1 "NIE USTANĘ W POSZUKIWANIACH"
DWUDZIESTEGO ÓSMEGO stycznia 1841 roku,ćwierć wieku przed nieudaną ekspedycją Tuckeya, w małym,handlowym walijskim miasteczku Denbigh urodził się człowiek,który dokonał tego, co próbował zrobić Tuckey. Do ksiągkościoła św. Hilarego został wpisany jako "John Rowlands,bękart", które to określenie prześladowało chłopca do końcażycia, w czasie którego obsesyjnie próbował zmazać z siebie tęhańbę35. Mały John był pierwszym z pięciorga nieślubnych dzieci pokojówki Betsy Parry. Jego ojcemmógł być albo John Rowlands, lokalny pijak, który zmarł nadelirium tremens, James Vaughan Horne, prominentny,żonaty prawnik, albo jakiś londyński przyjaciel Betsy Parry z czasów,gdy tam pracowała.
Po porodzie okrytahańbą Betsy Parry opuściła Denbigh, zostawiając dziecko pod opiekądwóch wujów i dziadka, człowieka, który uważał, że niegrzecznymchłopcom potrzeba "solidnego lania"36. GdyJohn miał pięć lat, dziadek zmarł, a wujowie natychmiast pozbylisię niechcianego siostrzeńca, oddając go pewnej mieszkającejnieopodal rodzinie, płacąc jej pół korony tygodniowo za opiekę nadchłopcem. Gdy zażądano więcej, wujowie odmówili i przybrana rodzinaoznajmiła pewnego dnia małemu Johnowi, że ich syn, Dick, zabierze gow odwiedziny do "ciotki Mary", mieszkającej w innej wiosce.
Droga była żmudna i wydawała się nie mieć końca(...) W końcu Dick zdjął mnie z ramion i postawił przed wielkim,kamiennym budynkiem. Minął wysoką, kutą bramę i zadzwonił dodrzwi. W oddali, z głębi budynku, usłyszałem jego hałaśliwydźwięk. Pojawił się obcy człowiek o ponurej twarzy, który- mimo moich protestów - chwycił mnie za dłoń i wciągnąłdo środka. Dick próbował ukoić mój lęk, zapewniając mnie bezzająknienia, że zaraz przyprowadzi ciotkę Mary. Gdy drzwi zamknęłysię za nim z donośnym szczękiem, po raz pierwszy poczułem to okropneuczucie bycia zupełnie opuszczonym37.
Takoto sześcioletni John Rowlands został podopiecznym Domu Pracy w St. Asaph.
Doniesienia na tematżycia w St. Asaph skrywa zasłona wiktoriańskich eufemizmów, alemiejscowa gazeta pomstowała, że dyrektor jest alkoholikiem, który"niegodnie poczyna" sobie z przebywającymi tam kobietami. Komisjaśledcza, która odwiedziła dom pracy w 1847 roku, mniej więcej w tym samym czasie, w którym mieszkał tam John Rowlands, raportowała,że dorosłym mężczyznom "żaden występek nie jest obcy", a dzieci sypiają dwójkami na jednym łóżku, starsi z młodszymi,co skutkuje tym, że "czynią i rozumieją rzeczy, których niepowinny"38. John Rowlands do końcażycia będzie odczuwał lęk przed jakąkolwiek formą seksualnejbliskości.
Czego by jednaknie doświadczył w dormitoriach, w szkolnej klasie szło Johnowiznakomicie. Za swoje osiągnięcia został nagrodzony Biblią przezmiejscowego biskupa. Fascynowała go geografia. Miał niezwykły talent- wystarczyło mu tylko kilka minut obserwacji, by doskonale skopiowaćcudzy charakter pisma. Jego własne pismo było uderzająco wdzięczne- młodzieńczy podpis był stylowy, pochylony do przodu, a zamaszystetrzonki i ogonki liter sięgały poza linie, jak gdyby charakterem pismachciał wykreślić swoją hańbę i napisać historię swojego życianie jako ubogą, ale elegancką księgę.
Gdy John miał dwanaścielat, jego nauczyciel podszedł do niego "pewnego wieczora w godzinachwieczerzy, gdy zebrali się wszyscy podopieczni" i wskazując nawysoką kobietę o owalnej twarzy i ciemnych, spiętych w kok włosach,spytał mnie, czy ją rozpoznaję.
"Nie, proszę pana"- odparłem.
"Jakże to, nie znaszwłasnej matki?".
Z rozpalonątwarzą zwróciłem w jej stronę nieśmiałe spojrzenie i dostrzegłem, że patrzy na mnie chłodno, wzrokiem krytycznym i badawczym. Sądziłem, że odczuję falę czułości, ale wyrazjej twarzy był tak lodowaty, że moje serce zamknęło się z trzaskiem"39.
Jeszcze większymwstrząsem było to, że matka przywiozła ze sobą do St. Asaph dwojenowych nieślubnych dzieci, chłopca i dziewczynkę. Kilka tygodnipóźniej wyjechała z domu pracy. Dla Johna było to ostatnie ogniwodługiego łańcucha porzuceń.
W wieku piętnastulat John opuścił St. Asaph i pomieszkiwał u kolejnych krewnych,którzy to wszyscy nieszczególnie mieli ochotę opiekować się ubogimkuzynem. Mając lat siedemnaście, zamieszkał u wuja w Liverpoolui podjął pracę jako dostawca u rzeźnika, obawiając się, żepo raz kolejny zostanie wyrzucony z domu. Pewnego dnia dostarczałmięso na amerykański statek handlowy, zacumowany w dokach, noszącynazwę "Windermere". Kapitan zauważył niskiego, ale krzepkiegomłodzieńca i spytał go: "Czy chciałbyś pływać na tymstatku?"40.
W lutym 1859 roku, posiedmiu tygodniach rejsu, "Windermere" zawinął do portu w NowymOrleanie, gdzie świeżo upieczony marynarz zszedł na ląd. Na długozapamiętał fascynującą paradę zapachów: smoły, wody morskiej,zielonej kawy, rumu, melasy. Przemierzając ulice w poszukiwaniu pracy,na werandzie pewnego składu zauważył mężczyznę w średnim wieku,mającego na głowie cylinder - jak się miało okazać, pośrednikahandlu bawełną - i spytał go: "Czy potrzebuje pan chłopca,sir?"41.
Kupiec, na którymzrobiła wrażenie jedyna rzecz, jaka mogła pełnić funkcję referencji- Biblia otrzymana w nagrodę od biskupa - przyjął do pracymłodego Walijczyka. John Rowlands, rozpoczynający życie w NowymŚwiecie, zdecydował się wkrótce przyjąć nową tożsamość. Procesten był stopniowy. W 1860 roku w spisie mieszkańców Nowego Orleanufiguruje jako "J. Rolling". Kobieta, która znała go wówczas,zapamiętała go pod imieniem Johna Rollinsa: "Miał umysłostry jak brzytwa, ale był skłonny do przechwałek, gadaniny i snucia opowieści"42. W ciągu kilkulat zaczął jednak używać imienia i nazwiska kupca, który gozatrudnił. Eksperymentował z drugim imieniem, stosując: Morley,Morelake i Moreland, dopóki nie zdecydował się na Morton. Tym sposobemchłopiec, który wkroczył w progi Domu Pracy w St. Asaph jako JohnRowlands, przemienił się w mężczyznę, który wkrótce będzie znanyświatu jako Henry Morton Stanley.
Stanley podarowałsobie nie tylko nowe imię, ale przez resztę życia starał daćsobie także nową biografię. Człowiek, który miał zostaćnajsłynniejszym odkrywcą swoich czasów, znanym z celnych obserwacjina temat afrykańskiej ziemi i tamtejszej przyrody, był równieżświatowej klasy krętaczem, kiedy chodziło o wczesne lata jegożycia. W swojej autobiografii na przykład w dramatyczny sposóbopowiada o tym, jak opuścił walijski dom pracy. Po tym, jakzorganizował bunt przeciwko okrutnemu opiekunowi starszej klasy,Jamesowi Francisowi, miał przeskoczyć mur ogrodu i uciec. ""Nigdywięcej" - krzyknąłem, zdumiony moją własną odwagą. Z trudemwydałem z siebie te słowa, zanim znalazłem się w powietrzu,uniesiony za kołnierz kurtki i, pozbawiony siły, rzucony naławkę. Wówczas zapalczywy brutal zaczął okładać mnie po brzuchu,aż przewróciłem się do tyłu, nie mogąc złapać tchu. Znowuzostałem podniesiony i rzucony na ławkę z siłą, która niemalzłamała mi kręgosłup"43. Stanleybył wówczas żywotnym, zdrowym piętnastolatkiem, a Francis,były górnik, który stracił w wypadku rękę, nie byłby dla niegożadnym przeciwnikiem. Co więcej, pozostali uczniowie nie przypominalisobie żadnego buntu, a już na pewno takiego, któremu przewodziłbyStanley. Zapamiętali Francisa jako człowieka łagodnego, a Stanleyajako pupila nauczycieli, często nagradzanego i chwalonego, który podnieobecność Francisa był stawiany na czele klasy. Akta domu pracywskazują, że Stanley nie zbiegł, ale opuścił dom, żeby zamieszkaću wuja i pójść do szkoły.
Równie wymyślne sąwspomnienia Stanleya z Nowego Orleanu. Mieszkał, jak twierdził,w domu kupca-dobroczyńcy Henry'ego Stanleya i jego delikatnej,świątobliwej żony. Gdy epidemia żółtej febry dotknęła miasto,żona zachorowała i zmarła w łożu osłoniętym białym muślinem, alew momencie śmierci "otwarła swe łagodne oczy i, jak gdyby z oddali,przemówiła tymi słowami: "Bądź dobrym chłopcem. Niech cię Bógbłogosławi!""44.
Wkrótce zbolaływdowiec miał przycisnąć do piersi swojego młodego lokatora i pracownika, obwieszczając mu: "w przyszłości to ty będziesznosił moje imię"45. Później, jaktwierdził Stanley, nastąpiły dwa idylliczne lata podróżowaniaw interesach z człowiekiem, którego sam nazywał ojcem. Pływaliw górę i w dół Mississipi, spacerując po pokładzie, czytającsobie na głos i rozmawiając o Biblii. Niestety, w 1861 roku szczodry,przybrany ojciec Stanleya podążył za swoją ukochaną żoną natamten świat. "Po raz pierwszy w życiu poczułem, jak przenikliwyból przebija duszę, gdy ktoś, kogo kochaliśmy, składając lodowatedłonie, zasypia snem wieczystym. Patrzyłem na jego ciało i dręczyłomnie pytanie: czy moje zachowanie było tak doskonałe, jak chciałem,żeby było? Czy w czymkolwiek zawiodłem? Czy szanowałem go tak,jak na to zasługiwał?"46.
Przejmująca historia- z wyjątkiem tego, że akta wskazują, że oboje Stanleyowie zmarlidopiero w 1878 roku, siedemnaście lat później. Rzeczywiście adoptowalidzieci - dwie dziewczynki. Według rejestrów miejskich oraz spisumieszkańców młody Stanley nie mieszkał w domu, ale w kolejnychszkołach z internatem, a Stanley-kupiec strasznie pokłócił sięze swoim młodym pracownikiem i zerwał z nim znajomość, zakazując,by w jego obecności choćby wymawiano imię młodzieńca.
Opis młodzieńczychlat Stanleya z pewnością zawdzięcza wiele tworzącemu w tym samymokresie Karolowi Dickensowi, który tak samo lubował się w scenachrozgrywających się przy łożu umierającego, świątobliwych kobietachi bogatych dobroczyńcach. Koloryzowanie wynikało również z poczuciaStanleya, że jego prawdziwe życie okrywała tak wielka hańba, iż -aby móc zaprezentować się światu - musiał wymyślić siebie nanowo. Nie tylko zmyślał wydarzenia w swojej autobiografii, ale teżzapisywał w dzienniku katastrofy morskie i inne dramatyczne przygody,które nigdy nie miały miejsca. Czasem opis jakiegoś wydarzenia z podróży po Afryce jest zupełnie inny w dziennikach, inny w listach,inny w artykule wysłanym do gazety, a jeszcze inny w książce, którązawsze spisywał po powrocie z wyprawy. Psychohistorycy mieli późniejprawdziwą ucztę.
Jedno z opisywanych (lubwymyślonych) przez Stanleya wydarzeń, które najwięcej odsłania,miało miejsce w Nowym Orleanie, gdzie dzielił hotelowe łóżkoz Dickiem Heatonem, młodzieńcem, który przybył z Liverpoolujako majtek. "Był tak skromny,że nie chciał rozdziać się przy świetle świecy, a (...) gdyzległ na łóżku, położył się na jego brzegu, by uniknąćze mną kontaktu. Gdy obudziłem się rano, spostrzegłem, że sięnie rozebrał". Pewnego dnia Stanley obudził się i patrząc naśpiącego u jego boku Dicka Heatona, "zdumiony dostrzegł to, co brałza dwa guzy na jego piersi (...). Usiadłem (...) i krzyknąłem (...)"Wiem! Wiem! Dick, jesteś dziewczyną!"". Dick, który przyznał siędo bycia Alice, zniknął jeszcze tego samego wieczora. "Nigdy więcejjuż jej nie widziałem ani o niej nie słyszałem, ale mam nadzieję,że los był jej łaskawy, tak jak wtedy, gdy mądrze rozdzielił dwiemłode i proste istoty, które zbytek uczuć mógł przywieść doszaleństwa"47.
Jak Dickensowska scena przy łożu śmierci, tak i ta niesie w sobie echo legendy - o dziewczynie, która przebiera się za chłopca,by móc zaciągnąć się do wojska albo na statek. Prawdziwy czy nie,przekaz emocjonalny tego wydarzenia jest taki sam: strach Stanleya przedzbliżeniem się do kobiety.
Gdy zaczęła się wojnasecesyjna, Stanley dołączył do armii Konfederacji i w kwietniu 1862roku Regiment Ochotników z Arkansas, w którym służył, wziąłudział w bitwie pod Shiloh, w stanie Tennessee. Drugiego dnia walkiStanley został otoczony przez kilku żołnierzy Unii i znalazł sięw zatłoczonym, nękanym przez tyfus obozie jenieckim na obrzeżachChicago. Wkrótce odkrył, że jedyną metodą ucieczki z tego nędznegomiejsca było zgłoszenie się na ochotnika do wojsk Unii, co szybkouczynił. Zapadł jednak na dyzenterię i został zwolniony z powodówzdrowotnych. Przepłynąwszy - jako marynarz - tam i z powrotem przezAtlantyk, zaciągnął się do marynarki wojennej Unii. Ładny charakterpisma zapewnił mu posadę kancelisty nafregacie "Minnesota". Kiedy okręt ten ostrzelał konfederacki portw Karolinie Północnej, Stanley stał się jednym z niewielu ludzi,którzy w tej wojnie walczyli po obu stronach frontu.
"Minnesota"powróciła do portu w początkach 1865 roku i niezmordowanyStanley zdezerterował. Jego podróże nabierają tempa. Jak gdybynie miał cierpliwości do zorganizowanych instytucji, jak miejscepracy, statek handlowy czy armia. Udaje się najpierw do St. Louis,gdzie zatrudnia się w miejscowej gazecie jako korespondent-wolnystrzelec i nadsyła barwne depesze z dalekiego Zachodu: z Denver, Salt Lake City, San Francisco. Krytykuje"rozwiązłość i hulaszczość" oraz "wir grzechu" tamtejszychmiast48.
Po awanturniczej wyprawiedo Turcji Stanley powrócił na amerykański Zachód, a jego karieradziennikarska nabrała tempa. Przez większość 1867 roku pisało wojnach z Indianami, wysyłając depesze nie tylko do St. Louis,ale też do gazet na Wschodnim Wybrzeżu. Nie miało znaczenia, żedługi, beznadziejny opór Indian z południowych równin przeciwkozabierającym im ziemię najeźdźcom dobiegał końca; że drużyna,której towarzyszył Stanley, nie widziała wiele walki; że przezwiększość roku trwały negocjacje pokojowe. Wydawcy Stanleya chcielirelacji z dramatycznych bitew i to właśnie im dawał: "Wojnyindiańskie wreszcie się należycie rozpoczęły (...) Indianie,zgodnie z obietnicami i swoimi krwiożerczymi instynktami, z dzikąnienawiścią do białej rasy, z tym, czego nauczyli ich przodkowie,wkroczyli na wojenną ścieżkę"49.
Reportaże zwróciłyuwagę Jamesa Gordona Bennetta Jr., ekstrawaganckiego, przebojowegowydawcy "New York Herald". Zatrudnił Stanleya, by zdał relacjęz małej, egzotycznej wojenki: brytyjskiej ekspedycji karnej przeciwkocesarzowi Abisynii. Zainteresowanie nią mogło zwiększyć sprzedażgazety. W drodze na wojnę, w Suezie, Stanley przekupił głównegotelegrafistę. Gdy depesze korespondentów spływały z frontu, towłaśnie Stanleya miała być wysyłana jako pierwsza. Przezornośćopłaciła się i to właśnie jego entuzjastyczny opis tego, jak Brytyjczycy wygrali jedyną ważną bitwę tejwojny, świat przeczytał jako pierwszy. Depesze jego zirytowanych rywali,a także oficjalne raporty amii brytyjskiej, musiały pokonywać częśćdrogi do Europy statkiem. W czerwcu 1868 roku, siedząc w jakimś kairskimhotelu, Stanley delektował się swoim sensacyjnym materiałem i tym,że został mianowany stałym zagranicznym korespondentem "New YorkHerald". Miał wówczas dwadzieścia siedem lat.
* * *
Gdy przeniósł się doLondynu, doszły go pierwsze pogłoski o tym, co będzie kiedyśznane jako "Rozdrapywanie Afryki". W Europie, pewnym krokiemwchodzącej w epokę przemysłową, przepełnionej poczuciem siły, jakądawały kolej i parowce, narodziłsię nowy rodzaj bohatera - odkrywca Afryki. Dla tych, którzy odtysięcy lat zamieszkiwali Afrykę, "nie było co odkrywać, byliśmytu cały czas" - jak miał powiedzieć później pewien afrykańskipolityk50. Jednak dla XIX-wiecznychEuropejczyków, fetujących podróżników za "odkrywanie",każdy nowy zakątek Afryki był, z psychologicznego punktu widzenia,zaproszeniem, jak gdyby kontynent tylko czekał, aż wezmą go w posiadanie.
W Europie, ciasnooplecionej siecią telegrafów, kółek czytelniczych, codziennych gazeto wielkich nakładach, afrykańscy odkrywcy stali się kimś w rodzajucelebrytów - ich sława przekraczała granice państw, tak jak dziśgwiazd sportu czy filmu. Dwaj Anglicy, Richard Burton i John Speke,odważnie wyruszyli ze wschodniego wybrzeża Afryki w głąb kontynentu,by odkryć jezioro Tanganika - najdłuższe słodkowodne jezioroświata, oraz Jezioro Wiktorii - największy na kontynencie zbiornikwody. Swoje przygody zakończyli tym, co publika lubi u celebrytównajbardziej, to znaczy głośnym, publicznym rozstaniem. Francuz, Paul Belloni du Chaillu, przywiózłz zachodniego wybrzeża skóry i szkielety goryli, opowiadajączaintrygowanej publice, jak te wielkie, włochate bestie porywająkobiety i zaciągają je do swoich leży w głębi dżungli, w celachzbyt plugawych, by o nich mówić51.
Cała ta ekscytacjapodszyta była nadzieją, że Afryka stanie się źródłem surowców,niezbędnych rewolucji przemysłowej, tak jak poszukiwanie innegosurowca, potrzebnego do rozwoju kolonialnej gospodarki - niewolników- napędzało wcześniejsze działaniaEuropejczyków w Afryce. Oczekiwania bardzo wzrosły po tym, jak w 1867roku dwóch poszukiwaczy odnalazło diamenty w Południowej Afryce,a dwie dekady później złoto. Europejczycy lubili wyobrażać sobie,że kierują nimi wyższe cele. Brytyjczycy szczególnie żarliwiewierzyli w niesienie tubylcom "cywilizacji" i chrześcijaństwa;byli ciekawi tego, co leży w niezbadanym interiorze kontynentu, a takżechcieli zwalczać niewolnictwo, kierując się cnotą.
Prawo Brytyjczykówdo odczuwania moralnej wyższości z powodu handlu ludźmi było mocnowątpliwe, gdyż resztki niewolnictwa w Wielkiej Brytanii zlikwidowanodopiero w 1838 roku. Anglicy szybko jednak o tym zapomnieli, tak samojak zapomnieli o tym, że sami tłumili bunty niewolników w IndiachZachodnich, a do zmierzchu niewolnictwa przyczyniły się czynnikiekonomiczne, które zmniejszyły jego opłacalność. Ich zdaniem epokaniewolnicza dobiegła końca na całym świecie tylko i wyłączniez powodu brytyjskiej prawości. Jedna z rzeźb na londyńskimAlbert Memorial, wzniesionym w 1872 roku, przedstawia młodego,nagiego Afrykanina, osłoniętego kilkoma liśćmi. W informatorzewydanym z okazji inauguracji monumentu czytamy, że "reprezentujeon niecywilizowane rasy", wsłuchujące się w nauki Europejki, a "strzaskane łańcuchy u jego stóp odnoszą się do roli WielkiejBrytanii w wyzwoleniu niewolników"52.
Znamienne, żenajwiększy zapał abolicjonistyczny Brytyjczyków i Francuzów w latach 60. XIX wieku wcale nie był skierowany przeciwko Hiszpaniii Portugalii, w których koloniach niewolnictwo było dozwolone, aniprzeciw Brazylii, gdzie żyły miliony niewolników. Słowa moralnegopotępienia skierowane były przeciwko celowi niewielkiemu, słabemu i - bezpiecznie - niebiałemu: "arabskim" łowcom niewolników,najeżdżającym Afrykę ze wschodu. Na targach Zanzibaru handlarzesprzedawali ludzi miejscowym arabskim plantatorom, ale także nabywcomz Persji, Madagaskaru oraz innych księstw i sułtanatów z PółwyspuArabskiego. Dla Europejczyków byli idealnym celem moralnej dezaprobaty- jedną "niecywilizowaną" rasą niewolącą drugą.
Określenie "arabski"było mylące, bardziej prawidłowe byłoby "afro-arabski". Choćwięźniowie często trafiali do świata arabskiego, to łowcamina kontynencie byli głównie Afrykanie pochodzący z terytoriówdzisiejszych Kenii i Tanzanii, których rodzimym językiem byłosuahili. Wielu z nich nosiło arabskie stroje i przejmowało islam, aletylko niektórzy byli, choćby i częściowo, arabskiego pochodzenia. Takczy inaczej, od Edynburga po Rzym powstawały pełne wzburzenia książki,przemówienia, kazania, w których piętnowano okrutnych "arabskich"handlarzy. Tym samym pośrednio piętnowano także pomysł, że Afrykęmógłby skolonizować ktoś inny niż Europejczycy.
Wszystkie te europejskiezrywy - zapał abolicjonizmu, poszukiwanie surowców, nawracanie nachrześcijaństwo oraz zwykła ciekawość - znalazły ucieleśnienie w jednym człowieku, Davidzie Livingstone. Lekarz, poszukiwacz, misjonarz,odkrywca, a w pewnym momencie nawet brytyjski konsul, od wczesnych lat40. XIX wieku przez trzy dziesięciolecia przemierzał Afrykę. Chciałodnaleźć źródła Nilu, piętnował niewolnictwo, odkrył WodospadWiktorii, poszukiwał minerałów i nauczał Ewangelii. Był pierwszymbiałym człowiekiem, który przemierzył Afrykę z jednego wybrzeżana drugie*. W Anglii został narodowymbohaterem.
W 1866 roku Livingstonewyruszył na kolejną długą ekspedycję, w poszukiwaniu łowcówniewolników, potencjalnych chrześcijan, Nilu czy czegokolwiek, co mogłobyć odkryte. Mijały lata, a on nie wracał. Gdy jego los zacząłbyć przedmiotem dociekań, wydawca "New York Herald" James GordonBennett dostrzegł wielką okazję. Jak twierdził później Stanley, w 1869 roku otrzymał pilny telegram od Bennetta, który był jego szefem:PRZYJEŻDŻAJ DO PARYŻA; SPRAWA WAŻNA53. Z zarozumiałością, która stała się stałym elementem jego wizerunku,Stanley pisał: "Dziennikarz jest jak gladiator na arenie. (...)Jakiekolwiek wahanie lub tchórzostwo i jest zgubiony. Gladiatorstawia czoło zaostrzonemu mieczowi, który mierzy w jego łono -wędrowny korespondent stawia czoło rozkazowi, który może wysłaćgo na zgubę"54. Pospieszył do Paryżai spotkał się z wydawcą w Grand Hotelu. Burzliwa rozmowa na tematLivingstone'a zakończyła się, gdy Bennett powiedział: "...ALEODSZUKAJ PAN LIVINGSTONA!"55.
Scena ta jest wyśmienitymotwarciem pierwszej książki Stanleya pt. Jak odszukałemLivingstona i czyni z Bennetta, któremu jest zadedykowana,dalekowzrocznego inicjatora tej wielkiej przygody. Jak się jednakwydaje, taka rozmowa nigdy nie miała miejsca. Z dziennika Stanleyazostały wyrwane strony dotyczące dnia, w którym miało dojść dospotkania oraz dni sąsiednich, a sam Stanley rozpoczął poszukiwaniaLivingstone'a dopiero ponad rok później.
Choć podkoloryzowana,opowieść o dramatycznym wezwaniu do Paryża przez Bennetta sprzedałasię wyśmienicie i tylko to się dla Stanleya liczyło. Miałnadzieję na coś więcej niż tylko na sławę odkrywcy. Jegomelodramatyczne zacięcie czyniło z niego - jak wyraził się pewienhistoryk - "protoplastę wszystkich późniejszych profesjonalnychpisarzy-podróżników"56. Jego artykuły,książki i cykle wykładów przyniosły mu fortunę większą niż innympisarzom podróżnikom, zarówno w XIX, jak i XX wieku. Każdy swój krokw Afryce planował tak, by móc opowiedzieć o nim po powrocie. W sposóbna wskroś dwudziestowieczny nieustannie dopracowywał szczegóły swojejsławy.
Aby nie zostawiaćżadnych wskazówek swoim konkurentom w poszukiwaniach Livingstone'a,zanim wyruszył do Afryki, Stanley ostrożnie rozpuszczał wieści, żema zamiar zbadać rzekę Rufidżi. Najpierw udał się na Zanzibar, abywynająć tragarzy do noszenia zapasów, skąd napisał serię listów doKatie Gough-Roberts z jego rodzinnego miasta, Denbigh. Były to krótkie,niełatwe, nerwowe zaloty, przerywane wieloma wyjazdami Stanleya w sprawach zawodowych, ale w jego listach widać, że się otwiera, wyjawiajej bolesną tajemnicę swojego nieślubnego pochodzenia. Planował jąpoślubić po powrocie z poszukiwań Livingstone'a.
W końcu wiosną 1871roku, w towarzystwie tragarzy, kilku uzbrojonych ludzi, tłumacza,kucharzy, niosącego amerykańską flagę przewodnika, dwóch brytyjskichżeglarzy oraz psa imieniem Omar - w sumie 190 osób, co było wówczasnajwiększą w dziejach afrykańską ekspedycją - Stanley wyruszyłze wschodniego wybrzeża w głąb lądu na poszukiwania Livingstone'a,o którym od pięciu lat nie było już żadnych wieści. "Gdziekolwiekby nie był - ogłosił Stanley swoim nowojorskim czytelnikom -bądźcie państwo pewni, że nie ustanę w poszukiwaniach. Jeśli jestżyw, usłyszycie, co ma do powiedzenia; jeśli martwy - odnajdę i sprowadzę wam jego kości"57.
Wędrówka Stanleyatrwała ponad osiem miesięcy, zanim wreszcie odnalazł podróżnikai mógł wypowiedzieć swoje słynne: "Doktor Livingstone, jaksądzę?". Długie poszukiwania obrosły legendą z powodu licznychdepesz Stanleya oraz świadomości Bennetta, że ma w ręku jeden z najbardziej fascynujących tematów stulecia. Ponieważ Stanley byłjedynym źródłem informacji na temat poszukiwań (jego dwóch białychtowarzyszy zmarło w czasie wyprawy, a nikogo nie obchodziły relacjetragarzy - tych, którzy przeżyli), przetrwała jedynie bohaterskalegenda o miesiącach żmudnej wędrówki, straszliwych bagnach, złych"arabskich" łowcach niewolników, tajemniczych, śmiertelnychchorobach, niebezpiecznych atakach krokodyli i wreszcie o triumfalnymodnalezieniu poczciwego doktora Livingstone'a.
W pismach Stanley wychwalaLivingstone'a, szlachetną postać ojca, którego od dawna szukał,a także - do pewnego stopnia - prawdziwego przyjaciela. WedługStanleya kilka miesięcy wspólnego odkrywania uczyniło z doświadczonegomędrca i młodego bohatera dobrych przyjaciół. (Opłynęli północnybrzeg jeziora Tanganika, mając nadzieję odnaleźć źródła Nilu, aleku swojemu rozczarowaniu znaleźli tylko inną rzekę wpływającą dozbiornika). Starszy mężczyzna przekazywał swoją wiedzę młodszemu,zanim - ze smutkiem - pożegnali się i ich ścieżki rozeszłysię na zawsze. Wygodnie dla Stanleya, Livingstone pozostał w Afryce i wkrótce zmarł, zanim mógł powrócić do domu i odebrać Stanleyowiczęść zainteresowania opinii publicznej albo opowiedzieć swojąwersję historii. Stanley chytrze ubarwiał swoją opowieść barwnymipostaciami lokalnych wodzów, egzotycznych sułtanów, wiernych sług,z dużą swobodą operując daleko sięgającymi uogólnieniami,ułatwiającymi jego czytelnikom zrozumienie: "Arab nigdy się niezmienia"; "Wajśja to urodzony tragarz"; "Wobec półkast żywięjedynie pogardę"58.
W przeciwieństwiedo pokojowego i dobrotliwego Livingstone'a, który podróżowałbez wielkiej świty i ciężko uzbrojonych pomocników, Stanleybył surowym i brutalnym nadzorcą. "Czarni sprawiają niebywaledużo kłopotu; są zbyt niewdzięczni (...)" - pisał z podróży59. Choć kolejne korekty łagodząwydźwięk listów, widać w nich wyraźnie jego skłonność do wybuchówfurii. Bez chwili wytchnienia prowadził swoich ludzi przez wzgórza i mokradła. "Gdy błoto i wilgoć osłabiały fizyczne siły leni, ichplecy smagał bicz, przywołując ich do solidnej - czasami nadmiernej- aktywności"60. Choć Stanley samzdezerterował z amerykańskiej marynarki wojennej, zaledwie sześć latpóźniej z satysfakcją zauważał, że "niepoprawni dezerterzy (...)byli chłostani i zakuwani w łańcuchy"61. W wioskach, przez które przechodziła jego ekspedycja, mogła być z powodzeniem wzięta za kolejną karawanę łowców niewolników.
Jak wielubiałych po nim, Stanley widział Afrykę jako właściwiepustą. "Niezamieszkany kraj - pisał. - Jakaż osada mogłabystanąć w tej dolinie! Jest dość szeroka, by pomieścićsporą ludność. Wyobraź sobie iglicę kościoła wznoszącąsię w miejscu, w którym ten ciemny tamaryndowiec roztacza swojeliście, i jak dobrze wyglądałyby dwa lub trzy domki zamiast tychcierni i eukaliptusów (sic)!"62. A później: "Wśród Anglosasów jest wciąż mnóstwo (...) OjcówPielgrzymów (...) i kiedy Ameryka zapełni się ich potomkami,któż może powiedzieć, że to nie Afryka będzie ich następnymprzystankiem?"63.
Dla Stanleya i jego publiki przyszłość ściśle łączyłasię z Afryką. Gdy wrócił do Europy, francuska prasa porównałaodnalezienie Livingstone'a do przebycia Alp przez Hannibala i Napoleona. Zważywszy na przechwałki Stanleya, że zastrzeli każdego,kto stanie mu na drodze, jeszcze celniejsza była uwaga generałaWilliama Tecumseha Shermana, który - po śniadaniu ze Stanleyem w Paryżu64 - porównał wyprawę Stanleyado swojego własnego marszu ku morzu, po którym zostawił tylkospaloną ziemię**.
Brytyjczycy bylinastawieni mniej przychylnie. Królewskie Towarzystwo Geograficznezwlekało z wysłaniem własnej ekspedycji w poszukiwaniu Livingstone'a i jego członkowie byli skonsternowani, kiedy natknęli się w Afryce naStanleya, który triumfująco wsiadał już na statek, żeby powrócić dokraju. Czytając między wierszami naburmuszonych oświadczeń oficjeliTowarzystwa, można dostrzec irytację, że ich własny członek zostałodnaleziony przez kogoś, kto nie był ani przyzwoitym odkrywcą, aniprzyzwoitym Anglikiem, tylko jakimś dziennikarzyną, wysmarowującymartykuły dla amerykańskiej prasy brukowej. Co więcej, jak zauważyliniektórzy Anglicy, kiedy tylko Stanley popadał w ekscytację, jegoamerykański akcent płynnie zmieniał się w walijski. Krążącepogłoski o jego walijskim - i nieślubnym - pochodzeniu niezmierniemartwiły Stanleya, który pisząc dla szowinistycznej i antybrytyjskiejnowojorskiej gazety, z całą stanowczością utrzymywał, że urodziłsię i wychował w Ameryce. (Czasami sugerował, że pochodzi z NowegoJorku, czasem, że z St. Louis. Po odnalezieniu Livingstone'a MarkTwain wysłał Stanleyowi list z gratulacjami jako "pobratymcowi z Missouri"65).
Ciąg dalszy w wersji pełnej