tak zdeterminowanemu, elokwentnemu,obdarzonemu wybitnym talentem organizacyjnym i niemal nadludzkąenergią - udaje się prawie samodzielnie sprawić, by jeden tematna ponad dekadę zagościł na pierwszych stronach gazet. Zaledwiekilka lat po tym, jak pierwszy raz stanął w dokach Antwerpii, EdmundMorel będzie przyjmowany w Białym Domu, gdzie będzie się starałprzekonać prezydenta Theodore'a Roosevelta, że Stany Zjednoczone mająszczególny obowiązek zrobić coś w sprawie Konga. Będzie organizowaćdelegacje do brytyjskiego Foreign Office i zachęcać każdego,by przyłączył się do jego sprawy - od Bookera T. Washingtonaprzez Anatole'a France'a po arcybiskupa Canterbury. Zorganizujeponad dwieście masowych protestów w całych Stanach Zjednoczonychprzeciwko niewolniczej pracy w Kongu. W Anglii będzie ich jeszczewięcej - w szczycie krucjaty ponad trzysta - i będą przyciągaćnawet po pięć tysięcy ludzi2. Jedenz listów protestacyjnych w sprawie Konga do londyńskiego"Timesa" podpisze jedenastu parów, dziewiętnastu biskupów,siedemdziesięciu sześciu parlamentarzystów, siedmiu przewodniczącychizb handlu, trzynastu wydawców głównych gazet i każdy lord mayor w kraju3. Pogadanki o okropnościach dziejącychsię w Kongu króla Leopolda będą organizowane nawet w Australii, a we Włoszech dwóch mężczyzn stoczy z ich powodu pojedynek. Brytyjskisekretarz spraw zagranicznych, sir Edward Grey, człowiek daleki odskłonności do przesadzania, stwierdzi, że "w ciągu co najmniejtrzydziestu lat żadna zagraniczna kwestia nie poruszyła kraju takbardzo i tak gwałtownie"4.

Oto historia tego ruchu- historia okrutnej zbrodni, w proteście przeciw której powstał,długiego okresu odkryć i podboju, który go poprzedzał, a takżetego, jak świat zapomniał o jednym z największych masowych mordóww historii współczesnej.

* * *

Nie wiedziałem niemalniczego o historii Konga, dopóki parę lat temu nie natrafiłem napewien przypis w książce, którą wówczas czytałem. Gdy natykamy sięna coś, co robi na nas wyjątkowe wrażenie, często pamiętamy, gdziebyliśmy, gdy to się stało. W moim przypadku była wtedy późna noc,a ja, zdrętwiały i zmęczony, siedziałem na tylnym fotelu samolotulecącego przez Atlantyk ze wschodu na zachód.

Przypis dotyczył pewnegocytatu z tekstu Marka Twaina, powstałego - jak głosiła notka - gdypisarz zaangażował się w ogólnoświatowy ruch przeciwko niewolnictwuw Kongu, które pochłonęło od pięciu do ośmiu milionów istnieńludzkich. Ogólnoświatowy ruch? Pięć do ośmiu milionów istnieńludzkich? Byłem zdumiony.

Statystyki na tematmasowych mordów są często bardzo niedokładne. Jeśli jednakchoćby połowa tej liczby była prawdziwa, to Kongo byłoby jednym z największych pól śmierci w najnowszej historii. Dlaczego te śmiercinie są uwzględniane w zwyczajowej wyliczance okropności naszegowieku? I dlaczego nigdy o nich nie słyszałem? Na temat praw człowiekapisałem przecież od lat, a w ciągu moich kilku wypraw do Afryki byłemraz nawet w samym Kongu.

Było to w 1961 roku. W pewnym mieszkaniu w Leopoldville wysłuchałem wówczas jakiegoś faceta z CIA, który za dużo wypił i z satysfakcją opisywał, jak i gdzie kilkamiesięcy wcześniej zamordowano Patrice'a Lumumbę, pierwszego premieratego świeżo niepodległego kraju. Człowiek ten założył, że każdyAmerykanin - choćby tylko przebywający w Kongu z wizytą student,jak ja - będzie podzielał jego ulgę z powodu śmierci człowieka,którego rząd Stanów Zjednoczonych uważał za niebezpiecznego,lewicowego wichrzyciela. Ta rozmowa wciąż rozbrzmiewała w mojejgłowie, kiedy dzień lub dwa dni później wczesnym rankiem opuszczałemKongo, przepływając promem rzekę o tej samej nazwie, a wschodzącesłońce oświetlało ciemne, gładkie fale uderzające o kadłubłodzi.

Wiele lat później,gdy natknąłem się na ten przypis, uświadomiłem sobie własnąniewiedzę na temat wczesnej historii Konga. Zdałem sobie sprawę,że - tak jak miliony ludzi - czytałem przecież coś na ten temat- Jądro ciemności Josepha Conrada. Analizującje w college'u, skupiałem się jednak na tropach Freudowskich -mitycznych podtekstach, spojrzeniu do wnętrza postaci - traktująctę książkę jako beletrystykę, a nie literaturę faktu.

Zacząłem czytać o tymwięcej. Im bardziej się w to zagłębiałem, tym wyraźniej zdawałemsobie sprawę, że przed stu laty Kongo rzeczywiście doświadczyłozbrodni, której skala jest porównywalna z Holokaustem. Zarazem,niespodziewanie dla samego siebie, spostrzegłem, że zafascynowalimnie niezwykli bohaterowie tej opowieści. Choć Edmund Dene Morelzapoczątkował ten ruch, nie był on jednak pierwszym człowiekiem,który dostrzegł, czym naprawdę jest Kongo króla Leopolda, i próbowałzwrócić na to uwagę świata. Przed nim był George Washington Williams,czarnoskóry amerykański dziennikarz i historyk, który - jako pierwszy- przeprowadzał wywiady z Afrykanami na temat ich doświadczeń z białymi zdobywcami. Inny czarnoskóry Amerykanin, William Sheppard,opisał pewne wydarzenie, którego był świadkiem w kongijskim lesiedeszczowym, a które, jako symbol brutalności kolonializmu, wywarłoniezatarte piętno na świadomości świata. Byli też inni bohaterowie, z których najodważniejszy zakończył życie na londyńskiej szubienicy. W połowie opowieści pojawia się młody kapitan, Joseph Conrad,który spodziewał się poznać egzotyczną Afrykę z marzeń swojegodzieciństwa, ale zamiast niej znajduje "najnikczemniejszą walkęo łup, jaka kiedykolwiek splugawiła sumienie ludzkości i historięodkryć geograficznych"5. Nad nimi wszystkimimajaczy król Leopold II, człowiek chciwy i przebiegły, pełen obłudyi wdzięku, przypominający szekspirowskich złoczyńców.

Śledząc przeplatającesię losy tych ludzi, zdałem sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczyna temat okrucieństw w Kongu i poruszenia, które wywołały. Byłto pierwszy wielki międzynarodowy skandal epoki telegrafu i fotografii. Połączenie rzezi na przemysłową skalę, wyższych sfer,seksu, potęgi, jaką daje sława, rywalizacji wpływów i kampaniimedialnych, rozgrywające się w kilku krajach po obu stronach Atlantyku,wydaje się być uderzająco podobne do dzisiejszych skandali. Co więcej,w odróżnieniu od innych wielkich drapieżców historii, Czyngis-Chanaczy hiszpańskich konkwistadorów, król Leopold II nigdy nie przelałnawet kropli krwi. Jego stopa nigdy nie stanęła w Kongu. Jest w tymrównież coś bardzo nowoczesnego - niczym w przypadku pilota bombowca,który lecąc wysoko, ponad chmurami, nigdy nie słyszy krzyków ofiar,nie widzi zniszczonych domów i zmasakrowanych ciał.

Choć Europa dawnojuż zapomniała o kongijskich ofiarach Leopolda, odnalazłem ogromnąilość materiałów, pozwalających zrekonstruować ich los: wspomnieniaz Konga odkrywców, kapitanów parowców, wojskowych; dokumentacjemisji handlowych; sprawozdania z państwowych dochodzeń; orazzjawisko właściwe czasom wiktoriańskim, jakim były pozostawioneprzez dżentelmenów (a czasami i damy) zapiski z podróży. Epokawiktoriańska była złotym wiekiem listów i pamiętników. Nierzadkoma się wrażenie, że każdy, kto odwiedzał Kongo, prowadził obszernydziennik z podróży i każdego wieczora, siedząc na brzegu rzeki,pisał listy do domu.

Problemem jest to,że prawie cały ten potok słów jest dziełem Europejczyków lubAmerykanów. Gdy Europejczycy przybyli do Konga po raz pierwszy, nieznano tam pisma, co w oczywisty sposób wypaczyło sposób utrwalaniahistorii. Dysponujemy dziesiątkami wspomnień białych urzędnikówkolonialnych, wiemy, jak zmieniało się stanowisko kluczowych ludzi w brytyjskim Foreign Office, czasem nawet co do dnia. Nie mamy jednak anipełnych wspomnień, ani mówionej historii choćby jednego Kongijczykaz okresu największego terroru. Zamiast afrykańskich głosów słyszymygłównie ciszę.

Mimo to, gdyzacząłem przekopywać się przez te materiały, zobaczyłem, jakwiele ujawniają. Ludzie, którzy zajęli Kongo, nierzadko chełpilisię popełnionymi zbrodniami, przechwalając się nimi w książkachi artykułach prasowych. Niektórzy prowadzili zaskakująco szczeredzienniki, odsłaniające znacznie więcej, niż sami by chcieli, podobniejak czynią to obszerne i szczegółowe podręczniki dla urzędnikówkolonialnych. Co więcej, kilku oficerów prywatnej armii okupującejKongo dopadło poczucie winy z powodu krwi, którą mieli na rękach. Ichświadectwa oraz dokumenty, które przemycili, dodawały energii ruchowiprotestacyjnemu. Ale nawet po stronie brutalnie ujarzmionych Afrykanówcisza nie jest całkowita. Wciąż możemy dostrzec ich działania i usłyszeć głosy - nawet jeśli tylko przefiltrowane przez zapiskiich prześladowców.

Największy rozlewkrwi w Kongu miał miejsce w latach 1890-1910, ale jego przyczynnależy szukać znacznie wcześniej, gdy Europejczycy i Afrykanie spotkalisię po raz pierwszy. By odnaleźć źródła naszej opowieści, musimycofnąć się o ponad pięćset lat, do momentu, w którym pewien kapitanzobaczył, że ocean zmienia kolor, a pewien król otrzymał wiadomośćo dziwnej zjawie, która wyłoniła się spod ziemi.

PROLOG "HANDLARZE PORYWAJĄ NASZYCHLUDZI"

KIEDY EUROPEJCZYCYzaczęli wyobrażać sobie Afrykę leżącą za Saharą, kontynentten jawił się im niczym baśniowa kraina, pełna straszliwych i nadprzyrodzonych zjawisk6. Ranulf Higden,angielski benedyktyn, który około 1350 roku opisał ówczesny świat,twierdził, że Afrykę zamieszkują jednoocy ludzie, przykrywającygłowę nogami. Pewien XV-wieczny geograf twierdził z kolei, żemieszkańcy tego kontynentu mają tylko jedną nogę, trzy twarze i głowy lwów. W 1459 roku włoski mnich Fra Mauro ogłosił, że w Afryceżyje Ruk - ptak tak ogromny, że jest w stanie unieść w powietrzesłonia.

W średniowieczuniemal nikt w Europie nie miał sposobności, by dowiedzieć się, czyw Afryce rzeczywiście mieszkają gigantyczne ptaki, jednoocy ludziealbo w ogóle cokolwiek. Afrykańskie wybrzeża Morza Śródziemnegozamieszkiwali wrodzy Maurowie i niewielu Europejczyków miałoodwagę tam się zapuścić, a co dopiero wyruszyć na południe, przezSaharę. Opłynięcie Afryki wzdłuż jej zachodniego wybrzeża też byłoniemożliwe - wszyscy wszak wiedzieli, że mijając Wyspy Kanaryjskie,wypływa się na Mare Tenebroso, Morze Ciemności.

W świadomości ludzi średniowiecza - pisałPeter Forbath - był to region najbardziej przerażający (...)gdzie niebiosa spuszczały na ziemię deszcze ognia i gorącej wody(...), gdzie na marynarza czekały wyspy ogrów i skały pełne węży,gdzie wielka głowa szatana wynurzała się z bezdennych głębin,żeby pochwycić żeglarza, gdzie na znak bożej zemsty za zuchwalstwopodglądania zakazanych tajemnic poczerniałyby mu twarz i ciało. Jeślinawet przeżyłby te straszliwe niebezpieczeństwa, dotarłby doMorza Zapomnienia, gdzie przepadłby raz na zawsze w mule i oparach,na krańcach świata7.

Dopiero wiek XVprzyniósł początek epoki żeglugi oceanicznej, gdy Europejczycy -szczególnie Portugalczycy - zaczęli regularne wyprawy na południe. W latach 40. XV wieku szkutnicy z Lizbony skonstruowali karawelę, niewielkiokręt, doskonale nadający się do żeglowania pod wiatr. Choć rzadkoprzekraczały trzydzieści metrów, te wytrzymałe statki były w stanienieść odkrywców daleko, wzdłuż zachodniego wybrzeża Afryki, napołudnie, gdzie mogły znajdować się przyprawy, złoto i szlachetnekamienie. Odkrywców pociągały jednak nie tylko bogactwa. Wiedzieli,że gdzieś w Afryce znajduje się źródło Nilu - ta tajemnicafascynowała Europejczyków od czasów starożytnych. Przyciągałich również jeden z najtrwalszych mitów średniowiecza, legendao Księdzu Janie, chrześcijańskim monarsze, który w sercu Afrykimiał rządzić rozległym imperium. Ze swojego pałacu, wzniesionego z przezroczystego kryształu i drogocennych kamieni, władał czterdziestomadwoma pomniejszymi królami, jak również centaurami i olbrzymami. Przyjego wielkim stole, wyrzeźbionym z jednolitej bryły szmaragdu, mogłyzasiąść tysiące, a każdy podróżnik był przy nim mile widzianymgościem. Ksiądz Jan bez wątpienia chętnie podzieliłby się swoimibogactwami z innymi chrześcijanami, a także wskazałby im dalsządrogę do baśniowych skarbów Indii.

Kolejne portugalskiewyprawy docierały coraz dalej. W 1482 roku najambitniejszej z nichpodjął się doświadczony kapitan imieniem Diogo C?o. Płynącwzdłuż wybrzeża, zorientował się, że Gwiazda Polarna zniknęła z firmamentu. Jego karawela przekroczyła równik, a on dotarł tak dalekona południe jak żaden Europejczyk przed nim.

Pewnego dnia C?o natknął się na coś zdumiewającego. Morze wokół jego statkunabrało odcienia ciemnożółtawego łupku, a o pobliskie plażerozbijały się brązowożółte fale. Płynąc w stronę szerokiejna wiele mil zatoki, jego karawela musiała walczyć z prądem o prędkości ośmiu-dziewięciu węzłów. Co więcej, woda okazałasię być słodka, a nie słona. C?o natknął się na ujścieogromnej, mulistej rzeki, większej niż jakakolwiek inna widziana przezEuropejczyków. Wrażenie, jakie jej ogrom zrobił na nim i jego ludziach,oddaje tekst z epoki:

Na odległości dwudziestu lig* [rzeka] utrzymuje swój nurt, nie mieszając się z morzem,którego słone bałwany otaczają ją z każdej strony; jak gdybyta szlachetna rzeka trwała w walnej bitwie z oceanem, jako jedynaodmawiając mu tej daniny, którą wszystkie inne rzeki świata płacąbez oporu8.

Dzisiejsi oceanografowieodnaleźli więcej dowodów siły owej wielkiej rzeki w tej "walnejbitwie z oceanem": kanion wyrzeźbiony przez nią w dnie morza,długi na sto sześćdziesiąt kilometrów, a miejscami głęboki naponad kilometr.

C?o zszedł na brzegprzy ujściu rzeki i wzniósł kolumnę z wapienia, zwieńczoną żelaznymkrzyżem, z wyrytym na niej herbem królewskim i słowami:

W 6681 roku świata oraz 1482 od narodzinNaszego Pana Jezusa Chrystusa najszlachetniejszy, najwspanialszy i najpotężniejszy książę, król Portugalii Jan II, nakazał, by tenląd został odkryty, a niniejsza kolumna wzniesiona przez Dioga C?o,szlachcica Jego dworu9.

Przez następne pięćsetlat rzeka, u której ujścia wylądowali, znana będzie Europejczykomjako Kongo. Wpadała do morza w północnych krańcach kwitnącegoafrykańskiego królestwa, federacji zrzeszającej od dwóch do trzechmilionów ludzi. Już wtedy geografowie pisali zwykle nazwę rzeki przez"c" (Congo), a późniejszą europejską kolonię na jej brzegachoraz ludzi żyjących przy jej ujściu przez "k" (Kongo).

Królestwo Konga miało z grubsza kształt kwadratu o boku niemal pięciuset kilometrów, a ziemie,które obejmowało, leżą dziś w kilku krajach. Stolicą było MbanzaKongo - mbanza oznacza "dwór" - miastowzniesione na sporym wzgórzu, w odległości około dziesięciu dnimarszu w głąb lądu, leżące dziś po angolańskiej stronie granicyKonga i Angoli10. W 1491 roku, dziewięćlat i kilka wypraw później, ekspedycja portugalskich księży i wysłanników przebyła ową dziesięciodniową trasę i osiadła w Mbanza Kongo w charakterze stałych przedstawicieli swojego kraju nadworze kongijskiego króla. Ich przybycie wyznacza początek stałychkontaktów między Europejczykami a czarnymi Afrykanami.

Królestwo Konga powstałoco najmniej sto lat przed przybyciem Portugalczyków. Władca, noszącytytuł ManiKongo, był wybierany przez zgromadzenie przywódcówklanów11. Tak jak jego europejscyodpowiednicy, zasiadał na tronie - w tym przypadku zrobionym z drewnainkrustowanego kością słoniową. Insygniami królewskiej władzy były:bat z ogona zebry, pas, z którego zwisały skóry i głowy młodychzwierząt, a także mała czapeczka.

Siedząc pod ogromnymfigowcem na wielkim placu, król wydawał wyroki, przyjmował hołdy i dokonywał przeglądów swoich wojsk. Zbliżyć się do niego można byłojedynie na czworakach. Pod karą śmierci zabronione było przyglądaniesię, gdy król jadł lub pił. Zanim przystąpił do posiłku, służącyuderzał o siebie dwoma kawałkami żelaza, dając sygnał obecnym,by padli twarzą do ziemi.

Siedząc na swym tronie,ManiKongo ciepło przywitał Portugalczyków. Jego entuzjazm w mniejszymstopniu łączył się jednak ze Zbawicielem, o którym opowiedzielimu niespodziewani przybysze, niż z magiczną bronią miotającąpioruny, którą mu obiecali - dzięki niej mógłby spacyfikowaćzbuntowane prowincje. Portugalczycy byli gotowi wyświadczyć mu tęprzysługę.

Przybysze wybudowalikościoły, a przy nich szkoły. Przerażała ich, podobnie jak wielupóźniejszych białych kaznodziejów, poligamia - obwiniali o niąprzyprawy obecne w afrykańskiej diecie. Mimo pogardy dla kongijskichzwyczajów Portugalczycy musieli niechętnie uznać królestwo zazaawansowane i rozwinięte państwo - najważniejsze na zachodnimwybrzeżu Afryki Środkowej12. ManiKongomianował zarządców każdej z sześciu prowincji, a administracjapaństwowa spoczywała w rękach rozbudowanej służby cywilnej,w skład której wchodziło i takie stanowisko jak manivangu vangu, czyli sędzia pierwszej instancji w sprawacho cudzołóstwo. Choć nie znali koła ani pisma, Kongijczycypotrafili wykuwać biżuterię z miedzi i broń z żelaza, a takżewytwarzać tkaniny z włókien liści rafii. Ponieważ wedługlegendy Kongo założył król-kowal, obróbka żelaza była zajęciemarystokracji. Ludzie uprawiali jam, banany oraz inne owoce i warzywa,hodowali także świnie, bydło i kozy. Odległości mierzyli dniamimarszu, a czas za pomocą kalendarza księżycowego. Tydzień miałcztery dni, z których pierwszy był świętem. Król zbierał podatki i,jak wielu władców, kontrolował walutę: muszle ślimaków morskich,zbierane pod królewskim nadzorem na plażach przybrzeżnych wysp.

Jak w niemal całejAfryce, również w tym królestwie istniało niewolnictwo. Jego formaróżniła się w zależności od regionu, zmieniała się też w czasie,ale zazwyczaj niewolnikami zostawali jeńcy wojenni. Czasami w niewolępopadali przestępcy, dłużnicy lub ludzie sprzedani w charakterzeposagu przez swoje rodziny. Jak każdy system, w którym jedni ludziesą panami życia i śmierci innych, afrykańskie niewolnictwo bywałookrutne. W pewnych okolicznościach, takich jak zawarcie porozumieniamiędzy wodzami, niektóre ludy Kotliny Konga składały niewolnikóww ofierze. Powolna śmierć takiego niewolnika, jego pogruchotanekości symbolizowały los tego, kto złamie porozumienie. Niewolnicybywali także poświęcani, aby móc towarzyszyć zmarłemu wodzowiw zaświatach.

Innymi słowy,afrykańskie niewolnictwo było pod wieloma względami elastyczniejszei łagodniejsze niż to, które Europejczycy mieli wkrótce ustanowićw Nowym Świecie. W ciągu jednego czy dwóch pokoleń niewolnicy moglizapracować na swoją wolność, a czasem nawet ją otrzymać. Ludziewolni i niewolni mogli także niekiedy zawierać między sobąmałżeństwa. To, że handel ludźmi w ogóle istniał, okazało sięjednak zgubne dla Afryki. Gdy bowiem pojawili się Europejczycy, gotowizapełnić ładownie statków niezliczonymi niewolnikami, afrykańscywodzowie byli gotowi dostarczać im towar.

Wkrótce przybylihandlarze niewolników, początkowo w niewielkiej liczbie, ale z powoduwydarzeń po drugiej stronie Atlantyku szybko pojawiło się ich całemnóstwo. W 1500 roku, zaledwie dziewięć lat po tym, jak pierwsiEuropejczycy dotarli do Mbanza Kongo, zepchnięta z kursu portugalskaekspedycja dotarła do Brazylii. W ciągu kilkudziesięciu lat zachodniapółkula stała się ogromnym, lukratywnym, niemal niezaspokojonymrynkiem zbytu na afrykańskich niewolników. Miliony były zmuszane dopracy - część w brazylijskich kopalniach i na plantacjach kawy,część na Karaibach, gdzie na żyznej, urodzajnej ziemi europejskiemocarstwa zaczęły uprawiać trzcinę cukrową.

Portugalczycy rychłozapomnieli o poszukiwaniach Księdza Jana w Królestwie Konga -opanowała ich gorączka niewolnictwa. Mężczyźni wysyłani z Lizbony,by być w Mbanza Kongo budowniczymi czy nauczycielami, mogli zarobićznacznie więcej, wiodąc na wybrzeże konwój zakutych w kajdanyAfrykanów, by tam sprzedać ich kapitanom niewolniczych okrętów.

Żądza zysku opanowałanawet niektórych księży, którzy porzucali stan duchowny, brali czarnekobiety jako konkubiny, sami mieli niewolników, a swoich uczniów i wiernych sprzedawali w niewolę. W jednym tylko pozostawali wierni swojejwierze - po nadejściu reformacji starali się nie dopuścić do tego,by ich "własność" przejęli protestanci. Nie byłoby właściwe- powiedział jeden z nich - by "ludzie, którzy otrzymalichrzest w Kościele katolickim, sprzedawani byli ludziom wrogim ichwierze"13.

Wioska napołudniowym brzegu ujścia Konga, w pobliżu kamiennej kolumnywzniesionej przez Dioga C?o, stała się portem niewolniczym,skąd w latach 30. XVI wieku rokrocznie ponad pięć tysięcyniewolników było wysyłanych przez Atlantyk. Pod koniec wieku z całego Królestwa Konga eksportowano już pięć tysięcy niewolnikówrocznie14. Handlarze prowadzili drobiazgowerejestry swoich zdobyczy. Jeden z zachowanych spisów z tego regionuwylicza "pogłowie 68" niewolników, podając ich imiona, fizyczneułomności, wartość. Rejestr zaczyna się od mężczyzn, wartychnajwięcej, a kończy się wpisem "dziecko, imię nieznane, umierai nie może mówić; dziewczynka z Cantunbe, bez wartości, ponieważumiera"15.

Wielu niewolnikówwysłanych z ujścia rzeki do obu Ameryk pochodziło z samego KrólestwaKonga. Inni byli łupem afrykańskich łowców, działających nawetkilkaset kilometrów w głąb lądu i skupujących niewolników odlokalnych wodzów i kacyków. Zmuszani do marszu na wybrzeże, z szyjamiunieruchomionymi za pomocą drewnianych jarzm, rzadko dostawali dośćjedzenia, a do tego - ponieważ karawany wędrowały przeważniew porze suchej - zazwyczaj musieli pić stojącą wodę. Wkrótceszlaki wiodące do niewolniczych portów usiane były bielącymi siękośćmi.

Gdy niewolnicy zostalinależycie ochrzczeni i przebrani w jutowe łachmany, zakuwano ichrazem w ładowniach statków i najczęściej wysyłano do Brazylii- najbliższego regionu Nowego Świata. Wzrost zapotrzebowania w koloniach brytyjskich od wieku XVII skłonił wielu handlarzy dodalszych podróży - do Ameryki Północnej. Średnio jeden naczterech niewolników, importowanych do pracy na plantacjach bawełnyi tytoniu na amerykańskim Południu, rozpoczynał swoją podróżprzez Atlantyk w Afryce Równikowej, w tym także w KrólestwieKonga16. To właśnie z języka kikongo,którym posługiwano się w rejonie ujścia rzeki, wywodzi się dialektgullah, którym do dziś mówią Afroamerykanie, zamieszkujący wyspyu brzegu Karoliny Południowej i Georgii.

* * *

Gdy transatlantycki handelniewolnikami zaczął dziesiątkować Kongo, państwem władał ManiKongoimieniem Nzinga Mbemba Alfons. Objął tron w 1506 roku i panowałprzez niemal czterdzieści lat jako Alfons I. Jego życie przypadłona okres wielkich zmian. Kiedy się rodził, nikt w królestwienie wiedział nawet, że istnieją Europejczycy. Kiedy umierał,istnieniu jego państwa zagrażał rozpętany przez nich szał handluniewolnikami. Alfons, tragiczna postać, zdawał sobie z tego sprawę i został zapamiętany. Trzysta lat później pewien misjonarz powiedział,że "kongijscy tubylcy znają imiona trzech królów - obecnego,jego poprzednika oraz Alfonsa"17.

Gdy Portugalczycyprzybyli do Mbanza Kongo, Nzinga Mbemba miał trzydzieści kilkalat i był lokalnym wodzem. Imię Alfons obrał na chrzcie. Przyjąłportugalskich doradców i przez dziesięć lat pobierał nauki u księżyprzebywających w stolicy. Jeden z nich napisał portugalskiemu królowi,że Alfons "lepiej niż my zna proroków, Ewangelię Naszego PanaJezusa Chrystusa, żywoty świętych i wszystko, co łączy sięz naszą matką, Kościołem. Jeśli Wasza Wysokość spotka go,będzie zdumiony. Mówi tak dobrze i z taką pewnością, że zdajemi się, iż to Duch Święty przemawia przez jego usta. Panie Mój,nie robi on nic poza nauką, wiele razy zdarzało mu się zasypiać nadksiążką i nieraz zapomina o jedzeniu i piciu, gdyż mówi o naszymZbawicielu"18. Trudno powiedzieć, na ileten świetlany portret wynikał z chęci księdza, by zrobić wrażeniena portugalskim monarsze, a na ile ze starań Alfonsa, by zaimponowaćuczącym go księżom.

Używając językapóźniejszej epoki, król Alfons I pragnął modernizować swójkraj. Chciał posiąść zdobycze europejskiej nauki, wojskowościi rzemiosła, aby wzmocnić swoje państwo, zagrożone przezbiałych ludzi. Zauważywszy na przykład portugalski apetytna miedź, sprzedawał ją Europejczykom w zamian za produkty,przy pomocy których mógłby podporządkować sobie odległeprowincje. Alfons, człowiek o nieprzeciętnej inteligencji, starałsię dokonać czegoś równie trudnego wtedy i dziś - modernizowaćwybiórczo19. Byłnastawiony entuzjastycznie do Kościoła, pisma, europejskiej medycyny,ciesielstwa, budownictwa i pozostałych umiejętności, którychmożna było nauczyć się od europejskich rzemieślników. Kiedyjednak zaprzyjaźniony z nim król wysłał z Lizbony posła, mającegozachęcić do przyjęcia portugalskiego systemu prawnego oraz ceremoniałudworskiego, Alfons nie wyraził zainteresowania. Z całych sił starałsię także trzymać z daleka poszukiwaczy złota i srebra, obawiającsię o los swojego państwa, w razie gdyby Europejczycy odnaleźlicenne kruszce.

Ponieważ wszystko bezwyjątku, co przez następne kilkaset lat wiedziano o tej części Afryki,pochodziło z opisów białych najeźdźców, król Alfons I dostarczanam coś rzadkiego i cennego: głosu Afrykanina. W istocie jest tow ogóle jeden z niewielu środkowoafrykańskich głosów słyszanychprzed wiekiem XX. Władając płynnie portugalskim, podyktował serięniezwykłych listów do dwóch kolejnych królów Portugalii. Byłyto pierwsze znane teksty autorstwa czarnego Afrykanina spisane w języku europejskim20. Zachowało sięich kilkanaście, podpisanych i ozdobionych zamaszystymi podwójnymipodkreśleniami. Utrzymane w oficjalnym tonie, jak to listy międzymonarchami, zazwyczaj zaczynają się od słów "Najznamienitszyi najpotężniejszy książę i mój bracie królu...". Widzimyjednak, że pisze to nie tylko monarcha, ale też człowiek przerażonywidokiem swoich ludzi wywożonych w wielkiej liczbie statkami handlarzyniewolników.

Alfons nie byłabolicjonistą. Jak większość ówczesnych i późniejszychafrykańskich władców sam posiadał niewolników. Co najmniej razosobiście - wraz z lamparcimi skórami, papugami i miedzianymiobręczami na nogi - wysłał kilku w darze swojemu "bratu",królowi w Lizbonie. Ta tradycyjna wymiana podarunków między władcamibyła jednak dla Alfonsa czymś zupełnie innym niż zakuwanie w kajdanytysięcy jego niegdyś wolnych poddanych i wysyłanie ich za morze. Otojak w 1526 roku pisał do portugalskiego króla Jana III:

Każdego dnia handlarze porywają naszychludzi - dzieci tej ziemi, synów naszych szlachciców i wasali,a nawet członków naszej własnej rodziny. (...) Owo zepsucie i deprawacja są tak powszechne, że nasza ziemia jest całkowiciewyludniona. (...) W królestwie tym potrzebujemy jedynie księżyi nauczycieli - nie trzeba nam żadnych towarów, z wyjątkiemwina i mąki niezbędnych do Mszy świętej. (...) Jest naszymżyczeniem, aby to królestwo nie było miejscem handlu i transportuniewolników21.

Później, tego samegoroku:

Wielu naszych poddanych zachłannie pożądaportugalskich towarów, które Wasi poddani sprowadzili do naszegopaństwa. Aby zaspokoić te nieumiarkowane apetyty, porywają wielunaszych wolnych, czarnych poddanych (...). Sprzedają ich (...)zabrawszy więźniów pod osłoną nocy [na wybrzeże]. (...) Gdy tylkowięźniowie wpadają w ręce białych ludzi, są znakowani rozpalonymżelazem22.

Raz po raz Alfons opowiadao powiązanych ze sobą zjawiskach, jakimi były handel niewolnikamioraz kusząca parada tkanin, narzędzi, biżuterii i innych cacek,dzięki którym portugalscy kupcy kupowali ludzki ładunek:

Owe dobra tak bardzo przyciągają prostych i ciemnych ludzi, że zaczynają w nie wierzyć i zapominają o Bogu(...). Mój Panie, ogromna chciwość popycha naszych poddanych, takżechrześcijan, do chwytania członków własnych rodzin, a i naszej także,i sprzedawania ich w niewolę23.

Prosząc portugalskiegomonarchę o przysyłanie nauczycieli, medyków i lekarzy zamiast kupców,Alfons przyznaje, że zalew materialnych dóbr zagraża jego władzy. Jegoludzie "mogą uzyskiwać teraz, w znacznie większych ilościach niżmy sami, rzeczy, za pomocą których kiedyś ich uszczęśliwialiśmy i czyniliśmy sobie posłusznymi"24. LamentyAlfonsa okazały się prorocze - nie był to ostatni raz, gdy w jakimśmiejscu na świecie niepohamowane pragnienie europejskich towarówpodkopywało tradycyjne sposoby życia.

Portugalscy królowienie okazali żadnego współczucia. Król Jan III odpowiedział:

Piszesz, że nie chcesz w swoim państwie handluniewolnikami, gdyż wyludnia on twój kraj. (...) Jednak Portugalczycy,przeciwnie, opowiadają mi, jak ogromne jest Kongo i tak gęstozaludnione, iż wydaje się, że żaden niewolnik nigdy go nieopuścił25.

Alfons błagał innegowładcę jak chrześcijanin chrześcijanina, podzielając przy tymprzesądy epoki. O jednym z księży-handlarzy niewolników napisałtak:

W tym królestwie wiara jest krucha jak szkłoz powodu złych przykładów, jakie dają ludzie mający tutajuczyć, a którzy z powodu ziemskich pokus i pragnienia bogactwodwracają się od prawdy. Tak jak Żydzi ukrzyżowali Syna Bożegoz powodu chciwości, mój bracie, tak dziś jest on krzyżowanyponownie26.

Kilkakrotnie swojeprośby o zakończenie handlu niewolnikami Alfons wysyłał bezpośredniopapieżowi do Rzymu, ale na próżno, gdyż za każdym razem, gdyjego wysłannicy schodzili na ląd, byli od razu zatrzymywani przezPortugalczyków.

W 1539 roku rozpaczAlfonsa sięgnęła dna, gdy dowiedział się, że dziesięciu jegobratanków, wnuków i innych krewnych, wysłanych do Portugaliiw celu pobrania nauk religijnych, zaginęło po drodze. "Niewiemy, czy są żywi, czy martwi - pisał zdesperowany - niewiemy, jak mogli umrzeć i co mamy o nich powiedzieć ich ojcomi matkom"27. Możemy wyobrazić sobieprzerażenie króla, który nawet własnej rodzinie nie był w staniezapewnić bezpieczeństwa. W czasie długiej podróży do Europyportugalscy handlarze i kapitanowie okrętów nierzadko zbaczali z obranej trasy - wspomniani młodzieńcy wylądowali jako niewolnicyw Brazylii.

Nienawistny stosunekkróla do handlu niewolnikami oraz wyczulenie na próby pomniejszania jego władzy sprawiły, że wieluportugalskich kupców zamieszkujących stolicę odnosiło się do Alfonsawrogo. W 1540 roku, gdy brał udział w wielkanocnej mszy, ośmiu z nich podjęło próbę zamachu na jego życie. Kula przeszła przezpołę szaty króla, zginął jeden z towarzyszących mu arystokratów,a dwóch innych zostało rannych.

Po śmierci Alfonsawładza w Kongu stopniowo przechodziła w ręce lokalnych kacykówi wioskowych wodzów, którzy uniezależnili się od Mbanza Kongo i sami bogacili się, sprzedając niewolników. Z nastaniem XVI wieku w handel ten włączyły się również inne kraje europejskie. Angielskie,francuskie i holenderskie statki błąkały się wzdłuż wybrzeży Afrykiw poszukiwaniu ludzkiego towaru. W 1665 roku Portugalczycy pokonaliw bitwie pod Mbila armię osłabionego Konga, a ManiKongo zostałścięty. Walki wewnętrzne jeszcze bardziej wyczerpały królestwo,a jego ziemie zostały zajęte przez Europejczyków do końca XIXwieku.

* * *

Z wyjątkiem listówAlfonsa jedyne świadectwa tamtych czasów pochodzą wyłącznieod białych. Jak widzieli Europejczyków - poczynając od DiogaC?o i jego trzech okrętów z wyblakłymi czerwonymi krzyżami nażaglach - ludzie zamieszkujący ujście rzeki? Aby spojrzeć ichoczyma, musimy odwołać się do mitów i legend, które przetrwałystulecia aż po dziś dzień. Po pierwsze, Afrykanie mieli białychżeglarzy nie za ludzi, ale za vumbi, duchyprzodków28. Kongijczycy wierzyli bowiem,że po wejściu do Krainy Zmarłych skóra człowieka bieleje niczymkreda. Było oczywiste, że właśnie stamtąd musieli przybyć owigroźni vumbi. Ludzie na brzegu najpierw zobaczyliwierzchołki masztów, następnie nadbudówki, wreszcie kadłub. Nieulegało wątpliwości, że okręt musiał przywieźć ludzi z ichsiedzib pod powierzchnią ziemi. Makunzo Kioko, XX-wieczny opowiadaczz ludu Pende, tak relacjonował przybycie Portugalczyków:

Nasi ojcowie żyli wygodnie. (...) Mieli bydło i zboża, mieli bagna solne i drzewa bananowe.

Nagle zobaczyli ogromną łódź wynurzającąsię z wielkiego oceanu. Łódź miała białe skrzydła, błyszcząceniczym noże.

Biali ludzie wyszli z wody i przemówili słowami,których nikt nie rozumiał.

Nasi przodkowie przerazili się. Tovumbi, powiedzieli, duchy przybyłe z zaświatów.

Gradem strzał odepchnęli ich w stronęoceanu.

Jednak vumbi pluli ogniemo dźwięku gromu. Wielu ludzi zostało zabitych. Nasi przodkowieuciekli.

Wodzowie i mędrcy orzekli, że owivumbi są poprzednimi właścicielami tejziemi.

Aż do dziś, biali nie przynieśli nam nic, pozawojnami i nieszczęściem29.

Jako że załadowani nastatki jeńcy nigdy już nie wracali, handel niewolnikami wydawał siętylko potwierdzać, że Europejczycy przybyli z Krainy Umarłych. Takjak Europejczyków długo prześladowała wizja afrykańskiegokanibalizmu, tak i Afrykanie sądzili, że Europejczycy postępująidentycznie. Uważali, że z ludzkich ciał biali robią solone mięso,z mózgów ser, a z krwi - czerwone wino. Kości Afrykanów mielipalić i przerabiać na proch strzelniczy. Wszystko to miało odbywaćsię w wielkich, dymiących, miedzianych kotłach, które widzielina pokładach okrętów30. Śmiertelneżniwo na obładowanych statkach niewolniczych było tym większe, żewięźniowie odmawiali przyjmowania jedzenia, wierząc, że są karmienitymi, którzy zmarli przed nimi.

Z upływem lat powstałykolejne mity, tłumaczące pochodzenie tajemniczych przedmiotów,które obcy przywieźli ze sobą z Krainy Zmarłych. Pewien XIX-wiecznymisjonarz odnotował, co wedle Afrykanów działo się, gdy kapitanschodził pod pokład statku, by przynieść dobra na wymianę, naprzykład tkaniny. Afrykanie wierzyli, że towary nie pochodziłyze statku, ale z dziury wiodącej w głębiny oceanu. Morskie duszkitkały materiały w "podmorskiej manufakturze, a gdy kapitan ichpotrzebował, schodził do groty i bił w dzwon". Duszki wręczałymu tkaninę, a kapitan "wrzucał im, w charakterze zapłaty, kilkaciał czarnych ludzi, kupionych od tych niegodziwych handlarzy,którzy chwytają swoich pobratymców i sprzedają ich białymludziom"31. Mit nie odbiegał tak bardzo odrzeczywistości. Czymże innym było bowiem niewolnictwo na amerykańskimPołudniu, jeśli nie systemem zamiany pracy czarnych ciał w tkaninęza pomocą plantacji bawełny?

* * *

Ponieważ afrykańscypośrednicy sprowadzali pojmanych niewolników bezpośrednio na statki,portugalscy handlarze rzadko zapuszczali się w głąb lądu. Przezniemal cztery stulecia - od chwili gdy Diogo C?o przybył do ujściarzeki Kongo - Europejczycy nie wiedzieli, gdzie zaczyna ona swójbieg. Kongo wlewa do oceanu prawie czterdzieści tysięcy metrówsześciennych wody na sekundę, ustępując pod tym względem jedynieAmazonce. Oprócz jej ogromnego rozmiaru i nieznanego źródła rzekaKongo stanowiła jeszcze jedną zagadkę. Żeglarze zauważyli, że w porównaniu z innymi tropikalnymi rzekami stan jej wód zmieniał sięnieznacznie. Rzeki takie jak Amazonka czy Ganges mają naprzemiennieokresy bardzo wysokiego i bardzo niskiego stanu, w zależności od suchejlub deszczowej pory roku. Dlaczego Kongo się od nich różniła?

Powodem, dlaktórego przez stulecia nie znaleziono odpowiedzi na to pytanie,była niemożność popłynięcia w głąb rzeki. Ktokolwiek tegopróbował, natykał się na przełom, najeżony niemożliwymi doprzebycia kataraktami.

Większa część dorzeczaKonga leży, jak już dziś wiemy, na położonym w głębi lądupłaskowyżu. Na odcinku zaledwie trzystu kilometrów rzeka schodziz jego zachodniego brzegu, wzniesionego na ponad trzysta metrów,do poziomu morza. Pokonując to niespokojne zejście, wciska się w wąskie kaniony, kipią fale wysokie na ponad dziesięć metrów, gdyprzetacza się przez trzydzieści dwie katarakty. Różnica poziomóworaz masy wody są tak wielkie, że ów odcinek trzystu pięćdziesięciukilometrów ma potencjał hydroenergetyczny równy wszystkim rzekom i jeziorom Stanów Zjednoczonych razem wziętym.

Dla każdego żeglarzadość odważnego, by zejść ze swojego statku i iść pieszo, trasalądowa wiedzie pod górę przez nieprzyjazną, skalistą ziemię,która straszy zdradzieckimi klifami, wąwozami, a także malarią i innymi chorobami, na które Europejczycy nie byli odporni. Z największymwysiłkiem udało się pewnym kapucyńskim misjonarzom dotrzeć aż doszczytu wielkich katarakt. Portugalska ekspedycja, która próbowałapowtórzyć ich wyczyn, nigdy nie powróciła. Aż do początków XIXwieku Europejczycy nic nie wiedzieli o interiorze Afryki Środkowej i źródłach rzeki.

W 1816 roku brytyjskawyprawa, dowodzona przez kapitana marynarki królewskiej JamesaK. Tuckeya, wyruszyła na poszukiwanie źródeł Konga. Na dwóch statkachznajdowała się przedziwna zbieranina ludzi: żołnierze królewskiejpiechoty morskiej, cieśle, kowale, chirurg, ogrodnik królewskichogrodów botanicznych w Kew, botanik i anatom. Ten ostatni miał zazadanie, między innymi, dokładnie zbadać hipopotama i "zachować w spirytusie, jeśli to możliwe, w trzech sztukach, organ słuchu tegozwierzęcia"32. W dzienniku pokładowymfiguruje również niejaki pan Cranch - zbieracz okazów historiinaturalnej. Inny członek wyprawy został wpisany po prostu jako ochotniki obserwator.

Gdy dotarli do ujściaKonga, Tuckey naliczył osiem statków niewolniczych pod rozmaitymibanderami, zakotwiczonych i oczekujących na towar. Podpłynąłswoimi statkami w głąb rzeki tak daleko, jak tylko zdołał, a następnie wyruszył, by okrążyć lądem grzmiące katarakty. Oni jego wyczerpani ludzie szybko jednak podupadli na duchu z powodunieustannego "wspinania się po niemal pionowych zboczach i wielkichblokach kwarcu"33. W ten właśniesposób swoją nazwę zdobyły Góry Kryształowe. Rzeka była pełnaspienionych katarakt i gigantycznych wirów. Na pewnym wyjątkowospokojnym odcinku Tuckey wyraził opinię, dość prowincjonalną,że "widok był piękny i w niczym nie ustępował brzegomTamizy"34. Anglicy zaczęli jeden po drugimzapadać na nieznaną chorobę, najprawdopodobniej żółtą febrę,toteż po mniej więcej dwustu pięćdziesięciu kilometrach wędrówkiTuckey zrezygnował. Jego grupa zawróciła, a on sam umarł wkrótce napokładzie swojego statku. Zanim ekspedycja powróciła do Anglii, zmarłodwudziestu jeden z pięćdziesięciu czterech ludzi, którzy na niąwyruszyli. Nie poznano ani źródeł Konga, ani tajemnicy stałego stanujej wód. Afryka pozostała dla Europejczyków źródłem surowców -ludzkich ciał i kości słoniowej. Tak czy inaczej, postrzegali kontynentjako niezapełnione, puste miejsce na mapie, które tylko czekało,by zostać zbadane. Miano, którym je określano - Czarny Kontynent- mówi więcej o obserwatorze niż o oglądanym obiekcie.

* Ponad stu kilometrów (przyp. tłum.).

1 "NIE USTANĘ W POSZUKIWANIACH"

DWUDZIESTEGO ÓSMEGO stycznia 1841 roku,ćwierć wieku przed nieudaną ekspedycją Tuckeya, w małym,handlowym walijskim miasteczku Denbigh urodził się człowiek,który dokonał tego, co próbował zrobić Tuckey. Do ksiągkościoła św. Hilarego został wpisany jako "John Rowlands,bękart", które to określenie prześladowało chłopca do końcażycia, w czasie którego obsesyjnie próbował zmazać z siebie tęhańbę35. Mały John był pierwszym z pięciorga nieślubnych dzieci pokojówki Betsy Parry. Jego ojcemmógł być albo John Rowlands, lokalny pijak, który zmarł nadelirium tremens, James Vaughan Horne, prominentny,żonaty prawnik, albo jakiś londyński przyjaciel Betsy Parry z czasów,gdy tam pracowała.

Po porodzie okrytahańbą Betsy Parry opuściła Denbigh, zostawiając dziecko pod opiekądwóch wujów i dziadka, człowieka, który uważał, że niegrzecznymchłopcom potrzeba "solidnego lania"36. GdyJohn miał pięć lat, dziadek zmarł, a wujowie natychmiast pozbylisię niechcianego siostrzeńca, oddając go pewnej mieszkającejnieopodal rodzinie, płacąc jej pół korony tygodniowo za opiekę nadchłopcem. Gdy zażądano więcej, wujowie odmówili i przybrana rodzinaoznajmiła pewnego dnia małemu Johnowi, że ich syn, Dick, zabierze gow odwiedziny do "ciotki Mary", mieszkającej w innej wiosce.

Droga była żmudna i wydawała się nie mieć końca(...) W końcu Dick zdjął mnie z ramion i postawił przed wielkim,kamiennym budynkiem. Minął wysoką, kutą bramę i zadzwonił dodrzwi. W oddali, z głębi budynku, usłyszałem jego hałaśliwydźwięk. Pojawił się obcy człowiek o ponurej twarzy, który- mimo moich protestów - chwycił mnie za dłoń i wciągnąłdo środka. Dick próbował ukoić mój lęk, zapewniając mnie bezzająknienia, że zaraz przyprowadzi ciotkę Mary. Gdy drzwi zamknęłysię za nim z donośnym szczękiem, po raz pierwszy poczułem to okropneuczucie bycia zupełnie opuszczonym37.

Takoto sześcioletni John Rowlands został podopiecznym Domu Pracy w St. Asaph.

Doniesienia na tematżycia w St. Asaph skrywa zasłona wiktoriańskich eufemizmów, alemiejscowa gazeta pomstowała, że dyrektor jest alkoholikiem, który"niegodnie poczyna" sobie z przebywającymi tam kobietami. Komisjaśledcza, która odwiedziła dom pracy w 1847 roku, mniej więcej w tym samym czasie, w którym mieszkał tam John Rowlands, raportowała,że dorosłym mężczyznom "żaden występek nie jest obcy", a dzieci sypiają dwójkami na jednym łóżku, starsi z młodszymi,co skutkuje tym, że "czynią i rozumieją rzeczy, których niepowinny"38. John Rowlands do końcażycia będzie odczuwał lęk przed jakąkolwiek formą seksualnejbliskości.

Czego by jednaknie doświadczył w dormitoriach, w szkolnej klasie szło Johnowiznakomicie. Za swoje osiągnięcia został nagrodzony Biblią przezmiejscowego biskupa. Fascynowała go geografia. Miał niezwykły talent- wystarczyło mu tylko kilka minut obserwacji, by doskonale skopiowaćcudzy charakter pisma. Jego własne pismo było uderzająco wdzięczne- młodzieńczy podpis był stylowy, pochylony do przodu, a zamaszystetrzonki i ogonki liter sięgały poza linie, jak gdyby charakterem pismachciał wykreślić swoją hańbę i napisać historię swojego życianie jako ubogą, ale elegancką księgę.

Gdy John miał dwanaścielat, jego nauczyciel podszedł do niego "pewnego wieczora w godzinachwieczerzy, gdy zebrali się wszyscy podopieczni" i wskazując nawysoką kobietę o owalnej twarzy i ciemnych, spiętych w kok włosach,spytał mnie, czy ją rozpoznaję.

"Nie, proszę pana"- odparłem.

"Jakże to, nie znaszwłasnej matki?".

Z rozpalonątwarzą zwróciłem w jej stronę nieśmiałe spojrzenie i dostrzegłem, że patrzy na mnie chłodno, wzrokiem krytycznym i badawczym. Sądziłem, że odczuję falę czułości, ale wyrazjej twarzy był tak lodowaty, że moje serce zamknęło się z trzaskiem"39.

Jeszcze większymwstrząsem było to, że matka przywiozła ze sobą do St. Asaph dwojenowych nieślubnych dzieci, chłopca i dziewczynkę. Kilka tygodnipóźniej wyjechała z domu pracy. Dla Johna było to ostatnie ogniwodługiego łańcucha porzuceń.

W wieku piętnastulat John opuścił St. Asaph i pomieszkiwał u kolejnych krewnych,którzy to wszyscy nieszczególnie mieli ochotę opiekować się ubogimkuzynem. Mając lat siedemnaście, zamieszkał u wuja w Liverpoolui podjął pracę jako dostawca u rzeźnika, obawiając się, żepo raz kolejny zostanie wyrzucony z domu. Pewnego dnia dostarczałmięso na amerykański statek handlowy, zacumowany w dokach, noszącynazwę "Windermere". Kapitan zauważył niskiego, ale krzepkiegomłodzieńca i spytał go: "Czy chciałbyś pływać na tymstatku?"40.

W lutym 1859 roku, posiedmiu tygodniach rejsu, "Windermere" zawinął do portu w NowymOrleanie, gdzie świeżo upieczony marynarz zszedł na ląd. Na długozapamiętał fascynującą paradę zapachów: smoły, wody morskiej,zielonej kawy, rumu, melasy. Przemierzając ulice w poszukiwaniu pracy,na werandzie pewnego składu zauważył mężczyznę w średnim wieku,mającego na głowie cylinder - jak się miało okazać, pośrednikahandlu bawełną - i spytał go: "Czy potrzebuje pan chłopca,sir?"41.

Kupiec, na którymzrobiła wrażenie jedyna rzecz, jaka mogła pełnić funkcję referencji- Biblia otrzymana w nagrodę od biskupa - przyjął do pracymłodego Walijczyka. John Rowlands, rozpoczynający życie w NowymŚwiecie, zdecydował się wkrótce przyjąć nową tożsamość. Procesten był stopniowy. W 1860 roku w spisie mieszkańców Nowego Orleanufiguruje jako "J. Rolling". Kobieta, która znała go wówczas,zapamiętała go pod imieniem Johna Rollinsa: "Miał umysłostry jak brzytwa, ale był skłonny do przechwałek, gadaniny i snucia opowieści"42. W ciągu kilkulat zaczął jednak używać imienia i nazwiska kupca, który gozatrudnił. Eksperymentował z drugim imieniem, stosując: Morley,Morelake i Moreland, dopóki nie zdecydował się na Morton. Tym sposobemchłopiec, który wkroczył w progi Domu Pracy w St. Asaph jako JohnRowlands, przemienił się w mężczyznę, który wkrótce będzie znanyświatu jako Henry Morton Stanley.

Stanley podarowałsobie nie tylko nowe imię, ale przez resztę życia starał daćsobie także nową biografię. Człowiek, który miał zostaćnajsłynniejszym odkrywcą swoich czasów, znanym z celnych obserwacjina temat afrykańskiej ziemi i tamtejszej przyrody, był równieżświatowej klasy krętaczem, kiedy chodziło o wczesne lata jegożycia. W swojej autobiografii na przykład w dramatyczny sposóbopowiada o tym, jak opuścił walijski dom pracy. Po tym, jakzorganizował bunt przeciwko okrutnemu opiekunowi starszej klasy,Jamesowi Francisowi, miał przeskoczyć mur ogrodu i uciec. ""Nigdywięcej" - krzyknąłem, zdumiony moją własną odwagą. Z trudemwydałem z siebie te słowa, zanim znalazłem się w powietrzu,uniesiony za kołnierz kurtki i, pozbawiony siły, rzucony naławkę. Wówczas zapalczywy brutal zaczął okładać mnie po brzuchu,aż przewróciłem się do tyłu, nie mogąc złapać tchu. Znowuzostałem podniesiony i rzucony na ławkę z siłą, która niemalzłamała mi kręgosłup"43. Stanleybył wówczas żywotnym, zdrowym piętnastolatkiem, a Francis,były górnik, który stracił w wypadku rękę, nie byłby dla niegożadnym przeciwnikiem. Co więcej, pozostali uczniowie nie przypominalisobie żadnego buntu, a już na pewno takiego, któremu przewodziłbyStanley. Zapamiętali Francisa jako człowieka łagodnego, a Stanleyajako pupila nauczycieli, często nagradzanego i chwalonego, który podnieobecność Francisa był stawiany na czele klasy. Akta domu pracywskazują, że Stanley nie zbiegł, ale opuścił dom, żeby zamieszkaću wuja i pójść do szkoły.

Równie wymyślne sąwspomnienia Stanleya z Nowego Orleanu. Mieszkał, jak twierdził,w domu kupca-dobroczyńcy Henry'ego Stanleya i jego delikatnej,świątobliwej żony. Gdy epidemia żółtej febry dotknęła miasto,żona zachorowała i zmarła w łożu osłoniętym białym muślinem, alew momencie śmierci "otwarła swe łagodne oczy i, jak gdyby z oddali,przemówiła tymi słowami: "Bądź dobrym chłopcem. Niech cię Bógbłogosławi!""44.

Wkrótce zbolaływdowiec miał przycisnąć do piersi swojego młodego lokatora i pracownika, obwieszczając mu: "w przyszłości to ty będziesznosił moje imię"45. Później, jaktwierdził Stanley, nastąpiły dwa idylliczne lata podróżowaniaw interesach z człowiekiem, którego sam nazywał ojcem. Pływaliw górę i w dół Mississipi, spacerując po pokładzie, czytającsobie na głos i rozmawiając o Biblii. Niestety, w 1861 roku szczodry,przybrany ojciec Stanleya podążył za swoją ukochaną żoną natamten świat. "Po raz pierwszy w życiu poczułem, jak przenikliwyból przebija duszę, gdy ktoś, kogo kochaliśmy, składając lodowatedłonie, zasypia snem wieczystym. Patrzyłem na jego ciało i dręczyłomnie pytanie: czy moje zachowanie było tak doskonałe, jak chciałem,żeby było? Czy w czymkolwiek zawiodłem? Czy szanowałem go tak,jak na to zasługiwał?"46.

Przejmująca historia- z wyjątkiem tego, że akta wskazują, że oboje Stanleyowie zmarlidopiero w 1878 roku, siedemnaście lat później. Rzeczywiście adoptowalidzieci - dwie dziewczynki. Według rejestrów miejskich oraz spisumieszkańców młody Stanley nie mieszkał w domu, ale w kolejnychszkołach z internatem, a Stanley-kupiec strasznie pokłócił sięze swoim młodym pracownikiem i zerwał z nim znajomość, zakazując,by w jego obecności choćby wymawiano imię młodzieńca.

Opis młodzieńczychlat Stanleya z pewnością zawdzięcza wiele tworzącemu w tym samymokresie Karolowi Dickensowi, który tak samo lubował się w scenachrozgrywających się przy łożu umierającego, świątobliwych kobietachi bogatych dobroczyńcach. Koloryzowanie wynikało również z poczuciaStanleya, że jego prawdziwe życie okrywała tak wielka hańba, iż -aby móc zaprezentować się światu - musiał wymyślić siebie nanowo. Nie tylko zmyślał wydarzenia w swojej autobiografii, ale teżzapisywał w dzienniku katastrofy morskie i inne dramatyczne przygody,które nigdy nie miały miejsca. Czasem opis jakiegoś wydarzenia z podróży po Afryce jest zupełnie inny w dziennikach, inny w listach,inny w artykule wysłanym do gazety, a jeszcze inny w książce, którązawsze spisywał po powrocie z wyprawy. Psychohistorycy mieli późniejprawdziwą ucztę.

Jedno z opisywanych (lubwymyślonych) przez Stanleya wydarzeń, które najwięcej odsłania,miało miejsce w Nowym Orleanie, gdzie dzielił hotelowe łóżkoz Dickiem Heatonem, młodzieńcem, który przybył z Liverpoolujako majtek. "Był tak skromny,że nie chciał rozdziać się przy świetle świecy, a (...) gdyzległ na łóżku, położył się na jego brzegu, by uniknąćze mną kontaktu. Gdy obudziłem się rano, spostrzegłem, że sięnie rozebrał". Pewnego dnia Stanley obudził się i patrząc naśpiącego u jego boku Dicka Heatona, "zdumiony dostrzegł to, co brałza dwa guzy na jego piersi (...). Usiadłem (...) i krzyknąłem (...)"Wiem! Wiem! Dick, jesteś dziewczyną!"". Dick, który przyznał siędo bycia Alice, zniknął jeszcze tego samego wieczora. "Nigdy więcejjuż jej nie widziałem ani o niej nie słyszałem, ale mam nadzieję,że los był jej łaskawy, tak jak wtedy, gdy mądrze rozdzielił dwiemłode i proste istoty, które zbytek uczuć mógł przywieść doszaleństwa"47.

Jak Dickensowska scena przy łożu śmierci, tak i ta niesie w sobie echo legendy - o dziewczynie, która przebiera się za chłopca,by móc zaciągnąć się do wojska albo na statek. Prawdziwy czy nie,przekaz emocjonalny tego wydarzenia jest taki sam: strach Stanleya przedzbliżeniem się do kobiety.

Gdy zaczęła się wojnasecesyjna, Stanley dołączył do armii Konfederacji i w kwietniu 1862roku Regiment Ochotników z Arkansas, w którym służył, wziąłudział w bitwie pod Shiloh, w stanie Tennessee. Drugiego dnia walkiStanley został otoczony przez kilku żołnierzy Unii i znalazł sięw zatłoczonym, nękanym przez tyfus obozie jenieckim na obrzeżachChicago. Wkrótce odkrył, że jedyną metodą ucieczki z tego nędznegomiejsca było zgłoszenie się na ochotnika do wojsk Unii, co szybkouczynił. Zapadł jednak na dyzenterię i został zwolniony z powodówzdrowotnych. Przepłynąwszy - jako marynarz - tam i z powrotem przezAtlantyk, zaciągnął się do marynarki wojennej Unii. Ładny charakterpisma zapewnił mu posadę kancelisty nafregacie "Minnesota". Kiedy okręt ten ostrzelał konfederacki portw Karolinie Północnej, Stanley stał się jednym z niewielu ludzi,którzy w tej wojnie walczyli po obu stronach frontu.

"Minnesota"powróciła do portu w początkach 1865 roku i niezmordowanyStanley zdezerterował. Jego podróże nabierają tempa. Jak gdybynie miał cierpliwości do zorganizowanych instytucji, jak miejscepracy, statek handlowy czy armia. Udaje się najpierw do St. Louis,gdzie zatrudnia się w miejscowej gazecie jako korespondent-wolnystrzelec i nadsyła barwne depesze z dalekiego Zachodu: z Denver, Salt Lake City, San Francisco. Krytykuje"rozwiązłość i hulaszczość" oraz "wir grzechu" tamtejszychmiast48.

Po awanturniczej wyprawiedo Turcji Stanley powrócił na amerykański Zachód, a jego karieradziennikarska nabrała tempa. Przez większość 1867 roku pisało wojnach z Indianami, wysyłając depesze nie tylko do St. Louis,ale też do gazet na Wschodnim Wybrzeżu. Nie miało znaczenia, żedługi, beznadziejny opór Indian z południowych równin przeciwkozabierającym im ziemię najeźdźcom dobiegał końca; że drużyna,której towarzyszył Stanley, nie widziała wiele walki; że przezwiększość roku trwały negocjacje pokojowe. Wydawcy Stanleya chcielirelacji z dramatycznych bitew i to właśnie im dawał: "Wojnyindiańskie wreszcie się należycie rozpoczęły (...) Indianie,zgodnie z obietnicami i swoimi krwiożerczymi instynktami, z dzikąnienawiścią do białej rasy, z tym, czego nauczyli ich przodkowie,wkroczyli na wojenną ścieżkę"49.

Reportaże zwróciłyuwagę Jamesa Gordona Bennetta Jr., ekstrawaganckiego, przebojowegowydawcy "New York Herald". Zatrudnił Stanleya, by zdał relacjęz małej, egzotycznej wojenki: brytyjskiej ekspedycji karnej przeciwkocesarzowi Abisynii. Zainteresowanie nią mogło zwiększyć sprzedażgazety. W drodze na wojnę, w Suezie, Stanley przekupił głównegotelegrafistę. Gdy depesze korespondentów spływały z frontu, towłaśnie Stanleya miała być wysyłana jako pierwsza. Przezornośćopłaciła się i to właśnie jego entuzjastyczny opis tego, jak Brytyjczycy wygrali jedyną ważną bitwę tejwojny, świat przeczytał jako pierwszy. Depesze jego zirytowanych rywali,a także oficjalne raporty amii brytyjskiej, musiały pokonywać częśćdrogi do Europy statkiem. W czerwcu 1868 roku, siedząc w jakimś kairskimhotelu, Stanley delektował się swoim sensacyjnym materiałem i tym,że został mianowany stałym zagranicznym korespondentem "New YorkHerald". Miał wówczas dwadzieścia siedem lat.

* * *

Gdy przeniósł się doLondynu, doszły go pierwsze pogłoski o tym, co będzie kiedyśznane jako "Rozdrapywanie Afryki". W Europie, pewnym krokiemwchodzącej w epokę przemysłową, przepełnionej poczuciem siły, jakądawały kolej i parowce, narodziłsię nowy rodzaj bohatera - odkrywca Afryki. Dla tych, którzy odtysięcy lat zamieszkiwali Afrykę, "nie było co odkrywać, byliśmytu cały czas" - jak miał powiedzieć później pewien afrykańskipolityk50. Jednak dla XIX-wiecznychEuropejczyków, fetujących podróżników za "odkrywanie",każdy nowy zakątek Afryki był, z psychologicznego punktu widzenia,zaproszeniem, jak gdyby kontynent tylko czekał, aż wezmą go w posiadanie.

W Europie, ciasnooplecionej siecią telegrafów, kółek czytelniczych, codziennych gazeto wielkich nakładach, afrykańscy odkrywcy stali się kimś w rodzajucelebrytów - ich sława przekraczała granice państw, tak jak dziśgwiazd sportu czy filmu. Dwaj Anglicy, Richard Burton i John Speke,odważnie wyruszyli ze wschodniego wybrzeża Afryki w głąb kontynentu,by odkryć jezioro Tanganika - najdłuższe słodkowodne jezioroświata, oraz Jezioro Wiktorii - największy na kontynencie zbiornikwody. Swoje przygody zakończyli tym, co publika lubi u celebrytównajbardziej, to znaczy głośnym, publicznym rozstaniem. Francuz, Paul Belloni du Chaillu, przywiózłz zachodniego wybrzeża skóry i szkielety goryli, opowiadajączaintrygowanej publice, jak te wielkie, włochate bestie porywająkobiety i zaciągają je do swoich leży w głębi dżungli, w celachzbyt plugawych, by o nich mówić51.

Cała ta ekscytacjapodszyta była nadzieją, że Afryka stanie się źródłem surowców,niezbędnych rewolucji przemysłowej, tak jak poszukiwanie innegosurowca, potrzebnego do rozwoju kolonialnej gospodarki - niewolników- napędzało wcześniejsze działaniaEuropejczyków w Afryce. Oczekiwania bardzo wzrosły po tym, jak w 1867roku dwóch poszukiwaczy odnalazło diamenty w Południowej Afryce,a dwie dekady później złoto. Europejczycy lubili wyobrażać sobie,że kierują nimi wyższe cele. Brytyjczycy szczególnie żarliwiewierzyli w niesienie tubylcom "cywilizacji" i chrześcijaństwa;byli ciekawi tego, co leży w niezbadanym interiorze kontynentu, a takżechcieli zwalczać niewolnictwo, kierując się cnotą.

Prawo Brytyjczykówdo odczuwania moralnej wyższości z powodu handlu ludźmi było mocnowątpliwe, gdyż resztki niewolnictwa w Wielkiej Brytanii zlikwidowanodopiero w 1838 roku. Anglicy szybko jednak o tym zapomnieli, tak samojak zapomnieli o tym, że sami tłumili bunty niewolników w IndiachZachodnich, a do zmierzchu niewolnictwa przyczyniły się czynnikiekonomiczne, które zmniejszyły jego opłacalność. Ich zdaniem epokaniewolnicza dobiegła końca na całym świecie tylko i wyłączniez powodu brytyjskiej prawości. Jedna z rzeźb na londyńskimAlbert Memorial, wzniesionym w 1872 roku, przedstawia młodego,nagiego Afrykanina, osłoniętego kilkoma liśćmi. W informatorzewydanym z okazji inauguracji monumentu czytamy, że "reprezentujeon niecywilizowane rasy", wsłuchujące się w nauki Europejki, a "strzaskane łańcuchy u jego stóp odnoszą się do roli WielkiejBrytanii w wyzwoleniu niewolników"52.

Znamienne, żenajwiększy zapał abolicjonistyczny Brytyjczyków i Francuzów w latach 60. XIX wieku wcale nie był skierowany przeciwko Hiszpaniii Portugalii, w których koloniach niewolnictwo było dozwolone, aniprzeciw Brazylii, gdzie żyły miliony niewolników. Słowa moralnegopotępienia skierowane były przeciwko celowi niewielkiemu, słabemu i - bezpiecznie - niebiałemu: "arabskim" łowcom niewolników,najeżdżającym Afrykę ze wschodu. Na targach Zanzibaru handlarzesprzedawali ludzi miejscowym arabskim plantatorom, ale także nabywcomz Persji, Madagaskaru oraz innych księstw i sułtanatów z PółwyspuArabskiego. Dla Europejczyków byli idealnym celem moralnej dezaprobaty- jedną "niecywilizowaną" rasą niewolącą drugą.

Określenie "arabski"było mylące, bardziej prawidłowe byłoby "afro-arabski". Choćwięźniowie często trafiali do świata arabskiego, to łowcamina kontynencie byli głównie Afrykanie pochodzący z terytoriówdzisiejszych Kenii i Tanzanii, których rodzimym językiem byłosuahili. Wielu z nich nosiło arabskie stroje i przejmowało islam, aletylko niektórzy byli, choćby i częściowo, arabskiego pochodzenia. Takczy inaczej, od Edynburga po Rzym powstawały pełne wzburzenia książki,przemówienia, kazania, w których piętnowano okrutnych "arabskich"handlarzy. Tym samym pośrednio piętnowano także pomysł, że Afrykęmógłby skolonizować ktoś inny niż Europejczycy.

Wszystkie te europejskiezrywy - zapał abolicjonizmu, poszukiwanie surowców, nawracanie nachrześcijaństwo oraz zwykła ciekawość - znalazły ucieleśnienie w jednym człowieku, Davidzie Livingstone. Lekarz, poszukiwacz, misjonarz,odkrywca, a w pewnym momencie nawet brytyjski konsul, od wczesnych lat40. XIX wieku przez trzy dziesięciolecia przemierzał Afrykę. Chciałodnaleźć źródła Nilu, piętnował niewolnictwo, odkrył WodospadWiktorii, poszukiwał minerałów i nauczał Ewangelii. Był pierwszymbiałym człowiekiem, który przemierzył Afrykę z jednego wybrzeżana drugie*. W Anglii został narodowymbohaterem.

W 1866 roku Livingstonewyruszył na kolejną długą ekspedycję, w poszukiwaniu łowcówniewolników, potencjalnych chrześcijan, Nilu czy czegokolwiek, co mogłobyć odkryte. Mijały lata, a on nie wracał. Gdy jego los zacząłbyć przedmiotem dociekań, wydawca "New York Herald" James GordonBennett dostrzegł wielką okazję. Jak twierdził później Stanley, w 1869 roku otrzymał pilny telegram od Bennetta, który był jego szefem:PRZYJEŻDŻAJ DO PARYŻA; SPRAWA WAŻNA53. Z zarozumiałością, która stała się stałym elementem jego wizerunku,Stanley pisał: "Dziennikarz jest jak gladiator na arenie. (...)Jakiekolwiek wahanie lub tchórzostwo i jest zgubiony. Gladiatorstawia czoło zaostrzonemu mieczowi, który mierzy w jego łono -wędrowny korespondent stawia czoło rozkazowi, który może wysłaćgo na zgubę"54. Pospieszył do Paryżai spotkał się z wydawcą w Grand Hotelu. Burzliwa rozmowa na tematLivingstone'a zakończyła się, gdy Bennett powiedział: "...ALEODSZUKAJ PAN LIVINGSTONA!"55.

Scena ta jest wyśmienitymotwarciem pierwszej książki Stanleya pt. Jak odszukałemLivingstona i czyni z Bennetta, któremu jest zadedykowana,dalekowzrocznego inicjatora tej wielkiej przygody. Jak się jednakwydaje, taka rozmowa nigdy nie miała miejsca. Z dziennika Stanleyazostały wyrwane strony dotyczące dnia, w którym miało dojść dospotkania oraz dni sąsiednich, a sam Stanley rozpoczął poszukiwaniaLivingstone'a dopiero ponad rok później.

Choć podkoloryzowana,opowieść o dramatycznym wezwaniu do Paryża przez Bennetta sprzedałasię wyśmienicie i tylko to się dla Stanleya liczyło. Miałnadzieję na coś więcej niż tylko na sławę odkrywcy. Jegomelodramatyczne zacięcie czyniło z niego - jak wyraził się pewienhistoryk - "protoplastę wszystkich późniejszych profesjonalnychpisarzy-podróżników"56. Jego artykuły,książki i cykle wykładów przyniosły mu fortunę większą niż innympisarzom podróżnikom, zarówno w XIX, jak i XX wieku. Każdy swój krokw Afryce planował tak, by móc opowiedzieć o nim po powrocie. W sposóbna wskroś dwudziestowieczny nieustannie dopracowywał szczegóły swojejsławy.

Aby nie zostawiaćżadnych wskazówek swoim konkurentom w poszukiwaniach Livingstone'a,zanim wyruszył do Afryki, Stanley ostrożnie rozpuszczał wieści, żema zamiar zbadać rzekę Rufidżi. Najpierw udał się na Zanzibar, abywynająć tragarzy do noszenia zapasów, skąd napisał serię listów doKatie Gough-Roberts z jego rodzinnego miasta, Denbigh. Były to krótkie,niełatwe, nerwowe zaloty, przerywane wieloma wyjazdami Stanleya w sprawach zawodowych, ale w jego listach widać, że się otwiera, wyjawiajej bolesną tajemnicę swojego nieślubnego pochodzenia. Planował jąpoślubić po powrocie z poszukiwań Livingstone'a.

W końcu wiosną 1871roku, w towarzystwie tragarzy, kilku uzbrojonych ludzi, tłumacza,kucharzy, niosącego amerykańską flagę przewodnika, dwóch brytyjskichżeglarzy oraz psa imieniem Omar - w sumie 190 osób, co było wówczasnajwiększą w dziejach afrykańską ekspedycją - Stanley wyruszyłze wschodniego wybrzeża w głąb lądu na poszukiwania Livingstone'a,o którym od pięciu lat nie było już żadnych wieści. "Gdziekolwiekby nie był - ogłosił Stanley swoim nowojorskim czytelnikom -bądźcie państwo pewni, że nie ustanę w poszukiwaniach. Jeśli jestżyw, usłyszycie, co ma do powiedzenia; jeśli martwy - odnajdę i sprowadzę wam jego kości"57.

Wędrówka Stanleyatrwała ponad osiem miesięcy, zanim wreszcie odnalazł podróżnikai mógł wypowiedzieć swoje słynne: "Doktor Livingstone, jaksądzę?". Długie poszukiwania obrosły legendą z powodu licznychdepesz Stanleya oraz świadomości Bennetta, że ma w ręku jeden z najbardziej fascynujących tematów stulecia. Ponieważ Stanley byłjedynym źródłem informacji na temat poszukiwań (jego dwóch białychtowarzyszy zmarło w czasie wyprawy, a nikogo nie obchodziły relacjetragarzy - tych, którzy przeżyli), przetrwała jedynie bohaterskalegenda o miesiącach żmudnej wędrówki, straszliwych bagnach, złych"arabskich" łowcach niewolników, tajemniczych, śmiertelnychchorobach, niebezpiecznych atakach krokodyli i wreszcie o triumfalnymodnalezieniu poczciwego doktora Livingstone'a.

W pismach Stanley wychwalaLivingstone'a, szlachetną postać ojca, którego od dawna szukał,a także - do pewnego stopnia - prawdziwego przyjaciela. WedługStanleya kilka miesięcy wspólnego odkrywania uczyniło z doświadczonegomędrca i młodego bohatera dobrych przyjaciół. (Opłynęli północnybrzeg jeziora Tanganika, mając nadzieję odnaleźć źródła Nilu, aleku swojemu rozczarowaniu znaleźli tylko inną rzekę wpływającą dozbiornika). Starszy mężczyzna przekazywał swoją wiedzę młodszemu,zanim - ze smutkiem - pożegnali się i ich ścieżki rozeszłysię na zawsze. Wygodnie dla Stanleya, Livingstone pozostał w Afryce i wkrótce zmarł, zanim mógł powrócić do domu i odebrać Stanleyowiczęść zainteresowania opinii publicznej albo opowiedzieć swojąwersję historii. Stanley chytrze ubarwiał swoją opowieść barwnymipostaciami lokalnych wodzów, egzotycznych sułtanów, wiernych sług,z dużą swobodą operując daleko sięgającymi uogólnieniami,ułatwiającymi jego czytelnikom zrozumienie: "Arab nigdy się niezmienia"; "Wajśja to urodzony tragarz"; "Wobec półkast żywięjedynie pogardę"58.

W przeciwieństwiedo pokojowego i dobrotliwego Livingstone'a, który podróżowałbez wielkiej świty i ciężko uzbrojonych pomocników, Stanleybył surowym i brutalnym nadzorcą. "Czarni sprawiają niebywaledużo kłopotu; są zbyt niewdzięczni (...)" - pisał z podróży59. Choć kolejne korekty łagodząwydźwięk listów, widać w nich wyraźnie jego skłonność do wybuchówfurii. Bez chwili wytchnienia prowadził swoich ludzi przez wzgórza i mokradła. "Gdy błoto i wilgoć osłabiały fizyczne siły leni, ichplecy smagał bicz, przywołując ich do solidnej - czasami nadmiernej- aktywności"60. Choć Stanley samzdezerterował z amerykańskiej marynarki wojennej, zaledwie sześć latpóźniej z satysfakcją zauważał, że "niepoprawni dezerterzy (...)byli chłostani i zakuwani w łańcuchy"61. W wioskach, przez które przechodziła jego ekspedycja, mogła być z powodzeniem wzięta za kolejną karawanę łowców niewolników.

Jak wielubiałych po nim, Stanley widział Afrykę jako właściwiepustą. "Niezamieszkany kraj - pisał. - Jakaż osada mogłabystanąć w tej dolinie! Jest dość szeroka, by pomieścićsporą ludność. Wyobraź sobie iglicę kościoła wznoszącąsię w miejscu, w którym ten ciemny tamaryndowiec roztacza swojeliście, i jak dobrze wyglądałyby dwa lub trzy domki zamiast tychcierni i eukaliptusów (sic)!"62. A później: "Wśród Anglosasów jest wciąż mnóstwo (...) OjcówPielgrzymów (...) i kiedy Ameryka zapełni się ich potomkami,któż może powiedzieć, że to nie Afryka będzie ich następnymprzystankiem?"63.

Dla Stanleya i jego publiki przyszłość ściśle łączyłasię z Afryką. Gdy wrócił do Europy, francuska prasa porównałaodnalezienie Livingstone'a do przebycia Alp przez Hannibala i Napoleona. Zważywszy na przechwałki Stanleya, że zastrzeli każdego,kto stanie mu na drodze, jeszcze celniejsza była uwaga generałaWilliama Tecumseha Shermana, który - po śniadaniu ze Stanleyem w Paryżu64 - porównał wyprawę Stanleyado swojego własnego marszu ku morzu, po którym zostawił tylkospaloną ziemię**.

Brytyjczycy bylinastawieni mniej przychylnie. Królewskie Towarzystwo Geograficznezwlekało z wysłaniem własnej ekspedycji w poszukiwaniu Livingstone'a i jego członkowie byli skonsternowani, kiedy natknęli się w Afryce naStanleya, który triumfująco wsiadał już na statek, żeby powrócić dokraju. Czytając między wierszami naburmuszonych oświadczeń oficjeliTowarzystwa, można dostrzec irytację, że ich własny członek zostałodnaleziony przez kogoś, kto nie był ani przyzwoitym odkrywcą, aniprzyzwoitym Anglikiem, tylko jakimś dziennikarzyną, wysmarowującymartykuły dla amerykańskiej prasy brukowej. Co więcej, jak zauważyliniektórzy Anglicy, kiedy tylko Stanley popadał w ekscytację, jegoamerykański akcent płynnie zmieniał się w walijski. Krążącepogłoski o jego walijskim - i nieślubnym - pochodzeniu niezmierniemartwiły Stanleya, który pisząc dla szowinistycznej i antybrytyjskiejnowojorskiej gazety, z całą stanowczością utrzymywał, że urodziłsię i wychował w Ameryce. (Czasami sugerował, że pochodzi z NowegoJorku, czasem, że z St. Louis. Po odnalezieniu Livingstone'a MarkTwain wysłał Stanleyowi list z gratulacjami jako "pobratymcowi z Missouri"65).

Ciąg dalszy w wersji pełnej

PRZYPISY

Dostępne w wersji pełnej

Wstęp

Dostępne w wersji pełnej

Prolog: "Handlarze porywają naszychludzi"

Dostępne w wersji pełnej

1. "Nie ustanę w poszukiwaniach"

Dostępne w wersji pełnej

2. Lis przekracza strumień

Dostępne w wersji pełnej

3. Wspaniały tort

Dostępne w wersji pełnej

4. "Traktaty muszą przyznawać namwszystko"

Dostępne w wersji pełnej

5. Z Florydy do Berlina

Dostępne w wersji pełnej

6. Pod flagą jachtklubu

Dostępne w wersji pełnej

7. Pierwszy odszczepieniec

Dostępne w wersji pełnej

8. "Gdzie przykazań brak dziesięciu"

Dostępne w wersji pełnej

9. Spotykając pana Kurtza

Dostępne w wersji pełnej

10. Drzewo, które płacze

Dostępne w wersji pełnej

11. Tajne towarzystwo morderców

Dostępne w wersji pełnej

12. Dawid i Goliat

Dostępne w wersji pełnej

13. Włamując się do jaskini zbrodni

Dostępne w wersji pełnej

14. "Jego czyny pełnym światłemzalej"

Dostępne w wersji pełnej

15. Rozliczenie

Dostępne w wersji pełnej

16. "Dziennikarze nie dadzą panu żadnychpokwitowań"

Dostępne w wersji pełnej

17. Żaden człowiek nie jest obcy

Dostępne w wersji pełnej

18. Zwycięstwo?

Dostępne w wersji pełnej

19. Wielkie zapominanie

Dostępne w wersji pełnej