Fotografia
Na zdjęciu sprzed piętnastu lat stoi czterech młodych facetów. Ich oczy, lśniące na tle umorusanych węglowym pyłem twarzy, patrzą prosto w obiektyw. Na głowach kaski z czołówkami, kopalnianymi latarkami. Stoją w sztolni pod ziemią. Zdjęcie pochodzi z Ukrainy, z miasta Roweńky w obwodzie ługańskim.
Żaden z chłopaków nie ma na sobie stroju roboczego. Ten najwyższy z prawej, wyglądający na najstarszego, ubrał się w spodnie od dresu i turecki sweter, spod którego wystaje niebieski podkoszulek. Drugi od lewej, z najbardziej bezczelnym spojrzeniem, na szary dres założył kamizelkę. Najmłodszy, o wciąż chłopięcej twarzy, ma najdziwniejszy strój - dżinsy i bluzę dresową, na którą włożył marynarkę. Czwartym jest nasz rozmówca Maksym Butczenko, rocznik 1977. Dresowe spodnie, szary T-shirt i beżowa kurtka. Fotografia pochodzi z jego prywatnego archiwum.
Dlaczego kopalnia nie wydała im ubrań roboczych, które powinny być przecież standardem?
- Wtedy to była rzadkość. Jak już dostaliśmy, szybko się darły. Dlatego ludzie chodzili do pracy w czym popadło - opowiadał Butczenko w jednej z naszych rozmów, którą opublikowaliśmy na łamach "Dziennika Gazety Prawnej".
Maksym w kopalni antracytu w Roweńkach przepracował dwanaście lat. Zerwał z górnictwem dwa lata przed wybuchem wojny. Dla nas był jednym z najważniejszych przewodników po Donbasie i tamtejszym górnictwie.
- Od razu po technikum poszedłem do roboty. Dla wielu kolegów kopalnia była pierwszym miejscem pracy. Dla niektórych ostatnim. Okoliczne ośrodki to miasta-kopalnie. W Roweńkach było siedem, może osiem kopalń, w których pracowało 80 procent dorosłej populacji. Nie miałem alternatywy - opisywał. Przez ponad dekadę przeszedł kilka szczebli kariery. - Zaczynałem od stanowiska zwykłego robotnika. Przenośnik taśmowy transportuje węgiel, który się stale z niego zsypuje. Moim zadaniem było stać całą sześciogodzinną zmianę i wrzucać surowiec ze spągu, kopalnianej podłogi, z powrotem na taśmę. Potem zostałem brygadzistą, który zarządza dziesięcioma ludźmi, następnie pomocnikiem sztygara, czyli kierownika do spraw technicznych, a na końcu pracowałem z dokumentacją - wspominał.
Wyposażenie górnika z kopalni antracytu nie różni się niczym od sprzętu jego kolegi z innej podziemnej kopalni węgla kamiennego, także w Polsce.
- Pobieramy w lampowni czołówki, później aparaty ucieczkowe pozwalające przetrwać na dole, gdyby powietrze stało się niezdatne do oddychania - opowiadał Maksym.
Górnicy dostają żetony z numerkiem, u nas zwane markami, które po wyjeździe oddają. To prosty mechanizm pozwalający sprawdzić, czy ten, kto zjechał pod ziemię, wrócił po szychcie na powierzchnię. W większości polskich kopalń, ale także w części ukraińskich, metalowe okrągłe znaczki zostały zastąpione elektronicznymi kartami, które odbija się w specjalnym czytniku przed zjazdem i po wyjeździe.
- Nadzór górniczy jest też wyposażony w metanomierze, ale akurat w naszych kopalniach antracytowych zagrożenie metanem nie istniało - mówił Maksym.
Niepotrzebne były więc aż tak skomplikowane i kosztowne systemy wentylacji jak w kopalniach z zagrożeniami gazowymi. Maksym dodawał, że dzięki nieobecności metanu antracytowi górnicy swobodnie palili na dole tytoń. Zakaz zakazem, ale szachtior gołyj, szachtior bosyj, tolko kurit papirosy [górnik goły, górnik bosy, tylko pali papierosy]. W Pawłohradzie górnicy opowiadali nam, że zamiast papierosów niektórzy żują sprowadzany z Azji Środkowej naswaj. To mieszanka ziół z tytoniem lub machorką oraz kurzym łajnem i wapnem gaszonym o paskudnym smaku, który zabija się, spryskując towar aptecznymi kroplami miętowymi.
Zurab, który od lat dziewięćdziesiątych pracował jako specjalista od bhp w jednej z większych donieckich kopalń, uzupełniał, że górnicy dzielą zakłady wydobywcze na dwie kategorie.
- Kopalnie "można palić" i kopalnie "nie można palić". Wcześniej byli nawet ludzie nazywani w żargonie tabakotrusami, tytoniowytrzęsaczami, którzy na wejściu, na początku zmiany, sprawdzali, czy ktoś nie ma papierosów albo zapałek. Potem odpowiadali już za to inżynierowie od bhp - opowiadał.
Historia Zuraba jest klasyczna dla Donbasu (dla Śląska zresztą też): jego ojciec, stryj i dziadek również pracowali pod ziemią. W polskich kopalniach sytuacje opisywane przez Maksyma i Zuraba wydają się nie do pomyślenia - nałogowcy na czas pracy zabierają pod ziemię tabakę do wciągania albo pestki słonecznika do skubania. W kopalniach zdarzają się tabliczki zakazujące rzucania łupinek na spąg.
Górnicy palili jak smoki, ale jeszcze większym problemem był alkohol. Już w XIX wieku zdarzało się, że po wypłacie na dwa-trzy dni wstrzymywano przez to wydobycie.
- Poza mną może z pięć osób nie piło. Zasada była taka, że im ktoś ciężej pracuje, tym więcej pije. Za każdym razem, kiedy ktoś znajduje się na granicy śmierci, tworzy się u niego podświadome napięcie. Potem wyjeżdżasz na powierzchnię, tam świeci słońce, dziewczyny chodzą. Ludzie żyją w takim stanie latami i nie widzą innej możliwości walki ze stresem - wspominał Butczenko. "Drżyj, kopalnio, idzie pijany górnik" - mówił ze śmiechem robotnik w filmie Michaela Glawoggera Śmierć człowieka pracy.
- Zbierają się po fajrancie. Ktoś ma parę litrów samogonu, ktoś zakąski, zaczyna się picie. Po ciężkiej pracy szybciej się upijają. Półprzytomni wracają do domów. Myślę, że 80 procent moich kolegów z kopalni było alkoholikami. Na narodziny syna trzeba było przynieść trzy litry samogonu. Po ślubie, awansie albo przeniesieniu, każdy powód był dobry. Po pewnym czasie człowiek sam wyszukuje preteksty. I wszyscy za nim idą. To taki górniczy kodeks kolektywu - kontynuował Maksym.
Górnicy uznawali, że skoro w pracy dają z siebie wszystko, muszą mieć w zamian jakąś odskocznię. Wspólne picie nosiło nazwę butylok, od słowa "butelka". Motyw przepicia wynagrodzenia pojawia się w starych donieckich przyśpiewkach:
Pensję dziś dostałem ja,
Rubli ze dwadzieścia dwa.
Żonie ruble dwa na życie,
A dwadzieścia na przepicie.
Duszo, wesel się, i ciało,
Pensję całą żeś przechlało.
Powieść Chudożnik wojny [Artysta wojny] opowiada o losach górnika spod Ługańska, który idzie walczyć po stronie separatystów. Książka wiernie oddaje realia regionu. Jest i opis butyloka:
Na powierzchni, po bani [rosyjskiej łaźni parowej - przyp. aut.], brygada stanęła kołem w lesie. Na środku stały trzylitrowy słoik samogonu, niezła zakąska - sało, ogórki, cebula, smażone ziemniaki. Starszy mężczyzna głośno opowiadał o wypadku Kostii. "Dawaj, chłopaku, wypijemy za ciebie. Teraz naprawdę rozumiesz, że życie jest jak szklanka wódki. Pac - i rozbita" - powiedział z uśmiechem, przyciągając do siebie kubek pełen bimbru.
Zapijanej alkoholem pracy ponad siły towarzyszyła żelazna ręka kopalnianych zarządców.
- Żeby kontrolować ludzi, stworzono całą kulturę poniżania. Dyrektorowi kopalni podlega główny inżynier, głównemu inżynierowi jego zastępcy, potem idą kierownicy oddziałów, brygadziści, ich zastępcy i zwykli górnicy. Dzień zaczynał się od tego, że dyrektor wołał do siebie kierowników oddziałów i ich wyzywał. W życiu nie słyszeliście, żeby ktoś tak klął i poniżał drugiego człowieka. Zdarza się, że dyrektorzy ich biją. Kierownik idzie do siebie na oddział i poniża brygadzistę. Brygadzista poniża zastępców, ci z kolei górników. A górnik wraca do domu i to samo robi z rodziną - mówił Maksym Butczenko.
Mykoła Azarow, premier Ukrainy w czasach prezydentury Wiktora Janukowycza, zaczynał karierę w latach siedemdziesiątych jako inżynier w przedsiębiorstwie górniczym Tułaugol w centralnej Rosji. W książce Ukraina na pierieputje [Ukraina na rozdrożu] wspomina swojego pierwszego przełożonego:
Duży, długi pokój zarządcy. Przy stole narad rozsiadają się odpowiedzialni kierownicy. Wśród nich jedna kobieta, kierowniczka któregoś z wydziałów. Zarządca siedzi za swoim stołem, czyta jakieś dokumenty. Kiedy odniósł wrażenie, że wszyscy już się zebrali, groźnie pyta: "Co, znów się ta k... spóźnia?". Kobieta wstaje cała czerwona z oburzenia i odpowiada: "Tu jestem". Jak to się mówi, śmiech na sali. A w zasadzie - łzy.
W sprawozdaniu inspektora guberni jekaterynosławskiej (Jekaterynosław to przedrewolucyjna nazwa miasta Dniepr) z 1900 roku, cytowanym w Ukraińskim Donbasie przez Martę Studenną-Skrukwę, czytamy, że "najgorsi, niekulturalni, chamscy majstrowie są całkowicie bezceremonialni w stosunku do robotników, razem z dyrektorami pomiatają nimi, wyzywają i często biją, a jeśli ktoś z postronnych zareaguje - majstrowie nie maskują nawet swojej samowoli w doborze sposobu ukarania takiej osoby".
Maksym podał przykład:
- Na studiach napisałem artykuł o pracy górnika. Zwykły tekst bez nazwisk i nazwy kopalni. Codzienny byt, ciężka praca i rodzina jako jedyna radość życia. Ten artykuł dotarł do dyrektora. Najpierw zostałem zdegradowany do poziomu zwykłego robotnika. Dyrektor powiedział mi, że jak już mnie wyrzucą, zadzwoni do wszystkich dyrektorów z okolicy i nigdzie nie znajdę pracy. "Zostaniesz bez roboty i będziesz tak umierać". Zwołano zebranie kolektywu. Na nim, jak w latach trzydziestych, występowali po kolei ludzie i krzyczeli: "Jak on mógł?!".
Konflikt Maksyma z szefami udało się rozwiązać, gdy jego wykładowczyni zwróciła się do rzecznika praw obywatelskich i ten zainterweniował.
- Dyrektor machnął ręką i powiedział: "No dobra" - opisywał nasz rozmówca.
O zagrożeniach wspominał mimochodem, ale śmierć wisiała nad nim każdego dnia. On sam zastanawiał się często, jadąc co rano siedemnaście kilometrów do roboty kopalnianym autobusem, czy będzie miał "śmiertelny dzień". Tak nazywało się dni, w których na zakładzie dochodziło do tragicznego wypadku. Na butyloku częsty jest toast "za tych, co nie wrócili z boju". W kopalni jak na wojnie - mówiło się - jak nie zabije, to pokaleczy. "Nie boimy się czasami, tylko ciągle" - mówi jeden z bohaterów filmu Śmierć człowieka pracy, opowiadającego między innymi o pracownikach nielegalnych kopalń z Zagłębia Donieckiego.
Barbara Włodarczyk z TVP, autorka znakomitego cyklu reportaży Szerokie tory, przyznawała, jadąc na dół, że się boi - w latach dziewięćdziesiątych na Donbasie wydarzał się średnio jeden śmiertelny wypadek dziennie. Tamtejsze kopalnie do dziś należą do najniebezpieczniejszych na świecie. W Dobropolu w obwodzie donieckim, które odwiedziła Włodarczyk, zbudowano nawet cerkiew na cześć górników, którzy zginęli pod ziemią. Jest w niej lista nazwisk osób, które poniosły śmierć na szychcie.
- W ukraińskich kopalniach ginęło w gorszych latach po dwieście pięćdziesiąt-trzysta osób. Mniejszych wypadków i kontuzji w ogóle nie zgłaszano, by nie psuć statystyk - opowiadał Butczenko.
A nadzór górniczy?
- Sam przez chwilę byłem kontrolerem. Nieprawidłowości w kopalni było tak wiele, że nie dało się wszystkich zliczyć. Dlatego tak naprawdę kontrole sprowadzały się do polowania na pijaków i palaczy - tłumaczył Maksym.
Mówił też o innych zaniedbaniach. Podczas robót strzałowych zdarzało się, że strzałowy, czyli górnik rozdrabniający skałę za pomocą materiałów wybuchowych, spadał plecami na trakcję kolejki, która nie była odłączona. Prąd zabijał go na miejscu. Zdarzały się mniej groźne, choć irytujące, wypadki. W kopalni wysiadał prąd i górnicy musieli wychodzić na powierzchnię bez windy, o własnych siłach, a pracowali niekiedy nawet kilometr pod ziemią. Wyjście pionowym szybem po zamontowanej tam na wypadek awarii drabinie jest karkołomne. Dość powiedzieć, że wprawni wspinacze na wspięcie się na pochyłą stuosiemdziesięciometrową chłodnię kominową nowej elektrowni w Jaworznie potrzebują nawet dwóch i pół godziny.
Kopalnie antracytu i tak były relatywnie bezpieczne, bo najczęściej nie było w nich wybuchowego metanu. W innych zakładach normą było zakrywanie czapkami czujników metanowych, by nie wstrzymywać wydobycia. A gdy stężenie bezwonnego metanu przekracza 2 procent, praca powinna być zatrzymana, bo rośnie zagrożenie eksplozją. Atmosfera wybuchowa zaczyna się od 5 procent, ale żeby zdążyć zareagować na wzrost zagrożenia, prace wstrzymuje się przy niższych stężeniach. Powyżej 15 procent metan nie wybucha, lecz się zapala. Od 5 do 15 procent to tak zwany trójkąt wybuchowości. Zurab z Doniecka wspominał:
- Kiedy byłem młodym inżynierem, sztygar dał mi zadanie: "Pojedziesz na konkretną ścianę, tam się zatrzymało wydobycie, ludzie boją się pracować, bo jest bardzo wysoki gaz. Uspokoisz ich". Bałem się odmówić. Zjechałem na ten poziom, tam stała brygada pięciu-sześciu osób. Zatrzymały się i czekają. Zmierzyłem poziom gazu. Na metanomierzu jest skala: zielony, żółty, czerwony, biały. Biały oznacza przekroczenie wszelkich norm. Aparat świecił na biało. Jako inżynier górniczy byłem zobowiązany wstrzymać wszystkie prace. Ale miałem inne zadanie, bo potrzebne było wydobycie. Mówię: "Chłopaki, wszystko w porządku, zaraz się przewietrzy". Któryś zapytał, czy jeśli coś się stanie, będę karmił ich rodziny. Te słowa do dziś, po tylu latach, brzmią mi w uszach. Kazałem im jechać, czyli odpalać kombajn, i wracać do wydobycia. Ja miałem czekać na ślusarza, żeby podłubał przy czujnikach, które automatycznie odcinają prąd przy wysokim stężeniu metanu. Rzuca się mokre szmaty na czujniki, żeby nie łapały gazu. Chwała Bogu, że nic się wtedy nie wydarzyło. Bo dowolna iskra, nawet uderzenie metalu o metal, mogła wywołać wybuch. A iskry przy pracy kombajnu lecą przecież cały czas - tłumaczył.
Takie zaniedbania to gotowy scenariusz tragedii. 25 kwietnia 2019 roku w małej kopalni Schidkarbon w Jurjiwce, na terenie kontrolowanym przez Ługańską Republikę Ludową, doszło do wybuchu gazu, który zabił niemal całą zmianę - siedemnastu górników. Trzej, którzy byli najdalej od epicentrum, wyszli z zakładu o własnych siłach. Eksplozja była tak silna, że wyrzuciła z wyrobiska na powierzchnię wagon służący do transportu urobku. Wyleciał upadową - pochylnią do transportu surowca i ludzi - niczym wystrzelony z pistoletu.
W zakładzie nie przeprowadzano odpowiedniej profilaktyki metanowej. Dla zarządu górnik, który zajmuje się bezpieczeństwem, nie wydobywa węgla, więc nie przynosi zysku. ŁRL nie przyjęła oferowanej jej pomocy od Ukrainy, przyjęła za to ratowników z Rosji. Chociaż przy wybuchach metanu rzadko się zdarza, by udało się przeżyć komuś znajdującemu się w pobliżu epicentrum - temperatura eksplozji to co najmniej 1875 stopni Celsjusza.
- W razie awarii zawsze znajduje się kozła ofiarnego. Zwykle to nie jest kluczowa figura. Główny inżynier, który teoretycznie za wszystko odpowiada, zazwyczaj nie jest karany. Tak samo dyrektor, jego zastępca do spraw wydobycia, naczelnicy do spraw ochrony pracy, wentylacji i bhp. Ludzie, którzy trafiają na szczyt w kopalni, to zwykle doświadczeni, cenni, dobrzy specjaliści. Są potrzebni, więc się ich chroni. Najczęściej odpowiada sztygar albo nadsztygar, tym dawali nawet realne wyroki. Ważniejszych nie pociągało się do odpowiedzialności karnej, tylko najwyżej zwalniało z pracy - przyznawał Zurab.
Na Donbasie mówi się o pracy na "dawaj, dawaj", kiedy górnicy wzajemnie się popędzają i zachęcają do ignorowania ostrzeżeń, byleby wykonać plan. W Wałbrzychu słyszeliśmy z kolei hasło "nieważne życie, a wydobycie".
Na co dzień ukraiński transport kopalniany jest zelektryfikowany. Najpierw zjeżdża się pod ziemię windą, którą śląscy górnicy nazwaliby szolą albo klatką, potem kontynuuje podróż kolaską, czyli elektryczną kolejką, jak najbliżej miejsca pracy. To ostatnie kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt minut względnej swobody, które górnikom zdarza się zabijać snem albo grą w karty. Na Śląsku gra się w skata, uproszczoną i szybką formę brydża. Na Donbasie dominuje oczko.
- Jak jest pochylnia, upadowa pod kątem, to górników czy materiały w wagonikach o ładowności 1,6 tony ciągnie koza - tłumaczył Maksym Butczenko.
Koza to kolejka, która wciąga i opuszcza wagoniki po pochylni za pomocą liny nawijanej na wielki bęben. Z tym zresztą też wiążą się wypadki.
- Silnik po jednej stronie bębna obsługuje jeden człowiek, a drugi pilnuje po drugiej stronie, by lina równo się nawijała. Zdarzało się, że przez chwilę nieuwagi mechanizm go wciągał. Rozszarpywało go na mięso, nie było czego zbierać - opisywał nasz rozmówca.
Koza to nie jedyne słowo z donieckiego żargonu górniczego. Podwieszaną maszynę do transportu ludzi, przypominającą górskie kolejki krzesełkowe albo gondole z Piotrusia Pana, na Ukrainie ochrzczono Babą Jagą. Łopata u nas to hercówa, od niemieckiego słowa Herz, bo kształtem przypomina serce. Ukraińcy nazywają ją czyrwą, czyli kierem - z tego samego powodu. Jest też pierdzący prom.
- Czasem trzeba z kolegami dźwignąć wagonik, który wypadł z torów. On może ważyć sto albo i trzysta kilogramów. Człowiek się wtedy napina, co daje efekty fizjologiczne. Tak powstaje pierdzący prom - roześmiał się Maksym.
Górnictwo to też kopalnia przesądów. W Polsce o dobro kopiących węgiel dba Skarbnik vel Skarbek, strażnik podziemnych bogactw. Ostrzega pracujących pod ziemią przed niebezpieczeństwem. W jednej z anegdot górnik pyta Skarbka, który przyszedł go ostrzec przed zagrożeniem, gdzie był, gdy ten dwadzieścia pięć lat wcześniej stawał na ślubnym kobiercu. W różnych wersjach legendy Skarbka można albo zobaczyć z kagankiem w ręku, albo usłyszeć. Jego obecność zwiastuje pukanie.
Inny z przesądów, dziś uznawany za mocno seksistowski, to ten o babach, które przynoszą na dole pecha - ale tylko w polskich kopalniach, bo na Donbasie o nim nie słyszano. Trochę to dziwne, biorąc pod uwagę, że patronką naszych górników jest święta Barbara. Ale górnicy w tym przekonaniu żyją do dziś, choć Polska w 2008 roku wypowiedziała konwencję o zakazie zatrudniania kobiet pod ziemią. Kobiety związane z górnictwem, cytowane w Babskiej szychcie, napisanej przez współautorkę niniejszej książki i fotografa Tomasza Jodłowskiego, mają różne opinie o pracy na dole. Część z nich, choć kocha tę branżę, przyznaje, że na dole nie chciałaby pracować. Inne - wręcz przeciwnie.
Kult świętej to nie tylko tradycyjna Barbórka 4 grudnia, ale także pochylenie głowy przed figurą obecną przy wejściu do każdej kopalni. Zwykle stoi w cechowni, sercu kopalni, którą Borys Horbatow, urodzony pod Ługańskiem literat i scenarzysta, w powieści Donbas z 1951 roku opisuje jako "lokal, gdzie trzy razy na dobę sztygarzy, ich zastępcy i brygadziści (a ongiś sztygarzy, rządcy i kierownicy artelów [samodzielnych brygad - przyp. aut.] robotniczych) "odprawiają" do pracy najbliższą zmianę: sprawdzają, ilu ludzi przyszło na szychtę, kto zjeżdża na dół, wyznaczają, gdzie ma kto pracować, oraz co, jak i ile trzeba zrobić".
Opis ten jest wspólny dla polskich i ukraińskich kopalń, lecz w tych ostatnich figur świętej Barbary nie spotkamy, choć w Pawłohradzie widzieliśmy ją na obrazie w budynku zarządu spółki wydobywczej. Według literatury przedmiotu święta Barbara nie jest znana na Donbasie jako patronka górników. Ukraińscy górnicy własny dzień święcą w ostatnią niedzielę sierpnia na pamiątkę rekordowej zmiany Aleksieja Stachanowa.
Historycy uznają, że święta jest postacią legendarną, ale tradycja głosi, że jej szczątki spoczywają w kijowskim soborze Świętego Włodzimierza. Prawosławny przekaz podaje, że do ukraińskiej stolicy przywiozła je w posagu w XII wieku córka cesarza bizantyjskiego Aleksego I Komnena, która wyszła za wielkiego księcia kijowskiego Światopełka II Michała.
Według badacza robotniczego folkloru z początku XX wieku Ołeksija Ionowa mity Zagłębia Donieckiego rozwijały się niezależnie od podań górników z Uralu czy Syberii, nie mówiąc o terenach spoza Imperium Rosyjskiego. Mimo to wszystkie są dość podobne. Wołodymyr Łytwynow z Dobropola opowiadał Barbarze Włodarczyk, że wychodząc do pracy, nie odwraca się za siebie ani nie patrzy na dom, by móc do niego wrócić. A pierwszego dnia pod ziemią warto wyłączyć lampę. Jeśli wytrzymasz i się nie przestraszysz kompletnej ciemności, będziesz dobrym górnikiem.
Rolę Skarbnika (Skarbka) odgrywa tu Szubin, futrzak. To gospodarz kopalni. Codziennie zjeżdża z górnikami na dół, by ich chronić. Łatwo go rozgniewać, a wtedy jest gotów czynić najokrutniejsze złośliwości. Ale Szubina można udobruchać, zostawiając jedzenie w miejscu niedawnego wydobycia. Wtedy potrafi uchronić od tąpnięcia albo pomóc w pracy, jeśli ktoś akurat przepił pensję i musiał przyjść do roboty w dzień wolny.
W zależności od rejonu Donbasu Szubin może być starcem dawniej pracującym w kopalni albo duchem górnika, który - skłócony z kierownictwem zakładu - wysadził ją w powietrze. Najczęściej ma siwą brodę, błyszczące oczy, czasem wbity w plecy obuszok, na Śląsku zwany żeloskiem, narzędzie przypominające kilof. Szubin może przybrać postać koguta albo kozła. Zwykle nie zwraca na siebie uwagi. Ale kto go spotka oko w oko, temu grozi śmierć. "Szubin zabrał" - mawia się o poległym w pracy górniku. "Szubin się obraził" - gdy dochodzi do tąpnięcia. U nas o ofierze wypadku mawia się, że święta Barbara zabrała ją na wieczną szychtę.
- Normalnie go nie widać, tylko słychać. To różne dziwne stuknięcia dochodzące nie wiadomo skąd - mówił Butczenko.
Czasem to właśnie jego świst albo krzyk jest ostrzeżeniem przed wypadkiem. Znakiem, że demon jest gdzieś blisko, może być niebieski zając. Z jednej strony strach go spotkać, z drugiej: "[...] kto zobaczy w kopalni niebieskiego zająca, tego wkrótce spotka wielkie szczęście. Ale zając rzadko wychodzi z pokładów węgla i nie każdemu rzuca się w oczy" - pisał Jewhen Konowałow, autor książek o donbaskim folklorze.
O uszastym ssaku w Donbasie opowiadał Borys Horbatow:
Niebieskiego zająca jeszcze nikt nie widział. Starzy górnicy wiedzieli jednak z całą pewnością, że to wolne zwierzątko żyje w porzuconych wyrobiskach. Ale nie każdemu sądzone jest spotkać niebieskiego zająca - tchórz nie dojdzie, a głupi nie dojrzy. Nadejdzie jednak taki dzień, kiedy niebieski zając pokaże się wszystkim ludziom, i odważnym, i lękliwym. Wówczas zapanuje na ziemi prawda i sprawiedliwość, a kopalnia przestanie być katorgą.
Antracyt na Donbasie wydobywa się tak jak inne rodzaje węgla kamiennego. Ściana wydobywcza jest urabiana dwuorganowym kombajnem poruszającym się po przenośniku zgrzebłowym. Każdy koniec maszyny wieńczy okrągła tarcza naszpikowana zębiastymi ostrzami, które skrobią skałę. Mimo wielkich gabarytów kombajn jest dość zwrotny i radzi sobie z nachyleniem pokładów sięgającym czterdziestu stopni. A gdy nachylenie jest większe?
- Nic nie może się zmarnować. Wydobywa się wtedy ręcznie, krok po kroku krusząc węgiel za pomocą kilofa. Jak za czasów Stachanowa, gdy kopalnie nie były tak zmechanizowane - opowiadał Maksym.
Urobek, bo jeszcze nie węgiel, spada na przenośnik taśmowy i dojeżdża do skipu, wielkiego wiadra, w którym wyjeżdża na powierzchnię. Dopiero w zakładzie przeróbki mechanicznej, po sortowaniu z wykorzystaniem zawiesiny wody i rudy żelaza (węgiel wypływa, a kamień tonie) oraz specjalnych sit, węgiel zostaje oddzielony od kamienia i innych resztek skał. To właśnie te resztki trafiają na hałdy, tak charakterystyczne dla krajobrazów Śląska, Donbasu i innych górniczych regionów świata.
Z hałd biedota wybiera pojedyncze okruszki węgla. W czasie wojny hałdy służą za wzgórza o strategicznym znaczeniu, z których można trzymać w szachu okolicę. Dawniej biedniejsi kibice oglądali z jednej z nich mecze Szachtara Donieck, gdy jeszcze grał na starym stadionie.
Poruszanie się kombajnu tam i z powrotem wzdłuż ściany coraz bardziej poszerza korytarz. Sekcje obudowy zmechanizowanej przesuwają się ze ścianą wraz z jej postępem. Strop jest podtrzymywany górną częścią obudowy i drewnianymi belkami. Wysokość korytarza nie zawsze pozwala pracować na stojąco. Czasem dochodzi do czterech metrów, ale zdarza się, i to nierzadko, że są przewężenia na osiemdziesiąt centymetrów. Wtedy trzeba pracować na klęczkach, a to sprzyja kontuzjom.
Pustki powstające w wyniku wydobycia wypełnia się albo metodą na zawał, albo na podsadzkę, żeby nie osuwał się teren ponad wyrobiskami i aby metan nie miał się gdzie gromadzić. Ta pierwsza metoda, zdecydowanie tańsza, polega na kontrolowanym zawaleniu skał tak, by wypełniły niszę. Nie jest ona jednak wskazana dla kopalń fedrujących pod miastami, bo nie niweluje do końca zagrożenia osuwania się terenu. Dlatego pod terenem zabudowanym powinno się używać podsadzki, czyli wypełniać pustkę specjalną mieszanką wody i piasku tłoczoną rurociągiem. O ile zawał kosztuje kilka złotych na tonę węgla, o tyle podsadzanie jest kilkunastokrotnie droższe. To spore pieniądze przy koszcie wydobycia tony węgla kamiennego przekraczającym w 2018 roku w Polsce 300 złotych. Dlatego kopalnie zwykle tak bardzo walczą o zgodę na wydobycie na zawał.
- Pustki należy wypełniać, bo to kwestia bezpieczeństwa zarówno pod ziemią, jak i na powierzchni. Ale w donbaskich kopalniach to teoria. Za dużo zachodu. Zwykle pustki zostawały niewypełnione. W efekcie ciśnienia i nacisku wielokrotnie dochodziło do zawalania się chodników - opowiadał Maksym.
Donbaskie kopalnie zawsze były niedoinwestowane, a sprzęt przestarzały, co sprzyjało awariom. Tak było zwłaszcza na przełomie stuleci, gdy Butczenko mieszkał jeszcze w Roweńkach.
- Inwestycje w kopalnie powinny być na tyle duże, by cały proces pracy przeszedł na cywilizowane normy, jak w Stanach Zjednoczonych. Automatyczne wydobycie węgla, normalna wentylacja. To wszystko kosztuje. Pierwszą rzeczą, którą zrobił Achmetow po przejęciu części kopalń, była optymalizacja zatrudnienia. Czyli zwolnienia, obniżanie pensji i zwiększanie norm wydobycia. Inwestycje długoterminowe były nieopłacalne - tłumaczył nasz rozmówca.
Skrót koncernu DTEK, górniczej odnogi holdingu najbogatszego Ukraińca Rinata Achmetowa, bywał rozwijany w narodzie jako Donećka trudowo-eksperymentalna kołonija, czyli doniecki eksperymentalny obóz pracy. Prywatny właściciel wymagał znacznie większej wydajności niż państwowe kopalnie. Doniecczanin zaczął się interesować wydobyciem jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Dopiero z biegiem lat jego polityka stała się bardziej dalekowzroczna.
- Achmetow nie kupował wtedy kopalń, tylko brał je w dzierżawę na pięćdziesiąt lat. To wystarczający czas, by wydobyć z nich cały węgiel, a potem porzucić. Nie potrzebował inwestycji, bo to nie była jego własność - twierdził Maksym Butczenko.
Sama szychta trwa na Donbasie mniej więcej tyle co w polskiej kopalni - osiem godzin, liczone od zjazdu do powrotu na powierzchnię. U nas - siedem i pół albo sześć godzin, jeśli górnik jest zmuszony do pracy w wysokich temperaturach. A te rosną wraz z głębokością. Niekiedy nie pomagają nawet najbardziej wydajne i drogie systemy klimatyzacji.
Maksym wychodził do pracy o piątej rano i wracał o szesnastej. Dopóki nie zdecydował się rzucić wszystkiego i przenieść się do Kijowa.
- Po kilku latach w kopalni uświadomiłem sobie, że jak tak dalej pójdzie, zostanę tam na zawsze. Zacząłem się uczyć na dziennikarza. A kim jest dziennikarz w tamtym świecie? Człowiekiem, który nie kopie. Długo nie mogłem pozbyć się tego kompleksu. Miałem poczucie, że pisanie to nie praca - opowiadał.
Doniecki etos pracy jest charakterystyczny dla innych przemysłowych rejonów świata. Człowiek stamtąd ceni głównie pracę fizyczną. Praca umysłowa jest czymś niepoważnym, niepełnowartościowym. A niezdolność do pracy pozbawia człowieczeństwa.
"Donieck to węgiel, Donieck to stal, Donieck to ludzie patrzący w dal" - głosił stary slogan jeszcze z czasów ZSRR.
Władysław Tytow, górnik, który w wypadku pod ziemią stracił obie ręce, pisał:
Dla życia nie ma śmierci. Życie jest nieśmiertelne. Człowiek umiera tylko wtedy, gdy przez całe życie nie zrobi niczego dobrego. Umiera najprawdziwszą, najstraszniejszą śmiercią. Człowiek, który nie upiękni ziemi swoją pracą, na zawsze odchodzi w niebyt, bo nie zostanie po nim nic, co by żyło w pamięci potomków.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.