ROZDZIAŁ 1 Biznesmen o wielu nogach
To postać, która wciąż nie daje o sobie zapomnieć. Od kilku lat informacje o biznesmenie nie znikają z portali, gazet i tygodników. Okazuje się, że równie dobrze znany jest wśród polskich escortów, czyli męskich dziwek. W tym towarzystwie słynie z nadużywania alkoholu, snucia historii o swoim majątku oraz obiecywania młodym chłopcom karier telewizyjnych w różnego rodzaju projektach reality show, które będzie produkować. Według moich rozmówców ostatnio obiecywał im udział w programie podobnym do The Voice of Poland. Europejski nakaz aresztowania doprowadził do jego zatrzymania w Holandii.
Długo zastanawiałem się, czy powinienem dać jednoznacznie do zrozumienia, o kogo chodzi. Nie mam wątpliwości, że właśnie tak należy zrobić. Dlaczego?
W 2016 roku Zbigniew S. opublikował na Facebooku film pokazujący mężczyznę uprawiającego seks oralny z księdzem. Poinformował, że ksiądz zmusił do tego nieletniego, i nazwał go pedofilem. Kapłan został odsunięty od obowiązków, a nieletni okazał się dorosłym mężczyzną, który od dłuższego czasu był w związku z księdzem. Po publikacji filmu przez biznesmena mężczyzna popełnił samobójstwo.
- Naprawdę chcesz o nim słuchać? - pyta mnie jeden z mężczyzn, który kilka lat temu, wyrzucony z rodzinnego domu za swoje skłonności seksualne, trafił na ulicę. Jego nowym domem stał się wtedy Dworzec Centralny, gdzie poznał faceta, który zaproponował mu pracę w agencji na warszawskim Śródmieściu.
- Jasne.
- To nasz najgorszy klient - opowiada mi Robert, menedżer jednej z najstarszych agencji towarzyskich dla gejów w centrum stolicy, którego klientem był pan Zbyszek.
Najstarszy warszawski burdel
Ten burdel istnieje od blisko dwudziestu pięciu lat. W tym czasie zmieniało się wszystko: adresy, escorci, burdelmenedżerowie, stawki za usługi, rodzaje narkotyków. Nie zmieniał się tylko właściciel. A grono klientów od lat się powiększało.
- Nie wiem, kiedy się u nas pojawił, z pewnością dużo wcześniej, jeszcze zanim trafiłem do agencji. W towarzystwie chłopaków funkcjonował nie pod swoim nazwiskiem, które jest dość oryginalne, a pod pseudonimem Stokłosa. Było o nim głośno. Brylował na politycznych salonach, pojawiał się w towarzystwie szefa Samoobrony, słyszałem, że kiedyś był nawet asystentem społecznym Wandy Łyżwińskiej. Wszystkie jego spotkania przygotowywano w tajemnicy, zwykle w hotelach w Polsce i za granicą - wspomina Robert.
- Kiedy pierwszy raz spotkałeś się ze Zbigniewem S.? - próbuję uściślić.
- Trudno powiedzieć, ale poczekaj, zerknę na zdjęcia.
Nie wiem, kiedy go widziałem pierwszy raz w pracy, ale pierwszy raz w Berlinie byłem z nim w październiku 2016 roku, a potem dwa tygodnie później - mówi Robert.
Zbigniew S. nawet nie kontaktował się osobiście z menedżerem. Tylko z Witoldem J., właścicielem. W większości przypadków za pomocą karty prepaid, której używał tylko do rozmów z szefem burdelu.
- Dzwonił do szefa, mówił, kiedy, gdzie, ilu chłopaków potrzebuje i na jak długo. Od razu robił przelew z zaliczką na konto szefa i wtedy wkraczałem ja, bo nikt poza mną w burdelu nie mówił po angielsku - uśmiecha się Robert. - Rezerwowałem hotel, pokoje na nazwiska escortów lub szefa i organizowaliśmy wyjazd. Najczęściej do Berlina. Tam go właśnie poznałem. I ten wyjazd pamiętam najlepiej.
Wyprawy bez śladów
Zbigniew S. przyjeżdżał na gotowe. Do hotelu wchodził jako przypadkowy gość z ulicy albo zaproszony przez hotelowych gości. Nie meldował się w recepcji. Znał hotel, wiedział, gdzie są restauracje, spa czy windy, którymi można dostać się do pokoju escortów. Wielokrotnie podkreślał, rozmawiając z właścicielem agencji, że nie może zostawiać po sobie żadnych śladów w hotelu i nie chce być w ogóle kojarzony z tymi wyprawami.
- Pamiętam, że przed jednym z wyjazdów do Berlina była na niego straszna nagonka w polskich mediach, bo on się wtedy jakoś bardzo politycznie zaangażował. I to właśnie przez to zainteresowanie mediów musieliśmy wyjeżdżać za granicę. O ile dobrze pamiętam, to te wyjazdy zaczęły się jeszcze wtedy, kiedy Zbigniew S. był związany z Lepperem. To, ile osób jechało z nami, zależało od środka lokomocji. Jeśli jechaliśmy autem, to w podróż, oprócz kierowcy, który zasadniczo w niczym nie uczestniczył, ruszałem ja i dwóch "chłopaczków". No i oczywiście szef, który jeździł z nim zawsze. Jeśli pociągiem, to ja, szef i co najmniej trzech, czterech chłopaków, wynajętych u nas przez biznesmena - mówi Robert. - Hotel bukowaliśmy na maksimum dwie doby. Te wyjazdy były średnio planowane. Czasem ruszaliśmy we wtorek, czasem bliżej weekendu. Po prostu kiedy miał czas i mógł się wyrwać. Nie wiem, czym on dojeżdżał czy dolatywał do Berlina. Tylko raz zdarzyło się, że to my czekaliśmy na niego w hotelu. Zwykle to on już czekał na nas. W takich sytuacjach jak z biznesmenem - wynajmowaliśmy zawsze co najmniej dwa pokoje. Jeden był dla klienta i chłopaka, chłopaków, a drugi mieliśmy dla siebie. Przecież ja nie uczestniczyłem w schadzkach z klientami, a ich chłopcy czasami chcieli odpocząć, zwłaszcza przy takim kliencie jak on - wyjaśnia Robert.
Spotkania przebiegały standardowo. Po dotarciu na miejsce meldowali się i burdelmenedżer prowadził chłopaków do pokoju przeznaczonego dla klienta, żeby sobie ich obejrzał. No, chyba że byli to tacy, których już znał.
- Oglądał ich i decydował, kto zostanie, a kto musi wyjść. Ten, kto się nie spodobał, wychodził ze mną. Reszta była tajemnicą szefa i jego. Mam na myśli to, ile biznesmen płacił szefowi - opowiada Robert. - Za to, jeśli dobrze pamiętam, często byłem świadkiem, jak dawał napiwki chłopakom. Najczęściej zabierał ich pod bankomat, który jest blisko tego hotelu, i wypłacał im napiwki. Sam też kiedyś musiałem iść z nim do bankomatu, bo chciał przedłużyć zabawę, a szef domagał się, żeby w takich sytuacjach kasować gotówkę z góry.
Bójka i alarm w hotelu
Kiedy escorci dojeżdżali, biznesmen zwykle był już nieźle wstawiony, a niejednokrotnie pijany. Wielu z nich opowiadało mi, że te zlecenia należały do najgorszych, mimo dużych napiwków.
Podczas jednego z wyjazdów biznesmen, który odpalał papierosa od papierosa i nigdy nie stosował się do zakazów palenia w pokoju, wywołał alarm pożarowy w Kempinskim.
- Oczywiście Zbigniew S. miał w dupie zakazy, a w tym hotelu alarmy były dość wrażliwe na dym. Nawet nie pamiętam, w którym momencie w całym hotelu zaczęły wyć syreny, przez głośniki mówili coś po niemiecku, a przed budynek zaczęły zjeżdżać wozy strażackie i policja. Jeszcze zanim przyjechali, do pokoju biznesmena przyszedł recepcjonista, który chciał wyjaśnić sytuację i poprosić o niepalenie papierosów. Drzwi otworzył mu pijany w sztok biznesmen, zbluzgał recepcjonistę z góry na dół, a na koniec walnął go jeszcze z główki, z pozdrowieniami od gościa z Polski, i stłukł mu okulary. Mało nie wyrzucili nas z hotelu - opowiada Robert. - Siedzieliśmy z szefem w naszym pokoju, na innym piętrze. Zamawiałem akurat taxi, żeby pojechać do klubu, kiedy przybiegli escorci i zrelacjonowali, co się stało. Nie zdążyłem wyjść, kiedy zadzwonił jeden z chłopaków, którzy nadal byli z biznesmenem. "Nawet nie wiesz, co ten chuj odpierdolił!" - usłyszałem w słuchawce. Poprosił, bym ich nie zostawiał. Powiedziałem, żeby zabrał chłopaków i żeby bocznym wyjściem z hotelu obok restauracji uciekli na zewnątrz. W ten sposób wszyscy się ewakuowaliśmy. Na szczęście nawet nie zdążyliśmy się rozpakować, więc wystarczyło tylko zabrać torby - mówi.
- A co zrobił Zbigniew S.?
- Zostawiliśmy go samego. Nie wiem, co zrobił, ale po kilku tygodniach znowu się odezwał, więc wiedzieliśmy, że nic wielkiego mu się nie stało - uśmiecha się pod wąsem Robert.
- Nie przepadałeś za nim...
- Widziałem go wcześniej w telewizji, ale nie sądziłem, że ten facet może być aż tak zdegenerowanym alkoholikiem.
Nie chcę już mówić o stroju, bo to często kwestia gustu. Ale już po twarzy było widać, że on raczej nie stroni od alkoholu, wręcz przeciwnie. Absolutnie nie wyglądał na człowieka zaangażowanego politycznie czy bywającego na salonach. Raczej na menela ze wsi, który już przed śniadaniem zaprawia się jakimś tanim mózgotrzepem. Jego chamstwo i ordynarne zachowanie w stosunku do każdego, kogo spotkał na drodze - do pani w sklepie, recepcjonistki w hotelu czy kelnerki w restauracji - podkreślało jego prostactwo.
Płacę, to wymagam
Wielu z tych młodych mężczyzn zachowuje się dość zniewieściale. Już na pierwszy rzut oka widać, że - jak to mówią zawiedzione panie - są straceni dla świata kobiet. To, w jaki sposób się ruszają i jak mówią, zdradza, w czym, a raczej w kim gustują. I choć w Polsce wciąż spotykają się z ostracyzmem, wyzwiskami czy, delikatnie mówiąc, brakiem zrozumienia, wielu escortów usiłuje tym swoim zniewieścieniem brylować w towarzystwie.
- Ja te kocie ruchy i tę ich bułkę przez bibułkę nazywam syndromem połamanych nadgarstków. To idealnie charakteryzuje zniewieściałych chłopaczków, którzy pracują w tym zawodzie. W zachowaniu pana S. denerwowała mnie jego chamska wyższość wobec chłopaków. "Bo jak ci, kurwa, płacę, to ja, kurwa, wymagam". Mam nosa do klientów. Ludzie podobni do niego zwłaszcza za pierwszym razem zgrywają skromnych lub naprawdę są zawstydzeni. Nasz biznesmen, stary i dobry klient szefa, się nie pierdolił - wspomina Robert. - Jeden z chłopaków, który był wtedy w Niemczech, powiedział mi później, że najtrudniej szło się z nim do wanny. Nie dość, że był jak zawsze brudny, nachlany i śmierdziało od niego na kilometr, to w dodatku smukły nie jest i kąpiel z nim była po prostu obrzydliwa. A kiedy wrócili z wanny do łóżka i inny chłopak chciał skorzystać z łazienki, to usłyszał, żeby się nie trudził - w końcu może się odlać na podłogę, bo skoro on płaci, to ktoś posprząta.
To, że Zbigniew S. lądował z escortami w pięciogwiazdkowym hotelu Kempinski, to nie był wymóg klienta. To właściciel agencji - okropnie skąpy, gdy chodziło o jego kasę - lubił błyszczeć za cudze pieniądze. Dobrze wiedział, co robi, bo dla tych młodych chłopców były to często pierwsze tak luksusowe miejsca widziane na własne oczy.
- Na tych młodych chłopcach takie hotele robiły gigantyczne wrażenie. Czuli się nagle wyjątkowi, godni takiego luksusu. Traktowali to jak nie wiadomo jaki przywilej, ale przede wszystkim był to według nich dowód, że są dla kogoś ważni i warci tego wszystkiego - opowiada Robert. - Zresztą, wracając do mojego szefa, to on chyba bardziej niż oni lubił widzieć się w tym blichtrze, bogatych wnętrzach i pięciu gwiazdkach na szyldzie przed wejściem. A tak naprawdę za hotel płacił klient.
Hojny po alkoholu
Seks-imprezy biznesmena często się przedłużały, a doświadczony szef burdelu wiedział, że klientów, nawet starych i dobrych, trzeba kasować przed usługą. Nie dlatego, że może będą chcieli oszukać, choć to też mogło się zdarzyć, ale dlatego, że po tej ilości alkoholu, a w ostatnich latach także narkotyków, nawet nie pamiętają, ilu escortów zamówili, co robili i jak długo. Dlatego też każdy burdelmenedżer wiedział, że kiedy czas się kończy, to trzeba wejść do pokoju, gdzie trwa impreza, i przypomnieć, że czas minął.
- Na tych wyjazdach pilnowałem pieniędzy. Musiałem bardzo uważać, bo przecież potem trzeba było rozliczyć się z szefem. Któregoś razu, też w Berlinie, musiałem z nim iść do bankomatu, żeby dopłacił za przedłużenie imprezy. Było mi strasznie wstyd iść obok niego, bo ledwo trzymał się na nogach, ale musiałem z nim przejść przez cały hotel, żeby znaleźć ten bankomat. Pamiętam te spojrzenia gości hotelowych. Nie pytaj mnie, jak patrzyli, bo nie potrafię tego zobrazować. Wtedy mnie zdziwiło, że ochrona hotelu nie reaguje. Że nie interesuje ich, co gość tu robi. Skąd się wziął. Czego chce. Modliłem się, żeby nie było żadnej spiny z obsługą, bo przecież znam regulamin. Po ustalonej godzinie obcy nie mogą przebywać ani w twoim pokoju, ani na terenie hotelu - zapewnia Robert.
Mój informator nie pamięta, ile pieniędzy wypłacił wtedy biznesmen. Ale mówi, że to nie była mała kwota. Zbigniew S. po pijaku oprócz kasy za seks dawał też duże napiwki chłopakom. Pijany biznesmen stawał się wręcz hojny.
- Czy ci twoi escorci w ogóle wiedzieli, kim jest ich klient?
- Nie, byli totalnie nieświadomi, z kim idą do łóżka. Nigdy nie wypowiadał się jak teraz w internecie: "Jebać PiS" czy że zabije Kaczyńskiego, nic z tych rzeczy. Wprost przeciwnie, starał się być całkowicie anonimowy. Dopóki się nie nachlał, był w miarę kulturalny. Potem był już tylko chamski i nachalny.
Chłopcy szybko uczyli się zawodu i już po kilku klientach wiedzieli, co robić, a jeśli nie, to burdelmenedżer ich instruował. Najpierw trzeba spróbować zagadać klienta. Zwłaszcza takiego w średnim wieku. Podlewać mu alkoholu i wciąż gadać. Niektórzy dochodzili wręcz do takiej wprawy, że ich klient nie zdążył się zorientować, a już minęła godzina. Ci, którzy dopiero zaczynali korzystać z usług escortów, byli tym często zdziwieni i domagali się seksu. Słyszeli wówczas, że czas minął, a jak chcą coś zrobić, to muszą dopłacić - koniecznie z góry i najlepiej gotówką - za każdą kolejną godzinę.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.