Dubaj - Jacek Pałkiewicz

Kup ebooka

59.90 zł
49.72 zł (41,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OD WYDAWCY

Autor poświę­cił rok, aby odpo­wie­dzieć na zadane sobie pyta­nie: jaki naprawdę, z pomi­nię­ciem wszel­kich mitów i ste­reo­ty­pów, jest Dubaj, roz­darty mię­dzy bedu­iń­ską tra­dy­cją, reli­gij­nym rady­ka­li­zmem islam­skim i eks­tre­mi­zmem roz­woju. Poszu­ku­jące wciąż wła­snej toż­sa­mo­ści mia­sto-pań­stwo epoki post­na­fto­wej nie prze­staje wabić. Sta­tus raju podat­ko­wego we wszech­świe­cie finan­sów islam­skich nie­ustan­nie przy­ciąga poszu­ku­ją­cych for­tuny inwe­sto­rów i han­dlow­ców, a wyzna­cza­jący nowe trendy lider świa­to­wej tury­styki roz­bu­dza wyobraź­nię i pra­gnie­nia, łech­cząc mile sno­bi­stycz­nymi hote­lami próż­ność zamoż­nych.

Strony inter­ne­towe zara­żają entu­zja­zmem do tego mia­sta marzeń, będą­cego eks­cy­tu­jącą świą­ty­nią luk­susu i stę­żo­nym kon­cen­tra­tem archi­tek­tury XXI wieku w jed­nym. Mia­sta, któ­rego motto mówi wszystko: "Zasko­czyć, oszo­ło­mić i ocza­ro­wać". I to na każ­dym kroku. Do wielu prze­ma­wia ten osza­ła­mia­jący wize­ru­nek wszech­obec­nego prze­py­chu, jakby wyjęty z rekla­mo­wej bro­szury mini­ster­stwa tury­styki. Cenią kre­atywny hiper­ak­ty­wizm, histe­ryczny wyścig ku awan­gar­do­wo­ści i rzu­ca­jący się w oczy nad­miar. Powstały na boga­tych w ropę pia­skach emi­rat jest dzi­siaj ede­nem dla tych, któ­rzy kochają luk­sus, pię­cio­gwiazd­kowe hotele, piękną pogodę i zachwy­cają się base­nami usy­tu­owa­nymi setki metrów nad zie­mią.

Ale są i tacy, któ­rzy potra­fią spoj­rzeć na Dubaj kry­tycz­nie, nazy­wa­jąc go mia­stem bez cha­rak­teru. Jak zauważa bry­tyj­ski pisarz Law­rence Osborne, "pełna skraj­no­ści i sprzecz­no­ści metro­po­lia przy­brała wymiar tan­det­nej gro­te­ski". Prze­kształ­ciła się w futu­ry­styczny kosz­mar, cał­ko­wi­cie zdo­mi­no­wany przez Księgę rekor­dów Guin­nessa, nie­ofi­cjalną kon­sty­tu­cję emi­ratu. Bo tutaj wszystko musi być więk­sze i ład­niej­sze niż gdzie­kol­wiek na świe­cie. W gąsz­czu eks­cen­trycz­nych budowli i osten­ta­cyj­nego, na pokaz zbytku bra­kuje cze­goś, co w Sta­rej Euro­pie jest być może mało zauwa­żalne, ale istotne dla jako­ści życia. We Wro­cła­wiu, w Ber­li­nie czy Madry­cie każdy czuje się jak w domu. W Dubaju na pewno nie.

Idąc dalej tym tro­pem, Pał­kie­wicz wprost pyta, czy nie byłoby roz­sąd­niej spoj­rzeć na Dubaj, syno­nim nie­wy­obra­żal­nego bogac­twa, shop­pingu i luk­su­so­wych waka­cji, z jesz­cze więk­szym kry­ty­cy­zmem. Pamię­tajmy, że to typowe kre­dy­to­po­lis, zadłu­żone u swo­ich wie­rzy­cieli na ponad 100 miliar­dów dola­rów. Ana­li­tycy ostrze­gają, że emi­ra­towi wciąż grozi eks­plo­zja nie­bez­piecz­nej mie­szanki, jaką jest fuzja zwy­rod­nia­łych finan­sów z gigan­ty­zmem infra­struk­tu­ral­nym oraz nie­zdrową gospo­darką, zma­ga­ją­cymi się z mie­czem Damo­klesa w postaci bańki nie­ru­cho­mo­ścio­wej. Jej pęk­nię­cie mogłoby spo­wo­do­wać kom­pletne ban­kruc­two, któ­rego namiastki mia­sto doświad­czyło już w 2008 roku. Autor czę­sto ucieka od świata czaru i zry­wa­jąc jego złotą maskę, ujaw­nia dru­gie obli­cze sztucz­nego raju. Obli­cze, o któ­rym gło­śno się nie mówi i nie pisze. Poka­zuje nędzę Azja­tów kon­tra­stu­jącą z baśnio­wymi warun­kami byto­wymi boskiej kasty etnicz­nych Dubaj­czy­ków, wnu­ków nie­pi­śmien­nych Bedu­inów. Zapusz­cza się w miej­sca skraj­nego ubó­stwa, na przy­kład do getta na obrzeżu mia­sta, gdzie w okrut­nych warun­kach bytuje armia azja­tyc­kich robot­ni­ków. To wła­śnie oni w ciągu jed­nego poko­le­nia zbu­do­wali w nie­wol­ni­czych warun­kach się­ga­jący nieba pustynny Man­hat­tan. Przy­je­chali tu zwie­dzeni dobrymi zarob­kami i moż­li­wo­ścią zapew­nie­nia god­nego życia swoim rodzi­nom, a zastali kosz­mar. Tego tury­sta ni­gdy nie zoba­czy, bo - jak mówi Pał­kie­wicz - mogłoby to wysa­dzić w powie­trze kre­owany przez lata mit Dubaju. Coraz częst­sza kry­tyka spo­łecz­no­ści mię­dzy­na­ro­do­wej spra­wia, że temat taniej siły robo­czej staje się wysoce kło­po­tliwy dla emira. Nic dziw­nego, że dla przy­kry­cia takich pro­ble­mów w lutym 2016 roku poja­wił się gro­te­skowy temat zastęp­czy: nowo powstałe Mini­ster­stwo Szczę­ścia.

Pustynny klej­not, zbu­do­wany po to, aby wywo­łać zdu­mie­nie świata i wyprze­dzić wyobraź­nię czło­wieka, z jed­nej strony impo­nuje luk­su­sem i roz­ma­chem, z dru­giej, z tym swoim osten­ta­cyj­nym zbyt­kiem i eks­ce­sami, jest jakby na pokaz

Autor nie prze­oczył też auto­ry­tar­nego ustroju i dra­koń­skich repre­sji wobec dzia­ła­czy na rzecz demo­kra­cji, bez­praw­nych aresz­to­wań ani szo­ku­ją­cych tor­tur. Unia Euro­pej­ska wystą­piła co prawda do Zjed­no­czo­nych Emi­ra­tów Arab­skich z ape­lem o posza­no­wa­nie praw czło­wieka i wol­no­ści oby­wa­tel­skich, jed­nak bez skutku, bo petro­do­lary zapew­niły szej­kom pobłaż­li­wość. Lide­rzy poli­tyczni nie oka­zali się skłonni do zło­że­nia inte­re­sów eko­no­micz­nych na ołta­rzu walki o war­to­ści naj­wyż­sze.

W książce Dubaj. Praw­dziwe obli­cze Jacek Pał­kie­wicz obala utarte poglądy, a w zamian doko­nuje wni­kli­wej oceny do nie­dawna nic nie­zna­czą­cej na mapie monar­chii abso­lut­nej, dziś jed­nego z naj­bar­dziej roz­re­kla­mo­wa­nych miejsc na świe­cie.

Szej­ko­wie ZEA nie są zbyt wyczu­leni na punk­cie popraw­no­ści poli­tycz­nej. Miej­scowe sądy słyną z pro­ce­sów ska­zu­ją­cych na wię­zie­nie wyłącz­nie za to, że ktoś upo­mniał się o prawo do wol­nych wybo­rów lub żądał wol­no­ści słowa. Albo też za umiesz­cze­nie na YouTube saty­rycz­nego fil­miku z wymy­ślo­nej szkoły sztuk walki mło­dych Dubaj­czy­ków, jak zda­rzyło się to ame­ry­kań­skiemu kon­sul­tan­towi biz­ne­so­wemu. Trzy lata temu został on ska­zany na rok wię­zie­nia, bo "ośmie­szył miej­scową mło­dzież, szko­dząc w ten spo­sób wize­run­kowi ZEA". Absur­dalna kara grzywny dotknęła pewną Angielkę, która na swoim Face­bo­oku napi­sała, że nudzi się pod­czas rama­danu. Nie ma więc wąt­pli­wo­ści, że Autor, który miał odwagę poka­zać to wszystko, musi się liczyć z zaocz­nym ska­za­niem na dłuż­sze pozba­wie­nie wol­no­ści. To doda­tek do wyroku śmierci, który od dekady ciąży już nad nim z rąk Al Kaidy. Otrzy­mał go za sprze­ciw wobec islam­skiej inwa­zji na Europę. "Rze­tel­ność należy do moral­nego obo­wiązku dzien­ni­ka­rza. Zawsze poka­zuję świat taki, jaki jest, a nie taki, jakim go kreują" - pod­kre­śla Jacek Pał­kie­wicz.

DLA­CZEGO DUBAJ?

Zawsze podró­żo­wa­łem, aby żyć, i żyłem, aby podró­żo­wać. Moto­rem tego nie­ustan­nego prze­miesz­cza­nia się była wro­dzona docie­kli­wość i obse­syjny głód świata, kon­taktu z oso­bli­wo­ściami przy­rody i odmien­nymi kul­tu­rami. Żyłem na gra­nicy snu i rze­czy­wi­sto­ści, nara­ża­łem się na prze­ciw­no­ści losu, cho­roby, trudy i nie­bez­pie­czeń­stwa, ale reali­zo­wa­łem mło­dzień­cze sny w świe­cie nie­zmie­nio­nym czę­sto od swego zara­nia. Nie ukry­wam, że powio­dło mi się w życiu, bo rzu­tem na taśmę zdą­ży­łem poznać dzie­wi­cze kra­iny czy zagu­bione pry­mi­tywne ple­miona tubyl­cze, co dostar­czało mi emo­cji zna­nych Magel­la­nowi, Mar­cowi Polo czy Beniow­skiemu.

Ceniony przeze mnie pisarz Jan Grze­gor­czyk zdu­miał się, kiedy pod­eks­cy­to­wany rela­cjo­no­wa­łem mu pomysł na nową książkę.

- Hm, wyprawa do Dubaju? - wes­tchnął z powąt­pie­wa­niem. - Jak może ostatni Mohi­ka­nin podróży w stylu dzie­więt­na­sto­wiecz­nych odkryw­ców, czło­wiek, który uczył astro­nau­tów i koman­do­sów stra­te­gii prze­trwa­nia w skraj­nie suro­wych warun­kach, stać w tłu­mie tury­stów i gapić się z otwartą gębą na emi­racką orgię bogac­twa?

Drogi Janku, rze­czy­wi­ście celem moich podróży zawsze było poszu­ki­wa­nie oso­bli­wo­ści giną­cych cywi­li­za­cji, nie­zwy­kłych zja­wisk i miesz­kań­ców krain odle­głych zarówno w sen­sie geo­gra­ficz­nym, jak i cza­so­wym. Takie eks­plo­ra­cje wyma­gają kolo­sal­nego wysiłku, a w życiu każ­dego czło­wieka przy­cho­dzi dzień, kiedy trzeba pogo­dzić się z aktem uro­dze­nia. Pamię­tasz pio­senkę Nie­po­ko­nani zespołu Per­fect: "Trzeba wie­dzieć, kiedy ze sceny zejść nie­po­ko­na­nym"? Młod­szy ode mnie osiem lat Krzysz­tof Wie­licki też nie miał wąt­pli­wo­ści: "Dosko­nale zdaję sobie sprawę, że już wię­cej nie pójdę na szczyt. Ale to jed­nak jest nar­ko­tyk i mojego świata nie porzucę. Wyko­rzy­stam swoje doświad­cze­nie i wystą­pię w roli szefa wyprawy".

W salach Muzeum Dubaj­skiego, w zaku­rzo­nym osiem­na­sto­wiecz­nym for­cie Al-Fahidi, słu­cha­łem prze­wod­nika w dłu­giej bia­łej dże­la­bie, ina­czej disz­da­szu, i chu­ście przy­trzy­my­wa­nej na gło­wie dwoma sznur­ko­wymi pier­ście­niami, który opo­wia­dał histo­rię mia­sta zro­dzo­nego w nie­spełna pół wieku. Uświa­do­mi­łem sobie wów­czas, że dotar­łem do końca podróż­ni­czej epoki.

Podró­żo­wa­nie w daw­nym stylu prze­stało ist­nieć na moich oczach. Świat rap­tow­nie się zmie­nił i skur­czył, a inno­wa­cje tech­no­lo­giczne i dyna­miczna eks­pan­sja inter­netu zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wały filo­zo­fię tra­dy­cyj­nie poj­mo­wa­nej podróży. Pro­cesy glo­ba­li­za­cji pro­wa­dzące do uni­fi­ka­cji wzo­rów kon­sump­cyj­nych i sty­lów życia nisz­czą róż­no­rod­ność kul­tu­rową i zabi­jają lokalne toż­sa­mo­ści. A wia­domo, że podróż­nik, nie bacząc na nie­pew­ność i mor­dęgę, chciałby zaspo­koić głód świata gdzieś tam, na nie­prze­tar­tych szla­kach, w kon­fron­ta­cji z inną rze­czy­wi­sto­ścią, poszu­ku­jąc zanu­rzo­nego w cza­sie prze­szłym auten­tyku. Bry­tyj­ski pisarz Law­rence Osborne w The Naked Tourist zauważa, że pere­gry­na­cja utra­ciła blask i sens. Twier­dzi, że pro­blem współ­cze­snego glob­tro­tera polega na tym, że nie wie, dokąd jechać, bo wszystko stało się bez­li­to­śnie jed­na­kowe.

Jeste­śmy świad­kami "śmierci podróży", któ­rej miej­sce zajęła wszech­obecna tury­styka, a bio­rąc pod uwagę jej kon­sump­cyjny cha­rak­ter, wła­ści­wiej byłoby ją nazwać nawet post­tu­ry­styką.

Tkwiąca w jej szpo­nach pla­neta stała się jed­nym gigan­tycz­nym kuror­tem, "glo­balną wio­ską". Gdzie­kol­wiek czło­wiek się ruszy, w gar­dle czuje gorycz. Powszechny prze­mysł tury­styczny prze­kształ­cił egzo­tyczne tra­dy­cje w komer­cyjny folk­lor, zro­bił z naszej pla­nety park roz­rywki, jedną zuni­fi­ko­waną cepe­lię, ska­zu­jąc nas na poru­sza­nie się w gra­ni­cach tej tra­gicz­nej imi­ta­cji. Ktoś powie­dział, że tury­styka przy­po­mina sto­isko z fast foodem: krótką wizytę w lokalu, gdzie spo­żywa się ser­wo­wane na pocze­ka­niu pseu­do­po­ży­wie­nie. Prze­różne bur­gery, pizze, kebaby, hot dogi powo­dują, że zni­kła magia egzo­tyki, wszę­dzie na świe­cie czu­jemy się jak w rodzin­nym domu.

Dzia­ła­nia mar­ke­tin­gowe spra­wiają, że zwie­dzamy nie to, co by nas inte­re­so­wało, a jedy­nie narzu­cone przez plan i spo­łeczne wymogi zabytki czy oso­bli­wo­ści przy­rody. Bogac­two lokal­nej kul­tury redu­kuje się do ste­reo­ty­pów. Brak miej­sca na kon­takt z tubyl­cami, na rze­czy­wi­ste pozna­nie kraju. Przy­bysz tra­fia w ręce zawo­dow­ców od tury­styki, któ­rzy pro­wa­dzą go po uprosz­czo­nym "świe­cie", folk­lo­ry­stycz­nym skan­se­nie, zapew­nia­ją­cym ilu­zję realiów. A Henry Mil­ler, autor książki Zwrot­nik Raka, twier­dził, że więk­szy sens ma odkry­cie jakiejś świą­tyni, o któ­rej nikt nie sły­szał, niż zwie­dza­nie wśród kłę­bią­cych się tłu­mów Kaplicy Syk­styń­skiej. Dzi­siaj nie­stety już takich nie­od­kry­tych świą­tyń nie uświad­czysz. Nie bez żalu stwier­dzam, że eks­cy­tu­jący świat, do któ­rego dotar­łem, nie­le­gal­nie poko­nu­jąc druty kol­cza­ste żela­znej kur­tyny, i w któ­rym potem żyłem jako wieczny nomada, już nie ist­nieje.

Nie naj­le­piej poczu­łem się w nowych realiach, które pochwy­ciły mnie w pułapkę. Pułapka ta miała dru­gie dno, bo uświa­do­mi­łem sobie, że muszę pogo­dzić się z tym, co nie­unik­nione: mam prze­cież 73 lata, dawno wsze­dłem w ostat­nią ćwiartkę i nie mogę tra­cić czasu na rze­czy bez­u­ży­teczne. Drę­czył mnie nie­po­kój, wzbie­rała tęsk­nota za tym, czego już wię­cej nie będę robić. Nie­ocze­ki­wa­nie zna­la­złem się u kresu wędrówki. Kilka lat temu led­wie wytrzy­ma­łem trudy prze­prawy przez chiń­ską pusty­nię Takla Makan. To wtedy dopa­dły mnie myśli, że to już pew­nie ostatni raz.

Moja pro­fe­sja i pod­stawa egzy­sten­cji, eks­plo­ra­cja odle­głego świata, eks­tre­malne szko­le­nia survi­va­lowe w uciąż­li­wych warun­kach kli­ma­tycz­nych - to wszystko zostało za mną. Już nie gonię do przodu jak nie­gdyś. Dzie­sięć lat temu Rein­hold Mes­sner wyznał mi, że skoń­czył sześć­dzie­siątkę i powoli będzie skła­dać broń. "Nie mam już tej samej siły, spraw­no­ści i wytrzy­ma­ło­ści. Chcę tylko zali­czyć jesz­cze Gobi" - powie­dział przed wyjaz­dem do Mon­go­lii. Jestem od niego star­szy o dwa lata, ale wtedy takie myśli jesz­cze mnie nie nacho­dziły.

Dziś jestem świa­dom, że prze­kro­czy­łem Con­ra­dow­ską "smugę cie­nia", sym­bo­liczną gra­nicę, poza którą nie­wiele miej­sca pozo­staje na kuszące per­spek­tywy. Nie­dawno dozna­łem wstrząsu, bo młoda dziew­czyna chciała ustą­pić mi miej­sca w tram­waju. Coś podob­nego prze­ży­łem, mając trzy­dzie­ści lat, kiedy w dys­ko­tece jakaś nasto­latka zwró­ciła się do mnie: "Pro­szę pana". Droga stała się krót­sza, kartki z kalen­da­rza spa­dają coraz szyb­ciej, nie ma już nadziei na mło­dzień­cze plany i zamie­rze­nia. Lecz ile by się doznało satys­fak­cji w życiu, to zawsze pozo­staje nie­do­syt.

Z fizjo­lo­gią nikt jesz­cze nie wygrał, nie można prze­sko­czyć odwiecz­nych praw natury. Nie bez trudu akcep­tuję ten fakt, tym bar­dziej że moje wyobra­że­nia o przy­szło­ści są tym­cza­sem bar­dzo mgli­ste. Powi­nie­nem zna­leźć modus vivendi, by emo­cje nie stra­ciły swo­jej barwy.

Czuję się w obo­wiązku podzię­ko­wać Panu Bogu za bez­cenny pre­zent - arcy­cie­kawe życie. Uwa­żam się za osobę nad wyraz uprzy­wi­le­jo­waną, wła­śnie ze względu na jego jakość. Jestem speł­niony, bo zawsze robi­łem dokład­nie to, co spra­wiało mi przy­jem­ność. Niczego nie dosta­łem w spadku, sam byłem mene­dże­rem wła­snego suk­cesu, sam usta­la­łem sce­na­riusz swo­jego życia.

Teraz powi­nie­nem powziąć nie­odwo­łalną decy­zję, a nie jest to łatwa pigułka do prze­łknię­cia. Czym się zajmę, co zro­bię, by dalej wieść życie bogate, pełne emo­cji?

Szansa na rady­kalne zmiany poja­wiła się 26 listo­pada 2014 roku, kiedy po powro­cie do swo­jego żoli­bor­skiego miesz­ka­nia natkną­łem się nie­spo­dzia­nie na ogromny bukiet kwia­tów. Na wizy­tówce odczy­ta­łem: "Dla sie­bie samej, z sza­cun­kiem, Linda". I nagle mnie olśniło! Trzy­dzie­sta ósma rocz­nica naszego ślubu. Rzadko, a wła­ści­wie bar­dzo rzadko świę­to­wa­łem tę datę, bo albo byłem gdzieś daleko, albo po pro­stu o niej zapo­mi­na­łem.

Te kwiaty wzru­szyły mnie do głębi. Dotarło do mnie, że powi­nie­nem, przy­naj­mniej w jakimś stop­niu, spła­cić dług moralny. Ego­istyczna reali­za­cja moich przed­się­wzięć zwy­kle odby­wała się kosz­tem rodziny. Rzadko wyjeż­dża­li­śmy razem. Na dobrą sprawę chyba ni­gdy nie byli­śmy na praw­dzi­wych wspól­nych waka­cjach. Linda wypo­mi­nała mi cza­sem, że nawet nie odbyli­śmy podróży poślub­nej, bo byłem zajęty wyprawą na Bor­neo. Nasze nie­liczne eska­pady ogra­ni­czały się zwy­kle do krót­kiego pobytu w Stam­bule, Paryżu, Madry­cie czy Buenos Aires. I nawet wtedy nie spę­dza­li­śmy ich do końca razem, bo ją inte­re­so­wały muzea, za któ­rymi ja nie prze­pa­dam.

Linda jest malarką, ma arty­styczną duszę, jest wraż­liwa i ceni piękno, co zresztą odbija się w jej twór­czo­ści. Zawsze potra­fiła zna­leźć obraz lub rzeźbę zasłu­gu­jącą na miano praw­dzi­wego dzieła sztuki. Jej dobry smak uwi­dacz­nia się przy dobo­rze ubra­nia, biżu­te­rii czy w opi­sie oto­cze­nia. No i jest kre­atywna. Kie­dyś pra­co­wała na zamó­wie­nie firmy złot­ni­czej w Vicenzy, jej złoty pas wysa­dzany dro­go­cen­nymi kamie­niami tra­fił do Jacqu­eline Ken­nedy. Chło­nie wszystko, co gustowne, ale też to, co leży na styku sztuki z luk­su­sem. Przy tym wszyst­kim jest stu­pro­cen­tową kobietą dba­jącą o swój wize­ru­nek, ele­gancką i piękną, tak fizycz­nie, jak i duchowo. Dokąd więc ją zabrać, aby naprawdę czuła się szczę­śliwa?

Świat ilu­zji, prze­py­chu i sprzecz­no­ści. Dubaj­skie księ­stwo, syno­nim bogac­twa i roz­ma­chu, jest niczym skrzący bla­skiem dia­ment, tyle że z licz­nymi ska­zami

LINDA

Przy­po­mi­nam sobie pewien dzień w połu­dnio­wych Wło­szech, w Bari, wio­sną 2013 roku.

Linda otwiera bal­ko­nowe drzwi i wycho­dzi na taras. Spo­gląda zachwy­cona na błę­kitną zatokę, w którą głę­boko wrzyna się ska­li­sty cypel, od stu­leci cał­ko­wi­cie zabu­do­wany jasnymi bry­łami murów obron­nych i budyn­ków. W ich ścia­nach wid­nieją nie­wiel­kie pro­sto­kątne oczo­doły okien. Dalej, na ska­li­stej wysepce, widać rów­nie stary kościół, zaj­mu­jący całą powierzch­nię wynio­sło­ści wysta­ją­cej z wody.

- Jacku, odpocz­nij sobie - wska­zuje hote­lowy tap­czan. - Pro­wa­dzi­łeś samo­chód przez kilka godzin. Ja tylko...

Wiem, co to "tylko" ozna­cza. Wcho­dzi do łazienki i nikt obcy nie odgadłby, w jakim celu. Chyba tro­chę prze­sa­dza z tą higieną. Jak zwy­kle, kiedy jeste­śmy w podróży, nie może obejść się bez dezyn­fek­cji hote­lo­wej łazienki. Pro­wa­dze­nie samo­chodu nie zmę­czyło mnie szcze­gól­nie, ale zgod­nie z życze­niem żony sia­dam wygod­nie i zer­kam na jej rodzinne mia­sto.

Wpraw­dzie uro­dziła się w Wene­cji, ale jej rodzice pocho­dzą stąd, z Bari nad Adria­ty­kiem, gdzie już w roku 180 p.n.e. ist­niał ważny port mor­ski. Rodzina dziadka Pasqu­alego Mar­tina zali­czała się do naj­bo­gat­szych w tym mie­ście. Miesz­kała w luk­su­so­wym, peł­nym prze­py­chu pała­cyku ze wspa­nia­łym wido­kiem na XI-wieczną bazy­likę Świę­tego Miko­łaja, w któ­rej znaj­duje się nagro­bek pol­skiej kró­lo­wej Bony. W obszer­nym domu słu­żyło kil­ka­na­ście osób, guwer­nantki i nia­nie dla ośmiorga dzieci. Don Pasqu­ale był wła­ści­cie­lem stoczni, rafi­ne­rii naf­to­wej oraz dużych zakła­dów prze­my­słu sta­lo­wego i maszy­no­wego. Rodzina posia­dała paradną karetę ze stan­gre­tem i loka­jem, spa­ce­rowy powo­zik i bogato zdo­bioną karocę. Jej człon­ko­wie stali się też na początku XX stu­le­cia wła­ści­cie­lami pierw­szego w mie­ście auta bugatti, budzą­cego dziś pożą­da­nie kolek­cjo­ne­rów. Zbu­do­wane przez dziadka impe­rium zostało w dużej czę­ści znisz­czone przez synów, któ­rzy zabi­jali iry­tu­jącą nudę w kasy­nach gry w Monte Carlo.

Mama Lindy wynio­sła z domu nie­na­ganne maniery i rygo­ry­styczne zasady wycho­wa­nia, na zdję­ciach widać kobietę o wynio­słej posta­wie, lecz przy­ja­znym spoj­rze­niu.

Z łazienki docho­dzi szum prysz­nica ata­ku­ją­cego wannę czy bro­dzik - nie wiem jesz­cze, co tam mamy. To ona wybrała hotel i pokój. Linda jest bar­dzo sta­now­cza i pod moją nie­obec­ność zawsze dosko­nale radziła sobie z wycho­wa­niem synów, nie roz­piesz­cza­jąc ich i utrzy­mu­jąc w nale­ży­tej dys­cy­pli­nie. Ni­gdy też nie była nado­pie­kuń­cza i nie ogra­ni­czała ich samo­dziel­no­ści. Możemy być dumni, że posie­dli wszyst­kie cechy, które liczą się w życiu: cha­rak­ter, oso­bo­wość, deter­mi­na­cję, god­ność, lojal­ność i, kiedy trzeba, także zuchwa­łość.

Mój Boże, kazała mi odpo­cząć po kilku godzi­nach jazdy!

A prze­cież jesz­cze parę lat temu w razie potrzeby sama Linda wsia­dała pod naszym wło­skim domem do samo­chodu i po dwu­dzie­stu godzi­nach docie­rała do War­szawy. To - baga­tela - 1400 kilo­me­trów! Dziś woli zatrzy­mać się na noc w poło­wie drogi, w Wied­niu. Roz­sąd­nie.

- Chcia­ła­bym przejść się po por­cie dziadka. - Uka­zuje się w drzwiach zado­wo­lona ze swo­jego dzieła. Oto Linda! Nawet w gumo­wych ręka­wi­cach wygląda dostoj­nie. - I znam tu bar­dzo dobrą knajpkę, gdzie lokalni arty­ści wie­szają od lat swoje obrazy. Zjemy tam kola­cję, zgoda? Sama dziś już nie jestem w sta­nie nic przy­rzą­dzić.

Każdy, kto bywa u nas na kola­cji, nie szczę­dzi Lin­dzie kom­ple­men­tów za jej wspa­niałe spe­cjały kuli­narne. "Zawsze przy­wożę z domu nie­zbędne pro­dukty, które wypeł­niają całą lodówkę, bo bez nich nie stwo­rzy­ła­bym tych potraw" - wyja­śnia z wła­ściwą sobie skrom­no­ścią.

Linda na 50. pię­trze hotelu Mar­riott Marquis, naj­wyż­szego hotelu świata

Linda miesz­kała w wielu miej­scach, co wią­zało się ze służ­bo­wymi trans­fe­rami ojca, komen­danta kara­bi­nie­rów. Gdzie­kol­wiek jed­nak jeste­śmy, potrafi stwo­rzyć domową atmos­ferę. Pro­wa­dzi dom według wło­skich tra­dy­cji i jest per­fek­cyjną panią domu. W naszej willi w Bas­sano del Grappa wszystko jest dosko­nale uło­żone. Wszę­dzie czuć jej rękę.

No, może z wyjąt­kiem terenu ota­cza­ją­cego willę i palm tu rosną­cych, bo nie prze­pada za pra­cami ogro­do­wymi, a ja nie mam na to czasu.

Znów wyszła na taras i wcią­gnęła w płuca wie­czorne powie­trze nio­sące z sobą zapach morza - ryb, glo­nów, soli, jodu zmie­sza­nego z nie­uchwytną nie­mal wonią mur­sze­ją­cych murów.

- Dobrze, że nie sku­sił cię Hol­ly­wood - szep­ną­łem i przy­tu­li­łem Lindę. - W prze­ciw­nym razie pew­nie nie przy­wio­zła­byś mnie do mia­sta swo­ich dziad­ków.

Zmarły nie­dawno zna­ko­mity pio­sen­karz i aktor fil­mowy Bing Crosby, jedna z naj­więk­szych postaci show-biz­nesu XX wieku z epoki Franka Sina­try, Cary'ego Granta czy Jima Ste­warta, nama­wiał ją do pozo­sta­nia w Ame­ryce, kre­śląc przed nią wizję hol­ly­wo­odz­kiej kariery. To on wylan­so­wał kie­dyś Kathe­rine Hep­burn. A Lindę trak­to­wał jak wła­sną córkę. Była w roz­terce. Powie­działa, że musi się zasta­no­wić. Dzień póź­niej pod­jęła decy­zję: wróci do Włoch, bo tam czeka na nią Jacek.

To nie było poświę­ce­nie, a jej oso­bi­sty wybór. Mogłaby pozo­stać w Sta­nach, będąc wciąż moją żoną, choć widy­wa­li­by­śmy się jesz­cze rza­dziej. Dali­by­śmy radę - jest wyro­zu­miała, zazdro­sna bez prze­sady, cier­pliwa.

Ale wolała być bli­sko mnie, co oczy­wi­ście dało mi wielką satys­fak­cję.

Kiedy w zacho­dzą­cym słońcu stoi oparta lekko o barierkę tarasu, ele­gancka i atrak­cyjna, a wiatr od morza muska jej czarne włosy, głasz­cze ide­alny owal twa­rzy i chło­dzi pełne usta nie­po­trze­bu­jące mod­nej dzi­siaj korekty, przy­po­mi­nam sobie jej foto­gra­fie wyko­nane swego czasu przez Marka Czu­dow­skiego dla wło­skiej edy­cji "Play­boya". Arty­sta nadał im głęb­szy wymiar, wię­cej zakry­wa­jąc, niż odkry­wa­jąc, po pro­stu bar­dziej inte­re­su­jąca jest jej postawa i wyraz twa­rzy. Urok pozo­stał.

- Chodź, zapra­szam na wędrówkę po prze­szło­ści mojej rodziny. - Ujmuje mnie pod rękę i wol­nym kro­kiem idziemy do portu, zamku i na nabrzeże.

Oto moja Linda.

Nie jestem ani miło­śni­kiem, ani zbie­ra­czem klej­no­tów.

Poza tym jed­nym.

Linda zawsze robiła wszystko, aby stwo­rzyć mi naj­bar­dziej sprzy­ja­jące warunki do pracy zawo­do­wej. Na tym polega tajem­nica uda­nych związ­ków, choć może patrzę na to zbyt ego­istycz­nie.

Kiedy piszący moją bio­gra­fię Andrzej Kapła­nek zapy­tał Beatę Tysz­kie­wicz, jaki jest Jacek, odpo­wie­działa: "Jest nie­obli­czalny w swo­ich marze­niach, a jed­nak je speł­nia. Godzi tem­pe­ra­ment z powścią­gli­wo­ścią, dobroć z szorst­ko­ścią. Jest taki, jakim uczy­niła go jego pasja pozna­wa­nia świata i surowa przy­roda. Zawsze pewny wygra­nej. Ale czy uda­łoby mu się speł­niać swe marze­nia, gdyby nie przy­stań, jaką stwo­rzyła mu jego piękna żona Linda? To dzięki niej jest, kim jest. Podzi­wiam ich part­ner­skie życie".

Tak, za to wszystko jestem jej wdzięczny całą duszą.

Nade­szła chwila, aby wypeł­nić powstałą lukę i poświę­cić Lin­dzie czas, któ­rego wcze­śniej nie mia­łem. Zaczą­łem pla­no­wać orga­ni­za­cję "mał­żeń­skich waka­cji życia", wszystko miało być na pięć gwiaz­dek. Wybór padł na Azję Połu­dniowo-Wschod­nią. I na Dubaj. Można by zapy­tać, czy Włoszka, która ma w genach cudowną starą archi­tek­turę i żyła pośród zabyt­ków, odnaj­dzie się w tym super­no­wo­cze­snym świe­cie. Ja jed­nak wiem, że tak, bo już raz tam z nią byłem. Ale zbyt krótko.

W hotelu One\u0026Only przy plaży na Pal­mie Dża­mira

DO EMI­RATU PRZEZ AZJĘ

Dwa tygo­dnie póź­niej pod dom zaje­chała limu­zyna, która odwio­zła nas na lot­ni­sko. Przy odpra­wie był czer­wony dywa­nik prze­wi­dziany dla pasa­że­rów zaj­mu­ją­cych miej­sce w przed­niej czę­ści samo­lotu. Przy­ja­zna atmos­fera i życz­li­wość ste­war­des linii Emi­ra­tes spra­wiła, że czu­li­śmy się z Lindą sza­no­wa­nymi i mile widzia­nymi gośćmi. To była prze­pustka do nie­po­wta­rzal­nych waka­cji.

Ocze­ki­wa­łem jed­nak wię­cej, bo kiedy kilka lat wcze­śniej zaczą­łem latać tą linią, wyra­fi­no­wana obsługa była na naj­wyż­szym pozio­mie. Kre­owany przez lata mit wspa­nia­ło­ści oka­zuje się prze­re­kla­mo­wany. Na całym świe­cie Emi­ra­tes zatrud­niały w 2015 roku ponad 50 tysięcy pra­cow­ni­ków, w tym wię­cej niż 20 tysięcy per­so­nelu pokła­do­wego ze 130 państw, mówią­cego w 50 języ­kach. Wśród nich około 700 Pola­ków. Firma roz­ra­sta się nie­ustan­nie i, nie­stety, nie jest już w sta­nie upil­no­wać naj­wyż­szych stan­dar­dów, zadbać o detale, oka­zać wyjąt­kową aten­cję, ofia­ro­wać pasa­że­rom to, co naj­lep­sze z emi­rac­kiego stylu życia. Ponadto wiele dziew­czyn zaniża śred­nią urody per­so­nelu pokła­do­wego.

Pomimo ele­ganc­kiego stroju: beżo­wej gar­sonki i czer­wo­nego kape­lu­sika z dopię­tym bia­łym welo­nem, odno­to­wa­łem kilka rażą­cych minu­sów. Dwie ste­war­desy besz­tały nie­zbyt dys­kret­nie swoją maro­kań­ską kole­żankę za zbyt leniwy sto­su­nek do pracy. Drobna Chinka, która kiep­sko mówiła po angiel­sku, i jesz­cze jeden "kwia­tek": Włoszka, nie­wiele mająca wspól­nego z kinową apa­ry­cją kobiet z Pół­wy­spu Ape­niń­skiego, na doda­tek w brzyd­kich oku­la­rach, nie oka­zy­wała zain­te­re­so­wa­nia pasa­że­rami, tak jakby nie pamię­tała, jaki zawód wyko­nuje.

Emi­ra­tes umoż­li­wia podróż­nym dotar­cie w każde miej­sce na Ziemi z tylko jedną prze­siadką w Dubaju. Z powodu loka­li­za­cji ma prze­wagę nad innymi prze­woź­ni­kami, jego stra­te­giczne poło­że­nie umoż­li­wia obsłu­że­nie za pomocą bez­po­śred­nich lotów nie­mal 90 pro­cent świa­to­wej popu­la­cji

Dubaj. Zatrzy­mamy się tutaj w dro­dze powrot­nej, tym­cza­sem po kilku godzi­nach prze­rwy kon­ty­nu­ujemy podróż na Wschód. W Szan­ghaju odwie­dzimy Mak­sego, syna zako­twi­czo­nego tam od sze­ściu lat. Opu­ścił Europę, bo, jak mówi, futu­ry­styczna metro­po­lia zapew­nia mło­demu przed­się­bior­czemu czło­wie­kowi lep­szy start.

Naj­więk­szy samo­lot świata, Air­bus A380, roz­pę­dza się, a ja, patrząc przez jego okno znaj­du­jące się na wyso­ko­ści ósmego pię­tra, nie czuję nawet, kiedy deli­kat­nie i nad­spo­dzie­wa­nie cicho wznosi się w powie­trze. Biz­ne­sklasa na gór­nym pokła­dzie zapew­nia mak­sy­malny kom­fort pod­czas dłu­giej podróży. Trzy kamery zain­sta­lo­wane na zewnątrz samo­lotu pozwa­lają na bie­żąco obser­wo­wać prze­bieg lotu, pokaźny ekran umoż­li­wia dostęp do roz­rywki, fil­mów, muzyki i wia­do­mo­ści z całego świata. Posiłki ser­wo­wane na por­ce­la­nie marki Royal Doul­ton z eks­klu­zyw­nymi sztuć­cami od Roberta Welcha i przy­go­to­wy­wane przez naj­lep­szych sze­fów kuchni wyglą­dają prze­pięk­nie. Jed­nak dla takiej kone­serki dobrej kuchni jak Linda pokła­dowy cate­ring nie wyróż­nia się niczym szcze­gól­nym. Przy fotelu wbu­do­wany jest mini­ba­rek. Ponadto w tyl­nej czę­ści znaj­duje się salo­nik, gdzie można odprę­żyć się na wygod­nych kana­pach i zamó­wić bez­płat­nie u bar­mana drinka i jakąś prze­ką­skę.

Jesz­cze kil­ka­na­ście lat temu namiastka takiego barku była w kla­sie eko­no­micz­nej wszyst­kich towa­rzystw lot­ni­czych obsłu­gu­ją­cych loty mię­dzy­kon­ty­nen­talne. Kom­fort podróży w przed­niej czę­ści samo­lotu staje się bez­cenny w naj­dłuż­szych połą­cze­niach. My lecimy tylko osiem godzin, ale Emi­ra­tes reali­zuje loty rekor­dowe, jak Dubaj-Los Ange­les: 13 425 kilo­me­trów - które przy­ku­wają pasa­żera do fotela na szes­na­ście i pół godziny.

Tuż po pół­nocy ste­war­desa z gładko zacze­sa­nymi w kok ciem­nymi wło­sami, o nie­na­gan­nym maki­jażu, w któ­rym wyróż­niają się kon­tra­stu­jące z bielą zębów jaskrawe cze­re­śniowe usta, nie­ocze­ki­wa­nie zapra­sza mnie do baru.

- Sza­nowny panie - zwraca się do mnie po pol­sku z tajem­ni­czą miną, a ja już się spi­nam, wyobra­ża­jąc sobie, że nawet tu, w samo­lo­cie, potrzebne będą moje umie­jęt­no­ści survi­va­lowe. Ale nie o to cho­dzi. - Z danych pasz­por­to­wych wynika, że pań­ska mał­żonka wła­śnie obcho­dzi uro­dziny. Z tej oka­zji firma przy­go­to­wała tort, który, jeśli pan zechce, może pan wrę­czyć pani Lin­dzie.

Wska­zuje dło­nią za sie­bie i wów­czas dostrze­gam pod szkla­nym klo­szem nie­wielki, fine­zyj­nie przy­ozdo­biony biały tort z pięk­nymi cze­ko­la­do­wymi życze­niami.

- Dużo podró­żuję po świe­cie - mówię do ste­war­desy - a tu dałem się zasko­czyć. Gra­tu­luję. I oczy­wi­ście dzię­kuję za tort. Z przy­jem­no­ścią go wrę­czę.

Idę ostroż­nie, nio­sąc na wycią­gnię­tych przed sobą dło­niach ozdobny wypiek. Za mną podą­żają dwie ste­war­desy.

Linda wciąż mnie nie widzi spod pół­przy­mknię­tych powiek.

Okryta mięk­kim kocy­kiem spo­gląda w okno.

- Kochana - odzy­wam się po wło­sku. - Z oka­zji two­ich uro­dzin, z życze­niami rado­ści i miło­ści.

Odwraca głowę i przez sekundę spra­wia wra­że­nie czło­wieka, który nie wie­rzy w to, co widzi. Potem na jej twa­rzy poja­wia się sze­roki uśmiech.

Dla takich chwil warto żyć.

Daw­niej, kiedy lata­nie było czymś eks­klu­zyw­nym, zare­zer­wo­wa­nym dla naj­bo­gat­szych, praca ste­war­desy ucho­dziła za zawód eli­tarny i roman­tyczny zara­zem. Marzyły o niej dziew­czyny z całego świata, bo to dale­kie podróże, spa­nie w pię­cio­gwiazd­ko­wych hote­lach, moż­li­wość pozna­nia zna­nych osób. W latach sześć­dzie­sią­tych na castingi Pan Am zgła­szało się nawet tysiąc dziew­czyn, a przez eli­mi­na­cyjne sito prze­cho­dziło zale­d­wie kil­ka­na­ście. Wtedy liczyła się uroda. Dziś jest ina­czej. Od dawna obser­wuję, że nawet u naj­bar­dziej zna­nych prze­woź­ni­ków ste­war­desy są ano­ni­mowe i daleko odbie­gają od nie­gdy­siej­szego kry­te­rium, bo dziś bar­dziej niż urodę ceni się pro­fe­sjo­na­lizm. Cho­ciaż są prze­woź­nicy, któ­rzy w komu­ni­ka­cie pra­so­wym o nabo­rze zapo­wia­dają: "Wybie­ramy współ­pra­cow­ni­ków o otwar­tym umy­śle, przy­ja­znych i usłuż­nych", bo życz­liwe uspo­so­bie­nie wzbu­dza zaufa­nie, a pasa­żer musi czuć, że jest sza­no­wa­nym i mile widzia­nym gościem.

Nie­kiedy zapo­mina się o pasa­że­rze i o postę­po­wa­niu zgod­nym ze zdro­wym roz­sąd­kiem. Ponad wszystko sta­wia się prze­pisy. U arab­skich prze­woź­ni­ków nie doszłoby do sytu­acji, w jakiej zna­lazł się znany pol­ski poli­tyk w samo­lo­cie Lufthansy. Usu­nięto go z pokładu, zanim jesz­cze samo­lot wzbił się w powie­trze, bo... pokłó­cił się ze ste­war­desą o swój bagaż pod­ręczny. Tym­cza­sem nawet iry­tu­jący pasa­żer powi­nien być naj­waż­niej­szy i trudny pro­blem nale­ża­łoby roz­strzy­gnąć na jego korzyść.

Lot trwał jesz­cze wiele godzin. Zdą­ży­łem więc poroz­ma­wiać z pol­ską ste­war­desą na temat jej pracy.

- Nasz zawód jest bar­dzo spe­cy­ficzny - opo­wia­dała. - Pocho­dzę z małego mia­steczka na Lubelsz­czyź­nie. Śni­łam, aby wyrwać się z atmos­fery pro­win­cjo­nal­nego życia, marzy­łam o pozna­niu świata, o prze­ży­ciu przy­gody. Ktoś powie­dział, że świat jest podobny do książki i kto ni­gdy nie podró­żo­wał, zna tylko jego jedną stronę, a ja mam moż­li­wość pozna­wa­nia jed­nej strony dzien­nie. Pra­cuję w Emi­ra­tes już drugi rok. Naszym pod­sta­wo­wym zada­niem jest tro­ska o bez­pie­czeń­stwo pasa­że­rów, a w razie potrzeby prze­pro­wa­dze­nie spraw­nej ewa­ku­acji czy udzie­le­nie pierw­szej pomocy. Poczu­cie bez­pie­czeń­stwa w trud­nych sytu­acjach uda się zapew­nić wyłącz­nie spo­ko­jem i opa­no­wa­niem.

Moja roz­mów­czyni dostrzega zapa­loną lampkę. Ktoś ją wzywa. Uśmie­cha się prze­pra­sza­jąco i obie­cuje za chwilę wró­cić.

- To nie jest łatwy chleb, tylko ciężka, fizyczna robota, uzna­wana przez nie­któ­rych za eli­tarną. Kiedy nasza grupka z pilo­tami na czele dum­nie masze­ruje przez dwo­rzec lot­ni­czy, zawsze przy­kuwa wzrok podróż­nych. Nie­które z nas zdo­by­wają w ten spo­sób faceta, ale z reguły w pracy "na waliz­kach" na uło­że­nie sobie życia, a nawet zwy­kłe kon­takty towa­rzy­skie nie ma czasu. Zazdro­ści się nam, ale nie oszu­kujmy się, ste­war­desa to ktoś mię­dzy pod­niebną słu­żącą a kel­nerką, kto dora­bia pro­wi­zją ze sprze­daży per­fum i alko­holu. Przede wszyst­kim jed­nak ma napoić, odgrzać posiłki i nakar­mić, a potem sprząt­nąć. Nie­stety, sprzą­tać trzeba też pokła­dowe toa­lety. Szara rze­czy­wi­stość szybko roz­cza­ro­wuje i zachwyt się ulat­nia. Mało kto zdaje sobie sprawę, ile to kosz­tuje wyrze­czeń. Musimy być cią­gle dys­po­zy­cyjne, akcep­to­wać nie­re­gu­larny gra­fik dyżu­rów. Każdy dzień jest inny, wszystko zmie­nia się dyna­micz­nie. Po krót­kim odpo­czynku trudno się nie­raz obu­dzić o czwar­tej nad ranem. A tu trzeba zro­bić maki­jaż i do roboty. Bywało, że w ciągu 12 godzin mia­łam cztery starty i lądo­wa­nia. Trudne są dłu­go­dy­stan­sowe loty nocne, zmiany tem­pe­ra­tur i stref cza­so­wych. Uciąż­liwi bywają nie­kul­tu­ralni czy nawet cham­scy pasa­że­ro­wie. Podróżni od czasu do czasu prze­cho­dzą koń­czące się czę­sto zgrzy­tami i pysków­kami kon­trole bez­pie­czeń­stwa na lot­ni­sku. My tym stre­su­ją­cym pro­ce­du­rom pod­da­jemy się każ­dego dnia i nie ukry­wam, że zawsze odczu­wam zaże­no­wa­nie i pewien dys­kom­fort w takich chwi­lach. Do nie­dawna latało się do miejsc, gdzie cze­kało się kilka dni na powrót do domu, można było wiele zwie­dzić. Dzi­siaj mamy wię­cej połą­czeń i rota­cja jest dużo więk­sza. Nie ma czasu nie tylko na tury­stykę, ale i na pełny odpo­czy­nek. Zawsze należy pamię­tać o nie­na­gan­nej pre­zen­cji.

Znów zapala się lampka. Dzię­kuję jej i wra­cam na miej­sce. Przy­po­mi­nam sobie roz­mowę ze zna­jomą ste­war­desą, która po paru latach nie wytrzy­mała i ode­szła z zawodu. Nie mogła znieść atmos­fery rywa­li­za­cji i zazdro­ści. Nie­które kole­żanki, aby awan­so­wać, ucie­kały się do pisa­nia oczer­nia­ją­cych dono­sów. Docho­dziło do tego, że główny ste­ward, czyli szef nad­zo­ru­jący pracę całego zespołu pokła­do­wego, musiał noto­wać wszel­kie uchy­bie­nia zauwa­żone pod­czas lotu. W prze­ciw­nym wypadku firma zapra­szała go na roz­mowę i wyra­żała wąt­pli­wość, czy rze­czy­wi­ście nie zda­rzają się w pracy żadne nie­do­cią­gnię­cia. Tak szan­ta­żo­wany szef pokładu, w tro­sce o swoje sta­no­wi­sko, gotowy był spo­rzą­dzać jak naj­su­row­sze raporty.

Dubaj, który nie­spo­dzie­wa­nie zna­lazł się na naj­bar­dziej uczęsz­cza­nych szla­kach lot­ni­czych mię­dzy Europą, Ame­ryką i Azją, usta­wicz­nie roz­wija siatkę glo­bal­nych połą­czeń, nie­stety kosz­tem pasa­że­rów.

Mój wło­ski przy­ja­ciel, lata­jący czę­sto do Azji Połu­dniowo-Wschod­niej, twier­dzi, że ow­szem, Emi­ra­tes to linia na wyso­kim pozio­mie, ale bez prze­sady. Ran­kingi w kla­sie eko­no­micz­nej dają jej trzy i pół gwiazdki, a Aero­flo­towi trzy. Róż­nica mię­dzy tymi dwoma prze­woź­ni­kami polega wyłącz­nie na tym, że Ara­bo­wie ser­wują na pokła­dzie wszel­kie alko­hole, a Rosja­nie tylko wino.

Emi­ra­tes gwa­ran­tuje wyjąt­kowy kom­fort, w busi­ness class są roz­kła­dane, poziome łóżka
Linie Emi­ra­tes ofe­rują pasa­że­rom tran­zy­to­wym cie­kawe spę­dze­nie czasu w mie­ście uzna­wa­nym za jedno z naj­bar­dziej dyna­micz­nie roz­wi­ja­ją­cych się na świe­cie
Bar busi­ness class na pokła­dzie air­busa A 380
Kom­for­towy począ­tek waka­cji życia

ORIEN­TALNA ATMOS­FERA SZAN­GHAJU

Z synem witam się ser­decz­nie, po męsku. Wyraź­nie cie­szy go nasz widok. Z Mak­sym, podob­nie jak ze star­szym od niego Kon­ra­dem, w prze­szło­ści nie ukła­dało się naj­le­piej. Rzadko bywa­łem w domu, trudy wycho­wa­nia prze­jęła Linda, łącząc mat­czyną ser­decz­ność i cie­pło z ojcow­ską sta­now­czo­ścią. Oka­zała się silną i mądrą kobietą. Więzi emo­cjo­nalne w okre­sie ich dora­sta­nia, kiedy mło­dzi szu­kają wła­snej toż­sa­mo­ści, były nie­zwy­kle deli­katne. Kiedy wra­ca­łem do domu, chcia­łem zapro­wa­dzić twardą "męską" linię. Taka postawa ochła­dzała jed­nak rela­cje, pro­wa­dziła do buntu. Nie było wiel­kich kon­flik­tów czy głę­bo­kich zra­nień, ale bra­ko­wało oka­zji do szcze­rych i otwar­tych roz­mów, do oka­za­nia ojcow­skiej tro­ski. Pra­wi­dłowe reak­cje poja­wiły się, dopiero kiedy mło­dzi weszli w wiek męski. Czę­ściej bywa­łem wtedy w domu, zaczą­łem dużo z nimi roz­ma­wiać, wycho­dzić im naprze­ciw, poja­wiła się moż­li­wość poświę­ce­nia im wię­cej czasu, a tym samym zdo­by­cia ich zaufa­nia.

Jedziemy przez mia­sto, a mnie dopa­dają obawy. Z zasady sta­ram się nie wra­cać do miejsc, które mnie nie­gdyś zafa­scy­no­wały, bo wiem, że już tam nie odnajdę zna­jo­mych, intry­gu­ją­cych i wywo­łu­ją­cych wzru­sze­nie obra­zów. A czło­wiek pod­świa­do­mie stara się ide­ali­zo­wać prze­szłość, bo w zaka­mar­kach duszy tkwi nostal­gia za tym, co w wyścigu z cza­sem bez­pow­rot­nie znika z hory­zontu. Nie należę do fanów urba­ni­stycz­nych, a już szcze­gól­nie do zwo­len­ni­ków mrocz­nych, przy­tła­cza­ją­cych metro­po­lii, gdzie zachwiane zostały wszel­kie normy i pro­por­cje. Czło­wiek, który tęskni za pier­wot­nym śro­do­wi­skiem, za przy­rodą, z któ­rej nic już nie pozo­stało, ma prawo czuć tam lęk przed zagu­bie­niem, wyalie­no­wa­niem i nie­moż­no­ścią poro­zu­mie­nia z drugą istotą. A także przed nama­calną prze­mocą i każ­dym moż­li­wym złem.

Tym razem jest ina­czej, Szan­ghaj wciąga mnie bez­gra­nicz­nie. Pamię­tam, że nie­wiele ponad dwie dzie­siątki lat temu, w dziel­nicy Pudong po pra­wej stro­nie rzeki Huangpu, był jedy­nie rybacki port pośród pól ryżo­wych. Teraz roz­ciąga się tam znie­wa­la­jący pej­zaż: szan­ghaj­ski Man­hat­tan, pul­su­jące serce chiń­skiego biz­nesu. Od pew­nego czasu dzien­ni­ka­rze porów­nują je z Hong­kon­giem, Nowym Jor­kiem czy Tokio.

- Już tu kie­dyś byłeś, tato? - Maksy zachęca mnie do opo­wie­ści.

- Byłem - odpo­wia­dam. - Pra­wie wszę­dzie już byłem...

Zanim tu przy­je­cha­łem dwa­dzie­ścia lat temu, od dawna zna­łem już tam­ten kli­mat z pasjo­nu­ją­cej powie­ści Jamesa Cla­vella Tai-Pan. To histo­ria o upadku impe­rium chiń­skiego i naro­dzi­nach naj­bo­gat­szej kolo­nii na Wscho­dzie oraz o dzie­jach wła­ści­ciela spółki han­dlo­wej Noble House, toczą­cego wojnę o wpływy z han­dlu z Chi­nami. Ambitny kupiec, przez miej­sco­wych zwany Tai-Panem, czyli "wszech­po­tęż­nym władcą", dzięki opium stwo­rzył naj­po­tęż­niej­sze w Azji przed­się­bior­stwo.

- Mia­łeś tu kie­dyś robić jakiś film? - wyrywa mnie z zamy­śle­nia Maksy.

- W 1985 roku otrzy­ma­łem od pro­du­centa Dina De Lau­ren­tiisa pro­po­zy­cję kon­sul­ta­cji mery­to­rycz­nej przy reali­za­cji filmu Tai-Pan z Seanem Con­ne­rym w roli głów­nej. Krótko przed­tem uka­zało się we Wło­szech pierw­sze wyda­nie mojej książki o żaglow­cach i ktoś pomy­ślał, że mógł­bym udzie­lić porad w tema­cie dżo­nek - chiń­skich stat­ków han­dlo­wych z pęka­tym kadłu­bem i pro­sto­kąt­nymi żaglami z bam­busa, uży­wa­nych na wodach Azji Połu­dniowo-Wschod­niej. Ale jesz­cze przed usta­le­niem warun­ków finan­so­wych nade­szła infor­ma­cja, że irlandz­kiego aktora z powodu ogra­ni­cze­nia budżetu zastąpi Austra­lij­czyk Bryan Brown. A w ogóle to film nie wymaga kon­sul­ta­cji.

Z branżą fil­mową zwią­zał się mój syn Kon­rad. Przy­je­chał tutaj nie­dawno, bo zapro­po­no­wano mu reży­se­ro­wa­nie serii fil­mów w kli­ma­cie chiń­skiego hor­roru.

W ciągu tych kilku dni objeż­dżamy z Lindą całą chiń­ską metro­po­lię. Opo­wia­dam, wspo­mi­nam, poka­zuję. Ale i poznaję. Odno­szę wra­że­nie, że Linda czuje się tro­chę nie­swojo pośród tego natłoku stali, szkła i betonu. Dopiero trze­ciego dnia oddy­cha z rado­ścią.

Z epoki Tai-Pana pozo­stał w Szan­ghaju fascy­nu­jący obszar kon­ce­sji fran­cu­skiej, będący jakby cząstką Sta­rego Kon­ty­nentu w cen­trum mocno zako­rze­nio­nego w swej boga­tej histo­rii Szan­ghaju. Tu moja żona czuje się pra­wie jak w domu. Uliczki przy­po­mi­nają mia­sta euro­pej­skie z domami naj­wy­żej pię­cio­pię­tro­wymi, prze­pla­ta­nymi kolo­nial­nymi rezy­den­cjami, zanu­rzo­nymi w ogro­dach, i nie­licz­nymi wie­żow­cami łamią­cymi har­mo­nię kra­jo­brazu. Dziel­nica sły­nąca osiem­dzie­siąt lat temu z domów uciech i kasyn, z kon­ste­la­cją buti­ków z naj­bar­dziej zna­nymi na świe­cie mar­kami i nale­żą­cymi do dobrego tonu nastro­jo­wymi restau­ra­cjami, to jeden z naj­bar­dziej ele­ganc­kich zakąt­ków Szan­ghaju.

A mnie robi się naj­nor­mal­niej w świe­cie smutno.

Urze­ka­jąca orien­talna atmos­fera, która zawsze przy­cią­gała uwagę przy­by­sza, z dnia na dzień nie­uchron­nie się ulat­nia. Na każ­dym kroku napo­tyka się wiele sprzecz­no­ści, mie­szankę boga­tej chiń­skiej tra­dy­cji i ultra­no­wo­cze­sno­ści, jakiej nie znaj­dzie się ni­gdzie w Euro­pie. Zawrotne tempo prze­plata się z powol­no­ścią, wykwintne euro­pej­skie restau­ra­cje - z kra­mami ulicz­nymi ser­wu­ją­cymi szasz­łyki z żab. Wytworne gale­rie sztuki zajęły miej­sca palarni opium, kasyn i domów publicz­nych. Bry­tyj­ską Kom­pa­nię Wschod­nio­in­dyj­ską zastą­piły oddziały wiel­kich mię­dzy­na­ro­do­wych firm, które wynio­sły port na dru­gie miej­sce w świe­cie pod wzglę­dem prze­ła­dun­ków. Sze­ro­kie arte­rie krzy­żują się z ciem­nymi zauł­kami, rowery zde­rzają się nie­mal z samo­cho­dami, pagody gra­ni­czą z salo­nami masaży ener­ge­tycz­nych, gwarne i zatło­czone ulice han­dlowe z relak­sową atmos­ferą poran­nej gim­na­styki tai-chi w parku publicz­nym. W labi­ryn­cie wąskich, obsa­dzo­nych pla­ta­nami uli­czek wre tra­dy­cyjne życie. Ludzie pędzą tam żywot, roz­ma­wia­jąc, jedząc czy nawet śpiąc w skwarne, let­nie noce. Obok suszą­cej się na dru­tach odzieży funk­cjo­nują punkty gastro­no­miczne, krawcy, mecha­nicy sku­te­rowi, sto­la­rze. Dopiero kiedy czło­wiek znaj­dzie się w zatło­czo­nych tune­lach metra, zie­mia pochła­nia go, a wszel­kie kon­tra­sty i gra­nice zni­kają.

Szan­ghaj. Legen­darny nad­brzeżny bul­war Bund, z maje­sta­tycz­nymi budow­lami art déco z prze­łomu XIX i XX wieku, pamię­ta­ją­cymi złote lata trzy­dzie­ste

Danni, chiń­ska narze­czona Mak­sego, umó­wiła mnie z eme­ry­tem Yu Kepin­giem, prze­wod­ni­czą­cym komi­tetu blo­ko­wego, miesz­ka­ją­cym o dwa kroki od nad­brzeż­nego bul­waru Bund. Spo­ty­kamy się w małej tawer­nie na Huqiu Road, na tyłach kon­su­latu bry­tyj­skiego, gdzie z pomocą Danni słu­cham jego opo­wie­ści.

- Nie­liczne już wspa­nia­ło­ści prze­szłych cza­sów, które prze­trwały nisz­czy­ciel­ską furię, prze­cho­dzą na naszych oczach do histo­rii - mówi z gory­czą Chiń­czyk. - Mia­sto sta­wia na nowo­cze­sność, wszystko, co dawne, burzy się bez sen­ty­men­tów. Obser­wuję, jak na tysią­cach pla­ców budowy ginie cząstka mojego mia­sta. Stare domy rów­nane są z zie­mią przez pra­cu­jące od świtu do zmierz­chu bul­do­żery, niepozosta­wiające żad­nego śladu prze­szło­ści. W przy­śpie­szo­nym, zachłan­nym na nowość kapi­ta­li­zmie w wer­sji chiń­skiej liczy się wyłącz­nie przy­szłość, roz­wój gospo­dar­czy i budow­nic­two. Koniec z wolną prze­strze­nią. Postęp ma zapew­nić nam nie­skoń­czoną ilość dóbr popra­wia­ją­cych wygodę życia. Nie­stety, zna­leź­li­śmy się w pułapce, za wszel­kie zdo­by­cze ludzie muszą pła­cić wysoką cenę. Uni­fi­ka­cja nisz­czy toż­sa­mość, wyob­co­wuje. Czło­wiek zatra­cił zdol­ność do odczu­wa­nia emo­cji, stał się tylko kolej­nym nume­rem w glo­bal­nej masie. Tęsk­nię za auten­tycz­nymi Chi­nami, które już nie wrócą, i za moją starą ulicą, pełną zapa­chów, sma­ków i życia, któ­rej lada dzień już w ogóle nie będzie.

Słu­cham nostal­gicz­nych wywo­dów Kepinga, jed­nak wiem, że ostatni rok był dla Chin kolej­nym rokiem gigan­tycz­nego skoku cywi­li­za­cyj­nego. Bli­sko 100 milio­nów chiń­skich oby­wa­teli podró­żo­wało po świe­cie, zosta­wia­jąc za gra­nicą 102 miliardy dola­rów, czyli wię­cej od tury­stów ame­ry­kań­skich i nie­miec­kich. Chiń­czycy prze­sie­dli się już z roweru na moto­cykl elek­tryczny, teraz coraz czę­ściej jeż­dżą samo­cho­dem.

Miesz­kańcy Pań­stwa Środka szybko odcho­dzą od kon­fu­cjo­ni­stycz­nej zgody na świat zastany, od spo­koju, wyci­sze­nia i akcep­ta­cji rze­czy­wi­sto­ści. Chcą, wzo­rem zachod­nich tury­stów, prze­ła­my­wać bariery, wal­czyć o swoje miej­sce w świe­cie biz­nesu, świa­do­mie polep­szać swój byt.

Dla­tego chyba z tak wiel­kim odze­wem spo­tyka się pre­lek­cja, którą wygła­szam w Szan­ghaju. W cza­sie poprzed­niej wizyty w tym mie­ście pozna­łem kon­sula Pio­tra Nowot­niaka, osobę nie­zwy­kle mi życz­liwą, w prze­ci­wień­stwie do jego poprzed­nika. Zapro­po­no­wał spo­tka­nie z Polo­nią i pre­lek­cję dla firmy Zhong­tai Ligh­ting, zna­nej w Chi­nach z barw­nych deko­ra­cji świetl­nych. Two­rzy ona kom­pletne kon­cep­cje, od pro­jektu po reali­za­cję, świetl­nych aran­ża­cji miast, hoteli, wnętrz gale­rii sztuki, środ­ków trans­portu czy świą­tecz­nych ilu­mi­na­cji cen­trów han­dlo­wych.

Zapro­po­no­wano mi temat, wyda­wa­łoby się, nie­pod­róż­ni­czy, choć w isto­cie jak naj­bar­dziej zwią­zany z eks­plo­ro­wa­niem świata: "Prze­ła­my­wa­nie barier psy­chicz­nych i wła­snych ogra­ni­czeń".

Na spo­tka­niu padło wiele pytań doty­czą­cych mojego samot­nego rejsu przez Atlan­tyk w roli dobro­wol­nego roz­bitka. Pytano o strach. Można być twar­dzie­lem, ale kiedy czło­wiek poru­sza się na kra­wę­dzi życia i śmierci, to zwie­rzęcy strach zaci­ska­jący gar­dło z pew­no­ścią go nie omi­nie. Ten nie­po­kój to sygnał alar­mowy w obli­czu nie­bez­pie­czeń­stwa. Może stać się ojcem odwagi, bo speł­nia funk­cję mobi­li­za­cyjną, pod­no­sząc poziom adre­na­liny, która dodaje ener­gii i sty­mu­luje do dzia­ła­nia. Pod­wyż­szony poziom stresu jest w sta­nie uru­cho­mić pier­wotne mecha­ni­zmy i wydo­być drze­miące w czło­wieku nie­sa­mo­wite siły, o któ­rych nie miał poję­cia. Strach i odwaga zazwy­czaj się prze­ni­kają. Wobec odwagi jed­nak należy być ostroż­nym, by nie przy­spo­rzyła kło­po­tów. Jej nad­miar da się zesta­wić z jej cał­ko­wi­tym bra­kiem. Obie postawy mogą oka­zać się tak samo nie­bez­pieczne. Odwaga wyni­ka­jąca z głu­poty czy chęci budze­nia podziwu u innych bywa czę­sto o wiele groź­niej­sza.

W krań­co­wych sytu­acjach naj­bar­dziej poma­gają prze­świad­cze­nie, że pokona się wszel­kie trud­no­ści, hart ducha, opty­mizm i chęć życia. Kto ma kon­trolę nad swoją wolą i zna jej siłę, może sta­wiać przed sobą naj­trud­niej­sze wyzwa­nia.

Pytano mnie też o wiarę w Boga w eks­tre­mal­nych chwi­lach. Na Atlan­tyku doświad­czy­łem głę­bo­kiej lek­cji pokory. Bła­ga­łem: "Dobry Boże, pozwól mi wró­cić do domu". Modli­łem się do Matki Boskiej Czę­sto­chow­skiej i czu­łem, że jakaś nie­wi­dzialna siła dodaje mi odwagi. Modli­twa w kry­tycz­nych sytu­acjach wzmac­nia morale czło­wieka. Hisz­pań­skie przy­sło­wie mówi: "Wystar­czy spę­dzić tylko jedną noc w małej łódce na wzbu­rzo­nym morzu, by ate­ista stał się wie­rzą­cym".

Odzew na sali był nie­sły­chany. Może dla­tego, że nie były to puste słowa czło­wieka, który gdzieś te mądro­ści wyczy­tał. Wła­sny suk­ces oku­pi­łem pół­wie­czem ryzyka, poświę­ceń, zaci­ska­nia zębów, pono­sze­nia odpo­wie­dzial­no­ści za sie­bie i swo­ich współ­to­wa­rzy­szy w eks­tre­mal­nie zdra­dli­wych zakąt­kach naszego globu.

Na zakoń­cze­nie pre­lek­cji prze­pro­wa­dzi­łem mały quiz. Zaczą­łem od pytań: Kto pamięta, jak się nazywa czło­wiek, który prze­pły­nął do Ame­ryki drugi, po Krzysz­to­fie Kolum­bie? Oczy­wi­ście nikt tego nie wie­dział. Podob­nie jak nikt nie miał poję­cia, kto jako drugi zdo­był Mont Eve­rest lub posta­wił nogę na Księ­życu. To było nawią­za­nie do tematu pre­lek­cji: drugi się ni­gdy nie liczy, ważny jest tylko pierw­szy. To zna­czy naj­lep­szy! Przez pół­to­rej godziny mówi­łem, jak być nume­rem jeden, to zna­czy o krok przed innymi. Jak poko­ny­wać sła­bo­ści, prze­kra­czać wła­sne ogra­ni­cze­nia, mie­rzyć się z barie­rami umy­słu. Ogól­nie bio­rąc, jak pod­nieść poczu­cie wła­snej war­to­ści i kształ­to­wać postawę "mogę wszystko".

Na spo­tka­niu padło też z sali jedno elek­try­zu­jące dla mnie zda­nie. Asy­stentka kon­sula gene­ral­nego Zjed­no­czo­nych Emi­ra­tów Arab­skich w Szan­ghaju Ibra­hima Alman­so­uriego porów­nała mnie do władcy Dubaju, szejka Muham­meda ibn Raszida al-Mak­tuma, który podob­nie jak ja nie używa słowa "nie­moż­liwe".

Podob­nych spo­tkań mia­łem jesz­cze w Szan­ghaju sześć. Zor­ga­ni­zo­wał je Maksy. Odbiły się one sze­ro­kim echem w chiń­skich mediach. Pisano, że gdyby Pol­ska miała takich amba­sa­do­rów jak ja, to mogłaby zaosz­czę­dzić na wydat­kach zwią­za­nych z pro­mo­cją kraju.

Był też w Szan­ghaju czas na chwilę odde­chu. Codzien­nie spa­ce­ro­wa­li­śmy z Lindą po legen­dar­nym bul­wa­rze Bund, przy któ­rym stoją maje­sta­tyczne budowle art déco, pamię­ta­jące złote lata trzy­dzie­ste. Szan­ghaj, dawne finan­sowe serce Orientu, w któ­rym rodziły się kariery milio­ne­rów, ocza­ro­wał Char­liego Cha­plina, Mar­lenę Die­trich czy Geo­rge'a Ber­narda Shawa i wielu innych zna­nych ludzi.

Pew­nego dnia na popo­łu­dniową her­batę wcho­dzimy do Penin­sula, perły wśród azja­tyc­kich hoteli. Zacho­wała się tu kolo­nialna atmos­fera Azji Połu­dniowo-Wschod­niej wraz z odzie­dzi­czo­nym po Bry­tyj­czy­kach rytu­ałem tea time. Dojeż­dża do nas Maksy ze swą uro­dziwą narze­czoną, a chwilę póź­niej i Kon­rad. To przed­ostatni dzień naszego pobytu w Szan­ghaju i chcemy spę­dzić czas w rodzin­nej atmos­fe­rze. Dys­kretna muzyka. Na sto­liku oprócz her­baty zja­wiają się mini­san­dwi­cze, słone tor­ciki i sze­roki wybór cia­stek. Tro­chę tego za dużo, bo za dwie godziny znów zasią­dziemy do stołu. Jeste­śmy bowiem zapro­szeni do restau­ra­cji Da Ivo, też miesz­czą­cej się przy bul­wa­rze Bund, przez Gior­ginę Maz­zero, sze­fową kuchni tego lokalu. Linda odnaj­duje w niej praw­dzi­wie sio­strzaną duszę. U Gior­giny także można spo­tkać gwiazdy.

Widok z Da Ivo jest bez­kon­ku­ren­cyjny. Przez jedno okno widać cały pięk­nie oświe­tlony Bund, a przez dru­gie prze­ciw­le­gły Pudong z lasem dra­pa­czy chmur. Fama tej restau­ra­cji przy­była z Wene­cji, gdzie bliź­nia­czy lokal gościł nie­zli­czone sławne oso­bi­sto­ści, od Har­ri­sona Forda, Chri­stiny Agu­ilery i Paula New­mana po Madonnę, Geo­rge'a Clo­oneya czy Stinga. Dzi­siaj nie ma tu żad­nego VIP-a, ale Gior­gina chce sobie zro­bić ze mną zdję­cie, które zamie­rza powie­sić w gale­rii zna­nych gości. Trudno jej odmó­wić.

Opusz­czamy Szan­ghaj. Zamie­rzam poka­zać Lin­dzie Indo­chiny, dawne kolo­nialne impe­rium fran­cu­skie, które swego czasu wypro­mo­wało mit egzo­tyki i bło­giej egzy­sten­cji wśród mon­su­nów. Zachwy­ca­jący kalej­do­skop ze swoją mozaiką etniczną, przy­ja­znymi ludźmi, wspa­nia­łymi zabyt­kami, sprzy­ja­ją­cym kli­ma­tem, oso­bliwą urodą kobiet i zega­rem czasu ze wska­zów­kami prze­su­wa­ją­cymi się wol­niej niż gdzie indziej wciąż jesz­cze ma w sobie atmos­ferę minio­nych cza­sów.

Przy­le­cie­li­śmy do Louang­ph­ra­bang, daw­nej sto­licy Laosu, z hała­śli­wego, opa­no­wa­nego przez smog, przy­tła­cza­ją­cego cha­osem Bang­koku. Wra­że­nie nie­za­tarte, jak­by­śmy prze­nie­śli się w jakiś sur­re­ali­styczny świat, gdzie glo­ba­li­za­cja jesz­cze nie zapu­ściła korzeni. Linda jest urze­czona ciszą mia­steczka, zapa­chem jaśminu i drewna san­da­ło­wego, a wie­czo­rem bajecz­nym zacho­dem słońca zale­wa­ją­cym niebo magicz­nym bla­skiem złota róż­nych odcieni. Nikt się tu nie śpie­szy, egzy­sten­cja jest odbi­ciem wywa­żo­nych ruchów bud­dyj­skich mni­chów, powol­nego nurtu Mekongu i głę­bo­kiej ducho­wo­ści, która sta­nowi inte­gralną część życia miesz­kań­ców tego kraju.

Także kolo­nialne skrzy­dło hotelu Villa Santi, w któ­rym zatrzy­ma­li­śmy się na jedną noc, jest niczym ze stro­nic ksią­żek Con­rada. Prze­stronny apar­ta­ment z łóż­kiem osło­nię­tym moski­tierą i obra­ca­ją­cym się powoli sufi­to­wym wen­ty­la­to­rem pod­kre­ślają kolo­nialną atmos­ferę Orientu. Uroku dopeł­nia sta­ran­nie utrzy­many ogród, tama­ryn­dowce, cenione ze względu na swoją piękną żół­to­czer­woną barwę drzewa, i świeży zapach plu­me­rii, docie­ra­jący przez okno zabez­pie­czone drobną siatką.

Następny krótki etap to Birma, nazy­wana dzi­siaj Mjanma. Nowe nazwy geo­gra­ficzne ni­gdy nie będą jed­nak miały dla mnie takiego uroku jak dawne, oży­wia­jące wyobraź­nię, tajem­ni­cze miana. W pamięci na zawsze pozo­sta­nie Saj­gon, cho­ciaż dzi­siaj nazy­wają go Ho Chi Min­hem, podob­nie jak Cej­lon Sri Lanką, Syjam Taj­lan­dią albo Ran­gun Yan­go­nem. To ostatni moment, by zoba­czyć kraj, który jesz­cze nie zdą­żył poznać maso­wej tury­styki i kultu pie­nią­dza. Po zali­cze­niu uni­ka­to­wej na skalę świa­tową atrak­cji, jaką jest Pagan z jego zachwy­ca­ją­cymi świą­ty­niami, posta­no­wi­li­śmy odwie­dzić miej­sce od nie­dawna otwarte dla tury­styki. Naj­pierw dole­cie­li­śmy samo­lo­tem do Sit­twe, potem pły­nę­li­śmy pięć godzin łodzią do Myauk U, ostat­niej kró­lew­skiej sto­licy pro­win­cji Rakhine, dzi­siaj bazy wypa­do­wej do odle­głych wio­sek mniej­szo­ści etnicz­nej Chin sły­ną­cej z kobiet o wyta­tu­owa­nych twa­rzach. To pra­dawny, dziś już zaka­zany zwy­czaj mający na celu obronę przed pory­wa­niem kobiet przez nie­przy­ja­zne ple­miona. Pry­mi­tywny tryb życia w zagu­bio­nych osa­dach pozba­wio­nych kon­taktu ze współ­cze­sną cywi­li­za­cją - takie obrazki należą już do ostat­nich zwią­za­nych z prze­szło­ścią Birmy. Cie­szę się, że Linda zdą­żyła to jesz­cze zoba­czyć.

I kolejny samo­lot. Waka­cje mają dal­szy ciąg na wyspie Bali - orien­tal­nym raju na ziemi. Jesz­cze w samo­lo­cie prze­ży­wam mało kom­for­tową dla sie­bie chwilę, kiedy młoda para Pola­ków prosi o auto­graf. Auto­grafy oczy­wi­ście roz­da­wać lubię i to miłe być roz­po­zna­wa­nym, ale nie w sytu­acji, która burzy mój wize­ru­nek. Ten, który przez całe życie prze­dzie­rał się przez pusz­cze, wędro­wał w kara­wa­nach wiel­błą­dów, odże­gnu­jąc się gło­śno od wszel­kich wyciecz­ko­wych mar­szrut, teraz wmie­szał się w mię­dzy­na­ro­dowy tabun urlo­po­wi­czów. Na doda­tek uda­ją­cych się do tury­stycz­nej mekki. W obron­nym odru­chu chcę zaprze­czyć, że to nie ja... Jed­nak górę bie­rze roz­są­dek.

Wiele miejsc prze­cho­dzi nie­uchron­nie do histo­rii. Jesz­cze nie­dawno po zatoce Ha Long pły­wa­łem tra­dy­cyjną dżonką. Dzi­siaj tutejsi rybacy prze­sie­dli się na prak­tycz­niej­sze kutry moto­rowe. Na rzece Jangcy pozna­łem urok żeglo­wa­nia sam­pa­nem, który obec­nie zamie­niono na kom­for­towe statki pasa­żer­skie. Nie zapo­mnę słyn­nych na tej arte­rii wod­nej Trzech Prze­ło­mów, scho­wa­nych teraz pod wodą po wybu­do­wa­niu gigan­tycz­nej tamy. Widzia­łem jesz­cze dawny Zwią­zek Radziecki i otwar­tość duszy rosyj­skiej. Na Kam­czatce żywi­łem się tylko kawio­rem, bo innych pro­duk­tów nie było. Nawet piękno Czar­nego Lądu pozna­łem takie, jakie teraz można zoba­czyć tylko w fil­mach Śniegi Kili­man­dżaro czy Poże­gna­nie z Afryką.

Szcze­gólną satys­fak­cję spra­wiło mi pozna­nie w poło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych grupy etnicz­nej Jano­ma­mów w gór­nym Ori­noko, żyją­cej w cał­ko­wi­tej izo­la­cji od świata i nie­ma­ją­cej kon­taktu z bia­łym czło­wie­kiem. Gwał­towny pro­ces wywłasz­cze­nia tery­to­rial­nego w Ama­zo­nii, połą­czony z dewa­sta­cją śro­do­wi­ska, budową dróg, obec­no­ścią garim­pe­iros, poszu­ki­wa­czy złota i innych awan­tur­ni­ków czy nie­le­galną eks­plo­ata­cją drewna tro­pi­kal­nego, stał się ich zgubą.

Bali, które pozna­łem kil­ka­dzie­siąt lat temu, wygląda teraz ina­czej, głów­nie z powodu rze­szy przy­jezd­nych. Linda oczy­wi­ście jest zachwy­cona Ubu­dem, takim niby-kuror­tem, peł­nym soczy­stej roślin­no­ści. W kul­tu­ral­nej sto­licy wyspy pró­buje nawet odwie­dzić wszyst­kie świą­ty­nie, gale­rie sztuki i warsz­taty ręko­dziel­ni­cze. I tra­dy­cyjne salony relak­su­ją­cych masaży, te praw­dziwe, nie­ma­jące, tak jak w Taj­lan­dii, pod­tek­stu ero­tycz­nego. Do hotelu leżą­cego pośród pól ryżo­wych i hip­no­ty­zu­ją­cego zapa­chami kwia­tów wra­camy zwy­kle póź­nym wie­czo­rem.

Nowy rok 2015 powi­ta­li­śmy jed­nak już w Dubaju, głów­nym celu naszej "podróży życia".

Rodzinne spo­tka­nie w hotelu Penin­sula zacho­wu­ją­cym kolo­nialną atmos­ferę Azji Połu­dniowo-Wschod­niej

WITAMY W OAZIE LUK­SUSU

Godzina piąta rano. Eks­klu­zywny ter­mi­nal numer 3 mię­dzy­na­ro­do­wego lot­ni­ska w Dubaju. Łagodne elipsy i pół­kola, kolo­rowe szklane ściany, łuki zada­szeń przy­po­mi­na­jące zasty­głe w star­cie skrzy­dła potęż­nego ptaka. Wszystko to oświe­tlone mięk­kim bia­łym lub błę­kit­nym świa­tłem, czy­ste, zadbane, chro­nione przez dys­kret­nie roz­lo­ko­wane kamery.

Już o tej porze lot­ni­sko tętni życiem. Szybko mie­szamy się z cha­rak­te­ry­stycz­nym dla Bli­skiego Wschodu tłu­mem. Wśród Egip­cjan i Jor­dań­czy­ków, obo­wiąz­kowo z ide­al­nie przy­strzy­żo­nymi, zadba­nymi bro­dami, hin­du­scy komi­wo­ja­że­ro­wie w jaskra­wych koszu­lach w kratkę i bry­tyj­skie mał­żeń­stwa eme­ry­tów w ber­mu­dach. Ci ostatni sia­dają na mięk­kich kana­pach elek­trycz­nych wóz­ków, które z cichym szu­mem uwożą ich w stronę wyj­ścia.

- Nie tędy - rzu­cam ukrad­kiem do Lindy i odcią­gam ją na śro­dek holu pokry­tego bia­łymi błysz­czą­cymi płyt­kami.

Bli­sko ściany bowiem pędzi pro­sto na nas pięć­dzie­się­cio­oso­bowa chyba wycieczka Japoń­czy­ków. Nie oni jedni zresztą sta­no­wią żywą bombę - jak okiem się­gnąć, roją się sfory tury­stów pod fla­gami róż­nych biur podróży.

W cha­rak­te­ry­styczny spo­sób zacho­wują się mło­do­ciane Chinki z toreb­kami z butiku. Po opusz­cze­niu samo­lotu natych­miast włą­czają swoje smart­fony i bez­myśl­nie prze­su­wa­jąc pal­cami po ich ekra­nach, świer­go­czą bez ustanku. Ich opra­wione w różowe i fio­le­towe pokrowce komórki błysz­czą świa­teł­kami poje­dyn­czych dia­men­ci­ków - nie wia­domo - praw­dzi­wych czy sztucz­nych. Przez chwilę bez sensu zasta­na­wiam się, czy przez tele­fon wykła­dany dia­men­tami łatwiej się roz­ma­wia. Moje podej­ście do narzę­dzi - a tele­fon jest prze­cież jed­nym z nich - nie mie­ści się w kate­go­riach este­tycz­nych, a jedy­nie uty­li­tar­nych.

Rodzina bla­do­skó­rych Skan­dy­na­wów zatrzy­muje się zachwy­cona pod wyso­kimi pal­mami usta­wio­nymi wzdłuż szpa­leru ławek i robi sobie zdję­cia na tle drzew rosną­cych w hali, ale Chinki naj­wy­raź­niej trak­tują oto­cze­nie jako obszar do przej­ścia - a może bywają tu regu­lar­nie? - bo szcze­bio­cząc bez chwili wytchnie­nia, mijają urba­ni­styczne cuda i zatrzy­mują się na rucho­mej tafli prze­wo­żą­cej gości na niż­szy poziom.

Wresz­cie mija nas grupka mało atrak­cyj­nych rosyj­skich pro­sty­tu­tek, które naj­wy­raź­niej przy­je­chały do mozol­nej pracy. Z daleka roz­po­zna­walne są po stroju: kro­czą na obca­sach tak wyso­kich, że przy­po­mi­nają cyr­kow­ców na szczu­dłach. Wychu­dzone nogi pre­zen­tują aż po górną par­tię ud, jaskrawe pro­ste sukienki opi­nają ich ciała z obo­wiąz­kowo wydat­nym biu­stem. Kolo­rowe szale albo wiel­kie broszki nie­mal wołają, aby na nie spoj­rzeć. Dło­nie zakoń­czone odbla­skowo poma­lo­wa­nymi szpo­nami dzierżą tan­detne torebki z eko­skóry, a kolo­rowe nakry­cia głowy pod­no­szą ich wzrost - ale na pewno obni­żają klasę. Jeśli dodać do tego usta powięk­szone krzy­kliwą, czer­woną zwy­kle pomadką i mocno pod­kre­ślone czarną kredką oczy - nie potrzeba żad­nej dodat­ko­wej wizy­tówki, by wie­dzieć, jaki zawód repre­zen­tują. Ta upiorna atrak­cyj­ność według mnie tylko stra­szy, ale z pew­no­ścią przy­ciąga okre­śloną klien­telę.

Bez pośpie­chu, choć z wyraź­nym celem, lot­ni­sko prze­ma­sze­ro­wują wszel­kiej maści dubaj­scy nota­ble w tra­dy­cyj­nych bia­łych, rza­dziej kre­mo­wych czy sza­rych disz­da­szach - dłu­gich, się­ga­ją­cych ziemi stro­jach.

Obok nas prze­cho­dzi wysoki, może czter­dzie­sto­letni jego­mość z solid­nym brzu­chem. Podąża bez­sze­lest­nie w sobie zna­nym celu, nie ogląda się, choć dwa metry za nim kro­czą jego cztery mał­żonki w czerni. Dla postron­nego obser­wa­tora róż­nią się jedy­nie wzro­stem - cztery czarne posta­cie bez twa­rzy i kształ­tów, niczym wdowy w żało­bie. "Gdyby taka grupa poja­wiła się wie­czo­rem w jakimś pol­skim zamku, na cały kraj roz­nio­słaby się legenda o stra­szą­cych damach" - sko­men­to­wał kie­dyś podobny obra­zek pisarz Krzysz­tof Petek, pasjo­nat takich oso­bli­wo­ści.

Naty­kamy się i na Pola­ków. Para mło­dych ludzi - on krótko ostrzy­żony, bar­czy­sty, ona drob­niutka, blond - wydają się zagu­bieni i usi­łują wśród tysiąca wyświe­tla­ją­cych się infor­ma­cji odna­leźć tę naj­waż­niej­szą: gdzie odbiorą swoje bagaże? Prze­ga­pili tłum współ­pa­sa­że­rów pędzący po walizki i teraz miny mają takie, jakby ktoś porzu­cił ich w środku ama­zoń­skiej selwy.

- To lot­ni­sko jest chyba więk­sze od całego Olsz­tyna! - dener­wuje się kobieta, trzy­ma­jąc pod rękę part­nera, jedyny znany i budzący zaufa­nie ele­ment w tym obcym świe­cie.

Ale on nie sta­nowi w tej chwili żad­nej ostoi. Rzuca na boki ukrad­kowe, ner­wowe spoj­rze­nia.

Jak im nie pomóc?

- Cześć, mło­dzieży - zaga­duję i ruszam w stronę taśm, po któ­rych jadą już nasze bagaże. - Jeste­ście z War­mii? Chodź­cie, już jadą walizki.

Męż­czy­zna z ulgą podąża za mną. Nie musi się przy­zna­wać, że czuł się zagu­biony. Honor ura­to­wany.

- Tak, z Olsz­tyna - odpo­wiada. - Chcie­li­śmy w końcu zali­czyć waka­cje, pod­czas któ­rych deszcz nie będzie nam cały czas utrud­niał życia.

- To dosko­nale wybra­li­ście - sły­szę za sobą dys­tyn­go­wany dam­ski głos.

Może sześć­dzie­się­cio­let­nia ele­gancka pani uśmie­cha się do nas, trzy­ma­jąc pod rękę wyż­szego od sie­bie męż­czy­znę o krót­kich siwych wło­sach i przy­strzy­żo­nej w szpic bródce.

Mil­czący pan wolną ręką popy­cha bez trudu lot­ni­skowy wózek z dwiema solid­nymi wali­zami. Nie odzywa się, ogra­ni­cza­jąc się jedy­nie do zło­że­nia sym­bo­licz­nego ukłonu. Za to jego żona z miną obie­ży­świata zwraca się do mnie:

- Wydaje mi się, że już gdzieś pana widzia­łam... A pań­stwo na waka­cje? - Prze­rzuca wzrok na młodą parę, nie cze­ka­jąc na moją odpo­wiedź. - Bo my z mężem pędzimy pro­sto z Zabrza tran­zy­tem do Austra­lii, by odwie­dzić syna, któ­rego nie widzie­li­śmy już trzy lata! O, a panie sie­działy w samo­lo­cie za nami! Obie panie Agnieszki! - zwraca się do dwóch dwu­dzie­sto­la­tek.

Jedna z nich, szczu­pła, wysoka, z dłu­gimi blond wło­sami i pocią­głą twa­rzą, spra­wia wra­że­nie pew­nej sie­bie agentki. Z postawy i wyglądu przy­po­mina mi fil­mową Larę Croft - tylko pozba­wioną broni. Jej towa­rzyszka jest niską, okrą­glutką sza­tynką.

- Tak - zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami odpo­wiada wysoka. Pew­nym, niskim gło­sem. - Waka­cje. Zerwa­łam z face­tem, z któ­rym byłam przez sześć lat, i zamiast niego do Dubaju wzię­łam przy­ja­ciółkę. Star­sza dama pew­nie po raz pierw­szy od dawna zapo­mina języka w gębie. Widać, że nie jest przy­zwy­cza­jona do tak otwar­tego mówie­nia o podob­nych spra­wach. Obrzuca wszyst­kich spło­szo­nym

wzro­kiem i kiwa głową.

- Do widze­nia pań­stwu. Śpie­szymy się na kolejny samo­lot...

Po czym pociąga zdzi­wio­nego męża w prze­ciwną stronę eks­klu­zyw­nego ter­mi­nalu numer 3.

Podą­żamy już spo­koj­nie do roz­świe­tlo­nej sali z trans­por­te­rami wio­zą­cymi bagaże.

- Dużo Pola­ków mieszka w Dubaju? Wielu tu przy­la­tuje? - pyta Linda.

- Emi­ra­tes weszły na pol­ski rynek w 2012 roku - odpo­wia­dam - a rok póź­niej można już było przy­jeż­dżać tu bez wizy. Nic dziw­nego, że pol­ska obec­ność jest tu zauwa­żalna. Ale to i tak kro­pla w morzu, setka, może tro­chę wię­cej Pola­ków dzien­nie. Prze­cież to lot­ni­sko obsłu­guje ponad czter­dzie­ści sie­dem tysięcy przy­jezd­nych każ­dego dnia.

Roz­glą­damy się wokół. Nie­skoń­czone kory­ta­rze, zaułki, chod­niki prze­ci­nają się, two­rząc mia­sto w mie­ście. Zby­tek bije w oczy, rzędy praw­dzi­wych palm, miliony watów świa­tła i ele­ganc­kie gale­rie han­dlowe cią­gną się wzdłuż ścian lot­ni­ska, każąc zapo­mnieć, jakiemu wła­ści­wie celowi służy to miej­sce. O samo­lo­tach, nawet naj­no­wo­cze­śniej­szych, zapewne nikt już nie myśli, skoro z każ­dym kro­kiem za szy­bami skle­pów poja­wiają się kolejne eks­klu­zywne marki: Armani, Hugo Boss, Escada, Next, sklepy z kosme­ty­kami, wyro­bami tyto­nio­wymi, a wszystko otwarte całą dobę. Typowy dla lot­nisk kon­sump­cyjny raj tran­zy­to­wych kon­su­men­tów, któ­rzy pod­eks­cy­to­wani wiel­kim świa­tem skłonni są do nad­zwy­czaj­nych zaku­pów. Mówi się, że 15 tysięcy metrów kwa­dra­to­wych powierzchni ele­ganc­kich skle­pów, w któ­rych zatrud­nio­nych jest 5600 eks­pe­dien­tów, wypro­mo­wało się tu na naj­więk­sze w świe­cie cen­trum duty free z rocz­nym obro­tem bli­sko 2 miliar­dów dola­rów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki