Prolog
Któregoś dnia szukałam jakiegoś teledysku na YouTubie, kiedy moją uwagę przykuł widniejący z boku ekranu link pod nazwą: Fiona Apple Cover of The Whole of the Moon - Live Version[1]. Często słyszałam, jak mówi się o tej piosence, napisanej przez Mike'a Scotta w połowie lat osiemdziesiątych, że to hołd dla wyjątkowych, inspirujących artystów. Ta interpretacja ma dużo sensu, zwłaszcza gdy spojrzeć na najczęściej cytowany fragment tekstu: "Widziałam tylko jego sierp / ale ty widziałaś całą tarczę księżyca".
Równie uderzająca jak tekst jest dynamiczna aranżacja Scotta, oparta na smyczkach, syntezatorach, sekcji dętej i tryskającym energią chórku. Do mieszanki dorzucono nawet efekt dźwiękowy spadającej komety - jeśli ktoś jest muzycznym maniakiem tak jak ja, wie zapewne, że Scott uzyskał go, przepuszczając przez echosondę odgłos fajerwerków z biblioteki dźwiękowej BBC...[2] Ale gdy wsłuchać się uważnie w słowa pierwszego refrenu, można wyłuskać z nich inne znaczenie: "Byłaś w blokach startowych / W plecy wiał ci wiatr / Próbowałaś sięgnąć gwiazd / Znasz to uczucie / Sięgać za wysoko / Za daleko / Za szybko / Zobaczyłaś całą tarczę księżyca".
Być może uważacie, że niepotrzebnie tak to roztrząsam. Myślicie sobie, że to po prostu dobra piosenka, i prawdę mówiąc, drażni was, jak bardzo się tym przejmuję. Jednak z czystej ciekawości klikniecie zapewne w ten link do wersji Fiony Apple. Jeśli tak zrobicie, przekonacie się, że jej cover to coś więcej niż tylko hołd dla ciekawych, kreatywnych ludzi. Gdy śpiewa, jej twarz rozświetlają przebłyski smutku, pasji, goryczy i wściekłości. Jej szorstki głos chwilami brzmi, jakby miał się załamać.
W rzeczywistości jednak staje się coraz mocniejszy; z każdą kolejną zwrotką Apple rośnie w siłę. Kołysze się przed mikrofonem jak bokser. Kartka z tekstem drży w jej rękach. "Prawda odebrała mi mowę, PRZEBIŁAŚ SIĘ PRZEZ KŁAMSTWA..." W którymś momencie zaczyna tupać, wybijając stopą rytm. W końcu, gdy muzyka cichnie, podnosi wzrok, uśmiecha się, przez chwilę radośnie tańczy, po czym pada na kolana, wiedząc, że to był prawdziwy ogień.
Ale dlaczego akurat "ogień" i co to właściwie znaczy? Na to pytanie pomoże odpowiedzieć link do innego filmiku z Fioną Apple w roli głównej. Tym razem leży z otwartym laptopem na łóżku i rytmicznie podrygując, ogląda Sinéad O'Connor śpiewającą Mandinkę na rozdaniu nagród Grammy w 1989 roku[3].
Technicznie rzecz biorąc, nie jest to występ pokroju Queen na Live Aid. Po pierwsze, O'Connor śpiewa ewidentnie z playbacku. Po drugie, jej głos nieco rozjeżdża się z podkładem; zresztą na scenie nie ma nawet zespołu. Ale wszystko to nie ma znaczenia. Apple szaleje przed ekranem, machając głową do rytmu i razem z O'Connor poruszając ustami do słów piosenki: "Nie wiem, co to wstyd / Nie wiem, co to ból / Nie widzę płomienia!".
W tym momencie Apple przestaje podśpiewywać pod nosem i podkręca głośność na maksa. Resztę występu ogląda w niemym zachwycie, potem całuje ekran. Po skończonej piosence zaczyna wiwatować i woła swojego psa, do którego krzyczy: "Wiem! Ona jest zajebista! To nasza bohaterka!".
Czuję, jak udziela mi się ta energia, więc klikam w filmik wyświetlony na pasku po prawej stronie. Po raz kolejny pojawia się w nim Apple. Jest zaledwie kilka chwil później, ale tym razem patrzy (prawie) prosto w kamerę. Smutnym, poważnym tonem mówi: "Cześć, Sinéad O'Connor. Jestem Fiona Apple. Chcę, żebyś wiedziała, że jesteś moją bohaterką"[4].
Co tu się właśnie wydarzyło? Apple wyjaśnia, że przed chwilą widziała całkiem inne nagranie O'Connor, niebędące bynajmniej zapisem scenicznego triumfu. Nie mówi tego wprost, ale z kontekstu jasno wynika, że chodzi o dwunastominutowy monolog wygłoszony niemal trzydzieści lat po tamtym występie na gali Grammy. Nagranie, zarejestrowane w hotelu sieci Travelodge i opublikowane na Facebooku w 2017 roku, stanowi przejmującą manifestację jej udręki i samotności. O'Connor, ocierając łzy, opowiada prosto do kamery o swoich problemach ze zdrowiem psychicznym i nachodzących ją myślach samobójczych[5].
"Nie chcę, żebyś tak się czuła", mówi Apple w odpowiedzi na jej ból. Podkreśla, jak dużo O'Connor z siebie dała, jak bardzo ona chciałaby teraz przy niej być i że jest jej przyjaciółką. "Tylko tyle chciałam powiedzieć - dodaje. - Jesteś moją bohaterką". Po tych słowach film się nagle kończy.
Na tym etapie dociera do mnie, że klikając w kolejne nagrania, tak naprawdę zbliżałam się do sedna mojej własnej historii, sięgającej wiele pokoleń wstecz. Bo widzicie, ja sama dobrze rozumiem, co znaczy zbliżyć się do ognia, który niemal spala cię na popiół.
Moja matka dorastała w południowej Filadelfii, w dzielnicy o nazwie Devil's Pocket - określanej w ten sposób za sprawą lokalnego księdza, według którego tamtejsze dzieciaki były takimi łobuzami, że ukradłyby dolara z kieszeni samemu diabłu[6]. To miejsce stało się częścią jej samej. Kiedy wyszła za mojego ojca i przeprowadziła się z nim na drugi koniec miasta, żyła w jego cieniu, tak samo jak przedtem żyła w cieniu swojego ojca. Był to ciemny, groźny cień i jako dziecko nauczyłam się go bać.
Mój ojciec zmagał się ze swoimi "demonami" - głosami w głowie, które popychały go do przemocy bez żadnego wyraźnego powodu. Matka albo przymykała na to oko, albo mówiła mi, że widocznie musiałam go czymś sprowokować. A poza tym jego pięści to nic w porównaniu z pasem, którym kiedyś bił ją ojciec, więc doznawane krzywdy nie czynią mnie nikim wyjątkowym.
Nie byłam nikim wyjątkowym. Ale byłam inna - zbyt drobna, zbyt inteligenta, zbyt samoświadoma jak dla niej i, czego się obawiałam, dla reszty świata. Udawałam więc, że mam wszystko w dupie, ale tak naprawdę wszystkim się przejmowałam, aż za bardzo. I wiedziałam, że większość moich uczuć nie jest w porządku... szczególnie te queerowe - czułam się przez nie bardziej jak chłopak, któremu podobają się dziewczyny, niż jak dziewczyna, której podobają się chłopaki. Przekułam swoją alienację i wstręt do samej siebie w marzenia o zajebistej rockandrollowej przyszłości, inspirowane głównie wiedzą czerpaną z radia i telewizji.
T, moja najlepsza przyjaciółka, miała MTV, więc razem zrywałyśmy się z lekcji w liceum i przesiadywałyśmy u niej w domu, paląc trawę i oglądając teledyski. Te wszystkie skórzane paski, suwaki i agrafki; czysta energia i brawura. Wyobrażałam sobie, że jestem na scenie z zawieszoną nisko gitarą, jak moi zbuntowani idole. Uciekałam na drugą stronę ekranu, gdzie czekało na mnie inne życie.
Nie mając odwagi, żeby faktycznie spróbować stać się kimś takim, nosiłam krótkie, nastroszone włosy i nie żałowałam czarnej kredki do oczu, uzyskując coś w rodzaju hybrydy Joan Jett i Chrissie Hynde. Następnie zaliczyłam kilka falstartów w szkole wyższej, a potem zaczęłam odmóżdżającą pracę, polegającą na wklepywaniu danych do komputera. W 1991 roku cudownym zrządzeniem losu wylądowałam w Hampshire College, uczelni jak z innej planety, gdzie największą popularnością cieszyły się wyrzutki, dziwolągi i świry wszelkiej maści.
Tam właśnie poznałam swoją pierwszą dziewczynę, zaczęłam czytać Michela Foucaulta i Judith Butler, a także odkryłam nieznane mi wcześniej muzyczne światy: hip-hop, trip-hop oraz nowe brzmienie określane jako grunge. Jedna ze współlokatorek zapoznała mnie nawet z różnymi artystami queerowymi. Kto by pomyślał, że coś takiego w ogóle istnieje?
Wciągnęłam się we Phranca, ale nie w Cris. Uwielbiałam Two Nice Girls, ale nie lubiłam Indigo Girls, k.d. Lang, Melissy Etheridge, Tracy Chapman ani nikogo, kto dla moich młodych, gniewnych uszu brzmiał choćby w przybliżeniu jak mainstreamowy pop. Do kampusowej legendy przeszedł fakt, że jednego razu przenocowałyśmy u siebie na stancji zespół Chumbawamba, na długo przed sukcesem Tubthumping, kiedy kapela nie zatraciła jeszcze swoich anarchokomunistycznych korzeni. Scena Riot Grrrl była wciąż w powijakach, tysiące kilometrów ode mnie, i po raz pierwszy miałam usłyszeć o niej dopiero za kilka lat.
Jeśli chodzi o Sinéad O'Connor, to tak jak reszta świata poznałam ją za sprawą jej mocno promowanego w MTV megahitu Nothing Compares 2 U z 1990 roku. Ale jeśli nie byłam do niej przekonana, to dlatego, że na tamtym etapie kategorycznie odrzucałam pop, który w moim rozumieniu oznaczał wszystko, co grano z jakąkolwiek częstotliwością w jakiejkolwiek stacji radiowej.
Nawet po jej niesławnym występie w Saturday Night Live w 1992 roku zapewne nie różniła się w moich oczach niczym od Michelle Shocked albo Ani DiFranco czy też od różnych lokalnych wykonawców folkowych luźno powiązanych ze środowiskiem queerowym, którzy występowali w kawiarniach w rejonie Northampton w stanie Massachusetts. Na kampusie praktycznie wszystkie dziewczyny, w tym moja współlokatorka, nosiły wojskowe buty i miały ogolone głowy. W tej społeczności nie wystarczyło podrzeć zdjęcia papieża, żeby uchodzić za kogoś prawdziwie radykalnego.
Przez całe studia podyplomowe, późniejszą karierę akademicką i wczesne lata pracy dziennikarki muzycznej moja opinia na temat O'Connor pozostała w dużej mierze niezmieniona. Moją rzekomą wiedzę na jej temat determinowały niekończące się nagłówki w tabloidach: wzięła ślub, rozwiodła się i tak dalej, i tak dalej. Ogłosiła, że jest lesbijką, a nie, jednak już nie jest. Wyświęcono ją na katolickiego księdza. Ups, a teraz została muzułmanką. Od dzisiaj nazywa się Magda Davitt. A teraz Shudada Sadaqat. Zdiagnozowano u niej zaburzenie dwubiegunowe. Nie, tak naprawdę ma osobowość typu borderline. I jeszcze zespół stresu pourazowego. Właściwie to jej wszystkie wahania nastroju stanowią pokłosie histerektomii. Ach tak, nie zapominajmy, że raz pobił ją Prince, a Arsenio Hall był jej dilerem narkotyków. Nie zmieniajcie kanału, wszystko to już dziś w programie Dr. Phil.
Nie miałam pojęcia, że O'Connor przez cały ten czas była aktywna artystycznie: że wydała ponad dziesięć albumów solowych, a także wiele singli, nagrywała piosenki do filmów i wraz z innymi artystami pojawiała się na koncertach charytatywnych. Nie wiedziałam, jak trzeźwe i przenikliwe bywały jej publicznie wygłaszane komentarze i że kiedy się czemuś sprzeciwiała, z reguły miała rację, zwłaszcza w odniesieniu do naprawdę istotnych kwestii.
Miała rację, mówiąc o tolerowaniu i tuszowaniu przypadków molestowania dzieci w Kościele katolickim. Miała rację, krytykując przemysł muzyczny za definiowanie sukcesu w kategoriach wyłącznie komercyjnych. Zwracała uwagę na szeroko rozprzestrzeniony w branży rasizm i na to, jak wykorzystuje się w nim i ucisza kobiety, kupcząc nimi, póki są młode, a potem porzucając. Nade wszystko miała rację, gdy poszukiwała własnej prawdy i głośno o niej mówiła, chociaż zapłaciła za to straszliwą cenę.
Niedawne fale rozliczeń, jak te zapoczątkowane przez ruchy #MeToo i Time's Up, dodatkowo uwypuklają fakt, że szczyt sławy O'Connor jako globalnej gwiazdy pop przypadł na wczesne lata dziewięćdziesiąte[7]. W debacie publicznej praktycznie nie istniał wówczas temat zdrowia psychicznego, nie rozumiano też, w jaki sposób publiczna ekspresja bólu wiąże się z traumą. Jednocześnie paparazzi, plotkarskie szmatławce i szukające sensacji talk-show zarabiały miliony na niszczeniu kobiet. Brakowało mechanizmów pomagających kobietom w opowiadaniu własnych historii, kontrolowaniu własnego przekazu czy bronieniu się przed mizoginicznymi pomówieniami.
W rezultacie media nader często podtrzymywały i potęgowały traumę, a jej sprawcy nie byli pociągani do odpowiedzialności. Nawet gdy kobiety decydowały się wyrazić głośno swój sprzeciw, ich protesty obracano przeciwko nim, używano jako amunicji, żeby je zdyskredytować albo ośmieszyć.
Wchodzenie w kolejne linki towarzyszące tamtemu nagraniu z Fioną Apple okazało się dla mnie zaledwie początkiem podróży. Im bardziej zdawałam sobie sprawę, jak mocno ta problematyczna rama narracyjna zaciemnia moje postrzeganie O'Connor, a także doświadczenie i rozumienie trajektorii mojego własnego życia, tym bardziej świadomie mogłam ją zacząć rozmontowywać. Aby zrealizować to przedsięwzięcie, cofnęłam się w czasie i ponownie przeanalizowałam wywiady i publiczne wypowiedzi O'Connor sprzed lat, jeszcze raz uważnie wsłuchałam się w jej piosenki, tak naprawdę słysząc je niejako po raz pierwszy, i pochyliłam się nad wszystkim, co do tej pory mi umknęło.
Czasem, gdy mówiłam ludziom, czym się zajmuję, w odpowiedzi przewracali oczami albo stwierdzali wprost: "Kawał wariatki, co?". Zdarzało się też, że pytali mnie, czy sama przypadkiem nie zwariowałam, co nie było przyjemne, ale za każdym razem, gdy spotykałam się z taką reakcją, jeszcze bardziej obstawałam przy swoim. Czułam, że to jedyny sposób, by zrozumieć, skąd się bierze cała ta wrogość, i co jeszcze ważniejsze, by nauczyć się, jak ją pokonać.
Z początku zakładałam, że moja retrospekcja dotyczy artystki, która ostatecznie wycofała się z życia publicznego po swoim wpisie na Facebooku w 2017 roku i późniejszym katastrofalnym występie w programie Dr. Phil. Ale w 2020 roku O'Connor na krótko powróciła na scenę, by zagrać serię wyprzedanych co do jednego miejsca koncertów, głównie w małych klubach na Zachodnim Wybrzeżu USA.
Będąc mieszkanką Nowego Jorku, nie miałam okazji zobaczyć jej na żywo, ale miałam dostęp do wpisów w mediach społecznościowych i klipów na YouTubie, które pokazywały, że wciąż potrafi być olśniewająca. Kiedy usłyszałam, że zamierza wydłużyć swoją trasę i wzbogacić ją o wydarzenia związane z trzydziestą rocznicą wydania I Do Not Want What I Haven't Got, pomyślałam, że wreszcie nadeszła moja szansa. Niestety plany te pokrzyżowała pandemia, później zaś przeczytałam, że O'Connor rozpoczęła intensywny, roczny program odwykowy w ośrodku terapii traumy i uzależnień, co bezterminowo przekreśliło perspektywę jakichkolwiek koncertów.
Po raz kolejny wyglądało na to, że historia O'Connor dobiegła końca. Ale zaraz potem, wkrótce po rozpoczęciu przez nią kuracji, pojawił się kolejny komunikat: kończy pisać swoje wspomnienia, które zostaną wydane latem 2021 roku. Zdobyłam egzemplarz recenzencki, pochłonęłam go w rekordowym tempie i zaproponowałam radiu NPR materiał na temat O'Connor.
Jeśli nigdy wcześniej nie słyszeliście moich wywiadów, powinnam wyjaśnić, że nie trzymam się w nich kurczowo listy zagadnień ani niczego, co przypomina schematy standardowego dziennikarstwa kulturalnego. Dla mnie każdy haczyk, czyli omawiane akurat książka, płyta czy film, to zaledwie trampolina do czegoś znacznie bardziej treściwego niż tylko nagłówek plus streszczenie lub recenzja.
Nawet jeśli mam do dyspozycji jedynie kilka minut czasu antenowego, staram się stworzyć minidokument przedstawiający szerszy kontekst; wykorzystuję każdą sekundę narracji, wywiadów, materiałów archiwalnych oraz twórczości danego artysty. Zajmuję się więc po części dziennikarstwem kulturalnym, a po części remiksowaniem wytworów kultury. Za swoją misję uważam takie skalibrowanie przekazu, żeby zapewnić odbiorcy głębsze rozumienie tego, o co toczy się gra.
Kiedy dostałam zielone światło od "Morning Edition", plan był taki, żeby pozwolić O'Connor mniej więcej opowiedzieć swoją własną historię. Miałam nadzieję, że to nie będzie coś w rodzaju: "Pamiętacie tę stukniętą łysą kobietę, która podarła zdjęcie papieża?", tylko bardziej: "Pamiętacie tę utalentowaną artystkę, która została skreślona za to, że chciała zwrócić naszą uwagę na coś potwornego, i dziś wiemy wszyscy, że miała rację?".
Mój materiał wyemitowano 1 czerwca 2021 roku, tego samego dnia, kiedy ukazały się wspomnienia O'Connor (to również dzień moich urodzin)[8]. Nie jestem przesądna, więc nie doszukuję się w tym zbiegu okoliczności ukrytych znaczeń, ale szybko okazało się, że nie pożegnałam się jeszcze z tym tematem, a on nie pożegnał się ze mną. Dlatego teraz przedstawiam wam to pogłębione spojrzenie na życie i twórczość O'Connor z uwzględnieniem krytyki muzycznej, analizy kulturowej i osobistej refleksji. Można uznać, że to coś w rodzaju wersji "rozszerzonej i zremasterowanej", wzbogaconej o wszystkie fragmenty, które z tej czy innej przyczyny nie trafiły dotąd nigdy na antenę.
Chcę tu podkreślić, że moja zrewidowana ocena tego, jak ważną postacią jest O'Connor, nie opiera się jedynie na moim "profesjonalnym" odbiorze jako dziennikarki muzycznej. Książka ta nie pretenduje też do bycia kompleksową biografią jej bohaterki - ani tym bardziej bezkrytyczną hagiografią. Traktuję to przedsięwzięcie raczej jako szansę na połączenie kropek oraz pełniejsze i bardziej zniuansowane przedstawienie tematu. Talenty O'Connor pozostają bowiem nierozerwalnie związane z jej osobistymi triumfami i porażkami - podobnie jak moje własne i każdego z nas.