Zawsze, kiedy piszę to słowo mam
wrażenie, że coś jest nie tak, że źle je napisałem albo wygląda
jakoś inaczej. Zamykam oczy, chwilę czekam, a gdy je otwieram, już
wygląda lepiej. Ponownie zamykam, otwieram i w końcu mam pewność
- tak, napisałem poprawnie. Tak właśnie jest z tym słowem -
czasem wydaje się obce, czasem znów znajome.
Nie wiem, czy jakieś inne słowo
we współczesnym języku chińskim dorównuje "ludowi" swoją
niezręcznością i które byłoby tak wszechobecne i równocześnie
tak niewidzialne. W dzisiejszych Chinach używają go chyba wyłącznie
urzędnicy, którym wyskakuje z ust przy każdym otwarciu. Zwykli
ludzie sięgają po nie niezwykle rzadko, może wręcz zapomnieli o jego
istnieniu, a jego trwanie to zasługa urzędniczej śliny.
Dawniej słowo "lud" miało swoją wagę. Nasz kraj
nazwano Chińską Republiką Ludową, przewodniczący Mao mówił: "
w służbie ludowi", najważniejszą gazetą był "Dziennik Ludowy",
a my, pojedynczy członkowie ludu, codziennie powtarzaliśmy: "po 1949
roku lud jest panem".
Kiedy byłem dzieckiem słowo "lud" brzmiało równie
niezwykle jak "Przewodniczący Mao". To były pierwsze znaki, jakie
poznałem, dopiero po nich nauczyłem się pisać swoje imię i imiona
rodziców. Byłem po dziecięcemu pewny, że "lud to Przewodniczący
Mao, Przewodniczący Mao to lud".
W czasie rewolucji kulturalnej z dumą głosiłem
to wszem wobec. Niektórzy spoglądali na mnie z powątpiewaniem,
uważając, że wymaga to dalszej dyskusji, ale nikt otwarcie się
nie sprzeciwiał. W tamtych czasach każdy stąpał po kruchym
lodzie, wystarczyło jedno fałszywe słowo, żeby zostać uznanym
za kontrrewolucjonistę i doprowadzić do zguby całą rodzinę. Gdy
podzieliłem się z rodzicami moim odkryciem, zaniepokoili się podobnie
jak inni i patrząc na mnie uważnie, pokrętnie wytłumaczyli, że
wprawdzie nie widzą nic niewłaściwego w tym haśle, ale lepiej
żebym więcej tak nie mówił.
Jednak nie byłem w stanie powstrzymać się od dzielenia
się ze wszystkimi największym odkryciem mego dzieciństwa i bez
przerwy je powtarzałem. Pewnego dnia znalazłem dowód na słuszność
hasła w popularnym powiedzeniu: "Przewodniczący Mao jest w sercu
ludu". Wykorzystałem je do przeprowadzenia rozumowania: "W sercu
ludu jest Przewodniczący Mao, a co jest w sercu Przewodniczącego? My,
cały lud!", dlatego "lud to Przewodniczący Mao, Przewodniczący
Mao to lud".
Zobaczyłem, że wątpliwości u mieszkańców miasteczka
powoli ustępowały. Część kiwała potakująco głową i stopniowo
ludzie zaczęli je przejmować, najpierw moi towarzysze zabaw, potem
dorośli.
Ale gdy wszyscy zaczęli mówić "lud to
Przewodniczący Mao, Przewodniczący Mao to lud" poczułem się
zaniepokojony, bo w czasie rewolucji nikt nie zważał na prawo
własności i odkryłem, że tracę pozycję twórcy. Powtarzałem
dookoła: "Ja pierwszy to powiedziałem! Ja!", ale nikt się tym
nie przejmował, nawet koledzy mieli w nosie, że to ja jestem autorem
powiedzenia. Nawet gdy przedstawiałem im niezbite dowody czy rozpaczliwie
błagałem, kręcili głowami: "Nie, wszyscy tak mówią".
Rozzłoszczony zacząłem wręcz żałować, że
podzieliłem się z innymi moim odkryciem. Powinienem ukryć je
w sercu na wieki, zachować tylko dla siebie i rozkoszować się nim
przez całe życie.
Gigantyczne zmiany, jakie w ostatnim
czasie zachodzą w mojej ojczyźnie, szokują Zachód. W ciągu zaledwie
trzydziestu lat Chiny, jak błyskawicznie zmieniający maski aktor opery
syczuańskiej, przeobraziły się z kraju, w którym polityka góruje
nad wszystkim, w kraj, gdzie rządzi pieniądz.
W kluczowych okresach historii zawsze pojawia się
jakieś symboliczne wydarzenie. Takim właśnie była masakra na placu
Tiananmen w 1989 roku. Pekińscy studenci wylali się z kampusów
i zebrali na placu, domagając się demokracji i sprzeciwiając
się korupcji urzędników. Ponieważ rząd przyjął twardą
linię i odrzucił postulat rozmów z demonstrantami, rozpoczęli
oni głodówkę, a popierający ich mieszkańcy miasta wyszli na
ulice. Wtedy pekińczyków niespecjalnie pociągało hasło "demokracja
i wolność", to żądania "walki z korupcją" sprawiło, że
tak licznie przyłączyli się do demonstracji. Minęło jedenaście
lat od rozpoczęcia reform Deng Xiaopinga i chociaż spowodowały
one wzrost cen towarów, to gospodarka rozwijała się stabilnie,
podnosił się poziom życia, a chłopi stali się beneficjentami
zmian. Nie nadeszły jeszcze lata 90. z falą bankructw i upadłości
fabryk, a robotnicy jeszcze nie stali się ofiarami zmian. Konflikty
nie były tak powszechne, jak na przykład teraz, kiedy w całym
społeczeństwie tli się wściekłość. W tamtym czasie zaczęły
się pojawiać złość i rozlegać głosy niezadowolenia dotyczące
sposobu, w jaki synowie i córki wysokich urzędników bogacili
się na państwowym majątku. Właśnie to sprawiło, że gniew ludzi
skoncentrował się na protestach przeciwko wykorzystywaniu przywilejów
przez urzędników. Patrząc z perspektywy obecnej, potężnej
i wieloaspektowej, korupcji, ówczesne "przywileje urzędnicze" były
po prostu niczym. Począwszy od 1990 roku korupcja wzrasta w równie
szokującym tempie jak gospodarka.
Ten masowy ruch, który rozprzestrzeniał się jak
ogień po całych Chinach, szybko zgasł po strzałach oddanych
o świcie 4 czerwca. Kiedy w październiku tego samego roku odwiedziłem
Uniwersytet Pekiński, panowała już na nim zupełnie inna atmosfera. Po
zapadnięciu zmroku nad brzegiem jeziorka majaczyły tylko cienie
zakochanych par, a jedynymi dźwiękami, jakie dobiegały z akademików,
były stukot kości mahjonga i głośne powtarzanie angielskich
słówek. W ciągu zaledwie jednego lata wszystko się zmieniło, jak
gdyby wiosną nic się nie stało. Tak drastyczny kontrast ma tylko
jedno wytłumaczenie: wydarzenia na placu Tiananmen - to jednorazowy,
skoncentrowany wybuch, który rozładował narastające od czasów
rewolucji kulturalnej polityczne emocje Chińczyków. Następnie pasję
polityczną zastąpiła pasja do pieniędzy i cały naród, jak jeden
mąż, zabrał się za zarabianie, czego naturalną konsekwencją był
okres ekonomicznej prosperity lat 90.
Nastąpił wysyp nowych słów, jak na przykład
internauci, gracze giełdowi, inwestorzy, fani gwiazd, bezrobotni
robotnicy, chłoporobotnicy, które kawałek po kawałku odcinały
kolejne grupy ludzi od wyblakłego pojęcia "lud". W czasie
rewolucji kulturalnej definicja ludu była bardzo prosta - robotnicy,
rolnicy, żołnierze, intelektualiści, handlowcy, przy czym handlowcy
nie oznaczali biznesmenów, ale ludzi pracujących w handlu,
sprzedawców. Moim zdaniem wydarzenia na placu Tiananmen w 1989 roku
sprawiły, że pojęcie "lud" narodziło się na nowo, innymi
słowy nastąpiła rekonstrukcja znaczenia, wyzuto go ze starego sensu
i przypisano nowy.
W ciągu czterdziestu lat, od początku rewolucji
kulturalnej aż do dziś, słowo "lud" stało się puste. Sięgając
po modne wyrażenia, można stwierdzić, że słowo "lud" to tylko
puste opakowanie, w którym wprowadza się na rynek nowe produkty.
Wiosną 1989 roku Pekin stał się
anarchistycznym rajem. Milicja zniknęła z ulic, a studenci i mieszkańcy
samorzutnie przejęli ich obowiązki. Wątpię, czy jeszcze kiedykolwiek
zobaczymy taki Pekin. Wspólny cel i jednakie pragnienia sprawiły, że
w mieście pozbawionym policji panował idealny porządek. Wystarczyło
wyjść na ulicę, aby poczuć przyjazną i serdeczną atmosferę. Można
było jeździć metrem i autobusami bez biletów, wszyscy uśmiechali się
do siebie nawzajem, zniknął dystans pomiędzy ludźmi. Nie uświadczyło
się, wcześniej powszechnych, kłótni na ulicach; zazwyczaj małostkowi
i chytrzy, uliczni sprzedawcy za darmo dawali demonstrantom jedzenie
i wodę; emeryci wyciągali ze swoich chudych kont gotówkę
i wspomagali głodujących na placu studentów; nawet złodzieje
wydali oświadczenie w imieniu związku złodziei: "W ramach poparcia
głodujących studentów zaprzestajemy wszelkich kradzieży...". Pekin
stał się miastem, w którym "wszyscy ludzie są braćmi".
Jeśli mieszkasz w chińskim mieście, nie możesz
pozbyć się wrażenia - ileż tu ludzi! Ale tylko po zobaczeniu
tłumów, jakie zebrały się wtedy na Tiananmen, naprawdę dotrze do
ciebie, że Chiny to najludniejszy kraj na świecie. Każdego dnia na
placu falowało morze głów. Studenci, którzy przyjechali do Pekinu
z innych prowincji, stawali na skraju placu czy na rogach ulic i przemawiali
dzień za dniem, aż do ochrypnięcia, ale mimo że prawie niesłyszalni,
uparcie mówili dalej. Ich publiczność, czy doświadczeni życiem
starcy, czy matki z dziećmi na rękach, z szacunkiem przyjmowała
wszystkich mówców, nawet widząc dziecinne twarze studentów i słysząc
dziecinne przemowy, gorąco klaskała i potakiwała z aprobatą.
Czasem zdarzały się również komiczne
sytuacje. Pewnego popołudnia siedziałem w ciemnej sali Chińskiej
Akademii Nauk Społecznych przy Jianguomen, uczestnicząc w zebraniu
Stowarzyszenia Intelektualistów Stolicy. Kiedy czekaliśmy na
Yan Jiaqi, jednego z doradców Zhao Ziyanga, zauważyłem, że kilka
osób obsztorcowywało redaktora pewnej gazety, w której właśnie
opublikowano manifest stowarzyszenia. Byli niezadowoleni ze zbyt
niskiej pozycji swoich nazwisk na liście i że wyprzedzają ich
o wiele mniej znane osoby. Dlaczego nazwiska ludzi bez żadnej renomy
pojawiły się tak wysoko? Biedny redaktor bronił się, że nie miał
z tym nic wspólnego, w końcu nawet przeprosił, ale nie ułagodziło
to jego rozmówców. Kłótnia skończyła się, kiedy pojawił się
Yan Jiaqi.
Wtedy spotkałem go po raz pierwszy
i ostatni. Zapamiętałem bardzo wyraźnie atmosferę tego
popołudnia. Sławny naukowiec, który utrzymywał bliskie kontakty
z Zhao Ziyangiem, wszedł przygnębiony do ciemnej sali. Ludzie uciszyli
się, gdy przekazał złą wiadomość. Cichym głosem powiedział:
"Zhao Ziyang jest w szpitalu".
W ówczesnej sytuacji politycznej wiadomość, że ważny
polityk ma problemy zdrowotne i znajduje się w szpitalu mogła oznaczać
dwie rzeczy - albo odsunięto go od władzy, albo, że się ukrywa. Gdy
tylko Yan Jiaqi powiedział, że Zhao jest w szpitalu, wszyscy zgromadzeni
w sali intelektualiści natychmiast zrozumieli, co to oznacza. Część
zaczęła się dyskretnie wymykać, wkrótce wszyscy rozeszli się
i zniknęli jak liście zrzucane z drzew przez jesienny wiatr.
Po wydarzeniach na placu Tiananmen Zhao Ziyang przepadł
bez śladu. Dopiero gdy zmarł w 2005 roku, agencja Xinhua opublikowała
lakoniczną notkę dotyczącą tego ważnego polityka: "Towarzysz
Zhao Ziyang cierpiał na przewlekłe choroby układu oddechowego
i krwionośnego, był wielokrotnie hospitalizowany. W ostatnich dniach
stan jego zdrowia się pogorszył i mimo podjętej akcji ratowniczej
zmarł 17 stycznia w Pekinie w wieku 85 lat".
W Chinach, nawet gdy umrze chociażby emerytowany
minister, oficjalny komunikat prasowy jest znacznie obszerniejszy. W notce
nie wspomniano ani słowem o przebiegu kariery dawnego lidera partyjnego,
nie napisano również, kiedy odbędzie się pogrzeb. Ale informacja
o dacie ceremonii pożegnalnej dotarła do grup petentów mieszkających
na Pekińskim Dworcu Południowym. Nie mam pojęcia, jakimi kanałami
informacja przedostała się do tej najsłabszej części chińskiego
społeczeństwa, ale sami się zorganizowali i wyruszyli oddać ostatni
hołd Zhao. Ponieważ nie mieli przepustek, policja rzecz jasna nie
pozwoliła im wejść, ale rozwinęli transparenty i wspominali zmarłego,
stojąc na zewnątrz.
Pozostający na dole drabiny społecznej petenci
to produkt uboczny korupcji w Chinach. Doświadczeni bezprawiem
i prześladowaniami, najpierw pokładają nadzieję w prawie, licząc,
że sądy wymierzą sprawiedliwość, ale korupcja systemu sądowniczego
sprawia, że tracą jakąkolwiek wiarę w prawo. Przyjeżdżają do
Pekinu składać petycje, mając nadzieję, że wyższy rangą urzędnik
rozpatrzy uczciwie ich sprawy. Takich ludzi nazywa się "uchodźcami
sądowniczymi".
W Chinach istnieje alternatywny wobec prawa
system petycji, który stanowi ostatnią deskę ratunku dla ludzi
doświadczających różnych krzywd, i pozwala łudzić się ofiarom
korupcji i niesprawiedliwości, że istnieją jeszcze uczciwi
urzędnicy. To, że jest większe zaufanie do ludzi niż do prawa,
jest pozostałością po starym i mocno zakorzenionym przekonaniu
o wyższości rządów dobrych ludzi nad rządami prawa. Petenci,
rujnując siebie i swe rodziny, ściągają z całego kraju do stolicy
i marzą, że pewnego dnia spotkają prawego urzędnika, który przyzna im
rację. W 2004 roku oficjalna liczba zgłoszonych petycji przekroczyła 10
milionów. Petenci borykają się z niewyobrażalnymi przeszkodami, gdy
głodni śpią pod gołym niebem, policja przegania ich jak żebraków,
a niektórzy z wygodnie usadowionych intelektualistów nazywają ich
umysłowo chorymi.
Właśnie taki bezbronny "lud" w styczniu 2005 roku
pożegnał Zhao Ziyanga. W ich oczach był "najbardziej pokrzywdzonym
człowiekiem w Chinach", bardziej niż oni sami, bo jak bardzo by nie
cierpieli, zawsze pozostawała szansa petycji, a Zhao "nie miał gdzie
iść ze skargą".
Pod koniec maja wróciłem do rodzinnego Zhejiangu i po
załatwieniu spraw rodzinnych 3 czerwca po południu wsiadłem do pociągu
do Pekinu. Położyłem się na leżance w przedziale drugiej klasy
i słuchałem stukotu kół na szynach, dopiero kiedy w przedziale zapaliło
się światło, zauważyłem, że nastał zmrok. Wtedy sądziłem, że
ruch studencki przypomina maraton, będzie długo trwał i nie wiadomo
kiedy się skończy. Ale gdy zbudziłem się rano i w dojeżdżającym
do Pekinu pociągu włączono głośniki, z podnieconego głosu spikera
wywnioskowałem, że wojsko wkroczyło na plac.
Po wystrzałach 4 czerwca studenci, miejscowi i przybysze
z innych miast, zaczęli opuszczać Pekin. Wyraźnie pamiętam morze
głów, gdy rano wysiadłem na Dworcu Pekińskim. Ludzie masowo uciekali
z miasta, a ja w tym paskudnym momencie wróciłem do stolicy. Gdy
wyszedłem objuczony plecakiem na plac przed dworcem i nieustannie
zderzałem się z biegającymi we wszystkie strony ludźmi, zrozumiałem,
że za chwilę będę, tak jak oni, uciekał z miasta.
Wyjechałem 7 czerwca, a ponieważ w Szanghaju zapalił
się pociąg i czasowo zamknięto linię Pekin - Szanghaj, postanowiłem
okrężną drogą dostać się do Wuhanu, a stamtąd łodzią dopłynąć
do Zhejiangu. W kilka osób wynajęliśmy wóz i na pace pojechaliśmy
Aleją Chang'an do dworca. Pekin, zaledwie kilka dni wcześniej
tętniący życiem, przedstawiał sobą żałosny widok opuszczonego
miasta, na ulicach prawie nie było ludzi, jedynie ze spalonych
samochodów unosił się czarny dym. Za estakadą Jianguomen stał
czołg z lufą złowrogo wycelowaną w naszą bezbronną gromadkę. Na
dworcu udało się nam dopchać do oblężonych kas i kupić bilety
na miejsca stojące, bo miejscówki już wykupiono. Przed wejściem
do hali dworcowej żołnierze przy bramkach dokładnie nas przeszukali
i przepuścili dopiero wtedy, gdy upewnili się, że nasze twarze nie
znajdują się na listach poszukiwanych.
Nigdy w życiu nie podróżowałem równie
zatłoczonym pociągiem. W wagonie wypełnionym uciekającymi z Pekinu
studentami praktycznie nie było żadnych pustych przestrzeni pomiędzy
ludźmi. Niestety, po godzinie jazdy poczułem, że muszę skorzystać
z toalety. Z olbrzymim wysiłkiem przepychałem się przez tłum, ale
w połowie drogi zrozumiałem, że to nie ma sensu. Słyszałem, jak ktoś
wrzeszczy i wali w drzwi łazienki, ale wewnątrz także było pełno
ludzi odkrzykujących, że nie są w stanie ich otworzyć. Musiałem
wytrzymać kolejne trzy godziny, aż do momentu, gdy pociąg zatrzymał
się w Shijiazhuangu. Od razu pobiegłem do łazienki, potem znalazłem
automat telefoniczny i zadzwoniłem z prośbą o pomoc do znajomego
redaktora literackiego czasopisma. Wysłuchał mnie i powiedział:
"Teraz wszędzie jest chaos, nigdzie nie jedź. Zostań tutaj i napisz
dla nas powieść".
Spędziłem tam ponad miesiąc, ale pisanie szło mi
jak po grudzie. Początkowo w telewizji codziennie pokazywali schwytanych
studentów z listy poszukiwanych, ponadto na okrągło puszczali powtórki
z częstotliwością, jakiej nigdy wcześniej nie widziałem. Coś
takiego powtórzyło się dopiero podczas olimpiady, kiedy pokazywano
chińskich złotych medalistów. Daleko od domu, w obcym hotelowym pokoju,
patrzyłem na zagubione twarze aresztowanych studentów, słuchałem
ujadania spikerów i czułem, że ogarnia mnie przerażenie.
Nagle pewnego dnia obrazy w telewizji się
zmieniły, zniknęły powtórki ze studentami, ucichły pełne
triumfu komentarze. Chociaż poszukiwania i aresztowania trwały
dalej, telewizja wróciła do znajomych ujęć: scen dobrobytu
w całej naszej ojczyźnie. Spikerzy jednego dnia z wigorem demaskowali
przestępstwa pojmanych studentów, drugiego z zachwytem wychwalali
rozwój kraju. Począwszy od tamtego dnia chińskie media przestały
wspominać o wydarzeniach na placu Tiananmen, podobnie jak o Zhao Ziyangu,
nie natknąłem się potem na najkrótszą wzmiankę o nich, jakby ich
wcale nie było, wszystko odgrodzono i schowano. Pamięć o czerwcowych
wydarzeniach zanika nawet wśród tych, którzy brali w nich udział,
być może presja życia nie pozostawia czasu na wspomnienia. Minęło
dwadzieścia lat i pojawiło się pewne niepokojące zjawisko -
w pokoleniu młodych Chińczyków jedynie nieliczni wiedzą o wydarzeniach
na placu, ale i ci niepewnie mówią: "Podobno wtedy demonstrowało
dużo ludzi".
Dwadzieścia lat minęło w mgnieniu oka,
ale jestem pewien, że pamięć historyczna nie ginie tak szybko. Moim
zdaniem, ludzie, którzy uczestniczyli w wydarzeniach rozgrywających
się w 1989 roku, pewnego dnia powrócą do tego rozdziału swego życia
i bez względu na to, jakie teraz mają poglądy, odkryją wspomnienia
wyryte głęboko w pamięci.
Pamięć o tych wydarzeniach sprawiła, że zrozumiałem,
co oznacza słowo "lud".
Czasem potrzebujemy szczęśliwego trafu, aby
w pełni uświadomić sobie znaczenie jakiegoś wyrazu - chcę przez to
powiedzieć, że w ciągu życia mamy do czynienia z wieloma słowami
i gdy niektóre pojmujemy na pierwszy rzut oka, to sensu innych, mimo że
ciągle się z nimi stykamy, tak naprawdę wcale nie rozumiemy. "Lud"
należy do tej drugiej kategorii. To jedno z pierwszych słów, jakie
nauczyłem się pisać i czytać. Towarzyszyło mi zawsze w wędrówce
przez życie, bez przerwy miałem je przed oczami i nieustannie
brzęczało mi w uszach, ale nigdy tak naprawdę nie przyswoiłem
jego sensu. Dopiero gdy miałem trzydzieści lat przeżycia pewnej
głębokiej nocy uświadomiły mi w końcu jego wielkość. Dopiero
wtedy rzeczywiście, a nie pozornie, zetknąłem się z tym słowem
i nie chodzi mi o zrozumienie sensu lingwistycznego, socjologicznego czy
antropologicznego, ale o sens wypływający z realnych doświadczeń,
a nie z teorii i definicji. Dlatego mogę powiedzieć, że "lud" nie
jest pustym słowem, że spotkałem jego ucieleśnienie z krwi i kości
i poczułem jego mocno tętniące serce.
To nie gigantyczne demonstracje na placu przyniosły mi
zrozumienie słowa "lud", ale pewne drobne wydarzenie pewnej majowej
nocy. W Pekinie obowiązywał wówczas stan wyjątkowy, ale studenci
i mieszkańcy miasta samorzutnie zbierali się na skrzyżowaniach,
wiaduktach i wyjściach z metra, żeby uniemożliwić armii wkroczenie
na plac.
Mieszkałem wtedy w Instytucie Literatury im. Lu Xuna,
w Shilipu, we wschodniej części Pekinu. Prawie codziennie w południe
wsiadałem na stary rower, w którym dzwoniła każda część poza
dzwonkiem, i jechałem na plac, gdzie siedziałem do późnej nocy albo
nawet do świtu i dopiero wtedy wracałem do akademika. W maju w Pekinie
jest gorąco w dzień, ale chłodno nocą. Pewnego razu wyruszyłem
w drogę ubrany tylko w koszulę z krótkim rękawem i nocą przemarzłem
do kości. Jechałem z placu do akademika, zimny wiatr wiał w twarz,
a każda część mojego ciała trzęsła się tak samo jak części
roweru. Lampy uliczne nie świeciły, jedynie księżyc wskazywał mi
drogę. Im dłużej jechałem, tym bardziej byłem skostniały. Ale
gdy dojechałem do Hujialou, nagle poczułem wypływający z mroku
powiew ciepłego powietrza, który wzmagał się, im bardziej się
zbliżałem. Potem usłyszałem dźwięki piosenki niesione w powietrzu
i w końcu zobaczyłem światło w oddali. Następnie zadziwiająca
scena rozpostarła się przed moimi oczami. Kiedy otoczyła mnie fala
gorąca, zobaczyłem rozświetlony wiadukt Hujialou, a na nim i pod nim
ponad dziesięć tysięcy ludzi, którzy pod nocnym niebem z przejęciem
śpiewali hymn narodowy:
Naszą krwią i naszym ciałem
wznieśmy nowy wielki mur!
Chiński naród jest
w największym niebezpieczeństwie.
Z ucisku wszystkich wychodzi
nasz ostatni krzyk:
Powstańcie! Powstańcie!
Powstańcie!
Jest nas wielu, ale nasze serce bije
jedno![2]
Nie mieli broni, ale byli przekonani, że swoimi ciałami
mogą zatrzymać żołnierzy i czołgi. Zebrani razem, promieniowali
gorącem, jakby każdy z nich był rozpaloną pochodnią. To była
znacząca chwila w moim życiu. Wcześniej byłem przekonany,
że światło jest szybsze niż dźwięk, a głosy ludzi słyszy
się wcześniej niż odczuwa ciepło ludzkiego ciała. W tamtą noc
zrozumiałem, że się myliłem. Kiedy się zgromadzi "lud", jego
głos mknie szybciej niż światło, a ciepło ciał sięga dalej niż
głos. W końcu zrozumiałem, co oznacza słowo "lud".
[2] Tłumaczenie z Wikipedii.