Podbój dzikiego wschodu
Bezkres. Oto co ukazuje się twoim oczom.
Gdy wyruszysz nocnym lotem na wschód, step rozświetlą pierwsze promienie słońca. Po godzinach spędzonych w ciemności oślepi cię blask w owalnym okienku samolotu, zatrzymany na iskierkach lodu.
Jak okiem sięgnąć, wszędzie księżycowa srebrnobłękitna pustynia poprzecinana nierównomiernie białymi pręgami śniegu i lodu. W bezkresny step samolot wydaje się zanurzać powoli, jakby chciał dać wszystkim pasażerom czas na zadziwienie. Że też na naszej planecie mieści się jeszcze tyle pustki!
Wreszcie gdzieś w dali rysuje się na ziemi o ton ciemniejszy prostokąt. Znika. Po kilku minutach lotu - kolejny. I jeszcze jeden. I jeszcze. Im bliżej Astany, tym wyraźniej srebrny step zmienia się w nieregularną szachownicę. Te odciśnięte gigantyczne pola to echa dzieła Chruszczowa, jego kampanii zagospodarowania nieużytków. Czyn zapisał się na tkance gleby absurdalnie regularnymi figurami. Ingerencja człowieka przybrała formę geometryzacji: zadziwiające kąty proste, śmiałe jak spod linijki kreski dróg, a bliżej miasta nawet wielkie koła odciśnięte na przenicowanej, zmęczonej powierzchni.
Wreszcie samolot się zniża i ziemia ze srebrnoniebieskiej zamienia się w piaskowoburą. Miasto wyrasta wprost z pustkowia, nagle, bez przedmieść. Ostatnie wielopiętrowe bloki patrzą prosto w step.
Astana.
*
Za pierwszym razem nie znam tu nikogo, ale gościć mnie będzie Guldana, koleżanka Madiny. O Guldanie wiem dokładnie tyle: jest koleżanką Madiny. O Madinie, że jest koleżanką Guldany, ale też córką Anny Kudijarowej z Ałmatów, pierwszej w Kazachstanie terapeutki psychoanalitycznej. O Annie - że jako jedyna z dziesiątek osób, którym kompulsywnie wysyłam wiadomości, odpisuje na mejla kompletnie sobie nieznanej rieportierki iz Polszy. A poproszona o wywiad z miejsca oferuje jej nocleg.
Po krótkiej wymianie, którą mogę sobie tylko wyobrazić (Anna, Ałmaty - Madina, Astana, ale wyjeżdża do Tajlandii - Guldana, jej reakcja, skąd ta rieportierka? Choroszo!), otrzymuję wiadomość od tej ostatniej.
Pyta, o której ląduję. Bo oto ona, Guldana, zamawia właśnie taksówkę. I czeka.
Z Polski w ciemną noc wylatuję więc wyposażona w nadzieję, że zagadkowa Guldana istnieje, choć nie mam nawet jej adresu.
Kilka godzin później taksówkarz zatrzymuje się pod masywnym blokiem, tuż obok czerwonego auta z kokardą na dachu; to prezent do wylosowania przez szczęśliwca, który kupi mieszkanie na stawianym obok osiedlu. Cała Astana to dzisiaj jeden wielki plac budowy.
Guldana materializuje się na dziewiątym piętrze, otwierając drzwi do trzypokojowego mieszkania. Długowłosa, skośnooka, drobniuteńka, w różowym szlafroku opinającym brzuch w piątym miesiącu ciąży.
- Ciągle śpię - wyjaśnia olśniewającym amerykańskim angielskim, ziewając rozdzierająco. - Odsypiam, bo trzy dni temu skończyłam pisać doktorat. O wpływie historii na politykę Kazachstanu. Ciekawi cię to?
Guldana prowadzi mnie prosto do kuchni.
- Chodź, usmażę ci jajko. W Kazachstanie jest tak, że przez trzy dni nie wolno ci nic robić w domu. Jesteś gościem. Ale potem już możesz czuć się jak domowniczka i to ty będziesz smażyć jajka. A tak w ogóle, czym się zajmujesz?
Gościnność to nakaz niepisanego prawa stepu. Dla tego, kto szukał jej w czasach jurt, mogła oznaczać ocalenie życia. Dziś ty ocalisz kogoś, jutro ktoś ciebie. Osoby, które przyjmowały obcych pod swój dach, mogły dzięki gościnności zdobyć informacje. Gość na stepie to zawsze posłaniec. Przynosi nowiny. Coś wie. Może więc zawsze liczyć na poczęstunek i schronienie.
Dziś nowiny każdy ma w telefonie w dowolnych ilościach, a świat jurt i kulturę stepu zniszczyła Rosja. Ale prawo gościnności przetrwało. Ba, to na nim Kazachstan buduje swoją nową tożsamość.
To dlatego Nauryz, powitanie wiosny, największe święto Kazachstanu (które dopiero co się skończyło), obchodzi się od paru lat jako święto gościnności - i wdzięczności.
- Dzień wdzięczności obchodziło się już dawniej - prostuje Guldana. - Ale jeśli ktoś nie ma wśród przodków rdzennych Kazachów, o tym nie wie. Bo kiedyś ten zwyczaj wyglądał zupełnie inaczej. Świętowało się przetrwanie najtrudniejszej pory roku, zimy. Ludzie wychodzili na ulice, pozdrawiali się, ściskali, weselili.
Guldana wie, bo wychowała się w wiosce Irgiz, w południowo-zachodniej części kraju. Całe dzieciństwo spędziła na stepie. Nie było żłobka. Nie było przedszkola. Od rana do wieczora wszystkie dzieciaki z wioski chmarą bawiły się na powietrzu. Czasem przemoknięte. Czasem przemarznięte. Często głodne.
- Ale żadne z nas nie chciało za skarby świata iść do domu! - mówi Guldana. - Tam mama od razu kazałaby się przebrać, ogrzać, jeść i już nie wychodzić. A my ponad wszystko chcieliśmy się razem bawić. Nie tracić ani minuty!
Biegali więc, zimą z polikami czerwonymi od mrozu, latem szukając wytchnienia w upale nad rzeką Irgiz. Koleżanka nauczyła Guldanę pływać - popchnęła ją w głęboki nurt. Dziewczynka mogła się utopić, ale poczuła, że unosi się na wodzie. I już. Dzieci miały pełną wolność.
Bieda? Wtedy nie było biedy. Gdy wszyscy mają tyle samo, mówi Guldana, to nie bieda.
Już wiele lat później, na studiach w Kalifornii, amerykańskie koleżanki Guldany wspominały zapach markerów z dzieciństwa. Zdziwiła się. Zapach czego? Nad rzeką Irgiz było tak, jakby markerów jeszcze nie wynaleziono.
- Nigdy nie miałam markerów. Żadne z nas nie miało żadnych zabawek. Ale też nie były nam potrzebne.
Do najbliższego miasta Guldana miała dwanaście godzin. Jak słabo szło, to i piętnaście. Teraz wybudowali dobrą drogę. Da się dojechać w pięć godzin. Jak szybko!
W wiosce Guldany mieszkali zesłańcy, ale w czasach Chruszczowa gdzieś wyjechali. Zostali sami Kazachowie. To rzadkość, bo Kazachowie w tym czasie stanowili we własnym kraju mniejszość. Ale w Irgizie było inaczej. Ci, co tam zostali, znali się nie tylko z imienia, ale też z rodzinnych historii.
To i źle, i dobrze.
Źle, bo historia ojca Guldany to przekleństwo. Był synem baja, a baj to dawniej rola społeczna i zaszczyt. Jeśli komuś się wiodło, był mądry, szanowany - zostawał bajem. Wówczas miał już troszczyć się o całą wioskę, odpowiadać za klan. "To osobisty wstyd dla baja, jeżeli ktoś z jego wspólnoty cierpi głód", mawiali Kazachowie.
Ale władza sowiecka uczyniła z bajów wrogów narodu. Guldana uczyła się w szkole, że to kazachscy krwiopijcy. Wychowała się na kazachsko-sowieckich bajkach, w których baj występował jako chciwy grubas o wrednym usposobieniu. Nieodmiennie czarny charakter.
W 1937 roku dziadek Guldany, baj, który cudem (jakim?) przetrwał początek lat trzydziestych, zniknął. Najpierw ukrywał się przez kilka miesięcy. Potem go zabrali - nie wiadomo gdzie.
Nigdy nie wrócił.
Jego żona, żona wroga narodu, dostała pracę w kołchozie. Tak łaskawa okazała się partia! Musiała jednak, jako żona wroga, wykonywać najcięższe, najbardziej pogardzane prace. Potem szła pieszo do swoich dzieci przez wiele kilometrów, zanieść im jedzenie. W czasie którejś z zim, którejś takiej wędrówki zamarzła na drodze na śmierć.
Ojciec Guldany trafił wtedy do domu stryja. Wychowywał się z piętnem syna wroga narodu. Gdy się zaręczył, narzeczona zaczęła dostawać anonimowe listy. "Uważaj, co robisz - pisano. - Wychodzisz za syna wroga narodu. Strzeż się!"
Narzeczona - to była matka Guldany.
Ogromną musiała mieć odwagę, że zlekceważyła te listy.
Bo historia jej rodziny w czasach sowieckich to przeciwieństwo dziejów ojca Guldany. To chwalebna opowieść o awansie społecznym.
Dziadkowie ze strony matki, jako dzieci niepiśmiennych rodziców, poszły do szkoły. Wyedukowały się, zaznały postępu. Dziadek był pierwszym z rodu, który zdobył wyższe wykształcenie, ukończył weterynarię. Trafił nawet na kursy w Moskwie. Z Irgizu! Do Moskwy!
Wrócił do rodzinnej wioski i został uznanym weterynarzem. Potem głównym weterynarzem w kołchozie. A potem przyszła zima z wyjątkowo silnymi mrozami (czy to wtedy, gdy zamarzła druga babka Guldany?) - i w kołchozie pomarło bydło. Dziadkowi Guldany za karę odebrano legitymację partyjną.
Co to oznaczało dla człowieka, który wszystko zawdzięczał partii?
Dziadek zamykał się w domu. Do nikogo się nie odzywał. Stał się cieniem człowieka.
Ale władza mimo wszystko potrafi dać człowiekowi drugą szansę. Po dwóch latach przyszedł urodzaj. Bydła namnożyło się więcej - i dobra partia, niczym matka, przygarnęła dziadka z powrotem.
Oddała mu legitymację. Tydzień świętował.
- Nie rozumiałam tego jako dziecko - mówi Guldana. - Babcia wspominała to świętowanie wiele razy. Teraz potrafię pojąć już trochę więcej. Partia była dla tej części rodziny zbawieniem. Bogiem.
W domu dziadka weterynarza najważniejszym miejscem był salon z biblioteką. Cała ściana radzieckich książek. Wielka Encyklopedia Sowiecka, słowniki, dzieła Lenina, wszyscy rosyjscy klasycy.
Guldana pamięta te książki. Sama je chłonęła. Zaczytane, poniszczone, wysłużone.
W domu po dziadkach ze strony ojca jest taka sama biblioteka.
Na półkach równymi rzędami stoją te same tytuły.
Niektóre nie mają nawet porozcinanych stron.
Dziewicze. Nietknięte.
*
Podwójne oblicze Kazachstanu to nie paradoks. Dwoistość jest istotą kolonizacji przeprowadzonej a la russe. Kolonizacji, która udaje, że nie jest kolonizacją.
To, że odruchowo nie myślimy o Rosji jak o mocarstwie kolonialnym, jest być może jednym z jej największych sukcesów. Wliczamy w ich poczet Wielką Brytanię, Hiszpanię, Portugalię, Niemcy, Belgię, Francję - ale raczej nie Rosję.
Rosja chce być moralnie czysta.
Tymczasem jej eksploracja wschodu rozpoczęła się dokładnie wtedy, kiedy dokonywano wielkich odkryć geograficznych. Podboje terytorialne tak samo eksplodowały w XVII wieku. I tak samo, w XIX wieku, uzyskały swą najpełniejszą formę.
Tuż przed tym, jak Kolumb odnajduje Amerykę, Vasco da Gama drogę morską do Indii, a Magellan szlak dookoła świata, Atanazy Nikitin, rosyjski kupiec z Tweru, zapuszcza się na nieznane południe2. Odkrywa dla Rosji Kaukaz, wyprawia się do Persji i Indii, dociera nawet do Etiopii. Inne rosyjskie wyprawy ruszają zaraz potem w głąb Syberii. Eksplorują dorzecza Obu, Jeniseju i Leny. W XVI wieku, gdy Hiszpanie zajmują coraz większy obszar Ameryk, a Portugalczycy osadzają się w dzisiejszej Brazylii, gdy Brytyjczycy zaczynają podbijać to, co stanie się Stanami Zjednoczonymi, a Francuzi to, co będzie kiedyś Kanadą, Rosjanie tak samo są w natarciu. Zdobywają Chanat Kazański (1552), Astrachański (1556), Syberyjski (1598)3. Przez całe następne stulecie posuwają się konsekwentnie na wschód. Aż dochodzą, w 1649 roku, do Kamczatki.
Ktoś powie, że kolonizacja w tamtych czasach wiązała się z zamorskimi podbojami, z przygodami na morzach i oceanach, a w tych Rosja nie brała wszak udziału. Owszem - ale przedzieranie się przez puszcze, tajgi i tundry nosiło to samo znamię awanturniczo-szaleńczo-agresywnego rzucania się na główkę w nieznane. Ba!, może nawet to wyprawy lądowe były trudniejsze. Jeszcze w XIX wieku (przed budową Kolei Transsyberyjskiej) wysłanie aprowizacji z europejskiej części Rosji na Alaskę drogą lądową przez Syberię kosztowało cztery razy więcej niż drogą morską dookoła świata. W tym sensie bliżej było z Londynu do Bombaju niż z Petersburga do Pietropawłowska Kamczackiego4. A jednak imperium trwało.
Chanaty Azji Centralnej opierały się kolonizacji najdłużej. Piotr I już w 1722 roku stwierdził, że "choć Kazachowie to koczownicy i nie można na nich polegać, są kluczem i bramą do całej Azji"5. Do końca XVIII wieku Rosja zajęła terytoria na południe od rzek Ural i Irtysz. Założyła też miasta, w tym Omsk i Semipałatyńsk, aby przygotować grunt pod podbój Chanatu Kazachskiego. Ten przeżywał czas rozdrobnienia politycznego - podzielony na trzy ordy (żuzy), nękany najazdami Dżungarów ze wschodu, skonfliktowany z chanatami na południu, był słaby i niezdolny do zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Rosja wystąpiła więc jako stateczny obrońca i gwarant pokoju. Zadziałało; chan pierwszego z żuzów zwrócił się do niej z prośbą o ochronę przed wrogami. W zamian zobowiązał się do lojalności i zapłaty daniny (jasaku) w wysokości czterech tysięcy skór lisów rocznie. Wprawdzie starszyzna ordy sprzeciwiła się temu i potępiła chana - ale umowa została zawarta. Wkrótce do pierwszego żuzu dołączyły kolejne. Utrzymując fikcję ich niepodległości, Rosja objęła je protektoratem.
Ostatnim aktem dramatu okazał się największy zryw wolnościowy Kazachów, powstanie Kenesary Kasimowa, w latach 1837-1847. Kasimow próbował zjednoczyć ordy i zawalczyć o ich niezależność, za chana uznali go przedstawiciele wszystkich trzech żuzów. Usiłował też zawrzeć sojusz z Kirgizami. Bezskutecznie. Kirgizi zwrócili się przeciwko niemu i musiał wojować na dwa fronty. Pokonany w bitwie, dostał się do niewoli. Po trzech miesiącach chan kirgiski odrąbał mu głowę i na znak poddaństwa odesłał ją gubernatorowi Syberii. Kazachstan usiłuje tę głowę odzyskać po dziś dzień.
A Rosja? Wkrótce podporządkowała sobie także południowe chanaty, tworząc generałgubernatorstwo turkiestańskie. Tym samym w XIX wieku oparła się na południu o zależny od Wielkiej Brytanii Afganistan i Persję, a na wschodzie o Chiny. Wielka gra, rywalizacja imperiów kolonialnych o Azję Centralną6, zatrzymała się na tak zarysowanych granicach - i je zasklepiła. Był to czas, gdy niemal każdy skrawek świata został już rozdrapany przez imperia. System się domknął.
Skoro tak podobnie przebiegała kolonizacja w wydaniu mocarstw zachodnich i Rosji7, co je różniło? Co po dziś dzień sprawia, że wymawiając słowo "kolonialiści", odruchowo myślimy o państwach Europy Zachodniej, a o Rosji już raczej nie?
Różnic jest kilka. Pierwsza: Rosja do dziś nie przyznaje się do kolonialnego dziedzictwa. Gdy powstaje ta książka, w listopadzie 2023 roku, na szczycie Wschodniego Forum Ekonomicznego we Władywostoku Władimir Putin piętnuje bestialstwo, z jakim kraje zachodnie eksploatowały Afrykę8. Zapytuje przy tym w uniesieniu: "Co jest według mnie najważniejsze?". I sam zaraz sobie odpowiada: "Fakt, że nigdy i nigdzie nie byliśmy kolonialistami. Nasza współpraca zawsze była budowana na równych zasadach, czyli na chęci pomocy i wsparcia". Taka jest oficjalna wykładnia9.
Wiąże się z nią różnica numer dwa: Rosja znakomitą większość kolonii trzyma przy sobie do dziś. Mimo zmiany ustroju imperium zachowuje w tej sprawie niewzruszoną ciągłość. Pierwsze wydanie Wielkiej Encyklopedii Sowieckiej, z 1938 roku, tej, która stoi u dziadków Guldany, w haśle "kolonie i polityka kolonialna" jest bardzo krytyczne wobec polityki imperialnej carów. Jednak już drugie wydanie tej samej encyklopedii, z 1953 roku, pod hasłem "kolonie" wymienia tylko europejskie i azjatyckie imperia10. Rosji carskiej wśród nich już nie ma.
Owo ciche przejście - od odrzucenia polityki imperializmu carów do jej dyskretnego podjęcia - dokonało się tak konsekwentnie, że dziś niemal zatarły się szwy11. W ich zacieraniu pomaga tworzenie zawiłości pojęciowych. No bo czymże jest kolonializm?, zastanawiali się eksperci sowieccy. I odpowiadali: to sytuacja nierówności, eksploatacji, podporządkowania. A w Rosji Radzieckiej mamy wszak koegzystencję na równych zasadach. Można tu zatem, proponowali, zastosować koncepcję starszego brata. Brata otoczonego przez młodsze, biedniejsze rodzeństwo. Brata, który przewodzi w drodze do socjalizmu.
A zatem to nie kolonializm, ale coś zupełnie innego.
Oczywiście, można zapytać, czy rodzeństwo godziło się na takie przewodnictwo.
Odpowiedź słyszę kilka miesięcy później, w karagandzkiej kawiarni, do której Jekatierina Kuzniecowa (jeszcze ją poznamy!) zaprosiła mnie oraz swoje koleżanki.
- Sami chcieliśmy, aby Rosja wzięła nas w opiekę - wyjaśnia z godnością Walentyna, jedna z nich. Kobieta, która nie zdejmuje z głowy futrzanej czapki, bo boi się, że będzie mieć niedoskonałą fryzurę. W efekcie wygląda tak, jakby na jej głowie cały czas siedział upolowany lis. Mówiąc "my", Walentyna ewidentnie ma na myśli Kazachów, choć jej fizys jest iście słowiańska. - W czasie wojen z Dżungarami nasz chan sam prosił, by Rosja nas przyłączyła i zadbała o nasze granice - przypomina, nie wdając się w niuanse.
Cóż to za niezawodna narracja, od wieków. Sprawdza się idealnie także w najnowszej wojnie wywołanej przez Rosję. Ale co bardziej przytomni Kazachowie drżą, że Putina, tak jak carycę w XVIII wieku, mogą poprosić o wzięcie w opiekę Rosjanie mieszkający na północy ich kraju, w okolicach Pietropawłowska.
Co więcej, nie byłoby w tym nic dziwnego. Dochodzimy tu bowiem do trzeciej różnicy między mocarstwami zachodnimi a Rosją. Zobaczymy, że ta ostatnia jest państwem, które kolonizuje samo siebie.
*
Pisze o tym Alexander Etkind, historyk i kulturoznawca, w oszałamiającej książce Internal Colonization. Russia's Imperial Experience [Kolonizacja wewnętrzna. Imperialne doświadczenie Rosji]12. Rosja jest jednocześnie podmiotem i przedmiotem kolonializmu, przekonuje profesor. Jest krajem, który tworzy się poprzez kolonizację i który kolonizacja konstytuuje.
Teza Etkinda otwiera oczy. Gdy Wielka Brytania kolonizowała Indie, i jedno, i drugie istniało wcześniej. Nikt nie kwestionował istnienia starej indyjskiej kultury, znalezienie drogi morskiej do Indii było obsesją nowożytnego świata. Tymczasem o obszarach na wschód od Uralu wybitni myśliciele pisali tak: "Rosja była pustym, dziewiczym krajem, czekającym, aby go zaludnić, czekającym na swój początek historii. Dlatego starożytna historia Rosji to historia kraju, który skolonizował sam siebie"13 (to akurat Siergiej Sołowiow).
Bierze się stąd paradoksalna dwoistość. W XIX wieku Rosja była imperium kolonialnym, jak Wielka Brytania, i jednocześnie terytorium skolonizowanym, jak Kongo czy Indie Zachodnie. Krajem dokonującym podbojów, wyprawiającym się w egzotyczne podróże i na etnograficzne badania, a zarazem dziką krainą, którą trzeba było ucywilizować i zasiedlić.
Wcielone do Rosji obszary nie stają się "departamentami zamorskimi", odrębnymi i dalekimi enklawami. Nie. One zyskują rangę rdzenia, niezbywalnej części macierzy (to zresztą, jak zauważa Etkind, tłumaczy neurotyczne rosyjskie poczucie zagrożenia, potrzebę pilnowania całej Azji, aż do Władywostoku, i głęboką traumę po rozpadzie ZSRR). Imperium nie zawaha się ani przed zbudowaniem nowej stolicy na podbitym terenie jeszcze przed podpisaniem traktatu o granicach (Petersburg), ani przed konsekwentnym negowaniem odrębnej tożsamości zajmowanych ziem (Ukraina, kraje Kaukazu, a nawet Polska).
W tym modelu kolonizacji rdzenna ludność jest eksterminowana w stopniu nieporównywalnym z mieszkańcami Indii. Skala ludobójstwa w Rosji najbardziej przypomina kolonizowanie obu Ameryk. Zresztą sowieccy eksperci wyprawiali się do USA po inspiracje związane z najskuteczniejszą kolonizacją. Będziemy się temu przyglądać.
Na razie zobaczmy, jak przebiega proces samokolonizacji. Etkind opisuje go bardzo precyzyjnie: do końca XVII wieku opiera się on na pozyskiwaniu futer, a kolejne etapy podbojów wytyczają migracje zwierząt futerkowych14: szarej wiewiórki (na wschód od Moskwy), bobra (Niżny Nowogród), sobola (Syberia), wreszcie wydry morskiej (Daleki Wschód, Alaska). Ważną rolę odgrywają też ryby i kawior. Gdy odłowi się już wszystkie zwierzęta z danego obszaru, gdy ich przerażone niedobitki uciekają na wschód - łowczy imperium podążają ich szlakiem, poszerzając granice państwa.
Podboje napędza więc biznes oparty na przemocy, niewymagający słów, bez potrzeby udziału kobiet. Ludność na podbitych terenach musi tylko dostarczać zwierzęta. Zmusza się ją do niewolniczych polowań. Rozpija wódką, zakaża chorobami, zabija bronią palną, porywa jej dzieci - repertuar ten sam co w przypadku rdzennych ludów Ameryki. Pozyskane zaś skóry zwierząt wiąże się w pęczki, pakuje w beczki i spławia Newą do miast hanzeatyckich. Przychód z nich (jeszcze w XVII wieku) stanowi nawet ćwierć dochodu Rosji.
Etkind opisuje zatem czterowarstwową piramidę przemocy15. Na jej czele stoi daleki suweren. Poniżej, kolejno, rosyjscy namiestnicy i, jeszcze niżej, rdzenni myśliwi. Aż wreszcie, na samym dole, zabijane zwierzęta. Przemoc idzie tu z góry ku dołowi. Dochody - w odwrotnym kierunku. Tworzy się krwawa więź między carami odzianymi w futra a zwierzętami futerkowymi.
Osiemdziesięciu gronostajów potrzeba na jedno królewskie futro.
Siedem soboli rocznie musi dostarczyć imperium każdy rdzenny Sybirak na początku XVII wieku.
Czterysta lisów wynosi jasak kazachskiego chana dla Rosji.
Jednego lisa ma na czapce Walentyna.
Wyczerpanie zasobów zwierząt futerkowych popycha imperium do bogatych w złoża południowych stepów. Do Azji Centralnej, gdzie bawełna, jedwab... Staje się jasne, że złóż jest jeszcze więcej. Na Syberii, Kaukazie Południowym i w Azji Centralnej dochodzi do odkrycia węgla, złota, diamentów, ropy, gazu, miedzi, innych bajecznych źródeł bogactwa. Jeden zasób zastępuje zatem drugi, ropę sprzedaje się na baryłki, a ogromne przychody z surowców utrzymują państwo. Rola ludzi wciąż ogranicza się do wydobycia i dostarczenia kopalin. Co więcej - wydobycie, przechowanie i dostarczanie surowców to proces, w którym bezpieczeństwo tych ostatnich staje się nieporównanie ważniejsze niż wolność ludzi.
To dlatego w XIX wieku rozpoczyna się kolonizacja poprzez kolonie karne. Jej apogeum przypada na lata trzydzieste XX wieku, czas masowych zsyłek i rozwoju Gułagu. Jak na ironię, właśnie wówczas, gdy powstaje koncepcja starszego brata i biedniejszego rodzeństwa, a Wielka Encyklopedia Sowiecka piętnuje carski kolonializm - jego sowiecki odpowiednik przybiera najbardziej przemocowe oblicze. Zasiedlanie wcielonych terenów przywiezionymi siłą ludźmi idealnie wpisuje się w model samokolonizacji. Kierowania podbojów nie poza granice - ale do wnętrza. Znamienne, pisze Etkind, że w Rosji nigdy nie istniało ministerstwo do spraw kolonii16. Tę rolę odgrywało zawsze po prostu Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. I równie znamienne, że posady w tym ministerstwie dostawali niekiedy pisarze, jak Turgieniew czy Sałtykow-Szczedrin. Potrzebne przecież było spoiwo dla tak wielkiego, wieloetnicznego, wieloreligijnego imperium.
Idealnym spoiwem, twierdzi Etkind, jest kultura.
Język rosyjski jako lingua franca to w tym modelu coś więcej niż język urzędowy. Kult Puszkina staje się wspólny dla ludzi, których łączy niewiele lub nic17. Czytają go konfidenci, koniunkturaliści i czynownicy obu systemów. Dysydenci carscy i sowieccy. Elity i masy. Etkind: "Kiedy rosyjscy populiści, syjoniści czy muzułmańscy aktywiści spotykali się w więzieniu carskim lub, potem, w sowieckim łagrze, rozmawiali o wielkich rosyjskich pisarzach, z Tołstojem na czele. Na dłuższą metę rosyjska literatura okazała się ekstremalnie skutecznym narzędziem hegemonii kulturalnej. Ze swoimi klasykami, heretykami i krytykami podbiła więcej Rosjan, nie-Rosjan i wrogów Rosjan niż jakiekolwiek inne staranie imperium. Standaryzując język, tworząc wspólne pole znaczeń, scalając multietniczne grono czytelników na gigantyczną skalę - była wspaniałym zasobem"18.
I jest nim nadal.
Guldana od swoich dwóch rodzin bierze dwoiste dziedzictwo. Jej historia jest pęknięta na pół. Obejmuje ofiary i beneficjentów kolonizacji.
Ale w obu swoich rodzinnych domach Guldana ma rosyjskie biblioteki.
*
Gdyby szukać w literaturze portretu samej wewnętrznej kolonizacji, pisze jeszcze Etkind, jego symboliczną reprezentacją byłby Sobowtór. Poemat petersburski19 Dostojewskiego o nędznym urzędniczynie Goliadkinie, tej gołotce-hołotce, który pewnej nocy, ni stąd, ni zowąd, spotyka drugiego samego siebie. Takiego samego, tyle że bardziej obrotnego, psującego mu szyki, podkradającego układy. Zmagania z tym drugim wciąż tylko pogrążają i poniżają pierwszego pana Goliadkina, strącają go nieustannie w dół, w dół i w dół - aż wreszcie dochodzi do sytuacji, w której znajduje się w powozie, traci przytomność i...
"Kiedy się ocknął, ujrzał, że konie niosą go jakąś nieznaną drogą. Na prawo i na lewo czerniały lasy, było głucho i pusto. Wtem zdrętwiał: dwoje ognistych oczu patrzało na niego w ciemności i oczy te błyszczały złowieszczą, piekielną radością. To nie Kristian Iwanowicz! Któż to? A może to on? Tak, on! To Kristian Iwanowicz, ale nie ten poprzedni, to inny Kristian Iwanowicz! To przerażający Kristian Iwanowicz!
- Kristianie Iwanowiczu, ja... ja, zdaje się, nic takiego, Kristianie Iwanowiczu - zaczął lękliwie i drżąc na całym ciele nasz bohater, pragnąc pokorą i uległością wywołać choć troszkę litości u okrutnego Kristiana Iwanowicza.
- Pan otrzymać urzędowy mieszkanie z opał, z licht i z usługa, czego pan nie godzien. - Surowo i przerażająco zabrzmiała, jak wyrok, odpowiedź Kristiana Iwanowicza.
Nasz bohater krzyknął i chwycił się za głowę. Niestety! Przeczuwał to już od dawna"20.
Goliadkin kończy więc na zesłaniu, podczas gdy jednocześnie jakaś jego część pozostaje w stolicy. Staje się skazanym więźniem, by jego bardziej udany sobowtór mógł kontynuować karierę. W dodatku tę alternatywną wersję własnego losu Goliadkin zesłaniec przyjmuje jako nieunikniony wyrok. Wyrok, który zgotowało mu piekielne alter ego, ten drugi, Goliadkin w łaskach.
Ile losów pękło w podobny sposób na pół w kraju będącym jednocześnie najeźdźcą i podbitym? Ile podobnych wyroków wydała na swoich Goliadkinów Rosja?
*
Nie wiem, czy w podobnych sytuacjach można w ogóle mówić o przypadkach.
I nie, nie mam tu na myśli Goliadkina. Wracam do Guldany, mojej gościnnej gospodyni z Astany, tej zahartowanej w Irgizie wykształconej w Kalifornii przyszłej matki i przyszłej doktorki politologii. Czy powinnam się dziwić, gdy okazuje się, że jest ona zarazem byłą współpracowniczką profesora, z którym umawiałam się kilka tygodni wcześniej na wywiad?
- Troszew, oczywiście, jest świetny - komentuje bez zdziwienia, jakby to wszystko było częścią planu. - Uniwersytet Nazarbajewa. Wytłumaczę ci, jak trafić.
Nie ma jeszcze chodnika, ale stoi już gmach z białego kamienia, z rozległą fasadą, szerokimi skrzydłami, zwieńczony kopułą z błękitnego szkła. Ta uczelnia to jedna z idée fixe byłego prezydenta Kazachstanu. Po wejściu zapiera dech - otwiera się przestronne atrium z gmachami instytutów po bokach. Cała ogromna część kampusu została zadaszona, żeby nie docierało tu zimą i latem przekleństwo klimatu wybitnie kontynentalnego. Zamiast niego panuje przyjazne plus dwadzieścia stopni, umilające kontemplację szmeru wody w licznych fontannach i kojącej oczy zieleni rosnących tu palm i krzewów.
- Palmy to fetysz Nazarbajewa - mówi z lekką kpiną profesor Troszew. - Kosztowny. Jak cały uniwersytet. To jeden wielki eksperyment.
- Chyba dobry? Dobrze przecież uczyć młodych ludzi.
- Dobrze, jeśli się to robi dobrze. Zobaczymy. - Profesor uśmiecha się zagadkowo.
Wykłada na politologii i mówi, że ma pełną swobodę. A w jego artykule naukowym o sprawiedliwości czasów przemian jest dużo wątków, które konfrontują postkomunistyczną kazachską władzę21 z tym, że w swojej polityce podąża zawsze dwa kroki za Moskwą. Że nie podejmuje tematu rozliczeń sowieckich zbrodni. Że łatwiej przychodzi w Kazachstanie, niepodległym przecież państwie, uhonorowanie ofiar symbolicznymi kwotami niż nazwanie po imieniu przebytych tragedii. Owszem, kazachizacja przyśpiesza od rosyjskiej agresji na Ukrainę, ale pamięć wciąż omija niewygodne tematy, wciąż jest podszyta strachem przed "ukraińskim wariantem". Czyli przed wkroczeniem Rosji i powrotem do represji.
Troszew konfrontuje władze także z tym, że historycy skarżą się na słaby dostęp do archiwów. Coraz gorszy. Ale jednocześnie odnotowuje, że większego dostępu ludzie wcale nie łakną.
- W 2016 roku moskiewski Memoriał22 opublikował listę czterdziestu jeden tysięcy oficerów NKWD. Sporządził ją na podstawie danych archiwalnych - mówi profesor. - Wśród nich znalazło się tysiąc nazwisk osób z Kazachstanu. Nie wywołało to żadnej żywej reakcji w naszym kraju.
- Dlaczego?
Profesor się zamyśla.
- Przeszłość jest dla nas niewygodna. Ludzie wolą myśleć, że wszystkiemu winna jest Moskwa.
- Może więc wcale nie potrzebują pamięci ani rozliczeń?
Na to Troszew reaguje natychmiast:
- Oczywiście, że potrzebują. Chociażby po to, żeby przeszłość się nie powtórzyła. Po prostu lata dziewięćdziesiąte w Kazachstanie przechodziliśmy jeszcze ciężej niż Rosja. Nie było prądu, wody, pieniędzy. Ludzie walczyli o byt i temat rozliczeń zniknął z agendy. Ale teraz zaczynamy podchodzić do niego od drugiej strony. Na naszym uniwersytecie patrzymy na historię z perspektywy dekolonizacji. To sprawia, że zainteresowanie represjami, deportacjami odżywa. Wreszcie zyskuje odrębną rację bytu. Dla naszych studentów, którzy nie rośli w czasach sowieckich, to sprawa tożsamości.
- Ludzie mówią, że gościnny Kazachstan wszystkich przyjął i ogrzał.
- To oficjalna narracja. "Kazachowie przyjęli deportowanych, ci przetrwali i Kazachstan stał się domem przyjaźni narodów".
- Czy to nie jest po części prawda? Co się kryje za tą oficjalną wersją?
- Nie wiem. Jedź do Karagandy. Do Ałmatów. Porozmawiaj z ludźmi. Ja nie wiem.
Profesor milczy chwilę.
- Ale pamiętaj - dodaje. - Zacząć należy od Głodu.