Dania. Tu mieszka spokój - Sylwia Izabela Schab

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (38,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

MAŁY KRAJ Z TRUD­NYM JĘ­ZY­KIEM

Dan­mark er et lille land med et sv?rt sprog - "Da­nia to mały kraj z trud­nym ję­zy­kiem" - od tej frazy roz­po­czyna się wiele tek­stów o kró­le­stwie Mał­go­rzaty II. Wy­brzmie­wają w niej dwa ele­menty cha­rak­te­ry­styczne dla duń­skiej sa­mo­świa­do­mo­ści: mi­krość te­ry­to­rialna, która jest jed­no­cze­śnie kom­plek­sem Duń­czy­ków, i nie­przy­stęp­ność ję­zyka, ta jest ni­czym szy­bo­let da­jący wstęp do kręgu nie­licz­nych wta­jem­ni­czo­nych, któ­rym udało się wy­grać na et­nicz­nej lo­te­rii. O tym, jak bar­dzo po­wszechne są to prze­ko­na­nia, świad­czy cho­ciażby fakt, że wie­lo­krot­nie pa­dały z ust mo­ich duń­skich zna­jo­mych w roz­ma­itych roz­mo­wach. Czę­sto też po­wta­rzane są w de­ba­tach pu­blicz­nych - jako ar­gu­menty prze­ma­wia­jące za duń­ską wy­jąt­ko­wo­ścią, którą na­leży chro­nić.

Da­nia jest kra­jem nie­wiel­kim - je­śli pod uwagę bie­rzemy Da­nię wła­ściwą, a nie Wspól­notę Kró­le­stwa (Rigs­f?l­les­ska­bet), obej­mu­jącą rów­nież Gren­lan­dię i Wy­spy Owcze. Jej po­wierzch­nia wy­nosi około czter­dzie­stu trzech ty­sięcy ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych. Składa się na nią Pół­wy­sep Ju­tlandzki, naj­bar­dziej na pół­noc wy­su­nięta część Ni­ziny Nie­miec­kiej, oraz po­nad czte­ry­sta (nie­które źró­dła po­dają, że bli­sko pięć­set) wysp i wy­se­pek - w więk­szo­ści nie­za­miesz­ka­łych, a na­wet nie­na­zwa­nych. Naj­więk­sze to Ze­lan­dia (na któ­rej mie­ści się sto­łeczna Ko­pen­haga), Thy, czyli pół­nocna część Pół­wy­spu Ju­tlandz­kiego, od­dzie­lona od niego cie­śniną Lim­fjor­den, Fio­nia, Lol­land oraz Fal­ster. Naj­dłuż­sza duń­ska rzeka - Gu­den? (jej na­zwa ozna­cza "stru­mień po­świę­cony bo­gom") - pły­nie na dłu­go­ści nie­spełna stu sześć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów. Co do naj­wyż­szego wznie­sie­nia nie ma jed­no­myśl­no­ści, nie­które źró­dła po­dają, że to Yding Sko­vh?j (z kur­ha­nem z epoki brązu na szczy­cie), inne, że Ejer Ba­vne­h?j, bądź M?l­le­h?j - tak czy siak naj­wyż­szy punkt Da­nii znaj­duje się nie­całe sto sie­dem­dzie­siąt trzy me­try nad po­zio­mem mo­rza.

Duń­ska po­li­to­lożka Sara Bin­zer Ho­bolt, pi­sząc o swo­ich ro­da­kach, wska­zuje na sprzecz­ność, która jest jedną z cech cha­rak­te­ry­stycz­nych ich toż­sa­mo­ści: "Na­ro­dową au­to­iden­ty­fi­ka­cję Duń­czy­ków można opi­sać jako am­bi­wa­lentną mie­sza­ninę świa­do­mo­ści wła­snej nie­wiel­ko­ści i sta­tusu ma­łego pań­stwa z dumą z na­szej świe­tla­nej prze­szło­ści i na­dal ist­nie­ją­cej prze­wagi"[1]. Ko­kie­to­wa­nie skrom­no­ścią ob­szaru, przy ak­tyw­nym nie­pa­mię­ta­niu, że czę­ścią Wspól­noty Kró­le­stwa (Rigs­f?l­les­ska­bet) jest naj­więk­sza na świe­cie wy­spa - Gren­lan­dia - o po­wierzchni li­czą­cej po­nad dwa mi­liony ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych, to za­pewne stra­te­gia kre­owa­nia ob­razu wła­snego kraju jako skrom­nego i nie­śnią­cego o po­tę­dze (a jed­no­cze­śnie o du­żym zna­cze­niu po­li­tycz­nym). Żeby mieć wy­obra­że­nie, o ja­kich wiel­ko­ściach mowa w przy­padku sa­mej Da­nii, bez Gren­lan­dii i Wysp Owczych, warto uzmy­sło­wić so­bie, że jest ona po­nad sie­dem razy mniej­sza od po­wierzchni Pol­ski, a z uwzględ­nie­niem tych te­re­nów - nie­mal sie­dem razy więk­sza. Na­to­miast ję­zyk duń­ski, wbrew oce­nie sa­mych Duń­czy­ków oraz po­wta­rza­nym przez ob­co­kra­jow­ców mi­tycz­nym opi­niom, wcale nie jest taki trudny, o czym jesz­cze spró­buję was prze­ko­nać.

Fa­luje pa­gór­kami, do­li­nami

Jest taki piękny kraj

Po­stawny roz­ło­ży­stymi bu­kami

Przy sło­nym bał­tyc­kim brzegu

Fa­luje pa­gór­kami, do­li­nami

Imię jego - wie­lo­wieczna Da­nia[1*]

Tak brzmi pierw­sza strofa jed­nego z duń­skich hym­nów na­ro­do­wych (a ist­nieją dwa ofi­cjalne[2*]), wier­sza Der er et yn­digt land (Jest taki piękny kraj), na­pi­sa­nego w 1819 roku przez głów­nego przed­sta­wi­ciela duń­skiego ro­man­ty­zmu Adama Oeh­len­schlägera. Wo­kół za­war­tej w tym utwo­rze wi­zji osnuty jest cały dzie­więt­na­sto­wieczny ob­raz duń­skiej prze­strzeni geo­gra­ficz­nej i men­tal­nej. Ob­raz, który nie stra­cił na ak­tu­al­no­ści. Przed­sta­wia Da­nię jako ka­me­ralną, przy­tulną kra­inę, gdzie kra­jo­braz kształ­tuje się har­mo­nij­nie, ła­god­nie fa­luje, plu­szowo roz­ta­cza się nad kwiet­nymi łą­kami, po­ła­ciami ko­ni­czyny i po­lami z ła­nami doj­rze­wa­ją­cego zboża, przy przy­ja­znym szu­mie mor­skich fal i szem­rzą­cych tu i ów­dzie stru­my­ków. Gó­rują nad nim wie­kowe buki, a o daw­nych dzie­jach przy­po­mi­nają do­lmeny - neo­li­tyczne ka­mienne gro­bowce, tak zin­te­gro­wane z kra­jo­bra­zem, że wy­dają się na­le­żeć do po­rządku na­tury, nie kul­tury.

Do­lmeny są nie­od­łączną czę­ścią duń­skiego kra­jo­brazu. Tu­taj na ob­ra­zie z 1839 roku au­tor­stwa Jo­hana Tho­masa Lund­bye'a, "Pre­hi­sto­ryczny gro­bo­wiec w po­bliżu Ra­klev na Re­fsn?s". Żró­dło: Wi­ki­me­dia

Te mo­tywy po­wta­rzają się w wielu Dan­marks­sange - pie­śniach o Da­nii, na­wią­zu­ją­cych do jej kra­jo­brazu, hi­sto­rii, a także men­tal­no­ści i sto­sunku Duń­czy­ków do oj­czy­zny. Roz­po­znać je można także w ma­lar­stwie nurtu ro­man­ty­zmu na­ro­do­wego, któ­rego twórcy świa­do­mie przed­sta­wiali prze­strzeń geo­gra­ficzną w wy­sty­li­zo­wany spo­sób, na przy­kład prze­ska­lo­wu­jąc na­brzeżne klify albo ze­sta­wia­jąc ele­menty, które w na­tu­rze obok sie­bie nie wy­stę­po­wały, by stwo­rzyć ty­powy, wspólny, duń­ski "kra­jo­braz na­ro­dowy"[2]. W dzie­więt­na­stym wieku za­in­te­re­so­wa­nie przy­rodą było de­cy­du­ją­cym ele­men­tem w ro­zu­mie­niu, czym jest oj­czy­zna, i jedną z na­czel­nych form pa­trio­ty­zmu. Ję­zyk, kul­tura, hi­sto­ria i kra­jo­braz współ­two­rzyły jed­ność wy­ra­ża­jącą du­cha ludu/na­rodu (fol­ke­?nd). W prze­strzeń ze­wnętrzną wpi­sane zo­stały też wy­obra­że­nia o jed­no­ści i wspól­no­cie oraz zwią­zane z nimi emo­cje: po­czu­cie przy­na­leż­no­ści i mi­ło­ści do tego, co może i nie­zbyt wy­ra­fi­no­wane, ale za to swoj­skie. I wresz­cie - kra­jo­braz stał się jed­nym z naj­istot­niej­szych czyn­ni­ków wy­ja­śnia­ją­cych duń­ski cha­rak­ter na­ro­dowy - zgod­nie z kon­cep­cją gło­szącą, że cha­rak­ter czło­wieka jest po­chodną ukształ­to­wa­nia te­renu, przy­rody i kli­matu, w ja­kim ów eg­zy­stuje. Duń­ski ba­dacz Hans Chri­stian ?r­sted, od­krywca elek­tro­ma­gne­ty­zmu i alu­mi­nium, znana oso­bi­stość swo­ich cza­sów i ak­tywny uczest­nik de­baty pu­blicz­nej, pi­sał w 1843 roku o cha­rak­te­rze Duń­czy­ków wła­śnie w ta­kim to­nie:

Ota­cza nas przy­roda, któ­rej żadna z prze­moż­nych sił nie wy­ka­zuje szcze­gól­nej prze­wagi. Na­wet mo­rze, które ob­mywa na­sze wy­brzeże, tylko na naj­mniej za­lud­nio­nych od­cin­kach jest szcze­gól­nie gwał­towne w swo­ich ru­chach. Wul­kany nam nie grożą, trzę­sie­nia ziemi znamy tylko w naj­mniej­szych na­tę­że­niach, po­wo­dzie na­wie­dzają je­dy­nie nie­wiel­kie od­cinki kraju.

I o ile nie ma on strze­li­stych gór i rwą­cych rzek, to jego po­wierzch­nia fa­luje uro­czymi pa­gór­kami, oży­wiają ją przej­rzy­ste je­ziora, zwień­czają lasy o ob­fi­tym li­sto­wiu, ubiera naj­wspa­nial­sza zie­leń. Ota­cza­jące mo­rze, które cza­sem swoją gładką po­wierzch­nią od­zwier­cie­dla błę­kit nieba, cza­sem po­marsz­czone przez wiatr prze­suwa statki szybko do i od brzegu, a nie­kiedy wzbu­rzone przez sztormy przy­biera groźny wy­raz - to daje bo­gac­two róż­no­rod­no­ści.

Czyż nie od­po­wiada to przy­ja­znej, spo­koj­nej, a jed­nak spraw­czej rów­no­wa­dze cha­rak­teru? [...] Pa­nuje zgoda co do uzna­wa­nia skrom­no­ści, opa­no­wa­nia, do­bro­dusz­no­ści i ra­do­snego uspo­so­bie­nia jako duń­skich cech na­ro­do­wych - i to współ­gra z ce­chami przy­rody[3] (wy­róż­nie­nie au­torki).

Obec­nie ta­kich prze­ko­nań nie trak­tuje się już jako teo­rii na­uko­wych, ale ślady po­dob­nego toku ro­zu­mo­wa­nia są na­dal do­strze­galne w duń­skiej co­dzien­no­ści, na przy­kład w ce­le­bro­wa­niu hygge - tego, co nie­ek­stre­malne, nie­wy­szu­kane, ra­do­sne i jakże duń­skie!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

WSTĘP.JAK SIĘ DZIEJE W PAŃ­STWIE DUŃ­SKIM?

Ta książka wzięła się z nie­do­sytu. A w każ­dym ra­zie z tego, co sama po­strze­gam jako brak. I z za­zdro­ści. Długo - i nada­rem­nie - cze­ka­łam na to, żeby Da­nia wzbu­dziła za­in­te­re­so­wa­nie pol­skich au­to­rów; z za­zdro­ścią pa­trzy­łam na ro­snące stosy pu­bli­ka­cji o Szwe­cji, Nor­we­gii czy Is­lan­dii. Na pol­skim rynku wy­daw­ni­czym do­stępne są co prawda książki za­ha­cza­jące o Da­nię, a także tłu­ma­cze­nia po­pu­lar­nych po­zy­cji za­gra­nicz­nych (o czym wię­cej w roz­dziale Po­dróż po bi­blio­tece), brak jed­nak po­czyt­nych re­por­taży, trudno też zna­leźć szer­sze ob­ja­śnie­nie, z czym się Da­nię je. Me­ta­fora ku­li­narna nie jest tu przy­pad­kowa. Gra słów "da­nia" - "Da­nia" dała już kie­dyś asumpt do po­wta­rza­nego jako żart lap­susa tłu­ma­cze­nio­wego, w któ­rym pol­skie "da­nia z kur­czaka" prze­ło­żono na an­giel­ski jako... Den­mark from chic­ken!

Ta książka wzięła się też z fa­scy­na­cji i wdzięcz­no­ści. Całe moje ży­cie za­wo­dowe jest zwią­zane z Da­nią, dzięki niej spo­tkało mnie bar­dzo dużo do­brego - zresztą nie tylko za­wo­dowo. Naj­pew­niej mam po pro­stu szczę­ście - do spo­ty­ka­nia na swo­jej dro­dze Du­nek i Duń­czy­ków, któ­rzy utwier­dzają mnie w prze­ko­na­niu, że kraj, z któ­rym prze­pla­tają się moje ścieżki, to miej­sce, do któ­rego przy­staję. W któ­rym się od­naj­duję. I które wciąż mnie in­try­guje.

Ty­tu­łowe "Jak się dzieje w pań­stwie duń­skim?" jest na­wią­za­niem do chyba naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nej frazy do­ty­czą­cej Da­nii, czyli "Źle się dzieje w pań­stwie duń­skim". Co cie­kawe, pol­ski od­po­wied­nik Szek­spi­row­skiego So­me­thing is rot­ten in the state of Den­mark nie jest do­kład­nym tłu­ma­cze­niem, ja­kie można zna­leźć w pol­skich wy­da­niach Ham­leta (rot­ten zna­czy "zgniły"), a ano­ni­mo­wym prze­kła­dem, który - nie wie­dzieć czemu - za­do­mo­wił się w pol­sz­czyź­nie[1]. Ham­let jest nie tylko Szek­spi­row­skim bo­ha­te­rem, lecz także po­sta­cią z le­gendy. Hi­sto­ria po­cho­dzą­cego z Ju­tlan­dii Am­leda (bo tak brzmi jego imię w ro­dzi­mej wer­sji) prze­trwała dzięki dwu­na­sto­wiecz­nemu kro­ni­ka­rzowi zna­nemu jako Saxo Gra­ma­tyk (jego Ge­sta Da­no­rum wy­dano dru­kiem w Pa­ryżu w 1514 roku). Zbież­no­ści w prze­biegu ak­cji oraz imion po­staci (Ham­leta i jego matki Ger­trudy) nie po­zo­sta­wiają wąt­pli­wo­ści co do tego, skąd Szek­spir za­czerp­nął in­spi­ra­cję do dra­matu. Prze­su­nął co prawda miej­sce wy­da­rzeń z po­ło­żo­nej w pół­noc­no­ju­tlandz­kiej cie­śni­nie Lim­fjor­den wy­spy Mors do zamku w El­sy­no­rze (Hel­sin­g?r), ale to już te­mat na inną opo­wieść...

Z tym ma­łym kra­jem o trud­nym ję­zyku - jak czę­sto bywa okre­ślana Da­nia - ze­tknę­łam się po raz pierw­szy pod­czas stu­diów w Ka­te­drze Skan­dy­na­wi­styki Uni­wer­sy­tetu im. Adama Mic­kie­wi­cza w Po­zna­niu. Wstyd się przy­znać, ale roz­po­czy­na­jąc na­ukę na fi­lo­lo­gii duń­skiej, o Da­nii, jej miesz­kań­cach i ję­zyku nie wie­dzia­łam nie­mal nic. I to jest wła­ściwy po­wód, dla któ­rego od­po­wiedź na py­ta­nie, co mnie skło­niło do ucze­nia się ję­zyka duń­skiego, jest... no tak, roz­cza­ro­wu­jąca. Szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści, nic po­nad to. Przy­pa­dek, który ni­gdy nie od­bił mi się czkawką. Eks­pe­ry­ment, który - rów­nież dzięki spo­tka­niu na mo­jej dro­dze wspa­nia­łych lu­dzi i zna­ko­mi­tych na­uczy­cieli: Jensa, S?rena i In­grid - stał się moim ży­cio­wym wy­bo­rem oraz źró­dłem wielu po­zy­tyw­nych emo­cji i do­świad­czeń.

Mój pierw­szy po­byt w Da­nii - w 1994 roku na kur­sie let­nim or­ga­ni­zo­wa­nym przez Mię­dzy­na­ro­dowy Uni­wer­sy­tet Lu­dowy w Hel­sin­g?r - był nie tylko oka­zją do po­zna­nia wielu osób współ­prak­ty­ku­ją­cych za­wi­ło­ści ję­zyka duń­skiego (wśród nich i ta­kich, z któ­rymi do dziś utrzy­muję przy­ja­ciel­ski kon­takt, i ta­kich, które spo­tka­łam po la­tach na kur­sie tłu­ma­czy i tłu­ma­czek li­te­ra­tury duń­skiej), lecz także pierw­szym z cy­klu do­świad­czeń for­mu­ją­cych, otwie­ra­ją­cych i mo­ty­wu­ją­cych do bliż­szego po­zna­nia ma­łego kraju na Pół­nocy. Kursy wa­ka­cyjne w ko­lej­nych la­tach na uni­wer­sy­te­tach lu­do­wych (fol­ke­h?j­sko­ler), ośmio­mie­sięczny kurs w Brand­bjerg H?j­skole, wie­lo­mie­sięczne po­byty sty­pen­dialne na Uni­wer­sy­te­cie Ko­pen­ha­skim, nie­zli­czone krót­sze i dłuż­sze wy­jazdy kon­fe­ren­cyjne i pry­watne, go­dziny stu­dio­wa­nia ję­zyka i kul­tury, czy­ta­nia, przy­go­to­wy­wa­nia kon­wer­sa­to­riów i wy­kła­dów, pi­sa­nia ar­ty­ku­łów i ksią­żek, mnó­stwo roz­mów: z Dun­kami i Duń­czy­kami - nie tylko o Da­nii, zaś o Da­nii - nie tylko z nimi, utwier­dziły mnie w prze­ko­na­niu, że wy­bra­łam pracę, a za­ra­zem pa­sję, która ni­gdy się nie znu­dzi, ni­gdy nie wy­czer­pie. I która - jak się po la­tach prze­ko­nuję - daje mi klucz do ko­lej­nych drzwi, za­równo w sen­sie za­wo­do­wym, jak i oso­bi­stym.

Da­nia jest w moim ży­ciu miej­scem ma­gicz­nym, do któ­rego en­tu­zja­stycz­nie po­wra­cam, w któ­rym czuję się jak w domu, o któ­rym czę­sto my­ślę i które mnie in­spi­ruje. Chcia­ła­bym, żeby za­in­te­re­so­wała i za­in­spi­ro­wała także was.

I taki za­mysł przy­świeca ni­niej­szej książce: ma­rzy mi się prze­flan­co­wa­nie na nasz grunt po­zy­tyw­nego ko­no­to­wa­nia wspól­no­to­wo­ści, umie­jęt­no­ści współ­dzia­ła­nia prak­ty­ko­wa­nej w ćwi­cze­niach co­dzien­no­ści, zbli­żona do duń­skiej umie­jęt­ność pro­wa­dze­nia pu­blicz­nej de­baty, kul­tura kon­sen­susu, a nade wszystko od­na­le­zie­nie rów­nież i przez nas tego, co jest naj­waż­niej­szym za­so­bem na­tu­ral­nym, praw­dzi­wym zło­tem Duń­czy­ków - za­ufa­nia spo­łecz­nego. Za­chwyt i nie­wąt­pli­wie cie­płe uczu­cia, któ­rymi da­rzę Da­nię, nie mu­szą czy­nić mnie ślepą na nie­wy­godne (z punktu wi­dze­nia przy­ję­tej przez Duń­czy­ków nar­ra­cji na­ro­do­wej) ele­menty jej hi­sto­rii i kul­tury. W tej książce po­świę­cam im osobny roz­dział, a i w in­nych frag­men­tach wska­zuję to, co dys­ku­syjne, gład­kie je­dy­nie na po­wierzchni.

Mam jed­nak przede wszyst­kim na­dzieję, że po­trak­tu­je­cie tę książkę jako lekki w for­mie wstęp do dal­szej po­dróży. Że za­chęci was do od­kry­wa­nia na wła­sną rękę tego, co czyni z Da­nii cał­kiem przy­jemne miej­sce na ziemi.

Nowa dziel­nica Ko­pen­hagi - Nor­dhavn (Port Pół­nocny)