"MASZYNA DO PRODUKCJI SIŁY"
Dawid w kilku wywiadach poruszył temat swojego dzieciństwa. Jego ojciec Jan Szoma, pseudonim "Bakro", był Romem. W Rzeszowie usłyszałem od kilku osób, że "był megapostrachem w okolicy i wszystkich napierdalał". Wykorzystywał do tego umiejętności wyniesione z treningów judo, wszak w przeszłości z powodzeniem występował w Walterze Rzeszów na poziomie pierwszoligowym. W internecie można znaleźć wycinki z archiwalnych gazet, które pisały o jego walkach:
Kostecki nie miał łatwego dzieciństwa, o czym mówił wprost w wywiadach. W 2010 roku w rozmowie z "Super Expressem" przyznał, że jego ojciec nadużywał alkoholu i rzadko bywał w domu. "W ogóle nie miałem dzieciństwa, nienawidziłem za to ojca przez całe lata" - powiedział "Cygan". Po latach twierdził, że mu wybaczył, między innymi dzięki temu, że zaczął medytować. "To niesamowicie mi pomogło. Jestem innym człowiekiem, nie ma we mnie tej nienawiści, co kiedyś. Nawet ojcu wybaczyłem"*.
Dawid wychowywał się w komunalnej kamienicy na jednej z bocznych uliczek odchodzących od rynku w Rzeszowie. Wtedy to miejsce wyglądało zupełnie inaczej niż dzisiaj - nie było kolorowych światełek i wykwintnych restauracji. Dominowała szarzyzna i biedota. Na tle innych mieszkańców wyróżniał się karnacją, z powodu której nie miał lekko i często popadał w konflikty - musiał rozwiązywać je przy użyciu siły. Od najmłodszych lat żył na bakier z prawem, lądował w zakładach wychowawczych i poprawczakach.
Najważniejsze były dla niego kobiety - mama Karolina i siostra Estera. Oczywiście dopóki nie poznał swojej przyszłej żony Edyty. "Dla mnie liczy się mama. To ona wychowała mnie, siostrę. Łatwo jej nie było, ale dzieciństwo miałem dobre" - wspominał w 2003 roku na łamach rzeszowskich "Nowin"**. Pytanie, czy faktycznie tak uważał. W końcu w innym wywiadzie mówił, że "jak był gówniarzem, to chodził głodny"***. Może po prostu nie chciał wówczas zdradzać zbyt wiele? Od kilku rozmówców, którzy znali Dawida bliżej, słyszałem, że "od małego był zamieszany w domy publiczne" i że "wychował się w agencjach towarzyskich". Może nie widział w tym nic złego? W końcu nie znał innego świata.
Ludzie pamiętający go z dzieciństwa wspominają, że był bardzo żywiołowym chłopcem, wszędzie go było pełno. Jak nietrudno się domyślić, energię wyładowywał głównie na ulicy, bo szkoła niespecjalnie go interesowała. "Był ze mnie mały rozbójnik. Lubiłem szukać zwady ze starszymi. Miałem kiepskie oceny z zachowania" - mówił****. Ciągnęło go do zakazanego. Już jako 12-latek próbował różnego rodzaju używek. Kręcił się w nieciekawym towarzystwie, ale trudno, żeby było inaczej. Innego świata nie znał...
Mniej więcej wtedy odkrył świat sportów walki. Świat, który go pochłonął i prawdopodobnie uchronił przed obraniem całkowicie złej drogi (przynajmniej tak się wtedy wydawało). Najpierw trenował kick-boxing. "Naoglądałem się filmów akcji, na których wojownicy skakali, robili salta, latali... A ja byłem w takim wieku, że biegałem po dachach, robiłem gwiazdy, szpagaty, oglądałem filmy o ninja - to były takie pierwsze fascynacje" - wspominał w 2008 roku*****. Później przerzucił się na boks - fascynował się walkami Mike'a Tysona i oczywiście Andrzeja Gołoty. Podpatrywał sposób walki gwiazd wagi ciężkiej, a następnie starał się naśladować ich ruchy, ćwicząc na zawieszonym w piwnicy worku. To tam wraz z kolegami urządzili minisalkę bokserską, gdzie toczył pierwsze pojedynki w rękawicach. Później poznał Stanisława Osetkowskiego i to spotkanie zmieniło bieg jego życia o 180 stopni.
Trener jak ojciec
Stanisław Osetkowski to znany rzeszowski trener, a przed laty świetny pięściarz, przez całą karierę związany z miejscową Stalą. Był reprezentantem Polski, rozwijał się pod okiem obecnego trenera Łukasza Różańskiego, Mariana Basiaka (co ciekawe, pogromca Izu Ugonoha i Artura Szpilki ćwiczył także u Osetkowskiego), a w ringu stoczył ponad 300 walk. Do jego największych sukcesów należą mistrzostwo Polski juniorów w 1970 roku w wadze do 54 kg, brązowy medal mistrzostw Polski w 1973 roku w wadze do 60 kg, zwycięstwo w turnieju im. Feliksa Stamma w 1977 roku w wadze do 60 kg (w półfinale pokonał 5:0 Ryszarda Tomczyka, mistrza Europy seniorów z 1971 roku), a przede wszystkim wywalczone w Bukareszcie w 1972 roku wicemistrzostwo Europy juniorów w wadze do 57 kg.
Po zakończeniu kariery Osetkowski zajmował się szkoleniem w Stali Rzeszów, a na przełomie wieków wyleciał do Stanów Zjednoczonych, do pracy. Miał z nich bardzo miłe wspomnienia: w latach 70. walczył za wielką wodą, a na jego pojedynki, jak sam mówi, "miejscowa Polonia waliła drzwiami i oknami". Gdy schodził z ringu, rozradowani Polonusi obdarowywali go prezentami, wszak wówczas okazja, by zobaczyć rodaka w walce bokserskiej w USA, trafiała się niezwykle rzadko. Stoczył tam sześć walk, przywiózł trochę dolarów. "Podobał im się mój boks, bo byłem półdystansowiec" - wspomina. W USA chciał być rolnikiem. Pomysł nie wypalił, dlatego później pan Stanisław nauczył się kłaść płytki i w ten sposób zarabiał na chleb. "Dobry byłem i szybciutko mi to szło. Kto by pomyślał, że bokser będzie miał takie oczko do płytek" - mówi ze śmiechem po latach. Później pracował jeszcze w Anglii, ale wrócił do Rzeszowa i współtworzył klub bokserski Wisłok, gdzie do dzisiaj szkoli młodych adeptów sztuki pięściarskiej. Prowadzi zajęcia bokserskie także w pobliskiej Świlczy.
Dawid Kostecki wielokrotnie w wywiadach podkreślał, jak wiele zawdzięcza temu szkoleniowcowi: "Stanisław Osetkowski sporo mnie nauczył. Był dla mnie nie tylko trenerem, ale taką osobą, która mnie jakoś tam wspierała i sprawiała, że czułem się fajnie i nadrabiałem braki techniczne zaufaniem do niego i chęcią wygranej"******. Sam trener Osetkowski wspomina Dawida z błyskiem w oku: "Pierwszy raz spotkałem go na treningach kickbokserskich, miał wtedy 16 lat. Od razu widać było, że to "talenciak". Szczególnie zwróciłem uwagę na to, jak mocno bije, zrobiło to na mnie wrażenie. Zagadałem go, zaproponowałem, by przyszedł na trening. Wiedział, że jeździmy na zawody, i to mu się podobało. Poza tym za treningi kick-boxingu się płaciło, a u nas, w Wisłoku, za boks nie i to go też skusiło. Uzupełnił badania, bo miał tam jakieś braki, ale to była formalność. Skaperowałem go".
Pan Stanisław na nasze spotkanie przyniósł specjalny album, w którym kolekcjonuje wszystkie wycinki z gazet na temat Dawida. W trakcie rozmowy wielokrotnie go otwiera i z rozrzewnieniem pokazuje artykuły nie tylko z rzeszowskiej, ale także ogólnopolskiej prasy. O boksie opowiada z pasją, a o Dawidzie - z wielką dumą.
Po dwóch dniach treningów 16-letni "Cygan" stanął do sparingu z chłopakiem, który ćwiczył już dwa lata. Dawid nie miał prawa jeszcze niczego się nauczyć, był dużo gorszy technicznie, ale ciągnęło go do bitki. Jego sparingpartner próbował czarować, balansował ciałem, lewy, prawy prosty, aż tu nagle... bum! Mocny prawy sierp i wpółprzytomny rywal wylądował na deskach. Czy ta historia mogła się zacząć w bardziej filmowy sposób?
Kariera Dawida Kosteckiego w boksie amatorskim była bardzo skromna. Nikt z moich rozmówców nie znał jego dokładnego bilansu, sam "Cygan" twierdził, że stoczył 15-20 walk. Stanisław Osetkowski zaś przekonuje, że było ich około 30. W każdym razie - niezbyt wiele. W zawodach rangi krajowej Kostecki wystąpił trzy razy: na mistrzostwach Polski kadetów w 1998 roku w Krakowie startował w kategorii wagowej do 67 kg i przegrał w pierwszej walce z Marcinem Afeltowiczem ze Startu Włocławek przez nokaut; w 1999 roku na mistrzostwach Polski juniorów w Świdnicy (waga do 71 kg) przegrał w ćwierćfinale na punkty ze Sławomirem Mordoniem, bokserem ŁKS-u Łódź; a kilka miesięcy później, także w 1999 roku, na mistrzostwach Polski do lat 20 w Libiążu (w kategorii do 71 kg) odpadł w ćwierćfinale po porażce z Przemysławem Pęczyńskim z Polonii Świdnica - walka została przerwana w trzeciej rundzie.
Boks amatorski zwyczajnie mu się nie podobał. Był zapatrzony w zawodowców, nie rozumiał, dlaczego musiał walczyć w koszulce i w kasku. Brakowało mu także doświadczenia w formule turniejowej - mocno spinał się na pierwszą walkę, a później nie miał sił w kolejnych pojedynkach. Kompletnie nie miał wtedy pojęcia o profesjonalnym podejściu i zdarzało się, że na 20 minut przed walką zjadał po trzy snickersy, bo wydawało mu się, że doda mu to energii. "W ogóle brakowało mi jakichś elementarnych podstaw typu, że gdy się zadaje cios, to się wypuszcza powietrze, w ogóle z perspektywy wydaje mi się to dosyć śmieszne, bardziej na ambicji wtedy jechałem"******* - wspominał.
Osetkowski, gdy przytoczyłem mu te wypowiedzi, twierdząco kiwa głową. "Koszulki, kaski, jemu to wszystko się nie podobało. On chciał pokazać światu, jaki jest umięśniony, jaki jest zawodowiec. O, proszę spojrzeć - pan Stanisław ponownie wyjmuje album i pokazuje zdjęcie Dawida z czasów boksu amatorskiego - sam mięsień! To się rzadko zdarza, żeby człowiek urodził się z takim "bombcem" w ręce. Trenerzy pięściarscy często mówią, że Cyganie to lenie. Dawid był zaprzeczeniem tej teorii, bo na każdy trening przychodził świetnie przygotowany motorycznie. To była maszyna do produkcji siły! Przede wszystkim słuchał i chciał się uczyć. Nie bił szparingpartnerów [charakterystyczne "sz" - bardzo popularne w środowisku pięściarskim], tylko ćwiczył na nich technikę. Mówiłem mu cichaczem: "Sprzedaj mu lewy hak", a on to robił. Potem pojechał na zawody do Krakowa i pokonał mistrza Polski. Walnął w łeb raz, potem drugi, krzyczę mu: "Popraw!", a on poprawił i po chłopie".
Pan Stanisław był dla Dawida nie tylko trenerem - Kostecki wielokrotnie podkreślał, że Osetkowski pomagał mu także poza ringiem. "Kiedyś przyszedł do mnie i powiedział, że ma kłopoty w szkole. Akurat zbliżały się zawody, więc pojechałem tam, a jego nauczycielka rzuciła mi tylko: "Bierz go pan stąd, byleby w szkole był spokój!". Wtedy zorientowałem się, że "Cygan", bo od małego tak go nazywano, jest w tej szkole szeryfem. Gdy przynosiłem później wycinki z gazet, nauczyciele patrzyli na niego bardziej przychylnym okiem. Umówmy się, profesorem nie był, dlatego pomagałem mu, jak tylko mogłem" - wspomina trener Wisłoka.
Kostecki zaś był zapatrzony w szkoleniowca jak w obrazek. A Osetkowski nie raz i nie dwa starał się odciągnąć Dawida od złego towarzystwa, korzystając z siły swojego autorytetu. "To był miły dzieciak, ale czasem wpadał w kłopoty. Wychowywał się bez ojca, nie miał łatwego życia. Starałem się wpływać na niego, żeby nie robił głupot i nie olewał szkoły. Gdy tylko słyszałem, że Dawid zadaje się z niewłaściwym towarzystwem, brałem go na rozmowę i starałem się naprostować".
Któregoś dnia Osetkowski, jadąc samochodem, dostrzegł Dawida w grupie podejrzanych typków. Trener się zatrzymał i wziął "Cygana" na bok.
- Co jest?! - zapytał zdenerwowany trener.
- To koledzy... - odparł Dawid.
- Na cholerę ci tacy koledzy?!
Trener Osetkowski czuł, że ma posłuch u Dawida.
Ale jak się okazało, Dawid nie zawsze go słuchał.
* https://sport.se.pl/sporty-walki/boks/moje-pokrecone-zycie-aa-11sb-NupX-aKUb.html.
** https://nowiny24.pl/zawodowiec/ar/5921429.
*** https://www.sfd.pl/_Dawid_Kostecki_dla_bokser.org%3A_%C5%81eb_rozpier%E2%80%A6_i_tyle.-t279528.html.
***** http://www.bokser.org/content/2008/12/22/084921/index.jsp.
****** https://www.sport.pl/boks/1,64992,6090390,Kostecki__mam_ten_cyganski_dryg.html.
******* https://www.sport.pl/boks/1,64992,6090390,Kostecki__mam_ten_cyganski_dryg.html.