Czarni - Paweł Reszka
34.00 zł
28.90 zł
(28,21 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Dzienniczek podrabianego księdza
Kiedy pierwszy raz zakładasz sutannę, czujesz się tak, jakbyś do miasta, między ludzi wyszedł w damskich ciuchach. Sutanna do kostek. Przeszkadza. Trzeba nauczyć się w niej chodzić. Krok nie za długi, ruchy dostojne.
I lepiej trzymać się środka trotuaru. Broń Boże jakieś skróty przez wydeptane na trawniku ścieżki. Sutanna zbiera wszystkie śmieci. Wznosi dookoła kurz. Jej dół pokrywa się pyłem. Albo chodzisz z godnością, albo po pięciu minutach wyglądasz jak kapłan z duszpasterstwa budowlańców. Cały czas patrzysz na buty - czy nogawki nie wychodzą za bardzo spod sukni. Wychodzą za bardzo. Wypadałoby podciągnąć spodnie albo podwinąć nogawki - ale nie można. Ten strój sprawia, że na ciebie patrzą. Nie da się stanąć z boku, zniknąć w tłumie.
Dziewczyna na rowerze. Zatrzymuje się na światłach. Fajna. Wysportowana. Uśmiecha się. Też się uśmiecham, zapominając, że ona uśmiecha się nie do mnie - ale do mojego stroju. Do tego kogoś, kogo interesy reprezentuję na Ziemi. Nie powinienem pewnie tak na nią patrzeć - ale ona chyba nie ma nic przeciwko temu.
- Szczęść Boże!
- Daj Boże!
- Piękna pogoda, proszę księdza!
- Piękna! Idealna na rower.
- No tak. - Znów się uśmiecha, światło się zmienia. - To pojadę!
- Z Panem Bogiem!
Nagle zaczynasz rozumieć konwencję. Nie jesteś sobą, ale przede wszystkim ambasadorem "tego z góry". Potwierdzi to każda najprostsza czynność.
Facet męczy się z parkomatem.
- Niech pan nie wrzuca!
- Jak to?
- No, sobota!
- I co?
- Pan patrzy na napis: "Parkowanie płatne od poniedziałku do piątku, od 8 do 18". Dziś sobota, dziś jest za darmochę.
- A, faktycznie! Dzięki!
Człowiek podnosi głowę. Dostrzega, z kim ma sprawę:
- O kurczę! Przepraszam, Bóg zapłać!
- Z Bogiem, Bogiem!
Przystaję przed Krzyżem Papieskim na placu Piłsudskiego. Wypada przystanąć, zadumać się. Nieruchomieję na chwilę. Widzę, że turyści, którzy przyszli obejrzeć Grób Nieznanego Żołnierza, robią mi zdjęcia. Idę pod pomnik Smoleński - w sumie widzę te schody z bliska pierwszy raz w życiu, jakoś wcześniej nie było okazji. Przyglądam się dziełu.
- ...I co z tego, że to brzydkie. Czarnym się podoba...
Jakieś słowa dobiegają zza pleców. Ale to nie jest prowokacyjne. Raczej powiedziane niechcący zbyt głośno.
To jest tak, jakbyś był w szklanej bańce. Idziesz przez tłum turystów, a ludzie robią ci miejsce, uciekają ze wzrokiem. Nawet ci wierzący, którzy chcą ci okazać sympatię, nie wołają: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Raczej kłaniają ci się pokornie i witają bezgłośnie. Nie chcą być nietaktowni, szanują twoją prywatność.
Gdy siadam na ławce w parku Saskim, też jestem jak trędowaty. Nikt się nie dosiada. Wszyscy się gapią z ukosa na klechę, ale zachowują nabożny dystans.
- Paweł, Paweł! Poczekaj! - na placu Teatralnym dogania mnie dziewczyna.
To wyreżyserowane spotkanie. Ona to "moja siostra, która mieszka w Warszawie". Będziemy spacerować. Oglądać ciekawe miejsca, zabytki.
Ona jest młoda, ładna, ubrana w elegancką, ale dość krótką sukienkę. Idziemy, rozmawiamy. Trudno nie zauważyć dwuznacznych uśmiechów. Długowłosy chłopak, którego mijamy koło wejścia do Teatru Wielkiego, puszcza do mnie oko. Przesłanie jest proste: "Fajnie to sobie ksiądz zorganizował". Idziemy razem do samochodu zaparkowanego opodal. Jakaś kobieta podrywa się z ławki. Idzie kilkadziesiąt metrów za nami. Chce zobaczyć, czy rzeczywiście wsiądziemy razem do jednego auta.
Zaczynam rozumieć, jak to jest być na cenzurowanym.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
Ojciec Marek bronił się przed domem księdza emeryta. Kiedy bratanek powiedział mu, że to chyba najwyższa pora, krzyczał: - Nie oddawajcie mnie do tych zboczeńców!
Ale teraz jest spokojny. Chyba się przekonał, że "dom" to nic strasznego. Być może pomogła mu postępująca demencja. Większość księży ma tak samo. Przez całe życie zrzucają się na dom emeryta (w każdej diecezji jest przynajmniej jeden). Potem odważnie bronią się, żeby tam nie zamieszkać. W końcu z cichą rezygnacją ustępują.
Dom to ostatni etap. Stąd wyjeżdża się tylko na cmentarz. Jesteśmy w poczekalni. Tu nic, poza czekaniem, się nie zdarza. Czystość i cisza wypełniają każdy centymetr trzypiętrowego budynku.
Msze, obiady, modlitwy - są w przerwach. Przez resztę dnia rzędy zamkniętych drzwi. Na każdych tabliczka z imieniem i nazwiskiem. Za drzwiami starzy mężczyźni zastygli przed telewizorami. W lecie można (jeśli ktoś ma siłę) wyjść do ogrodu, pooddychać powietrzem pachnącym pobliską rzeką.
Przez płot przedszkole. Siwy, zgarbiony ksiądz (były dziekan) od lat w ciepłe dnie od rana stoi nieruchomo. Wpatruje się w dokazujące dzieci, wzbudzając popłoch wychowawczyń.
Sprzątają i piorą siostry. Kąpią sanitariusze, mężczyźni, żeby uniknąć zgorszenia.
Zdjęcia diecezjalnych kościołów na ścianach. Natrętnie przypominają to, co było. ("Tu zaczynałem jako młody wikariusz. Tu zmieniałem dach kościoła. O! To moja ostatnia parafia, zanim...".)
Na korytarzach ksiądz Marek mija się z kolegami z seminarium. W przytułku króluje jego rocznik i sąsiednie. Prosta konsekwencja wynikająca z kalendarza - razem zaczynali tę podróż, razem ją skończą. Przynajmniej ci, co dotrwali w sutannach.
Nie mają już o czym rozmawiać. Witają się krótkim "cześć" albo mijają bez słów. Balkoniki i wózki powoli rozjeżdżają się do siebie. Chyba się już nie lubią. ("Niektórzy z nich to bardzo źli ludzie" - szepnie ks. Marek, gdy się spotkamy.)
Ale jeszcze do spotkania nie doszło. Mam czekać na telefon od jego bratanka. Przyjdzie taki moment, że będę mógł go odwiedzić w pokoju. Wtedy on opowie mi całą swoją historię i będę mógł ją zamieścić w książce. Opowie także o Marii, która była jego kobietą przez okrągłych czterdzieści lat. O tym, jak się poznali się, gdy był młodym wikarym. Jak zostali wyklęci przez rodzinę. Jak ksiądz biskup wysłał Marka aż za ocean, żeby mu wywietrzało. I potem jak odbierał od niego przyrzecznie, że nigdy, przenigdy z Marią nie będą mieli dzieci.
Brak dzieci był ceną, że hierarchowie przymkną oczy na romans. Pozwolą, by Maria - naturalnie zachowując wszelkie pozory - jeździła za nim z parafii na parafię. Oboje nauczyli się życia w krainie pozorów. I czas zrobił swoje. Bliska rodzina jakoś przywykła. Mogli bywać na imieninach. A bratankowie i siostrzenice (onieśmielali ich czułością i pięknymi prezentami) dostali pozwolenie, by mówić do Marii ciociu.
Za oszczędności kupili mieszkanie w dużym mieście. Liczyli, że gdy Marek osiągnie wiek emerytalny, zaczną od nowa. Kościół o nich zapomni. Zaszyją się w bloku. Dożyją w spokoju. Ksiądz Marek się cieszył. Nie musiał jak koledzy bać się samotności.
Gdy Maria umarła (nowotwór trzustki zabił ją w trzy miesiące), chciał odprawić mszę żałobną. Tłumaczył to sobie miłością. Otoczenie tłumaczyło to alzheimerem. Na taką obrazę boską nie mogło być zgody. Zmusili go do milczenia.
Bratanek księdza Marka: - To bardzo ciekawa historia. Bo zdaje się, że on właśnie przestał wierzyć w Boga. Chce to wszystko opowiedzieć. Tylko poczuje się lepiej. Musisz czekać na telefon.
Czekałem.
* * *
Przy okazji jeździłem po Polsce. Spotkałem się z innymi duchownymi. Byli dewoci, libertyni. Zajmujący stanowiska i prości wiejscy księża. Młodzi wikariusze i proboszczowie, którzy liczą dni, zanim ich biskup nie odwoła z ostatniej parafii. Widywałem księży diecezjalnych i zakonników. Konserwatystów i tych, co zrzucili sutannę. Spotykałem się z ich kobietami. A także z ofiarami - dorosłymi - skrzywdzonymi jako dzieci przez księży. Zamieściłem tylko nieliczne takie relacje - w książce mieli mówić duchowni. Szukałem perspektywy od wewnątrz.
Była dla mnie ciekawa w czasach, gdy ksiądz coraz rzadziej kojarzy się z Bogiem, a coraz częściej ze złem: pedofilią, rozwiązłością, chciwością, zakłamaniem.
Czasami miałem wrażenie, że nie spotykam się z pasterzami i przewodnikami. Widzę wojowników zamkniętych w wieży obronnej. Bojących się, że każdy, kto na zewnątrz, chce ich zranić.
Rozmawialiśmy o codzienności, tęsknotach, pieniądzach. Opowiadali o miłościach i niewybaczalnych grzechach. Chcieliśmy sprawić, by chociaż na chwilę ściany plebanii stały się przezroczyste.
Niektórzy ofiarowali mi swoje listy. Te, które dostawali od wiernych, i te, które otrzymywali od innych duchownych. Jeden z księży - staruszek, emeryt - podarował mi pamiętnik swojego nieżyjącego od lat przyjaciela. To wstrząsająca relacja pisana przez młodego człowieka, któremu "wmówiono" powołanie, najpierw do zakonu, potem do seminarium. Cytuję kilka fragmentów - bez nazwiska - jako przejmującą przestrogę.
W ramach reporterskiego eksperymentu - sam też założyłem sutannę. Oczywiście nie mógłbym na tej podstawie napisać tekstu "Byłem księdzem". Ksiądz to eucharystia, spowiedź, rozgrzeszenie, kazania, namaszczenia, kierownictwo duchowe. Ja mogłem tylko przez kilka chwil obejrzeć świat z perspektywy duchownego. Czasem odpowiadałem na uśmiechy wiernych i powitania "Szczęść Boże". Częściej twarze były wykrzywione, ostentacyjnie mówiono do mnie "proszę pana" albo odwracano wzrok. W sutannie bardzo łatwo poczuć samotność.
Wiadomo, że ksiądz musi czytać brewiarz. Moim była obłożona w czarne okładki zapomniana książka Georges'a Bernanos Pamiętnik wiejskiego proboszcza: "Macie bzika na punkcie zniszczenia diabła, a drugi wasz bzik, to żeby was kochali - dla was samych, rozumie się. Prawdziwy kapłan nigdy nie jest kochany, zapamiętaj to sobie. Kościół kpi sobie z tego, czy jesteście kochani. Muszą was najpierw szanować, słuchać. Kościół potrzebuje porządku. Róbcie porządek przez cały dzień. Róbcie porządek, myśląc o tym, że nieporządek przemoże go zaraz nazajutrz; gdyż taka jest właśnie kolej rzeczy, niestety, że noc obraca wniwecz waszą dzienną pracę - bo noc należy do diabła".
"Pamiętnik" pisany był na początku XX wieku, ale często miałem wrażenie, że jest współczesną fotografią Kościoła.
Imiona bohaterów mojej książki, okoliczności rozmowy i szczegóły mogące ich zidentyfikować pozmieniałem.