NEWSROOM
Faceci od przeprowadzek właśnie pakowali mój dom w Los Angeles, gdy dostałem wieści z Detroit. Ktoś wypuścił do "Free Press" wiadomość o tym, że burmistrz Kwame Kilpatrick jest przestępcą i alfonsem. Media uzyskały dostęp do jego SMS-ów, które jednoznacznie na to wskazywały.
Postawiony przed sądem Kilpatrick zaprzeczył temu, jakoby zwolnił szefa Biura Spraw Wewnętrznych policji dlatego, iż ten dowiedział się zbyt wiele na temat rzekomo urządzonej w posiadłości burmistrza orgii. Plotka głosiła, że podczas tej imprezy żona burmistrza pobiła do nieprzytomności obcasem swojej szpilki striptizerkę o pseudonimie "Truskaweczka".
Później okazało się, że Truskaweczka została zamordowana.
Kilpatrick w sądzie zaprzeczył również temu, jakoby utrzymywał cudzołożne stosunki z szefową swojego personelu - kobietą, z którą chodził w czasach licealnych. Jednak SMS-y potwierdzały, że Kilpatrick nie tylko miał romans ze swoją podwładną, ale także był oszustem okradającym miasto i rozpustnikiem, który oglądał więcej tyłków niż niejeden sedes.
A to jeszcze nie koniec. Wiadomości z jego telefonu dowiodły również, że Kilpatrick wydał dziesięć milionów dolarów z pieniędzy obywateli Detroit na usunięcie ze Spraw Wewnętrznych człowieka, który doprowadził do ujawnienia informacji na jego temat.
To był naprawdę sensacyjny materiał, który bardzo umocnił pozycję "Free Press", dotychczas traktowanego jak gorszy przyrodni brat "Detroit News", z którym to pismem nieustannie starał się rywalizować. Poczułem ucisk w żołądku. Zadzwoniłem do Detroit, do zastępcy redaktora naczelnego gazety.
- Co się, do cholery, dzieje? - zapytałem.
- Nie wiem.
- Jest źle.
- Nie jest dobrze - powiedział. - Ale nie martw się o to. My też za tym węszyliśmy i mamy coś na nasz portal.
Nie martw się? Węszyliśmy? Mamy coś na portal? Co ja, kurna, zrobiłem?
Moja kariera w "New York Timesie" skończyła się w górach w Vermont. Pojechałem tam w związku z historią, o której akurat pisałem. Telefon nie poinformował mnie o nagraniu na poczcie głosowej, które pojawiło się poprzedniego wieczora i odsłuchałem je dopiero wczesnym rankiem, gdy przyjechałem na lotnisko Burlington.
Wiadomość brzmiała dosyć histerycznie.
- Charlie, Amy jest w szpitalu. Zaczyna już rodzić. Gdzie jesteś?
Nie chciałem być facetem, który jest tak zaabsorbowany sobą, że nigdy nie ma czasu dla dzieci. Nie chciałem być moim ojcem ani też moim pierwszym ojczymem. Nie miało znaczenia to, że pracowałem nad przydzielonym mi artykułem. Jeśli się dobrze przyjrzeć - pracoholizm jest bardzo podobny do alkoholizmu.
- Bardzo mi przykro, proszę pana, ale ma pan rezerwację na przyszłą niedzielę - usłyszałem na lotnisku. - Na dziś nie mam żadnych wolnych miejsc.
Zwymiotowałem.
Posłali po Latynosa. Przyszedł i posprzątał. Roztrzęsiona kobieta znów wpisała coś w komputer i znalazła dla mnie wolne dodatkowe miejsce na lot z Burlington do Los Angeles z przesiadką w Chicago.
Moja dziewczynka ważyła kilogram osiemset, a ja zdążyłem jeszcze odciąć pępowinę. Była mała, ale silna, więc już po dwóch dniach mogliśmy zabrać ją do domu.
Gdy obie moje kobiety ucinały sobie drzemkę, ogoliłem się i zmyłem z siebie smród rzygowin i papierosów. Później usiadłem do komputera i dopracowałem artykuł o kandydacie ubiegającym się z ramienia Partii Zielonych o stanowisko gubernatora Vermontu, który paradował po mieście przebrany za Ethana Allena, amerykańskiego patriotę z XVIII wieku. Pomyślałem o tym, że jego program był wyjątkowy. Populistycznie wpasowywał się we wciąż tlącą się wściekłość wyborców, którzy krzyczeli nieustannie: "Pieprzyć rząd federalny, pieprzyć policję stanową, pieprzyć wielkie banki. Vermont powinien oddzielić się od Stanów Zjednoczonych".
Patrząc teraz wstecz, z perspektywy Partii Herbacianej[3], należy stwierdzić, że generał Allen wyprzedził swój czas. Tak czy siak, mój polityk bawił mnie. Ustawiał się przed kamerą, siedząc na koniu, na którym nie potrafił jeździć, i wlókł się przez wybieg, grzęznąc w błocie i gnoju. Uśmiechnąłem się na to wspomnienie i kliknąłem "wyślij".
Następnego dnia otrzymałem e-mail z odpowiedzią od mojej wydawczyni z Manhattanu.
"Ten facet to ofiara losu - napisała. - Przecież on nawet nic nie mówi. A co z profesorem, o którym miałeś pisać? Musimy porozmawiać".
Pisałem teraz materiały na potrzeby produkowanych przeze mnie wideofelietonów "New York Timesa". Dział nazywał się American Album. Idea tych felietonów była prosta: jeździć po kraju w poszukiwaniu zwykłych Amerykanów, pisać o nich artykuły i robić filmy, a później zamieszczać je w internecie. Chodziło o to, by posługiwać się językiem moich bohaterów i patrzeć z ich punktu widzenia. Felietony cieszyły się popularnością wśród czytelników, ale nie wśród wydawców. A w "Timesie" to nie czytelnik liczy się najbardziej.
Farmerów, myśliwych, sprzedawców w barach dla zmotoryzowanych i pracowników w fabrykach - bohaterów, o których pisałem - moja wydawczyni nazywała ofiarami losu, przegrańcami - luzerami. Wypowiedz słowo luzer odpowiednio wolno, a zabrzmi jak splunięcie.
Luzerzy.
To oni już wtedy stanowili osiemdziesiąt procent ludności tego kraju, a teraz nowa, zglobalizowana struktura ekonomiczna produkuje ich jeszcze więcej. Widziałem to podczas podróży. Widziałem to, przyjeżdżając na święta do rodzinnego Detroit. Kurna, widziałem to w sklepach na Sunset Boulevard, gdzie ludzie przegrzebywali wielkie kosze w poszukiwaniu fajnych przecenionych rzeczy, i na tabliczkach "na sprzedaż" stojących na pagórkach Los Angeles. Supermarkety Wal-Mart były zatłoczone, a fabryki puste. Był 2007 rok i ludzie się bali. Czuło się, że cieplutkie, przyziemne szczęście wystawnej Ameryki powoli zaczyna odchodzić w przeszłość. Patrzyłem na to jak na nadciągającą burzę. Można to było zauważyć nawet w Nowym Jorku, jeśli tylko zaryzykowało się wyprawę dalej niż na Dziewięćdziesiątą Szóstą Ulicę. Uginaliśmy się pod ciężarem naszej własnej masy.
Znudziłem się intelektualnymi zapasami w błocie i zawoalowanymi upokorzeniami. Ofiary losu. Zwolniłem się z "Timesa".
Znudziłem się też Los Angeles. Od kiedy nie byłem już pismakiem, nie czułem żadnej przynależności do tego miejsca. Stałem się ojcem dziecka, kurem domowym, zamkniętym przed światem w swoim hollywoodzkim domu wyposażonym w wyjącego bobasa i brudne pieluchy.
Uświadomiłem sobie odcięcie, odłączenie, jakiego doświadczaliśmy. Musieliśmy przejść przez dwie wielkie ulice, by dotrzeć do parku. Nie mieliśmy w pobliżu żadnej rodziny. Niemal nie znaliśmy naszych sąsiadów.
Być może w Los Angeles była nawet jakaś pogoda, ale tak naprawdę żyliśmy w nieustannej duchocie korka w godzinach szczytu, które trwały od świtu do świtu. Wcale nie pragnąłem wychowywać swojego dziecka w Mieście Aniołów. Byłem przekonany, że moja dziewczynka zmieni się tu w małego, egocentrycznego diabła. Za wcześnie jak na swój wiek zacznie się przechadzać wzdłuż Melrose Avenue. Będzie się zbyt mocno malowała niebieskim tuszem do rzęs i ubierała w zbyt kusą koszulkę odsłaniającą jej ledwo rysujące się piersi.
Napisałem o tym wszystkim dla prestiżowego czasopisma artykuł w guście "Wypasiony pisarz odchodzi z wypasionego "Timesa". Siedzi w domu z niemowlakiem i użala się nad sobą":
Nigdy już nie zadzwoni do mnie gubernator. Ani żaden z moich starych znajomych. Skończyły się hollywoodzkie imprezki. Żadnego funduszu reprezentacyjnego. Żadnej akcji. Będziesz już tylko ty i twoje dziecko. Później dziecko dorośnie i nie będzie miało zielonego pojęcia o tym, jak dobry kiedyś byłeś. A najgorsze będzie szaleństwo, jakie ogarnie cię w pustym domu - gdy jasne popołudniowe słońce totalnie cię ogłupi, aż poczujesz, jak zbliża się stary dobry deadline, ten czas adrenaliny - właśnie wtedy zaczniesz się zastanawiać, czy w ogóle kiedykolwiek byłeś w czymkolwiek dobry. Będziesz stał i wpatrywał się w brudną pieluchę jak w herbaciane fusy, starając się wywróżyć z niej jakąś historię o wadach ostatniego projektu ustawy o imigracji.
Nie zadzwonił żaden ze starych znajomych. Ale w połowie listopada, kilka tygodni po tym, jak ukazał się mój artykuł, przyszedł do mnie list. Przysłał go gubernator Schwarzenegger, z którym poznałem się podczas jego kampanii. Za tę korespondencję zapłacili, tonący w morzu czerwonego atramentu, podatnicy ze Złotego Stanu.
Gubernator przeczytał mój tekst i zrozumiał go bardzo dosłownie - jako przydługie wyznanie zwątpienia w siebie. A jeśli jest choć jedna moc, której Schwarzenegger nie posiada, to jest nią właśnie umiejętność zwątpienia w siebie.
Wiem, że na pewno otrzymałeś już całą masę przyjacielskich porad, od mądrości rodem z programów Oprah po kompletne głupoty. Tak więc ja nie mogę tu wiele dodać. Jednak musisz wiedzieć, że to, co robisz teraz, da ci większą satysfakcję niż którakolwiek z twoich szalonych przygód. W rzeczywistości może okazać się, że to właśnie ta jest najbardziej szalona. Każdy ojciec może pozazdrościć ci życia, które prowadzisz.
Ujmując rzecz w skrócie, powiedział mi, bym kierował się swoim instynktem; bym robił to, co sam uważam za dobre dla siebie i swojej rodziny; i bym chwytał życie za gardło.
A zakończył tak:
Jeśli kiedykolwiek poczujesz się nieważny, będziesz w błędzie. I zawsze możesz przywołać swoje dni chwały. Możesz też opowiedzieć ludziom o swoim kumplu, który rządzi największym stanem na świecie, a który pomógł ci, gdy tego potrzebowałeś. Albo możesz do mnie zadzwonić. Bardzo chętnie posłucham, jak opowiadasz o swojej nowej życiowej roli.
Nie miałem ochoty przyjmować porad życiowych od faceta, który grał Gliniarza w przedszkolu, ale Schwarzenegger tylko potwierdził to, co już wcześniej wiedziałem. Czas wracać do domu.
Częściowo zaś podjąłem tę decyzję ze względu na córkę. Chciałem wrócić do Detroit, gdzie byli jej dziadkowie, ciotki, wujkowie i kuzyni. Tam była kultura. Rodzina.
Częściowo zaś podjąłem ją ze względu na siebie. Czułem się jak kołek. Była czwarta po południu. Siedziałem w Los Angeles. Nie miałem nic do roboty i nie miałem z kim pogadać; no, może poza mieszkającym w domu obok Ormianinem, ale on prawie nie mówił po angielsku.
Tymczasem od amerykańskiego imprezowego autobusu zaczynały odpadać koła. Tabliczki "na sprzedaż" pojawiały się w całym Los Angeles. Gdy tam przyjechałem, sprzedaż zwykłego domu zajmowała mniej niż tydzień. Teraz pół roku było niezłym wynikiem.
Zatoczenie koła. Powrót do Detroit był czymś instynktownym. Działałem jak łosoś, który płynie w górę rzeki, bo tak każą mu geny. Detroit mogło być epicentrum, gabinetem krzywych luster albo projekcją przyszłości Ameryki. Niemożliwie depresyjnym miastem zapadającym się w śmierć.
Ale mogło być też kolorową i fascynującą zabawką dla reportera. Rozpad. Kilometry rozpadających się budynków. Morderstwo, ludzkie odpady, luzerzy. Zajebiście depresyjna i upośledzona, wielka, jarząca się kolorami piłka. Jedna niewiarygodna historia po drugiej.
Dlaczego nie miałbym się do tego przyznać? Jestem reporterem. Pijawką. Kupczę nędzą i cierpieniem. Dla nas, reporterów, złe rzeczy są dobre. Jesteśmy jak kolekcjonerzy martwych ciał. Mówiąc szczerze, zawód korespondenta jest zabawny; fajnie jest być gościem, który spada znikąd na swoim spadochronie, ogłasza, że wszystko wie, formułuje skandaliczne oświadczenia, zapisuje je, upija się w barze hotelowym, zwija spadochron, pakuje do plecaka kaca i wyrusza w następne miejsce, w którym cierpią ludzie.
W ciągu dziesięciu lat, kiedy pracowałem dla "Timesa", byłem wszędzie i wszędzie rozglądałem się za tym, co niesamowite. Bo pracuję w niesamowitym biznesie. Przypuszczałem, że w Detroit nie będę musiał się specjalnie rozglądać. Niesamowitość znajdzie mnie sama. A ja podejdę do niej jak reporter ze spadochronem, przez rok czy dwa będę brudził sobie paluchy rozgrzebywaniem jej, pozwolę mojej matce przytulić wnuczkę, a później ruszę dalej.
Przez kolejne tygodnie i miesiące, wciąż mieszkając w domu w Los Angeles, reklamowałem mój towar na wszystkich dużych medialnych rynkach zbytu. - Co powiecie na Detroit? - pytałem. - Detroit to niezła historia - mówiłem. Historia. Wrak pociągu.
- Dzięki, ale nie - odpowiadali. Detroit nie było niczym ciekawym. Poza tym dzienniki i magazyny miały się coraz gorzej; otwarcie oddziału w Martwym Mieście było ostatnią rzeczą, na jaką ich naczelni zechcieliby wydać pieniądze.
W końcu schowałem swoją dumę do kieszeni i zadzwoniłem do "Detroit News". Do gazety, która była tak spłukana, że nie wydawała już nawet niedzielnego numeru. Niespodziewanie okazało się, że mają wolną posadę.
- Przyjeżdżaj i rób to, co robisz - powiedzieli. - Pisz kronikę upadku Wielkiego Amerykańskiego Przemysłowego Miasta.
Przyjąłem tę ofertę. I obiecałem sobie coś. Że na brzegu rzeki Detroit zbuduję wieżę ze słów - tak wysoką, że choćby nawet tego nie chcieli, będą ją musieli dostrzec z Times Square.
Pewnego marcowego dnia 2008 roku rozpocząłem pracę w "Detroit News". W newsroomie paliła się tylko połowa świateł. Pół żartem powiedzieli mi, że w ten sposób oszczędzają na elektryczności. Pokazali mi moje biurko, przy którym przywitało mnie połamane krzesło, zepsuty telefon i duża plama na wykładzinie, która przypominała jeden ze starych kredowych konturów, jakie rysowało się kiedyś na miejscu zbrodni. Komputer nie chciał załadować systemu. Cztery boksy wokół mojego stały puste, nie licząc papierów i długopisów, które pozostały tam po ostatnich lokatorach. Podobnie jak w redakcji "Timesa", było tutaj spokojnie niczym w chłodni rzeźniczej. Ale bez wątpienia to miejsce znajdowało się w niższym kręgu piekła.
Materiał z trzydziestoośmioletnim Kilpatrickiem - który uważał się za ważnego gracza i lubował się w białych kapeluszach i diamentowych kolczykach - nadawany był w kółko; oglądałem go na ekranach telewizorów powieszonych w rzędzie nad biurkami redaktorów. Chętnie spekulowano o tym, jakoby prokurator zamierzał w najbliższym czasie wnieść akt oskarżenia przeciwko burmistrzowi. Chodziło między innymi o domniemanie krzywoprzysięstwa.
Telewizyjny obraz Kilpatricka był ciemny i mroczny, bo telewizory zużyły się już od ich nieustannego eksploatowania, a firmy nie było stać na wymianę. Ekrany działały na niekorzyść burmistrza, tak jak redaktorzy "Timesa" zadziałali kiedyś wobec O. J. Simpsona, czyniąc jego twarz ciemniejszą i bardziej złowieszczą.
Miałem poczucie, że te telewizory są zapowiedzią czegoś ważnego, jak kanarki zwiastujące niebezpieczeństwo w kopalni węgla. Gdy pewnego dnia ekrany zgasną, w stutrzydziestopięcioletniej klepsydrze "Detroit News" przesypie się ostatnie ziarnko piasku.
Wiadomości telewizyjne dawały do zrozumienia, że burmistrz zlecił zabójstwo striptizerki Truskaweczki, ponieważ za dużo wiedziała o imprezie i przedstawicielach władzy, którzy brali w niej udział.
A Kilpatrick uginał się pod naciskiem tych zarzutów. Poprzedniego wieczora wygłosił oficjalną przemowę, w której cudacznie i ryzykownie odszedł od scenariusza, atakując przewodniczącego Rady Miejskiej i nazywając go "czarnuchem na posyłki"[4] oraz podrzucając śmierdzące jajo w postaci stwierdzenia, jakoby otrzymywał pogróżki i pełne nienawiści e-maile, które rzekomo przychodziły od białasów z przedmieść.
Nawet w lepszych czasach reporterzy spoza miasta nie mieli czego szukać w Detroit, bo nie działo się tu nic spektakularnego. Słyszałem kiedyś historię o tym, że pewien morderca musiał jechać aż do Toledo, by wydać samego siebie, bo gliniarze w Detroit w ogóle nie zwracali na niego uwagi. "Forbes" nazwał niedawno Miasto Silników najnędzniejszą mieściną w Ameryce. Ale taki gość jak Kilpatrick przenosił nas na zupełnie nowy poziom. Striptizerki? Morderstwa? Wszak to spełnienie marzeń reportera. Nagle przestałem się przejmować moim rozpieprzonym krzesłem.
- Czy burmistrz rzeczywiście zabił dziewczynę? - zacząłem wypytywać otaczających mnie reporterów. Powiedzieli mi, że ta plotka ma już pięć lat, ale teraz zaczęła żyć drugim życiem jako główny punkt skandalu z SMS-ami, jaki wybuchł wokół naszego niefrasobliwego burmistrza.
Potrzebowałem strzału na bramkę, świetnego przyłożenia, fantastycznego sukcesu. Wizytówki. Czegoś naprawdę genialnego, co by obwieściło: CHARLIE TU JEST.
Striptizerka zamordowana na zlecenie władz miasta doskonale by się nadawała!
Zadzwoniłem do pewnego znajomego detektywa.