Między słowami
Przestronny, pomalowany na biało pokój w schronisku miejskim w Göteborgu wyglądał, jakby Anastazja i Witalij wpadli tylko na chwilę. Niewiele mebli: prosta szafa, kanapa, fotel, niewielki regał ze sklejki. Pod ścianą piętrzyły się wciąż nierozpakowane brezentowe torby z ubraniami - w rodzaju tych, które można wypatrzyć niemal w każdym materiale telewizyjnym o uchodźcach. Obok stało łóżeczko dla dziecka.
Latem 2022 roku, kilka miesięcy przed moją wizytą, szwedzkie służby socjalne zabrały Ksenię wraz z pięciorgiem jej rodzeństwa. Najstarsza Alina - jedyna w całej rodzinie, która dobrze słyszała - miała wtedy jedenaście lat.
Szwedzka Ustawa o ochronie ludzi młodych z 1990 roku (LVU) pozwala natychmiast zabrać dziecko z domu rodzinnego, jeśli zagrożone jest jego zdrowie lub rozwój. Decyduje o tym gminna komisja do spraw socjalnych, a ostatecznie sąd.
Tak było również w tym wypadku.
Mimo listopadowego chłodu, z którym nie do końca radziło sobie ogrzewanie w ośrodku, Witalij miał na sobie krótkie spodenki, spod nich wyzierał opatrunek na prawym udzie. Mężczyzna chodził z trudem, bo - jak pokazał mi na migi - niedawno spadł z roweru i zranił się w nogę. Był ojcem dwójki najmłodszych - Kseni i Maryny; Alina, Rusłana, Ołeh i Tamara pochodzili od byłego męża Anastazji.
Właśnie Anastazja robiła za tłumacza, wysyłając mi krótkie wiadomości po rosyjsku na WhatsAppie. On sam nie za dobrze radzi sobie z pisaniem.
"Tak się martwię, dzieci gdzieś tam są i czekają na powrót do domu. Czuję to w duszy", napisała, tym razem już od siebie.
Komunikowała się po rosyjsku, jak wielu Ukraińców ze Wschodu. Przed wojną mieszkała w obwodzie dniepropietrowskim we wsi, która później znalazła się blisko linii frontu.
"Przecież w dokumentach z sądu wyczytałem, że zgodziłaś się na zabranie najstarszych", odpisałem na laptopie po polsku, a algorytm od razu wyświetlił tłumaczenie cyrylicą.
Dziwnie było tak do siebie pisać, siedząc tuż obok. Od czasu do czasu Anastazja odkładała telefon i gestykulowała. Pokazywała też zdjęcia, dokumenty, nakręcone telefonem filmy z ich życia rodzinnego.
"Nie zgodziłam się, ale prawniczka powiedziała, że nie mam szans - wtedy się zgodziłam", odparła.
Wiele razy, tak jak teraz, musiałem dopytać jeszcze raz o to samo, a i tak nie byłem pewny odpowiedzi. Wszystko przez te emocje. A może niedoskonałości translatora. I jeszcze, co sama przyznała, niepewność Anastazji co do szwedzkich procedur. Tak czy inaczej, trwało to godzinami.
Kolejna wiadomość: "Domagam się zwrotu wszystkich dzieci [...]. Nie byłam pewna, co mówi prawniczka, ale powiedziałam, że chcę wszystkie z powrotem, a ona, że to nie wyjdzie".
***
Anastazja i Witalij dotarli do Szwecji przez Polskę. Uciekli z domu w marcu, na samym początku wojny: najpierw on, potem ona z dziećmi.
Trafili do zaimprowizowanego ośrodka dla uciekinierów z Ukrainy Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce (TSKŻ) w Śródborowie, dzielnicy Otwocka - a to dzięki temu, że matka Witalija wyszła za Żyda i przeprowadziła się do Izraela.
Zresztą placówka, która miała pomagać głównie ludziom o żydowskich korzeniach, podchodziła do sprawy liberalnie.
- Jak ktoś mnie prosił, żebym to sprawdzał, to mówiłem: "Sorry, nie będę facetom zaglądał do rozporków". Pomagaliśmy wszystkim - wspominał Aleksander Rozenfeld z TSKŻ, który zawiadywał obiektem przez prawie pięć miesięcy jego funkcjonowania.
Umówiliśmy się na rozmowę na tarasie otoczonego sosnowym lasem piętrowego budynku, przez który przewinęły się setki osób. Rozenfeld przebywał z nimi dwadzieścia cztery godziny na dobę, śpiąc, jedząc, pijąc i słuchając zwierzeń. Nastię, jak nazywał Anastazję, i resztę rodziny pamiętał bardzo dobrze.
- Przyjechała, będąc w ciąży, z bodaj dwuletnią córeczką na rękach. Była tak wyczerpana, że upadła w progu. Dosłownie - wspominał.
Rodzina dostała pokój numer 14, największy w gmachu obok trzynastki (którą przemianowano na 18a). W standardzie, jak mówi sam Rozenfeld, "głęboki PRL", ale miał wszystko, co potrzeba: łazienkę, telewizor, łóżko małżeńskie dla rodziców i dwa inne, równie duże, dla dzieci. Na zewnątrz - ogrodzony teren z piaskownicą, miejscem na ognisko.
- Ludzie przybywali tu z własnymi traumami, złamanymi życiami - opowiadał Rozenfeld.
Młoda matka z Odessy przyjechała podziurawionym przez kule autem z dwiema córkami, kotem i papugą. Wkrótce wyjechała z Otwocka do Amsterdamu, gdzie została kierowniczką hotelu dla uchodźców.
Inna kobieta uciekała korytarzem humanitarnym. Rosyjscy żołnierze wyciągali z niego takie jak ona i gwałcili. A ona myślała tylko o tym, żeby ochronić pięcioro dzieci (udało się, w końcu wyjechała z nimi do Kanady).
Alkoholik codziennie dawał w palnik, bo walczył z bólem i rzadką chorobą.
Zawodowy bokser przed wojną szkolił juniorów, dotarł z Mariupola w dziurawych butach. Rozenfeld oddał mu swoje. Po tygodniu bokser wyjechał z żoną do Włoch, skąd żalił się przez telefon: "Słuchaj, ja tu nie dam rady. Oni nam tu nie dają pracować. Dostajemy non stop pieniądze, jeść, pić, a my chcemy do roboty".
Prostytutka wypytywała, gdzie w Warszawie można dorobić.
Bezdomny wreszcie miał dach nad głową. Grał dzieciom na instrumentach, a one go uwielbiały.
Wszyscy dostawali w Otwocku pomoc lekarską i psychologiczną, trzy ciepłe posiłki, a dzieci - dodatkowo podwieczorki. Z czasem pojawiały się opcje wyjazdu - najczęściej do Izraela.
Rozenfeld, który służył kiedyś w izraelskiej armii, a potem zajął się malowaniem obrazów i pisaniem felietonów do "Słowa Żydowskiego", nasłuchał się o wojnie. Starał się nikogo nie oceniać, nawet gdy pewna matka pierwszego wieczora w ośrodku zostawiła dzieci same i poszła w tango na mieście.
Anastazja odwrotnie - według Rozenfelda ta kobieta cały czas opiekowała się dziećmi. Często rysowała z nimi w pokoju.
- To była pierwsza rzecz, która rzucała się w oczy, bo inne dzieci często biegały tu samopas. To znaczy one czasem też się bawiły, biegały, były radosne. Ale miały trochę utrudniony kontakt, wiadomo. Pamiętam synka Nastii - miał sześć czy siedem lat, wesoły maluch. Alina - co za rozrabiaka, petarda energii! Wszyscy na nią krzyczeli, a ja brałem ją w obronę: "Zostawcie dzieciaka w spokoju, niech sobie biega!".
Alina okazała się w tej historii kluczową postacią.
- Akurat tu obok jest szkoła dla niesłyszących i niedosłyszących. Mieliśmy szczęście. Czasem przychodził stamtąd facet i tłumaczył, pomagał w opiece nad tą rodziną. Czasem mówiło się do Aliny, a ona tłumaczyła na migowy. Generalnie to ona dźwigała ciężar tej rodziny. Chciała brykać, hasać, a nie zawsze mogła. Było widać, że to nie jest szczęśliwe dziecko. Miała coś takiego w oczach... Ale jak mogło być inaczej? Natomiast te zarzuty, które się pojawiły... Naprawdę nic by mi nie powiedziała, że coś nie tak? - dodał, kręcąc głową jakby z niedowierzaniem.
Witalij zakumplował się z jednym z podopiecznych sąsiedniego ośrodka. Chodzili razem po okolicy. Czasem wychylili piwko, ale bez wielkiego pijaństwa. Potem udało mu się wyjechać do matki do Izraela. Przed wyjazdem podpisał podsunięty przez polskich wolontariuszy dokument, że uznaje ojcostwo najmłodszych dzieci i będzie przysyłał pieniądze. Miał nadzieję, że zaczepi się na zmywaku, ale okazało się, że mógł zostać w kraju tylko trzy miesiące. Dołączy więc do Anastazji już w Szwecji.
Nastia nie znała tam nikogo, ale gdy wolontariusze w Otwocku zasygnalizowali opcję wyjazdu, od razu się zapaliła.
- Chyba dlatego, że będzie tam szkoła, lepsze warunki dla dzieci. Dostrzegła jakąś szansę w tym całym nieszczęściu, całej wojnie, że może jej się obrócić na dobre, a... wyszło, jak wyszło - skwitował Rozenfeld. - Może nie zrobiliśmy wszystkiego, co mogliśmy. Mogłem ją namawiać, by została. Ale ostatecznie to ludzie zawsze sami podejmują decyzje. Starałem się nie ingerować. Teraz jednak sobie myślę, że co? Przekonałbym ją, by została, i może wydarzyłoby się jeszcze coś gorszego?
***
- Ta rodzina miała niski standard materialny. Ale matka bardzo kocha dzieci. Dawno nie widziałam rodziny tak związanej ze sobą emocjonalnie. Jechaliśmy zaledwie dobę, a widziałam wiele przykładów miłości - oceniła Estera Radziwiłowicz, lekarka rodzinna w Szwecji i wolontariuszka, która pomagała organizować wyjazd.
To od niej dowiedziałem się o sprawie. Napisała w mailu do mojej "Gazety Wyborczej", że niesłyszącej uchodźczyni, która przewinęła się przez ośrodek w Śródborowie, odebrano w Szwecji wszystkie dzieci, nawet to trzymiesięczne, a "przewód sądowy przebiega sprawnie i prawdopodobnie zakończy się decyzją o odebraniu dzieci na stałe".
Z początku nie wspomniała o poważnych oskarżeniach, które stały za interwencją.
Lekarka opowiadała, że sprawa Anastazji zaczęła się, kiedy jej dziećmi zainteresował się w Lidköping jakiś szwedzki pedofil. Jednak podczas przesłuchania na policji Alina zeznała, że Witalij też ją molestował. Wtedy zamknięto go w areszcie na dwa tygodnie i skonfiskowano mu telefon, a dzieci natychmiast zabrano.
- Anastazja nie potrafiła nam przekazać, czym zakończyła się sprawa. Nie jest w stanie ogarnąć sytuacji, zrozumieć, na jakim jest etapie - powiedziała Radziwiłowicz. - Przecież ta rodzina była badana przez psychologów w Polsce. Gdyby Alina była molestowana, to musieliby to odkryć. My wszyscy chcemy zeznawać jako świadkowie, ale sąd to pomija. Nie wiemy nawet, czy prawniczka przekazuje nasze wnioski. Dzieci są rozdzielone, skazane na tułaczkę po różnych rodzinach zastępczych - relacjonowała.
Gdy zaczynał się proces, Anastazja zapytała ją, czy nie uważa, że tak będzie lepiej. Może miałyby lepszy start w Szwecji?
- Absolutnie nie. Widzę skutki dorastania w szwedzkich rodzinach zastępczych, kiedy tacy ludzie przychodzą do mnie jako dorośli - odparła.
Badania opublikowane w "Children and Youth Services Review" pokazują, że dzieci zabrane z domów rzeczywiście radzą sobie w dorosłym życiu gorzej niż te, które dorastały z rodzicami. Ale naukowcy zastrzegają, że w pewnym stopniu odpowiadają za to traumy, które spowodowały interwencję. W jakim - to ustalić bardzo trudno.
Radziwiłowicz była przekonana, że córka Anastazji nakłamała służbom z rozmysłem.
- Alina nie zgodziła się na badania ginekologiczne, choć obstawała przy tym, że została zgwałcona. Poza tym twierdzi, że rodzice codziennie piją alkohol. Ja nie widziałam u nich cech choroby alkoholowej, dzieci też nie urodziły się z jej skutkami - argumentowała wolontariuszka. - Moja analiza zachowania Aliny jest taka, że przejęła w tej rodzinie rolę ojca. Jest najstarszą córką. Podczas podróży widziałam, że chce decydować, rządzi, pokazuje, gdzie zapakować wózki, chce wszystko wiedzieć. W chwili gdy pojawiło się nowe dziecko i mąż, myślę, że tu był problem psychologiczny. Nie mogła zaakceptować swojej nowej roli.
Szwedzcy pracownicy socjalni, którzy prowadzili sprawę, nie odpowiedzieli na propozycję spotkania. Podobnie prawniczka rodziców (w takich sprawach dostają za darmo prawnika z urzędu; wkrótce Radziwiłowicz załatwiła Anastazji innego).
Sporo natomiast wyczytałem z dokumentów sądowych. Przytoczone w nich zarzuty wykraczały poza to, o czym opowiedziała mi lekarka. Wynikało z nich, że według służb socjalnych "zaniedbanie, brak opieki, przemoc fizyczna i przemoc seksualna" stworzyły "wyraźne ryzyko dla zdrowia i rozwoju dzieci".
"Ocenia się, że Anastazja nie ma wystarczających umiejętności rodzicielskich, by zajmować się dziećmi, zapewniając im opiekę i ochronę w ramach dobrowolnej współpracy. Istnieje też bezpośrednie zagrożenie, że rodzina może w takim przypadku zmienić miejsce pobytu w Szwecji lub wyjechać z kraju".
Interwencja w rodzinie miała się rozpocząć od czyjegoś zawiadomienia, że dzieci zostały na cały dzień bez opieki dorosłego. Dopiero potem miały się pojawić podejrzenia, że Alina "była wykorzystywana seksualnie przez ojca Kseni i Maryny, Witalija". Co więcej, Anastazja "musiała być tego świadoma".
"Witalij został zatrzymany, a następnie zwolniony, lecz pozostaje podejrzanym".
"Kilkoro dzieci mówi o przemocy domowej"; "Nie doświadczyły tych samych sytuacji, ale podzielają doświadczenie, że w domu była obecna przemoc". Rodzeństwo miało też zeznać, że rodzice często piją alkohol.
Podczas badania lekarskiego na ciele Aliny odkryto "obrażenia" - dokumenty nie precyzowały jakie.
Służby przyznały jednak, że "śledztwo w dużej mierze opiera się na tym, co zeznała Alina", która "stworzyła spójny i wiarygodny obraz tego, przez co przeszła".
Do molestowania miało dochodzić przez dłuższy okres. Dziewczynka opowiadała o nim nie tylko policji. To samo powtórzyła personelowi w szpitalu. Pracownikom socjalnym. Pracownikom szkoły. Rodzicom zastępczym.
Ponadto podczas obserwacji Anastazji i najmłodszych dzieci pracownicy socjalni odnotowali, że "w kilku sytuacjach pozostawiła jedno lub więcej dzieci bez opieki".
Rodzice wszystkiemu zaprzeczyli, choć gdy pytałem Anastazję o zarzut braku opieki, przyznała, że raz wyszła z domu bez dzieci - do szkoły, gdy pedofil zaatakował na ulicy Alinę. Ale zarzekała się, że zostawiła je wtedy z niesłyszącą sąsiadką.
Anastazja przekonywała sąd, że "niejasne czy hipotetyczne zarzuty" nie mogą być podstawą do odebrania opieki nad dziećmi. A pobieżny raport z placówki obserwacyjnej nie daje uczciwego obrazu, bo przebywała tam wstrząśnięta, tuż po rozdzieleniu z mężem i trojgiem dzieci, nie wiedząc, co się dzieje. Nic nie wskazuje, by "zaniedbywała dzieci, jeśli chodzi o ubrania, posiłki, zdrowie czy w jakikolwiek inny sposób".
Z résumé tłumaczeń Witalija: "Twierdzenia rodzeństwa o przemocy domowej są ogólne i nie precyzują, kto miał się jej dopuszczać czy być bitym. Nie jest jasne, dlaczego dzieci w ogóle o niej mówiły, ale być może da się to wytłumaczyć wspomnieniami biologicznego ojca w Ukrainie"; "Jeśli chodzi o oskarżenia wykorzystywania seksualnego Aliny, [Witalij] zdecydowanie zaprzecza".
Z argumentacji socjalu: "W rozmowach ze starszymi dziećmi wyraźnie potwierdzono, w jakim kontekście mówiły o ojcu Kseni i Maryny, a w jakim o ich ojcu biologicznym".
Sądy przychyliły się do wersji urzędników i Aliny. Najpierw ten pierwszej instancji zatwierdził decyzję o natychmiastowym zabraniu dzieci. Potem kolejne przedłużyły ich pobyt w rodzinach zastępczych.
***
W często cytowanym przez szwedzkich sędziów wyroku Najwyższego Sądu Administracyjnego z 2017 roku zaznaczono, że przy ocenie wiarygodności zarzutów maltretowania dużą wagę trzeba przykładać do opowieści dziecka. Do tego stopnia, że mogą stanowić wyłączną podstawę decyzji.
Werdykt wydano w sprawie z gminy Sandviken, gdzie przedszkole zaalarmowało socjal o tym, że pięcioletnia dziewczynka opowiada o przemocy w domu. W dochodzeniu zarówno rodzice, jak i rodzeństwo pięciolatki zaprzeczyli oskarżeniom, ale ona uparcie je powtarzała. Po batalii prawnej w sądach niższej instancji NSA zadecydował, że istnieją przesłanki do umieszczenia dziewczynki w pieczy zastępczej wbrew woli rodziców.
Anastazji i Witalijowi nie mieściło się to w głowie. Jak to: dziecko coś powie i od razu się je zabiera?! Przecież nic im nie udowodniono. Odebrali to jako bezprawie.
Tymczasem w szwedzkim systemie takie interwencje nie należą do rzadkości. Badając uzasadnienia innych wyroków i materiały z prac legislacyjnych nad ustawą z 1990 roku, doszedłem do wniosku, że decyzja w tej sprawie - niezależnie od tego, czy uznamy, że była uzasadniona, czy nie - została podjęta na podstawie przepisów i wspierającej je długiej linii orzecznictwa, a nie samowoli urzędników.
Ze wspomnianego wyroku z 2017 roku, wprost przywołanego w uzasadnieniu także tej sprawy, wynika, że nie wszystkie oskarżenia ze strony dziecka będą prowadzić do przeniesienia go z domu rodzinnego.
Każdy przypadek należy oceniać indywidualnie na podstawie konkretnych kryteriów: w jakim kontekście zebrano informacje, czy historia jest spójna i konsekwentna, czy jest jasna i uszczegółowiona, czy została podtrzymana, ile lat ma dziecko, na ile jest dojrzałe i czy rozumie znaczenie i konsekwencje przekazanych informacji.
Trzeba wziąć pod uwagę nie tylko wydarzenia z przeszłości, ale też ocenić, na jakie ryzyko narażone będzie dziecko, jeśli nie zostanie odebrane.
"Część dochodzenia dotycząca oceny ryzyka dla dziecka musi oczywiście się opierać na przypuszczeniach. Te muszą być na tyle umotywowane, na ile to możliwe, ale konieczne jest zaakceptowanie jakiejś niepewności", głosiło uzasadnienie z 2017 roku.
Zarówno wtedy, jak i w przypadku Anastazji sądy powoływały się na materiały z prac legislacyjnych nad ustawą z 1990 roku. Wynika z nich, że przejęcie opieki przez państwo nie może nastąpić bez "przekonujących dowodów".
Decydującym kryterium powinno być zagrożenie dla zdrowia lub rozwoju dziecka. Owo zagrożenie nie może być "nieznaczące, niejasne lub odległe", musi być wiarygodne. Przy czym "nawet niewielkie przejawy przemocy fizycznej mogą zostać potraktowane jako zagrożenie dla zdrowia lub rozwoju dziecka", jeśli nie jest to jednorazowy, pochopny przypadek, a przemoc "poważniejszej natury powinna zazwyczaj prowadzić do objęcia młodej osoby opieką, przynajmniej na pewien czas".
***
W tym wypadku zeznania Aliny dodatkowo wspierały wzmianki reszty rodzeństwa o przemocy w rodzinie. Choć z dokumentów nie wynika, na czym miała ona polegać.
Witalij twierdził w zeznaniach, że Anastazja po prostu musiała czasem odciągnąć dziecko siłą od jakiegoś niebezpieczeństwa. Czy dawała im klapsy? W Ukrainie są one tak samo zakazane jak w Szwecji, ale w badaniu z 2019 roku czterdzieści osiem procent matek przyznało się do ich stosowania "czasami", "często" lub "zawsze". Wypytywałem o to Anastazję na kilka sposobów, w końcu przyznała: "Jak się nie słucha - delikatnie dam w twarz. Nie mocno, nie. Tylko delikatnie"; "Mówię: "Idź stanąć w kącie" - to przeprosi siostrę lub inne osoby, i tyle"; "Takie są moje metody, żeby nie wstydzić się przed ludźmi. Tak wychowuję dzieci, to jest normalne".
Jednak następnego dnia zmieniła wersję. W serii wiadomości zapewniła, że nie biła dzieci, nawet lekko.
Jak tłumaczyła obrażenia na ciele córki?
"Alina spadła z huśtawki. Wspinała się na drzewa, miała siniaki. Spadała też z roweru. Powtarzałam jej: "Bądź ostrożna, nie rób tego". Jak wytłumaczyć, że reszta dzieci nie miała żadnych siniaków? Po prostu tym, że one kochają spokój, spokojne zabawy, malowanie", zarzekała się Anastazja.
Dlaczego jej zdaniem Alina miałaby zmyślać?
Anastazja odpisała: "Odziedziczyła to po swoim ojcu, który miał schizofrenię. To są jej fantazje. Kiedy w Ukrainie działo się z nią coś dziwnego, umówiłam ją do psychologa. Ale wtedy było ważniejsze, żeby wyleczyła się z gruźlicy, na którą chorowała. Psycholog powiedział, że resztą można zająć się potem".
Przerwała na chwilę pisanie, by pokazać mi nakręcony komórką filmik, na którym Witalij tarza się po łóżku, a raczkująca Maryna próbuje na niego wejść. Alina siedzi tuż obok, śmieje się z innymi.
"Komunikowała się z Witalijem normalnie".
"Mój mąż cały czas był ze mną. A ona ciągle oglądała filmy na laptopie i budziła się w środku nocy, chciała wychodzić na dwór".
Amerykańscy badacze William O'Donohue, Caroline Cummings i Brendan Willis zebrali w artykule na łamach "Journal of Child Sexual Abuse" wyniki badań prowadzonych od lat siedemdziesiątych XX wieku nad tym, jak często dzieci wysuwają fałszywe oskarżenia molestowania seksualnego, często bazujących na danych zgromadzonych przez pracowników socjalnych i sądy w różnych krajach. Choć istnieje wiele problemów metodologicznych i praktycznych, a rezultaty mocno się różnią, generalnie wynika z nich, że większość zarzutów jest prawdziwa, a fałszywe zdarzają się w dwóch do pięciu procent przypadków.
Z opinii psycholożki Agnieszki Ziątek, która pracowała w Śródborowie: "Od pierwszych chwil [Anastazja] zrobiła na mnie wrażenie troskliwej matki, która jest skupiona na swoich dzieciach [...]. W kolejnych tygodniach widziałam, jak Anastazja zabiera dzieci na spacery w parku, na plac zabaw na sąsiedniej ulicy, jak karmi je w jadalni, zmienia im ubrania, dogląda ich w wózku i trzyma w ramionach. Sprawiała wrażenie prostej osoby, dla której wyzwaniem jest rozumienie skomplikowanych zagadnień, a z drugiej strony silnej i bardzo zorganizowanej kobiety, która radziła sobie ze swoimi dziećmi lepiej niż niektóre inne matki w ośrodku".
Dopiero pod koniec rozmowy Anastazja przyznała mi, że raz straciła już dzieci. Jeszcze w Ukrainie zabrał je pierwszy mąż. Odzyskała je dzięki ukraińskim służbom. To było jeszcze, zanim poznała Witalija w lokalnym klubie dla niesłyszących.
Witalij pracował w zakładach produkcji śmigłowców (na dowód pokazał mi zdjęcie ze sprzętem). Ona prawie bez przerwy była na urlopie macierzyńskim. Rano odprowadzała najstarsze dzieci do szkoły, młodsze do przedszkola. Po południu je odbierała, gotowała obiad. Wieczorem razem odrabiali lekcje.
Alina przez ostatnie trzy lata przed wojną mieszkała u prababci, chociaż często spędzała czas z resztą rodziny. Anastazja tłumaczy, że babcia poprosiła o to po śmierci pradziadka. Potrzebowała wsparcia.
Z opinii dyrekcji szkoły w Ukrainie na temat Aliny:
"Alina wykazywała tendencje do kradzieży, fantazjowania i kłamania na temat wydarzeń, w których brała udział"; "Materiał edukacyjny opanowała na poziomie średniozaawansowanym"; "Ulubiony przedmiot - wychowanie fizyczne"; "Nie było konfliktów z innymi uczniami ani nauczycielami. Z wieloma uczniami utrzymywała przyjazne relacje"; "Wychowywała się w dużej rodzinie. Najbardziej zainteresowana wynikami w nauce była prababcia".
"Chcielibyśmy wezwać na świadka niezależnego psychologa. Ale sąd mówi nie", napisała Anastazja, robiąc kwaśną minę.
Miała więcej pretensji. Przyznała, że na salach sądowych mieli tłumacza. Jednak wszystkie dokumenty - i od urzędników, i z sądów - dostawali po szwedzku, ich tłumacz już nie przełożył.
***
Następnego dnia wyprawiłem się pociągiem do Lidköping, gdzie Nastia i Witalij mieszkali w ośrodku na początku pobytu w Szwecji. Z Göteborga jedzie się tam niecałe dwie godziny, głównie pośród pól i lasów. Dwudziestopięciotysięczna senna miejscowość przycupnęła nad brzegiem Vänern, największego jeziora w Szwecji.
Na dworcu czekała na mnie Luba, emerytka z Kijowa. Włożyła grubą kurtkę, naciągnęła na głowę czapkę, bo zrobiło się naprawdę zimno. Gdy zaprosiłem ją do kawiarni, od razu zastrzegła, że nie wierzy w winę Witalija.
- To dobry człowiek. A Alina opowiadała różnym ludziom różne bajki. Nie zwracałam na to uwagi.
- Jakie bajki? - zapytałem.
- Na przykład, że bierze tabletki aborcyjne, bo była w ciąży.
Tu zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Co prawda aborcje medyczne przeprowadza się pod ścisłą kontrolą lekarza, zdobycie takich tabletek przez dziewczynkę lub Anastazję i Witalija w obcym kraju byłoby trudne - ale był to kolejny przypadek, w którym Alina mówiła o sprawach związanych z seksem.
Luba zastrzegła, że miały z Aliną świetny kontakt, że dziewczynka często jej się zwierzała. Nic nie wskazywało na to, by obawiała się męża matki.
Alina ze szczegółami opowiedziała Lubie o incydencie z pedofilem. Według dziewczynki czterech mężczyzn obserwowało szkołę. Gdy wracała do ośrodka, podążyli za nią: trzech w samochodzie, czwarty na rowerze tak jak ona. Ten ostatni powalił ją na ziemię. Krzyczał do niej w różnych językach. Zrozumiała tylko po rosyjsku: "Jesteś nasza!".
Jednak Alinie udało się oswobodzić i uciekła.
- Później okazało się, że ten mężczyzna atakował też inne dzieci ze szkoły i ośrodka. One również złożyły zeznania. Jedna z nauczycielek była z rodzicami na policji - stwierdziła Luba. - Podobno policjanci go złapali. Ale potem, kiedy przeprowadzili się już do Göteborga, poinformowali Anastazję, że może Alina się pomyliła, i go wypuścili.
Zadziwiające, że w dokumentach sądowych nie było o tej historii ani słowa. Policja nie odpowiedziała na moje pytania dotyczące sprawy.
Kawiarnia, w której na początku byliśmy sami, powoli się zapełniała. Zapytałem Lubę, czy zauważyła, by Anastazja biła dzieci.
- Mieszkałam z nimi od początku kwietnia do 7 maja w jednym pokoju, na szesnastu metrach kwadratowych. To się nigdy nie zdarzyło - odparła.
- Skąd twoim zdaniem wzięły się oskarżenia o molestowanie?
- Sądzę, że Alina to zmyśliła. We wszystkich rodzinach starsze dzieci zazdroszczą noworodkom. Ona lubi wszystkim kierować. Rozkazywała reszcie dzieci jak matka. Myślę, że nie spodziewała się, że to zajdzie aż tak daleko. Jeśli nawet zmieniła potem zdanie, to jestem pewna, że nie pozwolą jej tego odkręcić. To udane dzieci, czemu Szwecja miałaby ich nie zabrać? - zapytała Luba.
- Ktoś musiał ją poinstruować, co ma mówić - rzuciła w innym momencie.
Nie kryła, że chciałaby już wrócić do Kijowa. Zostawiła w Ukrainie dwie córki. Ale czekała, aż Szwedzi zwrócą dzieci Anastazji. Bez tego nigdzie się nie ruszy.
***
- To była normalna rodzina - zawyrokowała Natalia, którą spotkałem w oddalonym od kawiarni o kilkaset metrów ośrodku dla uchodźców z Ukrainy. - Nie wiem, czemu zabrali te dzieci.
Urządzony w murowanym piaskowoszarym lofcie ośrodek tętnił życiem: po korytarzu biegały ze śmiechem dzieciaki, matki wyszły w klapkach z pokoi, by pogadać. Właśnie na tej ulicy, w sąsiednim budynku, mieszkali Anastazja i Witalij.
Natalia codziennie odprowadzała z Anastazją dzieci do szkoły. Witalij wydał się jej dobrym ojcem, na pewno sporo pomagał. Dziećmi czasem zajmowali się rodzice, a czasem Luba - ale zawsze miały opiekę.
Po tym, co usłyszałem od Luby i innych osób, zapytałem, czy zauważyła, by Alina fantazjowała.
- Raz był w Lidköping zlot użytkowników starych samochodów. Zrobili piknik. Alina chwaliła mi się, że jacyś ludzie dali jej alkohol i jest pijana. Tylko że my cały czas tam byliśmy i nic takiego nie widziałam. No i nie czułam od niej tego alkoholu - przypomniała sobie.
Zaprowadziła mnie do pokoju Olgi, nieco starszej Ukrainki z Odessy, która mieszkała w ośrodku drzwi w drzwi z Anastazją i Witalijem.
- Jak Nastia była w ciąży, to razem z mężem i tak sprzątała ośrodek. Bo u nas jest taka zasada, że sami na zmianę to robimy. Wszyscy im mówili: dajcie spokój, wy nie musicie. A oni pokazywali, że chcą - opowiadała Olga.
Gdy przytoczyłem jej zarzuty Aliny, machnęła ręką.
- W tym pokoju było mnóstwo dzieci, a rodzice prawie zawsze przebywali razem. Kiedy on niby miał jej coś zrobić?
***
Poprosiłem o ocenę sprawy Joannę Hyży, psycholożkę z warszawskiej poradni Psychoklinika.
Bardzo trudna i ciężka jest sytuacja, gdy dziecko mówi o molestowaniu, a otoczenie wątpi w prawdziwość tych słów, w takim przypadku trzeba zwrócić uwagę na wiele ważnych kwestii. Trzeba podkreślić, że dzieci zazwyczaj nie kłamią na temat tak poważnych i trudnych doświadczeń bez powodu - zaznaczyła.
Ujawnienie przez dziecko sytuacji molestowania jest ogromnym wyzwaniem, wymaga odwagi. Dlatego gdy dziecko decyduje się podzielić swoimi doświadczeniami, musimy potraktować je poważnie i z ogromnym szacunkiem. Drugą ważną kwestią jest to, że nieprawdziwe oskarżenie o molestowanie może również zaszkodzić ofiarom, utrudniając im uzyskanie wsparcia i uwagi, dlatego każde takie zgłoszenie musi być dokładnie sprawdzane. W takich sytuacjach musimy zapewnić wsparcie zarówno rzekomej ofierze, jak i osobie oskarżonej o molestowanie. Dziecko musi otrzymać wsparcie emocjonalne i psychologiczne, bez względu na to, czy jego zgłoszenie jest prawdziwe, czy nie. Również oskarżeni mają prawo do sprawiedliwego procesu. Chcę jeszcze raz podkreślić, że nie możemy lekceważyć żadnego zgłoszenia, nie możemy bagatelizować doświadczeń dziecka, każde zgłoszenie należy taktować indywidualnie, przeprowadzić dokładne dochodzenie i przeanalizować wszystkie dostępne informacje, a dziecko powinno mieć zapewnione bezpieczeństwo. Kiedy organ socjalny podejmuje decyzję o odebraniu dziecka rodzinie z powodu podejrzeń o molestowanie lub inne formy przemocy, musi działać w sposób odpowiedzialny i zgodny z prawem, kierując się przy tym dobrem dziecka.
Zapytałem, z czego - niezależnie od zarzutu molestowania - może wynikać tendencja Aliny do konfabulacji w innych kwestiach. Czy jest możliwe, że zrodziła się w reakcji na niestabilne środowisko domowe?
Hyży przyznała, że może tak być.
"Taka niestabilność może obejmować właśnie przemoc domową, częste zmiany miejsca zamieszkania czy brak stałych relacji opiekuńczych. W takich sytuacjach konfabulacja staje się sposobem na radzenie sobie z trudnościami, próbą zrozumienia tego, co dzieje się wokół, a także formą wyrażenia bólu czy potrzeby pomocy", napisała.
***
Na początku grudnia 2022 roku opublikowałem skróconą wersję historii Anastazji i jej rodziny w "Dużym Formacie".
Zdawałem sobie sprawę, że ukraińscy znajomi rodziców mogli kierować się względami solidarności, przemilczając ewentualne niepokojące sygnały w rozmowie z reporterem. A polska lekarka, która asystowała w podróży do Szwecji - podświadomym poczuciem winy (nieuzasadnionym, bo nie mogła przewidzieć, co nastąpi).
Faktem było, że w świetle szwedzkiego prawa same opowieści Aliny - zwłaszcza że konsekwentnie je podtrzymywała, a część z nich potwierdziło rodzeństwo - mogły być wystarczającym powodem do zabrania dzieci.
Równocześnie Anastazji ewidentnie nie zapewniono pełnego prawa do obrony: nie rozumiała nic z dokumentów, które otrzymywała, a ani pracownicy socjalni, ani sąd nie przesłuchali żadnego z moich rozmówców z ośrodka czy tym bardziej z Polski.
Już po ukazaniu się reportażu sprawę karną przeciwko Witalijowi umorzono. A Anastazja kontynuowała walkę w sądach.
Jednak nie pociągnęło to za sobą powrotu dzieci. Nowa prawniczka rodziców dążyła do tego, by przekazać je pod opiekę ich babci w Ukrainie. Na przeszkodzie stanęła przeciągająca się wojna.
W międzyczasie Alina trafiała z jednej rodziny zastępczej do drugiej. Żadna sobie z nią nie radziła. Wiosną 2023 roku Anastazja - która przebywała wtedy na oddziale położniczym, by urodzić kolejne dziecko - pisała mi, że dziewczynka "ucieka z domu i prawie się zabiła".
Najmłodszego dziecka pracownicy socjalni już jej nie odebrali. Uznała to za niekonsekwencję i dowód, że wcześniej nie mieli racji. "Dziwne: nie zwrócono mi sześciorga dzieci, a teraz od sześciu miesięcy mam niemowlaka", napisała mi pod koniec listopada.
- Alina w końcu wylądowała w szpitalu psychiatrycznym, kompletnie rozstrojona, bo brakuje jej matki. Stamtąd przeniesiono ją do ośrodka dla trudnej młodzieży - ale tam nie ma nikogo, kto do niej dotrze, bo nikt nie mówi po rosyjsku. Po prostu ją odizolowali - relacjonowała mi osoba znająca sprawę.
Porażkę w zapewnieniu dziewczynce odpowiedniej opieki zaczęła badać inspekcja do spraw zdrowia i opieki społecznej (Inspektionen för v?rd och omsorg, w skrócie IVO), która nadzoruje służby socjalne i wytyka im błędy.