Gdzieś. Kiedyś. Chyba
Pierwszy raz pojechałem na Sycylię chyba w 1986 roku. Ważne jest to "chyba", bo jakoś wyjaśnia, a może raczej zaciemnia, dlaczego wyspa wydaje mi się bliska, choć nieznana. Bo myślę, że - znowu chyba - właśnie na Sycylii zacząłem pić wino, a kiedy piłem, to codziennie, i dlatego nie pamiętam, co przeżywałem i widziałem, choć widziałem i przeżywałem wszystko w jakimś świętym uniesieniu, fruwając w rozrzedzonym powietrzu jak zajączek puszczany lusterkiem na wiązki promieni słońca, które światła niby przyjmować nie powinny, bo same dają światło, a jednak jakimś cudem zajączek, który jest światłem, brykał po słonecznym ekranie, a słoneczny ekran otulał zajączka przezroczystą kołderką.
Było więc tak: siedziałem przez prawie rok w Neapolu, ucząc włoską młodzież studencką Dantego, chodząc po najbiedniejszych uliczkach w rejonie, gdzie mieszkałem w akademiku, oglądając Chrystusa pod całunem w kaplicy Sansevero i nagich Antinousów w Muzeum Archeologicznym, a wieczorami piłem w samotności wino, czując, że bez niego dotychczasowe dwadzieścia sześć lat było stracone, pozbawione zwiewności awersu i ciężaru rewersu życia - lub na odwrót. Nie wiedziałem jeszcze, że był to mój instynktowny sposób na nerwicę natręctw, okropną przypadłość, przez którą czułem się monstrum sprowadzonym do samego podziemnego życia, z którym trzeba schować się na dno siebie samego. Po prostu - kiedy piłem wino, puszczały ciasne supły zawiązane na myślach i odruchach, nie było oglądania się wstecz, nerwowych spojrzeń w bok i w przód, przyklękania, dotykania, sprawdzania gazu... Długo by mówić, zostawmy to na lepszą okazję.
Pomieszkiwałem więc w Neapolu, i jakoś tak wczesną wiosną przyjaciele z Mediolanu zadzwonili i powiedzieli, że lecą na Sycylię, czemuż więc nie miałbym dołączyć do nich i pobyć przez kilka dni u ich znajomych w Lentini.
Lentini - znane, choć nie najsłynniejsze przecież miasto na wschodzie wyspy - to była dla mnie wtedy ogromna pokusa, i wcale nie dlatego, że leży na Sycylii, na której jeszcze nie byłem, a która wydawała mi się jednolitą taflą słonecznego lodu dryfującą po Morzu Śródziemnym, tylko dlatego, że niejaki Jacopo da Lentini, notariusz, dworzanin Fryderyka II i jego syna Manfreda, jakoś w połowie XIII wieku wymyślił sonet. Tak, sonet - ten twór, który z dwóch czwórek przechodzi w dwie trójki i który poprzez stilnovistów, Cavalcantiego, Dantego, Petrarkę, przedestylował się do Michała Anioła, do Szekspira, potem do Mickiewicza, by dotrwać do czasów współczesnych w dość anachronicznej obecnie, choć wciąż modernizowanej formie. Owszem, fascynował mnie wówczas sonet, jednak nie tłumaczy to aberracyjnej zagadki umysłu, która komuś, kto kocha sonety, każe jechać do miejsca, gdzie ktoś inny je wymyślił, jak gdyby gatunek poetycki to był okaz miejscowego gada czy owoc rosnący tylko w jednym miejscu na ziemi. Cóż, zagadki mojego pierwotnego zafrapowania miastem Lentini nie rozstrzygnę, muszę więc potraktować ją jako pretekst do krótkiego zdania sprawy, jak zacząłem poznawać Sycylię i dlaczego.
Pamiętam, że wypytując o drogę z półwyspu - Neapolu, w którym chwilowo bytowałem - na wyspę, dowiedziałem się, że najlepszym i najtańszym środkiem transportu jest pociąg, który na dolnych krańcach lądu wjeżdża na prom do Mesyny i tak kontynuuje swą podróż, a po drugiej stronie jest ta podróż już ściśle sycylijska.
Uległem tej podpowiedzi, bo cóż miałem robić. Pamiętam, że wsiadłem do pociągu, wieczorem dałem się wwieźć na prom, wysiadłem z wagonu, stanąłem na pokładzie i miałem wielką ochotę podziwiać coś, co w mgle, deszczu i mroku było niewidoczne. A przecież robiło na mnie wrażenie to, że jestem pomiędzy Scyllą a Charybdą, że wpływam na wody Wielkiej Grecji, po których błąkał się Odys-Ulisses, odkrywając niespotykane kształty nieznanych istot, ich zasadę i głosy, cyklopów, syreny i innych mieszkańców wyobraźni poszukującej klucza do człowieczeństwa bogów i bóstwa ludzi. Pamiętam też, że z wózka na pokładzie jakiś człowiek (czy on jeszcze żyje, ten Bezimienny? czy mnie wspomina? czy pisze gdzieś "nie zapomnę takiego Polaka..."?) sprzedawał arancini - gałki nasączonego sosem pomidorowym ryżu z zatopioną w nich mozzarellą (albo śledzioną czy rag? - to zależy)...
Wciąż mam w oczach spontaniczną radość lentińskich przyjaciół moich przyjaciół z Mediolanu na mój widok, kiedy w końcu wysiadłem w stolicy, a raczej w Betlejem sonetu. Przypominam sobie, że zabrali mnie na obiad, i od tej pory pamiętam i nie pamiętam. Zadziwiająco dobrze pamiętam, że na tym pierwszym sycylijskim obiedzie jadłem miecznika z brunatnymi żebrami po rozżarzonych prętach, posypanego natką, skropionego cytryną, i pamiętam, że piłem regaleali. Od tej pory już zawsze na Sycylii, dopóki nie stałem się bytem bezmięsnym, czyli także bezrybnym, kiedy tylko mogłem, jadłem miecznika. A co do wina, jeśli miałem wybór, okwaszałem go w ustach właśnie regaleali lub odkrytym dzień później corvo duca di salaparuta, w którym to napoju nie wiem już (nie pamiętam), czy bardziej lubiłem chłód, smak czy też nazwę.
Przyjaciele moich przyjaciół, od dnia przyjazdu także i moi przyjaciele, ludzie dobrzy, gościnni i szczodrzy, byli nauczycielami, on już tylko z wykształcenia. Ona o nieczystym, bardziej niż ochrypłym głosie, zdartym sycylijską raszplą miejscowego morskiego powietrza. Perła i ozdoba rodziny - ale nie jej głowa, bo nią, głową, był jej mąż, człowiek aż niepokojąco spokojny i wyważony, cechujący się tą sycylijską, usypiającą łagodnością, która zdawała się kryć wężowe sekrety. Zajmował się hodowlą pomarańczy, reprezentował jakieś pomarańczowe konsorcjum, które zamierzało sprzedawać owoce także do Polski. Pytał, czy nie chcę się zająć handlem cytrusami, które dla mnie miały zmieniać się w kokosy, tyle że biedak trafił na osobnika zajętego morfologią sonetu i jego archimedesowym rodowodem, na nic zatem się zdały jego czułe namowy wsparte argumentami w postaci kolejnych mieczników, win białych schłodzonych i wycieczek za miasto. Pamiętam, jak prosił, żebym zainteresował pomarańczami mojego tatę, dyrektora centrali handlu "artykułami metalowymi i elektrotechnicznymi", ale trafił najgorzej, jak mógł - prywatne interesy należały do ostatnich z rzeczy, jakie miał ochotę robić mój ojciec.
Mój gospodarz był pierwszym człowiekiem, od którego usłyszałem z pierwszej ręki o mafii. A usłyszałem, bo o nią spytałem mniej więcej w ten sposób:
- Powiedz mi, czy mafia istnieje naprawdę.
- Tak mówią.
- No ale istnieje, czy nie.
- Słyszałem kiedyś to słowo.
- A co to jest mafia?
- Jeżeli istnieje, to mówią, że to taka firma ochroniarska, ale w chwili, kiedy ktoś odmawia ochrony.
- Czyli?...
- Nooo, na przykład te sady pomarańczowe są bardzo duże i hodowca sam może nie widzieć, kiedy ktoś kradnie mu owoce z drzewa. Więc przychodzą do niego ludzie, którzy widzą. I on im płaci, żeby pilnowali...
- I co w tym złego?
- Nic, dopóki on płaci.
- A kiedy on jednak woli sam pilnować?
- Przecież mówię: właśnie wtedy firma ochroniarska staje się mafią.
- Czyli?
- Nie dalej niż wczoraj samochód jednego z hodowców pomarańczy stoczył się do wąwozu.
- Jak to?
- Normalnie: stał na poboczu i się ześliznął.
- Bo?...
- Nikt nie wie. Stał sobie zaparkowany i nagle spadł... Wiesz, na Sycylii są czasem trzęsienia ziemi. Od wulkanu albo od ruchu płyt tektonicznych. I wtedy może się zdarzyć, że samochód spadnie w przepaść.
- Aha...
Przez nich poznałem Starego Malarza. Około siedemdziesięcioletni, wyglądał wypisz wymaluj jak malarz - może bardziej bohemiczno-francuski niż sycylijski, wszelako zgodny z moim wyobrażeniem artysty. Miał długie siwe włosy i baskijski beret. Miał też żonę, która co chwilę powtarzała, że musi zawieźć mnie do Piazza Armerina, żebym zobaczył najpiękniejsze mozaiki na świecie, ale co drugą chwilę piła, więc do Piazza Armerina nie pojechaliśmy. Luigi, bo tak artysta miał na imię, narysował wtedy flamastrami mój jarkopodobny do dzisiaj portret, który przypomina mi, że nosiłem w tamtym czasie brodę i wąsy. Żadne tam rewolucyjne. Raczej kapryśnie młodzieńcze. Trochę jak z fotografii terrorysty, który uczy się włoskiego na uniwersytecie dla cudzoziemców, żeby zamordować papieża. Narysował mi też wejście do jakiejś kopalni, którą podobno oglądaliśmy razem. Podobno, bo nie pamiętam. A nie pamiętam, bo bez ustanku piłem to corvo czy regaleali.
Jednym z moich nowych przyjaciół stał się nauczyciel w pobliskim Carlentini, który w wolnych chwilach był devoto spingitore, czyli pobożnym "popychaczem" feretronu z figurą świętego Alfia, który podczas uroczystości ku czci tego męczennika, patrona Lentini, obnoszono po mieście. Lektykarzy było czterech, może ośmiu, nosić świętego było wielkim zaszczytem - i ja niezasłużenie go dostąpiłem. Jakimś czytaniem młodzieńczych wierszy wzbudziłem taki entuzjazm przyjaciela przyjaciół, że oddał mi swoje miejsce przy feretronie. Nigdy przedtem ani nigdy potem nie zostałem tak wygnieciony przez tłum. Nigdy przedtem ani nigdy potem nie widziałem tak gęstych kropel ekstazy w obłoku religijnego upojenia. Pamiętam, że nazajutrz moi gospodarze doliczyli się na moim niewielkim wówczas ciele trzydziestu dwóch siniaków. Byłem jak obtłuczone ze wszystkich stron jabłko, jego spad w czystej postaci. Nie wiedzieli, czy nie zawieźć mnie do szpitala, żebym nie umarł z zasinienia. - Nie martw się - żartowali przy tym. - Pójdziesz prosto do nieba.
Ale nie było mi dane.
Co pamiętam z tamtej pierwszej Sycylii...
Pamiętam poetę Sebastiana Addama, który był kiedyś dyrektorem liceum w Lentini. A w chwili, kiedy go poznałem, znakomitością w skali nie tylko sycylijskiej, lecz także włoskiej. Zmarł w 2000 roku, i z niejakim przejęciem zobaczyłem później, że w samym centrum Katanii jego imieniem nazwano ładny placyk. Dostałem od niego dwie książki: wiersze i prozę. Niewiele z nich we mnie zostało prócz kilku zapamiętanych wersów tomu Palinsesti borghesi i poczucia, że mam do czynienia z poetą gorzkiego rozpoznania świata. Lecz bardziej niż Addamo zainteresował mnie i zadziwił twórca znacznie młodszy, Corrado Peligra. A szczególnie zadziwiło mnie to, że po pierwszym zbiorze wierszy, całkiem ciekawych, zrezygnował z publikowania, bo uznał, że mnożenie poezji w kraju, gdzie "nikt nie czyta" takiego giganta, jak jego zdaniem (i moim) Eugenio Montale, oznacza mnożenie chaosu. Właśnie tak mówił: że dopóki ludzie, w tym jego uczniowie w liceum w ojczyźnie sonetu nie wrócą do czytania Montalego, on sam publikować nie ma zamiaru...
Jedną z najlepszych sycylijskich rzeczy, jaka mi się przytrafiła, była przyjaźń z Pietrem Buttittą, synem wielkiego poety Ignazia - nieżyjącym już reporterem, pisarzem, który z wyspy przeprowadził się do Rzymu i Chianti. Jego lakoniczna trafność do dziś jest dla mnie wyróżnikiem sycylijskiej zagęszczonej mądrości. Noszę w sobie na przykład takie pierwsze zdanie z jednej z jego książek: "Mówi się, że ktoś pali jak Turek, a Turcy nie mają na papierosy".
Pamiętam pewną kolację, podczas której zaproponowano mi jedzenie jagnięcej głowy. Odmówiłem, ale nie mogłem oderwać oczu od Starego Malarza, który wysysał z niedużego łebka, co tylko dało się wyssać. Do dziś, kiedy czytam scenę z Boskiej komedii, kiedy to hrabia Ugolino della Gherardesca zatapia zęby w głowie swojego oprawcy biskupa, staje mi przed oczyma tamta sycylijska kolacja. W przekładzie Mickiewicza tak wyglądała średniowieczna scena, powtórzona niejako w uczcie dobrego, choć krwawego artysty:
Dwóch potępieńców ujrzałem w parowie:
Wyższy niższemu głową legł na głowie;
A jak łakomie szarpiemy chleb z głodu,
Tak on zatopił kły w ciało sąsiada,
Tam, kędy czaszka do barków przypada...
I dalej:
Od strawy dzikiej oderwał paszczękę
Ów potępieniec, i krew z ust ocierał
Włosami czaszki, której mózg pożerał...
Tak zapamiętałem tamtą scenę. Taki też horror łączy się we mnie od tamtej pory - choć wcale tego nie chcę i choć tyle łagodnych, słodkich, roślinnych obrazów widziałem później pod Etną - ze słowem Sycylia.
Pamiętam z tamtej wyprawy sprzed ponad trzydziestu lat urodę cytrusów rosnących na drzewie. Fotografowałem je parami, myśląc w chwili ich uwieczniania i potem, po wywołaniu, w oparach winnej tęsknoty, że para cytryn czy para pomarańczy wygląda jak moi rodzice. Czyli jak pompejańscy małżonkowie na fresku przechowywanym w Muzeum Archeologicznym w Neapolu. Harmonijni. Łagodni. Patrzący w jednym kierunku. W stronę kojącego słońca.
Pamiętam wrażenie, jakie robiła na mnie fizyczna różnorodność mieszkańców Lentini: to, że wśród ciemnych, rosłych Sycylijczyków oraz wśród Sycylijczyków także ciemnych, ale niskich co i raz zdarzali się Sycylijczycy jasnowłosi i błękitnoocy. Z wielką uwagą słuchałem opowieści o tym, iż przez Sycylię przeszły wszystkie etnie i nacje świata: Arabowie, Normanowie, Grecy, Galowie... Wszyscy. Ktoś powiedział mi, że za Fryderyka II także dwaj polscy rycerze, czego dowodzić miała precyzja cesarskiej mapy w miejscu, gdzie leży dziś Rzeczpospolita. Pod pretekstem kolonizacji, wojen krzyżowych, podbojów, ucieczek, turystyki wreszcie przybywał tu, kto mógł. Pamiętam, jak na zdumienie wywołane obrazem wszystkich narodów świata, wśród nich polskich krzyżowców i bohaterów Wielkiego Tour, nałożyła się chwila, kiedy dziewczyna, z którą piłem wino, powiedziała: "Jestem Żydówką, wiesz?". Nie, nie wiedziałem, że na Sycylii byli i są również Żydzi. Mogłem to sobie łatwo wyobrazić, było to oczywiste, ale nie uzmysłowione. Jednak potem już co jakiś czas słyszałem i czytałem o starożytnych mykwach pod chrześcijańskimi kościołami, o sycylijskich gettach i o tym, jak w 1492 roku Hiszpanie wypędzali Żydów, żeby odbierać im majątki potrzebne na wyprawę do Nowego Świata.
Pamiętam, iż w tamtych dniach ktoś mi powiedział, że na świecie co i raz ktoś zastanawia się nad jednoczącą mieszkańców Sycylii - tak różnookich, mnogowłosych, wielopostaciowych - kategorią sycylijskiej rasy. Nie rasy śródziemnomorskiej, o której z dumą mówił Mussolini, lecz właśnie sycylijskiej. Gorszej. Antropologicznie upośledzonej. I nigdy nie chciało mi się, i wciąż mi się nie chce, o tym myśleć, a kiedy pomyślę, burzy mi się w żyłach krew, i w te chwile kocham Sycylię miłością najmiłośniejszą.
Pamiętam, że także w tym czasie do mojego świata wdarły się migdały. Na przykład migdałowe ciastka w Navarrii - najlepszej, jak twierdzili moi gospodarze, cukierni w Lentini. I migdałowe wino, które piliśmy w Castelmoli - mieście wyglądającym niczym gniazdo uwite nad Taorminą. Wino strawne tylko wtedy, kiedy jest schłodzone. W Castelmoli przy słodkim, zimnym winie migdałowym czytałem niewielką rzecz sycylijskiego pisarza Vitaliana Brancatiego, opowiadanie, którego akcja rozgrywa się w tym właśnie miasteczku. Historię Mili, córki sycylijskiego marynarza i Norweżki - dziewczyny tak pięknej, że nikt nie miał śmiałości się do niej zbliżyć, a ona z onieśmielenia chłopców wyciągnęła wniosek, że jest aż tak brzydka, że męża tu nigdy nie znajdzie...
Czy tak właśnie było? Chyba tak. Ale nie wiem. Interesuje mnie pamięć, nawet jeśli nie odpowiada prawdzie lektury. I na to moje "zawsze", którym teraz jestem, pozostało wspomnienie o Mili, o pięknie nieświadomym własnego piękna - jednej z kategorii, które uważam za specyficznie sycylijskie. Sycylijskie genetycznie, kulturowo, autorsko.
To w ogóle był czas odkrywania literatury sycylijskiej i unikatowego repertuaru jej pojęć, przestrzeni, wymiarów. Elia Vittoriniego, który pokazał mi siłę intuicji - prawdy nieumotywowanej samym rozumem, płynącej z przeczucia, wyobraźni, poczucia tragizmu. Przekonanie, że "ziemia jest obrażona". Że "człowiek zabity jest jeszcze bardziej człowiekiem". I że nie można bezkarnie opuścić Sycylii. Kiedy po latach wywalczyłem sobie tydzień na pobyt w Syrakuzach, z wielkim wzruszeniem wracałem pod dom Vittoriniego odwrócony tyłem do morza na wschodnim wybrzeżu miasta, nieopodal Hotelu Gutkowski.
Do dziś jedną z najważniejszych i najbardziej olśniewających, rozjaśniających opowieści, jakie znam, pozostaje przeczytana mniej więcej wtedy nowela Luigiego Pirandella Wir. Treść, którą zapamiętałem (nie wiem, czy dobrze), jest mniej więcej taka: kobieta skarży się przyjaciółce, że jej mąż oszalał, ta sugeruje, że dostał obłędu z zazdrości wywołanej tym, że ją - żonę, z nią samą, tą przyjaciółką - zdradził. Jak to? Zdradził i zwariował z zazdrości? Otóż tak, drogie panie i drodzy panowie. Bo zdrada wynikła z klimatu: z pogody, może ze scirocco, które wówczas wiało. Krótko mówiąc - zdrada była poza jego (i przyjaciółki) wolą. A skoro tak, to równie dobrze, z powodu aury, z powodu klimatu, może się zdarzyć i jej, żonie. Może przyjść poza kontrolą - dlatego, że szumi morze, świeci słońce, wieje wiatr. Nałożyła się ta moja lektura na młodzieńczo przestudiowany esej Stanisława Przybyszewskiego o zazdrości, inspirowany bodaj Zazdrością Edwarda Muncha - grafiką czy obrazem, na którym na pierwszym planie jest twarz, pokrewna tej z Krzyku, jak wychłodzona z zazdrosnego przerażenia twarz samego Przybyszewskiego, a w tle zapatrzona w siebie para.
Zazdrość - wyjaśnia Przybyszewski - rodzi się z tego, że komuś przypisujemy nasze własne myśli. Przekładając na język Pirandella: mąż, który bezwiednie, za sprawą klimatu, zdradził żonę, zakłada, że ona może zrobić to samo, i nikt nie ma na to najmniejszego wpływu. Aura to aura. Scirocco to scirocco. Każe więźniom wyć do księżyca. Nawet więzienni klawisze wiedzą, że trzeba wtedy otworzyć cele. "Scirocco - pisał wielki toskański twórca Mario Luzi, mój Stary Poeta i przyjaciel - doprowadza do obłędu obłąkanych i więźniów".
Z jakiejś sycylijskiej bezsenności tamtego czasu pozostał mi przekład wiersza Pirandella (autor Sześciu postaci w poszukiwaniu autora bywał też poetą) o bezsennym staruszku, który przed świtem przyrządza sobie kawę:
Pochyla się nad żarem
i dmucha z całych sił.
Aż codziennym zwyczajem
sposobi filiżankę,
tę co zawsze, białą:
cukru aż trzy kostki,
bo smak kawy się zdaje
zawsze cierpki i gorzki.
Iskra rozprasza ciemność.
(Staruszku,
choć na mnie nie czekasz,
niedługo pójdziesz ze mną).
Na rozległym placu
śpią jeszcze niskie cienie.
Ciemna postać
umyka
pod jutrzenki schronieniem.
Na niebie ciągle migocą
gwiazdy na wpół omdlałe.
Koguty pieją
hejnały
na cześć bladego poranka.
O, jest
za tamtą firanką.
Siorbie gorącą kawę
poczciwy starzec.
Dmucha, nim się napije,
przeciągle mruży oczy:
być może wspomina
niemądre
sny wyśnione tej nocy.
Znad białych
grobów w oddali
stadami
nadlatywały
gołębie.
Wypełzł
spod poduszki
wąż i ukąsił go w serce,
nie zadając mu bólu.
Napij się jeszcze, mój stary,
i niczym się nie przejmuj.
Rozglądasz się wokół siebie?
Cisza. Biją zegary.
Już piąta. Nikt już na ciebie
nie czeka. Dnieje. Widzisz? Już biały
dzień.
Dopij kawę.
(Potem, kochany staruszku,
odwagi:
pójdziemy razem).
Tak, jakoś wtedy, dzięki sycylijskim poetom, nauczyłem się domyślać samotnego cierpienia starców po drugiej stronie ulicy. I obecność węża, który wychodzi z pościeli i bezboleśnie wpuszcza jad w serce. Wydaje mi się, że dziś coraz lepiej rozumiem, czym jest ów wąż, czym ów ból. I że rozumiejąc więcej, wracam na tamtą Sycylię.
"Wypełzł spod poduszki wąż i ukąsił go w serce, nie zadając mu bólu..." - jakie to prawdziwe i jakie sycylijskie. I o sycylijskim wężu, który jest też wężem Lawrence'a i Miłosza, jeszcze w tej książce wspomnimy.
Mniej więcej w tym czasie zacząłem też tłumaczyć wiersz, który olśnił mnie długo wcześniej: także noblisty, jak Pirandello, Salvatorego Quasimoda. Ed ? subito sera - trzywersowy kamyk, który poeta z Sycylii umieścił na samym początku swojego pierwszego zbioru wydanego w 1930 roku. Wiersz tłumaczony na polski co najmniej kilkanaście razy nie tylko przez tych, którzy znają włoski. Również przez poetów, którzy ze słownikiem w ręku, zdumieni siłą tych trzech linijek, postanowili powiedzieć je po swojemu, zmieniając choć jedno słowo w stosunku do wersji poprzedników. Interpretując napięcie, temperaturę, kadencję.
O co toczy się gra w zdumiewającym epigramacie, który w wyborze Poezje, opublikowanym w 1961 roku w PIW, niedługo po literackim Noblu (1959), sam Artur Międzyrzecki oddał takimi słowami:
Niedługo już wieczór
Każdy jest sam pośrodku ziemi,
przebity słonecznym promieniem:
niedługo już wieczór.
Skąd była we mnie potrzeba, by tłumaczyć ten wiersz wciąż na nowo? Skąd pragnienie - nie dość spełnione przez nikogo i nigdy - żeby zaistniał w polszczyźnie trafniej niż u poprzedników, adekwatnie do oryginału?
Przyczyną tego translatorskiego, minimalistycznego uporu, prawie obsesji, wydaje się radykalnie wręcz jasny obraz, jaki wywołuje ten wiersz, jego symboliczna czystość i siła.
Oto jego bohater, każdy z nas. Człowiek samotny, który czuje się pępkiem świata. Jest dumny z owej samotności i jedyności. I z promienia boskości, który go przeszywa. Jego trwanie "pośrodku ziemi", pod inspirującą, olśniewającą torturą słońca, w stanie "przebicia", wydaje się trwałe - ta informacja tkwi nie tylko w obrazie, lecz również w wydłużonym spokoju wersu. Człowiek ukazany przez Quasimoda jest jak święty Sebastian na tysiącach przedstawień - myśli, że jest nieskończony, żyje w złudzeniu, że przeszywa go Boże światło, aż odkrywa, z nieludzkim spokojem, że to światło jest śmiertelną strzałą. Nadchodzi "wieczór".
Salvatore Quasimodo, poeta z miasta Modica na obrzeżach archaicznej ojczyzny Śródziemnomorza, Wielkiej Grecji, uchwycił zasadę życia, jego aspiracje, nadzieje, złudzenia, piękno, wreszcie oszustwo. Przeświadczenie bezkresu i nieoczekiwany koniec. Nie tylko uchwycił, ale też zamknął w maleńkim przedmiocie, który każdy może wziąć i trzymać w dłoni, nosić przez resztę życia po świecie i pokazywać innym, mówiąc: oto my, nasza egzystencja i świat. Wiersz - butelka lejdejska. Wiersz - kropla słonecznej krwi. Wiersz - bursztyn ze znieruchomiałym istnieniem. Wiersz - wszystko zaklęte w trzech doskonałych linijkach.
Otóż znaleźć taki wiersz, taki przedmiot, w innym języku i pragnąć przenieść go do języka własnego, dla sióstr i braci w mowie, to aspiracja zrozumiała, jakoś rozgrzeszająca z błędów. Bo taki wiersz to ulga dla naszego zwierzęcego niezrozumienia. Dla ciemności, którą nosimy w sobie. To dar dla innych i dla nas, którzy pragniemy rozumieć to samo co inni, mieć udział we wspólnej intuicji życia i świata. Poczuć się rodziną nie w triumfie przecież, tylko w świadectwie własnego i wspólnego przemijania.
Lecz jakie problemy ma tłumacz? Co może uwierać go w wersjach poprzedników? Na co może liczyć we własnej próbie?
Zabrzmi to może śmiesznie, lecz główny problem leży w kontraście pomiędzy iluzją i jakością trwania, jego cudownością a szybkim końcem. Zadanie, jakie stawia przed sobą tłumacz słów "Ognuno sta solo..." i następnych, polega na tym, by oddać iluzoryczną trwałość poczucia nieśmiertelności, jego łagodność, i rozsnuć noc - szybko, lecz niegwałtownie. Cała gra toczy się o to. I o to warto w przekładzie walczyć.
Pewnie, że nie jest to problem jedyny. Co zrobić z "sul cuor"? - "na sercu ziemi" brzmi sztucznie, a przecież nie chodzi tylko, albo i w ogóle, o pępek świata, o jego środek. Idzie raczej o serce, które, kiedy przeszywa nas słońce, pulsuje nam pod stopami. Co zrobić z "Ed ? subito...", które bezszelestnie spuszcza zasłonę, w mgnieniu oka odcina od światła, a po polsku jest zawsze natrętnie wydłużone, nazbyt przygotowane? Na pewno moje ostatnie rozwiązanie nie jest ostateczne:
I robi się ciemno
Każdy samotnie tkwi na sercu ziemi,
przeszyty promieniem słońca.
I robi się ciemno.
Tak oto szkoliłem mój węch na Sycylię: zmysłową, skrajną, klimatyczną, lecz także grecką, symboliczną. Nieledwie zarysowaną. Tyle pamiętam. Ile nie pamiętam przez wynalazek wina i nalewek, cytrynówki, averny - nie pamiętam i już. Alkohol pogłębia przeżycia, ale każe gubić się w głębinie, którą otwiera. Trwałości przeżyć nie służy na pewno.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.