OD WYDAWCY
Autor poświęcił rok, aby odpowiedzieć na zadane sobie pytanie: jaki
naprawdę, z pominięciem wszelkich mitów i stereotypów, jest Dubaj,
rozdarty między beduińską tradycją, religijnym radykalizmem islamskim i ekstremizmem rozwoju. Poszukujące wciąż własnej tożsamości
miasto-państwo epoki postnaftowej nie przestaje wabić. Status raju
podatkowego we wszechświecie finansów islamskich nieustannie przyciąga
poszukujących fortuny inwestorów i handlowców, a wyznaczający nowe
trendy lider światowej turystyki rozbudza wyobraźnię i pragnienia,
łechcząc mile snobistycznymi hotelami próżność zamożnych.
Strony internetowe zarażają entuzjazmem do tego miasta marzeń, będącego
ekscytującą świątynią luksusu i stężonym koncentratem architektury XXI
wieku w jednym. Miasta, którego motto mówi wszystko: "Zaskoczyć,
oszołomić i oczarować". I to na każdym kroku. Do wielu przemawia ten
oszałamiający wizerunek wszechobecnego przepychu, jakby wyjęty z reklamowej broszury ministerstwa turystyki. Cenią kreatywny
hiperaktywizm, histeryczny wyścig ku awangardowości i rzucający się w oczy nadmiar. Powstały na bogatych w ropę piaskach emirat jest dzisiaj
edenem dla tych, którzy kochają luksus, pięciogwiazdkowe hotele, piękną
pogodę i zachwycają się basenami usytuowanymi setki metrów nad ziemią.
Ale są i tacy, którzy potrafią spojrzeć na Dubaj krytycznie, nazywając
go miastem bez charakteru. Jak zauważa brytyjski pisarz Lawrence
Osborne, "pełna skrajności i sprzeczności metropolia przybrała wymiar
tandetnej groteski". Przekształciła się w futurystyczny koszmar,
całkowicie zdominowany przez Księgę rekordów Guinnessa, nieoficjalną
konstytucję emiratu. Bo tutaj wszystko musi być większe i ładniejsze niż
gdziekolwiek na świecie. W gąszczu ekscentrycznych budowli i ostentacyjnego, na pokaz zbytku brakuje czegoś, co w Starej Europie jest
być może mało zauważalne, ale istotne dla jakości życia. We Wrocławiu, w Berlinie czy Madrycie każdy czuje się jak w domu. W Dubaju na pewno nie.
Idąc dalej tym tropem, Pałkiewicz wprost pyta, czy nie byłoby rozsądniej
spojrzeć na Dubaj, synonim niewyobrażalnego bogactwa, shoppingu i luksusowych wakacji, z jeszcze większym krytycyzmem. Pamiętajmy, że to
typowe kredytopolis, zadłużone u swoich wierzycieli na ponad 100
miliardów dolarów. Analitycy ostrzegają, że emiratowi wciąż grozi
eksplozja niebezpiecznej mieszanki, jaką jest fuzja zwyrodniałych
finansów z gigantyzmem infrastrukturalnym oraz niezdrową gospodarką,
zmagającymi się z mieczem Damoklesa w postaci bańki nieruchomościowej.
Jej pęknięcie mogłoby spowodować kompletne bankructwo, którego namiastki
miasto doświadczyło już w 2008 roku. Autor często ucieka od świata czaru
i zrywając jego złotą maskę, ujawnia drugie oblicze sztucznego raju.
Oblicze, o którym głośno się nie mówi i nie pisze. Pokazuje nędzę
Azjatów kontrastującą z baśniowymi warunkami bytowymi boskiej kasty
etnicznych Dubajczyków, wnuków niepiśmiennych Beduinów. Zapuszcza się w miejsca skrajnego ubóstwa, na przykład do getta na obrzeżu miasta, gdzie
w okrutnych warunkach bytuje armia azjatyckich robotników. To właśnie
oni w ciągu jednego pokolenia zbudowali w niewolniczych warunkach
sięgający nieba pustynny Manhattan. Przyjechali tu zwiedzeni dobrymi
zarobkami i możliwością zapewnienia godnego życia swoim rodzinom, a zastali koszmar. Tego turysta nigdy nie zobaczy, bo - jak mówi
Pałkiewicz - mogłoby to wysadzić w powietrze kreowany przez lata mit
Dubaju. Coraz częstsza krytyka społeczności międzynarodowej sprawia, że
temat taniej siły roboczej staje się wysoce kłopotliwy dla emira. Nic
dziwnego, że dla przykrycia takich problemów w lutym 2016 roku pojawił
się groteskowy temat zastępczy: nowo powstałe Ministerstwo Szczęścia.
Pustynny klejnot, zbudowany po to, aby wywołać zdumienie świata i wyprzedzić wyobraźnię człowieka, z jednej strony imponuje luksusem i rozmachem, z drugiej, z tym swoim ostentacyjnym zbytkiem i ekscesami, jest jakby na pokaz
Autor nie przeoczył też autorytarnego ustroju i drakońskich represji
wobec działaczy na rzecz demokracji, bezprawnych aresztowań ani
szokujących tortur. Unia Europejska wystąpiła co prawda do Zjednoczonych
Emiratów Arabskich z apelem o poszanowanie praw człowieka i wolności
obywatelskich, jednak bez skutku, bo petrodolary zapewniły szejkom
pobłażliwość. Liderzy polityczni nie okazali się skłonni do złożenia
interesów ekonomicznych na ołtarzu walki o wartości najwyższe.
W książce Dubaj. Prawdziwe oblicze Jacek Pałkiewicz obala utarte
poglądy, a w zamian dokonuje wnikliwej oceny do niedawna nic
nieznaczącej na mapie monarchii absolutnej, dziś jednego z najbardziej
rozreklamowanych miejsc na świecie.
Szejkowie ZEA nie są zbyt wyczuleni na punkcie poprawności politycznej.
Miejscowe sądy słyną z procesów skazujących na więzienie wyłącznie za
to, że ktoś upomniał się o prawo do wolnych wyborów lub żądał wolności
słowa. Albo też za umieszczenie na YouTube satyrycznego filmiku z wymyślonej szkoły sztuk walki młodych Dubajczyków, jak zdarzyło się to
amerykańskiemu konsultantowi biznesowemu. Trzy lata temu został on
skazany na rok więzienia, bo "ośmieszył miejscową młodzież, szkodząc w ten sposób wizerunkowi ZEA". Absurdalna kara grzywny dotknęła pewną
Angielkę, która na swoim Facebooku napisała, że nudzi się podczas
ramadanu. Nie ma więc wątpliwości, że Autor, który miał odwagę pokazać
to wszystko, musi się liczyć z zaocznym skazaniem na dłuższe pozbawienie
wolności. To dodatek do wyroku śmierci, który od dekady ciąży już nad
nim z rąk Al Kaidy. Otrzymał go za sprzeciw wobec islamskiej inwazji na
Europę. "Rzetelność należy do moralnego obowiązku dziennikarza. Zawsze
pokazuję świat taki, jaki jest, a nie taki, jakim go kreują" - podkreśla
Jacek Pałkiewicz.
DLACZEGO DUBAJ?
Zawsze podróżowałem, aby żyć, i żyłem, aby podróżować. Motorem tego
nieustannego przemieszczania się była wrodzona dociekliwość i obsesyjny
głód świata, kontaktu z osobliwościami przyrody i odmiennymi kulturami.
Żyłem na granicy snu i rzeczywistości, narażałem się na przeciwności
losu, choroby, trudy i niebezpieczeństwa, ale realizowałem młodzieńcze
sny w świecie niezmienionym często od swego zarania. Nie ukrywam, że
powiodło mi się w życiu, bo rzutem na taśmę zdążyłem poznać dziewicze
krainy czy zagubione prymitywne plemiona tubylcze, co dostarczało mi
emocji znanych Magellanowi, Marcowi Polo czy Beniowskiemu.
Ceniony przeze mnie pisarz Jan Grzegorczyk zdumiał się, kiedy
podekscytowany relacjonowałem mu pomysł na nową książkę.
- Hm, wyprawa do Dubaju? - westchnął z powątpiewaniem. - Jak może
ostatni Mohikanin podróży w stylu dziewiętnastowiecznych odkrywców,
człowiek, który uczył astronautów i komandosów strategii przetrwania w skrajnie surowych warunkach, stać w tłumie turystów i gapić się z otwartą gębą na emiracką orgię bogactwa?
Drogi Janku, rzeczywiście celem moich podróży zawsze było poszukiwanie
osobliwości ginących cywilizacji, niezwykłych zjawisk i mieszkańców
krain odległych zarówno w sensie geograficznym, jak i czasowym. Takie
eksploracje wymagają kolosalnego wysiłku, a w życiu każdego człowieka
przychodzi dzień, kiedy trzeba pogodzić się z aktem urodzenia. Pamiętasz
piosenkę Niepokonani zespołu Perfect: "Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny
zejść niepokonanym"? Młodszy ode mnie osiem lat Krzysztof Wielicki też
nie miał wątpliwości: "Doskonale zdaję sobie sprawę, że już więcej nie
pójdę na szczyt. Ale to jednak jest narkotyk i mojego świata nie
porzucę. Wykorzystam swoje doświadczenie i wystąpię w roli szefa
wyprawy".
W salach Muzeum Dubajskiego, w zakurzonym osiemnastowiecznym forcie
Al-Fahidi, słuchałem przewodnika w długiej białej dżelabie, inaczej
diszdaszu, i chuście przytrzymywanej na głowie dwoma sznurkowymi
pierścieniami, który opowiadał historię miasta zrodzonego w niespełna
pół wieku. Uświadomiłem sobie wówczas, że dotarłem do końca podróżniczej
epoki.
Podróżowanie w dawnym stylu przestało istnieć na moich oczach. Świat
raptownie się zmienił i skurczył, a innowacje technologiczne i dynamiczna ekspansja internetu zrewolucjonizowały filozofię tradycyjnie
pojmowanej podróży. Procesy globalizacji prowadzące do unifikacji wzorów
konsumpcyjnych i stylów życia niszczą różnorodność kulturową i zabijają
lokalne tożsamości. A wiadomo, że podróżnik, nie bacząc na niepewność i mordęgę, chciałby zaspokoić głód świata gdzieś tam, na nieprzetartych
szlakach, w konfrontacji z inną rzeczywistością, poszukując zanurzonego
w czasie przeszłym autentyku. Brytyjski pisarz Lawrence Osborne w The
Naked Tourist zauważa, że peregrynacja utraciła blask i sens. Twierdzi,
że problem współczesnego globtrotera polega na tym, że nie wie, dokąd
jechać, bo wszystko stało się bezlitośnie jednakowe.
Jesteśmy świadkami "śmierci podróży", której miejsce zajęła wszechobecna
turystyka, a biorąc pod uwagę jej konsumpcyjny charakter, właściwiej
byłoby ją nazwać nawet postturystyką.
Tkwiąca w jej szponach planeta stała się jednym gigantycznym kurortem,
"globalną wioską". Gdziekolwiek człowiek się ruszy, w gardle czuje
gorycz. Powszechny przemysł turystyczny przekształcił egzotyczne
tradycje w komercyjny folklor, zrobił z naszej planety park rozrywki,
jedną zunifikowaną cepelię, skazując nas na poruszanie się w granicach
tej tragicznej imitacji. Ktoś powiedział, że turystyka przypomina
stoisko z fast foodem: krótką wizytę w lokalu, gdzie spożywa się
serwowane na poczekaniu pseudopożywienie. Przeróżne burgery, pizze,
kebaby, hot dogi powodują, że znikła magia egzotyki, wszędzie na świecie
czujemy się jak w rodzinnym domu.
Działania marketingowe sprawiają, że zwiedzamy nie to, co by nas
interesowało, a jedynie narzucone przez plan i społeczne wymogi zabytki
czy osobliwości przyrody. Bogactwo lokalnej kultury redukuje się do
stereotypów. Brak miejsca na kontakt z tubylcami, na rzeczywiste
poznanie kraju. Przybysz trafia w ręce zawodowców od turystyki, którzy
prowadzą go po uproszczonym "świecie", folklorystycznym skansenie,
zapewniającym iluzję realiów. A Henry Miller, autor książki Zwrotnik
Raka, twierdził, że większy sens ma odkrycie jakiejś świątyni, o której
nikt nie słyszał, niż zwiedzanie wśród kłębiących się tłumów Kaplicy
Sykstyńskiej. Dzisiaj niestety już takich nieodkrytych świątyń nie
uświadczysz. Nie bez żalu stwierdzam, że ekscytujący świat, do którego
dotarłem, nielegalnie pokonując druty kolczaste żelaznej kurtyny, i w którym potem żyłem jako wieczny nomada, już nie istnieje.
Nie najlepiej poczułem się w nowych realiach, które pochwyciły mnie w pułapkę. Pułapka ta miała drugie dno, bo uświadomiłem sobie, że muszę
pogodzić się z tym, co nieuniknione: mam przecież 73 lata, dawno
wszedłem w ostatnią ćwiartkę i nie mogę tracić czasu na rzeczy
bezużyteczne. Dręczył mnie niepokój, wzbierała tęsknota za tym, czego
już więcej nie będę robić. Nieoczekiwanie znalazłem się u kresu
wędrówki. Kilka lat temu ledwie wytrzymałem trudy przeprawy przez
chińską pustynię Takla Makan. To wtedy dopadły mnie myśli, że to już
pewnie ostatni raz.
Moja profesja i podstawa egzystencji, eksploracja odległego świata,
ekstremalne szkolenia survivalowe w uciążliwych warunkach klimatycznych
- to wszystko zostało za mną. Już nie gonię do przodu jak niegdyś.
Dziesięć lat temu Reinhold Messner wyznał mi, że skończył
sześćdziesiątkę i powoli będzie składać broń. "Nie mam już tej samej
siły, sprawności i wytrzymałości. Chcę tylko zaliczyć jeszcze Gobi" -
powiedział przed wyjazdem do Mongolii. Jestem od niego starszy o dwa
lata, ale wtedy takie myśli jeszcze mnie nie nachodziły.
Dziś jestem świadom, że przekroczyłem Conradowską "smugę cienia",
symboliczną granicę, poza którą niewiele miejsca pozostaje na kuszące
perspektywy. Niedawno doznałem wstrząsu, bo młoda dziewczyna chciała
ustąpić mi miejsca w tramwaju. Coś podobnego przeżyłem, mając
trzydzieści lat, kiedy w dyskotece jakaś nastolatka zwróciła się do
mnie: "Proszę pana". Droga stała się krótsza, kartki z kalendarza
spadają coraz szybciej, nie ma już nadziei na młodzieńcze plany i zamierzenia. Lecz ile by się doznało satysfakcji w życiu, to zawsze
pozostaje niedosyt.
Z fizjologią nikt jeszcze nie wygrał, nie można przeskoczyć odwiecznych
praw natury. Nie bez trudu akceptuję ten fakt, tym bardziej że moje
wyobrażenia o przyszłości są tymczasem bardzo mgliste. Powinienem
znaleźć modus vivendi, by emocje nie straciły swojej barwy.
Czuję się w obowiązku podziękować Panu Bogu za bezcenny prezent -
arcyciekawe życie. Uważam się za osobę nad wyraz uprzywilejowaną,
właśnie ze względu na jego jakość. Jestem spełniony, bo zawsze robiłem
dokładnie to, co sprawiało mi przyjemność. Niczego nie dostałem w spadku, sam byłem menedżerem własnego sukcesu, sam ustalałem scenariusz
swojego życia.
Teraz powinienem powziąć nieodwołalną decyzję, a nie jest to łatwa
pigułka do przełknięcia. Czym się zajmę, co zrobię, by dalej wieść życie
bogate, pełne emocji?
Szansa na radykalne zmiany pojawiła się 26 listopada 2014 roku, kiedy po
powrocie do swojego żoliborskiego mieszkania natknąłem się niespodzianie
na ogromny bukiet kwiatów. Na wizytówce odczytałem: "Dla siebie samej, z szacunkiem, Linda". I nagle mnie olśniło! Trzydziesta ósma rocznica
naszego ślubu. Rzadko, a właściwie bardzo rzadko świętowałem tę datę, bo
albo byłem gdzieś daleko, albo po prostu o niej zapominałem.
Te kwiaty wzruszyły mnie do głębi. Dotarło do mnie, że powinienem,
przynajmniej w jakimś stopniu, spłacić dług moralny. Egoistyczna
realizacja moich przedsięwzięć zwykle odbywała się kosztem rodziny.
Rzadko wyjeżdżaliśmy razem. Na dobrą sprawę chyba nigdy nie byliśmy na
prawdziwych wspólnych wakacjach. Linda wypominała mi czasem, że nawet
nie odbyliśmy podróży poślubnej, bo byłem zajęty wyprawą na Borneo.
Nasze nieliczne eskapady ograniczały się zwykle do krótkiego pobytu w Stambule, Paryżu, Madrycie czy Buenos Aires. I nawet wtedy nie
spędzaliśmy ich do końca razem, bo ją interesowały muzea, za którymi ja
nie przepadam.
Linda jest malarką, ma artystyczną duszę, jest wrażliwa i ceni piękno,
co zresztą odbija się w jej twórczości. Zawsze potrafiła znaleźć obraz
lub rzeźbę zasługującą na miano prawdziwego dzieła sztuki. Jej dobry
smak uwidacznia się przy doborze ubrania, biżuterii czy w opisie
otoczenia. No i jest kreatywna. Kiedyś pracowała na zamówienie firmy
złotniczej w Vicenzy, jej złoty pas wysadzany drogocennymi kamieniami
trafił do Jacqueline Kennedy. Chłonie wszystko, co gustowne, ale też to,
co leży na styku sztuki z luksusem. Przy tym wszystkim jest
stuprocentową kobietą dbającą o swój wizerunek, elegancką i piękną, tak
fizycznie, jak i duchowo. Dokąd więc ją zabrać, aby naprawdę czuła się
szczęśliwa?
Świat iluzji, przepychu i sprzeczności. Dubajskie księstwo, synonim bogactwa i rozmachu, jest niczym skrzący blaskiem diament, tyle że z licznymi skazami
LINDA
Przypominam sobie pewien dzień w południowych Włoszech, w Bari, wiosną
2013 roku.
Linda otwiera balkonowe drzwi i wychodzi na taras. Spogląda zachwycona
na błękitną zatokę, w którą głęboko wrzyna się skalisty cypel, od
stuleci całkowicie zabudowany jasnymi bryłami murów obronnych i budynków. W ich ścianach widnieją niewielkie prostokątne oczodoły okien.
Dalej, na skalistej wysepce, widać równie stary kościół, zajmujący całą
powierzchnię wyniosłości wystającej z wody.
- Jacku, odpocznij sobie - wskazuje hotelowy tapczan. - Prowadziłeś
samochód przez kilka godzin. Ja tylko...
Wiem, co to "tylko" oznacza. Wchodzi do łazienki i nikt obcy nie
odgadłby, w jakim celu. Chyba trochę przesadza z tą higieną. Jak zwykle,
kiedy jesteśmy w podróży, nie może obejść się bez dezynfekcji hotelowej
łazienki. Prowadzenie samochodu nie zmęczyło mnie szczególnie, ale
zgodnie z życzeniem żony siadam wygodnie i zerkam na jej rodzinne
miasto.
Wprawdzie urodziła się w Wenecji, ale jej rodzice pochodzą stąd, z Bari
nad Adriatykiem, gdzie już w roku 180 p.n.e. istniał ważny port morski.
Rodzina dziadka Pasqualego Martina zaliczała się do najbogatszych w tym
mieście. Mieszkała w luksusowym, pełnym przepychu pałacyku ze wspaniałym
widokiem na XI-wieczną bazylikę Świętego Mikołaja, w której znajduje się
nagrobek polskiej królowej Bony. W obszernym domu służyło kilkanaście
osób, guwernantki i nianie dla ośmiorga dzieci. Don Pasquale był
właścicielem stoczni, rafinerii naftowej oraz dużych zakładów przemysłu
stalowego i maszynowego. Rodzina posiadała paradną karetę ze stangretem
i lokajem, spacerowy powozik i bogato zdobioną karocę. Jej członkowie
stali się też na początku XX stulecia właścicielami pierwszego w mieście
auta bugatti, budzącego dziś pożądanie kolekcjonerów. Zbudowane przez
dziadka imperium zostało w dużej części zniszczone przez synów, którzy
zabijali irytującą nudę w kasynach gry w Monte Carlo.
Mama Lindy wyniosła z domu nienaganne maniery i rygorystyczne zasady
wychowania, na zdjęciach widać kobietę o wyniosłej postawie, lecz
przyjaznym spojrzeniu.
Z łazienki dochodzi szum prysznica atakującego wannę czy brodzik - nie
wiem jeszcze, co tam mamy. To ona wybrała hotel i pokój. Linda jest
bardzo stanowcza i pod moją nieobecność zawsze doskonale radziła sobie z wychowaniem synów, nie rozpieszczając ich i utrzymując w należytej
dyscyplinie. Nigdy też nie była nadopiekuńcza i nie ograniczała ich
samodzielności. Możemy być dumni, że posiedli wszystkie cechy, które
liczą się w życiu: charakter, osobowość, determinację, godność,
lojalność i, kiedy trzeba, także zuchwałość.
Mój Boże, kazała mi odpocząć po kilku godzinach jazdy!
A przecież jeszcze parę lat temu w razie potrzeby sama Linda wsiadała
pod naszym włoskim domem do samochodu i po dwudziestu godzinach
docierała do Warszawy. To - bagatela - 1400 kilometrów! Dziś woli
zatrzymać się na noc w połowie drogi, w Wiedniu. Rozsądnie.
- Chciałabym przejść się po porcie dziadka. - Ukazuje się w drzwiach
zadowolona ze swojego dzieła. Oto Linda! Nawet w gumowych rękawicach
wygląda dostojnie. - I znam tu bardzo dobrą knajpkę, gdzie lokalni
artyści wieszają od lat swoje obrazy. Zjemy tam kolację, zgoda? Sama
dziś już nie jestem w stanie nic przyrządzić.
Każdy, kto bywa u nas na kolacji, nie szczędzi Lindzie komplementów za
jej wspaniałe specjały kulinarne. "Zawsze przywożę z domu niezbędne
produkty, które wypełniają całą lodówkę, bo bez nich nie stworzyłabym
tych potraw" - wyjaśnia z właściwą sobie skromnością.
Linda na 50. piętrze hotelu Marriott Marquis, najwyższego hotelu świata
Linda mieszkała w wielu miejscach, co wiązało się ze służbowymi
transferami ojca, komendanta karabinierów. Gdziekolwiek jednak jesteśmy,
potrafi stworzyć domową atmosferę. Prowadzi dom według włoskich tradycji
i jest perfekcyjną panią domu. W naszej willi w Bassano del Grappa
wszystko jest doskonale ułożone. Wszędzie czuć jej rękę.
No, może z wyjątkiem terenu otaczającego willę i palm tu rosnących, bo
nie przepada za pracami ogrodowymi, a ja nie mam na to czasu.
Znów wyszła na taras i wciągnęła w płuca wieczorne powietrze niosące z sobą zapach morza - ryb, glonów, soli, jodu zmieszanego z nieuchwytną
niemal wonią murszejących murów.
- Dobrze, że nie skusił cię Hollywood - szepnąłem i przytuliłem Lindę. -
W przeciwnym razie pewnie nie przywiozłabyś mnie do miasta swoich
dziadków.
Zmarły niedawno znakomity piosenkarz i aktor filmowy Bing Crosby, jedna
z największych postaci show-biznesu XX wieku z epoki Franka Sinatry,
Cary'ego Granta czy Jima Stewarta, namawiał ją do pozostania w Ameryce,
kreśląc przed nią wizję hollywoodzkiej kariery. To on wylansował kiedyś
Katherine Hepburn. A Lindę traktował jak własną córkę. Była w rozterce.
Powiedziała, że musi się zastanowić. Dzień później podjęła decyzję:
wróci do Włoch, bo tam czeka na nią Jacek.
To nie było poświęcenie, a jej osobisty wybór. Mogłaby pozostać w Stanach, będąc wciąż moją żoną, choć widywalibyśmy się jeszcze rzadziej.
Dalibyśmy radę - jest wyrozumiała, zazdrosna bez przesady, cierpliwa.
Ale wolała być blisko mnie, co oczywiście dało mi wielką satysfakcję.
Kiedy w zachodzącym słońcu stoi oparta lekko o barierkę tarasu,
elegancka i atrakcyjna, a wiatr od morza muska jej czarne włosy,
głaszcze idealny owal twarzy i chłodzi pełne usta niepotrzebujące modnej
dzisiaj korekty, przypominam sobie jej fotografie wykonane swego czasu
przez Marka Czudowskiego dla włoskiej edycji "Playboya". Artysta nadał
im głębszy wymiar, więcej zakrywając, niż odkrywając, po prostu bardziej
interesująca jest jej postawa i wyraz twarzy. Urok pozostał.
- Chodź, zapraszam na wędrówkę po przeszłości mojej rodziny. - Ujmuje
mnie pod rękę i wolnym krokiem idziemy do portu, zamku i na nabrzeże.
Oto moja Linda.
Nie jestem ani miłośnikiem, ani zbieraczem klejnotów.
Poza tym jednym.
Linda zawsze robiła wszystko, aby stworzyć mi najbardziej sprzyjające
warunki do pracy zawodowej. Na tym polega tajemnica udanych związków,
choć może patrzę na to zbyt egoistycznie.
Kiedy piszący moją biografię Andrzej Kapłanek zapytał Beatę Tyszkiewicz,
jaki jest Jacek, odpowiedziała: "Jest nieobliczalny w swoich marzeniach,
a jednak je spełnia. Godzi temperament z powściągliwością, dobroć z szorstkością. Jest taki, jakim uczyniła go jego pasja poznawania świata
i surowa przyroda. Zawsze pewny wygranej. Ale czy udałoby mu się
spełniać swe marzenia, gdyby nie przystań, jaką stworzyła mu jego piękna
żona Linda? To dzięki niej jest, kim jest. Podziwiam ich partnerskie
życie".
Tak, za to wszystko jestem jej wdzięczny całą duszą.
Nadeszła chwila, aby wypełnić powstałą lukę i poświęcić Lindzie czas,
którego wcześniej nie miałem. Zacząłem planować organizację "małżeńskich
wakacji życia", wszystko miało być na pięć gwiazdek. Wybór padł na Azję
Południowo-Wschodnią. I na Dubaj. Można by zapytać, czy Włoszka, która
ma w genach cudowną starą architekturę i żyła pośród zabytków, odnajdzie
się w tym supernowoczesnym świecie. Ja jednak wiem, że tak, bo już raz
tam z nią byłem. Ale zbyt krótko.
W hotelu One\u0026Only przy plaży na Palmie Dżamira
DO EMIRATU PRZEZ AZJĘ
Dwa tygodnie później pod dom zajechała limuzyna, która odwiozła nas na
lotnisko. Przy odprawie był czerwony dywanik przewidziany dla pasażerów
zajmujących miejsce w przedniej części samolotu. Przyjazna atmosfera i życzliwość stewardes linii Emirates sprawiła, że czuliśmy się z Lindą
szanowanymi i mile widzianymi gośćmi. To była przepustka do
niepowtarzalnych wakacji.
Oczekiwałem jednak więcej, bo kiedy kilka lat wcześniej zacząłem latać
tą linią, wyrafinowana obsługa była na najwyższym poziomie. Kreowany
przez lata mit wspaniałości okazuje się przereklamowany. Na całym
świecie Emirates zatrudniały w 2015 roku ponad 50 tysięcy pracowników, w tym więcej niż 20 tysięcy personelu pokładowego ze 130 państw, mówiącego
w 50 językach. Wśród nich około 700 Polaków. Firma rozrasta się
nieustannie i, niestety, nie jest już w stanie upilnować najwyższych
standardów, zadbać o detale, okazać wyjątkową atencję, ofiarować
pasażerom to, co najlepsze z emirackiego stylu życia. Ponadto wiele
dziewczyn zaniża średnią urody personelu pokładowego.
Pomimo eleganckiego stroju: beżowej garsonki i czerwonego kapelusika z dopiętym białym welonem, odnotowałem kilka rażących minusów. Dwie
stewardesy beształy niezbyt dyskretnie swoją marokańską koleżankę za
zbyt leniwy stosunek do pracy. Drobna Chinka, która kiepsko mówiła po
angielsku, i jeszcze jeden "kwiatek": Włoszka, niewiele mająca wspólnego
z kinową aparycją kobiet z Półwyspu Apenińskiego, na dodatek w brzydkich
okularach, nie okazywała zainteresowania pasażerami, tak jakby nie
pamiętała, jaki zawód wykonuje.
Emirates umożliwia podróżnym dotarcie w każde miejsce na Ziemi z tylko jedną przesiadką w Dubaju. Z powodu lokalizacji ma przewagę nad innymi przewoźnikami, jego strategiczne położenie umożliwia obsłużenie za pomocą bezpośrednich lotów niemal 90 procent światowej populacji
Dubaj. Zatrzymamy się tutaj w drodze powrotnej, tymczasem po kilku
godzinach przerwy kontynuujemy podróż na Wschód. W Szanghaju odwiedzimy
Maksego, syna zakotwiczonego tam od sześciu lat. Opuścił Europę, bo, jak
mówi, futurystyczna metropolia zapewnia młodemu przedsiębiorczemu
człowiekowi lepszy start.
Największy samolot świata, Airbus A380, rozpędza się, a ja, patrząc
przez jego okno znajdujące się na wysokości ósmego piętra, nie czuję
nawet, kiedy delikatnie i nadspodziewanie cicho wznosi się w powietrze.
Biznesklasa na górnym pokładzie zapewnia maksymalny komfort podczas
długiej podróży. Trzy kamery zainstalowane na zewnątrz samolotu
pozwalają na bieżąco obserwować przebieg lotu, pokaźny ekran umożliwia
dostęp do rozrywki, filmów, muzyki i wiadomości z całego świata. Posiłki
serwowane na porcelanie marki Royal Doulton z ekskluzywnymi sztućcami od
Roberta Welcha i przygotowywane przez najlepszych szefów kuchni
wyglądają przepięknie. Jednak dla takiej koneserki dobrej kuchni jak
Linda pokładowy catering nie wyróżnia się niczym szczególnym. Przy
fotelu wbudowany jest minibarek. Ponadto w tylnej części znajduje się
salonik, gdzie można odprężyć się na wygodnych kanapach i zamówić
bezpłatnie u barmana drinka i jakąś przekąskę.
Jeszcze kilkanaście lat temu namiastka takiego barku była w klasie
ekonomicznej wszystkich towarzystw lotniczych obsługujących loty
międzykontynentalne. Komfort podróży w przedniej części samolotu staje
się bezcenny w najdłuższych połączeniach. My lecimy tylko osiem godzin,
ale Emirates realizuje loty rekordowe, jak Dubaj-Los Angeles: 13 425
kilometrów - które przykuwają pasażera do fotela na szesnaście i pół
godziny.
Tuż po północy stewardesa z gładko zaczesanymi w kok ciemnymi włosami, o nienagannym makijażu, w którym wyróżniają się kontrastujące z bielą
zębów jaskrawe czereśniowe usta, nieoczekiwanie zaprasza mnie do baru.
- Szanowny panie - zwraca się do mnie po polsku z tajemniczą miną, a ja
już się spinam, wyobrażając sobie, że nawet tu, w samolocie, potrzebne
będą moje umiejętności survivalowe. Ale nie o to chodzi. - Z danych
paszportowych wynika, że pańska małżonka właśnie obchodzi urodziny. Z tej okazji firma przygotowała tort, który, jeśli pan zechce, może pan
wręczyć pani Lindzie.
Wskazuje dłonią za siebie i wówczas dostrzegam pod szklanym kloszem
niewielki, finezyjnie przyozdobiony biały tort z pięknymi czekoladowymi
życzeniami.
- Dużo podróżuję po świecie - mówię do stewardesy - a tu dałem się
zaskoczyć. Gratuluję. I oczywiście dziękuję za tort. Z przyjemnością go
wręczę.
Idę ostrożnie, niosąc na wyciągniętych przed sobą dłoniach ozdobny
wypiek. Za mną podążają dwie stewardesy.
Linda wciąż mnie nie widzi spod półprzymkniętych powiek.
Okryta miękkim kocykiem spogląda w okno.
- Kochana - odzywam się po włosku. - Z okazji twoich urodzin, z życzeniami radości i miłości.
Odwraca głowę i przez sekundę sprawia wrażenie człowieka, który nie
wierzy w to, co widzi. Potem na jej twarzy pojawia się szeroki uśmiech.
Dla takich chwil warto żyć.
Dawniej, kiedy latanie było czymś ekskluzywnym, zarezerwowanym dla
najbogatszych, praca stewardesy uchodziła za zawód elitarny i romantyczny zarazem. Marzyły o niej dziewczyny z całego świata, bo to
dalekie podróże, spanie w pięciogwiazdkowych hotelach, możliwość
poznania znanych osób. W latach sześćdziesiątych na castingi Pan Am
zgłaszało się nawet tysiąc dziewczyn, a przez eliminacyjne sito
przechodziło zaledwie kilkanaście. Wtedy liczyła się uroda. Dziś jest
inaczej. Od dawna obserwuję, że nawet u najbardziej znanych przewoźników
stewardesy są anonimowe i daleko odbiegają od niegdysiejszego kryterium,
bo dziś bardziej niż urodę ceni się profesjonalizm. Chociaż są
przewoźnicy, którzy w komunikacie prasowym o naborze zapowiadają:
"Wybieramy współpracowników o otwartym umyśle, przyjaznych i usłużnych",
bo życzliwe usposobienie wzbudza zaufanie, a pasażer musi czuć, że jest
szanowanym i mile widzianym gościem.
Niekiedy zapomina się o pasażerze i o postępowaniu zgodnym ze zdrowym
rozsądkiem. Ponad wszystko stawia się przepisy. U arabskich przewoźników
nie doszłoby do sytuacji, w jakiej znalazł się znany polski polityk w samolocie Lufthansy. Usunięto go z pokładu, zanim jeszcze samolot wzbił
się w powietrze, bo... pokłócił się ze stewardesą o swój bagaż
podręczny. Tymczasem nawet irytujący pasażer powinien być najważniejszy
i trudny problem należałoby rozstrzygnąć na jego korzyść.
Lot trwał jeszcze wiele godzin. Zdążyłem więc porozmawiać z polską
stewardesą na temat jej pracy.
- Nasz zawód jest bardzo specyficzny - opowiadała. - Pochodzę z małego
miasteczka na Lubelszczyźnie. Śniłam, aby wyrwać się z atmosfery
prowincjonalnego życia, marzyłam o poznaniu świata, o przeżyciu
przygody. Ktoś powiedział, że świat jest podobny do książki i kto nigdy
nie podróżował, zna tylko jego jedną stronę, a ja mam możliwość
poznawania jednej strony dziennie. Pracuję w Emirates już drugi rok.
Naszym podstawowym zadaniem jest troska o bezpieczeństwo pasażerów, a w razie potrzeby przeprowadzenie sprawnej ewakuacji czy udzielenie
pierwszej pomocy. Poczucie bezpieczeństwa w trudnych sytuacjach uda się
zapewnić wyłącznie spokojem i opanowaniem.
Moja rozmówczyni dostrzega zapaloną lampkę. Ktoś ją wzywa. Uśmiecha się
przepraszająco i obiecuje za chwilę wrócić.
- To nie jest łatwy chleb, tylko ciężka, fizyczna robota, uznawana przez
niektórych za elitarną. Kiedy nasza grupka z pilotami na czele dumnie
maszeruje przez dworzec lotniczy, zawsze przykuwa wzrok podróżnych.
Niektóre z nas zdobywają w ten sposób faceta, ale z reguły w pracy "na
walizkach" na ułożenie sobie życia, a nawet zwykłe kontakty towarzyskie
nie ma czasu. Zazdrości się nam, ale nie oszukujmy się, stewardesa to
ktoś między podniebną służącą a kelnerką, kto dorabia prowizją ze
sprzedaży perfum i alkoholu. Przede wszystkim jednak ma napoić, odgrzać
posiłki i nakarmić, a potem sprzątnąć. Niestety, sprzątać trzeba też
pokładowe toalety. Szara rzeczywistość szybko rozczarowuje i zachwyt się
ulatnia. Mało kto zdaje sobie sprawę, ile to kosztuje wyrzeczeń. Musimy
być ciągle dyspozycyjne, akceptować nieregularny grafik dyżurów. Każdy
dzień jest inny, wszystko zmienia się dynamicznie. Po krótkim odpoczynku
trudno się nieraz obudzić o czwartej nad ranem. A tu trzeba zrobić
makijaż i do roboty. Bywało, że w ciągu 12 godzin miałam cztery starty i lądowania. Trudne są długodystansowe loty nocne, zmiany temperatur i stref czasowych. Uciążliwi bywają niekulturalni czy nawet chamscy
pasażerowie. Podróżni od czasu do czasu przechodzą kończące się często
zgrzytami i pyskówkami kontrole bezpieczeństwa na lotnisku. My tym
stresującym procedurom poddajemy się każdego dnia i nie ukrywam, że
zawsze odczuwam zażenowanie i pewien dyskomfort w takich chwilach. Do
niedawna latało się do miejsc, gdzie czekało się kilka dni na powrót do
domu, można było wiele zwiedzić. Dzisiaj mamy więcej połączeń i rotacja
jest dużo większa. Nie ma czasu nie tylko na turystykę, ale i na pełny
odpoczynek. Zawsze należy pamiętać o nienagannej prezencji.
Znów zapala się lampka. Dziękuję jej i wracam na miejsce. Przypominam
sobie rozmowę ze znajomą stewardesą, która po paru latach nie wytrzymała
i odeszła z zawodu. Nie mogła znieść atmosfery rywalizacji i zazdrości.
Niektóre koleżanki, aby awansować, uciekały się do pisania
oczerniających donosów. Dochodziło do tego, że główny steward, czyli
szef nadzorujący pracę całego zespołu pokładowego, musiał notować
wszelkie uchybienia zauważone podczas lotu. W przeciwnym wypadku firma
zapraszała go na rozmowę i wyrażała wątpliwość, czy rzeczywiście nie
zdarzają się w pracy żadne niedociągnięcia. Tak szantażowany szef
pokładu, w trosce o swoje stanowisko, gotowy był sporządzać jak
najsurowsze raporty.
Dubaj, który niespodziewanie znalazł się na najbardziej uczęszczanych
szlakach lotniczych między Europą, Ameryką i Azją, ustawicznie rozwija
siatkę globalnych połączeń, niestety kosztem pasażerów.
Mój włoski przyjaciel, latający często do Azji Południowo-Wschodniej,
twierdzi, że owszem, Emirates to linia na wysokim poziomie, ale bez
przesady. Rankingi w klasie ekonomicznej dają jej trzy i pół gwiazdki, a Aeroflotowi trzy. Różnica między tymi dwoma przewoźnikami polega
wyłącznie na tym, że Arabowie serwują na pokładzie wszelkie alkohole, a Rosjanie tylko wino.
Emirates gwarantuje wyjątkowy komfort, w business class są rozkładane, poziome łóżka
Linie Emirates oferują pasażerom tranzytowym ciekawe spędzenie czasu w mieście uznawanym za jedno z najbardziej dynamicznie rozwijających się na świecie
Bar business class na pokładzie airbusa A 380
Komfortowy początek wakacji życia
ORIENTALNA ATMOSFERA SZANGHAJU
Z synem witam się serdecznie, po męsku. Wyraźnie cieszy go nasz widok. Z Maksym, podobnie jak ze starszym od niego Konradem, w przeszłości nie
układało się najlepiej. Rzadko bywałem w domu, trudy wychowania przejęła
Linda, łącząc matczyną serdeczność i ciepło z ojcowską stanowczością.
Okazała się silną i mądrą kobietą. Więzi emocjonalne w okresie ich
dorastania, kiedy młodzi szukają własnej tożsamości, były niezwykle
delikatne. Kiedy wracałem do domu, chciałem zaprowadzić twardą "męską"
linię. Taka postawa ochładzała jednak relacje, prowadziła do buntu. Nie
było wielkich konfliktów czy głębokich zranień, ale brakowało okazji do
szczerych i otwartych rozmów, do okazania ojcowskiej troski. Prawidłowe
reakcje pojawiły się, dopiero kiedy młodzi weszli w wiek męski. Częściej
bywałem wtedy w domu, zacząłem dużo z nimi rozmawiać, wychodzić im
naprzeciw, pojawiła się możliwość poświęcenia im więcej czasu, a tym
samym zdobycia ich zaufania.
Jedziemy przez miasto, a mnie dopadają obawy. Z zasady staram się nie
wracać do miejsc, które mnie niegdyś zafascynowały, bo wiem, że już tam
nie odnajdę znajomych, intrygujących i wywołujących wzruszenie obrazów.
A człowiek podświadomie stara się idealizować przeszłość, bo w zakamarkach duszy tkwi nostalgia za tym, co w wyścigu z czasem
bezpowrotnie znika z horyzontu. Nie należę do fanów urbanistycznych, a już szczególnie do zwolenników mrocznych, przytłaczających metropolii,
gdzie zachwiane zostały wszelkie normy i proporcje. Człowiek, który
tęskni za pierwotnym środowiskiem, za przyrodą, z której nic już nie
pozostało, ma prawo czuć tam lęk przed zagubieniem, wyalienowaniem i niemożnością porozumienia z drugą istotą. A także przed namacalną
przemocą i każdym możliwym złem.
Tym razem jest inaczej, Szanghaj wciąga mnie bezgranicznie. Pamiętam, że
niewiele ponad dwie dziesiątki lat temu, w dzielnicy Pudong po prawej
stronie rzeki Huangpu, był jedynie rybacki port pośród pól ryżowych.
Teraz rozciąga się tam zniewalający pejzaż: szanghajski Manhattan,
pulsujące serce chińskiego biznesu. Od pewnego czasu dziennikarze
porównują je z Hongkongiem, Nowym Jorkiem czy Tokio.
- Już tu kiedyś byłeś, tato? - Maksy zachęca mnie do opowieści.
- Byłem - odpowiadam. - Prawie wszędzie już byłem...
Zanim tu przyjechałem dwadzieścia lat temu, od dawna znałem już tamten
klimat z pasjonującej powieści Jamesa Clavella Tai-Pan. To historia o upadku imperium chińskiego i narodzinach najbogatszej kolonii na
Wschodzie oraz o dziejach właściciela spółki handlowej Noble House,
toczącego wojnę o wpływy z handlu z Chinami. Ambitny kupiec, przez
miejscowych zwany Tai-Panem, czyli "wszechpotężnym władcą", dzięki opium
stworzył najpotężniejsze w Azji przedsiębiorstwo.
- Miałeś tu kiedyś robić jakiś film? - wyrywa mnie z zamyślenia Maksy.
- W 1985 roku otrzymałem od producenta Dina De Laurentiisa propozycję
konsultacji merytorycznej przy realizacji filmu Tai-Pan z Seanem
Connerym w roli głównej. Krótko przedtem ukazało się we Włoszech
pierwsze wydanie mojej książki o żaglowcach i ktoś pomyślał, że mógłbym
udzielić porad w temacie dżonek - chińskich statków handlowych z pękatym
kadłubem i prostokątnymi żaglami z bambusa, używanych na wodach Azji
Południowo-Wschodniej. Ale jeszcze przed ustaleniem warunków finansowych
nadeszła informacja, że irlandzkiego aktora z powodu ograniczenia
budżetu zastąpi Australijczyk Bryan Brown. A w ogóle to film nie wymaga
konsultacji.
Z branżą filmową związał się mój syn Konrad. Przyjechał tutaj niedawno,
bo zaproponowano mu reżyserowanie serii filmów w klimacie chińskiego
horroru.
W ciągu tych kilku dni objeżdżamy z Lindą całą chińską metropolię.
Opowiadam, wspominam, pokazuję. Ale i poznaję. Odnoszę wrażenie, że
Linda czuje się trochę nieswojo pośród tego natłoku stali, szkła i betonu. Dopiero trzeciego dnia oddycha z radością.
Z epoki Tai-Pana pozostał w Szanghaju fascynujący obszar koncesji
francuskiej, będący jakby cząstką Starego Kontynentu w centrum mocno
zakorzenionego w swej bogatej historii Szanghaju. Tu moja żona czuje się
prawie jak w domu. Uliczki przypominają miasta europejskie z domami
najwyżej pięciopiętrowymi, przeplatanymi kolonialnymi rezydencjami,
zanurzonymi w ogrodach, i nielicznymi wieżowcami łamiącymi harmonię
krajobrazu. Dzielnica słynąca osiemdziesiąt lat temu z domów uciech i kasyn, z konstelacją butików z najbardziej znanymi na świecie markami i należącymi do dobrego tonu nastrojowymi restauracjami, to jeden z najbardziej eleganckich zakątków Szanghaju.
A mnie robi się najnormalniej w świecie smutno.
Urzekająca orientalna atmosfera, która zawsze przyciągała uwagę
przybysza, z dnia na dzień nieuchronnie się ulatnia. Na każdym kroku
napotyka się wiele sprzeczności, mieszankę bogatej chińskiej tradycji i ultranowoczesności, jakiej nie znajdzie się nigdzie w Europie. Zawrotne
tempo przeplata się z powolnością, wykwintne europejskie restauracje - z kramami ulicznymi serwującymi szaszłyki z żab. Wytworne galerie sztuki
zajęły miejsca palarni opium, kasyn i domów publicznych. Brytyjską
Kompanię Wschodnioindyjską zastąpiły oddziały wielkich międzynarodowych
firm, które wyniosły port na drugie miejsce w świecie pod względem
przeładunków. Szerokie arterie krzyżują się z ciemnymi zaułkami, rowery
zderzają się niemal z samochodami, pagody graniczą z salonami masaży
energetycznych, gwarne i zatłoczone ulice handlowe z relaksową atmosferą
porannej gimnastyki tai-chi w parku publicznym. W labiryncie wąskich,
obsadzonych platanami uliczek wre tradycyjne życie. Ludzie pędzą tam
żywot, rozmawiając, jedząc czy nawet śpiąc w skwarne, letnie noce. Obok
suszącej się na drutach odzieży funkcjonują punkty gastronomiczne,
krawcy, mechanicy skuterowi, stolarze. Dopiero kiedy człowiek znajdzie
się w zatłoczonych tunelach metra, ziemia pochłania go, a wszelkie
kontrasty i granice znikają.
Szanghaj. Legendarny nadbrzeżny bulwar Bund, z majestatycznymi budowlami art déco z przełomu XIX i XX wieku, pamiętającymi złote lata trzydzieste
Danni, chińska narzeczona Maksego, umówiła mnie z emerytem Yu Kepingiem,
przewodniczącym komitetu blokowego, mieszkającym o dwa kroki od
nadbrzeżnego bulwaru Bund. Spotykamy się w małej tawernie na Huqiu Road,
na tyłach konsulatu brytyjskiego, gdzie z pomocą Danni słucham jego
opowieści.
- Nieliczne już wspaniałości przeszłych czasów, które przetrwały
niszczycielską furię, przechodzą na naszych oczach do historii - mówi z goryczą Chińczyk. - Miasto stawia na nowoczesność, wszystko, co dawne,
burzy się bez sentymentów. Obserwuję, jak na tysiącach placów budowy
ginie cząstka mojego miasta. Stare domy równane są z ziemią przez
pracujące od świtu do zmierzchu buldożery, niepozostawiające żadnego
śladu przeszłości. W przyśpieszonym, zachłannym na nowość kapitalizmie w wersji chińskiej liczy się wyłącznie przyszłość, rozwój gospodarczy i budownictwo. Koniec z wolną przestrzenią. Postęp ma zapewnić nam
nieskończoną ilość dóbr poprawiających wygodę życia. Niestety,
znaleźliśmy się w pułapce, za wszelkie zdobycze ludzie muszą płacić
wysoką cenę. Unifikacja niszczy tożsamość, wyobcowuje. Człowiek zatracił
zdolność do odczuwania emocji, stał się tylko kolejnym numerem w globalnej masie. Tęsknię za autentycznymi Chinami, które już nie wrócą,
i za moją starą ulicą, pełną zapachów, smaków i życia, której lada dzień
już w ogóle nie będzie.
Słucham nostalgicznych wywodów Kepinga, jednak wiem, że ostatni rok był
dla Chin kolejnym rokiem gigantycznego skoku cywilizacyjnego. Blisko 100
milionów chińskich obywateli podróżowało po świecie, zostawiając za
granicą 102 miliardy dolarów, czyli więcej od turystów amerykańskich i niemieckich. Chińczycy przesiedli się już z roweru na motocykl
elektryczny, teraz coraz częściej jeżdżą samochodem.
Mieszkańcy Państwa Środka szybko odchodzą od konfucjonistycznej zgody na
świat zastany, od spokoju, wyciszenia i akceptacji rzeczywistości. Chcą,
wzorem zachodnich turystów, przełamywać bariery, walczyć o swoje miejsce
w świecie biznesu, świadomie polepszać swój byt.
Dlatego chyba z tak wielkim odzewem spotyka się prelekcja, którą
wygłaszam w Szanghaju. W czasie poprzedniej wizyty w tym mieście
poznałem konsula Piotra Nowotniaka, osobę niezwykle mi życzliwą, w przeciwieństwie do jego poprzednika. Zaproponował spotkanie z Polonią i prelekcję dla firmy Zhongtai Lighting, znanej w Chinach z barwnych
dekoracji świetlnych. Tworzy ona kompletne koncepcje, od projektu po
realizację, świetlnych aranżacji miast, hoteli, wnętrz galerii sztuki,
środków transportu czy świątecznych iluminacji centrów handlowych.
Zaproponowano mi temat, wydawałoby się, niepodróżniczy, choć w istocie
jak najbardziej związany z eksplorowaniem świata: "Przełamywanie barier
psychicznych i własnych ograniczeń".
Na spotkaniu padło wiele pytań dotyczących mojego samotnego rejsu przez
Atlantyk w roli dobrowolnego rozbitka. Pytano o strach. Można być
twardzielem, ale kiedy człowiek porusza się na krawędzi życia i śmierci,
to zwierzęcy strach zaciskający gardło z pewnością go nie ominie. Ten
niepokój to sygnał alarmowy w obliczu niebezpieczeństwa. Może stać się
ojcem odwagi, bo spełnia funkcję mobilizacyjną, podnosząc poziom
adrenaliny, która dodaje energii i stymuluje do działania. Podwyższony
poziom stresu jest w stanie uruchomić pierwotne mechanizmy i wydobyć
drzemiące w człowieku niesamowite siły, o których nie miał pojęcia.
Strach i odwaga zazwyczaj się przenikają. Wobec odwagi jednak należy być
ostrożnym, by nie przysporzyła kłopotów. Jej nadmiar da się zestawić z jej całkowitym brakiem. Obie postawy mogą okazać się tak samo
niebezpieczne. Odwaga wynikająca z głupoty czy chęci budzenia podziwu u innych bywa często o wiele groźniejsza.
W krańcowych sytuacjach najbardziej pomagają przeświadczenie, że pokona
się wszelkie trudności, hart ducha, optymizm i chęć życia. Kto ma
kontrolę nad swoją wolą i zna jej siłę, może stawiać przed sobą
najtrudniejsze wyzwania.
Pytano mnie też o wiarę w Boga w ekstremalnych chwilach. Na Atlantyku
doświadczyłem głębokiej lekcji pokory. Błagałem: "Dobry Boże, pozwól mi
wrócić do domu". Modliłem się do Matki Boskiej Częstochowskiej i czułem,
że jakaś niewidzialna siła dodaje mi odwagi. Modlitwa w krytycznych
sytuacjach wzmacnia morale człowieka. Hiszpańskie przysłowie mówi:
"Wystarczy spędzić tylko jedną noc w małej łódce na wzburzonym morzu, by
ateista stał się wierzącym".
Odzew na sali był niesłychany. Może dlatego, że nie były to puste słowa
człowieka, który gdzieś te mądrości wyczytał. Własny sukces okupiłem
półwieczem ryzyka, poświęceń, zaciskania zębów, ponoszenia
odpowiedzialności za siebie i swoich współtowarzyszy w ekstremalnie
zdradliwych zakątkach naszego globu.
Na zakończenie prelekcji przeprowadziłem mały quiz. Zacząłem od pytań:
Kto pamięta, jak się nazywa człowiek, który przepłynął do Ameryki drugi,
po Krzysztofie Kolumbie? Oczywiście nikt tego nie wiedział. Podobnie jak
nikt nie miał pojęcia, kto jako drugi zdobył Mont Everest lub postawił
nogę na Księżycu. To było nawiązanie do tematu prelekcji: drugi się
nigdy nie liczy, ważny jest tylko pierwszy. To znaczy najlepszy! Przez
półtorej godziny mówiłem, jak być numerem jeden, to znaczy o krok przed
innymi. Jak pokonywać słabości, przekraczać własne ograniczenia, mierzyć
się z barierami umysłu. Ogólnie biorąc, jak podnieść poczucie własnej
wartości i kształtować postawę "mogę wszystko".
Na spotkaniu padło też z sali jedno elektryzujące dla mnie zdanie.
Asystentka konsula generalnego Zjednoczonych Emiratów Arabskich w Szanghaju Ibrahima Almansouriego porównała mnie do władcy Dubaju, szejka
Muhammeda ibn Raszida al-Maktuma, który podobnie jak ja nie używa słowa
"niemożliwe".
Podobnych spotkań miałem jeszcze w Szanghaju sześć. Zorganizował je
Maksy. Odbiły się one szerokim echem w chińskich mediach. Pisano, że
gdyby Polska miała takich ambasadorów jak ja, to mogłaby zaoszczędzić na
wydatkach związanych z promocją kraju.
Był też w Szanghaju czas na chwilę oddechu. Codziennie spacerowaliśmy z Lindą po legendarnym bulwarze Bund, przy którym stoją majestatyczne
budowle art déco, pamiętające złote lata trzydzieste. Szanghaj, dawne
finansowe serce Orientu, w którym rodziły się kariery milionerów,
oczarował Charliego Chaplina, Marlenę Dietrich czy George'a Bernarda
Shawa i wielu innych znanych ludzi.
Pewnego dnia na popołudniową herbatę wchodzimy do Peninsula, perły wśród
azjatyckich hoteli. Zachowała się tu kolonialna atmosfera Azji
Południowo-Wschodniej wraz z odziedziczonym po Brytyjczykach rytuałem
tea time. Dojeżdża do nas Maksy ze swą urodziwą narzeczoną, a chwilę
później i Konrad. To przedostatni dzień naszego pobytu w Szanghaju i chcemy spędzić czas w rodzinnej atmosferze. Dyskretna muzyka. Na stoliku
oprócz herbaty zjawiają się minisandwicze, słone torciki i szeroki wybór
ciastek. Trochę tego za dużo, bo za dwie godziny znów zasiądziemy do
stołu. Jesteśmy bowiem zaproszeni do restauracji Da Ivo, też mieszczącej
się przy bulwarze Bund, przez Giorginę Mazzero, szefową kuchni tego
lokalu. Linda odnajduje w niej prawdziwie siostrzaną duszę. U Giorginy
także można spotkać gwiazdy.
Widok z Da Ivo jest bezkonkurencyjny. Przez jedno okno widać cały
pięknie oświetlony Bund, a przez drugie przeciwległy Pudong z lasem
drapaczy chmur. Fama tej restauracji przybyła z Wenecji, gdzie
bliźniaczy lokal gościł niezliczone sławne osobistości, od Harrisona
Forda, Christiny Aguilery i Paula Newmana po Madonnę, George'a Clooneya
czy Stinga. Dzisiaj nie ma tu żadnego VIP-a, ale Giorgina chce sobie
zrobić ze mną zdjęcie, które zamierza powiesić w galerii znanych gości.
Trudno jej odmówić.
Opuszczamy Szanghaj. Zamierzam pokazać Lindzie Indochiny, dawne
kolonialne imperium francuskie, które swego czasu wypromowało mit
egzotyki i błogiej egzystencji wśród monsunów. Zachwycający kalejdoskop
ze swoją mozaiką etniczną, przyjaznymi ludźmi, wspaniałymi zabytkami,
sprzyjającym klimatem, osobliwą urodą kobiet i zegarem czasu ze
wskazówkami przesuwającymi się wolniej niż gdzie indziej wciąż jeszcze
ma w sobie atmosferę minionych czasów.
Przylecieliśmy do Louangphrabang, dawnej stolicy Laosu, z hałaśliwego,
opanowanego przez smog, przytłaczającego chaosem Bangkoku. Wrażenie
niezatarte, jakbyśmy przenieśli się w jakiś surrealistyczny świat, gdzie
globalizacja jeszcze nie zapuściła korzeni. Linda jest urzeczona ciszą
miasteczka, zapachem jaśminu i drewna sandałowego, a wieczorem bajecznym
zachodem słońca zalewającym niebo magicznym blaskiem złota różnych
odcieni. Nikt się tu nie śpieszy, egzystencja jest odbiciem wyważonych
ruchów buddyjskich mnichów, powolnego nurtu Mekongu i głębokiej
duchowości, która stanowi integralną część życia mieszkańców tego kraju.
Także kolonialne skrzydło hotelu Villa Santi, w którym zatrzymaliśmy się
na jedną noc, jest niczym ze stronic książek Conrada. Przestronny
apartament z łóżkiem osłoniętym moskitierą i obracającym się powoli
sufitowym wentylatorem podkreślają kolonialną atmosferę Orientu. Uroku
dopełnia starannie utrzymany ogród, tamaryndowce, cenione ze względu na
swoją piękną żółtoczerwoną barwę drzewa, i świeży zapach plumerii,
docierający przez okno zabezpieczone drobną siatką.
Następny krótki etap to Birma, nazywana dzisiaj Mjanma. Nowe nazwy
geograficzne nigdy nie będą jednak miały dla mnie takiego uroku jak
dawne, ożywiające wyobraźnię, tajemnicze miana. W pamięci na zawsze
pozostanie Sajgon, chociaż dzisiaj nazywają go Ho Chi Minhem, podobnie
jak Cejlon Sri Lanką, Syjam Tajlandią albo Rangun Yangonem. To ostatni
moment, by zobaczyć kraj, który jeszcze nie zdążył poznać masowej
turystyki i kultu pieniądza. Po zaliczeniu unikatowej na skalę światową
atrakcji, jaką jest Pagan z jego zachwycającymi świątyniami,
postanowiliśmy odwiedzić miejsce od niedawna otwarte dla turystyki.
Najpierw dolecieliśmy samolotem do Sittwe, potem płynęliśmy pięć godzin
łodzią do Myauk U, ostatniej królewskiej stolicy prowincji Rakhine,
dzisiaj bazy wypadowej do odległych wiosek mniejszości etnicznej Chin
słynącej z kobiet o wytatuowanych twarzach. To pradawny, dziś już
zakazany zwyczaj mający na celu obronę przed porywaniem kobiet przez
nieprzyjazne plemiona. Prymitywny tryb życia w zagubionych osadach
pozbawionych kontaktu ze współczesną cywilizacją - takie obrazki należą
już do ostatnich związanych z przeszłością Birmy. Cieszę się, że Linda
zdążyła to jeszcze zobaczyć.
I kolejny samolot. Wakacje mają dalszy ciąg na wyspie Bali - orientalnym
raju na ziemi. Jeszcze w samolocie przeżywam mało komfortową dla siebie
chwilę, kiedy młoda para Polaków prosi o autograf. Autografy oczywiście
rozdawać lubię i to miłe być rozpoznawanym, ale nie w sytuacji, która
burzy mój wizerunek. Ten, który przez całe życie przedzierał się przez
puszcze, wędrował w karawanach wielbłądów, odżegnując się głośno od
wszelkich wycieczkowych marszrut, teraz wmieszał się w międzynarodowy
tabun urlopowiczów. Na dodatek udających się do turystycznej mekki. W obronnym odruchu chcę zaprzeczyć, że to nie ja... Jednak górę bierze
rozsądek.
Wiele miejsc przechodzi nieuchronnie do historii. Jeszcze niedawno po
zatoce Ha Long pływałem tradycyjną dżonką. Dzisiaj tutejsi rybacy
przesiedli się na praktyczniejsze kutry motorowe. Na rzece Jangcy
poznałem urok żeglowania sampanem, który obecnie zamieniono na
komfortowe statki pasażerskie. Nie zapomnę słynnych na tej arterii
wodnej Trzech Przełomów, schowanych teraz pod wodą po wybudowaniu
gigantycznej tamy. Widziałem jeszcze dawny Związek Radziecki i otwartość
duszy rosyjskiej. Na Kamczatce żywiłem się tylko kawiorem, bo innych
produktów nie było. Nawet piękno Czarnego Lądu poznałem takie, jakie
teraz można zobaczyć tylko w filmach Śniegi Kilimandżaro czy Pożegnanie
z Afryką.
Szczególną satysfakcję sprawiło mi poznanie w połowie lat
siedemdziesiątych grupy etnicznej Janomamów w górnym Orinoko, żyjącej w całkowitej izolacji od świata i niemającej kontaktu z białym
człowiekiem. Gwałtowny proces wywłaszczenia terytorialnego w Amazonii,
połączony z dewastacją środowiska, budową dróg, obecnością
garimpeiros, poszukiwaczy złota i innych awanturników czy nielegalną
eksploatacją drewna tropikalnego, stał się ich zgubą.
Bali, które poznałem kilkadziesiąt lat temu, wygląda teraz inaczej,
głównie z powodu rzeszy przyjezdnych. Linda oczywiście jest zachwycona
Ubudem, takim niby-kurortem, pełnym soczystej roślinności. W kulturalnej
stolicy wyspy próbuje nawet odwiedzić wszystkie świątynie, galerie
sztuki i warsztaty rękodzielnicze. I tradycyjne salony relaksujących
masaży, te prawdziwe, niemające, tak jak w Tajlandii, podtekstu
erotycznego. Do hotelu leżącego pośród pól ryżowych i hipnotyzującego
zapachami kwiatów wracamy zwykle późnym wieczorem.
Nowy rok 2015 powitaliśmy jednak już w Dubaju, głównym celu naszej
"podróży życia".
Rodzinne spotkanie w hotelu Peninsula zachowującym kolonialną atmosferę Azji Południowo-Wschodniej
WITAMY W OAZIE LUKSUSU
Godzina piąta rano. Ekskluzywny terminal numer 3 międzynarodowego
lotniska w Dubaju. Łagodne elipsy i półkola, kolorowe szklane ściany,
łuki zadaszeń przypominające zastygłe w starcie skrzydła potężnego
ptaka. Wszystko to oświetlone miękkim białym lub błękitnym światłem,
czyste, zadbane, chronione przez dyskretnie rozlokowane kamery.
Już o tej porze lotnisko tętni życiem. Szybko mieszamy się z charakterystycznym dla Bliskiego Wschodu tłumem. Wśród Egipcjan i Jordańczyków, obowiązkowo z idealnie przystrzyżonymi, zadbanymi brodami,
hinduscy komiwojażerowie w jaskrawych koszulach w kratkę i brytyjskie
małżeństwa emerytów w bermudach. Ci ostatni siadają na miękkich kanapach
elektrycznych wózków, które z cichym szumem uwożą ich w stronę wyjścia.
- Nie tędy - rzucam ukradkiem do Lindy i odciągam ją na środek holu
pokrytego białymi błyszczącymi płytkami.
Blisko ściany bowiem pędzi prosto na nas pięćdziesięcioosobowa chyba
wycieczka Japończyków. Nie oni jedni zresztą stanowią żywą bombę - jak
okiem sięgnąć, roją się sfory turystów pod flagami różnych biur podróży.
W charakterystyczny sposób zachowują się młodociane Chinki z torebkami z butiku. Po opuszczeniu samolotu natychmiast włączają swoje smartfony i bezmyślnie przesuwając palcami po ich ekranach, świergoczą bez ustanku.
Ich oprawione w różowe i fioletowe pokrowce komórki błyszczą światełkami
pojedynczych diamencików - nie wiadomo - prawdziwych czy sztucznych.
Przez chwilę bez sensu zastanawiam się, czy przez telefon wykładany
diamentami łatwiej się rozmawia. Moje podejście do narzędzi - a telefon
jest przecież jednym z nich - nie mieści się w kategoriach estetycznych,
a jedynie utylitarnych.
Rodzina bladoskórych Skandynawów zatrzymuje się zachwycona pod wysokimi
palmami ustawionymi wzdłuż szpaleru ławek i robi sobie zdjęcia na tle
drzew rosnących w hali, ale Chinki najwyraźniej traktują otoczenie jako
obszar do przejścia - a może bywają tu regularnie? - bo szczebiocząc bez
chwili wytchnienia, mijają urbanistyczne cuda i zatrzymują się na
ruchomej tafli przewożącej gości na niższy poziom.
Wreszcie mija nas grupka mało atrakcyjnych rosyjskich prostytutek, które
najwyraźniej przyjechały do mozolnej pracy. Z daleka rozpoznawalne są po
stroju: kroczą na obcasach tak wysokich, że przypominają cyrkowców na
szczudłach. Wychudzone nogi prezentują aż po górną partię ud, jaskrawe
proste sukienki opinają ich ciała z obowiązkowo wydatnym biustem.
Kolorowe szale albo wielkie broszki niemal wołają, aby na nie spojrzeć.
Dłonie zakończone odblaskowo pomalowanymi szponami dzierżą tandetne
torebki z ekoskóry, a kolorowe nakrycia głowy podnoszą ich wzrost - ale
na pewno obniżają klasę. Jeśli dodać do tego usta powiększone krzykliwą,
czerwoną zwykle pomadką i mocno podkreślone czarną kredką oczy - nie
potrzeba żadnej dodatkowej wizytówki, by wiedzieć, jaki zawód
reprezentują. Ta upiorna atrakcyjność według mnie tylko straszy, ale z pewnością przyciąga określoną klientelę.
Bez pośpiechu, choć z wyraźnym celem, lotnisko przemaszerowują wszelkiej
maści dubajscy notable w tradycyjnych białych, rzadziej kremowych czy
szarych diszdaszach - długich, sięgających ziemi strojach.
Obok nas przechodzi wysoki, może czterdziestoletni jegomość z solidnym
brzuchem. Podąża bezszelestnie w sobie znanym celu, nie ogląda się, choć
dwa metry za nim kroczą jego cztery małżonki w czerni. Dla postronnego
obserwatora różnią się jedynie wzrostem - cztery czarne postacie bez
twarzy i kształtów, niczym wdowy w żałobie. "Gdyby taka grupa pojawiła
się wieczorem w jakimś polskim zamku, na cały kraj rozniosłaby się
legenda o straszących damach" - skomentował kiedyś podobny obrazek
pisarz Krzysztof Petek, pasjonat takich osobliwości.
Natykamy się i na Polaków. Para młodych ludzi - on krótko ostrzyżony,
barczysty, ona drobniutka, blond - wydają się zagubieni i usiłują wśród
tysiąca wyświetlających się informacji odnaleźć tę najważniejszą: gdzie
odbiorą swoje bagaże? Przegapili tłum współpasażerów pędzący po walizki
i teraz miny mają takie, jakby ktoś porzucił ich w środku amazońskiej
selwy.
- To lotnisko jest chyba większe od całego Olsztyna! - denerwuje się
kobieta, trzymając pod rękę partnera, jedyny znany i budzący zaufanie
element w tym obcym świecie.
Ale on nie stanowi w tej chwili żadnej ostoi. Rzuca na boki ukradkowe,
nerwowe spojrzenia.
Jak im nie pomóc?
- Cześć, młodzieży - zagaduję i ruszam w stronę taśm, po których jadą
już nasze bagaże. - Jesteście z Warmii? Chodźcie, już jadą walizki.
Mężczyzna z ulgą podąża za mną. Nie musi się przyznawać, że czuł się
zagubiony. Honor uratowany.
- Tak, z Olsztyna - odpowiada. - Chcieliśmy w końcu zaliczyć wakacje,
podczas których deszcz nie będzie nam cały czas utrudniał życia.
- To doskonale wybraliście - słyszę za sobą dystyngowany damski głos.
Może sześćdziesięcioletnia elegancka pani uśmiecha się do nas, trzymając
pod rękę wyższego od siebie mężczyznę o krótkich siwych włosach i przystrzyżonej w szpic bródce.
Milczący pan wolną ręką popycha bez trudu lotniskowy wózek z dwiema
solidnymi walizami. Nie odzywa się, ograniczając się jedynie do złożenia
symbolicznego ukłonu. Za to jego żona z miną obieżyświata zwraca się do
mnie:
- Wydaje mi się, że już gdzieś pana widziałam... A państwo na wakacje? -
Przerzuca wzrok na młodą parę, nie czekając na moją odpowiedź. - Bo my z mężem pędzimy prosto z Zabrza tranzytem do Australii, by odwiedzić syna,
którego nie widzieliśmy już trzy lata! O, a panie siedziały w samolocie
za nami! Obie panie Agnieszki! - zwraca się do dwóch dwudziestolatek.
Jedna z nich, szczupła, wysoka, z długimi blond włosami i pociągłą
twarzą, sprawia wrażenie pewnej siebie agentki. Z postawy i wyglądu
przypomina mi filmową Larę Croft - tylko pozbawioną broni. Jej
towarzyszka jest niską, okrąglutką szatynką.
- Tak - zgodnie z przewidywaniami odpowiada wysoka. Pewnym, niskim
głosem. - Wakacje. Zerwałam z facetem, z którym byłam przez sześć lat, i zamiast niego do Dubaju wzięłam przyjaciółkę. Starsza dama pewnie po raz
pierwszy od dawna zapomina języka w gębie. Widać, że nie jest
przyzwyczajona do tak otwartego mówienia o podobnych sprawach. Obrzuca
wszystkich spłoszonym
wzrokiem i kiwa głową.
- Do widzenia państwu. Śpieszymy się na kolejny samolot...
Po czym pociąga zdziwionego męża w przeciwną stronę ekskluzywnego
terminalu numer 3.
Podążamy już spokojnie do rozświetlonej sali z transporterami wiozącymi
bagaże.
- Dużo Polaków mieszka w Dubaju? Wielu tu przylatuje? - pyta Linda.
- Emirates weszły na polski rynek w 2012 roku - odpowiadam - a rok
później można już było przyjeżdżać tu bez wizy. Nic dziwnego, że polska
obecność jest tu zauważalna. Ale to i tak kropla w morzu, setka, może
trochę więcej Polaków dziennie. Przecież to lotnisko obsługuje ponad
czterdzieści siedem tysięcy przyjezdnych każdego dnia.
Rozglądamy się wokół. Nieskończone korytarze, zaułki, chodniki
przecinają się, tworząc miasto w mieście. Zbytek bije w oczy, rzędy
prawdziwych palm, miliony watów światła i eleganckie galerie handlowe
ciągną się wzdłuż ścian lotniska, każąc zapomnieć, jakiemu właściwie
celowi służy to miejsce. O samolotach, nawet najnowocześniejszych,
zapewne nikt już nie myśli, skoro z każdym krokiem za szybami sklepów
pojawiają się kolejne ekskluzywne marki: Armani, Hugo Boss, Escada,
Next, sklepy z kosmetykami, wyrobami tytoniowymi, a wszystko otwarte
całą dobę. Typowy dla lotnisk konsumpcyjny raj tranzytowych konsumentów,
którzy podekscytowani wielkim światem skłonni są do nadzwyczajnych
zakupów. Mówi się, że 15 tysięcy metrów kwadratowych powierzchni
eleganckich sklepów, w których zatrudnionych jest 5600 ekspedientów,
wypromowało się tu na największe w świecie centrum duty free z rocznym
obrotem blisko 2 miliardów dolarów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki