Fotografie ojca, którego nie
było
Jeżeli wspominam
o moich przodkach, to dlatego, że są oni dla mnie siłą.
[...] Jest to jakby kotwica, której linia idzie w głąb,
trzyma nas niedaleko pewnego punktu.
Czesław Miłosz
Ojciec w eleganckim mundurze pilota
RAF, z krótko przystrzyżonym wąsem. Dżentelmen z nienagannie
zaczesaną grzywką pozujący do fotografii przed samolotem w czapce
oficerskiej i skórzanych, wypolerowanych butach. Ojciec w towarzystwie
uśmiechniętych wojskowych na skrzydle samolotu. Wyprostowany,
dumnie siedzący na krześle, otoczony innymi pilotami. W Egipcie
przed posągiem Sfinksa. Poważny i skryty. Bohater swego kilkuletniego
syna, który buduje jego obraz ze szczątków opowieści snutych przez
matkę.
- Co on tam robił? Dlaczego w 1942 roku poleciał do
Egiptu? Dlaczego zawsze siedzi w centrum, na najważniejszym miejscu,
otoczony wianuszkiem wojskowych? Dlaczego nigdy nie opowiadał nam
o tym w domu, już po wojnie?
Dla Andrzeja ojciec jest zagadką, postacią owianą
legendą, tajemniczym mitem. Jego historia, pełna niedopowiedzeń
i niejasności, wzbudza w nim do dziś nienasyconą ciekawość.
- Podejrzewam, że należał do
"dwójki"[4]. Na pewno miał do spełnienia jakąś ważną
misję. Wszystko było tajne, dlatego w domu po wojnie siedział zawsze
cichy, zamknięty w sobie. Ten sekret, który nosił w sobie, nie daje mi
spokoju. Dlaczego nigdy nie zapytałem go otwarcie o powód, dla którego
musiał wylecieć z Polski na dwa dni przed wybuchem wojny?
Pytania bez odpowiedzi, zawieszone, zadawane obsesyjnie
podczas rozmów ze starszą siostrą.
- Halusia, ty wiesz, czy ojciec nie musiał zawieźć
tajnych dokumentów, rozszyfrowanych kodów Enigmy? Halusia... Jak
myślisz?
Milczenie w słuchawce. Halina też nie zna
odpowiedzi.
Andrzej siedzi pochylony nad biurkiem, wyjmuje
z niewielkiego pudełka stare zdjęcia, pożółkłe dokumenty, listy
rodziców, przedwojenny paszport ojca. Bierze go z namaszczeniem do ręki,
uważnie czyta, literuje każde słowo, wpatruje się w dokument, jakby
chciał się z niego dowiedzieć jego prawdziwej historii. Kontempluje
każdą stronę, nabożnie przerzuca kartki. Zatrzymuje wzrok na
czarno-białej fotografii, z której spogląda na niego poważna twarz
ojca. Mieczysław Bukowiński. Urodzony w Kijowie w 1898 roku.
Zna ojca ze zdjęć, z opowiadań matki, z niewyraźnych
wspomnień Halusi. Podczas wojny w domu na Mokotowskiej Andrzej
mieszka z matką, siostrą, babką i stryjem - bratem bliźniakiem
ojca. Widzi te same równo przystrzyżone wąsy, to samo spojrzenie, ten
sam zdyscyplinowany krok. Różni ich charakter, sposób bycia. Stryj
Stanisław jest szalony i spontaniczny. Galant i bawidamek, wieczny
kawaler. Towarzyszy im swą cichą obecnością, po pracy w wodociągach
pomaga w domowych obowiązkach. Zastępuje ojca, którego nie ma, lecz
który wciąż jest obecny w rozmowach. Jego obecnością nasycona jest
kuchnia, w której matka wieczorami opowiada dzieciom o jego bohaterskich
wyczynach.
Andrzej wyciąga z pudełka kolejne fotografie starannie
przewiązane tasiemką. Ostrożnie rozwiązuje supełek, przygląda
się zdjęciom. Matka na balu absolwentów wydziału farmacji (1932),
ojciec zjeżdżający po ośnieżonym stoku na nartach (Krynica, 1935),
siedmioletnia Halusia pchająca wózek z Andrzejem w parku (Warszawa,
1943), Andrzej w krótkich spodenkach na kolanach u matki (Warlubie,
1946). Pierwsze zdjęcie, na którym pojawią się razem ojciec z synem,
będzie miało na odwrocie podpis: Anglia, 1947. Stoją na nim przed
domem - rodzice z tyłu, przed nimi dosięgający im do pasa Halusia
i Andrzej. Ojciec trzyma dłonie na ramionach syna. Stryj pewnie robi
zdjęcie. Zawsze jest gdzieś na uboczu, w cieniu, jakby nie chciał
przeszkadzać.
- Nasze pierwsze zdjęcie rodzinne, 1947 rok. W wieku
siedmiu lat poznałem mego ojca.
List od ojca, wrzesień 1940
Andrzej ma sześć miesięcy. Matka
już od ponad roku nie widziała ojca, który na dwa dni przed wybuchem
wojny wyleciał z Okęcia do Francji. Gdy żegnali się na lotnisku,
była już w pierwszych miesiącach ciąży, ojciec o niczym jeszcze
nie wiedział.
Czerwony stempel w paszporcie ojca nie pozostawia
wątpliwości: "Posterunek Policji Państw. Lotnisko - Okęcie. Wyjazd
dn. [wpisano ręcznie] 30 VIII 39". Na następnej stronie kolejny
stempel z informacją: "Wydano zaświadczenie o wywozie środków
płatniczych i walorów N? [wpisano ręcznie] 965, Warszawa, dn. 29
sierp. 1939. Bank Polski. Wydział Zagraniczny" oraz dwie wizy - do
Danii i Francji.
Andrzej otwiera paszport na stronie
z pieczęciami:
- To nie są romantyczne legendy o ojcu, które matka
mogłaby snuć, byśmy żyli w przeświadczeniu o jego bohaterstwie,
o misji, którą miał do spełnienia. Tu jest wszystko napisane. Czarne
na białym.
List z datą dwudziestego piątego września 1940 roku
doszedł do matki w dniach, gdy musiała przewijać pieluchy Andrzejowi,
opiekować się Halusią, chodzić codziennie do pracy w aptece.
A wszystko to w okupowanej przez Niemców Warszawie, tej pięknej Warszawie
zwanej niegdyś Paryżem Wschodu, gdzie na kawę i ciastka chodziło
się do Café Louvre, a kobiety z arystokracji ubierały się w Atelier
de Couture. Andrzej jednak urodził się już w innej Warszawie, bez
jej przedwojennego blasku, w zbombardowanej stolicy, w której Niemcy
codziennie organizowali łapanki.
W takich okolicznościach matka otrzymała list:
Najdroższa Poluchno moja! Ponieważ
dziś wieczorem wyjeżdżam do nowego miejsca przydziału, gdzie będę
miał pracę związaną z lataniem, więc na wszelki wypadek piszę ten
list. Jestem głęboko przekonany i wierzę w to mocno, że dobry Bóg
pozwoli nam jeszcze być razem i szczęśliwie w miłości rodzinnej
kontynuować wspólnie naszą wędrówkę na tej ziemi. Wówczas list
ten wspólnie byśmy sobie przeczytali, niezbadane są jednak wyroki
Boże i trzeba bez protestu wszystkiemu się poddać. Od momentu
odjazdu, a raczej odlotu mego z Warszawy do Paryża w pamiętnym
dla mnie dniu 30 VIII 39 sporo minęło już czasu - dużo też
przeżyłem i przemyślałem za ten okres. Nie będę szczegółowo
opisywał tych smutnych dla mnie chwil, które rozpoczęły się od
pamiętnego pierwszego dnia wojny. Najgorsze były te pierwsze miesiące
do dnia otrzymania pierwszej wiadomości od Ciebie, najdroższe moje
słoneczko. Coraz gorsze wiadomości w pierwszych tygodniach wojny,
świadomość, że Ojczyzna wali się w gruzy, piekąca troska o Wasz los
oraz świadomość, że możecie być w niebezpieczeństwie - wszystko
to razem stwarzało dla mnie atmosferę wprost okropną.
Czytając ten list, Andrzej zastanawia się, czy
matka opowiedziała kiedyś ojcu o tym, jak minęły jej pierwsze
miesiące wojny. Czy wspomniała, jak przed narodzinami Andrzeja
opuściła na kilka tygodni Warszawę? Szła powoli z okazałym już
brzuchem obok furmanki, na której siedziały Halusia i jej guwernantka,
nauczycielka francuskiego. Co jakiś czas zeskakiwały z wozu i razem
z matką ukrywały się w rowach przed nalotami niemieckich samolotów. Czy
pisząc ten list, potrafił on sobie wyobrazić żonę, która na kilka
tygodni przed rozwiązaniem kuliła się ze strachu, z przerażeniem
patrząc w niebo, jedną ręką obejmując kilkuletnią córkę, drugą
podtrzymując brzuch?
Czy opowiedziała mu kiedyś o tym, jak któregoś dnia
w Warszawie jechała z Halusią tramwajem, który nagle został zatrzymany
między jednym przystankiem a drugim? Niemcy zatrzymali trzy tramwaje, one
jechały tym trzecim. Zdziwione wyjrzały przez okno i zobaczyły ludzi
w panice wysiadających z pierwszych dwóch tramwajów. Z podniesionymi
do góry rękoma, poszturchiwanych kolbami karabinów, upadających
bezbronnie na ulicę. W ciągu kilku chwil wszystkich rozstrzelano,
trzeci tramwaj przepuszczono. Ruszył. Matka ścisnęła mocniej dłoń
córce, obie spojrzały na siebie. Tym razem miały szczęście. Halusia
zapamiętała tylko widok plam krwi na ulicy:
- I od razu rozrzucono kwiaty w tym miejscu. Polacy
przywiązują wagę do symboli - wspomni po latach Halina.
Nie masz pojęcia, kochana moja
maleńka, jaką szaloną radość sprawiła mi pierwsza otrzymana
od Ciebie pocztówka napisana tak dobrze mi znanym charakterem Twojej
kochanej rączki. Było to prawie w cztery miesiące po moim opuszczeniu
kraju. [...] Kupiłem sobie wreszcie ładne dwie rameczki i odtąd
fotografie Wasze stale towarzyszą mi. Gdy idę spać, mówię Wam
dobranoc, gdy się budzę, radosne i jasne Wasze liczka mówią mi: Dzień
dobry. Od tej pory zawsze jest jaśniej i weselej w moim pokoiku.
Ojciec mieszkał we Francji, potem w Anglii. Matka
w Warszawie, w mieszkaniu przy ulicy Mokotowskiej 41, zachowując pozory
normalnej rodziny w tych nienormalnych okolicznościach. Opowiadała
o ojcu, gotowała obiady, chodziła do pracy w aptece. Jeszcze przed
wojną ukończyła studia farmaceutyczne. Pracę w aptece zaproponował
jej znajomy Żyd. Podczas okupacji apteka, w której pracowała,
znalazła się na terenie getta otoczonego wysokimi murami. Matka miała
przepustkę, codziennie przechodziła przez jego bramę, po pracy wracała
do domu. Kiedy jedna z klientek apteki poskarżyła się, że nie ma
co jeść, matka zaczęła zastanawiać się, w jaki sposób mogłaby
jej pomóc. Po kryjomu zaczęła przynosić jej jedzenie, a z czasem
także przemycać futra Żydówek do miasta, gdzie je sprzedawała,
a zdobyte w ten sposób pieniądze lub kupione za nie jedzenie przynosiła
następnego dnia z powrotem do getta. Przychodziła późną jesienią
rano do pracy bez płaszcza, by wieczorem móc wynieść futra na sobie
i nie wzbudzić podejrzeń niemieckich strażników. Czy myślała wtedy
o konsekwencjach, jakie mogła ponieść za pomoc Żydom? Czy tego
wszystkiego mógł domyślać się ojciec?
Kilkuletni Andrzej niewiele z tego rozumiał. Nie
rozumiał też, dlaczego do drzwi ich mieszkania tak często pukali
Niemcy, pytając o Mieczysława Bukowińskiego. Halusia stawała wtedy
przed matką i odpowiadała za każdym razem wyuczoną na pamięć
formułką:
- Tatuś umarł.
Ale żeby nikt nie miał wątpliwości, że ojciec
żyje, wieczorami matka przerywała krzątanie, siadała z dziećmi przy
kuchennym stole i przy łagodnym świetle lampy zaczynała snuć o nim
opowieści, a one słuchały z przejęciem historii o odważnym pilocie
z równo przystrzyżonym wąsikiem, który lata samolotem gdzieś daleko,
w Anglii, i już pewnie niedługo znów pojawi się w domu. Andrzej
nie przestawał karmić swej wyobraźni obrazami ojca szybującego
w przestworzach.
Co jakiś czas widział matkę nerwowo otwierającą
koperty z zagranicznymi znaczkami:
Specjalnie mocnym fragmentem
z otrzymanych od Ciebie listów była wiadomość tak bardzo dla mnie
radosna o narodzeniu się naszego maleńkiego Andrzejka. Trudno mi
opisać uczucia, jakie we mnie wzbudziła ta radosna nowina. Z jednej
strony szalona radość, że mamy tak upragnionego syneczka, a z drugiej wzmożona troska o dalsze losy Waszej już nie najdroższej mi
dwójki, a trójki... [...] Kocham Was troje tak bardzo, że doprawdy
brak mi wprost słów na opisanie tego uczucia. Nie ma chyba godziny
w ciągu dnia, ażebym o Was nie myślał, Poluchno, moja najdroższa
żoneczko, moja Ty kochana "wierna rzeko", byłem i nadal będę
Ci zawsze wierny, wiem, że mi tak ufasz jak ja Tobie i że sobie wiary
małżeńskiej dotrzymamy do końca, aż do grobowej deski, jak żeśmy
to sobie w pamiętnym dniu 7 października 1933 roku u Zbawiciela
przysięgali.
Andrzej urodził się bardzo słaby. Był
marzec 1940 roku, siedem miesięcy wcześniej Warszawa została
zbombardowana. Któregoś dnia, gdy dziecko w kołysce zdawało
się marnieć w oczach, zatroskana matka zwróciła się z prośbą do
wuja, doktora Witolda Horodyńskiego, by je obejrzał. Ten popatrzył,
popukał w klatkę piersiową delikatną jak skorupka ptasiego jajka
i stwierdził:
- Pola, nie masz się o co martwić. Ten pędrak,
mimo że chudy jak palec, jest szeroki w ramionach. Przeżyje i jeszcze
kiedyś będzie silny.
I tak się stało. W tych ciężkich warunkach okupowanej
Warszawy, kiedy czasem zdobycie mleka dla dziecka graniczyło z cudem,
Andrzej zaczął przybierać na wadze. Opiekował się nim również
stryj, który mieszkał w tym samym mieszkaniu i pomagał w rodzinnych
obowiązkach, zastępując nieobecnego ojca. Pracował jako inżynier
architekt w wodociągach Warszawy, co kilkakrotnie uratowało mu
życie, gdy podczas powstania musiał ukrywać się w kanałach. Pewnej
nocy usłyszał hałas na klatce. Przyszli, by go aresztować za
działalność w Armii Krajowej. Wyszedł blady ze strachu w piżamie na
korytarz i nasłuchiwał, kiedy Niemcy zapukają do ich drzwi. Ale oni
zapukali do mieszkania sąsiadów, którzy mieszkali naprzeciwko.
- Boisz się? - zapytała go szeptem matka.
Przytaknął, z trudem przełykając ślinę.
Chwilę później usłyszeli oddalające się
kroki. Odpalono silnik, samochód odjechał. Znów zapadła cisza. Andrzej
zapłakał w kołysce przy łóżku matki.
A ojciec z Francji dalej pisał do matki:
Wiem dobrze, że jesteś dzielna
i potrafisz walczyć z trudnościami losu, przykro mi jednak, że nie mogę
Wam w obecnych warunkach pomóc. [...] Pamiętam jak dziś pierwsze nasze
spotkanie, zaręczyny, ślub i te wszystkie fragmenty naszej pięknej
miłości. Kochana moja maleńka, nie masz pojęcia, ile bym dał za to,
ażebyśmy mogli się znów połączyć razem i mieszkać w bezpiecznych
warunkach we czwórkę na ojczystej ziemi. Wyobrażam sobie, jak musiała
ładnie urosnąć Halunia, słodka córuchna nasza kochana. [...] Oczami
duszy widzę naszego kochanego, maleńkiego syneczka. Andrzejek już ma
pół roku - musi być już dużym chłopaczkiem.
- Widzę ją, jak czyta w nieskończoność ten list,
jak pielęgnuje w pamięci obraz ojca i miłość do niego. Widzę ją
z dwójką niezaradnych dzieci do wykarmienia w okupowanej Warszawie,
widzę jej odwagę, siłę i opanowanie. Nigdy nie widziałem, by
przy nas płakała. - Andrzej składa list ojca i chowa z powrotem
do pudełka, które przechowuje rodzinne wspomnienia. Wyciąga z niego
przedwojenny zegarek i angielski Travel Document wystawiony Apolinarii
w 1949 roku. Palcem wskazuje opis matki:
Description
Height - 5' 5''
Hair - brown
Color of eyes - blue
Nose - roman
Shape of face - oval
Special peculiarities - -
Ciąg dalszy w wersji pełnej