Dramat Numer Trzy - Jacek Matecki

Kup ebooka

29.79 zł

-
Proszę czekać
?

Na każde "nie wierzę" jest:A ja tak to widzę

Wszyscy powiadają, że życie przeniosło się do Internetu i dzieją się tam ciekawsze rzeczy niż w realu. Zapewne to prawda ale, jak powiedział pewien cwany człowiek, jeśli zwalniają, to znaczy, że będą przyjmować... Mówiąc innymi słowy, skoro wszyscy wpadli w sieć utkaną z bitów i pikseli, to w starym świecie zbitym z desek i pokrytym papą, zaludnionym przez prawdziwych ludzi, zrobiło się luźniej. Postanowiłem tedy wstrzymać się z przeprowadzką, zlikwidowałem swoje interesy z kilkoma portalami, w których pisałem o Rosji, i zacząłem myśleć o wstąpieniu po raz drugi do tej samej rzeki.

Oczywiście pojawił się problem: za co i po co? Zauważmy, że zwycięski marsz Internetu przez świat ma tę prostą przyczynę, iż jest prawie darmowy.

W świecie materialnym nie ma tak łatwo. Bilet kosztuje, chleb też nie jest za darmo, a spanie na dworcu przykrzy się po dwóch dniach. Więc za co? Powoli - na to pytanie odpowiem troszkę później, dosłownie za kilka stron. Teraz skupmy się na równie ważnym problemie: po co tam jechać? Przecież wszystko wiadomo! Na przeczytanie napisanych tylko po polsku książek, reportaży i artykułów życia nie starczy. Sam przyczyniłem się do tej produkcji.

Trzeba było się zastanowić i znaleźć temat, którym nikt nigdy się nie zajął. Pomysł przyszedł po kilku dniach. Teatr! Aktorzy, budynek, dekoracje, próby, premiery. Dziś teatr to temat egzotyczny, a rosyjski to już w ogóle... Naturalnie pojawił się kolejny problem: skąd wziąć taki teatr? Jak to skąd? Z Internetu!

W styczniu 2016 roku wystosowałem długie listy do jedenastu rosyjskich teatrów. Adresy wyszukałem wedle osobliwego kryterium: musiały znajdować się na głębokiej, zapomnianej przez Boga i ludzi prowincji. O to akurat nie jest w Rosji trudno. Dość powiedzieć, że najmniejsze miasto, które szczyci się posiadaniem zawodowego teatru, liczy trochę ponad pięć tysięcy mieszkańców i leży w takiej syberyjskiej głuszy, że ani pociąg tam nie dojeżdża, ani samolot nie dolatuje. Jeśli ktoś nie wierzy, niech wpisze w wiadomą przeglądarkę hasło Motygino (Мотыгино). Jest to teatr w pełni profesjonalny, o czym świadczy fakt, że popadł w konflikt z dotującym jego działalność Wydziałem Kultury. Kąsanie ręki, która karmi, zawsze było dobrą rekomendacją prawdziwego artysty. Większych, kilkudziesięciotysięcznych miast z zawodowymi teatrami jest całkiem sporo. Było więc w czym wybierać.

W listach wyjaśniłem, że chciałbym przyjechać, przedstawiłem swoją skromną osobę i uwiarygodniłem się, wklejając linki do kilku rosyjskich stron, na których znęcano się nad moją książką o Rosji.

Listy były jednobrzmiące, zaadresowane imiennie do właściwych dyrektorów lub dyrektorów artystycznych. W zależności od tego, czy wysyłałem je do kobiety, czy do mężczyzny zmieniałem jedynie końcówki rodzajowe, tak by każdy z adresatów miał wrażenie, że pismo istnieje w jednym tylko egzemplarzu i tylko on jeden dostąpił szczęścia przeczytania go. Powód, dla którego chciałem przyjechać, był prosty. Napiszę o nich książkę. Czy ta książka będzie komukolwiek na cokolwiek potrzebna to inna sprawa i poruszona nie została. Oczywiście wyjaśniłem, dlaczego zależy mi na zabitej dechami prowincji. Były tam słowa o misji, służbie sztuce, heroizmie, trwaniu na posterunku i szacunku. To wszystko prawda, tyle że nie cała... Przez kilka lat włóczyłem się po tej Rosji, która nie jest Moskwą i St. Petersburgiem, czyli głubince, i trochę ją poznałem. To inny, nieznany, a przede wszystkim ciekawy kraj.

Zdrowy rozsądek podpowiadał, że w tych rejonach placówka teatralna jest czymś cudacznym i osamotnionym, ponieważ - mówiąc najoględniej - nikomu nie jest potrzebna. Miałem więc nadzieję, że będzie to interesujący temat, bo cóż jest wdzięczniejszego od opisów straconego życia, niespełnionych marzeń, porażek i jałowego deklamowania Szekspira albo Czechowa przed publicznością wykarmioną na serialach telewizyjnych. Wierzyłem, że jeśli uda mi się do jednego z tych teatrów trafić, to napotkam grupę frustratów i pechowców i robota pójdzie jak z płatka. Słowem, oczekiwałem zaproszenia, nie zdradzając, że mam ochotę napisać paszkwil.

Żaden z jedenastu teatrów nie odpowiedział. Nie dali się nabrać na bajer, że do szczęścia brakuje im tylko Polaczka, który chce być świadkiem czegoś, co jest cieniem prawdziwej sztuki zarezerwowanej dla Moskwy, Paryża, Londynu czy Nowego Jorku. Może naprawdę wstydzili się swojego losu? Jakakolwiek była przyczyna, odwrotną pocztą nie przyszło nawet jedno słowo: dziękujemy, nie skorzystamy albo: spadaj czy zgoła coś jeszcze brzydszego. Zupełnie jakbym wysłał do korporacji aplikację, ubiegając się o wysokopłatną pracę, i załączył kiepskie CV.

Odczekałem trzy tygodnie i w desperacji wysłałem list numer dwanaście. Adres tego teatru znalazłem na stronie Festiwalu Teatrów z Małych Miast Rosji. Uwiódł mnie, jeśli mogę tak powiedzieć, repertuarowo, bowiem na Festiwalu jako jedyny wystawił Szekspira. Był to Król Lear z Aleksandrem w roli głównej. Wystąpi w tej opowieści Aleksander, oj, wystąpi...

Wkleiłem do "wersji żeńskiej" listu nazwisko pani dyrektor, uaktualniłem datę i wysłałem mejla na odległy o dwa i pół tysiąca kilometrów Ural. Gdybym wiedział, że z podobną prośbą do tego samego teatru wystąpił francuski aktor Gerard Depardieu, to raczej bym nie wysyłał...

No, może trochę z tą "podobną prośbą" przesadzam, jak w tym starym dowcipie, co to powiadali, że w Moskwie na placu Czerwonym rozdają samochody. Niby prawda tyle, że nie w Moskwie, tylko w Leningradzie, nie samochody, a rowery i nie rozdają, a kradną...

Z Depardieu sprawy miały się tak, że gdy w roku 2015 aktor zaklinał się, iż do końca swoich dni będzie żył i grał w Rosji, uralski portal informacyjny www.ura.ru zapytał szefów kilku lokalnych teatrów, czy znalazłoby się w ich zespole miejsce dla wielkiego francuskiego aktora. Dyrektorka "mojego" teatru udzieliła odpowiedzi, którą zamieściło w swoim serwisie nawet radio francuskie: "Nie widzę jakiejś specjalnej korzyści z zapraszania Depardieu do naszego teatru. Istniejąca trupa dostosowana jest do naszych potrzeb i aktor w takim wieku i o takim emploi nie jest nam potrzebny".

I stało się niemożliwe: Depardieu dostał kosza, a mnie teatr z Kamieńska Uralskiego zaprosił! Napisali, że mogę przyjechać i robić u nich to, na co będę miał ochotę. Proszę bardzo, oto stosowny fragmentu listu: "W odpowiedzi na Pana pismo informujemy, że będzie nam miło zobaczyć Pana w charakterze gościa, pisarza i dziennikarza w naszym teatrze. Z przyjemnością zapoznamy Pana z Teatrem, miastem, artystami i innymi pracownikami teatru, zaprosimy na próby i, oczywiście, na nasze spektakle. [...] Imponuje nam, że interesuje się Pan rosyjską prowincją, a w szczególności, prowincjonalnym teatrem. [...] Niestety, stosunki między naszymi braterskimi słowiańskimi narodami w obecnych czasach nie są najlepsze, o czym nieustannie informują nas środki masowego przekazu... ".

Życie doprawdy jest zaskakujące. Dla swojego szaleńczego kroku Ludmiła Stiepanowna Matis, dyrektorka teatru o uroczej nazwie "Dramat Numer Trzy", miała tylko jedno usprawiedliwienie. Absolutnie nie wierzyła, że przyjadę i to były jej pierwsze słowa, kiedy 15 marca przekroczyłem próg jej gabinetu.

Cofnijmy się do pytania: po co tam jadę? Dręczyło mnie ono przez cały luty i połowę marca. Kogo obchodzi relacja z kilkumiesięcznego pobytu na jakimś zadupiu? Czy warta jest książki? Nawet jeśli kogoś interesuje Rosja, to przecież jej teatr niekoniecznie. I na odwrót, są pasjonaci teatralnych kulis, ale czy koniecznie rosyjskich? Gdyby tu pracowały gwiazdy, choćby nawet ten nieszczęsny Depardieu, byłoby od czego zacząć. Na przykład od plotek. Kto z kim, przeciw komu, jak długo i dlaczego? Kto kogo chce wygryźć, zabrać rolę? To są przecież sprawy najważniejsze. Sztuka jest ostatecznie pretekstem do celebry i tylko dlatego jeszcze jest na tym świecie tolerowana. Jeśli rezultat mojej pracy nadawał się do kolorowych magazynów, miałby jakiś sens. Lecz na to się nie zanosiło. Nie znalazłszy odpowiedzi, postawiłem nogę na peronie dworca kolejowego w Kamieńsku.

Czy ktoś z Państwa wie, gdzie leży ten cały Kamieńsk Uralski? Ja też nie wiedziałem. Najpierw trzeba odszukać - na wschód od Uralu - Jekaterynburg, a potem palcem po mapie pojechać jeszcze sto kilometrów w stronę Syberii.

Podróż w realnym świecie jest bardziej skomplikowana niż w wirtualnym, więc pokrótce opiszę, jak tam najprościej dotrzeć. Postaram się zrobić to w miarę zwięźle, bowiem o swoich podróżach po Rosji pisałem już wcześniej. Ta książka ma być inna, akcja będzie się rozgrywać w jednym miejscu, niemniej jakoś do tego miejsca trzeba się dotrzeć.

Przy okazji możemy porozmawiać o pieniądzach. Moją wyprawę sfinansował wydawca, a do tego zawodu rzadko trafiają ludzie o skłonnościach do szastania pieniędzmi. Musiało więc być tanio. Na szczęście po latach tułaczki po Rosji logistyczna strona wyprawy na trasie Warszawa - Kamieńsk nie była już takim wyzwaniem jak kiedyś. Najprościej byłoby oczywiście pociągiem do Moskwy. W tym wariancie potrzebna jest tranzytowa wiza białoruska. Trochę z tym korowodów, bo i do ambasady pofatygować się trzeba i wybulić trzydzieści pięć euro plus ubezpieczenie w okolicach stówy. Tyle razy płaciłem batce Łukaszence za wizy, że jestem najhojniejszym sponsorem jego reżimu, więc tym razem powiedziałem: dość! Wybrałem wariant królewiecki. Pociągiem do Gdańska. Stąd BlaBlaCarem rzut beretem do Kaliningradu. To się łatwo pisze, ale warto być ostrożnym. Pamiętajmy, że musimy na czas dotrzeć na lotnisko. W razie spóźnienia biletu internetowego nie wymienią na nowy. Blablacarowcy to wszak tylko ludzie. Bywa, że nie znają drogi, nie umieją jeździć. Z komfortem też bywa różnie. Mój kierowca załadował do samochodu meble kupione w pewnej skandynawskiej sieci handlującej meblami. Kartonowe pudła zajmowały cały bagażnik i połowę tylnej kanapy, na której posadził mnie i tajemniczego Białorusina. Dla każdego z nas starczyło miejsca na jeden półdupek.

Umówiliśmy się przed Dworcem Głównym w Gdańsku o 13.00. Samolot do St. Petersburga wylatywał o 20.05. Z Gdańska do Kaliningradu jest 160 kilometrów, więc wydawałoby się, że na luzie zdążymy. Niekoniecznie! Po pierwsze wedle naszego czasu jest godzina 13.00, zaś wedle ichniego w tym samym momencie jest już 15.00. Na starcie z siedmiu godzin robi się pięć. Do tego dochodzi granica, na której trzeba odstać swoje. Nawiasem mówiąc, w tamtą stronę lepiej przekraczać granicę w samochodach z rosyjską rejestracją. Rosyjscy pogranicznicy i celnicy swoich mniej trzepią i szybciej odprawiają. W drugą stronę na odwrót, należy wybrać polski transport z uwagi na analogiczne zachowanie polskich służb.

W okolice Kaliningradu dojechaliśmy w porze zagęszczenia korków i kierowca powiedział, że albo zdążymy, albo nie. Ta stoicka uwaga była wstępem do negocjacji. Za 500 rubli zgodził się dowieźć mnie obwodnicą na lotnisko. Zdążyliśmy. Resztę trasy miałem pokonać drogą powietrzną. Najpierw lot do Petersburga, potem przesiadka na Jekaterynburg.

Tanie bilety mają tylko jedną zaletę - są tanie, a poza tym - sporo wad. Albo trzeba czekać dobę na lotnisku przesiadkowym, albo uwinąć się w czterdzieści pięć minut. Mnie przypadł w udziale ten drugi wariant. W Petersburgu wylądowaliśmy z dziesięciominutowym opóźnieniem na nowym terminalu, którego nie znałem. Na starym Pułkowie czułem się dobrze i miałem nawet swoje sekretne miejsce do spania... Lecz nie czas na wspominki. Sprintem przemierzam hale i korytarze, aby zdążyć na odprawę. Wszędzie kolejki. Już słyszę, jak megafony wywołują moje nazwisko i uprzejmie proszą, bym pojawił się przy bramce odlotu do Jekaterynburga. Wpadam na punkt kontrolny i robię raban, że szybko, że się spóźnię, że samolot odlatuje, ludzie, ruszajcie się... Błąd. Ochrona lotniska jest wyczulona na spóźnialskich, bo to stary numer przemytników, kombinatorów i terrorystów. Pośpiechem chcą wymusić pobieżną kontrolę i zamaskować zdenerwowanie. Takich klientów sprawdza się powoli i gruntownie. Kazano mi wszystko wypakować i powkładać do plastikowych kontenerów: komputer, zasilacz, książkę na prąd, aparat fotograficzny, obiektywy, dysk zapasowy, zapasowe baterie i różne inne drobiazgi.

W głośnikach grzmi ostatnie ostrzeżenie: pasażer Matecki proszony... - z tą irytującą rosyjską wymową i końcówką "Matieckij", jakby nie można było powiedzieć po ludzku.

Upycham rzeczy do plecaka i mknę do swojego "gejtu". Mało mnie szlag nie trafił, ale zdążyłem. Do siebie doszedłem dopiero podczas turbulencji...

O piątej rano czasu lokalnego będziemy na miejscu. Pilot ogłasza, że temperatura w Jekaterynburgu wynosi minus 25 stopni. W Kaliningradzie było siedemnaście na plusie. Nic to. Ważne, że lecę. Żeby jakoś zabić czas, sięgam do plecaka po elektroniczną książkę. Nie ma. Plecak w ogóle jakiś mniejszy i flakowaty. Wsuwam rękę, macam, komputera też nie ma. Nie przyjmuję tego faktu do wiadomości. Zmysły zmysłami, ale przecież jeszcze niedawno dotykałem tych wszystkich rzeczy. Muszą być! Jedna część mojego umysłu, nazwijmy ją czystym rozumem, drogą dedukcji dochodzi do wniosku, że te rzeczy zostały w plastikowych kontenerach na punkcie kontroli. Druga część, ta kierująca się uczuciami, powiada, żebym się nie przejmował, bo zanim wylądujemy, laptop się zmaterializuje w plecaku i wszystko będzie w porządku. Będę miał na czym pracować, pisać notatki, zamówione artykuły, nagrywać rozmowy, zgrywać filmy, zdjęcia i wysyłać maile...

Rano komputer się nie zmaterializował. Odszukałem więc instytucję, która po rosyjsku nazywa się sprawocznoje biuro. Ta nazwa nie daje się w sposób dosłowny przetłumaczyć na polski. W tym biurze siedzi miła albo niemiła pani i można z nią załatwić wszystko albo nic. Dyżur na lotnisku Jekaterynburg-Kolcowo (w roku 2015 zdobyło pierwsze miejsce we wszechrosyjskiej rywalizacji o miano najlepszego lotniska międzynarodowego) pełniła sympatyczna dziewczyna. Wyłuszczyłem swój problem, a ona dała mi telefon do Biura Rzeczy Zaginionych petersburskiego Pułkowa, które mieli otworzyć bodaj o 8.00 rano, czyli o 11.00 naszego, uralskiego czasu.

Co było robić? Wypytałem, jak dostać się na stację kolejową, z której odchodzą pociągi do Kamieńska, i jak zbity pies powlokłem się we wskazanym kierunku. Dwa przystanki autobusem za dwadzieścia osiem rubli. Potem trzy godziny czekania na pociąg, dwie godziny jazdy i byłem w Kamieńsku. Minęła doba od wyjazdu z Warszawy. Z duszą na ramieniu udałem się do teatru. Moje pojawienie się było, jak już wspomniałem, sporym zaskoczeniem. Pani dyrektor pokazała mi teatr i wobec wszystkich pracowników, których udało się zebrać, oświadczyła, że mogę robić, co mi się podoba, zaglądać wszędzie i czuć się jak u siebie.

Od razu skorzystałem z tego przywileju i poprosiłem panią Lenę, kierowniczkę do spraw literackich, aby łaskawie zadzwoniła do Petersburga i poszukała mojego komputera. Znalazła! Co więcej, obiecali dostarczyć go najbliższym samolotem do Biura Rzeczy Znalezionych w Kolcowie. I tak minął mój pierwszy dzień w Dramacie Numer Trzy. Drugi dzień nie był lepszy. Rano zadzwonili z lotniska, że komputer jest. Pofatygowałem się na dworzec w Kamieńsku. Dwie godziny w pociągu, autobusem na lotnisko... i okazało się, że komputera nie ma. Kilka godzin drogi powrotnej i spać. Nazajutrz jeszcze gorzej. Pani Lena powiedziała, że zaszła pomyłka. Komputer, zasilacz i książka na prąd były wczoraj, tylko to wszystko zostało zaadresowane na jej nazwisko. Znowu na dworzec w Kamieńsku, dwie godziny w pociągu, autobus, lotnisko... Odebrałem rzeczy, kilka godzin czekania na komunikację powrotną. Spać.

Czwartego dnia rano zaszedłem na dużą salę, usiadłem w trzynastym rzędzie i... spełniło się marzenie. Jestem w teatrze. Kosztowało to dwa miesiące przygotowań, cztery tysiące złotych i kilka miesięcy pracy. Co z tego będę miał, to się okaże... Nie wiem, jak smakuje satysfakcja w wirtualnym świecie, gdy osiągnie się jakiś wysoki poziom w trudnej strzelance. Wiem, że na twardym, niewygodnym, ale prawdziwym krzesełku Dramatu Numer Trzy czułem się cholernie dobrze...

Przede mną prawdziwi ludzie i prawdziwe emocje. Na scenie trwa próba spektaklu Kto zabił Annę. Za tydzień premiera.

Reżyser chodzi w tę i z powrotem między fotelami na widowni i myśli nad czymś intensywnie. Aktorzy zbici w grupki na scenie szepczą między sobą. Ani chybi koncentrują się i zaraz zaczną. Trwa to jakiś czas, aż nagle reżyser podchodzi do mnie i pyta, kim jestem. Przedstawiam się i powołuję na zgodę Ludmiły Stiepanowny.

- A tak, tak - rzecze. - Coś słyszałem.

Jest młody, miły, uśmiecha się i powiada, że bardzo chętnie będzie mnie widział na próbach, tylko akurat nie w tej chwili. Muszą sobie coś z aktorami wyjaśnić, więc gdybym mógł ich na godzinkę zostawić, będzie mi wdzięczny.

Uciekam do foyer i z braku lepszego zajęcia zapoznaję się z teatrem. Budynek jest duży, od frontu przeszklony, w stylu socjalistycznego modernizmu z lat sześćdziesiątych. Podobny do krakowskiego kina "Kijów". Gdyby w Polsce ktoś chciał go zburzyć, na pewno podniosłyby się głosy, że to zabytek i powinien stać po wiek wieków, taki szary, odrapany, z zaciekami, ani ładny, ani brzydki.

Wchodzi się doń przez potrójne przeszklone drzwi. Na wprost szatnie. Na lewo i prawo korytarze prowadzące na widownię. Sala widowiskowa zajmuje miejsce centralne, a wszystkie inne pomieszczenia znajdują się dookoła niej.

Żeby wejść na schody wiodące na górę, trzeba przejść obok portierni. Na pierwszym piętrze jest wielkie foyer pamiętające lepsze czasy, kiedy spędzana z zakładów pracy i szkół publiczność była w stanie wypełnić tysiącfotelową pojemność widowni. Czasami organizowane są tu bankiety, wystawy malarstwa, fotografii, czasami kiermasze ubrań, chemii gospodarczej i paramedycyny. Najczęściej jest pusto. Na piętrze, w bocznej oficynie, znajduje się mała sala, gdzie grane są kameralne przedstawienia i organizowane drobniejsze uroczystości w rodzaju benefisu, jubileuszu lub zebrania zespołu. Pomieści najwyżej stu widzów. Grający tutaj aktorzy mają w charakterze garderoby jeden niewielki pokój na zapleczu, a funkcję kulis pełni po prostu korytarz, z którego korzystają wchodzący na salę widzowie. Podczas spektaklu dostępu za te "kulisy" broni siedząca na krzesełku bileterka. Co tu ukrywać, trąci to prowizorką i jeśli ktoś zostawi niedomknięte drzwi do garderoby, to wychodzący na przerwę czy po spektaklu widzowie mogą zobaczyć aktora z rozmazaną charakteryzacją i, przepraszam za wyrażenie, w gaciach.

Piętro wyżej, nad małą salą, ulokowane są administracja, księgowość, gabinet dyrektorki i kilka niewielkich pomieszczeń. Ścianę największej z tych sal, zwanej pokojem numer 21, zdobi artystyczna mozaika. Ponoć dzieło Miszy Brusiłowskiego, krajana z Jekaterynburga, który zdobył ogólnokrajową sławę.

Garderoby, magazyny rekwizytów i kostiumów, krawcowe i zaplecze techniczne poupychane są za dużą sceną. W budynku, mimo że duży, najmniej miejsca do dyspozycji mają aktorzy. Tłoczą się w kulisach, przemykają po korytarzach i czekają na nowy teatr, którego makieta stoi w gabinecie dyrekcji. Pół miliarda rubli ma kosztować. Decyzja leży w rękach Moskwy, a Moskwa zwleka...

?

JESTEŚ CZŁOWIEKIEM CZY AKTOREM?

Kończę obchód i wracam na dużą salę. Zebranie skończyło się i jakiekolwiek podjęto na nim uchwały czy rezolucje, nie widać, aby ich ożywczy duch unosił się w powietrzu. Trwa niemrawa próba. Na scenie para aktorska - chodzą w tę i z powrotem, coś grają, ale bez większego przekonania. Wyglądają, jakby dopiero się obudzili i powoli wchodzili na obroty, albo jak małżeństwo z tak długim stażem, że już dłużej tego nie wytrzyma. A może tak powinno być, nowatorski pomysł inscenizatorski dopasowany do futurystycznej scenografii? W poprzek sceny ustawiono białą ścianę z wyciętymi okrągłymi otworami i drzwiami po bokach, przez które bohaterowie wchodzą i wychodzą. Oprócz tego na deskach jedno czy dwa białe pudła służące do siedzenia.

Zdaję sobie sprawę, że to dość nieprecyzyjny opis, inny być nie może, albowiem scenografia stworzona została jako obraz wnętrza głowy bohatera sztuki, Karenina. Słowem, pomyślana jako myśl. Wszelkie zaś opisy wnętrza czyjegoś mózgu są trudne, o ile w ogóle możliwe. Scenografka Ania pobieżnie wyjaśniła mi tę koncepcję, i wyraziła ubolewanie, że decyzją dyrekcji idea została zredukowana do motywu karuzeli, co ją zdecydowanie zubaża. Myśl w głowie nie tylko kręci się w kółko, czasami biegnie do przodu, czasami do tyłu. Tymczasem tu... Spory kawałek podłogi to okrągły podest będący, rzecz w teatrach normalna, sceną obrotową. Biała ściana z otworami, stanowiąca główny element dekoracji, nie tyle stoi na podłodze, co wisi nad nią na milimetr, tak że podłoga może się pod nią swobodnie obracać. Kiedy zostaje wprawiona w ruch, każdy, kto na niej stanie, krąży jak na karuzeli, znika w jednych drzwiach, wykonuje półobrót w zasłoniętej przed oczyma widzów części sceny i wraca przez drugie drzwi. Rzecz jasna, drzwi są umieszczone na obwodzie koła. Tak więc jeśli kilku aktorów ustawi się w rozmaitych pozach na uruchomionej podłodze, jeżdżą w koło, znikając i pojawiając się przed oczyma widzów.

Dopiero kiedy Ania powiedziała mi, na czym polegał pomysł, na kolejnej próbie skupiłem się i udało mi się dostrzec jego bogactwo. Obraz Jacka Malczewskiego Błędne koło doskonale pokazuje tę scenografię, lecz nie twierdzę bynajmniej, że był jej inspiracją. W każdym razie, mimo panującego na nim chaosu, jest bardziej czytelny niż postmodernistyczny minimalizm, który widzimy na scenie.

Reżyser chodzi i myśli. Część zespołu kryje się w głębi sceny i czasami zerka przez otwory, czy nie wydarzyło się coś nowego. Reszta siedzi w pierwszych rzędach i czeka na swoją kolej. Wyglądają na zdezorientowanych.

Co i rusz łapię na sobie czyjeś spojrzenie. Rodzi się we mnie przypuszczenie, że to moja skromna osoba wprowadziła nieporządek i stąd całe zamieszanie. Lecz przecież zebranie zostało zwołane, zanim wszedłem na widownię. Czuję się, jakbym był tutaj zbędnym obserwatorem. Najwyraźniej trafiłem na nieodpowiedni moment. Dobrze, że siedzę w półmroku trzynastego rzędu. Trzeba jeszcze bardziej skulić się w fotelu i czekać, aż sytuacja sama się wyjaśni albo ja coś więcej z niej zrozumiem.

Wszyscy już wiedzą, co ze mnie za gość. Ja natomiast nie znam nikogo, aktorzy są dla mnie anonimowym tłumem, w którym nie potrafię się rozeznać. Kto jest gwiazdą, kto gra role drugoplanowe, a kto należy do obsługi technicznej? Wstydzę się odezwać do kogokolwiek, żeby nie popełnić gafy.

Dwójka na scenie przestała się poruszać, zastygła w bezruchu i patrzy spode łba na reżysera, który usiadł w fotelu i ścisnął głowę rękami. Coś wisi w powietrzu. Coś jest, w sensie jak najbardziej dosłownym, grane nie tak. Jeszcze nie wiem, jaki dramat się szykuje. Bomba wybuchnie dopiero za dwa dni...

Nagle reżyser podrywa się i podchodzi do starszego, grubego aktora, który, gdyby był nieco większy, wyglądałby, kubek w kubek, jak Orson Welles. Wdają się w dyskusję. Dolatują do mnie tylko strzępy: "Jak mam to zrobić? Przecież tak się nie da" - warczy poirytowany aktor. Reżyser półgłosem klaruje swoje racje, lecz widać, że bez przekonania i bez powodzenia. Obydwaj są wyraźnie zmęczeni i, jak bokserzy po remisowym starciu, rozchodzą się do narożników.

Aktorka nie uczestniczy w tej dyskusji. Stoi z boku i biernie czeka na rozwój wydarzeń. Skamieniała jak słup soli. Im dłużej się jej przyglądam, tym większe budzi zainteresowanie. Jest taka nieobecna, że musi być gwiazdą. Wybieram ją jako punkt zaczepienia, od którego zacznę rozplątywać wszelkie tutejsze problemy i postanawiam, że powinna być pierwszą osobą, z którą porozmawiam.

Powtarzam, błądziłem wtedy jak dziecko we mgle. Nie umiałem czytać tych ludzi, ni tego, co się wokół mnie działo. Zresztą oni unikali poważnych rozmów o pracy ze mną i w mojej obecności. Było tak, jakbym wprosił się w gościnę do licznej rodziny i podczas pierwszego obiadu chciał się rozeznać, ile skrywają trupów w szafie. O ile w ogóle jakieś skrywają? Ja w każdym razie miałem nadzieję, że sporo. Daleki byłem jeszcze od odkrycia, że tutejsza rzeczywistość ma z natury swojej podwójne albo i potrójne dno. Po pierwsze to są ludzie, a po drugie - aktorzy i te dwie "profesje" zebrane w jednej osobie czasami się wykluczają. Opis człowieka nie zawsze będzie zawierał w sobie opis artysty. I na odwrót.

Tak przy okazji... nie twierdzę, że teraz wszystko rozumiem.

Reżyser po starciu z aktorem wyczuł, że praca utknęła w martwym punkcie, i wykonał sprytny manewr pozwalający wyjść z impasu, czyli zarządził przejście do następnej sceny. Pojawiło się kilku nowych aktorów i próba zaczęła się kręcić. Pomysł był dobry, bo im więcej postaci na scenie, tym więcej ruchu, tekstów do wypowiedzenia, szurania butów i obrotów sceny. Nawet jeśli był to tylko ruch pozorny, wyraźnie satysfakcjonował reżysera. Z min aktorów natomiast można było wyczytać coś zupełnie innego. Tak minął mój pierwszy dzień w środku teatru. Po stronie zysków mogłem zanotować tylko postanowienie, że muszę porozmawiać z Larysą. Tak miała na imię milcząca gwiazda.

O, święta naiwności! Do spotkania doszło dopiero po dwóch miesiącach. Nie było w tym mojej winy. Larysa okazała się dziwną aktorką i była najszczęśliwsza, kiedy nikt nie zwracał na nią uwagi.

Poza tym dość szybko zadomowiłem się w teatrze i rozmowy szły jedna za drugą, tak że zmiana planu nie była specjalną tragedią. Okazało się, że dzięki temu opóźnieniu mogłem i umiałem później zrozumieć jej fenomen. Inaczej tego nazwać nie potrafię.

Larysa jest punktem odniesienia, który pozwala ocenić, zaszufladkować i nadać rangę każdemu innemu aktorowi i aktorce z Kamieńska Uralskiego. Ona jest... czy raczej nie jest... Po prostu nie sposób być mniej aktorem. Tak! Mniej aktorem, choć występuje na scenie i nie można powiedzieć, że nie ma talentu. Larysa jest idealnym wcieleniem nadmarionety Craiga. Wielki reformator teatru europejskiego myślał zapewne o niej, gdy zapowiadał pojawienie się na scenie "nieożywionych postaci", które nie będą robić nic, tylko realizować koncepcje reżysera. Koncepcje zaś mogą być dobre albo kiepskie, to nadmarionety nie interesuje. Jej rolą jest stać na scenie i czekać na polecenia. To właśnie widziałem na tamtej pierwszej próbie i odczytałem zupełnie inaczej. Później, w trakcie naszej rozmowy, zrozumiałem, że jej życiorys zawiera w sposób skondensowany życiorysy innych aktorów. Jest ich wspólnym, archetypicznym losem: spełnionych i niespełnionych marzeń, braku sukcesów, obecności porażek i sposobów radzenia sobie z tym wszystkim.

Dlatego od niej zaczynam.

Do rozmowy doszło w przeddzień mojego wyjazdu. Gdy wcześniej nagabywałem ją na korytarzu, na sali prób, na bankiecie, wymawiała się. I to nie zwykłym, banalnym wykrętem, jakim jest brak czasu. Nie było to też twarde, zdecydowane "nie, bo nie!". Po prostu nie.

- Nie mam nic do powiedzenia. Nie interesuje mnie udzielanie wywiadów. Nie lubię opowiadać o sobie.

Każdy przyzna, że to dość oryginalne jak na aktorkę.

Wreszcie, po serii działań, które na Zachodzie zakwalifikowano by jako mobbing, przyszła do mojego pokoju i na samym wstępie spytała, jak długo potrwa to przesłuchanie. Odpowiedziałem, że różnie bywa, około pół godziny, choć niektórzy rozpędzali się i bywały dwu-, trzygodzinne rozmowy. Czepiła się tych trzydziestu minut i kiedy minęły, powiedziała: "Wystarczy".

Zanim włączyłem dyktafon w telefonie, podjęła jeszcze jedną rozpaczliwą próbę i powiedziała, że nie ma nic do powiedzenia. Żadnej w tym figlarności ani pozy nie było. Prosty opis faktycznego stanu rzeczy podszyty cichą nadzieją, że machnę ręką i zrezygnuję. To nie jest najlepsza zachęta do rozmowy, ale jako się rzekło, miałem już sporo doświadczenia i wiedziałem, że w takim wypadku najlepiej zacząć od wspomnień. Ludzie zazwyczaj uśmiechają się w stronę swojej młodości i łatwiej przechodzą do opowieści o smutkach dnia dzisiejszego.

Złapała przynętę.

- Chciałam zostać piosenkarką, tak jak Ałła Pugaczowa. Byłam fanką, teraz tak się mówi... wtedy nie było tego słowa. Wycinałam artykuły i fotki z gazet i wklejałam do zeszytu. Byłam w niej... chyba mogę tak powiedzieć... zakochana i chciałam śpiewać jak ona. W życiu zawsze szłam w tę czy w tamtą stronę za głosem serca, kiedy się zakochiwałam. Skończyła się Ałła, zaczęli się mężczyźni.

- Jacy mężczyźni, proszę opowiedzieć - to było coś i czepiłem się tego wątku.

Lecz nie z Larysą takie numery.

- Potem, potem...

To "potem" nigdy nie nadeszło.

Młodzieńcze marzenia to pierwszy punkt, który pokazuje typowość Larysy. Większość pozostałych aktorów także od dzieciństwa marzyła o teatrze. Co ciekawe, te wspomnienia zawsze dotyczyły, by tak rzec, czystego aktorstwa, bez żadnych bonusów w rodzaju sławy, pieniędzy i nagród. Nikt nigdy nie wspomniał o tej koronie aktorskiego fachu. Zupełnie jakby dla nich popularność nie miała żadnego znaczenia i w ogóle się nie liczyła. Czyżby dlatego, że nigdy nie przyszła i w związku z tym jej pragnienie musiało zostać wyparte?

- Nic ze śpiewania nie wyszło, więc pomyślałam o aktorstwie. Koleżanka powiedziała, że przy Domu Kultury jest amatorskie kółko teatralne i poszłam. Miałam duże opory, bo przecież pan widzi, że jestem zamknięta i skryta.

Pewnie, że widzę. Milczymy przez minutę i jest to ociupinę kłopotliwe milczenie. Wychodzę z tej opresji dzięki mojej ulubionej prowokacji, którą stosowałem wobec starszych aktorów. Odpowiedź za każdym razem była taka sama.

- Czy duża jest różnica między teatrem z czasów sowieckich a dzisiejszym?

- Bo ja wiem, chyba nie ma żadnej.

- Naprawdę?

- Kierownictwo było inne, bardziej surowe, była dyscyplina, ale dzisiaj też jest dyscyplina.

- Naciski polityczne?

- Nie... No, były spektakle jak partia chciała, takie sowieckie, ale one nie były gorsze od innych.

Pytam, czy w dzisiejszym zespole są konflikty

- Nie ma... Może kiedyś były.

W ten sam sposób rozmawiamy o wszystkim. Każde następne zdanie wykręca o sto osiemdziesiąt stopni w stosunku do poprzedniego.

Usiłuję się dowiedzieć, w jaki sposób lubi pracować, jaki styl pracy reżysera jej najbardziej odpowiada.

- Nie lubię, kiedy reżyser krzyczy i wbija gwoździe...

- To znaczy?

- Decyduje o każdym kroku w przód, w tył, o każdym geście. To mnie blokuje i długo nie mogę się otworzyć.

- Przecież na próbie u Biełogonowa widziałem, że tak właśnie z panią pracował. Usiądź, wstań, odwróć się.

- No tak... Ja jestem nauczona, żeby wierzyć reżyserowi. Nie chcę zepsuć spektaklu. Chcę, żeby po premierze były brawa.

Larysa opowiada o aktorach, że to skomplikowani ludzie i trzeba z nimi delikatnie, bo mają swoje różne doświadczenia, marzenia i ambicje, kaprysy...

- Jakie pani ma kaprysy? - łapię ją za słowo.

- Nie jestem kapryśna.

- A marzenia?

- Może to wydać się panu śmieszne, wszystkie role, o jakich marzyłam, zagrałam

Pytam więc o te wymarzone role. Chwila namysłu...

- Kiedy zaczynałam tu, w teatrze, bardzo chciałam zagrać Babę Jagę i zagrałam ją wiele razy.

- Rola, która się nie udała?

- Nie pamiętam. Może ta z Anny.

Muszę wyciąć całkiem spory kawałek tej rozmowy. Wszystko, co dotyczy spektaklu Kto zabił Annę?, czeka na swoją kolej i ma osobne miejsce w tej opowieści.

Larysa patrzy na zegarek.

- Minęło trzydzieści minut!

Wygląda na to, że koniec, a my nie doszliśmy jeszcze do tego najważniejszego. Larysa jest rodzynkiem w kamieńskiej trupie, bowiem przez dwa lata grała w Moskwie. O lepszy teatralny adres trudno nie tylko w skali Rosji, ale i całej Europy. Znów wracamy więc do zamierzchłej przeszłości.

- W którym roku to było i jak pani tam trafiła?

- W osiemdziesiątym siódmym. Chciałam wyjechać z domu. W Moskwie odbywały się takie giełdy teatralne. Aktorzy, reżyserzy, dyrektorzy, pisarze i w ogóle ludzie teatru nawiązywali kontakty, snuli fantastyczne projekty, podpisywali angaże. Pojechałam w tajemnicy, nikomu nie powiedziałam, że szukam nowej pracy. Bałam się, że spotkam naszego głównego reżysera z Kamieńska. I oczywiście go spotkałam, więc tym bardziej nie było mowy o powrocie. Wtedy była taka moda, że aktorzy i reżyserzy organizowali studia teatralne. Sporo ich powstało w Moskwie. Zaprosili mnie do jednego i grałam tam dwa sezony. Przez pół roku nic nie płacili. Wyszłam za mąż. Zaszłam w ciążę. Urodziłam dziecko. Rozwiodłam się. Tak zeszły mi cztery lata. Wróciłam do Kamieńska, niestety już nie do teatru. Było mi wstyd, że wyjechałam podbić stolicę i nic z tego nie wyszło. Zapisałam się na kurs księgowości i zatrudniłam w więzieniu. Przepracowałam równo jeden dzień. O moim powrocie dowiedzieli się w teatrze i pod wieczór zadzwonił do mnie reżyser, ten sam, przed którym się ukrywałam na giełdzie. Powiedział, że mogę wrócić. I jestem! Pracuję! Tylko pieniędzy mało.

W Kamieńsku znaleźli sposób na brak pieniędzy. Część aktorów podłapała fuchy, które pozwalają im wiązać koniec z końcem. Określenie "fuchy" może nie jest najwłaściwsze, bo wszystko to są potrzebne i pożyteczne prace, które ktoś w teatrze i tak musi wykonywać. Ostatecznie po co zatrudniać na te etaty obce osoby, kiedy można dać zarobić kolegom.

Wowa na przykład, oprócz grania, zajmuje się PR-em i jest w tym nadzwyczaj skuteczny. Ania wyuczyła się na specjalistkę od oświetlenia i częściej widywałem ją za konsoletą niż na scenie. Elena wcześniej pracowała w kasie, a teraz dorabia jako przedstawicielka aktorskiego kolektywu, czyli łączniczka na gorącym styku trupa - dyrekcja.

Larysa jest rekwizytorką, czyli odpowiada za przedmioty, które pojawiają się na scenie. Zaprowadziła mnie do swojego królestwa. W zastawionym półkami pokoju jest wszystko, co przydaje się w sztukach, poczynając od starożytnej Grecji aż do epoki kosmicznej. Od szpilki, poprzez nóż i szpadę, do oszczepu, miecza, topora i kałasznikowa - jeśli ktoś rozglądałby się na przykład za bronią. Poza tym butelki, garnki, kosy, filiżanki, radia, hełmy, ordery, maszynki do mięsa, trąbki, gitary, menzurki - wszystko, z czego składa się świat. Lecz te gadżety bez opisu i katalogu są tylko stertą rupieci. Larysa uporządkowała chaos w sposób doskonały. Do tego ma talent i w tym mało artystycznym fachu została wirtuozem. Trzeba sobie wyobrazić, jak wygląda "zabezpieczenie przedstawienia w rekwizyty". Tylko do jednego, średnio obsadzonego spektaklu potrzebne są następujące drobiazgi: megafon, budka telefoniczna, ławka, popiersie Puszkina, radioodbiornik, walizka [wewnątrz: biały podkoszulek, woda kolońska, szary golf, butelka wódki (w środku woda)], maszyna do pisania, siedem słupków ogrodzeniowych z linkami, fragment karoserii autobusu, pistolet, mąka, popielniczka, teczka, portret Hannibala, akordeon, ręczniki, papierosy, zapałki, zapalniczka, lewatywa, chleb w gazecie, wiadro i garnuszek, fotografia Tani, butelka piwa (napełniona wodą), album fotograficzny, mydelniczka, banknoty, monety, pluszowy piesek, podstawka maszyny do pisania (druga), siedem butelek, miotełka, kilka niebieskich kartek, dziewięć papierowych kubków, kolejna butelka wódki (także z wodą), waza z kwiatami, ogłoszenia na budce telefonicznej, bochenek chleba, kiełbasa zawinięta w gazetę, torba (w środku książka i widokówka), skrzynka na narzędzia, zawinięte w szmatkę jajko, cebula i dwa pierożki...

Uff, to nie wszystko, ale poniechajmy już tej wyliczanki! Cały ten kram trzeba zewidencjonować, wydać z magazynu, dopilnować, żeby się nie zniszczyło i baczyć, by wróciło na stan. Każde przedstawienie ma swoje rekwizyty i co wieczór, wraz ze zmianami na afiszu, na scenie muszą pojawić się nowe. Nieużywane trzeba włożyć do pudeł i skrzyń, używane wyjąć. Przedstawiona powyżej niepełna lista "zabezpiecza" spektakl, który nie jest wyjątkowo bogaty w różne duperele. Bywają gorsze.

Larysa, żeby to ogarnąć, nauczyła się Excela, w tabelach ma wszystko wyszczególnione, policzone, zaksięgowane i wycenione. Rekwizyty dzielą się na dwie podstawowe kategorie: wielokrotnego i jednorazowego użytku. Wielokrotnego użytku są na przykład zapalniczka i wiadro, zaś jednorazowego: woda (5 litrów), kiełbasa gotowana i taśma samoprzylepna (zwykła bądź ozdobna). Larysa opanowała programy graficzne Corel i Photoshop, aby każdy z tych drobiazgów w postaci fotografii lub rysunku umieścić na wirtualnej scenie. Grafiki są integralną częścią scenopisu. Pokazywała mi z dumą swoje prace. Kiedyś takie rzeczy robiono ręcznie, lecz Larysa postawiła na digitalizację. Ile czasu musiała nad nimi spędzić, wie tylko ona. Naprawdę ma się czym pochwalić.

Nie lubi mówić o sobie, więc nigdy nie powie, że jest dobrym, wspaniałym, cichym i spokojnym człowiekiem. Tak zwyczajnie, po ludzku dobra, jak nikt w całym teatrze. Nie ukrywają tego jej koledzy. Kiedyś przyszła na próbę - tę właśnie, na której Biełogonow sztorcował ją, gdzie ma stanąć i kiedy się obrócić - i wręczyła każdemu po sztucznym kwiatku, który był jednocześnie długopisem. Chińskie badziewko za kilka kopiejek. Wraz z prezentem miłe słowo i ciepły uśmiech. Na tej próbie było dużo krzyku i kwiatek bardzo ją ocieplił.

W Excelu rekwizyty wtłacza się w zestawienie, gdzie są tylko wyliczoną i wycenioną pozycją księgową. Smutno im w tych rubrykach.

Na grafikach Larysy, pogrupowane wedle scenicznych potrzeb, zaczynają czuć się troszeczkę jak artyści.

Pełnoprawnymi uczestnikami spektaklu stają się dopiero na scenie...

... a potem w ciszy magazynu czekają na kolejny występ.

Dlaczego jest właśnie taka? Mam swoją sekretną teorię i możecie się z niej śmiać... Dawno temu, w czasach, kiedy chciała podbić Moskwę, podczas spaceru na Patriarszych Prudach podszedł do niej jegomość, którego wygląd szczegółowo opisany jest w innej książce: "nie utykał na żadną nogę, nie był ani mały, ani olbrzymi, tylko po prostu wysoki. Co zaś dotyczy zębów, to z lewej strony były koronki platynowe, a z prawej złote. Miał na sobie drogi szary garnitur i dobrane pod kolor zagraniczne pantofle. Szary beret dziarsko załamał nad uchem, pod pachą niósł laskę z czarną rączka w kształcie głowy pudla. Lat na oko miał ponad czterdzieści. Usta jak gdyby krzywe. Gładko wygolony. Brunet. Prawe oko czarne, lewe nie wiedzieć czemu zielone. Brwi czarne, ale jedna umieszczona wyżej niż druga"[1]. Ów dziwaczny typ zadał Larysie iście diabelskie pytanie: czy woli sławę, pieniądze, zgiełk wielkiego świata i podróże, czy ciche, spokojne życie, wychowanie dziecka, rolę Baby Jagi i liczenie teatralnych sztućców? Larysa, choć wtedy jeszcze nosiła w sobie zadatki i na człowieka, i na aktora, szybko dokonała wyboru. Typ aż zazgrzytał zębami... Zdecydowała się skorzystać z tych zadatków, które wyprowadzą ją na człowieka.

[1] M. Bułhakow, Mistrz i Małgorzata, tłum. A. Drawicz, Warszawa 1995.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki