podróż do
.
podróż
Kiedy student jest gotowy, przychodzi nauczyciel.
Tenzin Palmo
Dwunastego lipca 2015 wyruszyłam. Po raz kolejny w tę samą stronę. Warszawa - Stambuł - Delhi - Dharamsala. Pierwszy samolot. Nie mówię. Milczenie moje łagodne. Ludzie są w tłumie. Gwar z nimi. A ja w osobności. We mnie cisza. Długa podróż przede mną. Dużo milczenia. Cisza w środku.
Jestem w drugim samolocie. Bez spóźnienia. Mnóstwo ludzi. (Te samoloty do Delhi są zawsze wypchane po brzegi). Rozmowy, krzyki, uciszenia. Moje zmęczenie umiarkowane. Ludzie są razem. Ja jestem sama. Ułamkami momentów czuję dotkliwość samości. Wielokrotnie czuję jej ulgę.
Już poniedziałek. Jestem. Wylądowałam w Delhi o 4.50. Długie czekanie na lotnisku. Spokojne. (Gdzie się podział mój nieustający latami niepokój? Słabszy albo mocniejszy, ale zawsze był). Na lotnisko krajowe wiezie mnie shuttle bus. Wracają wszystkie doznania zmysłowe. Zapachy: korzenne, kadzidłowe, ludzkie - rozmaite. Lepne faktury materii: jest gorąco, wilgotno, brudno-lepko. Widoki: tłum dziewczęcych chłopaków, którzy podróżują w grupach, każdy z ogromnymi torbami, z roztargnieniem w oczach i w ruchach. Szybkie wyrzucanie krótkich zdań w hindi: to nie rozmowa z cyzelowanym słowem, to komunikacja podstawowa. Obok mnie niezdarnie łapie równowagę młody Indus: tłuste policzki ugniecione przez okulary, brzuch zasłaniający pasek i lepsze ciuchy - tym się różni od dziewczęcych chłopaków z plastikowymi torbami. Zagaduję go - studiuje w Iwano-Frankowsku, jedzie do Kalkuty, na wakacje do rodziców.
Lotnisko krajowe w Delhi. Dużo mniej "eleganckie" niż międzynarodowe. I tłoczne. Prawie sami mężczyźni. Oczywiście z tobołami. Tylko gdzieniegdzie ostry kolor sari. Ujarzmiony tłum. Trochę jak obóz męskich uchodźców w kolejce po dary: ciasno, karnie, w zmęczeniu. Stałam w tym ludzkim sznurze ponad dwie godziny. (A sznurów równoległych było chyba dziesięć). Po odprawie mam osiem godzin czekania: spacery w zamkniętej hali i spanie na plastikowym krześle. Już czas. Samolot mały. Lecę do góry!
Tenzin czekała za grubą, zamazaną szybą. Za nią było słońce i zielone góry. A mnie łzy zasłaniały oczy. Skąd to moje mocne poruszenie? Skąd to lgnienie do niej, do ludzi jej podobnych, do tego miejsca?
tenzin, mniszka, siostra
Klasztor, który architektury klasztornej nie ma. Zwykły prostokąt mieszkalny z początku lat osiemdziesiątych, wpisany we wzgórze, przy którym stoi. Wysokie schody, długie i wąskie korytarze, wzdłuż małe pokoje (nie cele), a wokół budynku, na każdym z czterech pięter, tarasy. Mniszki siedzą na plastikowych krzesłach, głowy zakryte bordowym szalem, zeng, bo chronią się przed słońcem. Lubią tu być. Często jedzą razem obiady, a potem jeszcze dłuższą chwilę zostają w rozmowie o dniu, w głośnym śmiechu z byle czego. Miękko tu i miękko mi - taka nieeuropejska łagodność uspokaja wszystko.
Jestem w pokoju Tenzin. Jest dość duży, około 18 metrów kwadratowych, ciemny (okna przed słońcem zasłonięte starannie), czysty pedantycznie (tybetańska dbałość zawsze zaskakuje w indyjskim bałaganie) i upstrzony wieloma kolorami (pełno tkanin w kwiaty i kwiatuszki) - taka wolność kształtów i barw równoważąca mnisią ascezę estetyczną. Mieszkają tu dwie kobiety: Tenzin i Czenzum.
Proszę Tenzin, żeby opowiedziała o sobie. To nasza pierwsza długa rozmowa. (Wtedy, w 2011, nie mogłam myśleć nawet, że tyle następnych lat będziemy w przyjaźni, w siostrzaństwie właściwie, że tyle spraw wydarzy się między nami). Tenzin mówi prostymi zdaniami, ale płynnie, bo na lekcjach angielskiego wielokrotnie uczyła się przedstawiać.
- Jestem Induską, buddystką. Urodziłam się czwartego września tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku. W Spiti, tak jak moi rodzice. Lahaul i Spiti to dystrykt niedaleko Manali, między Tybetem a Indiami. Powietrze jest tam bardzo suche, pustynne, zupełnie inne niż w Dharamsali. Nasz język jest podobny do tybetańskiego, którego używa się w U-Tsangu, mamy ten sam alfabet. Wszyscy w Spiti są buddystami. Moja rodzina ma zwierzęta: kozy, osły, krowy, jaki. Wszyscy w Spiti mają zwierzęta. Ludzie uprawiają jęczmień, dwa gatunki fasoli, ziemniaki i szpinak. Tsampa[1] jest naszym głównym jedzeniem. Z mleka robimy masło, kefir i ser. W zimie kobiety tkają dywany, szale, dziergają skarpety, czapki i rękawice. Jeśli ktoś jest bardzo biedny, inni mu pomagają. U nas nie ma żebraków. Ludzie nie biorą narkotyków, czasem tylko piją czang[2]. Spiti jest bardziej tybetańskie niż indyjskie.
- Jeżdżę do rodziny raz w roku. Mama ma siedemdziesiąt siedem lat, a ojciec siedemdziesiąt dwa. Oni mieszkają w wiosce Kiamo z najstarszą siostrą i jej rodziną. Ojciec czyta sutry, a mama mówi mantry. Oni już nie pracują. Siostra sprzedaje fasolę. Wszyscy w Spiti sprzedają fasolę. Indusi przyjeżdżają i kupują w naszych wioskach małą i dużą fasolę. Mam jeszcze dwie siostry, one też mieszkają w Kiamo. Nie są wykształcone, ale czytają i piszą. Pokłony oddają każdego dnia, mówią mantry i mają silną wiarę. Każda rodzina w Spiti ma w domu swój mały ołtarz i buddyjskie teksty. Rano i wieczorem zapalamy lampki maślane. Kobiety odprawiają pudżę[3] dla Tary, recytują mantry, a mężczyźni czytają sutry. Nasza wioska jest mała, mieszka w niej piętnaście rodzin. Ludzie w Spiti nie są wykształceni. Nie ma tam dobrych szkół. Ale są u nas bardzo stare klasztory męskie i nowe klasztory żeńskie. Mamy takie prawo: jeśli w rodzinie jest więcej niż jeden syn, to ten drugi powinien zostać mnichem. Dwaj synowie moich sióstr są mnichami.
Na wąskim łóżku siedzi owinięta bordowym szalem, stopy skrzyżowane pod kolanami, dłonie lekko splotła, i opowiada. Krótkimi zdaniami, niespiesznie, płasko, cicho.
- Kiedy miałam czternaście lat, do naszej wioski przyjechała mniszka. Była taka czysta i uśmiechnięta. Wszyscy prosili ją na herbatę do swoich domów. Widziałam, jak czyta nauki Buddy, jaka jest spokojna i dobra, jakie ma łatwe życie. Zapytałam tatę, czy też mogę zostać mniszką. Tata i mama są ze mnie dumni, a ja jestem bardzo szczęśliwa.
- Dżangczup przywiozła mnie do klasztoru Jamyang Choeling. Jedna z nauczycielek zgoliła mi włosy i przez rok przygotowywano mnie do złożenia ślubów. Ceremonia odbyła się w Świątyni Jego Świątobliwości. Było nas kilkanaście chętnych (zawsze muszą być przynajmniej trzy). Jego Świątobliwość wyjaśnił znaczenie trzydziestu sześciu ślubów, a my obiecałyśmy, że będziemy przestrzegać tych zasad, i trzydzieści sześć razy powiedziałyśmy "tak". Trójkami podchodziłyśmy do Jego Świątobliwości. Trzymałyśmy po cztery warstwy szantap[4], spódnicy: każda trzymała swoją i pozostałych dwóch, a cztery warstwy, no bo szat Jego Świątobliwości też dotykałyśmy. I wspólnie zmawiałyśmy modlitwy. My odnawiamy nasze śluby dwa razy w miesiącu. Bo niektóre z nich łamiemy, na przykład czasem się złościmy, mówimy przykre słowa. Każda z nas ma dobre intencje, ale grzechy popełnia się też nieświadomie.
- Przez miesiąc i dwadzieścia dni byłam w odosobnieniu. Sama w małym pokoju, tu w klasztorze. Dwie mniszki mogły do mnie wejść na chwilę, z jedzeniem. Rozmawiałam z nimi, kiedy to było konieczne. Recytowałam trzy mantry, każdą sto tysięcy razy. Na przykład rano mantrę Mandziuśriego, Om a ra pa tsa ne dih, dih, dih, dih, dih...[5]. Mówi się tyle dih, dih, ile można powiedzieć na jednym wydechu. Ona pomaga w koncentracji, oczyszcza ze złudzeń i wyostrza umysł. Wydobywa mądrość, która umie się przeciwstawić rozumowi.
- Jak wyglądały twoje dni w odosobnieniu?
- O czwartej trzydzieści zaczynałam modlitwy. O ósmej jadłam śniadanie, o dwunastej lunch, o osiemnastej obiad. A między posiłkami studiowałam, medytowałam i mówiłam mantry. W czasie odosobnienia może pojawić się wiele przeszkód. Mniszki chorują, zdarza się, że nawet wariują. Dlatego ważne jest, żeby się dobrze przygotować. Właściwie to nauczyciel decyduje, kiedy możesz się oddalić. A wcześniej musisz dostać inicjację tantryczną od Jego Świątobliwości. Są dwa sposoby osiągnięcia oświecenia: przez sutry albo przez tantrę Tsongkhapy[6]. Ja studiowałam sutry przez osiemnaście lat, teraz studiuję tantrę.
- Jestem tu już dwadzieścia jeden lat. Nasz klasztor powstał w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym roku. I wtedy też powstał Instytut, w którym mniszki studiują filozofię buddyjską. Jamyang Choeling jest zupełnie nową instytucją, nasz klasztor nie istniał w Tybecie. Nie przynależymy do żadnej tradycji, jesteśmy nonsectarian. Są między nami mniszki ningma, kagju, chociaż większość z nas jest gelug. Studiujemy teksty różnych rinpoczów i lamów. Każda tradycja ma swój kanon przecież. Mamy ponad sto studentek: kilkanaście z Tybetu, a kilka jest zachodnich, najczęściej z Australii i Niemiec. Jest między nami też parę dziewcząt świeckich. Zazwyczaj po kilku latach one przyjmują śluby. Uczymy się nie tylko filozofii i medytacji, ale mamy też kursy komputerowe i zarządzania, uczymy się tybetańskiego, hindi i angielskiego. Bo my tu same administrujemy całym klasztorem. Dwanaście mniszek seniorek zarządza wszystkim. My wybieramy księgową, sekretarkę, kasjerkę, kucharki i tak dalej. Ja w zeszłym roku skończyłam studia, zdałam wszystkie obowiązkowe egzaminy po dwudziestu latach nauki. Teraz dodatkowo studiuję pustkę[7] w grupie z mnichami w Instytucie Dialektyki[8]. A w klasztorze jestem odpowiedzialna za kuchnię.
- Co chciałabyś robić w przyszłości? - pytam.
- Uczyłam się zachodniej medycyny. W każdym klasztorze potrzebni są medycy. Chciałabym pomagać innym, chorym, ale muszę się jeszcze dużo nauczyć... Nie będę nic zmieniać w życiu. Każdego dnia będę praktykować buddyzm i pracować na rzecz klasztoru.
Jakoś czuję, że mogę pytać, że nie dotknę Tenzin, że usłyszę szczerą odpowiedź.
- Kiedy przychodzicie do klasztoru, jesteście dziewczynkami, potem młodymi kobietami, macie swoją biologię. Czy starsze mniszki przygotowują was do samotnego życia? Czy rozmawiacie o swoich potrzebach seksualnych?
- Nigdy o tym nie rozmawiamy. Ja nie mam z tym kłopotu, bo nigdy tego nie doświadczyłam. Nigdy się nie dotykałam z mężczyzną.
- A z kobietą?
- Dwie mniszki obejmują się czasem.
- Dwie kobiety też mogą być fizycznie razem.
- Ja nie wiem. U nas tego nie ma.
- Czy mniszki często opuszczają klasztor?
- Nie, niezbyt często. Ale to się oczywiście zdarza. Niektóre zakładają nawet rodziny. Wtedy mieszkają poza klasztorem i, jeśli chcą, dalej studiują buddyzm ze swoimi nauczycielami, którzy też żyją poza klasztorem. Nie jest ważne, czy ktoś odejdzie z klasztoru. Najważniejsza jest motywacja, współczucie i niekrzywdzenie innych.
-
Minęły dwa lata od naszej pierwszej długiej rozmowy. Mieszkam w klasztorze. Dwa piętra nad pokojem Tenzin. Każdego ranka słyszę delikatne puk, puk i moja mała siostra (mała, bo jest młodsza) wchodzi w bordowym pochyleniu z termosem słodkiej, mlecznej herbaty. Nie rozmawiamy wtedy, tylko jej dobre oczy, pełne spokoju i radości, na chwilę moje spotykają. Każdego ranka zbiegam z górki klasztornej, mijam te same trzy osły z wypchanymi workami na grzbietach (w workach żwir albo piasek na budowę). Osły mijają mnie raz z lewej, raz z prawej, ustępuję im miejsca, współczując ciężkiej drogi pod górę.
Siedzimy na tarasie wieczorem. Na stole orzeszki ziemne, mango i herbata. Jestem z Tenzin i Czenzum. Dużo śmiechu, prostej radości, pysznej herbaty, mimo że z cukrem, i tsampy zmieszanej z jaczym serem[9] i masłem pachnącym oborą. (Ten przysmak z tsampy to wielce pożywne jedzenie, miseczka syci przez cały dzień w wysokich górach). Rozmawiamy krótkimi zdaniami, bez drążenia, analizowania i syntetyzowania. Najprościej, jak można, mniszki układają słowa.
- Kiedy będę stara, mogę zostać tu w klasztorze albo wrócę do Piszu, do mojej wioski w Zanskarze. Mogę być tam w klasztorze albo w domu rodzinnym. Dzieci mojego brata się mną zajmą. Tak jest w naszej kulturze.
Notuję zdania Czenzum. Wsysa mnie mgła. Nic nie widzę, ale swoją drogę czuję.
Kiedyś zakłopotałam Tenzin. Przyszłam na mleczną herbatę z kolegą, pewnie, że za jej zgodą. On ze swoją europejską self-confidence zadawał trudne pytania. Pytał o politykę tybetańską, o powrót Dalajlamy, mówił, że w McLeod ludzie "lansują" się na ulicach. Tenzin nie umie tak rozmawiać, nie potrafi się ocennie wymądrzać, tak jak potrafi prawie każdy westerner. Ona wobec świata jest przede wszystkim życzliwa i cierpliwa. Nie ma oczekiwań, wyobrażeń i roszczeń. O powrót Dalajlamy do Tybetu modli się każdego dnia, jak wszyscy Tybetańczycy. Ale nie potrafi analizować globalnej sytuacji politycznej, nie próbuje nawet - jej umysł ćwiczy od setek lat inne obrazowanie kosmosu czasu i przestrzeni. (Jestem bardzo poruszona tym zderzeniem).
Już wyjeżdżam. Znowu za szybko. Przyszłam się żegnać. Czuję bardzo, jak chciałabym zatrzymać jej ciepło, jej miękkość, jej czystą bliskość. Chciałabym, żeby była koło mnie - żebym mogła się nią opiekować i czerpać z jej łagodności. Dostałam dywanik utkany przez mamę Tenzin.
minimalne życie
Wszystkie rzeczy na świecie są tylko odbiciem w naszym umyśle.
Jeśli jesteśmy tego świadomi, przestajemy być kierowani silnymi pragnieniami
i gniewem, dotykamy spokojnego stanu umysłu.
Roszi Shodo Harada
Wiele lat temu prosiłam pewną mniszkę, żeby się za mnie modliła. Odpowiedziała, że modli się codziennie za wszystkie istoty czujące. Nie rozumiałam zupełnie, byłam rozczarowana, że nie chce pomodlić się za mnie, przede wszystkim za mnie. A ona na pewno nie rozumiała mojej prośby - przecież modli się zawsze za wszystkie istoty czujące.
Mniszki są proste, zwyczajne. Nie są powierzchowne i niczego nie udają. Od pierwszej do ostatniej warstwy są jasne w czytaniu, jakby jednorodne. Jestem już z nimi trochę i po raz kolejny. Przyglądam się łapczywie, bo chcę się ich jakoś nauczyć. Przynajmniej czuciem je oswoić dla siebie. I wychodzi mi, że są takie, jak je widzę. Że nie mają ośmiu twarzy, dziesięciu garniturów i czterech pancerzy. Że są jednoznaczne: w dzień, w nocy, w kłopocie i w śmiechu. Że nie rozważają nadto, że nie dociekają ani z potrzeby, ani dla przyjemności.
Przypominam moje pierwsze tu bycie, mój ciężar, który tu zwiozłam. Kłębiły mi się w głowie piętrowe myśli, próbowałam je poskromić kolejnymi. (Tak, to jest taka intelektualna pułapka, w którą radośnie wpadamy, przyjmując, że jesteśmy w "istotnym procesie rozwiązywania problemu"). Chyba było znać bardzo, że się borykam, ale żadna z nich o nic mnie nie pytała, a ja nie opowiadałam o chaosie, który mnożę w duszy, w umyśle. A że było nadto widać moje wysiłki, to kiedyś Czenzum, siedząc obok mnie na tarasie, tuż przed końcem dnia, powiedziała swoim skróconym angielskim: Too much thinking, Hana.
Nie umiem dobrych słów znajdować. Takich, które nazwą nieznaną nam treść i przez nazwanie wypełnią ją znaczeniem. Nie wiem, czy to nie zaklęte koło. Bo gdyby słowa na nieoswojoną treść można było znaleźć, treść byłaby oswojona. No i jak tu oswajać teoretycznie - w pisaniu i czytaniu tylko? Nie można, na szczęście nie można! Tylko obcowanie: dotykanie, połykanie po kawałku, wąchanie i lizanie, wgapianie się i wsłuchiwanie, bycie w i bycie z, niebycie obok i sto innych sposobów doświadczania daje nam przybliżone poznanie. Nie da się poznać przez wymyślenie słów, tym bardziej nie da się poznać przez przeczytanie słów wymyślonych. (A jednak pisanie ma sens. Dla mnie porządkujący. A dla czytającego?).
Mniszki mają zwyczajne życie i tak też je traktują. I siebie wzajemnie traktują tak, jak traktują siebie same. (Okropnie zagęszczone zdanie, ale zawiera niezwyczajną istotność - moja zachodnio-wrodzona autoironia przedziera się w samozadowoleniu). I nie chcą "niewiadomoczego" - właściwie niczego nie chcą, bo niczego nie potrzebują. A raczej - bo mają wszystko, czego potrzebują. Dom, jedzenie i... sens życia. Nadto są całkiem wolne od wyobrażeń o sobie w świecie i wyobrażeń o świecie dla siebie. Nie budują swoich images, nie pudrują nosów, nie stroją specjalnych min na różne okazje, nie kreują siebie - ani przez wygląd, ani przez zachowanie, ani przez słowa. (Ubrane są tak samo. Zachowują się według tego samego kodu. Język służy im do komunikacji, a nie do celebrowania). Nie mają oczekiwań wobec drugich, bo struktura - rusztowanie, na którym rozpina się ich codzienność - jest urządzona i kompletna. Role są jasno określone, zajęcia dokładnie podzielone, każdy dzień rozpisany według dawno zaakceptowanego, niekwestionowanego wzoru. Mniszki żyją, jak mi się wydaje, w takim zwyczajnym, płaskim, lustrzanym odbiciu.
Skromnie jedzą: trzy posiłki (przemiennie ćapati albo rzadką owsiankę na śniadanie i przemiennie thukpę[10] albo ryż z jakimś warzywem, albo tingmo[11] z soczewicą na lunch i kolację). Skromnie pracują: czyszczą ręką, sprzątają miotłą, piorą w misce. Skromnie żyją. Odmawiają modlitwy trzy razy dziennie i chodzą do świątyni często (z konkretnym powodem lub bez). Nie rozmawiają za wiele, a jeśli już, to głośno i radośnie. Rzadko dzwonią do swych rodzin, ale są dla nich wsparciem. Skromnie wiedzą o świecie, a i ten świat niewiele ma im do powiedzenia. Skromnie są.
Mniszki nie pochodzą z zamożnych domów. Nie wychowały się między ojcem i matką, którzy nie mają pewności, czego od świata chcieć i jak żyć, żeby im było najwygodniej. Urodziły się w biednych, często brudnych z biedy domach, w których matka i ojciec pracują od świtu do zmroku - najczęściej w polu. Rodzice mają dużo dzieci, bo dzieci się rodzą - siedmioro, ośmioro... (Tu dzieci przychodzą na świat z potrzeby przyrody, a nie dla dumy czy błogosławieństwa, jak w rodzinach chasydzkich na przykład). Porządek dnia i nocy dla wszystkich rodzin jest podobny, właściwie taki sam. Jest pole i dom - i one porządkują życie, nimi się trzeba zajmować. Ludzie żyją w dużych rodzinach, w bliskości z krewnymi, sąsiadami, w wioskowych społecznościach, które są jak ogromna rodzina - żyją wspólnie. (Tak było w starym Tybecie. Tak ciągle jest w himalajskich wioskach: w buddyjskim Ladakhu, Zanskarze, Spiti i Kinnaurze).
Obok wymiany dobra istnieje oczywiście zło. Często słabość, ułomność człowiecza jest dokuczliwa. Alkohol jest tu winiony, bo to on prowadzi do przemocy w rodzinie, do chorób, do śmierci. W Spiti, gdzie mieszka rodzina Tenzin, mężczyźni piją mniej w ostatnich latach. Kobiety też bardziej stronią od alkoholu niż dawniej, bardziej pilnują siebie i swoich mężów.
- Tak wielu młodych umarło z powodu czangu, że może to stało się jakąś przestrogą. Najczęściej spadali ze schodów albo skręcały im się kiszki - mówi Tenzin.
Rodziny chętnie oddają syna do klasztoru, bo to lepsze, bardziej wartościowe dla niego życie. Dziewczyny pracują w polu, wychodzą szybko za mąż, rodzą i wychowują dzieci, pracują w polu z dziećmi. Chyba że któraś zamarzy i się uprze, i przekona ojca, żeby się zgodził - wtedy może wstąpić do klasztoru. A tam się uczy buddyzmu, angielskiego i czasem nawet obsługi komputera. I powoli, z latami, staje się nie zwyczajną córką rodziny, ale tą mądrą, najważniejszą. I taka córka jest ostoją dla wszystkich: poradzi, wesprze, ustali horoskop z astrologiem na pingri[12] i na pochówek, poda sweter dla siostry, ojcu wyśle lekarstwo, zamówi pudżę za bezdzietną bratową...
Inna jestem niż Tenzin. My, westerners, inni jesteśmy niż easterners. Mamy różne punkty odniesienia, i to nie te nabyte, ale te "wyssane z mlekiem matki", zapisane w DNA. Dzielimy wszystko, co postrzegamy, na dwa: na siebie i na to, co nami nie jest, ale może nam się nadać, może być dla nas. One, mniszki, nie wyróżniają siebie od pozostałego w taki sposób. Są - i doprawdy tak się zachowują - tym samym, co wokół nich, jego niewyróżnialną cząstką. Są częścią nierozdzielną nieskończonej całości. I ja o tym wiem nie z wyrozmawiania przy winie, ale z oglądania ich ruchów każdego dnia. Są zmieszane ze światem małych i dużych istot, nie są od nich lepsze ani gorsze, są tylko trochę inne, ale przede wszystkim są takoż same. Inne, bo mają mnisie szaty, dwie nogi i dwie ręce. Takoż same, bo czują ból i brak bólu, strach i bezpieczeństwo, radość i brak radości. Czyż nie wspólne i takie same są stany wszystkich istot czujących?! Bordowo okryte kobiety takie mają przekonanie. Lubię się od nich uczyć.
Deszcz ustał. Zrobiłam porządek w pokoju. Śniadanie: papaja + owsianka + jogurt. Sprawy na dziś - jakie one śmieszne, małe, jak ich prawie nie ma: odebrać zszyty pokrowiec na śpiwór (poprawka w nowo nabytym dla Tenzin), może spotkać Rigzin, jeśli zadzwoni, i pójść do Świątyni[13]. I te małe sprawy wplotę w długie czytanie na klasztornym tarasie.
Takie minimalne życie prowadzę. I coś w nim pięknego odnajduję. Czy w Europie, w Polsce mogę takie minimalne życie prowadzić? Albo przynajmniej: czy tam mogę być tak osobno jak tu, że aż mnie prawie nie ma? Czy mam prawo do nieuczestniczenia? Czy w ogóle mam taką możliwość? Nie uczestnicząc, jesteśmy dropouts. A może nie uczestniczyć w pełni można tylko w nie swoich matecznikach? To życie tu jest spokojne, bo wolne od cudzych napięć, od każdej energii cudzej. A tam ta energia otacza, oblewa, przymusza do odczuwania - taka empatia niewybierana. Tu nie tęskni mi się za byciem z ludźmi. Tam - doprawdy tęskni mi się za niebyciem z ludźmi.
składanie ślubów
Ja, Hanka Grupińska, przyjmuję schronienie w Buddzie, przyjmuję schronienie w Dharmie i przyjmuję schronienie w Sandze do końca mojego życia. Tak brzmi pierwszy krok w buddyzm. Ta formuła, nazywana przyjęciem Trzech Klejnotów, nie jest złożeniem zobowiązania. Jest jedynie wyrażeniem duchowej potrzeby.
Śluby, przysięgi sformułowane przez Buddę Śakjamuniego, stanowią kod etyczny, który pozwala praktykującemu odnaleźć się w rozróżnianiu dobra od zła. A bywa to trudne, bo tak zwany postęp i wielość poglądów nauczyły nas relatywizacji wartości. (Ludzkie sumienia mieszczą najprzeróżniejsze zjawiska w swojej "nieskończonej łaskawości"). Buddyści przyjmujący śluby, żydzi studiujący Torę, chrześcijańscy zakonnicy w swoich surowych klasztorach, wszyscy oni, którzy przestrzegają kodów etycznych, żyją w skupieniu i oddaniu, są skarbnicą człowieczej duchowości - tak łatwo rozpraszanej i traconej. Zasady zapisane w świętych księgach różnych tradycji dawno już przestały mieć poszanowanie w społecznościach, które się identyfikują z owymi tradycjami.
Bodaj w każdym kodzie etycznym istnieje zakaz zabijania... Bodaj w żadnym państwie uczestniczącym w wojnie (dawniej i dziś) nie jest on przypominany. Kłamstwo i obojętność, hipokryzja i egoizm pokonały wszelkie dekalogi. Tym drogocenniejsze są zasady moralne przestrzegane przez niewielu. (W judaizmie dość powszechne jest przekonanie świeckich o dobru czynionym przez religijnych w imieniu i dla wszystkich Żydów). Etyka jest podstawą Buddadharmy, jest punktem wyjściowym dla dalszej praktyki koncentracji i wyższej mądrości, które prowadzą do oświecenia. Składanie ślubów i ich przestrzeganie (lub nie) ma moc przemnożoną - wszystkie akty mowy, umysłu i uczynków wielokrotnią się: i te dobre, i te złe.
Jest kilka poziomów zaangażowania w dharmę przez poczynienie zobowiązań, które sprzyjają kontrolowaniu umysłu. Upasaka i upasika (skt.) to świecki buddysta i świecka buddystka (tyb. genjen i genjenma), którzy postanawiają przestrzegać podstawowych Pięciu Wskazań (skt. pańcza sila).
Nie zabijać istot czujących.
Nie kraść.
Nie prowadzić się źle.
Powstrzymać się od kłamstwa.
Powstrzymać się od używek.
Te śluby są przyjmowane, wszystkie lub niektóre, na określony czas. Bywa i tak, że przestrzegający Pięciu Wskazań świecki buddysta czy też świecka buddystka decydują się nosić mnisie szaty i zachowywać jak mnich lub mniszka przez jakiś czas.
Genjenma i genjen przyjmują także śluby Ośmiu Zasad Mahajany: wymienionych powyżej pięć podstawowych i trzy dodatkowe.
Powstrzymać się od posiłków w nieodpowiednim czasie.
Powstrzymać się od rozrywki takiej jak taniec, śpiew, muzyka, a także powstrzymać się od używania perfum, ozdób i przedmiotów upiększających.
Powstrzymać się od wysokich i luksusowych łóżek.
Po raz pierwszy przyjmowane są one przed nauczycielem, a odnawiane mogą być w każdej sytuacji. Mogą to być śluby przyjęte na okres jakiś: odosobnień, świąt, przy innych okazjach, lub na całe życie.
Mniszki w tradycji tybetańskiej pozostające w nowicjacie (nazywane getsulma w tybetańskim, śramaneri w sanskrycie) składają maksimum 36 ślubów i obowiązują się przestrzegać ich dozgonnie. Mniszki, które przyjęły pełną ordynację (nazywane bhikszuni w sanskrycie i gelongma w tybetańskim) w palijskiej tradycji therawada (Tajlandia, Kambodża, Laos, Sri Lanka, Birma), składają 311 ślubów. Na pełne ślubowanie mnicha (skt. bhikszu, tyb. gelong) w tej tradycji składa się 227 zasad. Według chińskiego kanonu winaji dharmaguptaków - przestrzeganego w Chinach, Korei, na Tajwanie, w Hongkongu i Wietnamie - w pełni wyświęconą mniszkę obowiązuje 348, a mnicha 250 zasad. Według trzeciej tradycji, winaji mulasarwastiwadinów, która jest zbiorem zasad monastycznych w Tybecie, Bhutanie, Mongolii, Nepalu i Ladakhu, mnisi składają maksimum 253 śluby, a mniszki - 364. Pełne wyświęcenie mniszek nigdy jednak nie zostało w Tybecie przyjęte, jak twierdzą jedni, albo linia została przerwana i utracona, jak twierdzą drudzy. (Dlatego mniszki szkół buddyzmu tybetańskiego przyjmują pełne śluby w innej niż tybetańska tradycji).
Śluby nowicjusza mogą być składane od czternastego roku życia, a pełne śluby - od dwudziestego pierwszego. Mnisi i mniszki składają te same śluby, choć one mogą złożyć ich więcej, by łatwiej chronić swoją żeńską drogę do oświecenia. Pratimoksza, podstawowe zasady dyscypliny monastycznej, jak wszystkie inne obietnice zakonne zapisane zostały w Winaji[14], zbiorze tekstów służących wszystkim tradycjom. Prati oznacza 'w kierunku', a moksza to 'wyzwolenie' z samsary, bo przestrzeganie ślubów zbliża praktykującego do wyzwolenia. O ślubach się nie rozmawia i ślubów się nie omawia. Adepci przystępują do nich, kiedy nauczyciel uzna, że są gotowi do tego kroku.
-
Najwyższe śluby dla mniszek i mnichów są takie same - nie faworyzują mężczyzn. Rzecz jednak w tym, że mniszki buddyjskie nie zawsze mogą złożyć najwyższe śluby. Zależy to od kanonu winaji obowiązującego w danym kraju, ale także od decyzji mężczyzn administrujących. Monastycyzm żeński rządzony jest przede wszystkim przez mnichów i wedle innych zasad niż monastycyzm męski.
W Tajlandii, na przykład, gdzie kultywowana jest tradycja therawady, linia przekazu żeńskiego wygasła między XI a XIII wiekiem. Dlatego tajskie mniszki, nazywane meszi (tradycyjnie: niewykształcone, służki mnichów), mają prawo tylko do ośmiu podstawowych ślubów - właściwie nie są one mniszkami, a "tymi, które się wyrzekły", ascetkami. Noszą białe szaty, ciężko pracują przy klasztorach męskich, w instytucjach pomocy społecznej i - przynajmniej niektóre z nich - czekają na poszerzenie drogi tyczonej przez pierwszą tajską bhikkhuni, Dhammanandę, która nosi już szaty szafranowe.
"Stałam się feministką, ponieważ jestem buddystką", mówi czcigodna Dhammananda, która złożyła pełne ślubowania w tradycji therawady w Sri Lance[15] w 2003. Jest pierwszą współczesną tajską bhikkhuni i opatką jedynego klasztoru żeńskiego w Tajlandii. Wychowała się w tak zwanym postępowym domu. Ojciec, który żył w oddaleniu od rodziny, zgodził się na edukację córki. A matka, kiedy dziewczynka miała dziesięć lat, złożyła podstawowe śluby i... zamieniła rodzinny dom w miejsce buddyjskiego odosobnienia dla kobiet. W 1971 na Tajwanie przyjęła pełne śluby w tradycji dharmaguptaki (jednej z 18 szkół wczesnego buddyzmu, starszej niż therawada).
Tymczasem młoda kobieta uzyskała uniwersytecki dyplom z filozofii, wyszła za mąż, wychowała trzech synów, wykładała na uniwersytecie w Bangkoku, pisała książki o współczesnym rozumieniu buddyzmu, sporo o roli, jaką odgrywają w nim kobiety. Aż w roku 2000 przeszła na emeryturę i zaczęła zmierzać drogą do żeńskiej ascezy w monastycznym kształcie. Teraz, jako opatka klasztoru (to jest ten sam dom rodzinny jej matki) i mniszka równa w swoich powinnościach mnichom, działa na rzecz odnowienia tradycji żeńskiego klasztoru w Tajlandii, często wbrew życzeniom i postanowieniom tajskich mnichów i administracyjnych notabli. Oczywiście nie jest w tych wysiłkach zupełnie samotna, otrzymuje dużo wsparcia, przede wszystkim od ordynowanych mniszek z krajów zachodnich.
Budda sformułował takie same prawa dla obu grup sanghi. I do tego odwołuje się Jego Świątobliwość XIV Dalajlama, który podobnie jak XVII Karmapa popiera różne komisje i komitety, poszukające możliwości odnowienia społeczności gelongma w tradycji tybetańskiej. Dżetsunma[16] Tenzin Palmo[17], jedna z pierwszych gelongma, przyjęła śluby w Hongkongu w 1973 i założyła klasztor żeński w Taszi Dżong w Indiach. W 2010 powstał pierwszy tybetański klasztor żeński w Ameryce Północnej. Jego opatką została Amerykanka, która złożyła pełne ślubowanie według tradycji dharmaguptaki w 2002 na Tajwanie.
-
Zdaje się, że historia przełamała się w marcu 2017. To wtedy XVII Karmapa otworzył ścieżkę w kierunku pełnej ordynacji dla tybetańskich mniszek w tradycji karma kamtsang. Od 19 mniszek przyjęto 36 ślubów nowicjackich. Postanowiono, że pozostaną one w nowicjacie przez rok, a potem przyjmą śluby od mniszek praktykujących winaję dharmaguptaki i będą ich dochowywać przez dwie zimy lub dwa lata. Po tym czasie otrzymają pełne ślubowania w obecności mniszek tradycji dharmaguptaka i mnichów tradycji mulasarwastiwady.
Starania XVII Karmapy o stworzenie pełnej ordynacji żeńskiej wynikają z jego rozumienia nauk Buddy. W książce The Heart Is Noble: Changing the World from the Inside Out napisał: "Tożsamości genderowe tak bardzo przenikają nasze doświadczenie, że łatwo zapominamy, że to tylko idee - idee stworzone, by naznaczać istotę ludzką. Kategorie męskości i żeńskości są często uznawane za prawdy najwyższe. Ale one takimi nie są. Te kategorie nie istnieją w sposób obiektywny. Gender jest tylko konceptem, wytworem naszego umysłu i nie istnieje poza tym, który go wyobraża"[18].
Zarówno mnisi, jak i świeccy buddyści mogą składać dodatkowe ślubowania. Śluby bodhisattwy (jest ich 64, w tym 18 głównych) są wyrazem dążenia, nakreślają drogę do oświecenia dla dobra wszystkich istot czujących. Jeśli zostaną naruszone - choćby jeden z nich - można je przyjąć powtórnie, i po raz kolejny. Gdy czujemy gniew lub złość wobec drugiego albo stracimy współczucie - a to przecież zdarza się nam nader często - przyjmujemy śluby bodhisattwy ponownie. Są one chyba najczęściej odnawianymi przez buddystów obietnicami - z nadzieją, że nasza motywacja działania na rzecz innych staje się coraz czystsza.
Z założenia śluby monastyczne przyjmowane są na całe życie. A jednak w swoim współczuciu i rozumieniu ułomności natury ludzkiej - powiadają nauczyciele - Budda ustanowił, że człowiek nieumiejący sprostać złożonej obietnicy może śluby oddać, i może to uczynić trzykrotnie. Ale powód musi być naprawdę istotny: zagrożenie dla życia, kraju, religii...
Jeśli natomiast śluby zostaną złamane, mniszka lub mnich otrzymują napomnienie. Czasem etycznej naprawie mają służyć dodatkowe studia. Jeśli jednak przekroczenie jest istotne - chodzi tu najczęściej o złamanie któregoś z Pięciu Wskazań - nauczyciele mogą postanowić o ekspulsji czasowej lub stałej ze społeczności monastycznej. Dlatego tak istotna i pomocna w pozostawaniu w zgodzie z sobą samym jest możliwość oddania ślubów i powtórnego ich przyjęcia. Mnich, mniszka, którzy oddali śluby (na czas jakiś, na całe życie - tego się przecież nigdy nie wie), nie zostają w żaden sposób wykluczeni.
Od wieków klasztor buddyjski jest domem opiekuńczo-edukacyjnym dla małych chłopców i dziewcząt. Oddawani przez rodziców - z szacunku dla tradycji i wiary, a często (zwłaszcza dawniej) z niedostatku - dorastają w poczuciu bezpieczeństwa, kształcą się i... decydują. Czasem rezygnują z ordynacji, mając wdzięczną świadomość tego, co zyskali, i wracają do swoich wiosek, by żyć w społeczności świeckiej. Poznałam wielu rinpoczów, lamów, którzy zostali wychowani i wykształceni w klasztorze i decydowali się oddać śluby, założyć rodzinę. Służą nadal dharmie jako świeccy, często noszą szaty bardzo podobne do mnisich. Buddyzm opiera się na klarownych zasadach, ale daleki jest od ortodoksji.
lobsang decien z klasztoru dolma ling
Siedzę na łóżku w ciemnym pokoju klasztoru Dolma Ling. Zawsze takie są, bo mają malutkie okna, zasłonięte gęstą zielenią, a i światło dziś bezsłoneczne. Deszcz pada od rana (najczęściej po południu), krótkie ulewy, krople nikną w strumieniach. W tym klasztorze mniszek jest około 240. Cicho wokół, jeszcze bardziej niż zwykle. (Tę ciszę słychać najwyraźniej w przerwach międzydeszczowych). Czasem tylko któraś chrząknie albo nos oczyści w oddali. Tu dźwięki niosą się w zwielokrotnieniu, bo cisza je przepuszcza i wzmacnia. Najbardziej hałasują ptaki - w każdej porze dnia. A te skrzeki, jazgoty, piski, pohukiwania, kląskania i trelowania są zupełnie nierozpoznawane przez moje ucho. Kiedy mniszki kończą nauki, pracę i pudżę, wysypują się grupkami z budynków na kamienne ścieżki. Są wtedy jak bordowe kleksy w zatrzymaniu albo - z powodu szat, które je ograniczają - przesuwają się podobnym ruchem w wielokolorowej zieleni. Młodsze, a tych tu najwięcej, pół biegną i gestykulują w ożywieniu, śmieją się, zawsze głośno i razem. Teraz deszczowa cisza.
O 15 jestem umówiona z wicedyrektorką klasztoru, czcigodną Lobsang Decien. Dyrektorką jest Rinchen Khando Choegyal, była ministra edukacji w Tybetańskim Rządzie na Uchodźstwie, prezeska założycielka Stowarzyszenia Tybetańskich Kobiet, żona, co wszyscy zauważają, Tenzina Choegyala Rinpoczego, brata Dalajlamy, która mieszka w Dharamsali. Przyjeżdża do klasztoru w sprawach.
-
Ani[19] Lobsang Decien jest tu na stałe. To ona zarządza i pilnuje spraw bieżących. (Dyrektorka jest odpowiedzialna przede wszystkim za kontakty z zagranicą, co często oznacza zbieranie funduszy, wicedyrektorka - za całą resztę). Mały pokój na piętrze, obok innego biurowego. Proste biurko, krzesło i dwie twarde ławy wyłożone tybetańskimi dywanami, na których można wygodnie siedzieć ze skrzyżowanymi nogami. Ani Lobsang Decien jest starsza, mniej więcej w moim wieku. Ma ładną, podłużną twarz rozjaśnioną szerokim uśmiechem. Jestem, jak zawsze, zachłanna na każdą opowieść: słucham, zapisuję, uczę się, może opowiem innym. Ani Lobsang Decien jest nowicjuszką, śluby wstępne złożyła na początku lat siedemdziesiątych. Kolejnych przyjąć nie może.
- Nic nie wiadomo, by istniał przekaz pełnej ordynacji dla mniszek w tradycji tybetańskiej. Od ponad trzydziestu lat trwają poszukiwania i badania. To musi być nieprzerwana linia przekazu. A nie ma żadnego zapisu, żadnego dowodu, że bhikszuni z Indii przybyła do Tybetu i rozpoczęła swoją tradycję. Mamy już pierwsze geszema, mniszki z "buddyjskim doktoratem", i to one będą szukały sposobów na rozwiązanie problemu. Są w tym wspierane przez gelongma, mniszki pełnych ślubowań, innych tradycji - tak opowiada.
- I wtedy też klasztory żeńskie będą mogły być prowadzone, w pełni zarządzane, przez mniszki? Nie będą potrzebowały mnicha zwierzchnika? - pytam.
- Tak, tymczasem "samowystarczalnych" klasztorów żeńskich jest bardzo niewiele, na przykład klasztor Dżetsunmy Tenzin Palmo w Taszi Dżong czy klasztor Khandro Rinpocze w Ameryce. One przyjęły pełne śluby w innej tradycji niż tybetańska.
Pytam o młode nowicjuszki, skąd przybywają. I tu słyszę podobnie.
- Nikt już nie przychodzi nielegalnie z Tybetu. Czasem zdarzy się jedna mniszka lub dwie, które przyjechały oficjalnie do Dharamsali i zdecydowały nie wracać. Nowe mniszki przyjeżdżają z Ladakhu, ze Spiti, z Kinnauru[20].
- Czy mniszki z Tybetu, które kształciły się w klasztorze przez kilkanaście lat, wracają tam czasem?
- Niezwykle rzadko. W ostatnim czasie wróciła jedna. Była tu dwanaście lat i odbyła w Dolma Ling pełen cykl nauki.
- Czy jest z nią kontakt?
- Myślę, że nie. Wróciła chyba do swojej wioski w Amdo. Pewnie tam uczy i pomaga innym.
Nie mogę nie zapytać o jej historię. Lobsang Decien opowiada.
- Moi rodzice uciekli z Tybetu w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym. Pochodzili z U-Tsangu, byli półnomadami; mieli zwierzęta i uprawiali pole. Tu, w Indiach, zaczynali od bardzo ciężkiej pracy: rozbijali kamienie i budowali drogę w Manali. Po kilku latach było im lżej, mogli otworzyć mały tea shop. A ja? Uczyłam się w TCV[21]. Kiedy miałam trzynaście lat, przyjęłam śluby w Ganden Choeling. Wróciłam do TCV jako mniszka, żeby się dalej uczyć. Ja w ogóle ciągle się chciałam uczyć, a to wówczas nie było takie proste. Po maturze nie dostałam się do IBD, bo nie przyjmowano kobiet. Nie dano mi miejsca w Tibetan Medical Center, bo nie przyjmowano kobiet. Próbowałam w Tibetan College w Waranasi, ale i tam mi odmówiono, bo jestem kobietą. W końcu zapisałam się do Catholic College w Szimli. Byłam jedyną mniszką. Po dwóch latach dostałam dyplom BA i zaczęłam studiować w Czandigarze, skończyłam z tytułem Bachelor of Education. Więc jakoś pokonałam te genderowe przeszkody. Potem krótko uczyłam w TCV, a od osiemdziesiątego trzeciego jestem tutaj. Wtedy przyjechały pierwsze mniszki do Dolma Ling.
Kilka dni temu młody chłopak, miał 19 lat, studiował tybetologię w Waranasi, podpalił się, w obronie Tybetu, jak napisał.
- To jest okropna forma protestu. Okropna, bo zabiera życie odważnym i pełnym współczucia ludziom. Ostatnio - mówi ani Lobsang Decien - ktoś, jakiś mężczyzna w Lhasie, podciął sobie gardło w proteście.
- Jak myślisz, co może rzeczywiście zmienić sytuację Tybetańczyków?
- Według mnie tylko zmiany, znaczące zmiany polityczne i społeczne w Chinach, wywołane przez samych Chińczyków, wpłyną na przeformułowanie relacji chińsko-tybetańskich.
Już zbliżamy się do końca rozmowy, czuję, że obu nam było w niej dobrze, więc się odważam i pytam o to, co trudne.
- Pewnie pojawiają się czasem problemy osobiste, które zaburzają klasztorne życie. Jak pomagacie sobie wtedy?
- Filozofia buddyjska jest pełna tego, co w świeckim świecie nazywa się psychologią. Odwołujemy się do niej w takich sytuacjach. I zawsze znajdujemy wytłumaczenie, wsparcie.
- Czy była kiedyś konieczność wykluczenia mniszki ze społeczności?
- Nie, nigdy nam się to tutaj nie zdarzyło. Najwięcej trudności było na początku z dorosłymi mniszkami, które przybywały z Tybetu. One często nie miały doświadczenia monastycznego, dopiero tu przyjmowały śluby i zakładały tracie, mnisie szaty. Wcześniej miały jakieś role w swoich społecznościach, rodzinach, niektóre z nich żyły z mężczyznami. Ale, doprawdy, zgłębianie filozofii dodawało im i nam sił. Zdarzało się także, że niektóre musiały się wspomagać lekami. Kiedyś miałyśmy taką bardzo upartą mniszkę, która nie chciała żadnej pomocy. Wtedy... - Ani Lobsang Decien się śmieje. - ...koleżanki dodawały jej kilka kropelek lekarstwa do każdej herbaty.
Wracam do Dolma Ling po roku. Ani Delek Dolma jest w Amdo, nie ma z nią kontaktu, ale wszystkie mniszki są spokojne, że jest bezpieczna. Drobna Kalsang z Szimli nadal pracuje w bibliotece i mówi, że uczy się angielskiego, Delek Jangdon, uczennica Tulku Deleka Rinpoczego, dokumentuje nową kamerą wideo ważne wydarzenia. Ani Lobsang Decien dopełnia swojej misji współdyrektorowania w tym klasztorze i współprowadzenia Tibetan Nuns Project[22].
Jesteśmy umówione o 12.30 w piątek. Dobiegam przed czasem, czekam cierpliwie w biurze. Lobsang Decien przychodzi po 13. Spóźniona, bo w klasztorze odbywają się egzaminy przyszłych geszema. To już trzeci rok, kiedy mniszki szkoły gelug, po 21 latach studiów, mają prawo, tak jak do niedawna tylko mnisi, ubiegać się o tytuł doktorski nauk buddyjskich. W 2016 pierwsza grupa geszema liczyła 20 mniszek; pochodzą z różnych klasztorów w Indiach, wszystkie z tradycji gelug. W 2017 sześć otrzymało tytuł, a teraz, w sierpniu 2018, dziesięć jest w trakcie egzaminów, które odbywają się w tym roku w Dolma Ling.
- To jest bez wątpienia ogromna zmiana w tybetańskim monastycyzmie. Mniszki mogą dorównać mnichom w studiowaniu, mogą z nimi konkurować i nawet mogą ich wyprzedzać - mówi ani Lobsang Decien. - I podobnie stanie się z przyjmowaniem pełnych ślubów, jak tylko będziemy je mogły przyjmować. Nie wiem oczywiście, kiedy taka możliwość powstanie, ale jestem pewna, że geszema doprowadzą do tego, że będziemy mieć gelongma...
Siedzimy na ławie przykrytej dywanem, obok wielkiego okna na zieleń, na wprost siebie, obie z nogami skrzyżowanymi. Rozmawiamy niespiesznie. (To na pewno nie jest dziennikarski wywiad). O zmianach w Tybecie, o nowym pokoleniu, które wie mało albo nic o przeszłości. O pogodzie tu i w Europie - tu deszcze, jakich nie było, w Kerali jest powódź, a w Europie susza i upał jak nigdy. Lobsang Decien mówi, że ludzie nie szanują Ziemi i ona teraz im odpłaca. Czasem obie milkniemy w zwyczajności niemówienia. Patrzymy na deszcz, którego krople przez te dwie godziny z różną prędkością spadają i różnie w świetle się mienią. Ani Lobsang Decien pyta o mój buddyzm, o buddystów w Polsce, o Leka Waleze[23]. Prostymi słowami mówi o anachronizmie polityki, o tym, jak polityka nie może dotknąć istoty człowieczego życia i dlatego nie ma w niej żadnej wartości. I że najlepiej być od niej daleko, choć czasem ona jako to zło przychodzi blisko i sobą straszy. I wtedy jest dla nas wyzwaniem, by trwać w sobie i w swoich wartościach.
Ani la[24] wydaje się zmęczona, a może jakoś odległa od swojej tu roli, w której tak jasno ją widziałam zeszłego roku. Pytam.
- Nie, nie jestem zmęczona dziś, może jestem w ogóle zmęczona od dawna. Odchodzę na emeryturę. Po egzaminach, w połowie września, opuszczam ten klasztor. Jestem tu od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku, od początku. Przedtem pracowałam osiem lat w TCV. Uczyłam dzieci, które uciekły z Tybetu... Cieszę się na tę odmianę. Znajdziesz mnie w Ganden Choeling w przyszłym roku.
Odchodzę z Dolma Ling z kolejną drobiną nasycenia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki