Choroba idzie ze mną. O psychiatrii poza szpitalem - Anna Kiedrzynek

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (38,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Wy­obraź­cie so­bie męż­czy­znę, lat sześć­dzie­siąt, miesz­kańca du­żego mia­sta. Jest nie­wy­soki, ma­ło­mówny i lekko przy­gar­biony. Spo­ty­kam go w za­kła­dzie ak­tyw­no­ści za­wo­do­wej. Pa­trzę na niego i wi­dzę w nim cho­rego, choć nic prze­cież o tym nie świad­czy. A jed­nak nie umiem pa­trzeć ina­czej. Py­tam sama sie­bie: jak bym go opi­sała, gdyby TO nie miało zna­cze­nia?

Może tak: jest silny, ener­giczny. Po­cho­dzi z mia­sta, ale cią­gnie go do na­tury. Dla­tego pra­cuje jako ogrod­nik. Kiedy cza­sem prze­cha­dza się po uli­cach, wi­dzi, że nie­mal każdy skra­wek zie­leni jest za­le­wany be­to­nem. Smuci go to, bo ko­cha przy­rodę. W ogro­dzie, który pie­lę­gnuje, zna­la­zło się miej­sce dla róż, mie­czy­ków oraz malw. Po­środku traw­nika ro­sną ka­li­for­nij­skie jo­dły, któ­rym re­gu­lar­nie pod­cina su­che ga­łę­zie.

Stu­dio­wał kie­dyś geo­gra­fię, ale prze­rwał na­ukę po pierw­szym roku. Pod­kre­śla, że po­dró­żo­wać nie lubi i nie chce. Te­raz pa­trzy na kwiaty i pyta, po co miałby jeź­dzić gdzieś da­leko, je­śli co­dzien­nie może wra­cać do tego, co naj­wspa­nial­sze: ko­rzeni, ro­ślin, pta­ków, drzew.

Tak pew­nie na­pi­sa­ła­bym o nim, gdy­bym nie wie­działa o TYM. Ale wiem. Je­stem już ska­żona tą wie­dzą, ina­czej niż ten czło­wiek cho­robą, bo on swoją schi­zo­fre­nią nie za­razi ni­kogo, a ja, po­da­jąc da­lej ten ka­wa­łek wie­dzy o nim, jakby był naj­waż­niej­szy, za­ra­żam da­lej - nie­zdrową cie­ka­wo­ścią, eks­cy­ta­cją cu­dzym cier­pie­niem. Mój roz­mówca cho­ruje na schi­zo­fre­nię i dla­tego wła­śnie za­daję mu py­ta­nia, to jest prze­cież po­wo­dem na­szego spo­tka­nia, a nie malwy i róże, które on z czu­ło­ścią pie­lę­gnuje.

Opo­wiem więc o nim tak: jest silny, ener­giczny. Cho­ruje od lat i może dla­tego tak ucieka wzro­kiem, mówi nie­wy­raź­nie, robi pauzy po­mię­dzy zda­niami. W szpi­talu psy­chia­trycz­nym był dwa razy. W za­kła­dzie ak­tyw­no­ści za­wo­do­wej pra­cuje na nie­pełny etat.

- To nie za­ni­kło - mówi o cho­ro­bie, wska­zu­jąc ge­stem na ra­batkę z ró­żami - ale praca po­maga, bo czło­wiek jest czymś cią­gle za­afe­ro­wany.

Kie­dyś stu­dio­wał geo­gra­fię, ale cho­roba przy­szła szybko, za­raz po li­ceum, i skre­śliła tam­ten plan na ży­cie. W za­kła­dzie nie tylko dba o ogród, ale też wy­ko­nuje drobne na­prawy. Do tej pracy prze­szedł drogę z od­działu szpi­tala przez warsz­taty te­ra­pii za­ję­cio­wej.

Unika słowa "schi­zo­fre­nia", a ja nie py­tam. Psy­chia­tra, który go le­czy, mówi mi, że byłby ostrożny z okre­śla­niem mo­jego roz­mówcy jako "cho­rego". Prze­cież on pra­cuje, tłu­ma­czy mi, do tego opie­kuje się swoją nie­do­łężną matką, a żeby funk­cjo­no­wać bez ob­ja­wów, bie­rze jedną małą ta­bletkę dzien­nie. Od lat nie miał na­wrotu. Czy można o nim w ogóle po­wie­dzieć, że jest chory na schi­zo­fre­nię?

Jedna mała ta­bletka dzien­nie. Tyle cza­sem biorą osoby z chorą tar­czycą. Czy mó­wię o nich: prze­wle­kle cho­rzy? Czy te­mat ich tar­czycy jest cie­kawy dla ko­go­kol­wiek poza ich le­ka­rzem? Czy spo­ty­ka­jąc osobę z chorą tar­czycą, będę o nią do­py­ty­wać, czy będę czuj­nie wy­pa­try­wać "tar­czy­co­wych ano­ma­lii" w za­cho­wa­niu, mo­wie, ge­stach? Je­śli nie, to dla­czego na tego męż­czy­znę pa­trzę w inny spo­sób? Czy jest chory? I je­śli tak, to co to wła­ści­wie zna­czy?

Te­raz wy­obraź­cie so­bie męż­czy­znę, lat czter­dzie­ści, który także po­cho­dzi z du­żego mia­sta i opo­wiada mi swoją hi­sto­rię, gdy spa­ce­ru­jemy po parku. Mój roz­mówca jest wy­soki, ma prze­rze­dzone włosy i po­ważny wy­raz twa­rzy. Jest lato, piękna po­goda, obok nas co chwila prze­bie­gają ro­ze­śmiane dzieci. W jego opo­wie­ści wię­cej jest mil­cze­nia niż słów. Na więk­szość py­tań od­po­wiada zdaw­kowo, a każda jego wy­po­wiedź po­prze­dzona jest długą prze­rwą. Nie­wiele mogę z tego wy­krze­sać: kilka pod­sta­wo­wych fak­tów, nic wię­cej. Cho­ruje od dzie­ciń­stwa. Był w szpi­talu. Kilka razy. A może kil­ka­na­ście? Nie li­czył. Nie­wiele z tych po­by­tów pa­mięta. Ni­gdy nie pra­co­wał. Nie, nie ma przy­ja­ciół. Lubi maj­ster­ko­wać. Jest na ren­cie. Mieszka z matką.

Nie do­wiem się wię­cej. Jest mi nie­wy­god­nie z jego mil­cze­niem. Chciał ze mną roz­ma­wiać, ale coś po­ko­nało nas oboje. Jego cho­roba? Skutki uboczne le­ków? Moja nie­umie­jęt­ność pro­wa­dze­nia roz­mowy? A prze­cież chcę wie­dzieć, dla­czego jego ży­cie po­to­czyło się w spo­sób tak od­mienny od ży­cia ogrod­nika, z któ­rym roz­ma­wia­łam wcze­śniej. Dla­czego mam wra­że­nie, że utknął w cho­ro­bie? Dla­czego on zdaje się żyć pod jej dyk­tando, a ktoś inny z tą samą dia­gnozą cie­szy się do­brym, peł­nym ży­ciem, bio­rąc jedną ta­bletkę dzien­nie? I gdzie mam szu­kać od­po­wie­dzi na py­ta­nie o to, dla­czego dwa ży­cia z tą samą dia­gnozą po­to­czyły się tak róż­nie - jedno da­leko od szpi­tala i bli­sko in­nych lu­dzi, a dru­gie w izo­la­cji?

Od psy­chia­trów do­wia­duję się, że zwy­czajne ży­cie - czyli ta­kie, w któ­rym jest praca, są re­la­cje z in­nymi ludźmi i sa­mo­dziel­ność - może być mię­dzy in­nymi za­sługą od­dzia­ły­wań w śro­do­wi­sku. O psy­chia­trii śro­do­wi­sko­wej mówi się te­raz dużo. To w jej du­chu za­pro­jek­to­wany zo­stał pi­lo­taż re­formy opieki psy­chia­trycz­nej. Tylko czym ona wła­ści­wie jest? Od­po­wie­dzi na te py­ta­nia będę szu­kać wśród le­ka­rzy, te­ra­peu­tów i pra­cow­ni­ków so­cjal­nych. Oni na­uczą mnie, jaka po­winna być psy­chia­tria poza szpi­ta­lem, i wy­ja­śnią, dla­czego w Pol­sce mamy pro­blem ze zbu­do­wa­niem ta­kiego sys­temu.

Ale na ra­zie szar­pię się z ję­zy­kiem. Jak mam mó­wić o lu­dziach, któ­rych opi­suję? Cho­rzy? Pa­cjenci? Osoby w kry­zy­sie psy­chicz­nym? Czy kry­zys, który ko­ja­rzy się z czymś in­cy­den­tal­nym, obej­muje prze­wle­kłość - a więc dłu­gie i upo­rczywe trwa­nie cho­roby w cza­sie? Uma­wiam się sama ze sobą, że na ra­zie będę sto­so­wać te okre­śle­nia za­mien­nie. To jed­nak nie ko­niec mo­ich wąt­pli­wo­ści. Na ile cho­roba dyk­tuje wa­runki, w któ­rych żyją moi roz­mówcy? A może to oni uczą się dyk­to­wać wa­runki jej? I je­śli tak, to jak po­win­nam to opi­sać? Bu­du­jąc bo­ha­ter­skie opo­wie­ści o co­dzien­no­ści utrud­nio­nej przez ob­jawy? A może zby­wa­jąc cho­robę mil­cze­niem? Znaj­duję inny spo­sób, bo py­tam o sprawy, które ob­cho­dzą także zdro­wych - pracę, związki, sy­tu­ację miesz­ka­niową, ro­dzinę, ma­cie­rzyń­stwo, sta­rość - i spraw­dzam, gdzie w te ob­szary wcina się cho­roba, jak je kształ­tuje, w czym prze­szka­dza i co utrud­nia.

Które hi­sto­rie są praw­dziw­sze, bar­dziej re­pre­zen­ta­tywne? Te, w któ­rych do­mi­nuje bez­rad­ność, czy ra­czej te, w któ­rych prze­waża spraw­czość czło­wieka w kry­zy­sie psy­chicz­nym? Czy zdrowi, któ­rzy mu to­wa­rzy­szą, mają prawo do opo­wie­dze­nia wła­snej wer­sji wy­da­rzeń? A co, je­śli jest ona nie­wy­godna, bo bra­kuje w niej po­świę­ce­nia, he­ro­izmu albo na­wet zro­zu­mie­nia? Gdzie się za­czyna i koń­czy od­po­wie­dzial­ność świadka czy­jejś psy­chozy, ma­nii albo de­pre­sji? Czy ma on obo­wią­zek ra­to­wać cho­rego kosz­tem sie­bie?

Nie­wiele znaj­duję pew­ni­ków, poza jed­nym - cho­ro­wa­nie ma nie­skoń­czoną liczbę wa­rian­tów. Nie ma jed­nej schi­zo­fre­nii, tak samo jak nie ma jed­nej de­pre­sji czy cho­roby afek­tyw­nej dwu­bie­gu­no­wej. Nie ma jed­nej wła­ści­wej re­ak­cji czło­wieka zdro­wego, który to­wa­rzy­szy bli­skiej oso­bie w kry­zy­sie. Nie ma zgody co do tego, co jest naj­waż­niej­sze w do­cho­dze­niu do zdro­wia - leki, te­ra­pia, od­dzia­ły­wa­nia spo­łeczne, a może jesz­cze coś in­nego? Mocne, me­dialne tezy - zwłasz­cza te o rze­ko­mej szko­dli­wo­ści le­ków, prze­mocy psy­chia­trii, kosz­ma­rze szpi­tali i sa­mego cho­ro­wa­nia - nie­raz kru­szą się w kon­fron­ta­cji z po­je­dyn­czą opo­wie­ścią. Je­śli coś jest pewne, to tylko mno­gość do­świad­czeń, które ko­tłują się gdzieś pod po­wierzch­nią.

To tam po omacku scho­dzę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki