O Karpatach
Pokuckich, ich mieszkańcach, zwyczajach i obrzędach
etc.[2]
W Choroszowej, niewielkiej górskiej wiosce,
spotkaliśmy po raz pierwszy górali ruskich, czyli prawdziwych
Pokucian. Pokucianie, a w dalszej, górzystej części kraju górale
karpaccy, noszą następujący strój. Głowę przykrywa okrągła,
obwisła, czarna czapka z jagnięcej skóry, na szyi zwisa wysmarowany
na czarno tłuszczem skórzany rzemień, do którego przyczepione są
liczne - małe i duże - mosiężne krzyże, a często również
różne medale z tego samego materiału i o podobnej wartości. Im
więcej taki chłopak ma na sobie tego żelastwa (mężczyźni noszą
mniej ozdób, czasem tylko krzyż), tym większym uznaniem cieszy się
w oczach swojej Paraski. Nieraz ozdoby te pokrywają całą pierś;
często doliczyłem się trzydziestu i więcej krzyży, które
z pewnością ważyły kilka funtów. Początkowo przywiodło mi
to na myśl dzikusów z mórz południowych, którzy - jak piszą
podróżnicy - używają jako ozdób kości i innych przedmiotów,
obwieszając sobie nimi nosy i uszy.
Na co dzień Pokucianie noszą się z węgierska:
krótki kaftan z owczej skóry, na nim krótki czirak[3] i długie szerokie spodnie. Te dwie ostatnie
sztuki garderoby farbowane są w korze olchy na kolor ceglasty,
który z czasem staje się brunatnożółty. Na stopach zawiązują
trójkątne kawałki niewyprawionej skóry, z której wyłazi na wierzch
sierść[4] [...]. Koszula, szczególnie
u pasterzy, jest przeważnie - podobnie jak na Węgrzech - nasączona
tłuszczem w celu ochrony przed robactwem. Przez pierś przechodzi
skórzany pas z zawieszonym rogiem na proch i małą skórzaną
torbą na krzesiwo etc.[5]
Pokucianin, podobnie jak inni górale karpaccy,
nigdy nie chodzi bez siekiery[6], która jest
tak ostra, że można nią wszystko przeciąć. Tę broń ma stale
przy sobie. Podczas snu trzyma ją pod głową, a w cerkwi i na
zabawach nigdy nie wypuszcza jej z ręki. Jednym słowem, w każdej
sytuacji gotów jest ukatrupić swego
przeciwnika. A ponieważ nie odznacza się najlepszym charakterem,
stanowiącym mieszaninę barbarzyńskich cech Tatarów, Hunów i Rosjan,
stale należy się mieć przed nim na baczności. Przejawia on nie
tylko przebiegłość i zamiłowanie do kradzieży, ale również
w najwyższym stopniu skłonność do rozpusty. Niewielu jest takich,
którzy zadowalają się własnymi żonami, większość żyje z jedną
lub kilkoma przyrodnimi siostrami lub sąsiadkami. Zazdrość jest im
obca, o czym będzie mowa później, wobec czego coraz bardziej szerzy
się wśród nich syfilis[7].
Kobiety, które są równie rozwiązłe
jak mężczyźni i, podobnie jak oni, zdradzają cechy rosyjskie
lub tatarskie, noszą również szczególny strój. Dziewczyna nie
przykrywa głowy, włosy zaplata w warkocze [...], w które wplata
rzemyk z nanizanymi drobnymi mosiężnymi monetami i guzikami oraz
muszelkami morskimi (Cyprea moneta L.). Taka
fryzura nazywa się kozka. Mężatki przykrywają głowę płócienną
chustką zwaną białogłową [...]. Na szyi zawieszają sznury szklanych
korali we wszystkich kolorach; pomiędzy poszczególnymi paciorkami
nawleczone są mosiężne krzyżyki, tak że często dziewczyna nosi na
sobie podobny ciężar jak chłopak. Nie dość, że Pokucianin zadaje
się z cudzą żoną, to nie przeszkadza mu również kazirodztwo,
mianowicie współżycie z żoną własnego syna. W dawnych czasach
było to w zwyczaju częściej niż obecnie [...].
Dziewczęta noszą również bransoletki z cienkiego
sznureczka, obszyte żółtymi guzikami od kamaszy. Koszule kobiece,
wyszywane na wołoską modłę kolorową włóczką, z przodu
się nie zapinają, tak że piersi - jak u mężczyzn - są
stale obnażone, ale ta część ciała płci pięknej nie działa
podniecająco na mężczyzn, którzy - jak mówi Pokucianin - nie
powinni interesować się tym, co jest przeznaczone dla dzieci. Dolną
część ciała okrywa rodzaj pasiastego fartucha, tzw. opjenka, wykonana
z różnokolorowej wełny. Stopy obwiązane są sznurkami, podobnie
jak u mężczyzn, a czasami odziane w buty. Na biodrach mają pas
z niebieskiej wełny, którego obydwa końce zwisają z tyłu.
W pobliżu zbiegu trzech granic [...], mniej więcej
w połowie drogi na górę Ruski-ju[8],
znajduje się niezbyt duże jezioro zwane Ozero Curiep[9]. Nie ma go ani na polskiej, ani na galicyjskiej
mapie. Powstało podobno przed stu pięćdziesięciu laty w wyniku
osunięcia się góry, czyli tak jak większość górskich jezior. Wydaje
się, że jeszcze niedawno powiększyło się, tak że na jego skraju
stoją zbutwiałe pnie drzew, zanurzone obecnie na kilka stóp w wodzie
[...]. Jezioro oddało nam przysługę, dostarczając wiele ptactwa
wodnego, do którego strzelaliśmy przy każdej okazji. Przebywający nad
tym małym jeziorem pasterze przynieśli złowione w nim ryby, którymi
zaspokoiliśmy głód, a nawet - jeśli wolno mi tak powiedzieć
- zajadaliśmy się ze smakiem [...]. Ponieważ byliśmy tu w lipcu,
spotkaliśmy także kilku górali zajętych suszeniem siana. Część tej
góry, pozbawiona drzew, posiada obfite i żyzne pastwiska [...].
Po zejściu z góry Ruski-ju skierowaliśmy
się na wschód, gdzie dotarliśmy do końca naszej
rzeki[10] oraz do granic Marmoroszy,
Pokucia i Bukowiny, które też są oznaczone potrójnym kamieniem
granicznym[11],
tak jak to jest u zbiegu granic Mołdawii, Bukowiny i Siedmiogrodu
[...].
Skierowaliśmy się ku wielkim szczytom Czarnohory,
aby dojść do źródeł Prutu. Oddaliwszy się parę mil od naszej
góry, dotarliśmy ponownie do chłopskich chałup, gdzie wbrew naszym
zamiarom zatrzymaliśmy się na blisko dwie doby. W pobliżu naszego
obozowiska odbywało się wesele u jednego z wieśniaków. Zaprosił
nas na nie nasz gospodarz, ponieważ córka jego przyrodniej siostry
wychodziła za mąż. Pomimo wielkiego znużenia uznałem, że to dla
mnie doskonała okazja, aby poznać zwyczaje prostego ludu, a dla moich
towarzyszy podróży, żeby się zabawić [...].
W dniu wesela poszliśmy do domu panny młodej, gdzie
pozostaliśmy na noc. Oglądaliśmy tam niezwykłą ceremonię. Upieczono
dwa rodzaje ciasta [...], które - podobnie jak u innych Słowian
- nazywają tu kołaczem albo kołaczą. Z nastaniem nocy wsadza
się kołacz pod każde ramię panny młodej, co ma oznaczać, że
nigdy w małżeństwie nie powinno jej zabraknąć jedzenia. Po tej
ceremonii obchodzi ona trzykrotnie stół dookoła, siada i odgryza
kawałek kołacza, popijając wodą. Narzeczony nie może być przy tym
obecny i nie powinien pojawić się aż do chwili, gdy pójdą do cerkwi
wziąć ślub.
Po zaślubinach nowożeńcy wracają do domu panny
młodej albo pana młodego i wymieniają między sobą derewce, które
w pozostałych częściach Karpat, a zwłaszcza na nizinach, nazywane
jest korowajem[12].
Państwo młodzi i większość zaproszonych na
wesele gości przywdziewa w tym dniu i podczas kolejnych dni (tak
długo, jak długo trwają uroczystości) nieco inne stroje. Mężczyźni
noszą małe kapelusze z wywiniętym rondem [...] oraz białe,
krótkie węgierskie keperneki[13] z wełny
tudzież bardzo szerokie, niebieskie spodnie. Kobiety wplatają we
włosy przeróżne mosiężne ozdoby, kwiatki, listki i gałązki oraz
noszą czarne spódniczki i czerwone fartuszki. Panna młoda trzyma
w chusteczce okrągły ser, tzw. kołezy[14]
i stale go ze sobą nosi, nie wypuszczając z ręki nawet podczas
tańca. Znaczenia tego [zwyczaju] nie mogłem się dowiedzieć. Posiłek,
jaki tu podają, jest zawsze bardzo skromny: trochę mięsa, sera,
masła, chleba i wódki - to wszystko.
Tańce trwają przez cały dzień pod gołym
niebem. Gdy po raz pierwszy ujrzałem taniec, byłem niemało zaskoczony
niebezpieczeństwem, jakie się z nim wiązało. Jeszcze nigdy czegoś
podobnego nie widziałem i nie mogłem sobie wyobrazić, że ludzie
w takiej chwili, przy takiej uroczystości, kiedy powinna zniknąć
wszelka nieufność etc., chodzą uzbrojeni [...].
Każdy chłopak ma koło siebie swoją pannę. Od
trzech do sześciu par tańczy w jednym kręgu. Skrzypek i dudziarz
znajdują się zwykle w środku koła [...]. Gdy chłopak tańczy
wyprostowany, obejmuje wpół swoją dziewczynę i kręci się z nią
w kółko, trzymając w prawej ręce siekierę nad głową swojej
krasawicy. Podczas tych wszystkich gwałtownych podskoków podrzuca
i chwyta w locie siekierę. Jeśli zrobi to niezręcznie, to siekiera
rozpłata głowę dziewczynie albo temu, na kogo spadnie [...].
Najbardziej zdumiewa w tym tańcu to, że chłopak,
kucając prawie przy samej ziemi i podskakując z tancerkami jak żaba,
wyrzuca trzymaną za stylisko siekierę na wysokość sążnia i na
powrót chwyta. Pomimo że ćwiczenie to wymaga sporej zręczności,
rzadko się słyszy o nieszczęśliwych wypadkach, a jeśli już takowe
się zdarzają, to wyłącznie pijanym [...].
Ponieważ uczestniczyliśmy w tych wszystkich
uroczystościach, chcieliśmy dotrwać do końca wesela. Z moim
towarzyszem, młodym, krzepkim gajowym, i z trzema innymi młodymi
góralami podziwiałem tańce aż do zmroku. Z zachwytem przyglądałem
się pewnej młodej i ładnej kobiecie, najzręczniejszej tanecznicy. Gdy
zauważył to jeden z wieśniaków, spytał mnie chytrze, która
z tancerek najbardziej mi się podoba. Odparłem, że ta, która
najlepiej tańczy w kole. "Dobrze - powiedział ów człowiek
- możesz z nią pójść do domu". "Ale cóż powie na to jej
mąż?" - spytałem. "Nic - odrzekł - ponieważ to ja jestem
jej mężem". Po tych słowach wyprowadził ją z kręgu i wsunął mi
ją w ramiona, z czego wydawała się bardzo rada. Spytałem po niemiecku gajowego: "Czy to serio, czy na żarty?". "Serio" - odpowiedział. "Nie może pan wzgardzić tą propozycją, bo ci ludzie są trochę podpici i bardzo by im się to nie
spodobało". Udałem się więc z moją wybranką do jej chaty. Mąż
nam nie towarzyszył - niewątpliwie poszedł już do swojej przyrodniej
siostry. Tymczasem dałem kobiecie w podarunku jakiś drobiazg, udając,
że nie rozumiem jej nalegań. Przeprosiłem ją uprzejmie, wyjaśniając,
że dzisiaj jestem wyczerpany długą podróżą i że ją odwiedzę
jutro. Wypadło to całkiem naturalnie: przecież ze zmęczonym rycerzem
nie miałaby wielkiej przyjemności. Poszedłem samotnie do mojej chaty
na słomę, podczas gdy moi towarzysze przez całą noc używali sobie
z kobietami po lasach i chatach. Znali oni bowiem w tych górach prawie
wszystkie kobiety i dziewczyny. Na podstawie opisanego zdarzenia można
sobie wyrobić opinię o romansach Pokucian i wzajemnej wierności,
jaką praktykują w małżeństwie, oraz przekonać się, jak rzadkim
zjawiskiem wśród nich jest zazdrość. Nic więc dziwnego, że lud
ten dotknięty jest - jak to już zostało powiedziane - luesem
[...].
Następnego dnia miałem trudności
z pozbieraniem moich ludzi w celu kontynuowania wędrówki. Na moje
szczęście wesele przebiegło tym razem spokojnie i obyło się bez
bójek. Mój gajowy był tu największym zuchem, tak więc trochę się
niepokoiłem. Ponieważ jednak mieliśmy ze sobą znaczny zapas wódki,
tytoniu, prochu etc., mogliśmy udobruchać naszymi prezentami każdego,
kto by się na nas złościł. Nie daliśmy jednak po sobie poznać,
że mamy również pieniądze.
Skierowaliśmy się teraz na północny zachód,
trochę w bok od najwyższego szczytu. Wszystkie góry były pokryte
szarym piaskowcem, którego pokruszone bryły o rombowych powierzchniach
zalegały nagie zbocza. Porastała je gruba, często na stopę,
warstwa mchu islandzkiego[15]. Gdy przed
kilku laty klęska głodu nawiedziła tę okolicę, ktoś doradził,
aby spożytkować ów mech na pożywienie dla głodujących, tak jak to
mniej więcej zwykli czynić Norwegowie i Lapończycy. Nikt się jednak
na to nie zdecydował. Korzyść odniósł natomiast ów pomysłodawca: za
swoją radę, z której nie skorzystano - bo też nie było to możliwe
- został szczodrze obdarowany przez dwór. Gdyby więcej wiedział
o roślinach, wyświadczyłby w tej sytuacji wielką przysługę,
proponując zamiast mchu islandzkiego czermień błotną[16], rosnącą bardzo często w Galicji w niewielkich
bajorach i wilgotnych miejscach, z której kłączy można piec
chleb. Jest on nie tylko smaczny, lecz
nawet dość pożywny, czego nie da się powiedzieć o mchu islandzkim,
zupełnie niejadalnym dla tutejszych mieszkańców, nieprzywykłych
do jego gorzkiego smaku. Obecnie i w przyszłości nie powinno już
zabraknąć ani w tych górach, ani w tej prowincji, żywności,
ponieważ we wszystkich miejscowościach poczyniono duże postępy
w uprawie ziemniaków, nazywanych na Pokuciu barabulą, które - jak
to stwierdziłem podczas wszystkich moich podróży po tych górach,
odbywanych w różnych latach - zawsze bardzo dobrze się udają
[...].
Tutejsze łąki i pastwiska górskie znajdują
się całkowicie we władaniu natury, ale są ciągle dość wydajne,
ponieważ gleba jest wszędzie jeszcze dosyć dobra. Wcale niemała
hodowla bydła, będącego prawie że jedynym bogactwem tego ludu,
wymaga niewielu zabiegów. O utrzymywaniu [zwierząt w] czystości
nikt w tym kraju nie myśli; w najlepszym razie koło domu znajduje
się jakieś liche zadaszenie, gdzie bydło może się schronić przed
dotkliwym zimnem.
Niezwykle osobliwą rzeczą był dla mnie w tych
wysokich górach częsty widok pędzonego na Węgry najpiękniejszego
bydła rogatego. W większości były to krowy najwspanialszej
rasy, pochodzące z sąsiednich prowincji: Wołynia, Podola
i Ukrainy. Ponieważ działo się to podczas wojny[17], pomyślałem sobie, że Węgrzy, mając wszystkiego
pod dostatkiem, wyjątkowo teraz potrzebują tego bydła. Jednakże
tutejsi mieszkańcy zapewnili mnie, że tak już jest od niepamiętnych
czasów. Polska z kolei nigdy nie potrzebowała ani nie sprowadzała
z Węgier żadnych produktów naturalnych, z wyjątkiem wina
[...].
Postanowiliśmy ponownie dotrzeć do najwyższych
szczytów pasma, skierowaliśmy się więc na zachód i po kilku
godzinach dotarliśmy do źródeł Czarnego Czeremoszu, a następnie do
początku Czarnej-Gory[18]. Gdy podróżowałem
po raz pierwszy po tej okolicy w 1790 r. (trwała jeszcze wówczas
wojna z Turkami), popadliśmy - było nas wtedy czterech -
w tarapaty. Grupa młodych górali, których chciano wziąć
w rekruty, uciekła w wysokie góry. Włóczyli się tu przez kilka
lat i dopuszczali się różnych ekscesów, a niedostępne okolice
zapewniały im zawsze bezpieczeństwo. Ponieważ nie szliśmy żadną
z wytyczonych dróg, tak się zdarzyło, że po wyjściu z zarośli
zobaczyliśmy, jak w odległości strzału wyskoczyło czterech do
sześciu uzbrojonych w strzelby drabów, którzy zaraz skryli się
w krzakach. Sądzili zapewne, że jesteśmy tymi, którzy na nich
polują, i w najwyższym pośpiechu ruszyli w stronę wzgórza, aby
nam odciąć drogę i wziąć nas w ogień swych strzelb. Początkowo
wołaliśmy wprawdzie w ich stronę, że nie jesteśmy tu z ich
powodu i że mogą się do nas zbliżyć albo my podejdziemy do
nich, odłożywszy wcześniej karabiny, ale nam nie dowierzali,
a my im jeszcze mniej. Musieliśmy się wycofać lub spróbować
ich wyprzedzić. Mieliśmy wprawdzie wszyscy gwintówki lub karabiny,
lecz nie wiedzieliśmy, ilu ich było. Gdy pod wieczór dotarliśmy do
położonego niżej domu, zobaczyliśmy z daleka dużą grupę tych
ludzi na wzgórzu. Wkrótce doniesiono gospodarzowi, a był on dość
zamożny, że szykuje się napad na jego dom i że napastników jest
co najmniej dwudziestu. Przez całą noc mieliśmy się na baczności,
a psy były na czatach. Chyba tylko dlatego, że napastnicy zwiedzieli
się, że ich oczekujemy, mieliśmy spokój. Następnego dnia przyszła
do nas stara babuleńka i opowiedziała żałosnym głosem, w jakiej
znalazła się biedzie, odkąd jej jedyny syn-żywiciel uciekł w góry
przed poborem. Pocieszyłem ją, że monarcha wydał patent w sprawie
uciekinierów, na mocy którego każdy, kto wróci [do domu], nie musi
obawiać się kary i zostanie zwolniony ze służby wojskowej. Niech
więc polegając na moim słowie, przekaże tę wiadomość swojemu
synowi i innym. Niech również powie, że w trakcie moich górskich
badań prędzej czy później wpadnę w ich ręce, więc będą mogli
mnie trzymać jako zakładnika tak długo, aż uzyskają zapewnienie ze
strony władz. Staruszka była bardzo rada z tej wiadomości, a gdy
się dowiedziała, że nie jesteśmy urzędnikami cyrkułu, chciała mi
w podzięce podarować swój najlepszy ser. Wkrótce pożegnała się
z nami i poszła, aby z pewnością podzielić się [zasłyszaną]
wieścią ze swym synem [...].
W rozdziale tym odmalowana została zła strona
charakteru [Pokucian], jednak bezstronność nie pozwala mi pominąć
niewielu dodatnich cech tego ludu. Najdziwniejsze, co można o nich
powiedzieć, to po pierwsze, że są pracowici i w ogóle nie
tolerują u siebie w górach Żydów. Raz osiedlił się wśród nich
jeden z tych krwiopijców, ale sami się go wkrótce pozbyli i od
tej pory żaden nie odważył się na coś podobnego. Po drugie,
choć są tacy biedni, podzielą się z gościem tą odrobiną,
jaką posiadają. Jest to zaleta, jaką dostrzegłem u wszystkich
niecywilizowanych ludów w Europie. Po trzecie, nie chcą słyszeć
ani o lekarzach, ani o adwokatach. Leczą się, stosując dietę,
a swoje spory załatwiają za pomocą słów lub pięści [...]. Gdyby
Pokucianie nie byli tak rozwiąźli w miłości, nie wiedzieliby wiele
o chorobach i umieraliby przeważnie ze starości.
[2] Jest to rozdział IX, t. 3 pracy Balthasara
Hacqueta. Fragment tego rozdziału, w oryginalnej wersji
niemieckojęzycznej, znalazł się w t. 54 Dzieł wszystkich
Oskara Kolberga (Wrocław-Poznań 1970).
[3] Chodzi o sierak - rodzaj samodziałowej kurty, noszonej przez górali ruskich
w całym pasie Karpat oraz na Pokuciu (u Łemków i Bojków brązowej
bądź czarnej, u Hucułów czerwonej lub czarnej).
[4] Kawałki skóry noszone w charakterze butów
dowodzą, iż był to etap kształtowania się postołów, czyli
kierpców. Zanim górale huculscy wypracowali sposób ich szycia
i formę, rzemykami bądź sznurkami przytwierdzali kawałki skóry
do stóp.
[5] Hacquet opisuje stroje huculskie w ich wczesnej,
bardziej pierwotnej formie. Na temat XIX-wiecznych ubiorów huculskich
zob. przyp. 22 i 41 w tekście M. M. Dowie.
[6] O bartce - huculskim toporku - zob. przyp. 27
w tekście H. Zbindena.
[7] O chorobach wenerycznych na Huculszczyźnie
zob. przyp. 17 w tekście
B. Newmana.
[8] Prawdopodobnie chodzi tu o Ruski Dił (Ruski
Dział), rozległy grzbiet pokryty w większości połoninami,
ciągnący się od osady Szybeny do dawnej granicy polsko-węgierskiej,
później polsko-rumuńskiej, a obecnie
ukraińsko-rumuńskiej. Ruski Dił
stanowi fragment Gór Czywczyńskich, odrębnego pasma, będącego
przedłużeniem Czarnohory na południowy wschód.
[9] Mowa tu o jeziorze Szybene, największym
w dawnych polskich Karpatach Wschodnich. Jakie były jego rozmiary
w czasach, gdy zwiedzał je Hacquet - nie wiadomo. Według Leopolda
Wajgla (w niektórych publikacjach nazwisko Wajgel występuje w formie
Weigel bądź Wajgiel), zasłużonego kołomyjskiego krajoznawcy, który trafił tam w 1879 r., miało ono
850 m długości, 250 m szerokości i zajmowało powierzchnię ok. 20
ha. Na początku lat osiemdziesiątych XIX w. zbudowano na nim klauzę,
tzn. tamę zaopatrzoną w śluzy, dzięki której, spuszczając
z utworzonego zbiornika wodę, podnoszono jej poziom w Czarnym
Czeremoszu, co umożliwiało spław drewna.
[10] Tzn. Czarnego Czeremoszu, którego źródła
znajdują się na stokach Palenicy i Komanowej.
[11] Informacja o potrójnym kamieniu granicznym
(dreyfache Confin) wydaje się wskazywać na Palenicę (1758 m
n.p.m.) w Górach Czywczyńskich, gdzie w czasach zaborów
schodziły się granice Galicji, Węgier (regionu Marmarosz)
i Bukowiny. Natomiast słynne Rozrogi (opisane przez Wincentego Pola
w Obrazach z życia i natury, Kraków 1871),
gdzie w epoce przedrozbiorowej stykały się granice Polski, Węgier
i Hospodarstwa Mołdawskiego, znajdowały się najprawdopodobniej
u źródeł Białego Czeremoszu, w okolicy szczytu Kreczeli. Stało tam
pięć kamiennych słupów z wyrytymi literami FR, tzn. Fines Reipublicae
(Krańce Rzeczypospolitej). W okresie międzywojennym miejscem styku
granic Polski, Czechosłowacji i Rumunii był wierzchołek Stohu
(1653 m n.p.m.) w Górach Czywczyńskich, zwieńczony białym słupem,
tzw. triplexem, na którym widniały godła tych trzech państw. Triplex
ten zachował się do dziś, ale bez herbów.
[12] Korowaj - odpowiednik kołacza, gatunek
ciasta podawanego na Rusi podczas uroczystości weselnych;
derewce - rodzaj bukietu weselnego ze ściętego wierzchołka
jodły, świerku czy kosodrzewiny bądź z gałązek jodły
przystrojonych piórami, w późniejszych czasach również
kolorowymi wstążkami i bibułkami. Derewce zatykano w korowaju
(za: Oskar Kolberg, op. cit., t. 54, cz. 1,
Ruś Karpacka oraz Włodzimierz Szuchiewicz,
Huculszczyzna, t. 2, Lwów 1902). Ciekawe, że
również Wincenty Pol (zob. Prace z etnografii północnych
stoków Karpat, Wrocław 1966) pisze, iż Huculi korowaj
nazywają derewcem.
[13] Jest to bliżej nieokreślony rodzaj
wierzchniego okrycia. Nawet bardzo dokładne, wielotomowe słowniki
języka węgierskiego nie odnotowują tego wyrazu. Możliwe, że użyta
przez Hacqueta nazwa jest przekręconą formą węgierskiego słowa
"köpenyeg" (płaszcz).
[14] Kołezy - kołacze z sera w formie obwarzanków, wymieniane przez oblubieńców
podczas wesela jako symbol szczęśliwego i długiego życia.
[15] Porost ten - płucnica islandzka
(Cetraria islandica) - rośnie w piętrze roślin
alpejskich w Europie, Azji i Ameryce Północnej, a także w Arktyce
i na Antarktydzie. Niegdyś używany jako dodatek do chleba.
[17] Mowa o wojnie
między Austrią i Turcją w latach 1787-1792.
[18] Zachowano pisownię
oryginału.