Chińskie thrillery psychologiczne - Pakiet 2 książek - Yu Hua, A Yi

Kup ebooka

65.00 zł
39.00 zł (39,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Dzisiaj poszedłem kupić okulary. Najpierw przymierzyłem przeciwsłoneczne, ale stwierdziłem, że zamiast maskować, tylko bardziej przyciągają uwagę. W końcu wybrałem takie z normalnymi szkłami. Były dużo lepsze, bo nie rzucały się w oczy, a gdyby ktoś mnie ­zobaczył, pomyślałby tylko, że mam wadę wzroku. Ludzie są skłonni ufać okularnikom. Kupiłem też przezroczystą taśmę klejącą. Na próbę owinąłem nią sobie rękę i musiałem się potem namęczyć, żeby ją zerwać.

Nie planowałem dzisiaj kupować ubrań, a do tego sklepu wszedłem przez litość. Właścicielka miała około trzydziestki, była niska, o ciemnej twarzy i z niebieską myszką na policzku, z której wyrastał włosek. Jakaś klientka przed chwilą naśmiewała się z jej wyglądu. Pomyślałem, że każdy chce wyglądać ładnie, a ona jako kobieta ma prawo otworzyć sobie sklep z ubraniami. Tak sobie pomyślałem, ale kiedy podniosła głowę, od razu po­żałowałem. Jej służalcze spojrzenie śledziło każdy mój ruch. Już chciałem wyjść, gdy usłyszałem, że woła do mnie: "Proszę pana!".

- To, co gdzie indziej dają za tysiąc, u mnie pan dostanie za kilkaset. Te same rzeczy, przebrane.

Podała mi koszulkę.

- Niech pan przymierzy, bo bez mierzenia to nic nie wiadomo. Pan najpierw zmierzy, a o cenę będziemy się martwić później.

Te kuszące klientów słowa w jej ustach zabrzmiały chropawo. Przyłożyłem do siebie koszulkę i spojrzałem w lustro. Wyglądałem tak samo jak zwykle. Gdy odrzucałem koszulkę na ladę, powiedziała:

- Pasuje panu. To jakiej pan chce?

- Nie ma pani takich - odparłem już w drzwiach.

- Pan powie jakie, zobaczymy.

- Nie wiem, jak to powiedzieć.

Wyszedłem, a ona smętnie podążyła za mną. Ulicą szedł facet w garniturze, błyszczących butach i z aktówką pod pachą.

- O, coś takiego. Ma pani takie?

Ku mojemu zdumieniu, zaszemrała:

- Mam, mam! Czemu nie?

- Buty i aktówkę też?

- Wszystko jest.

Nie spuszczając ze mnie oczu w obawie, że jednak odejdę, wróciła do sklepu i rzeczywiście, znalazła wszystko co trzeba, tylko aktówka była brązowa. Zebrałem ubrania, przebrałem się i podszedłem do lustra. Widząc pudełko z żelem do włosów, zapytałem:

- Można trochę, czy trzeba płacić?

- Można, pan bierze, ile pan chce.

Zgarnąłem dużą garść i przygładziłem włosy na płasko. O to mi chodziło.

- Na ile lat teraz wyglądam? - spytałem.

- Na dwadzieścia.

- Niech pani powie prawdę.

- Może dwadzieścia sześć - siedem.

Nie wiedziała, czy ta odpowiedź mnie zadowoliła i z niepokojem odprowadziła mnie wzrokiem do przymierzalni. Przebrałem się z powrotem, przyjrzałem się jej przez chwilę (faktycznie była brzydka) i spytałem:

- Ile razem?

Znieruchomiała, a potem jakby spazm targnął całym jej ciałem. Rzuciła się do kalkulatora.

- Policzyłam panu z maksymalną zniżką. ­Razem sześćset juanów, ale wezmę pięćset osiemdziesiąt.

- Za drogo.

- Co najwyżej mogę jeszcze opuścić dwadzieścia, bo inaczej w ogóle nie zarobię.

- Za drogo, nie stać mnie.

- To pan powie, ile.

Patrząc na jej podnieconą twarz, wspomniałem, co zawsze mówiła mi matka: "Tnij cenę na połowę". Ja byłem jeszcze twardszy.

- Dwieście.

- Panie, to nawet kosztów nie pokryje.

- Dwieście.

- Jak pan naprawdę chce kupić, niech pan bierze za czterysta.

- Mam tylko dwieście.

- To wszystko za dwieście? Na taki interes mnie nie stać. Jak pan chce coś jednego, to możemy porozmawiać.

Wyszedłem. Za mną było cicho, ale niemal słyszałem, jak w duszy kłóci się sama ze sobą, jakby się rozdwoiła: jedna już chce za mną wybiec, druga jest zdania, że trzeba jeszcze zaczekać. W takiej sytuacji, kto zrobi pierwszy krok, daje znak, że gotów jest na ustępstwa. Już miałem skręcić za róg, przekonany, że nic z tego nie będzie, kiedy usłyszałem za sobą jej głos:

- Pan zaczeka! Pan bierze za dwieście!

Odwróciłem głowę - z podnieceniem, a nawet desperacją machała do mnie ręką, w drugiej ściskając wypchaną torbę. Odmachałem jej, ale nawet się nie zatrzymałem. Miałem przy sobie tylko dziesięć juanów i jeszcze jakieś groszaki.

Kiedy o 18:30 wracałem na osiedle akademii wojskowej, natknąłem się na starego He, który również szedł do domu. Na całym osiedlu mieszkaliśmy tylko my dwaj, ale przy bramie przez 24 godziny stał wartownik. Dla młodych kadetów akademii to było ważne zadanie, więc sztywni i prości jak drut stali na swoim stanowisku.

Wspinałem się po schodach za starym He, starannie utrzymując dystans między nami. Dopiero kiedy zamknął za sobą drzwi, otworzyłem moje. W domu nie było nikogo. Czasami naprawdę miałem nadzieję, że wchodząc natknę się na wyskakującego z mieszkania złodzieja.

Usiadłem i nie mając co ze sobą zrobić, zacząłem wpatrywać się w przestrzeń. Podobno, żeby czymś zapełnić nadmiar wolnego czasu, więźniowie uczą się różnych zawodów, a niektórzy po wyjściu są tak dobrzy, że mogliby uczyć innych. Ja nauczyłem się tylko masturbować. Wszedłem do łazienki i próbowałem wyobrazić sobie dziewczyny w uwodzicielskich pozach, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Mimo to udało mi się skończyć z wytryskiem.

Potem zasnąłem, a po obudzeniu sen nie chciał już przyjść. Musiałem znaleźć sobie jakieś zajęcie. Wszedłem do gabinetu i zapaliłem światło - w rogu stał stary ciemnozielony sejf bez kodowego zamka, przykryty plastikową osłoną od kurzu i zawalony różnymi rupieciami. Stał na nim wazon ze sztucznymi różami, doniczka, kosz na śmieci i sterta magazynów "Masy i film". Zestawiłem to wszystko z sejfu, znalazłem jakiś klucz mniej więcej pasujący rozmiarem, wetknąłem do zamka i spróbowałem powolutku obrócić. Zgasiłem światło, bo ciemność sprzyja koncentracji i wzmacnia cierpliwość. Kiedyś już udało mi się go otworzyć; w środku były znaczki, jakieś obrazki, coś z nefrytu, dolary i naboje.

Pomyślałem, że kiedy ciotka odkryje kradzież, szlag ją trafi z wściekłości, ale nie odważy się nic powiedzieć. Zasłużyła sobie. Ja z matką nic stryjowi nie jesteśmy winni. To, że zamieszkałem u stryjostwa, było z ich strony po prostu spłatą długu wobec naszej rodziny. Kiedy ojciec i stryj byli młodzi, mój ojciec, chociaż uczył się lepiej, ustąpił miejsca młodszemu bratu. Utrzymywał go w czasie studiów, a sam zniszczył sobie płuca w kopalni. Ciotka kiedyś była zwykłą konduktorką w autobusie, ale uważała się za nie wiadomo co, bo urodziła się w stolicy prowincji. Kiedy matka mnie tu zabrała, przywiozła różne nasze lokalne przysmaki, ale ciotka odsunęła je pogardliwie ze słowami:

- Ależ nie trzeba, zabierz to. U was się przecież nie przelewa.

Miałem ochotę jej wtedy wykrzyczeć: "Moja matka lepiej umie zarobić niż ty!".

Kiedy się do nich wprowadziłem, stryj z ciotką jeszcze tu mieszkali. Muszę przyznać, że było mi wtedy trudno. Dręczyło mnie skrępowanie, przygnębienie, nieśmiałość; ciągle się czegoś wstydziłem. Nigdy nie wiedziałem, co zrobić albo czego nie robić, żeby była zadowolona. Pamiętam, jak kiedyś powiedziała nagle:

- To co, może jeszcze powiesz, że nawet telewizji nie pozwalam ci oglądać?

Dopiero później przypomniałem sobie, że bojąc się jej pretensji przez dwa miesiące nie oglądałem telewizji. Bez przerwy myła podłogę, przecierała ją mopem, a potem jeszcze na kolanach docierała szmatą. Myślałem nawet o tym, żeby spytać jej znajomych, czy to zamiłowanie do czystości było u niej zawsze, czy może pojawiło się dopiero po moim przyjeździe.

Teraz mieszkała na innym osiedlu akademii i doglądała ciągnącego się w nieskończoność remontu nowego dwupoziomowego apartamentu. Stryja już jakiś czas temu skierowano na stanowisko w terenie, więc zostałem w mieszkaniu sam. Kiedyś ciągle tęskniłem za wolnością, ale ostatecznie okazało się, że wolność to nie taki znowu skarb. Też potrafi śmierdzieć. Czasu miałem nadmiar, więcej, niż dało się zużyć.

Ściskając palcami klucz, zacząłem obracać go wolniutko i ta czynność pochłonęła mnie całkowicie. W pewnym momencie z ­korytarza dobiegł mnie odgłos kroków. Po chwili kroki zatrzymały się i rozległ się brzęk kluczy, ten ktoś wreszcie znalazł właściwy i zdecydowanie wepchnął go w zamek. ­Zgrzytnęły otwierane drzwi antywłamaniowe. Ktoś wraca do domu, normalka. Dalej kręciłem kluczem i nagle do mnie dotarło. Gwałtownie szarpnąłem klucz, ale zaklinował się w zamku, a przy kolejnym niecierpliwym szarpnięciu - złamał mi się w ręku. Gdy ciotka otwierała drugie drzwi, ja po omacku naciągnąłem na sejf plastikową osłonę i wyrównałem brzegi. Ciotka kolejno zamykała najpierw jedne, potem drugie drzwi, a ja tymczasem usta­wiałem te wszystkie wazony, doniczki, magazyny. Zorientowałem się nagle, że źle stoją i zacząłem rozstawiać je na nowo. Kiedy stawiałem doniczkę, ręce tak mi się trzęsły, że prawie spadła na podłogę.

Drzwi do gabinetu (czyli graciarni) były przymknięte.

Ciotka zajrzała do salonu i sypialni, a gdy zbliżyła się do gabinetu, ja leżałem już roz­ciągnięty na podłodze i ciężko dysząc, liczyłem:

- Czterdzieści cztery... czterdzieści pięć...

Ciotka pchnęła drzwi i wsunęła głowę do środka. Nie wiedziała, że właśnie stopą przesuwam kosz do tyłu.

- Co ty tu robisz po ciemku? - spytała.

Otworzyła szerzej drzwi i światło z salonu wpadło do gabinetu.

- Pompki - odparłem, dysząc.

- Lepiej byś się nauką zajął, zamiast pompki robić.

Zapaliła światło i gestem kazała mi wyjść. Wstałem i otrzepałem ręce z kurzu. Ciotka podniosła wazon, obejrzała go, a potem wrzuciła do kosza. Może chciała zajrzeć do sejfu? Poczułem palącą potrzebę, żeby coś powiedzieć, cokolwiek, a potem ją udusić. W tym momencie spojrzała na mnie i rzekła:

- Co z ciebie za dziwne dziecko, naprawdę. Mówiłam, żebyś poszedł się pouczyć.

Czułem, że twarz mnie pali i drgają mi policzki. Nie ruszyłem się.

- Wyjdź.

Wyszedłem dopiero, kiedy powtórzyła rozkaz. Usiadłem w salonie i jak na rozżarzonych węglach czekałem, aż wyjdzie i obwieści mi, co zrobiłem. Ale ona po wyjściu z gabinetu wepchnęła tylko do walizki kilka starych ubrań. Aż mi się wierzyć nie chciało.

- Jutro jadę w wasze strony spotkać się ze stryjkiem. Mam coś zabrać dla kogoś?

- Nie trzeba - odpowiedziałem.

Chyba wyczuła, że coś jest ze mną nie tak, ale otworzyła po prostu drzwi i wyszła.

2

Następnego dnia rano poszedłem obejrzeć tkwiący w zamku ułamek klucza. Nie było siły, żeby go wyciągnąć. Uznałem, że trzeba kupić obcęgi; miałem iść do szkoły na zdjęcia abiturienckie, więc mogłem kupić po drodze.

Tego dnia słońce było tak silne, że światło aż odbijało się od ziemi. Uczniowie zebrani na pustym placu przed szkołą gadali jak nakręceni, od czasu do czasu słychać było śmiechy. Ale ja wiedziałem, że nawet na chwilę nie opuszcza ich lęk przed tym, co wkrótce przydzieli im los. Z bliska w ich oczach widać było niepokój i strach. Tylko ja byłem poza tym wszystkim. Stanąłem z boku, nie zbliżając się do nikogo.

Rzecz miała przebiegać w dwóch etapach - najpierw każdy pozował do portretu, później było zdjęcie grupowe. Czekając na swoją kolej, przyglądałem się Kong Jie. W tym szczególnym dniu ubrana była w obcisły czarny kostium, a długą białą szyję owinęła szalem z cienkiego jedwabiu. Włosy miała zwinięte w kok, z którego wysunęło się kilka mokrych od potu kosmyków. Jej obraz w słonecznym blasku wywoływał u mnie drżenie serca, obawę, że każdy mój błąd może ją - taką cudowną i kruchą - bezpowrotnie zniszczyć.

Matka towarzyszyła jej wszędzie. Po śmierci męża wszystkie swoje nadzieje złożyła w córce, która cały czas poza szkołą poświęcała ćwiczeniom gry na skrzypcach. Na wszystkich występach matka sztywno siedziała przed sceną, obserwując reakcję publiczności, a potem z wielką surowością zabierała córkę do domu. Tylko raz, kiedy cała publiczność wstała, bijąc brawo, matka wreszcie objęła ją i zaniosła się brzydko brzmiącym szlochem.

Trudno w to uwierzyć, ale Kong Jie przez jakiś czas miała pieska. Musiała go ukrywać przed podwójną kontrolą matki i nauczycieli, więc po dwóch dniach przyszła do mnie ze swoim kłopotem, bo tylko ja mieszkałem sam. Tak się tym psem zająłem, że zdechł. Po moim kopniaku już nie wydobrzał i zdechł jej na rękach. Kiedy kopała mu grób łyżeczką, jej łzy spadały na rozkopaną ziemię. Czułem się bardzo winny, więc powiedziałem jej, że to ktoś inny go tak skopał.

Zauważyła teraz, że na nią patrzę i podeszła, sądząc, że mam do niej jakąś sprawę. W jej spojrzeniu była ta sama sympatia, z jaką niemowa patrzy na niemowę, głuchy na głuchego. Obojgu nam zmarli ojcowie.

- Smutny jesteś - powiedziała.

- Mam kłopot z ciotką - odrzekłem.

Nie mogłem spojrzeć prosto w te poważne oczy, zatroskane cudzymi kłopotami. Rzuciłem tylko:

- Żyć się nie da - i odszedłem.

Na miejscu, w którym nas fotografowano, rozwieszono białą płachtę, przed którą stało krzesło. Kiedy ktoś na nim siadał, wszyscy się przyglądali i gdy przyszła moja kolej, poczułem się nieswojo. Fotograf podniósł głowę znad aparatu i rzekł:

- Kolego, może byś tak przyczesał to wronie gniazdo.

Z jakiegoś powodu wywołało to śmiechy. Poczerwieniałem, usta mi drgnęły, ale podniosłem głowę, by uwiecznić na zdjęciu mój uciułany zarost. Po wszystkim odnalazłem niejakiego Li Yonga, który tak samo jak ja przeniósł się tu w połowie roku. Spojrzał na mnie z lękiem. Doniósł kiedyś na mnie, pobiliśmy się przez to i przegrał. Objąłem go za ramiona, uszczypnąłem i szepnąłem mu do ucha:

- Raz zawarta przyjaźń zostaje na całe życie, co nie, stary?

Po wspólnej fotografii wyszedłem ze szkoły. Nigdy już tu nie wrócę.

Kupiwszy obcęgi, sprawdziłem moje fundusze - niespełna 200 juanów. Pomyślałem, że przy okazji od razu kupię nylonową linkę i nóż, co zostawi mnie z kilkoma groszami. Wiedziałem, że zakup broni białej wymaga zgłoszenia i pozwolenia władz, więc początkowo planowałem kupić zwykły nóż kuchenny, ale kiedy sprzedawca uśmiechnął się do mnie konspiracyjnie, oświeciło mnie, że nie muszę być taki ostrożny. Powiedziałem wprost, że szukam sztyletu. Sprzedawca zabrał mnie na zaplecze i wyciągnął pudło, w którym leżały wojskowe sprężynowce. Spytał, czy chcę taki, który się składa auto­matycznie, czy taki, który tego nie potrafi. Wybrałem ten pierwszy.

Miałem poczucie, że sprężynowy nóż nada sprawie wymiar rytualny. Schowałem go do plecaka, a wszedłszy między ludzi, poczułem nagle nieprzepartą pokusę, żeby co chwilę go dotykać. Przesuwałem blokadę do przodu - i pyk! nóż się otwierał; do tyłu - i pyk! znów się zamykał. Zakręciło mi się w głowie. Jestem bogiem śmierci! Mam nieograniczoną władzę, to ja decyduję o życiu i śmierci tych przechodniów, którzy - skłonni wierzyć, że świat wciąż idzie swoim torem - nie będą umieli zrozumieć absurdu tej tragedii, która spadnie na nich jak grom z jasnego nieba. Ale stopniowo zaczął mi wracać spokój. Muszę wybrać ofiarę. Tak jest, muszę dokonać wyboru. Byłem zdania, że powinienem zabić kogoś, kto jest tego wart. Nikt z tych ­ludzi się nie nadawał. Aż zobaczyłem nadchodzącego młodego człowieka (a może był w średnim wieku, trudno to rozgraniczyć), przeczesującego włosy jednorazowym hotelowym grzebieniem. Miał jakieś metr osiemdziesiąt wzrostu, wielkie skórzane buty, wąskie spodnie i obcisłą czarną koszulę. Był trochę za chudy i tak wąski w ramionach, że wyglądało to dziwacznie, nie wpływało jednak na jego świetną samoocenę. Szedł wielkimi krokami, wyniośle mijając przechodniów. Pomyślałem, że pewnie jeszcze wczoraj nie miał co ze sobą zrobić, a dziś rano dostał telefon o awansie i odtąd będzie miał w biurze własny pokój.

Mijając się z nim, usłyszałem, jak radośnie śmieje się w telefon i pomyślałem: "Ja cię zabiłem, tylko o tym nie wiesz".

Po powrocie do domu wziąłem obcęgi, chwyciłem nimi tkwiący w zamku ułamek klucza i usiłowałem go wyciągnąć, ale nie mogłem sobie z nim poradzić. Beznadziejność sytuacji wzbudziła we mnie taką wściekłość, że zacząłem walić w sejf obcęgami i przestałem dopiero, kiedy omdlały mi palce. Pomyślałem, że oto mój dokładnie opracowany plan zacina się przez taki szczegół.

O 13:30 na korytarzu trzasnęły zamykane drzwi. Stary He wyszedł z mieszkania, więc zebrałem się w sobie i też wyszedłem. To również była część planu. Stary He wyprowadzał swojego myśliwskiego psa. Pies pod­nosił łapy i nim postawił je z powrotem na ziemi, za każdym razem głęboko się zamyślał. Czasami obaj się zatrzymywali, stary drapał się po ręce, a pies ocierał mu się o nogi swym przeżartym liszajami grzbietem. Czasami kładł się i nie chciał iść dalej, a wtedy stary kopał go w brzuch i plując, krzyczał:

- Po co ja cię trzymam, jak zdechniesz, to wreszcie będzie spokój!

A stary pies z przyzwyczajenia szczekał kilka razy, lecz w jego głosie nie było ani bólu, ani strachu. Dopiero gdy He mocniej szarpnął smyczą, pies zbierając siły, dźwigał się i chwiejnie stawał na nogach. Czasami, żeby go zachęcić, stary He rzucał mu coś do jedzenia.

Tego psa nic nigdy nie było w stanie pobudzić do szczekania, ale kiedy wziąłem do siebie małego pieska Kong Jie, stary kundel nie wiedzieć jakim sposobem zawiadomił o sobie mojego szczeniaka. Mały zaczął jak szalony drapać w drzwi pazurami i szczekać - przez cały dzień, bez przerwy, do ochrypnięcia. Właśnie wtedy stary He zaczął walić w nasze drzwi. Następnie zaczął w nie kopać. Miałem ochotę szczeniaka zadusić. Otworzyłem drzwi i nim zdążyłem się zorientować kto to, stary He złapał mnie za kark. Otworzył usta i zobaczyłem jego poczerniałe zęby.

- Co za hałasy o tej porze!... Kurwa mać, żeby to raz, dwa, to jeszcze, ale cały dzień jazgocze, cały dzień!... Jak ci się nie podoba tu mieszkać, to wynocha!... Co "przepraszam", cholera, idź matkę swoją przepraszaj, cholera jasna, wynocha!

Przyznaję, że nie miałem siły mu się postawić. Kiedy mnie puścił, zacząłem kasłać, żeby wzbudzić w nim współczucie i tym skończyć sprawę, ale jemu wciąż było mało - na początek dał mi w pysk, a potem poprawił jeszcze paroma kopniakami. Powstrzymując łzy, ukłoniłem mu się i zamknąłem drzwi. Spojrzałem na pieska - był ledwo żywy ze strachu. Wysłałem SMS do Kong Jie, żeby go zabrała. "Są kłopoty", napisałem. W tym momencie szczeniak znów zajazgotał, więc kopnąłem go w brzuch, aż poleciał w powietrze, a potem spadł z plaśnięciem na ziemię.

Kiedy teraz szedłem za starym He, nie czułem w sercu nienawiści. Albo inaczej - jeśli nawet była we mnie nienawiść, umiałem ją w sobie stłumić. Mam tę zaletę, że niełatwo ulegam emocjom. Pomyślałem, że ten idący przede mną człowiek od dawna jest już w grobie. Jest bez wartości. Potrafiłem zrozumieć samotność starego wojskowego instruktora, który kiedyś miał pod sobą kilka tysięcy ludzi. Był stary, więc sypiał coraz krócej. Codziennie bladym świtem wyprowadzał psa, a gdy wracał o wschodzie słońca - bo co miał innego zrobić? - miał już właściwie za sobą zadania na cały dzień. Wchodził do kuchni i zaczynał łomotać garnkami, czasami waląc łyżką w brzegi woka, aż brzęczało. O stałej godzinie szedł na wartownię po gazetę, którą od deski do deski czytał do południa. Potem robił obiad. Następnie spał przez godzinę i znów wychodził ze swoim wiekowym psem. Któregoś dnia nie poszedł z psem na spacer i niczego nie gotował, ale od samego rana, w wyprasowanym mundurze, obwieszony medalami, czekał na coś przed blokiem. Chodził w tę i z powrotem, aż wreszcie pod wieczór na osiedle wjechał jakiś samochód. He podbiegł do niego truchtem i kolejno uścisnął ręce przybyszom. Stałem wtedy na piętrze i widząc jak delegaci, ledwie wysiadłszy z samochodu, wsiadają do niego z powrotem, nie mogłem powstrzymać się od śmiechu.

Stary He szedł przed siebie, aż napotkawszy grupkę szachistów, skupioną wokół roweru z przyczepą, stanął i z założonymi za plecy rękami zaczął się im przyglądać. Któryś z graczy zrobił widocznie ruch nie po jego myśli i stracił pionek, więc He zaczął głęboko wzdychać, aż gracze zaczęli się z nim kłócić. Kiedy przegadał już wszystkich, szachiści patrząc krzywo na wtrącającego się w nie swoje sprawy dziwaka, wsiedli na rowery i odjechali.

Poszedł więc dalej, w kierunku muru rozdzielającego targ od placu budowy. Pod murem po stronie budowy siedziała grupa kobiet w średnim wieku, w piżamach i z torebkami w rękach. Jadły obiad z pudełek. Kilku starych mężczyzn w białych podkoszulkach przechadzało się obok z kubkami herbaty albo z koszykami na zakupy, udając, że nie wiedzą, co tu robią, aż któraś z kobiet spytała:

- Zabawimy się?

W tym momencie stary He zawsze wyrywał się pierwszy.

- A w co?

- Nie wiesz, w co?

- Nie wiem. Powiedz, to zobaczymy.

- Dobrze wiesz w co, co tu jeszcze gadać.

- Ale naprawdę nie wiem...

- A jebał cię...

Uzyskawszy tę odpowiedź, stary He mrucząc z zadowoleniem "Jebał cię, jebał cię...", odwiązał przywiązaną do drzewa smycz i razem z psem ruszył do pobliskiego parku. Przestałem go śledzić i wróciłem do domu. Wlałem do zamka wodę z mydłem, wziąłem obcęgi i kolejny raz próbowałem wydostać klucz. Bezskutecznie. Do tej pory jeszcze panowałem nad sobą, ale w tym momencie straciłem cierpliwość i po prostu wbiłem cały wystający kikut do środka. Poleżałem kwadrans w sypialni, wróciłem do gabinetu, nasikałem do otworu w sejfie, a potem ująłem go mocno za nóżki, podparłem barkiem, ryknąłem i poderwałem do góry. Przewalił się z hukiem. Nie miałem oczywiście nadziei, że się rozpadnie, ale na spodzie ujrzałem przyklejoną kilkoma warstwami przezroczystej taśmy równie przezroczystą kopertę, jedną z tych, które wystarczy ścisnąć i same się sklejają. Rozerwałem kopertę, wyciągnąłem upchnięte w niej kawałki starych gazet i zobaczyłem, że w środku znajduje się dziesięć starych monet. Miały na sobie napisy z nazwami różnych dynastii.

Niemal popłakałem się ze śmiechu. Miałem ochotę zadzwonić do kogoś i opowiedzieć, jak odkryłem przedziwny tok myślenia drobnomieszczan, którzy chcą ukryć swój skarb. Ciotka nikomu nie ufała, nawet sobie samej i wymyśliła, że najbezpieczniej będzie tam, gdzie najłatwiej się dostać. Kiedy wczoraj wypędziła mnie z gabinetu, chciała pomacać, czy wszystko jest na miejscu. Pomacała, było, więc wyszła uspokojona.

Stary He wrócił do domu. Spojrzałem na zegarek - 18:30. Prawdziwy z ciebie żołnierz, pomyślałem.

Przedmowa Autora do II wydania chińskiego

Przedmowa autora jest zazwyczaj momentem spotkania: w bezbrzeżnej pamięci wyszukuje się te chwile, które przeminęły w mgnieniu oka, i spotyka się z opowieściami o tym, co się kiedyś wydarzyło, czyli z własną przeszłością. Ta przedmowa nie jest wyjątkiem, staje się spotkaniem roku 1998 z rokiem 1991. Oprócz tego autor tej książki spotyka się z postaciami w niej występującymi. W języku trudno jest rozdzielić prawdę i zmyślenie, ale ta odległość w czasie nie wymaga spoglądania daleko - siedem lat to jak siedzenie przy jednym stole.

W ten właśnie sposób po raz kolejny spotykam się z pewną rodziną, z tym, co widziała i co słyszała, oraz z jej radościami i smutkami. Mam wrażenie, że stopniowo wchodzę w ich życie. Jeśli mam szczęście, to czasem mogę dostrzec, co się dzieje w ich sercach, usłyszeć ich westchnienia i krzyki, ich łkania i ich śmiech. W rezultacie nabywam należnego mi prawa do ponownego zrozumienia ich losów. Zrozumienia, jak słaba i delikatna matka przeszła przez życie, znosząc wszystko z zaciśniętymi zębami, i wybuchła gniewem tylko raz: na łożu śmierci. Zrozumienia ojca rodziny, Sun Guangcaia, który chełpił się swoim łajdactwem; który własnego ojca i syna traktował jak kłody pod nogami, gotowy w każdej chwili, aby usunąć je ze swojej drogi kopniakiem; który żył z inną kobietą jeszcze za życia żony, ale po jej śmierci, gdy i jego koniec powoli się zbliżał, noce spędzał przed jej grobem, gdzie bezustannie płakał. Ojciec Sun Guangcaia, Sun Youyuan, żył zbyt długo, tak długo, że sam nie mógł już tego znieść, ale jego poczucie humoru zawsze przewyższało jego smutek. Co do trzech braci: Sun Guangpinga, Sun Guanglina i Sun Guangminga, to ich losy skrzyżowały się tylko na krótko, potem każdy z nich udał się w swoją stronę. Sun Guangping, który dorastał w najbardziej przeciętny ze sposobów, jako dorosły człowiek sprawił, że jego ojciec drżał przed nim ze strachu. Sun Guanglin, który jest początkiem i końcem tej opowieści, miał bogatsze doświadczenie, stąd był w stanie dostrzec więcej w zawiłościach losu. Sun Guangming najwcześniej odszedł z tego świata: najmłodszy członek rodziny pierwszy ukończył to, co miał na nim do zrobienia. Utonął w rzece, a gdy ostatnim wysiłkiem walczył, aby wydostać się na powierzchnię wody, otworzył szeroko oczy, by spojrzeć prosto w oślepiające słońce. Gdy siedem lat temu o tym pisałem, byłem przekonany, że był w stanie patrzeć prosto w słońce, ponieważ było to jego ostatnie spojrzenie; teraz nadal tak uważam - ceną, jaką zapłacił, była śmierć. Przed siedmioma laty stworzyłem te postaci i siedem lat później nadal bezustannie pojawiają się one przed moimi oczyma. Wspominam je tak, jak wspominam przyjaciół z własnego życia. Nie bledną wraz z upływem czasu, wręcz przeciwnie, stają się coraz wyraźniejsze i jednocześnie coraz prawdziwsze, coraz wiarygodniejsze. W tej chwili nie tylko jestem w stanie widzieć je w mojej pamięci, ale też często rzeczywiście słyszę dźwięk ich kroków. Idą do mnie, wchodzą po schodach, dzwonią do mojego mieszkania. Stąd stopniowo wziął się mój niepokój: skoro zmyślone przeze mnie postacie stają się coraz bardziej rzeczywiste, to chcąc nie chcąc zacząłem się zastanawiać, czy moja rzeczywistość nie jest zmyślona?

 

Yu Hua, 11 października 1998 roku

Przedmowa Autora do przekładu polskiego

Ta ukończona wiele lat temu książka sprawia, że wracam pamięcią do tamtych wypełnionych emocjami dni. Raz jeszcze czytam to, co wtedy napisałem językiem o wiele młodszym niż ten, którego używam teraz. Słowa te są wypełnione odwagą i pewnością siebie; słowa te zdają się opisywać władcę; słowa te w jednym zdaniu próbują zamknąć jedną rzecz. Ten język porusza dzisiejszego mnie, jego rytm zdaje się przypominać trzask płonącego bambusa.

Wydaje mi się, że jest to chyba książka o pamięci. Jej struktura wywodzi się z tego, jak odczuwamy upływ czasu, a dokładniej mówiąc - z odczuć względem czasu, który znamy, czyli czasu, który zamyka się w naszej pamięci. Podejmuje próbę pokazania, że człowiek z większą pewnością stawia czoła przeszłości niż przyszłości. Przyszłość wypełniona jest ryzykiem i tajemnicami, które nie sposób pokonać. Dopiero gdy pozostawiamy je za sobą, zamiast ze zdumieniem i strachem traktujemy je z humorem i nostalgią. Dlatego właśnie ludzkość uwielbia wspomnienia. Wiecznie falują w różnych językach różnych narodów niczym woda płynąca w rzece, podtrzymując ich istnienie i umożliwiając czerpanie przyjemności z czytania.

Ludzie nie mogą wybrać swojej przyszłości, ale mogą cieszyć się prawem wyboru swojej przeszłości. We wspominaniu szczególnie atrakcyjna jest możliwość powtórnego wyboru, możliwość połączenia ze sobą wcale niepowiązanych wydarzeń, by w ten sposób uzyskać zupełnie nową przeszłość. Co więcej, te połączenia można bezustannie wymieniać, aby uzyskać inne doświadczenia. Gdy człowiek siedzi samotnie na ławce w parku, a kąciki jego ust unoszą się w uśmiechu na widok zachodzącego słońca, wydawać by się mogło, że z powodu swojej samotności zasługuje na współczucie. A może on w tym właśnie momencie odbywa jakąś cudowną podróż? Siedzi w powozie wspomnień, a jego życie rozpoczyna się na nowo. I tym razem będzie to życie, które on sam starannie wybierze.

Ta książka opiera się na podobnym rozumowaniu. "Logika pamięci" - tak kiedyś myślałem o jej strukturze. Czas stał się rozbitymi fragmentami, które z prędkością światła raz za razem pojawiają się w krótkich przebłyskach. Ponieważ cała narracja prowadzona jest z dzisiejszej perspektywy, te fragmenty układają się i dopasowują na nowo. Nadałem kiedyś sobie prawo manipulowania przeszłością: moje opowieści jakby nieustannie biorą telefon, wykręcają jakąś losową datę i uważnie nasłuchują, co przeszłość na drugim końcu ma do powiedzenia.

 

Yu Hua, 19 grudnia 2019 roku

Rozdział I

Nanmen

W 1965 roku pewne dziecko zaczęło czuć nieopisany strach przed nocą. Pamiętam tę noc z mżawką wypełniającą powietrze. Spałem już wtedy. Byłem jeszcze tak mały, że wyglądałem jak zabawka położona na łóżku. Skapywanie wody z dachu było obrazem spokoju, a ja, stopniowo zapadając w sen, powoli zapominałem o kroplach deszczu. Chyba wtedy właśnie, gdy bezpiecznie i spokojnie zasypiałem, ukazała mi się cicha i ustronna ścieżka, przed którą na boki odsuwały się drzewa i gęsta trawa. Z oddali usłyszałem coś jak łzawy krzyk kobiety. Ochrypły głos niósł się po nocy, tak nieporównanie wcześniej spokojnej, i sprawił, że ja, dziecko w tym wspomnieniu, zacząłem drżeć jak liść.

Widzę siebie przerażonego, z szeroko otwartymi ze strachu oczyma i niewyraźnymi w ciemności rysami twarzy. Ten kobiecy krzyk niósł się jeszcze bardzo długo. Z niecierpliwością i przerażeniem czekałem, aż pojawi się jakiś inny dźwięk, który odpowiedziałby na krzyk kobiety i uspokoił jej płacz - ale taki dźwięk nie nadszedł. Teraz zdaję sobie sprawę, dlaczego byłem wówczas tak przerażony - nigdy nie usłyszałem żadnego dźwięku w odpowiedzi. Nie ma nic, co bardziej wprawiałoby ludzi w drżenie, niż samotny, bezsilny krzyk w deszczowej, nocnej pustce.

Tuż za tym wspomnieniem nadchodzi kolejne. Kilka białych baranków pojawia się od strony brzegu rzeki pokrytego zieloną trawą. Doznanie jasnego dnia łagodzi niepokój wywołany przez poprzednie wspomnienie. Nie mogę tylko ustalić, kiedy i gdzie się narodziło.

Było to chyba kilka dni później, gdy jakby usłyszałem odpowiedź na krzyk tamtej kobiety. Zbliżał się wtedy wieczór. Niedawno przeszła burza, ciemne chmury na niebie przetaczały się jak gęsty dym. Siedziałem obok sadzawki za domem. W tej deszczowej scenerii podszedł do mnie obcy mężczyzna, cały ubrany na czarno. Gdy szedł, jego ubranie wzdymało się i powiewało jak chorągiew na tle zachmurzonego nieba. Jego widok, gdy się do mnie zbliżał, sprawił, że w moim sercu znów wyraźnie pojawił się krzyk tamtej kobiety. Obcy mężczyzna patrzył na mnie swoim przeszywającym wzrokiem już z oddali i nie spuszczał go ze mnie przez cały czas. Gdy moje przerażenie sięgnęło już zenitu, skręcił i wszedł na miedzę między dwoma polami, krok za krokiem się ode mnie oddalając. Jego szerokie czarne ubranie łopotało na wietrze. Gdy już jako dorosły człowiek wspominam wydarzenia z przeszłości, zawsze zatrzymuję się dłużej w tym miejscu. Sam się sobie dziwię, dlaczego wówczas to łopotanie wziąłem za odpowiedź na krzyk kobiety w deszczu.

Pamiętam poranek, poranek czysty i przejrzysty. Biegłem za kilkorgiem dzieci z wioski, pod stopami miałem miękkie błoto i tańczącą na wietrze trawę. Światło słońca bardziej niż jak oślepiające promienie było jak ciepła farba rozmazana na naszych ciałach. Biegaliśmy jak tamte baranki na brzegu rzeki. Wydaje się, że trwało to bardzo długo, aż dotarliśmy do starej, rozlatującej się świątyni. Zauważyłem w niej kilka wielkich pajęczych sieci.

Zdaje się, że jeszcze wcześniej z daleka nadeszło jakieś dziecko z wioski. Do dziś pamiętam jego bladą twarz i drżące od wiatru wargi. Powiedziało do mnie:

- Tam jest martwy człowiek.

Zobaczyłem ciało leżące pod pajęczyną - to był ten sam mężczyzna w czarnym ubraniu, który poprzedniego dnia wieczorem szedł w moją stronę. Choć teraz ze wszystkich sił staram się sobie przypomnieć moje uczucia w tamtej chwili, to nie potrafię. Przeszłe wydarzenia we wspomnieniach oddzieliły się już od emocji z tamtego czasu, została tylko skorupa. W tej chwili znajdują się w niej moje obecne uczucia. Śmierć obcego mężczyzny dla sześcioletniego mnie mogła być tylko pomniejszym zaskoczeniem, które nie wywołało nawet dłuższego westchnienia. Leżał na plecach na wilgotnej ziemi. Oczy miał zamknięte, był cały pogodny i spokojny. Zauważyłem, że jego czarne ubranie było brudne od błota, upstrzone plamami tak jak miedza szarawymi, bezimiennymi kwiatkami. To był pierwszy raz, gdy zobaczyłem martwego człowieka. Wyglądał, jakby spał. Takie właśnie miałem pojęcie o rzeczywistości w wieku sześciu lat: okazuje się, że umrzeć to po prostu zasnąć.

Po tym wszystkim ogromnie bałem się nocy. Przed oczyma stawał mi obraz mnie samego stojącego na drodze u wyjścia z wioski, a noc zbliżała się jak fale powodzi, pochłaniając najpierw moje oczy, a potem wszystko inne. Przez bardzo długi czas leżałem nocami w ciemności na łóżku, nie mając odwagi, by zasnąć. Otaczający mnie zewsząd bezruch sprawiał, że moje przerażenie rosło bez granic. Raz po raz mocowałem się ze snem, jego silne ręce robiły wszystko, aby mnie wciągnąć, a ja opierałem się ze wszystkich sił. Bałem się, że stanie się ze mną to, co z tamtym obcym mężczyzną, że kiedyś zasnę i już nigdy się nie obudzę. Ale ostatecznie, zmęczony i wyczerpany, chcąc nie chcąc zawsze zapadałem w spokojny sen. Gdy budziłem się wczesnym rankiem kolejnego dnia i odkrywałem, że nadal żyję, patrzyłem na światło wpadające przez szczelinę między drzwiami a framugą, szczęśliwy i podekscytowany, że się uratowałem.

Moje ostatnie wspomnienie z czasów, gdy miałem sześć lat, to że biegnę. Przewija się w nim pierwszy statek o kadłubie z żelbetonu zbudowany w miejskiej stoczni w czasach jej świetności. Miał wpłynąć do rzeki w Nanmen. Razem z moim starszym bratem biegliśmy nad jej brzeg. Jaskrawe światło słońca z przeszłości oświetlało moją młodą matkę. Jej chusta w niebieską kratkę powiewała na jesiennym wietrze, a mój młodszy brat siedział w jej ramionach i szeroko otwierał zdumione oczy. Ojciec, śmiejąc się donośnie, boso wszedł na miedzę. Czemu musiał wtedy pojawić się potężny mężczyzna w wojskowym mundurze? Jak liść wlatujący pomiędzy drzewa w lesie wszedł między moją rodzinę.

Na brzegu rzeki było już pełno ludzi. Mój starszy brat wziął mnie i razem zaczęliśmy przeciskać się pomiędzy nogami dorosłych, przykryci gwarem ich głosów. Wspięliśmy się na brzeg rzeki i wystawiliśmy głowy spomiędzy nóg dwóch ludzi, zerkając na wszystkie strony jak żółwie.

Dźwięk werbli ogłosił pełen napięcia moment. Ludzie na obu brzegach rzeki zaczęli wiwatować. Oto zobaczyłem, że nadpływa statek, na jego pokładzie rozwieszonych było kilka konopnych sznurów, do których przymocowano różnokolorowe kawałki papieru. Wyglądały jak kwitnące w powietrzu kwiaty. Kilkunastu młodych mężczyzn na statku biło w bębny i gongi.

Krzyknąłem do brata:

- Ej, z czego jest zrobiony ten statek?

Brat odwrócił głowę i również krzycząc, odpowiedział:

- Z kamienia!

- To czemu nie tonie?

- Głupku - powiedział brat - nie widzisz tych sznurów na górze?

W tej scenie nagle pojawił się ubrany w wojskowy mundur Wang Liqiang, sprawiając, że moje wspomnienia o Nanmen zostały zawieszone na pięć lat. Ten potężny mężczyzna, ciągnąc mnie za rękę, opuścił Nanmen i wsiadł na parostatek wydający charakterystyczny dźwięk syreny morskiej. Wraz z rozległym nurtem rzeki popłynęliśmy nim do miasteczka Sundang. Nie wiedziałem, że rodzice oddali mnie obcym ludziom, myślałem, że to tylko wycieczka. Na wąskiej drodze minąłem schorowanego dziadka. Napotkawszy jego smutny wzrok, bardzo zadowolony z siebie powiedziałem:

- Nie mam teraz czasu z tobą rozmawiać.

Pięć lat później, gdy samotnie wracałem do Nanmen, los chciał, że znów spotkałem staruszka na tej samej drodze.

Niedługo po moim powrocie pewna miastowa rodzina nazwiskiem Su przeprowadziła się do Nanmen. Któregoś letniego poranka dwaj chłopcy z tej rodziny wynieśli z domu mały okrągły stolik, aby zjeść śniadanie w cieniu drzewa.

Jest to scena, której byłem świadkiem w wieku dwunastu lat. Siedziało tam dwoje dzieci z miasta w ubraniach kupionych w sklepie. Ja za to siedziałem sam nad sadzawką, w ręcznie robionych płóciennych krótkich portkach. Potem zobaczyłem mojego czternastoletniego starszego brata, jak prowadzi młodszego, dziewięcioletniego, w stronę dzieci z rodziny Su. Obaj, tak jak i ja, byli goli od pasa w górę i opaleni jak dwa piskorze.

Wcześniej słyszałem, jak starszy brat mówi na wiejskim placu:

- Chodźcie, zobaczymy, co jedzą ludzie z miasta.

Spośród wielu dzieci na placu tylko młodszy brat zgodził się z nim pójść do dwóch obcych ludzi. Starszy szedł z wysoko podniesioną głową i zdawał się pełen wielkiej odwagi, młodszy natomiast truchtał zaraz za nim. Na rękach zawieszone mieli kosze na trawę, które bujały się to w jedną, to w drugą stronę.

Dwa miastowe dzieciaki odłożyły trzymane w rękach miseczki oraz pałeczki i uważnie obserwowały moich braci. Ci nie zatrzymali się, ostentacyjnie przemaszerowali przed stolikiem i przy domu zawrócili. W porównaniu ze starszym, odwaga młodszego brata zdawała się być trochę na pokaz.

Gdy wrócili na plac, usłyszałem, jak starszy mówi:

- Miastowi też jedzą solone warzywa, tak jak my.

- Nie jedzą mięsa?

- Gówno, nie mięso.

Młodszy wtedy dopowiedział:

- Oni do solonych warzyw dodają oleju, a my nie.

Starszy go popchnął:

- E tam, wielkie mi rzeczy, olej! U nas w domu też jest.

Młodszy mówił dalej:

- To jest olej sezamowy, takiego nie mamy.

- Gówno się znasz.

- Poznałem po zapachu.

Gdy miałem dwanaście lat, po śmierci Wang Liqianga wróciłem samotnie do Nanmen. Było to tak, jakbym znów rozpoczynał nowe życie jako przysposobione przez kogoś dziecko. W owych dniach często miewałem dziwne uczucie, że to Wang Liqiang i Li Xiuying byli moimi prawdziwymi rodzicami, a dom w Nanmen to tylko jakiś przytułek. To uczucie oddalenia i wyobcowania na samym początku wzięło się z pożaru. Akurat gdy po niespodziewanym spotkaniu z dziadkiem wróciliśmy do Nanmen, na dachu naszego domu wybuchł pożar.

Ten zbieg okoliczności sprawił, że od tamtej pory ojciec zawsze był podejrzliwy w stosunku do mnie i do dziadka, jakbyśmy to my sprowadzili to nieszczęście. Czasem, gdy przypadkiem staliśmy gdzieś razem, ojciec wznosił krzyki pełne niepokoju, jakby strzecha, którą właśnie położył na domu, znów miała się zapalić.

Dziadek zmarł dwa lata po tym, jak wróciłem do Nanmen. Jego śmierć sprawiła, że ojciec porzucił swoje podejrzenia, ale moja opłakana sytuacja w domu wcale się od tego nie polepszyła. Pod wpływem ojca również mój starszy brat zaczął mnie nie znosić. Za każdym razem, gdy pojawiałem się u jego boku, kazał mi się zmywać. Coraz bardziej oddalałem się od braci, a że dzieci z wioski zawsze trzymały się ze starszym, to jednocześnie oddalałem się też od nich.

Przez długi czas mogłem się tylko cieszyć wspomnieniami życia w domu Wang Liqianga i moich dziecięcych kompanów zabaw z Sundangu. Przypominałem sobie niezliczone szczęśliwe chwile z przeszłości, a jednocześnie nie byłem w stanie pozbyć się smutku. Siedziałem sam nad sadzawką w Nanmen, zmęczony życiem. Moje samotne uśmiechy i łzy wprawiały mieszkańców wioski w ogromne zdziwienie. W ich oczach byłem coraz większym dziwakiem, do tego stopnia, że gdy ktoś kłócił się z moim ojcem, ja stawałem się orężem w ręku tej osoby. Ludzie mówili, że z takiego syna nic dobrego nie będzie. Przez całe moje życie w Nanmen mój starszy brat raz tylko błagał mnie o przebaczenie - gdy rozciął mi głowę sierpem, a krew zalała mi twarz.

Stało się to w naszej przydomowej owczarni. Początkowo, po tym, jak poczułem uderzenie w głowę, nie wiedziałem, co się stało, tyle tylko, że zobaczyłem zmianę w zachowaniu brata. Później dopiero poczułem, że krew leje mi się po twarzy.

Brat stał w wejściu, tracąc zmysły ze strachu. Błagał mnie, bym zmył z siebie krew. Odepchnąłem go i skierowałem się do wyjścia z wioski, ku polom, gdzie był ojciec.

Mieszkańcy wioski wylewali wtedy nawóz na pola z warzywami. Powiał delikatny wiatr i poczułem słaby zapach gnoju. Gdy podchodziłem do pól, usłyszałem krzyki kilku kobiet. Jak przez mgłę zobaczyłem biegnącą w moją stronę matkę. Dobiegła do mnie i zapytała, co się stało. Nie odpowiedziałem, nadal szedłem w stronę ojca.

Zobaczyłem, że ojciec ma w ręku łopatę do gnoju, właśnie wyjął ją z wiadra. Zatrzymał się w pół ruchu i patrzył, jak idę w jego stronę.

Usłyszałem, jak mówię:

- Starszy brat mnie uderzył.

Ojciec rzucił łopatę, wbiegł na miedzę i popędził do domu.

Nie wiedziałem jednak, że po tym, jak wyszedłem z owczarni, starszy brat sierpem zranił młodszego w twarz. Gdy ten otworzył usta, by wrzasnąć, starszy zaczął mu się tłumaczyć, a potem błagać o wybaczenie. Jego błagania, choć nie podziałały na mnie, to na młodszego brata już tak.

Gdy wróciłem do domu, nie zobaczyłem wcale, jak mój starszy brat dostaje karę. Zobaczyłem ojca czekającego na mnie pod wiązem z powrozem w ręku.

Fałszywe oskarżenie młodszego brata brzmiało w następujący sposób: najpierw ja zraniłem go sierpem, a dopiero potem starszy brat rozkrwawił mi twarz.

Ojciec przywiązał mnie do drzewa i zbił tak, że nigdy tego nie zapomnę. Dokoła zebrały się dzieci z wioski i podekscytowane obserwowały, jak dostaję lanie. Moi bracia, triumfujący, pilnowali wśród nich porządku.

Po tych wydarzeniach na ostatniej stronie zeszytu do chińskiego narysowałem dwa symbole, duży i mały. Odtąd robiłem odpowiedni zapis za każdym razem, gdy ojciec i starszy brat mnie bili.

Teraz, wiele lat później, nadal mam ten zeszyt, ale przez zapach pleśni, który się z niego wydobywa, trudno mi jasno wczuć się w tamten stan ducha, w którym poprzysiągłem zemstę. Zastąpiło go niewielkie zaskoczenie, to zaskoczenie przywołuje mi na myśli nanmeńskie wierzby. Pamiętam, jak któregoś poranka wczesną wiosną ze zdziwieniem odkryłem, że uschnięta wierzba cała pokryta jest młodymi pędami w kolorze świeżej zieleni. Był to niewątpliwie piękny widok. Gdy wiele lat później znów pojawia się w mojej pamięci, o dziwo jest ściśle połączony z zeszytem do chińskiego, widmem moich poniżeń w przeszłości. Być może to właśnie jest pamięć, która wznosi się ponad poczucie krzywdy i przybywa tylko jako wspomnienie.

Moja sytuacja w domu coraz bardziej się pogarszała. Znów miało miejsce pewne wydarzenie, przez które ja i moja rodzina bezpowrotnie oddaliliśmy się od siebie. Nie tylko członkowie mojej rodziny, ale także mieszkańcy wioski od tamtej pory mieli o mnie złą opinię.

Pola rodziny Wangów i mojej rodziny znajdowały się tuż obok siebie. Dwaj bracia Wang byli najsilniejsi w całej wiosce. Starszy z nich był już żonaty, a jego najstarsze dziecko i mój najmłodszy brat byli rówieśnikami. Kłótnie o pola w Nanmen zdarzały się często. Nie pamiętam już dokładnie, jaki był powód tej konkretnej kłótni. Pamiętam tylko, że było to pod wieczór. Siedziałem nad sadzawką i patrzyłem, jak mój ojciec i bracia stoją i bez wytchnienia kłócą się z sześciorgiem Wangów. Członkowie mojej rodziny wydawali się słabi, ich głosy nie brzmiały tak donośnie jak głosy tych drugich. Zwłaszcza mój młodszy brat, który przeklinając, nie mówił jeszcze tak wyraźnie jak jego rówieśnik od Wangów. Prawie wszyscy mieszkańcy wioski tam byli, kilku radziło i upominało. I Wangowie, i moja rodzina zatrzymywali ich i nie pozwalali im wrócić do siebie. Nagle zobaczyłem, że ojciec zamachnął się zaciśniętą pięścią, ale chłopiec Wangów, Wang Yuejin, złapał go za nadgarstek i wepchnął w pole ryżu. Ojciec wykrzykiwał przekleństwa i przemoczony do suchej nitki, chciał się wdrapać z powrotem na górę, ale jedno kopnięcie Yuejina znów posłało go w pole. Powtórzyło się to jeszcze kilka razy. Matka z krzykiem rzuciła się na Wang Yuejina, a on od niechcenia i ją wepchnął w pole. Rodzice wyglądali jak dwa kurczaki wrzucone do wody, rzucające się żałośnie to w jedną, to w drugą stronę. Ich upokorzenie sprawiło, że zasmucony, spuściłem głowę.

Później mój starszy brat rzucił się, wymachując nożem, a młodszy, dzierżąc sierp, ruszył w jego ślady. Nóż starszego wycelowany był w pośladki Wang Yuejina.

Wtedy sytuacja gwałtownie się zmieniła. Jeszcze przed momentem wielcy i silni bracia Wang teraz w panice uciekali do domu. Gdy mój starszy brat dogonił ich pod drzwiami, ci wycelowali w niego oszczepy do ryb. Brat, wymachując nożem, rzucił się na nich. W obliczu tej niezachwianej odwagi bracia Wang odrzucili oszczepy i uciekli. Mój młodszy brat, zainspirowany duchem walki starszego, wzniósł sierp i wydał z siebie okrzyk, który przydał mu mężności. Ale w biegu tracił równowagę i kilka razy potknął się o własne nogi.

Całej dyspucie przez cały czas przyglądałem się znad brzegu sadzawki, nie angażując się w nią. Dlatego też wszyscy mieszkańcy wioski, bez względu na to, czy popierali mego ojca, czy byli mu przeciwni, włącznie z rodziną Wangów, uważali, że drugiej takiej kanalii jak ja to ze świecą szukać. Można sobie wyobrazić moją sytuację w domu. Nie milkły za to pochwały na temat mojego starszego brata, którego zaczęto uważać za bohatera.

Przez jakiś czas, gdy siedziałem nad sadzawką lub kosiłem trawę, jedną z moich ulubionych rozrywek było przyglądanie się ukradkiem rodzinie Su. Dwa miastowe dzieciaki nigdy nie wychodziły na długo na dwór. Najdalej zaszły raz nad dół z obornikiem przy wejściu do wsi, ale zaraz wróciły. Pewnego dnia rano patrzyłem, jak wychodzą przed dom i stają między dwoma drzewami. Mówili coś, gestykulując rękoma, a następnie podeszli pod jedno z drzew. Starszy brat kucnął, młodszy wskoczył mu na plecy. Starszy zaniósł go pod drugie drzewo, potem zamienili się i wrócili. Nosili się tak na zmianę. Za każdym razem, gdy jeden wchodził na plecy drugiego, słyszałem radosny śmiech. Śmiechy obu braci były bardzo do siebie podobne.

Później z miasta przybyło trzech murarzy, przywieźli ze sobą dwa wózki cegieł. Przed domem rodziny Su wzniesiono murek, za którym znalazły się też tamte dwa drzewa, więc nie mogłem się już cieszyć widokiem zabaw dwóch braci. Często jednak słyszałem dobiegający zza muru śmiech i wiedziałem, że zabawy te nadal trwają.

Ich ojciec był lekarzem w jednym ze szpitali w mieście. Był to człowiek o jasnej cerze i przyjemnym głosie. Często widziałem, jak po skończonej zmianie nieśpiesznie idzie drogą, wracając do domu. Raz tylko nie wrócił pieszo, ale pojawił się na drodze na szpitalnym rowerze. Szedłem wtedy do domu z koszem pełnym trawy w rękach. Dźwięk dzwonka za plecami wystraszył mnie. Usłyszałem, jak lekarz wielkim głosem nawołuje z roweru swoich synów.

Bracia Su wyszli z domu i na jego widok zaczęli wiwatować i skakać. Radośnie pobiegli w stronę roweru. Ich matka stała przed murowanym ogrodzeniem i z uśmiechem patrzyła na swoją rodzinę.

Lekarz razem z synami wjechał rowerem na dróżkę między polami. Bracia krzyczeli głośno, a siedzący z przodu młodszy brat bez ustanku dzwonił dzwonkiem. Dzieci ze wsi były okropnie zazdrosne na ten widok.

Dopiero gdy w wieku szesnastu lat byłem w pierwszej klasie szkoły średniej, podjąłem próbę zrozumienia, co oznacza słowo "rodzina". Długo zastanawiałem się nad moją rodziną w Nanmen i nad rodziną Wang Liqianga w Sundangu. Wreszcie zdecydowałem, że oprę się na wspomnieniu następującej sceny.

Moja pierwsza styczność z doktorem Su miała miejsce jeszcze przed tamtą awanturą o pole.

Było to zaledwie kilka miesięcy po moim powrocie do Nanmen, przed śmiercią dziadka. Mieszkał on wtedy u nas przez miesiąc, a potem przeniósł się do domu stryjka. Przez dwa dni miałem wysoką gorączkę. Z popękanymi wargami i suchością w ustach leżałem w łóżku, miałem zawroty głowy. Tak się złożyło, że nasza owca miała akurat rodzić, więc cała rodzina była w owczarni. Byłem sam w domu i jak przez mgłę słyszałem ich pomieszane pokrzykiwania, wśród których wybijały się donośne głosy braci.

Po jakimś czasie do mojego łóżka podeszła matka, zapytała, co się dzieje, i zaraz znów wyszła. Wróciła z jakimś człowiekiem - rozpoznałem, że był to doktor Su. Położył na chwilę dłoń na moim czole i powiedział:

- Trzydzieści dziewięć stopni.

Po ich wyjściu głosy z owczarni stały się jakby bardziej jazgotliwe. Gdy lekarz delikatnie przyłożył dłoń do mojego czoła, ja odczułem to jako pieszczotę i bliskość z drugim człowiekiem. Nie minęło wiele czasu, a usłyszałem głosy dwóch dzieciaków z rodziny Su rozmawiających przed domem. Potem dopiero zdałem sobie sprawę, że przyniosły dla mnie lekarstwa.

Gdy mi się polepszyło, ukryta w głębi serca tęsknota dziecka za więzią z dorosłymi zaczęła nie dawać mi spokoju. Zanim w wieku sześciu lat opuściłem Nanmen, byliśmy z ojcem bardzo blisko. Później, gdy przez pięć lat mieszkałem w Sundangu, od Wang Liqianga i Li Xiuying również otrzymywałem miłość i opiekę. Jednak po powrocie do Nanmen w jednej chwili stałem się samotny i bez oparcia.

Na samym początku często czekałem na drodze na powrót doktora. Patrzyłem, jak wyłania się w oddali, i wyobrażałem sobie, że podchodzi do mnie i odzywa się czule. Czekałem, aż raz jeszcze swoją dużą dłonią pogłaszcze mnie po czole.

Lekarz jednak nigdy nie zwrócił na mnie uwagi. Prawdopodobnie nie wiedział nawet, kim jestem i dlaczego wciąż stoję w tym miejscu. Zawsze mijał mnie w pośpiechu, czasem na mnie spojrzał, ale było to spojrzenie, jakim obdarza się obcego człowieka.

Nie minęło wiele czasu, a dwaj synowie lekarza, Su Yu i Su Hang, dołączyli do grupy dzieci ze wsi. Moi bracia kosili trawę na miedzy. Patrzyłem, jak bracia Su podchodzą do nich z wahaniem, w międzyczasie nad czymś dyskutując. Mój starszy brat, który w tamtym czasie sądził, że ma wszystkich starszych braci pod sobą, pomachał w ich stronę sierpem i krzyknął:

- Ej, chcecie kosić trawę?

W krótkim czasie, który Su Yu spędził w Nanmen, raz tylko podszedł ze mną porozmawiać. Do dziś pamiętam jego zawstydzoną z początku minę, po uśmiechu widać było wyraźnie, że jest nieśmiały. Zapytał:

- Ty jesteś młodszym bratem Sun Guangpinga?

Rodzina Su mieszkała w Nanmen zaledwie dwa lata. Pamiętam popołudnie tego dnia, gdy się sprowadzili. Niebo było trochę zachmurzone. Doktor ciągnął ostatni wózek z meblami, a jego dwóch synów popychało go z obu stron. Matka z koszem pełnym drobiazgów szła na końcu.

Su Yu zmarł w wieku dziewiętnastu lat z powodu wylewu krwi do mózgu. Dowiedziałem się o tym dopiero kolejnego dnia po południu. Gdy po skończonych lekcjach wracałem do domu i przechodziłem przed dawnym domem rodziny Su, ogarnął mnie taki smutek, że po policzkach pociekły mi łzy.

Pamiętam, że po rozpoczęciu nauki w szkole średniej w moim starszym bracie zaszły widoczne zmiany. Teraz myślę sobie, że o dziwo dobrze wspominam go z czasów, gdy miał czternaście lat. Choć był tyranem, to jego duma robiła wrażenie. Mój brat siedzący na miedzy, mówiący braciom Su, żeby skosili za niego trawę - przez bardzo długi czas jego obraz w mojej głowie był taki jak w tej scenie.

Niedługo po tym, jak poszedł do szkoły średniej, zaczął się kolegować z uczniami z miasta. Jednocześnie coraz chłodniej i chłodniej traktował dzieci z wioski. Dumę moich rodziców łechtało to, że miastowi koledzy brata ciągle odwiedzali nasz dom. Nawet najstarsi mieszkańcy wsi zgodnie twierdzili, że dzieckiem z najlepszymi widokami na przyszłość jest właśnie mój starszy brat.

W tamtym czasie dwóch chłopaków z miasta wczesnym rankiem często przybiegało w okolice wsi i donośnie wyło i krzyczało. Ich głosy to się wznosiły, to opadały. Zwłaszcza ich krótki gardłowy charkot sprawiał, że włosy stawały dęba. Mieszkańcy wioski początkowo wierzyli, że to upiory.

Wywierało to na moim starszym bracie głębokie wrażenie. Raz z ponurym wyrazem twarzy powiedział:

- My chcemy zmienić się w miastowych, a miastowi chcą się stać pieśniarzami.

Był on najwidoczniej pierwszym spośród dzieci w wiosce, które zrozumiało, jak wygląda rzeczywistość. Zaczął przeczuwać, że przez całe życie nie dorówna dzieciom z miasta. Wtedy po raz pierwszy poczuł się gorszy. Prawdę mówiąc, to, że zakolegował się z dzieciakami z miasta, wypływało z jego dumy. Ich odwiedziny bez wątpienia podnosiły jego status w wiosce.

Brat po raz pierwszy zakochał się w drugiej klasie szkoły średniej. Obiektem jego uczuć była pewna krzepka koleżanka z klasy, córka cieśli z miasta. Widziałem go parę razy w różnych zakamarkach szkoły, jak wyciągał z torby zawiniątko z pestkami słonecznika i ukradkiem jej podsuwał.

Często pojawiała się potem na szkolnym podwórku, chrupiąc nasze pestki, a wypluwała łupiny z siłą dorosłej kobiety z gromadką dzieci. Raz po tym, jak je wypluła, zobaczyłem, że z kącika ust od jakiegoś czasu cieknie jej ślina.

W tamtym czasie mój brat i jego koledzy ze szkoły zaczynali już gadać o dziewczynach. Siedząc na brzegu sadzawki za domem, słuchałem tych zupełnie nowych dla mnie rzeczy. Niewybredne słowa o piersiach i udach dolatywały do mnie przez okno i niepokoiły mnie. Potem zaczęli rozmawiać bardziej osobiście. Brat początkowo się nie odzywał, ale w końcu ugiął się pod presją kolegów z miasta i opowiedział im o swojej sympatii. Uwierzył ich przyrzeczeniom, że nie puszczą pary z ust, i dał się ponieść swojej opowieści, w której jego relacja z tą dziewczyną była o wiele bardziej zażyła niż w rzeczywistości.

Nie minęło wiele czasu, a dziewczyna stanęła na środku podwórka z kilkoma koleżankami u boku. Przywołała mojego brata do siebie.

Zobaczyłem, że mój brat podchodzi do niej cały spięty. Być może przeczuwał, co miało się wydarzyć. Wtedy pierwszy raz widziałem go przestraszonego.

- Powiedziałeś, że cię lubię? - zapytała.

Twarz mojego brata pokryła się rumieńcem. W tym momencie odszedłem. Nie chciałem widzieć mojego zawsze pewnego siebie brata, jak stoi bezradny w tym niezręcznym położeniu.

Dziewczyna pośród zachęcających śmiechów otaczających ją koleżanek rzuciła memu bratu w twarz resztkę pestek słonecznika.

Tego dnia po zakończeniu lekcji bardzo późno wrócił do domu i bez posiłku położył się do łóżka. Prawie całą noc zmartwiony słyszałem, jak przewraca się z boku na bok. Następnego dnia, przemógłszy wstyd, poszedł do szkoły.

Wiedział, że to koledzy z miasta go wydali, ale nie pokazał po sobie ani odrobiny złości, nie obwiniał ich nawet. Nadal się z nimi przyjaźnił. Wiedziałem, że robi tak po to, by mieszkańcy wsi nie zauważyli, że miastowi koledzy nagle przestali go odwiedzać. Jego wysiłki spełzły jednak na niczym. Po ukończeniu szkoły średniej jeden po drugim poszli do pracy i nie mieli już tyle czasu, co wcześniej, więc w pewnym momencie mój brat został sam.

Po tym, jak przestali nas odwiedzać, któregoś dnia pod wieczór nieoczekiwanie przybył Su Yu. Pojawił się w Nanmen po raz pierwszy od czasu wyprowadzki. Byliśmy wtedy z bratem w polu. Matka gotowała obiad, zauważyła Su Yu i uznała, że przyjechał do mojego brata. Jej widok, stojącej na skraju wioski i w poruszeniu go nawołującej, nadal mnie wzrusza, choć minęło już wiele lat.

Gdy brat wskoczył na miedzę i wrócił do domu, pierwsze słowa Su Yu brzmiały:

- A gdzie Sun Guanglin?

Wtedy to matka ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że Su Yu przyszedł do mnie. Brat natomiast nie dał nic po sobie poznać i ze spokojem odrzekł:

- W polu.

Su Yu nie przyszło do głowy, że powinien zostać i zamienić z nimi jeszcze kilka słów. Nie okazawszy prawie w ogóle dobrych manier, po prostu ich zostawił i poszedł do mnie w pole.

Odwiedził mnie, by powiedzieć o swojej nowej pracy w fabryce nawozu. Bardzo długo siedzieliśmy na miedzy w wieczornym wietrze. Patrzyliśmy wspólnie na dom, który kiedyś należał do rodziny Su. Su Yu zapytał:

- Kto tam teraz mieszka?

Pokręciłem głową. Często wychodziła z niego jakaś dziewczynka, można było zobaczyć też jej ojca, ale nie wiedziałem, kim są.

Su Yu odszedł po zmroku, jego przygarbiona sylwetka zniknęła na drodze prowadzącej do miasta. Zmarł przed upływem roku.

Gdy kończyłem szkołę średnią, egzaminy na studia zostały już przywrócone. Kiedy dostałem się na uniwersytet, nie mogłem powiedzieć o tym Su Yu, tak jak on powiedział mi, że rozpoczął pracę. Kiedyś za to na jednej z ulic w mieście natknąłem się na Su Hanga, który wraz z kilkorgiem przyjaciół radośnie przemknął obok mnie na rowerze.

Nie rozmawiałem z rodziną o tym, że aplikuję na studia. Opłatę rejestracyjną pożyczyłem od jednego z kolegów z klasy. Gdy miesiąc później zwracałem mu pieniądze, powiedział:

- Twój brat już mi oddał.

Zaskoczyło mnie to. Po tym, jak odebrałem zawiadomienie, że się dostałem, brat przygotował dla mnie zestaw najpotrzebniejszych rzeczy. W tym czasie ojciec spotykał się już z wdową z sąsiedztwa. Często w środku nocy odwiedzał ją w jej łóżku, a potem wracał do łóżka matki. Nie miał już czasu na sprawy domowe. Gdy brat powiedział mu o moich planach, bez przekonania krzyknął:

- Co? Dalej się będzie uczył? Nie za dobrze mu?

Zrozumiał, że nadszedł czas, gdy na zawsze wyniosę się z domu, i wyglądał na bardzo z tego zadowolonego.

Matka rozumiała trochę więcej niż ojciec. Kilka dni przed moim odejściem z niepokojem obserwowała mego brata. Liczyła na to, że to on pójdzie na studia. Wiedziała, że po studiach można stać się człowiekiem z miasta.

Gdy odchodziłem, żegnał mnie tylko starszy brat. Szedł z moim bagażem na przedzie, ja tuż za nim. Żaden z nas nie odezwał się słowem przez całą drogę. W ciągu ostatnich kilku dni jego gesty wzruszały mnie i szukałem okazji, by pokazać mu moją wdzięczność, ale spowijająca nas cisza sprawiała, że trudno było mi cokolwiek powiedzieć. Dopiero gdy autobus miał już ruszać, nagle zwróciłem się do niego:

- Wciąż wiszę ci juana.

Brat spojrzał na mnie, nie rozumiejąc.

- Za opłatę rejestracyjną - przypomniałem mu.

Zrozumiał, o czym mówię, a w jego oczach pojawił się smutek. Mówiłem dalej:

- Mogę ci oddać.

Po tym, jak autobus ruszył, patrzyłem przez okno na brata. Stał pod drzewem koło przystanku i z zagubionym wyrazem twarzy obserwował, jak odjeżdżam.

Niedługo potem pola Nanmen zostały przejęte przez władze powiatu. Na ich miejscu planowano budowę zakładu włókienniczego. Mieszkańcy wsi w ciągu jednej nocy stali się obywatelami miasta. Mimo że sam byłem daleko, w Pekinie, to mogłem wyobrazić sobie ich radość i podekscytowanie. Choć byli tacy, którzy płakali przy wyprowadzce, to myślę, że był to smutek, który pojawia się w momencie największego szczęścia. Stary Luo, który zajmował się spichlerzami, wszem dokoła głosił swoją filozofię:

- Fabryka wcześniej czy później się zamknie, a uprawa roli nie zamknie się nigdy.

Jednak gdy po wielu latach powróciłem w rodzinne strony, u wylotu jednej z uliczek w mieście spotkałem starego Luo odzianego w brudne łachmany. Pełen zadowolenia powiedział mi:

- Dostaję teraz emeryturę.

Po wyprowadzce nie czułem, że Nanmen jest mi tak bliskie, jak powinny być rodzinne strony. Przez długi czas uparcie obstawałem przy tym, że wspominanie wydarzeń z przeszłości czy dawnego domu to w rzeczywistości tylko przykrywka dla bezradności. Nawet jeśli towarzyszą temu jakieś emocje, to pełnią tylko funkcję dekoracyjną. Gdy kiedyś pewna młoda kobieta bardzo grzecznie zapytała mnie o moje dzieciństwo i dom, nieoczekiwanie wpadłem w gniew:

- Czemu chcesz, żebym powrócił do rzeczywistości, z której już uciekłem?

Jeśli Nanmen miało jeszcze coś wartego wspominania, to była to oczywiście tamta sadzawka. Gdy dowiedziałem się o przejęciu nanmeńskiej ziemi, moją pierwszą reakcją była troska właśnie o jej los. Wydawało mi się, że to miłe memu sercu miejsce zostało już na zawsze pogrzebane, tak jak pogrzebano Su Yu.

Po dziesięciu latach wróciłem w rodzinne strony i pewnej nocy samotnie udałem się do Nanmen - wtedy była to już fabryka Nanmen. W wieczornym wietrze nie było już czuć delikatnej nuty gnojówki, nie słyszałem też cichego szumu roślin na polach. Mimo że wszystko się zmieniło, to nadal byłem w stanie dokładnie rozpoznać, gdzie stał który dom, i odnaleźć miejsce, gdzie kiedyś była sadzawka. Gdy tam dotarłem, serce zabiło mi mocniej. W świetle księżyca dostrzegłem, że sadzawka nie zniknęła. Jej nagłe pojawienie się sprawiło, że musiałem stawić czoła fali zupełnie nowych uczuć. Wspomnienia o niej były miłe i ciepłe, ale teraz jej pojawienie się wskrzesiło rzeczywistość, którą zostawiłem już dawno za sobą. Patrząc na śmieci unoszące się na powierzchni wody, wiedziałem, że ta sadzawka wcale nie istnieje dla mojego ukojenia, a mówiąc dokładniej - że jest symbolem przeszłości, która nie tylko nie zniknęła z mojej pamięci, ale nadal istnieje w Nanmen.

Ślub

Podczas gdy ja w tamtych latach siedziałem nad sadzawką, Feng Yuqing chodziła po wiosce. Jej pełnia młodości i życia przepełniała mnie tęsknotą i pragnieniem. Zazwyczaj w ręku miała drewniane wiadro, które zanosiła do studni, cała uważna i ostrożna. Jej ostrożność wzmagała jeszcze moją troskę; martwiłem się, że poślizgnie się na mchu dokoła studni i upadnie. Gdy pochylała się, by zanurzyć wiadro w wodzie, na pierś spadały jej warkocze, które miała z tyłu głowy, a ja podziwiałem, jak się bujają.

To było lato ostatniego roku Feng Yuqing w Nanmen. Któregoś dnia w południe patrzyłem, jak nadchodzi, i nagle ogarnęło mnie inne uczucie niż wcześniej. Feng Yuqing miała wtedy na sobie koszulę w kwiaty. Widziałem, jak pod materiałem poruszają się jej piersi: widok, który sprawił, że na skórze głowy poczułem mrowienie. Kilka dni później, gdy idąc do szkoły, mijałem jej dom, zobaczyłem jej zaokrągloną sylwetkę u drzwi. Była zwrócona twarzą w stronę słońca. Czesała włosy z szyją odwróconą odrobinę w lewo, a poranne promienie muskały jej jasną skórę i spływały w dół po wdzięcznej sylwetce. Miała uniesione ramiona, dzięki czemu dokładnie widziałem jasne włoski pod jej pachami.

Te dwa obrazy pojawiały się naprzemiennie w mojej głowie, sprawiając, że ilekroć widziałem Feng Yuqing, mój wzrok jakby wycofywał się i wahał. Uczucia, które do niej żywiłem, nie były już tak czyste jak wcześniej, ale pochodziły z najbardziej pierwotnej, fizjologicznej potrzeby, która na dobre zadomowiła się w moim ciele.

Tym, co mnie zdziwiło, było coś, co mój brat, Sun Guangping, zrobił niedługo później w nocy. Piętnastoletni chłopak najwidoczniej dużo wcześniej niż ja odkrył uroki roztaczane przez ciało Feng Yuqing. Którejś księżycowej nocy nabrał wody ze studni i miał właśnie wracać, gdy ona nadeszła z naprzeciwka. Gdy się mijali, Sun Guangping nagle wyciągnął rękę w stronę jej piersi, ale natychmiast ją cofnął i prędko odszedł w stronę domu. Ona natomiast była bardzo zdziwiona tym gestem. Stała w szoku i dopiero gdy mnie zobaczyła, otrząsnęła się z niego i podeszła do studni nabrać wody. Zwróciłem uwagę, że bezustannie odrzuca do tyłu spadające na piersi warkocze.

Przez kilka początkowych dni sądziłem, że Feng Yuqing lub przynajmniej jej rodzice przyjdą do nas się poskarżyć. W tym czasie oczy Sun Guangpinga wciąż nerwowo spoglądały na zewnątrz, za drzwi. Gdy jednak to, czego się obawiał, nie nadchodziło, stopniowo powrócił do swojej zwykłej pewności siebie. Widziałem raz, jak Sun Guangping i Feng Yuqing nadchodzą z przeciwnych stron i mijają się, on z uśmiechem, ona z twardą nieprzyjazną miną.

Mój młodszy brat, Sun Guangming, też zauważył uroki Feng Yuqing. Ten dziesięcioletni dzieciak, choć jeśli chodzi o biologię nie miał jeszcze o niczym pojęcia, to już potrafił na jej widok zawołać:

- Ale cyce!

Siedział wtedy wybrudzony na ziemi i bawił się potłuczonymi kawałkami dachówek. Gdy głupkowato śmiał się z Feng Yuqing, w kącikach ust zbierała mu się ślina. Ona zaczerwieniła się i spuściwszy głowę, poszła do domu. Usta miała delikatnie wykrzywione - widać było, że ledwo udaje jej się powstrzymać uśmiech.

Tego właśnie roku jesienią los Feng Yuqing całkowicie się odmienił. Pamiętam dokładnie, że gdy tego dnia po szkole wracałem do domu i przechodziłem przez drewniany most, zobaczyłem ją zupełnie odmienioną, otoczoną tłumem ludzi. Obejmowała Wang Yuejina w pasie. Ten widok był dla ówczesnego mnie ogromnym ciosem. Dziewczyna, do której całym sobą tęskniłem, nieobecnym wzrokiem spoglądała na zebranych, a jej oczy wypełnione były błaganiem i rozpaczą. W oczach gapiów nie było natomiast współczucia, lecz ciekawość. Wang Yuejin, z Feng Yuqing uczepioną jego pasa, żartem powiedział:

- Patrzcie, jaka bezwstydna.

Śmiech tłumu w ogóle jej nie dotknął, tylko jeszcze bardziej zesztywniała i spoważniała. Na chwilę zamknęła oczy, a ja w sercu przeżywałem gonitwę pomieszanych uczuć. To, czego tak kurczowo się trzymała, nie należało do niej, i było pewne, że prędzej czy później to utraci. Teraz, gdy sięgam pamięcią do tamtych wydarzeń, wydaje mi się, jakby nie obejmowała wtedy człowieka, a powietrze. Feng Yuqing była skłonna utracić honor i przełknąć wstyd, tuląc się do zupełnej pustki.

Wang Yuejin próbował i złości, i miłości, ale ani krzykiem, ani czułością nie udało mu się nakłonić dziewczyny do wypuszczenia go z objęć. Z bezradnym wyrazem twarzy powiedział:

- Co za baba.

Feng Yuqing ani przez moment nie broniła się przed poniżeniem z jego strony. Zwróciła wzrok na wodę w rzece, być może zrozumiawszy, że nie ma co liczyć na współczucie postronnych.

- Czego ty w zasadzie chcesz, do cholery? - wrzasnął Wang Yuejin, próbując ze złością wyrwać się z jej rąk. Zobaczyłem, że Feng Yuqing odwraca głowę i zaciska mocno zęby.

Jego wysiłki spełzły na niczym. Zrezygnowanym głosem ponownie zapytał:

- Powiedz, co chcesz, żebym zrobił?

Dopiero wtedy Feng Yuqing cicho rzekła:

- Żebyś poszedł ze mną do szpitala na badania.

Gdy mówiła te słowa, w jej głosie nie było ani trochę nieśmiałości. Był dziwnie opanowany, jakby wypowiedziawszy na głos swój cel, odzyskała spokój duszy. Spojrzała wtedy na mnie i zdało mi się, że jej wzrok drży tak samo jak moje ciało.

Wang Yuejin powiedział:

- Najpierw musisz mnie puścić. Jak inaczej mam z tobą iść.

Feng Yuqing po chwili wahania puściła go. Oswobodzony Wang Yuejin wziął nogi za pas, a uciekając, odwrócił jeszcze głowę i zawołał:

- Chcesz iść, to idź sama!

Ze zmarszczonymi brwiami patrzyła na uciekającego Yuejina. Potem znów potoczyła wzrokiem po otaczających ją ludziach i spojrzała na mnie po raz drugi. Nie zaczęła go gonić, ale samotnie ruszyła w stronę miasta. Kilkoro wracających ze szkoły dzieci szło za nią aż do szpitala, ale nie ja. Stojąc na drewnianym mostku, patrzyłem, jak odchodzi w dal. Rozpuściła swoje potargane warkocze i przeczesywała długie czarne włosy palcami, a potem wciąż idąc, zaplotła je na nowo.

Ta niegdyś nieśmiała dziewczyna wydawała się w tamtej chwili spokojna i niewzruszona. Tylko bladość jej twarzy zdradzała, jak bardzo była wzburzona. Feng Yuqing nie przejmowała się niczym. W szpitalnej rejestracji spokojnie poprosiła o zapisanie na wizytę u ginekologa, zupełnie jakby była mężatką. Gdy usiadła w gabinecie, z podobnym spokojem odpowiadała na pytania lekarza.

- Proszę sprawdzić, czy jestem w ciąży - powiedziała.

Lekarz zauważył, że w karcie pacjenta wyraźnie zaznaczono "panna", zapytał więc:

- Jesteś niezamężna?

- Tak - pokiwała głową.

Trzech chłopców z wioski patrzyło, jak trzymając w ręku buteleczkę z ciemnego szkła, wchodzi do damskiej ubikacji, a potem jak wychodzi z niej z poważną miną. Czekając na wyniki badania moczu, jak chory pacjent siedziała na długiej ławce w korytarzu i niczym w transie wpatrywała się w okienko laboratorium.

Spokój zaczęła tracić dopiero wtedy, gdy dowiedziała się, że nie jest w ciąży. Stanęła pod betonowym słupem elektrycznym koło szpitala i oparła się o niego, ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać.

Jej ojciec za młodu potrafił duszkiem wypić dwa jiny baijiu. Teraz, na starość, był nadal jeszcze w stanie wypić ponad jina. Tego wieczoru stał przed domem Wangów, tupał nogami, wrzeszczał i przeklinał. Wieczorny wiatr wypełniał jego przekleństwami całą wioskę. Jednak dla dzieciaków z wioski żadne z tych przekleństw nie umywało się do jednego, wypełnionego poczuciem krzywdy zdania:

- Przespałeś się z moją córką!...

Zdanie to zawisło na ustach dzieci, tak jak smarki wisiały im z nosów, i nie schodziło z nich aż do późna w nocy. Gdy tylko widziały ojca Feng Yuqing, krzyczały chórem już z daleka:

- Przespałeś się z moją córką!

Spośród wszystkich ceremonii ślubnych, których byłem świadkiem w Nanmen, najbardziej niezapomnianą był ślub Wang Yuejina. Ten wysoki młody człowiek, niegdyś uciekający w panice przed goniącym go z nożem Sun Guangpingiem, tego poranka założył pachnącą nowością sunjatsenówkę. Jego twarz była rumiana jak u jakiegoś miastowego urzędnika. Miał spotkać się ze swoją panną młodą po drugiej stronie rzeki. Wszyscy członkowie jego rodziny biegali jak w ukropie, załatwiając różne sprawunki na zbliżające się wesele, ale on, ponieważ miał na sobie nowe ubranie, nic nie robił. Gdy idąc do szkoły, przechodziłem przed jego domem, przekonywał właśnie innego chłopaka z wioski, aby towarzyszył mu do domu panny młodej:

- Nie mam nikogo innego, tylko ty jesteś jeszcze kawalerem.

Tamten odpowiedział:

- Ale od dawna nie jestem już prawiczkiem.

Wang Yuejin przekonywał go bez zaangażowania, nie chodziło wszak o to, że tamten nie chciał iść. Droczyli się tylko z nudów.

Na wesele zabito dwie świnie i kilkadziesiąt karpi, a do wszystkiego tego doszło na wiejskim placu. Świńska krew i rybie łuski walały się na nim przez całe przedpołudnie, uprzątnięto je dopiero na czas naszego powrotu ze szkoły. Ich miejsce zajęło dwadzieścia okrągłych stołów. Sun Guangming, cały w łuskach i śmierdzący rybą, powiedział wtedy do przechodzącego obok Sun Guangpinga:

- No policz, ile mam oczu?

Sun Guangping zganił po ojcowsku:

- Idź się umyj.

Zobaczyłem, że złapał Sun Guangminga za kołnierz i ciągnie go w stronę sadzawki. Jego już i tak niezbyt wielka miłość cierpiała. Wytężając cienki głos, wykrzykiwał przekleństwa:

- Sun Guangping, ty cholerny sukinsynu!

Orszak rankiem wyruszył do domu panny młodej. Zjednoczona wspólnym celem, rozbawiona grupa pośród dźwięku bicia w bębny przekroczyła tę rzekę, która później odebrała życie Sun Guangmingowi, i zbliżyła się do domu narzeczonej Wang Yuejina.

Pochodząca z pobliskiej miejscowości panna młoda była okrąglutką dziewczyną. Skromnie weszła do wioski. Przepełnioną dziewiczym wstydem miną dodawała sobie pewności, jakby sądziła, że żaden mieszkaniec nie wie, że wielokrotnie bywała już w Nanmen pod osłoną nocy.

W czasie tamtego wesela Sun Guangming zjadł, nie przymierzając, chyba ze sto pięćdziesiąt ziaren bobu. Później we śnie męczyły go wzdęcia. Następnego dnia rano mój starszy brat wytknął mu to, a Sun Guangming przez pół dnia nie przestawał się śmiać. Uważał, że po tym, jak już i tak zjadł pięć landrynek, nie było co marnować czasu na liczenie bobu. Jeszcze dzień przed śmiercią, siedząc na progu domu, pytał Sun Guangpinga, kiedy będzie kolejne wesele we wsi. Zarzekał się, że wtedy zje dziesięć landrynek. Gdy to mówił, smarki spływały mu z nosa do ust.

Często myślę o moim przedwcześnie zmarłym młodszym bracie i jego szlachetnej walce o landrynki i bób. Gdy szwagierka Wang Yuejina ukazała się z wiklinowym koszem w ręku, Sun Guangming wcale nie ruszył do niego pierwszy, ale za to pierwszy upadł na ziemię. Do bobu w koszyku dorzuconych było tylko kilkanaście landrynek. Szwagierka rzucała te przekąski zebranym dokoła dzieciom tak, jakby karmiła kurczaki. Gdy Sun Guangping się tam rzucił, jakiś dzieciak niechcący uderzył go kolanem w twarz. Mój starszy brat miał gwałtowny charakter i myślał tylko o tym, żeby mu oddać, więc wyszedł z pustymi rękoma. Sun Guangming - wręcz przeciwnie, walcząc o landrynki i bób, znosił wszelkie ciosy. Siedział potem przez dobrą chwilę z ustami pełnymi ziemi i ze skrzywioną miną gładził się po głowie i uszach, opowiadając Sun Guangpingowi o tym, że nogi też ma całe poobijane.

Sun Guangming wywalczył siedem landrynek i mnóstwo bobu, które potem, siedząc na ziemi, pieczołowicie oddzielał od żwiru i piasku. Starszy brat stał obok i jak tygrys gotowy do skoku obserwował wpatrujące się w nich chciwie dzieciaki, dzięki czemu żadne z nich nie odważyło się zabrać młodszemu przekąsek.

Następnie Sun Guangming oddał bratu garść bobu i jedną landrynkę, co ten skwitował niezadowolonym:

- Tylko tyle...

Sun Guangming, miętosząc swoje zaczerwienione ucho, patrzył na niego z wahaniem, aż wreszcie ze smutkiem dodał mu jeszcze jeden cukierek i kolejną garść bobu. Gdy starszy brat nadal nie odchodził, cienkim głosem zagroził:

- Jak będziesz chciał więcej, to się rozpłaczę!

Panna młoda pojawiła się we wsi w południe. Miała okrągłą twarz i okrągłe pośladki. Choć pochylała głowę, to jej pełen zadowolenia uśmiech i tak był widoczny. Podobną postawę przyjął i pan młody - widać zapomniał już o tym, jak kilka dni wcześniej trzymała go Feng Yuqing. Gdy zbliżał się z triumfującym wyrazem twarzy, prawą ręką niezgrabnie machał do zebranych dokoła ludzi. Moje serce było wtedy spokojne i radosne, ponieważ niezrównana w moich oczach Feng Yuqing uwolniła się od Wang Yuejina. Gdy spojrzałem jednak w kierunku jej domu, poczułem jakiś trudny do opisania smutek. Zobaczyłem, że ideał, za którym tak tęskniłem, spogląda w naszą stronę z przygnębieniem. Stała przed domem i z nieobecnym wyrazem twarzy obserwowała ceremonię, która nie miała z nią nic wspólnego. Spośród wszystkich ludzi to właśnie ona mogła w pełni odczuć, jak to jest być zepchniętym na margines.

Potem wszyscy zasiedli na placu i zabrali się do jedzenia i picia. Mój ojciec, Sun Guangcai, poprzedniej nocy źle spał i bolała go szyja. Teraz siedział goły od pasa w górę niczym jakiś ukrywający się po lasach łotrzyk. Stojąca za nim matka wzięła do ust łyk weselnej wódki baijiu, wypluła ją na ramiona ojca i zaczęła go masować. Gdy krzyczał z bólu, wydawał się słaby i uroczy, ale ból nie powstrzymywał go od zapamiętałego picia alkoholu. Gdy wkładał pałeczkami do ust wielkie kawałki mięsa, moim stojącym z boku braciom ciekła ślinka. Sun Guangcai bez ustanku odwracał głowę i odganiał synów:

- Spadajcie.

Goście weselni jedli bez przerwy od południa aż do wieczoru, kiedy nastąpił punkt kulminacyjny wesela. Wtedy to nagle pojawiła się Feng Yuqing. W ręce trzymała sznur. Wang Yuejin nie zauważył jej nadejścia, akurat pił z jakimś innym młodzieńcem ze wsi. Zauważył, że dziewczyna stoi za nim, dopiero gdy ktoś postukał go w ramię. Do tej pory radosny i dumny, natychmiast pobladł. Pamiętam, że na gwarnym dotychczas placu głosy jeden po drugim zamierały, dlatego też mogłem z daleka wyraźnie usłyszeć słowa Feng Yuqing:

- Wstawaj.

Na twarzy pana młodego pojawiła się panika, ta sama, co wtedy, gdy uciekał przed nożem Sun Guangpinga. Wysoki młodzieniec wstał powoli jak staruszek. Feng Yuqing zabrała stołek, na którym siedział, i poszła pod rosnące obok placu drzewo. Na oczach wszystkich weszła na stołek. Na tle jesiennego nieba jej sylwetka zdawała się silna i prosta. Zauważyłem, że zebrani są poruszeni pięknem tej sceny. Feng Yuqing zawiązała sznur na jednej z gałęzi.

Wtedy stary Luo zawołał:

- Chce się zabić!

Stojąca na stołku dziewczyna spojrzała na niego z zaciekawieniem, a potem spokojnymi, łagodnymi ruchami zawiązała na sznurze pętlę wielkości głowy. Następnie zeskoczyła na ziemię. Jej skok był pełen dziewczęcej energii. Potem ponuro odeszła.

Po jej odejściu na cichym placu na powrót podniósł się gwar. Blady i trzęsący się na całym ciele Wang Yuejin zaczął głośno przeklinać, ale w jego gniewie nie było poczucia słuszności. Początkowo myślałem, że pójdzie zdjąć sznur z drzewa, ale on usiadł na podstawionym przez kogoś stołku i się z niego nie ruszał. Jego panna młoda, która już wszystko zrozumiała, była w tamtej chwili o wiele od niego spokojniejsza. Siedziała ze wzrokiem utkwionym przed sobą. Jedynym ruchem, jaki wykonała, było wychylenie duszkiem miseczki baijiu. Jej mąż raz po raz spoglądał to na sznur, to na nią. Brat Wang Yuejina zdjął wreszcie sznur, ale pan młody i tak co chwilę spoglądał na drzewo. Cała ta scena trwała bardzo długo. Sznur jak gdyby nigdy nic pojawił się na weselu jak objazdowe kino i sprawił, że przedwcześnie zakończyło swój żywot.

Nie minęło wiele czasu, a panna młoda się upiła. Przerażająco zawodząc, jak oszalała wstała i ogłosiła:

- Powieszę się.

Skierowała się w stronę drzewa, na którym nie było już sznura. Szwagierka Wang Yuejina, kobieta, która urodziła już dwójkę dzieci, mocno ją złapała i krzyknęła głośno do pana młodego:

- Szybko, zabierzcie ją stąd!

Podtrzymywana przez kilkoro ludzi, panna młoda weszła do domu, wciąż krzycząc:

- Powieszę się!

Po dłuższej chwili Wang Yuejin i pozostali wyszli z domu, ale panna młoda zaraz znów pojawiła się za nimi. Tym razem w ręce miała nóż, którego ostrze przytykała sobie do szyi. Nie sposób było rozpoznać, czy się śmieje, czy płacze, ale słychać było jej krzyk:

- Patrzcie!

Feng Yuqing siedziała wtedy na schodach przed swoim domem, z oddali obserwując to wszystko. Nie zapomnę nigdy wyrazu jej twarzy, gdy zatopiona w myślach, opierała podbródek na prawej ręce, a wiatr rozwiewał jej włosy tak, że wpadały do oczu. Jakby nie widziała zamieszania w oddali, tylko przeglądała się w lusterku. W tym momencie już nie obchodziło ją trwające wesele, ale zastanawiała się, zagubiona, nad swoim losem.

Kilka dni później do wioski zawitał pewien wędrowny handlarz. Handlarz ten, mężczyzna koło czterdziestki w szarym ubraniu, rozłożył swój stragan przed domem Feng Yuqing. Głosem, w którym słychać było obcy zaśpiew, poprosił ją o miseczkę wody.

Dzieciaki z wioski otoczyły go na chwilę, a potem znów się rozbiegły. Handlarz przybył do wioski tak niedaleko miasta najwidoczniej tylko dlatego, że była mu po drodze, ale siedział przed domem Feng Yuqing aż do zmierzchu.

Przechodziłem tamtędy kilkakrotnie, za każdym razem słysząc, jak handlarz ochrypłym głosem opowiada o trudach swoich podróży. W jego uśmiechu widać było zgorzknienie. Wyraz twarzy Feng Yuqing, gdy słuchała go z uwagą, co i rusz się zmieniał. Siedziała na progu, jak wcześniej opierając podbródek na ręce. Handlarz tylko sporadycznie odwracał głowę, by na nią spojrzeć.

Odszedł, gdy księżyc świecił już jasno na niebie, a po jego odejściu z Nanmen zniknęła i Feng Yuqing.

Śmierć

Sun Guangming, mój młodszy brat, nauczył się pychy od starszego. Pewnego letniego popołudnia wybrał się nad rzekę na ślimaki. Znów widzę tę scenę: Sun Guangming, ubrany w krótkie spodenki z rozcięciami po bokach, podnosi stojący w rogu izby koszyk i wychodzi. Słońce świeci na jego gołe, opalone plecy błyszczące jak od oleju.

Teraz przed oczyma często pojawia mi się niewyraźne widmo, jakbym był w stanie dojrzeć upływ czasu. Czas to przezroczysta, szarawa ciemność ciężarna wszystkim, co jest w niej ukryte. Nie żyjemy wcale na ziemi - żyjemy w czasie. Pola, drogi, rzeki, domy, wszystko to to nasi towarzysze zaczepieni w czasie. Czas popycha nas w przód lub w tył, zmieniając też nasz wygląd zewnętrzny.

Wyjście mojego brata z domu w dniu jego śmierci było w zasadzie prozaiczne. Wychodził tak przecież już setki razy. Ze względu na to, jak ten jeden raz się to zakończyło, moja pamięć naniosła poprawki na początkowy obraz. Gdy mój wzrok pokonał długą drogę przywoływania wspomnień i na nowo ujrzałem Sun Guangminga, nie wychodził już z domu. Mój młodszy brat nieostrożnie wychodził z czasu. Wyrwał się z jego upływu i zatrzymał, a dla wszystkich pozostałych ludzi czas nadal nieubłaganie biegł. Sun Guangming patrzył, jak zabiera otaczających go ludzi i widoki. Tak jak gdy żywy pogrzebie martwego - martwy leży tam już na zawsze, a żywy nadal się porusza. To wskazówka, którą czas daje błąkającym się po rzeczywistości ludziom.

Ośmioletni chłopiec z wioski, w ręku trzymający kosz na trawę, czekał przed domem na mego brata. Zauważyłem w nim subtelną zmianę - nie trzymał się już Sun Guangpinga tak jak kiedyś. Lubił biegać z siedmio-, ośmioletnimi dzieciakami, których mój starszy brat nie zaszczyciłby nawet spojrzeniem, i cieszył się wśród nich podobnym poważaniem jak on. Gdy siedziałem nad sadzawką, często widywałem, jak niczym książę przechadza się pośród zgromadzonych dokoła dzieci.

Tego dnia w południe patrzyłem z okna z tyłu domu, jak Sun Guangming idzie nad rzekę. Na nogach miał wielkie plecione sandały ojca, które z każdym krokiem wzbijały z drogi tumany kurzu, niosąc naprzód jego kościste pośladki i małą głowę. Doszedł przed niedawno opuszczony dom rodziny Su, położył sobie koszyk na głowie i w tym momencie jego zazwyczaj niesforne ciało stało się sztywne i karne. Miał nadzieję, że uda mu się w ten sposób donieść koszyk do brzegu rzeki, ale ten z nim nie współpracował. Spadł i potoczył się z drogi na pole. Sun Guangming odwrócił się, zerknął na niego i poszedł dalej. Jego ośmioletni towarzysz wszedł za niego w pole i podniósł zgubę. Ja natomiast nadal obserwowałem, jak mój brat bardzo zadowolony z siebie idzie naprzód, nie zdając sobie sprawy z nadchodzącej śmierci. Za nim biegło tamto dziecko, które miało przed sobą jeszcze bardzo długie życie. Wyczerpane i kołyszące się z dwoma koszami w rękach, goniło człowieka, który szedł na spotkanie ze śmiercią.

Śmierć nie przyszła do mojego brata bezpośrednio, ale znalazła go poprzez tamtego ośmioletniego chłopca. Gdy Sun Guangming szedł brzegiem rzeki, szukając ślimaków, tamten, nie mogąc uwolnić się spod przyzywającego go czaru wody, zaczął bezwiednie poruszać się w stronę głębin. Jeden fałszywy krok wystarczył, żeby znalazł się pod wodą. Dziecko zaczęło się miotać i krzyczeć - usłyszał to mój brat.

Sun Guangming utonął, ratując tego chłopca. Mówienie, że oddał za niego życie, byłoby przesadą, jego szlachetność nie sięgała tak daleko. To, jak się zachował w tamtej chwili, wynikało z jego pozycji wśród dzieci ze wsi. Gdy jeden z jego chłopców walczył o życie, Sun Guangming pomyślał nonszalancko, że może z łatwością go uratować.

Uratowany dzieciak zupełnie nie był w stanie przypomnieć sobie, co dokładnie zaszło, gapił się tylko bez słowa na przepytujących go ludzi. Kilka lat później, kiedy ktoś znów odgrzebał tę sprawę, był pełen wątpliwości, czy to się w ogóle wydarzyło, jakby ktoś zmyślił całą historię. Gdyby nie naoczny świadek, pewnie uważano by, że Sun Guangming sam się utopił.

Tym świadkiem był pewien człowiek, który stał akurat wtedy na moście. Widział, jak Sun Guangming wypycha chłopca na brzeg, a ten wspina się w panice, podczas gdy mój brat miota się w wodzie. Gdy po raz ostatni udało mu się wynurzyć głowę, szeroko otwartymi oczami przez kilka sekund patrzył prosto w oślepiające słońce, aż do momentu, gdy ostatecznie utonął. Kilka dni później, w południe, po pogrzebie, siedziałem na brzegu sadzawki, również próbując spojrzeć prosto w słońce. Zaraz musiałem jednak odwrócić wzrok od jego jasnych promieni. Wtedy to odkryłem różnicę między życiem a śmiercią: żywi nie mogą patrzeć w słońce. Tylko wzrok ludzi na skraju śmierci jest w stanie przebić się przez jego promienie i widzieć je wyraźnie.

Gdy tamten człowiek przybiegł przerażony do wsi, nie wiedziałem, co się stało. Jego krzyki były nieskładne jak kawałki rozbitego szkła. Sun Guangping akurat kroił słodkie ziemniaki - zobaczyłem, jak odrzuca nóż i wybiega z domu. Biegnąc, wołał ojca, który był na polu warzywnym, i razem pośpieszyli nad rzekę. Moja matka również pojawiła się na drodze, a trzymana przez nią w dłoni chusta powiewała na wietrze. Usłyszałem jej przenikliwe zawodzenie. Miałem przez nie wrażenie, że nawet gdyby brat jeszcze żył, to umarłby na nowo.

Zawsze martwiłem się, co jeszcze może się wydarzyć w naszym domu. Ludzie z wioski przyzwyczaili się już, że różniłem się od mojej rodziny, i jeśli o mnie chodzi, to to, że o mnie zapomnieli, wręcz mi odpowiadało. Przypominali sobie o mnie jednak za każdym razem, gdy w domu coś się działo. Gdy patrzyłem, jak wszyscy biegną nad rzekę, czułem na sobie ogromny ciężar. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że i ja powinienem pobiec z nimi, ale obawiałem się, że pomyślą, że robię to na pokaz. W tamtej chwili zdecydowałem, że muszę się oddalić. Wróciłem do domu dopiero w środku nocy. Po zmroku poszedłem nad rzekę szemrzącą w świetle księżyca. Na jej powierzchni unosiły się jakieś śmieci, jej szum, jak i przedtem, był melodyjny i przyjemny. Nurt, który pochłonął tak niedawno mojego brata, niezmiennie był tak pełen spokoju jak i wcześniej. Patrzyłem na światła wioski w oddali, a wraz z wiatrem nadlatywał do mnie z niej gwar ludzkich głosów. Przenikliwy płacz mojej matki to narastał, to cichł, a wraz z nią, aby dotrzymać jej towarzystwa, zawodziło kilka innych kobiet - odległa scena opłakiwania utraconego życia. A rzeka, która dopiero co je odebrała, nie przejmując się tym, płynęła dalej. Wtedy to zrozumiałem, że rzeka też ma swoje życie, i pochłonęła mojego brata, by jego życiem uzupełnić swoje. Płaczące w oddali kobiety i pogrążeni w żałobie mężczyźni również potrzebowali życia innych, aby podtrzymać swoje życia. Z pól uprawnych beztrosko zbierali rosnące warzywa, zarzynali świnie. Żywili się innymi istnieniami i zupełnie tak jak rzeka w ogóle się tym nie przejmowali.

Mój starszy brat, Sun Guangping, i ojciec, Sun Guangcai, wskoczyli do wody, aby wydobyć ciało Sun Guangminga. Znaleźli je pod mostem. Gdy wyciągnęli go na brzeg, jego twarz była koloru trawy. Wyczerpany ojciec złapał ciało za stopy, podniósł je, zarzucił sobie na plecy i pobiegł drogą. Ciało podskakiwało, a głowa rytmicznie uderzała ojca w łydki. Sun Guangping biegł za nim. Tego letniego dnia w południe wśród tumanów kurzu na drodze można było zobaczyć trzech ociekających wodą ludzi biegnących pośpiesznie. Za nimi jak poprzednio szła matka, z chustą w ręku i zawodzeniem na ustach, a jeszcze dalej - bezładny tłum mieszkańców wioski.

Sun Guangcai w biegu odwracał się do tyłu, dyszał, biegł coraz wolniej, aż w końcu się zatrzymał i zawołał Sun Guangpinga. Ten przejął ciało od ojca, zarzucił je sobie na plecy i pobiegł dalej. Ojciec pozostał z tyłu i krzyczał urywanymi zdaniami:

- Biegnij!... Nie zatrzymuj się!... Biegnij!...

Zobaczył, że ze zwieszonej głowy Sun Guangminga kapie woda spływająca z jego ciała i włosów. Wydawało mu się, że to syn wypluwa wodę z ust. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że odszedł na zawsze.

Po przebiegnięciu około dwudziestu metrów Sun Guangping zaczął chwiać się na boki. Ojciec nie przestawał krzyczeć:

- Biegnij! Biegnij!...

W końcu mój brat przewrócił się, a ciało stoczyło się na ziemię. Ojciec raz jeszcze krzyknął do niego, żeby nie przestawał biec. Mimo że nie przestawał się przewracać, to tempo jego biegu było zadziwiająco szybkie.

Gdy matka i mieszkańcy wioski dotarli do drzwi domu, ojciec wiedział już, że Sun Guangming nie żyje. Ze stresu i zmęczenia opadł na kolana i zaczął wymiotować. Ciało leżało natomiast pod wiązem, z rozłożonymi na boki kończynami, a liście drzewa dawały cień, który chronił je przed palącym słońcem. Mój starszy brat dotarł ostatni, zobaczył wymiotującego ojca, uklęknął naprzeciwko niego i też zaczął wymiotować.

W tym czasie tylko moja matka okazywała smutek jak zwyczajny człowiek. Płakała i zawodziła, całym ciałem kołysząc w górę i w dół. Gdy ojciec i brat skończyli wymiotować, obaj nadal klęczeli, pokryci kurzem ziemi, patrząc bezmyślnie na łkającą kobietę.

Ciało zmarłego młodszego brata położono na środku stołu, na starej, zużytej słomianej macie, i przykryto je prześcieradłem.

Po tym, jak ojciec i brat wrócili do zmysłów, pierwszym, co zrobili, było przyniesienie ze studni wiadra wody. Obaj pili na zmianę aż do dna, a potem, każdy z koszykiem w ręku, wyszli do miasta kupić tofu. Pobladły ojciec prosił mijanych ludzi, by przekazali rodzinie tego uratowanego chłopca, że pójdzie do nich po powrocie.

Tego dnia wieczorem mieszkańcy wioski przeczuwali, że coś się wydarzy. Gdy brat i ojciec wracali z miasta, zapraszali wszystkich na stypę, na której mieliśmy podać danie z tofu dla uczczenia pamięci zmarłego. Prawie wszyscy mieszkańcy wioski przyszli, tylko rodzina uratowanego chłopca nie.

Jego ojciec przyszedł sam, bez braci, dopiero po dziewiątej wieczorem. Wyglądało na to, że przygotowuje się, by znieść wszystko w pojedynkę. Z powagą wszedł do izby, uklęknął przed ciałem i trzy razy się pokłonił. Następnie wstał i powiedział:

- Dziś jest tutaj cała wioska. - Zauważył kierownika brygady produkcyjnej. - Nawet kierownik też tutaj jest. Sun Guangming zginął, ratując mojego syna. Jestem pogrążony w ogromnym smutku. Nie wrócę mu życia, mogę tylko dać trochę pieniędzy.

Wyjął pieniądze z kieszeni i dał je Sun Guangcaiowi.

- Sto juanów. Jutro sprzedam, co mamy kosztownego, żeby zebrać dla was pieniądze. Jesteśmy z jednej wioski, wiesz, ile mamy. Co mogę, to wam dam.

Sun Guangcai wstał i przysunął mu stołek, mówiąc:

- Usiądź.

Potem zaczął mówić niczym urzędnik partyjny z miasta - z zapałem i zapamiętale:

- Mój syn nie żyje i nic mu życia nie wróci. Żadne pieniądze tego nie wyrównają, więc nie chcę ich od ciebie. Zginął, ratując ludzkie życie jak bohater.

Potem głos zabrał Sun Guangping. Podobnie jak ojciec z pasją rzekł:

- Mój młodszy brat to bohater. Nasza rodzina jest dumna. Nie chcemy od ciebie żadnych pieniędzy. Chcemy tylko, żebyś opowiadał o bohaterskich czynach mojego braciszka, żeby wszyscy się o nich dowiedzieli.

Na koniec znów odezwał się ojciec:

- Jutro pójdę do miasta, żeby powiedzieli o tym w radio.

Pogrzeb Sun Guangminga odbył się na drugi dzień. Pochowano go niedaleko za domem, pomiędzy dwoma cyprysami. W czasie ceremonii cały czas stałem z daleka. Długotrwała samotność i obojętność ze strony ludzi sprawiły, że choć żyłem w wiosce, to już jakby nie jako człowiek. Zawodzenie matki po raz ostatni uniosło się w oślepiającym blasku słońca. Z daleka nie było widać smutku ojca i brata. Sun Guangming został zaniesiony na miejsce pochówku zawinięty w słomianą matę. Mieszkańcy wioski w bezładzie stali na drodze od wejścia do wioski do grobu. Ojciec i brat złożyli Sun Guangminga w ziemi i zasypali grób. W ten sposób mój młodszy brat ostatecznie zakończył swoją ziemską podróż.

Tego dnia wieczorem siedziałem nad sadzawką za domem. Długo patrzyłem na grób brata, jak w świetle księżyca spokojnie wystaje ponad ziemię. Choć leżał tam, miałem wrażenie, że w tamtym momencie siedzi obok mnie. Wreszcie był tak samo daleko od rodziny i od mieszkańców wioski jak ja, choć doprowadziła go do tego zupełnie inna droga. Tyle tylko, że jego odejście zdawało się bardziej ostateczne i łatwiejsze.

Z powodu wewnętrznych przeszkód, które jak mur oddzielały mnie od rodziny, czułem się oddalony od śmierci i pogrzebu mojego brata. Przeczuwałem, że z tego powodu ze strony rodziny i mieszkańców wioski spłynie na mnie jeszcze surowsza krytyka. Jednak minęło trochę czasu, a nikt nie zachowywał się inaczej niż wcześniej, czym w sekrecie byłem zdziwiony. Wtedy to z ulgą odkryłem, że zostałem zupełnie zapomniany. Przypadła mi w udziale rola człowieka, o którego istnieniu wiedzą wszyscy mieszkańcy wioski, jednocześnie w ogóle go nie zauważając.

Na trzeci dzień po pogrzebie brata na domowym odbiorniku wysłuchaliśmy audycji o bohaterskim Sun Guangmingu, który poświęcił życie, ratując drugiego człowieka. Dla mojego ojca był to moment największej dumy. Od trzech dni na każdy dźwięk z radia Sun Guangcai przysuwał sobie stołek i zasiadał przy odbiorniku. Gdy wreszcie się doczekał, był tak podekscytowany, że nie mógł usiedzieć na miejscu i chodził to w tę, to we w tę niczym kaczka. Tego popołudnia nie było żadnych gospodarskich prac do wykonania. Donośny głos mojego ojca niósł się po domach w wiosce:

- Słuchaliście?

Mój starszy brat stał wtedy pod wiązem przed wejściem i błyszczącymi oczami wodził za ojcem.

W życiu mojego ojca i brata zaczął się wtedy krótki okres szczęścia i zadowolenia. Wydawało im się, że lada dzień przyjedzie do nich w odwiedziny ktoś wysłany przez rząd. Ich pobożne życzenia zaczęły się od poziomu powiatowego, a potem wzrosły aż do Pekinu. Najbardziej chwalebnym momentem byłoby, gdyby jako krewni bohatera dostali zaproszenie na centralne uroczystości na Tiananmen z okazji święta narodowego. Po moim bracie w tamtej chwili widać było więcej przebiegłości niż po ojcu. Choć głowę miał wypełnioną tymi samymi mrzonkami, to zostało w niej też miejsce na praktyczne myślenie. Zwrócił uwagę ojca na to, że śmierć brata otworzy im furtkę do świata urzędów. Sun Guangping sam co prawda jeszcze się uczył, ale byłby idealnym kandydatem na jakieś stanowisko. Te słowa sprawiły, że w oczach ojca niektóre elementy fantazji zaczęły przybierać coraz bardziej rzeczywiste kształty. Sun Guangcai zacierał wtedy ręce, sam nie wiedząc, jak okazać poruszenie, które czuł.

Ojciec i brat nie mogli powstrzymać swojej ekscytacji, co sprawiło, że ich w najwyższym stopniu nierealny plan stopniowo zaczął rozprzestrzeniać się wśród mieszkańców wioski. I tak wieść o tym, że rodzina Sun się wyprowadza, zaczęła krążyć po wiosce, a co było dla mieszkańców najbardziej niesłychane, to że być może miała to być przeprowadzka do Pekinu. Gdy dotarło to w końcu do naszego domu, któregoś popołudnia usłyszałem, jak mój ojciec rozemocjonowany mówi do brata:

- Nie ma dymu bez ognia. Z tego, co mówią w wiosce, to ktoś z rządu pojawi się tu lada dzień.

W ten sposób ojciec najpierw nakarmił swoimi fantazjami mieszkańców wioski, a potem powstałymi w ten sposób plotkami te fantazje umacniał.

Oczekując, aż spłynie na niego chwała należna ojcu bohatera, Sun Guangcai postanowił, że wprowadzi w naszej rodzinie pewne zmiany. W jego odczuciu chaos, który od jakiegoś czasu w niej panował, mógł przeszkodzić urzędnikom we właściwym jej ocenieniu. Zmiany zaczęły się od ubrań - każdy członek rodziny za pożyczone przez ojca pieniądze dostał nowy strój. Wtedy też zaczęto bardziej na poważnie się mną przejmować. Kwestia tego, jak sobie ze mną poradzić, przyprawiała ojca o ból głowy. Słyszałem kilka razy, jak mówi do brata:

- Lepiej by było, gdyby nie było tego gówniarza.

Po tym, jak tak długo mnie ignorowali, tym, co sprawiło, że rodzina uznała moje istnienie, było odkrycie, że jestem okropnym utrapieniem. Tak czy siak, pewnego poranka matka pojawiła się przede mną z nowym ubraniem w ręku, prosząc, bym je założył. Cała rodzina, pozując na nie wiadomo kogo, miała na sobie ubrania w tym samym kolorze. Ja, przyzwyczajony do łachmanów, a zmuszony do noszenia tego sztywnego, nowego ubrania, przez cały dzień czułem się nieswojo. Mieszkańcy wioski i koledzy ze szkoły już prawie o mnie zapomnieli, a to znów zwróciło na mnie ich uwagę. Su Yu powiedział:

- Masz nowe ubranie.

Jego słowa były tak spokojne, że zostawiły mnie z uczuciem, że nic wielkiego się nie zdarzyło. I tak byłem wtedy jednak bardzo zakłopotany.

Dwa dni później ojciec dostrzegł pewne niedociągnięcia w swoim planie: urzędnikom powinniśmy się pokazać jako prosta rodzina zmagająca się z przeciwnościami losu. Wszystkie najbardziej zniszczone ubrania, jakie mieliśmy w domu, ponownie ujrzały więc światło dzienne. Matka całą noc siedziała przy lampie olejnej i następnego dnia rano wszyscy założyliśmy stare ubrania połatane tak, że wyglądały jak łuski, a my jak cztery śmiechu warte ryby, które wraz z nastaniem nowego dnia podpłynęły do drzwi. Gdy patrzyłem, jak mój starszy brat z pewnym wahaniem rusza w drogę do szkoły, po raz pierwszy poczułem, że i ja, i on mamy do tego pomysłu podobne nastawienie.

W oczekiwaniu na nadejście czegoś dobrego Sun Guangpingowi brakowało tej niezachwianej pewności, którą miał Sun Guangcai. Po tym, jak został w szkole wyszydzony z powodu połatanego ubrania, nie chciał go więcej nosić, choćby mu za to oferowano tron cesarski. Dlatego też, używając najmocniejszego argumentu, powiedział do ojca:

- Noszenie takich starodawnych ubrań jest potwarzą dla nowego, komunistycznego świata.

Po tych słowach Sun Guangcai przez kilka dni nie mógł znaleźć sobie miejsca. Bez ustanku wyjaśniał mieszkańcom wsi, że całą rodziną nosiliśmy zniszczone ubrania tylko po to, by wspominając trudy przeszłości, tym bardziej móc się cieszyć obecnym szczęściem.

- Jak się przypomni sobie, jak ciężko było kiedyś, to bardziej docenia się, jak teraz jest dobrze!

Urzędnicy, których mój ojciec i brat tak wyczekiwali, po miesiącu nadal się nie pojawili. Wiejska opinia publiczna zwróciła się więc w innym kierunku i mieszkańcy zaczęli grzebać w przeszłych poczynaniach mojego ojca i brata. W te spokojne dni, gdy nie było wielu prac gospodarskich do wykonania, czasu było aż nadto, by dotrzeć do sedna sprawy. Odkryto, że wszystkie plotki miały swoje źródło w naszym domu. Ojciec i brat stali się wtedy obiektem kpin we wsi. Kto bądź pytał, złośliwie mrużąc oczy:

- Jak tam, byli już ci urzędnicy?

W fantazji spowijającej mój dom zaczęły się pojawiać prześwity. Dlatego też Sun Guangping pierwszy się z niej wycofał i z właściwym młodym ludziom pragmatyzmem pierwszy zrozumiał, że nie wszystko jest możliwe.

W ciągu pierwszych kilku dni po tym, jak jego fantazja się rozwiała, Sun Guangping był przybity i często widziałem go, jak w apatii leży na łóżku. Ponieważ ojciec wtedy nadal nią jeszcze żył, ich stosunki w widocznym sposób się ochłodziły. Ojciec zgodnie ze swoim zwyczajem wciąż siadywał przy odbiorniku. Siedział tam z głupawym wyrazem twarzy, a z kącików ust ciekła mu ślina. Sun Guangping nie chciał oglądać tego widoku, za którymś razem powiedział niecierpliwie:

- Daj już temu spokój.

Te słowa niespodziewanie rozgniewały ojca, który zeskoczył ze stołka i zaczął przeklinać, plując śliną na wszystkie strony:

- Spieprzaj!

Brat nie przestraszył się i odpowiedział jeszcze mocniej:

- Idź to powiedz Wangom.

Wtedy ojciec, wrzeszcząc jak dziecko, skoczył na Sun Guangpinga. Nie groził jednak, że go zabije, ale krzyknął:

- Dawaj, chcesz się bić?!

Gdyby nie matka, która płacząc, własnym ciałem rozdzieliła dwóch mężczyzn warczących na siebie jak psy, to ta i tak zniszczona już rodzina zostałaby doszczętnie zrujnowana.

Gdy mój brat z poszarzałą twarzą wyszedł z domu, zobaczył mnie i powiedział:

- Stary szuka guza.

W rzeczywistości ojcu doskwierała już wtedy samotność. Porozumienie, które miał z Sun Guangpingiem tuż po śmierci mojego młodszego brata, znikło. Nie marzyli już razem o świetlanej przyszłości. Brat wycofał się pierwszy, pozostawiając ojca samego z jego fantazjami. Musiał on sam opierać się strasznej myśli, że żadni urzędnicy się nie pojawią. Dlatego też gdy brat coraz bardziej nie mógł znieść widoku ojca, ojciec tym częściej szukał okazji do sprzeczki. Przez długi czas po tamtej kłótni albo spoglądali na siebie z wściekłością, albo w ogóle na siebie nie patrzyli.

Ojciec nadzwyczajnie wytężał wzrok, wypatrując na drodze prowadzącej do wsi ubranych w sunjatsenówki przedstawicieli rządu. Gdy dzieciaki ze wsi zdały sobie z tego sprawę, co rusz kilkoro z nich podbiegało pod nasze drzwi z krzykiem:

- Sun Guangcai, przyszli ludzie w sunjatsenówkach!

Pierwsze kilka razy sprawiło, że ojciec nie posiadał się z podniecenia. Z ekscytacji nie mógł usiedzieć na miejscu niczym zbiegły kryminalista. Patrzyłem, jak blednie na twarzy i biegnie w stronę skraju wioski, a potem jak przygnębiony wraca do domu. Ostatni raz dał się oszukać na przedzimku, gdy jakiś dziewięciolatek przybiegł do nas sam, krzycząc:

- Sun Guangcai, przyszło paru w sunjatsenówkach!

Ojciec wziął do ręki miotłę i przegonił go:

- Spiorę cię, gówniarzu!

Chłopak umknął, oglądając się przez ramię, a gdy odbiegł już na bezpieczną odległość, krzyczał dalej:

- Jeśli cię oszukuję, to jestem sukinsynem: z matki suki i ojca psa!

Lekkomyślne powołanie się chłopaka na własnych rodziców sprawiło, że Sun Guangcai wszedłszy z powrotem do domu nie mógł znaleźć sobie miejsca. Zacierając ręce, kręcił się po izbie, mówiąc do siebie:

- A co, jak rzeczywiście przyszli? A tu nic nieprzygotowane.

Wiedziony tym niepokojem, pobiegł na skraj wioski, ale zobaczył tylko puste pola i samotne drzewa. Siedziałem wtedy niedaleko, nad sadzawką, i patrzyłem na ojca, który jak głupiec stał na drodze. Podmuch zimnego wiatru zmusił go do szczelniejszego opatulenia się. Potem kucnął - może dlatego, że zimno było mu w kolana, bo zaczął je pocierać dłońmi. Tego zwiastującego nadejście zimy wieczoru Sun Guangcai, trzęsąc się, siedział w kucki u wejścia do wioski i długo patrzył na ciągnącą się hen, daleko drogę.

Ojciec twardo bronił swojej fantazji. Dopiero gdzieś koło Święta Wiosny chcąc nie chcąc dał za wygraną. W tym czasie z każdego domu we wsi słychać było dźwięki ubijania ciasta, ale przez to, że wszystko się posypało, u nas w ogóle nie czuć było świątecznej atmosfery. Wreszcie matka zebrała się na odwagę i zapytała ojca:

- Co robimy na święta?

Ojciec ze zrezygnowanym wyrazem twarzy usiadł wtedy obok odbiornika, zamyślił się na dłuższą chwilę i rzekł:

- Ci w sunjatsenówkach to chyba jednak nie przyjdą.

Zacząłem zwracać uwagę, że ojciec zawsze ukradkiem obserwuje brata. Widać było, że chce się z nim pogodzić. W wigilię Nowego Roku ojciec w końcu pierwszy się do niego odezwał. Sun Guanping właśnie skończył jeść i zbierał się do wyjścia, ale ojciec go zatrzymał:

- Muszę o czymś z tobą pogadać.

We dwóch przeszli do innej izby i zaczęli szeptać, a gdy wyszli, obaj mieli poważne miny. Następnego dnia rankiem, czyli w pierwszy dzień nowego roku księżycowego, ojciec i brat razem poszli do rodziny chłopca, którego uratował Sun Guanming.

Sun Guangcai, który prawie już stracił nadzieję na stanie się ojcem bohatera, na nowo zrozumiał urok pieniędzy. Chciał, żeby tamta rodzina zadośćuczyniła mu za śmierć syna, i od razu zażądał pięciuset juanów. Tamci przerazili się taką kwotą i powiedzieli mojemu ojcu i bratu, że to za dużo. Potem przypomnieli, że jest pierwszy dzień nowego roku i woleliby porozmawiać o tej sprawie kiedy indziej.

Ojciec i brat natomiast chcieli, żeby tamci zapłacili im natychmiast, a jeśli nie, to potłuką im wszystkie sprzęty domowe. Sun Guangcai powiedział:

- Cieszcie się, że bez procentu!

Kłótnia, która wtedy wybuchła, była tak zażarta, że słyszałem ją z daleka i dzięki temu też zrozumiałem, czego dotyczyła. Słychać było również dźwięk rozbijanych przez mojego ojca i brata sprzętów.

Dwa dni później do wioski przybyło trzech ludzi w policyjnych mundurach. Gdy akurat jedliśmy obiad, kilkoro dzieci przybiegło przed nasz dom, krzycząc:

- Sun Guangcai, przyszli ludzie w sunjatsenówkach!

Gdy ojciec wybiegł przed dom z miotłą w ręku, trzej policjanci właśnie się zbliżali. W mgnieniu oka zrozumiał, jak się sprawy mają, i krzyknął w ich kierunku:

- Przychodzicie mnie aresztować?

Był to najbardziej spektakularny moment w życiu mojego ojca. Zawołał do policjantów:

- Nie wiecie, po kogo przyszliście! - uderzając się w pierś, kontynuował. - Jestem tatą bohatera!

Następnie pokazał na Sun Guangpinga:

- A to brat bohatera!

Potem na matkę:

- To mama bohatera!

Ojciec popatrzył wtedy też na mnie, ale nic nie powiedział.

- Wy nie wiecie, po kogo przyszliście!

Policjanci ani trochę nie byli zainteresowani przemową ojca. Zapytali chłodno:

- Pan Sun Guangcai?

- To ja! - krzyknął ojciec.

- Proszę z nami - powiedział policjant.

Ojciec cały ten czas czekał, aż pojawią się ludzie ubrani w sunjatsenówki, ale ostatecznie przyszli tylko tacy w policyjnych mundurach. Po tym, jak ojca zabrano, kierownik brygady przyprowadził do naszego domu tamtą rodzinę i kazał matce i bratu zapłacić im odszkodowanie. Poszedłem nad sadzawkę za domem i stamtąd patrzyłem, jak wynoszą z niego nasze sprzęty. Uratowane z pożaru lub z trudem na nowo zgromadzone rzeczy znów stawały się własnością innych ludzi.

Pół miesiąca później ojciec wyszedł z więzienia. Miał skórę tak bladą jak nowo narodzone dziecko. Niegdyś tak szorstki w obejściu, teraz, gdy do nas podszedł, był wydelikacony jak jakiś urzędnik z miasta. Wszystkim dokoła mówił, że poskarży się do Pekinu. Gdy ludzie pytali go, kiedy to się stanie, odpowiadał, że za trzy miesiące, jak uzbiera na bilet. Ale trzy miesiące minęły, a ojciec wcale nie pojechał do Pekinu. Udało mu się za to wejść do łóżka wdowy z naprzeciwka.

Zapamiętałem ją jako kobietę koło czterdziestki, tęgą i silną, o donośnym głosie, która boso szybkim krokiem przemierza miedze między polami. Najbardziej wyróżniała się tym, że koszulę zawsze wkładała w spodnie, co sprawiało, że jej krągłe pośladki nieskrępowane mogły roztaczać swoje uroki. W tamtych czasach tego typu ubiór wydawał się dziwny i nieprzyzwoity. Nawet młode dziewczyny nie odważały się wtedy w ten sposób wystawiać swoich talii i bioder na widok. Pośladki wdowy (o talii nie mogło już być mowy) swoim kołysaniem się wprawiały w ruch całe ciało. Jej piersi nie były podobnie dorodne, a wręcz przeciwnie, płaskie niczym betonowe drogi w mieście. Pamiętam, jak stary Luo kiedyś powiedział, że wszystko to, co powinno być w biuście, u niej poszło w pośladki. Mawiał:

- To nawet wygodniej, bo jak ją uszczypniesz w tyłek, to tak, jakbyś od razu szczypał w cycki.

W dzieciństwie, gdy pod wieczór kończyła się praca w polu, często słyszałem, jak wdowa woła do młodych chłopaków:

- Odwiedź mnie wieczorem!

Ten, do którego tak wołała, zawsze odpowiadał:

- Kto by z tobą do cholery spał, wszystko ci już sflaczało!

Nie wiedziałem wtedy, co to znaczy. Dopiero w miarę dorastania zaczynałem rozumieć, że wdowa tak naprawdę prowadziła wesoły, rozwiązły żywot. Usłyszałem wtedy taki kawał: ktoś w nocy przez okno wchodzi do jej sypialni i słyszy wśród dyszenia i jęków rozkoszy, jak wdowa mówi niewyraźnie:

- Teraz nie, zajęte.

Gdy spóźniony gość odchodził, słyszał jeszcze jej radę:

- Jutro przyjdź trochę wcześniej.

W tym żarcie było ziarenko prawdy - po zmroku łóżko wdowy z rzadka było puste. Choćby noc była gorąca nie do zniesienia, i tak przez okno słychać było jej jęki. Dolatywały do ludzi odpoczywających w chłodzie na placu i sprawiały, że stary Luo wzdychał:

- W taki gorąc! Prawdziwa przodowniczka pracy!

Wysoka i silnie zbudowana wdowa lubiła sypiać z młodymi mężczyznami. W mojej pamięci wciąż brzmią słowa, które kiedyś, stojąc w polu, wypowiedziała swoim donośnym głosem do kobiet ze wsi:

- Młodzi są silni, czyści i nie śmierdzi im z ust.

Jednak gdy u jej łóżka pojawiał się ponad pięćdziesięcioletni ówczesny kierownik (który później zmarł na płuca), to z radością go przyjmowała. Czasami miała ochotę przespać się z kimś mającym władzę. Później sama zaczęła się starzeć i więdnąć, więc serdecznie przyjmowała mężczyzn w średnim wieku.

Mój ojciec, Sun Guangcai, niczym jakiś filantrop właśnie wtedy odwiedzał wdowę w jej coraz to pustszym łóżku. Pewnego popołudnia wczesną wiosną, wziąwszy ze sobą pięć kilo ryżu, poszedł do jej domu. Wdowa siedziała wtedy na ławce i naprawiała buty. Zezując, patrzyła, jak nadchodzi.

Ojciec z zadowolonym uśmiechem na ustach położył ryż u jej stóp i chciał objąć ją za szyję.

Wdowa wyciągnęła dłoń, by go powstrzymać:

- Powoli.

Dalej mówiła:

- Nie kupisz mnie tak łatwo - mówiąc to, położyła rękę na jego kroczu i zaczęła je macać.

- No i jak? - zapytał figlarnie ojciec.

- Może być - odpowiedziała.

Ojciec przez długi czas żył zawsze uczciwie, ale gdy jego marzenia okazały się tylko mrzonkami i rzeczywistość okrutnie zakpiła sobie z niego, przejrzał na oczy. Po tej przemianie młodzi ludzie z wioski słyszeli z jego ust rady wypowiadane pełnym zadowolenia tonem człowieka, który mówi z własnego doświadczenia:

- Korzystajcie z młodości, obracajcie panienki, cała reszta to fałsz.

Ojciec ostentacyjnie sypiał z wdową w jej starodawnym, rzeźbionym w kwiaty łożu, a Sun Guangping wszystko to widział. Gdy ojciec, nie oglądając się na nikogo, wychodził z domu wdowy, mój brat był zażenowany. Któregoś dnia, gdy po sycącym posiłku ojciec szykował się do wyjścia, brat powiedział:

- Nie masz jeszcze dość?

Zupełnie nieprzejęty tym ojciec odpowiedział:

- A czy tego można w ogóle mieć dość?

W tych dniach, gdy Sun Guangcai sprężystym krokiem wchodził do domu wdowy i wychodził z niego zupełnie opadły z sił, ja z kolei ukradkiem obserwowałem matkę. Zawsze zajęta, ciągle coś robiła, mówiła niewiele i znosiła zniewagi tak, jakby nic się nie stało. Co myślała sobie, gdy ojciec opuszczał łóżko wdowy i wracał do niej? Na długo zatrzymywałem się nad tą kwestią ze złością, ale i ze współczuciem, próbując odgadnąć jej myśli.

Później wydarzyło się coś, dzięki czemu odkryłem gniew, który krył się za pozorną obojętnością matki. Jej nienawiść do wdowy uświadomiła mi, jak ograniczone są kobiety. Ileż to razy w myślach napominałem matkę, że tę nienawiść powinna skierować w stronę ojca, a nie wdowy, że powinna odtrącić go, gdy wraca od kochanki. Jednak matka nie potrafiła odmówić ojcu i jak zawsze oddawała mu się w całości.

Czara goryczy przelała się podczas rozrzucania nawozu w polu. Wdowa nadchodziła wtedy od strony miedzy, a jej triumfujący wyraz twarzy sprawił, że matka zaczęła dygotać na całym ciele. Tłumiona od dłuższego czasu nienawiść kazała jej zamachnąć się łopatą do gnoju w stronę wdowy. Gnojówka rozprysnęła się na jej zadowolonej twarzy, a jej głos zabrzmiał wtedy jak dzwon:

- Patrz, co robisz!

Matka odkrzyknęła drżącym głosem:

- Idź sobie do miasta, połóż się tam na jakimś placu, niech mężczyźni ustawiają się w kolejce, żeby się z tobą zabawić!

- Ty! - Wdowa nie wydawała się być zbita z tropu - Za kogo ty się uważasz? Wracaj lepiej do domu i się umyj, twój mąż narzeka, że ci śmierdzi!

Dwie kobiety donośnymi głosami obrzucały się nawzajem wulgarnymi wyzwiskami jak dwie wrzaskliwe kaczki. Hałas niósł się po całej wiosce. Wreszcie moja matka, ta chuda kobiecina, rzuciła się na stojącą na miedzy wdowę.

Sun Guangcai, zataczając się, wracał wtedy właśnie z miasta. Za plecami chował trzymaną w ręku butelkę baijiu. Najpierw z daleka zobaczył dwie rozczochrane kobiety walczące ze sobą w polu - na ten widok poczuł podniecenie. Gdy jednak podszedł bliżej i rozpoznał, kto to, zdezorientowany wszedł na miedzę i już chciał wziąć nogi za pas, gdy ktoś stanął mu na drodze i powiedział:

- Idź przemówić im do rozumu.

- Nie ma mowy, nie ma mowy - powtarzał ojciec, kręcąc głową. - Jedna to żona, druga kochanka, żadnej nie mogę urazić.

W tym momencie wdowa powaliła matkę na ziemię i usiadła na niej swoim wielkim tyłkiem. Zobaczyłem to z daleka i poczułem ogromny smutek. Matka znosiła upokorzenie tak długo, a gdy w końcu nie mogła już dłużej tłumić swego gniewu, została upokorzona ponownie.

Kilka kobiet z wioski naprawdę chyba nie mogło już znieść tego widoku. Podbiegły do wdowy, żeby ją odciągnąć. Ta odeszła jako zwyciężczyni, z podniesioną wysoko głową. Idąc, mówiła:

- Zachciało się porywać z motyką na słońce!

Matka, pozostawiona na polu, zaczęła zanosić się płaczem i krzyczeć przez łzy:

- Gdyby Sun Guangming żył, nigdy by ci nie wybaczył!

Mój zazwyczaj odważny, wymachujący nożem starszy brat w czasie zajścia na polu jakby rozpłynął się w powietrzu. Zamknął się w pokoju, choć dobrze wiedział, co się dzieje na zewnątrz. Nie chciał jednak brać udziału w tej bezsensownej jego zdaniem kłótni. Płacz matki wzmacniał jego poczucie wstydu za rodzinę, ale nie był w stanie rozpalić go słusznym gniewem za jej krzywdę.

Jedyne, co mogła zrobić pokonana matka, to powołać się na mojego zmarłego brata. W tej beznadziejnej chwili była to jej jedyna pociecha.

Obojętność i brak działania Sun Guangpinga początkowo brałem za niechęć do pokazywania się ludziom, gdy wieści o skandalu w rodzinie niosły się po wsi. Koniec końców nie był już tym samym Sun Guangpingiem, co w czasie kłótni o pole. Czułem, że jest smutny, a jego niezadowolenie z sytuacji w domu z dnia na dzień stawało się coraz bardziej widoczne. Choć nasza wzajemna wrogość nie zniknęła, to dzięki temu wspólnemu niezadowoleniu czasem pojawiała się między nami jakaś nić porozumienia.

Niedługo później, tuż przed tym, jak miałem opuścić Nanmen, którejś nocy zauważyłem, jak jakiś cień wychodzi oknem z domu wdowy i wchodzi do naszego. Natychmiast rozpoznałem mojego starszego brata. Wtedy to dopiero zdałem sobie sprawę, że był jeszcze inny powód, dla którego brat nie interweniował w czasie kłótni matki z wdową.

Brat, niosąc mój bagaż na ramieniu, towarzyszył mi w drodze na przystanek. Matka odprowadziła nas do wyjścia z wioski i w porannym wietrze zdezorientowana patrzyła, jak odchodzimy. Nie rozumiała jakby, co los ukazywał jej w tamtej chwili. Gdy spojrzałem na nią po raz ostatni, zauważyłem, że jej włosy są już całkiem białe. Powiedziałem do niej:

- To idę.

Nie zareagowała na moje słowa. Wydawało się, że mętnym wzrokiem patrzy na coś innego. Moje serce zalała wtedy fala czułości i smutku. Jej los bez śladu rozpływał się w powietrzu przede mną jak delikatny wietrzyk. Poczułem wtedy, że już nigdy nie wrócę. Ale w przeciwieństwie do ojca i starszego brata ja, podobnie jak młodszy brat, odchodząc, nie byłem dla matki okrutny. Okrutni byli ojciec i starszy brat, którzy odrzucili ją, aby dzielić łoże znienawidzonej przez nią wdowy. Całkowicie zgnębiona matka nadal ze wszystkich sił starała się podtrzymać istnienie rodziny.

Po moim odejściu ojciec wciąż nie szczędził wysiłków i ostatecznie dopełnił swojej przemiany w skończonego drania. Zaczął też wtedy zawodowo trudnić się noszeniem rzeczy - wynosił sprzęty z domu i dawał je w prezencie wdowie, co podtrzymywało ciągłość ich stosunków. Lojalność Sun Guangcaia dała spodziewany rezultat. W tamtym okresie wdowa stała się wstrzemięźliwa i dochowywała mu wierności. Zbliżała się już do pięćdziesiątki i jej apetyt seksualny nie był już na niegdysiejszym poziomie.

Sun Guangping doszczętnie stracił już wtedy odwagę, która cechowała go w wieku lat czternastu, a od matki nauczył się, jak przełykać zniewagi i znosić upokorzenia. W milczeniu patrzył na to, co robi ojciec. Gdy czasem matka z sercem ciężkim od trosk mówiła mu, że ojciec znów coś wyniósł z domu, on zawsze ją pocieszał:

- Odkupimy kiedyś.

W rzeczywistości nie znienawidził wdowy, zachował za to w sercu wdzięczność do niej. Te noce, kiedy wchodził i wychodził oknem z jej domu, przez bardzo długi czas leżały mu na sumieniu. One też były powodem, że nie robił nic, gdy ojciec popełniał wszystkie swoje niegodziwości. Wdowa natomiast nigdy nikomu o nim nie powiedziała - być może sama nie wiedziała, kim tak naprawdę był ten młodzieniec, który kiedyś czasem ją odwiedzał.

Gdy po ukończeniu liceum Sun Guangping został w domu, aby pracować na roli, z jego niegdysiejszej pewności siebie nic już nie zostało. Na samym początku często widywałem go, jak leży na łóżku z szeroko otwartymi oczami i nieobecnym wzrokiem. Rozumiałem go wtedy. Patrząc przez pryzmat mojego własnego stanu ducha, dostrzegałem najgłębsze pragnienie brata, czyli opuszczenie Nanmen i rozpoczęcie zupełnie nowego życia. Kilka razy widziałem go, jak stoi na skraju pola i w zadumie patrzy na pracujących w pocie czoła staruszków, na ich pomarszczone twarze i sylwetki całe w błocie. Zobaczyłem pustkę i smutek, które pojawiły się w jego oczach. Poruszony, myślał wtedy o tym, że taki właśnie los czeka go pod koniec życia.

Po tym, jak się już z tym pogodził, zaczął mocno odczuwać niejasną tęsknotę za kobietą. Jego potrzeby w tym czasie nie były już takie same jak niegdyś w stosunku do wdowy. Potrzebował kogoś, kto stale by się nim zajmował i opiekował, a jednocześnie kto ukoiłby jego pragnienia w czasie niespokojnych nocy. Stąd zdecydował się na małżeństwo.

Jego wybranka z twarzy była zupełnie zwyczajna. Mieszkała w sąsiedniej wsi w piętrowym budynku, obok którego płynęła ta sama rzeka, która odebrała życie mojemu młodszemu bratu. Ponieważ był to pierwszy tego typu dom w okolicy, wieść o bogactwie jej rodziny niosła się daleko. Jednak to nie bogactwo było tym, co spodobało się mojemu bratu. Wiedział, że rok po budowie piętra rodzina nadal jest w długu i nie będzie w stanie odpowiednio uposażyć córki. Był to prezent, który ofiarowała mu wioskowa swatka, kobieta o małych od obwiązywania stopach, a mimo tego chodząca z taką energią, że przypominała pchłę. Gdy tamtego popołudnia z uśmiechem na ustach przyszła w odwiedziny, Sun Guangping wiedział już, co się wydarzy. Wiedział też, że zgodzi się na wszystko.

Ojciec odciął się od wszystkich spraw związanych z ożenkiem syna do tego stopnia, że samą nowinę przekazała mu nie matka, ale wdowa. Dowiedziawszy się o tym, ojciec natychmiast poczuł, że jego powinnością jest rozeznanie się w sytuacji:

- Jak wygląda ta dziewczyna, co będzie sypiać z moim synem?

Rankiem ojciec z dłońmi założonymi na przygarbionych plecach z zadowolonym uśmiechem wyszedł z domu. Z daleka już zobaczył potężny, piętrowy dom rodziny dziewczyny, dlatego też pierwszym zdaniem, jakie wypowiedział do jej ojca, było:

- Sun Guangping to naprawdę szczęściarz.

Mój ojciec, siedząc w domu dziewczyny brata, zachowywał się dokładnie tak, jakby siedział na łóżku wdowy - beztrosko i swobodnie. W rozmowie z jej ojcem bez skrępowania używał wulgaryzmów. Brat dziewczyny podszedł do nich z butelką alkoholu w ręku, napełnił ich kieliszki i wyszedł. Jej matka była w tym czasie w kuchni, a dźwięki, które zaczęły stamtąd dobiegać, sprawiły, że ojcu ślina napłynęła do ust. Prawie zapomniał, że celem odwiedzin było obejrzenie przyszłej synowej. Jego rozmówca pomyślał jednak o tym.

Ojciec dziewczyny podniósł głowę i zawołał imię, które mój ojciec zapomniał natychmiast po usłyszeniu. Z piętra dało się usłyszeć odpowiedź mojej niedoszłej szwagierki, ale nie chciała zejść się pokazać. Jej starszy brat pobiegł na górę, a po chwili powrócił i uśmiechając się przymilnie, powiedział do Sun Guangcaia:

- Nie chce zejść.

Wtedy ojciec pokazał swoją wielkoduszność, mówiąc:

- To nic, to nic. Ona nie chce zejść, to ja wejdę na górę.

Zanim wszedł na górę, ukradkiem zerknął w stronę kuchni. Śmiem twierdzić, że było to spojrzenie pełne tęsknoty. Niedługo po tym, jak zniknął na piętrze, zgromadzona na dole rodzina usłyszała mrożący krew w żyłach krzyk. Ojciec i syn siedzieli bez ruchu, matka natomiast w przerażeniu wybiegła z kuchni. Gdy wreszcie zrozumieli, co oznaczał ten krzyk, Sun Guangcai z zadowolonym uśmiechem zszedł po schodach, powtarzając raz po raz:

- Niezła, niezła...

Z piętra słychać było łkanie stłumione jakby przez jakąś tkaninę.

Mój ojciec natomiast jak gdyby nigdy nic na powrót zasiadł przy stole, a gdy brat dziewczyny pobiegł na górę, powiedział do jej ojca:

- Gratuluję córki.

Ten bezwiednie skinął głową, jednocześnie wzrokiem pełnym wahania patrząc na Sun Guangcaia, który mówił dalej:

- Sun Guangping to naprawdę cholerny szczęściarz.

Wtedy brat dziewczyny zbiegł ze schodów i jednym ciosem pięści przewrócił Sun Guangcaia razem z krzesłem na ziemię.

Tego popołudnia ojciec wrócił do wioski z podbitym okiem. Gdy tylko zobaczył syna, powiedział:

- Odwołałem twoje małżeństwo.

Rozzłoszczony, krzyczał dalej:

- Co za niewydarzeni ludzie! Ja tylko sprawdzałem w twoim imieniu, jak jej zdrowie, a oni mnie tak pobili.

Wieści, które dotarły z sąsiedniej wioski, były jednak zgoła inne. W ramach pierwszego prezentu ślubnego dla przyszłej synowej ojciec wymacał ją po piersiach.

Gdy w ten sposób zakończyła się kwestia małżeństwa mego brata, matka siedziała na piecu i ukradkiem ocierała łzy rąbkiem fartucha. On natomiast wcale nie zareagował na tę sprawę tak, jak spodziewali się mieszkańcy wioski. Nie wdał się z ojcem w bójkę, a najdobitniejszym wyrazem jego stanu ducha było to, że przez kilka dni z rzędu do nikogo się nie odzywał.

W ciągu kolejnych dwóch lat mój brat nie zobaczył już, jak wioskowa swatka z uśmiechem idzie w jego stronę. W tym czasie, leżąc nocą na łóżku i zaciskając zęby, myślał o ojcu. Gdy zbliżał się świt, czasem jego myśli wędrowały do Pekinu, do mnie, jego młodszego brata. Często dostawałem wtedy listy od Sun Guangpinga, ale o niczym w nich nie mówił, a ich treść była tak pusta jak pustka wypełniająca jego serce.

W wieku dwudziestu czterech lat ożenił się z dziewczyną z wioski. Nazywała się Ying Hua i mieszkała ze sparaliżowanych ojcem, który nie ruszał się z łóżka. Ich związek zaczął się nad tamtą sadzawką niedaleko naszego domu. Któregoś ciemnego wieczoru, gdy powietrze wypełnione było wilgocią, mój brat przez okno zobaczył Ying Hua, która właśnie robiła pranie. Miała na sobie połatane ubranie i raz po raz ocierała łzy wywołane trudnościami, których niemało miała w życiu. Jej plecy drżały na zimnym wietrze. Ten widok obudził w Sun Guangpingu smutek w stosunku do samego siebie. Ścieżki tych dwojga ludzi, których wioskowa swatka nie raczyłaby zaszczycić swoją wizytą, skrzyżowały się.

Jedyne małżeństwo w życiu Sun Guangpinga zostało zawarte na drugi rok po spotkaniu u sadzawki. Ceremonia była tak biedna i żałosna, że co starszym mieszkańcom wioski przywiodła na myśl śluby służby w gospodarstwach dawnych właścicieli ziemskich. Widok Ying Hua jako panny młodej z wielkim brzuchem o dziwo dodał trochę humoru tym ubogim zaślubinom. Następnego dnia rankiem, jeszcze przed wschodem słońca, Sun Guangping wziął wózek dwukołowy i zawiózł na nim żonę do miejskiego szpitala na porodówkę. Zazwyczaj poranek w małżeńskim łożu jest dla nowo poślubionych czasem, gdy nie mogą się od siebie oderwać i ogrzewają się nawzajem w swoich objęciach. Jednak ta para musiała wyjść na przeszywające zimno, aby jeszcze przed wschodem słońca zapukać w szklane drzwi oddziału ginekologii. O drugiej po południu, wśród wrzasku i płaczu, na świat przyszedł chłopiec, którego później nazwano Sun Xiaoming.

Ożenek Sun Guangpinga był pakowaniem się w trudności na własną prośbę. Po ślubie, z poczucia obowiązku, mój brat podjął się utrzymania i opieki nad przykutym do łóżka teściem. W tamtym czasie Sun Guangcai nadal kontynuował swoją karierę tragarza. Pocieszające było to, że nie wynosił jak niegdyś sprzętów domowych, aby ostentacyjnie podarować je wdowie. Objawił wtedy jednak swój inny talent, a mianowicie złodziejstwo. W życiu mego brata kłopoty piętrzyły się z każdej strony przez dobrych kilka lat, aż wreszcie teść poczuł się chyba winny i pewnej nocy zamknął oczy na zawsze. Jeśli chodzi o Sun Guangpinga, to najtrudniejsze wcale nie były kradzieże ojca i paraliż teścia, ale okres po narodzinach jego syna. W tym czasie był bezustannie w ruchu niczym maszyna. Z pola do domu Ying Hua, a potem do swojego domu - rzadko widywano go wtedy w wiosce, bo biegał tylko jak królik między tymi trzema miejscami.

Śmierć teścia przyniosła mu ogromną ulgę, ale jego życiu daleko jeszcze było do spokojnego. Niedługo później ojciec znów zaczął zachowywać się jak dawniej. Ying Hua płakała przez to przez trzy dni.

Było to, gdy mój bratanek miał już trzy lata. Któregoś letniego dnia ojciec siedział na progu i obserwował idącą do studni po wodę Ying Hua. Patrzył, jak jej krótkie spodenki w wielkie kwiaty to napinają się, to poluzowują na jej krągłych pośladkach, a opalone uda błyszczą w słońcu. Z jednej strony przez swój wiek, a z drugiej przez wdowę miał w sobie już tyle tylko siły, co fusy, które pozostały po ziołowym naparze. Jednak młode, mocne ciało Ying Hua sprawiało, że ojciec z zaskoczeniem przypominał sobie swoją niegdysiejszą energię i wigor. Nie wspominał ich jednak za pomocą umysłu, ale to wspomnienia poprzez wyschnięte ciało ponownie budziły w nim niegdysiejsze pożądania. Gdy Ying Hua wracała z wiadrem pełnym wody, ojciec cały czerwony na twarzy zaczął głośno kaszleć jak jakiś stary gruźlik. Nie zważając na mieszkańców wioski, którzy kręcili się niedaleko, uszczypnął synową w jeden z wielkich czerwonych kwiatów na spodenkach oraz przy okazji w ciało pod nim. Sun Xiaoming usłyszał przerażony krzyk matki.

Sun Guangping tego dnia miał jakieś sprawy do załatwienia w mieście. Gdy wrócił, zobaczył zalaną łzami matkę siedzącą na progu i wymamrotał sam do siebie:

- Drań.

Później zobaczył żonę, która siedziała na brzegu łóżka z rozczochranymi włosami i łkała.

Sun Guangping wszystko zrozumiał i z pobladłą twarzą wszedł do kuchni. Gdy z niej wychodził, w jego ręku błyszczał nóż. Podszedł do zapłakanej Ying Hua i powiedział:

- Opiekuj się dzieckiem i matką.

Gdy ta zrozumiała, co się dzieje, zaczęła dalej zawodzić i uczepiwszy się ubrania męża, wołała:

- Ty!... Nie!... Nie rób tego!...

Moja matka klęczała już wtedy w drzwiach z rozłożonymi rękoma, aby powstrzymać Sun Guangpinga. Tego popołudnia nie mogła opanować drżenia w głosie. Choć oczy zaszły jej łzami, to surowo powiedziała:

- Zabijesz go, to będziesz tego żałował.

Wyraz jej twarzy sprawił, że bratu łzy pociekły z oczu. Wykrzyknął:

- Wstawaj! Jak go nie zabiję, to jak mam tutaj żyć?!

Matka, niewzruszenie klęcząc na progu, zmęczonym od krzyku głosem powiedziała:

- Spójrz na swojego syna. Ma trzy latka, nie warto, żebyś narażał swoje życie.

Brat zaśmiał się gorzko:

- Co innego mi pozostało?

Upokorzenie żony sprawiło, że Sun Guangping poczuł potrzebę rozliczenia się z ojcem. Przez ostatnich kilka lat znosił jego zniewagi, ale teraz Sun Guangcai posunął się o krok za daleko. W oczach brata znaleźli się z ojcem w punkcie, z którego nie ma odwrotu. W swoim gniewie jasno zdał sobie sprawę, że jeśli teraz się nie postawi, trudno będzie mu żyć w Nanmen.

Tego popołudnia wszyscy mieszkańcy wioski wyszli przed domy. Sun Guangping w ostrym świetle słońca i pośród przeszywających spojrzeń gapiów ponownie pokazał tę stronę siebie, która w wieku czternastu lat dzierżyła w ręku nóż. Tym razem nóż w jego ręce był skierowany w stronę ojca.

Ten stał wtedy pod jednym z drzew przed domem wdowy i niepewnie spoglądał na zbliżającego się Guangpinga. Brat usłyszał, jak Sun Guangcai mówi do wdowy:

- Ten gówniarz chyba chce mnie zabić.

Potem krzyknął do Sun Guangpinga:

- Chłopcze, jestem twoim ojcem!

Ten nic na to nie odpowiedział, szedł ze zdecydowaniem wypisanym na twarzy. W miarę jak się zbliżał, krzyki Sun Guangcaia stawały się coraz bardziej paniczne:

- Masz tylko jednego ojca! Zabijesz mnie, to koniec!

Gdy skończył to mówić, mój brat był już przed nim. Ojciec wymamrotał do siebie:

- Naprawdę chce mnie zabić.

To powiedziawszy, odwrócił się na pięcie i zaczął uciekać, krzycząc przy tym:

- Mordują!

Tego popołudnia, które wydawało się ciche i spokojne, mój ponad sześćdziesięcioletni ojciec rzucił się do ucieczki, która miała uratować mu życie. Ostatkiem sił biegł drogą prowadzącą do miasta. Brat z nożem w ręku deptał mu piętach. Sun Guangcai wołał o pomoc, ale jego krzyki straciły na mocy do tego stopnia, że stojący niedaleko wyjścia z wioski stary Luo pytał ludzi dokoła:

- To Sun Guangcai tak krzyczy?

Trudno było uwierzyć, że ojciec w takim wieku jest w stanie tak pędzić. Dobiegłszy jednak do mostu, przewrócił się, a potem po prostu usiadł na ziemi i zaczął głośno płakać. Brzmiał przy tym jak niemowlę.

Tam dogonił go mój brat i zobaczył, w jak żałosnym jest stanie. Od płaczu na twarz ojca wystąpiły plamy i upodobniły ją do pstrokatego motyla, a drżąca żółtozielona strużka wydzieliny z nosa zawisła mu na wargach. Ten widok sprawił, że odcięcie mu głowy nagle wydało się bratu niedorzeczne. Niewzruszony Sun Guangping w tamtej chwili zawahał się. Ale gdy zobaczył tłum, który nadszedł z wioski, wiedział, że nie ma wyboru. Nie wiem, dlaczego jego wybór padł na lewe ucho ojca, ale w tamtym momencie w blasku słońca schwycił je mocno i odciął tak, jakby przecinał sukno. Ciemnoczerwona krew wypłynęła z rany i w mgnieniu oka rozlała się dokoła szyi ojca jak czerwony szal. Ojciec, pochłonięty płaczem, nie zdawał sobie sprawy, co się właśnie wydarzyło. Dopiero gdy zdziwiony ilością własnych łez wyciągnął rękę, aby je obetrzeć, zobaczył, że to krew. Krzyknął kilka razy i zemdlał.

Tego popołudnia brat wszedł do domu drżący jak w gorączce. Był gorący, letni dzień, a on obejmował się obojgiem ramion jak na mrozie. Zgromadzeni mieszkańcy wioski słyszeli wyraźnie, jak przechodząc między nimi, szczęka zębami. Matka i Ying Hua z pobladłymi twarzami patrzyły, jak nadchodzi. Obu przed oczami migały w tamtej chwili niezliczone czarne plamy, jakby szarańcza pokryła niebo i ziemię. Sun Guangping obdarzył je niemrawym uśmiechem i wszedł do izby. Następnie zaczął grzebać w szafkach i kufrach, szukając swoich watowanych ubrań. Gdy matka i żona weszły do izby, miał je już na sobie. Siedział na łóżku pokryty potem, nadal drżąc na całym ciele.

Pół miesiąca później Sun Guangcai z głową owiniętą bandażem zaszedł w mieście do człowieka, który zajmował się pisaniem listów, aby napisał list do mnie, do Pekinu. List ten pełen był pięknych słów o wdzięczności wobec rodziców. Na jego koniec ojciec prosił, abym poszedł do pałacu Zhongnanhai, gdzie siedzibę miały centralne władze, i w jego imieniu złożył pozew. To, jak bardzo ojciec był oderwany od rzeczywistości, niezmiennie robiło na mnie wrażenie.

Tak naprawdę w czasie, gdy ojciec pisał ten list, brat został już aresztowany. Gdy go zabierali, matka zaciągnęła Ying Hua na drogę, żeby zatrzymać policjantów. Staruszka straciła prawie głos od rozpaczliwego płaczu. Wykrzyknęła do policji:

- Zabierzcie nas, dwie osoby za jego jednego! Chyba dobry interes?

Brat spędził w więzieniu dwa lata. Gdy wyszedł, matkę trawiła już choroba. W dniu, gdy go wypuszczono, wraz z pięcioletnim Sun Xiaomingiem stała na skraju wioski. Gdy zobaczyła nadchodzącego syna i towarzyszącą mu Ying Hua, nagle zaczęła pluć krwią i przewróciła się na ziemię.

Od tamtej pory stan matki pogarszał się z dnia na dzień. Zaczęła zataczać się przy chodzeniu. Brat chciał zabrać ją do szpitala na leczenie, ale ona się nie zgadzała. Mówiła:

- I tak umrę, nie ma co marnować pieniędzy.

Gdy wreszcie brat siłą wziął ją na plecy i zaniósł do miasta, matka płakała ze złości. Uderzając go w plecy, mówiła:

- Do śmierci ci tego nie wybaczę.

Po tym, jak przeszli przez most, matka uspokoiła się. Przylgnęła do pleców brata, a na jej twarzy pojawiło się swego rodzaju zawstydzenie jak u małej dziewczynki.

Zmarła pewnego zimowego wieczoru przed Świętem Wiosny. Pluła już wtedy krwią bez przerwy. Początkowo, gdy czuła, że zbiera się jej w ustach, nie wypluwała jej, żeby nie nabrudzić w pokoju i żeby Sun Guangping nie musiał sprzątać. Tamtego wieczoru, choć od dawna cały czas już tylko leżała, wstała i po ciemku znalazła miednicę, którą położyła sobie przy łóżku.

Następnego dnia rano brat wszedł do jej pokoju i zobaczył, że matka leży z głową zwieszoną z krawędzi łóżka. W miednicy była ciemnoczerwona krew, ale pościel się nie zabrudziła. W swoim liście do mnie brat pisał, że za oknem płatki śniegu tańczyły wtedy w powietrzu. Matka, oddychając słabo, w zimnie spędziła swoje ostatnie chwile. Ying Hua czuwała u jej boku. Na łożu śmierci matka wydawała się pogodna i spokojna, ale wieczorem ta zazwyczaj małomówna i cicha kobieta zaczęła krzyczeć. Jej głos był dziwnie czysty i donośny. Jej gniew wymierzony był w Sun Guangcaia. Choć nie mówiła nic, gdy wynosił sprzęty z domu i dawał je wdowie, to jej przedśmiertne okrzyki świadczyły o tym, że wiele o tym myślała. Raz po raz wołała:

- Nie wynoś nocnika! Będę go jeszcze używać.

Albo:

- Oddaj wanienkę do stóp...

Wymieniała wszystkie rzeczy, które ojciec wyniósł z domu.

Pogrzeb matki był odrobinę bardziej wystawny niż pogrzeb mojego młodszego brata, Sun Guangminga. Została pochowana w trumnie. W czasie pogrzebu ojciec zajął moje wcześniejsze miejsce: stał osobno, z daleka od rodziny. Tak jak niegdyś ludzie oceniali i krytykowali mnie, tak teraz ojciec był oceniany i krytykowany mimo tego, że mieszkańcy wioski przyjęli już do wiadomości jego związek z wdową. Gdy patrzył, jak wynoszą trumnę z ciałem matki z wioski, z zagubionym wyrazem twarzy zapytał kogoś:

- Moja stara zmarła?

Tego popołudnia widziano mojego ojca, jak siedzi u wdowy i pije. Nocą usłyszeć jednak można było jego rozdzierający płacz. Dochodził spoza wioski. Brat rozpoznał, że to ojciec stoi nad grobem matki i szlocha. Wyszedł z domu wdowy po tym, jak zasnęła. Smutek sprawił, że sam nie zauważył, jak rozdzierająco płacze. Niedługo potem brat usłyszał, jak wdowa go karci, a potem wydaje krótkie polecenie:

- Wracaj.

Ojciec, zawodząc, wrócił do jej domu. W dźwięku jego kroków słychać było wahanie jak u dziecka, które się zgubiło.

Po tym, jak jej niegdysiejsza chuć i beztroska zniknęły, Sun Guangcai i wdowa oficjalnie stali się parą.

W ostatnim roku swojego życia Sun Guangcai zapałał niezwykłą miłością do alkoholu. Każdego dnia po południu, czy słońce, czy deszcz, szedł do miasta po butelkę, a gdy wracał, była już puściuteńka. Mogę dostrzec pewien romantyzm w obrazie ojca pijącego po drodze do domu: zgarbiony staruszek idzie zakurzoną albo błotnistą drogą, a od alkoholu promienieje radością niczym młodzieniec, który zobaczył powiewające na wietrze włosy ukochanej.

To właśnie miłość do alkoholu zaprowadziła Sun Guangcaia do grobu. Tamtego dnia, inaczej niż zazwyczaj, nie pił w drodze powrotnej, ale został w mieście, gdzie w małym barze miło spędził czas. Gdy zupełnie pijany wracał do domu, wlazł do dołu z nawozem, który znajdował się na skraju wsi. Wpadając do niego, nawet nie krzyknął, tylko wymamrotał:

- Nie popychaj mnie.

Następnego dnia wczesnym rankiem znaleziono jego ciało. Unosił się głową w dół na powierzchni gnojówki, a plecy miał całe pokryte małymi białymi robakami. Spoczywał w najbrudniejszym możliwym miejscu, ale umierając, nie wiedział o tym. Mógł wręcz czuć się zupełnie spokojny i pogodzony z losem, jakby umierał ze starości.

Po tym, jak tamtego wieczoru ojciec wpadł do dołu z nawozem, inny pijaczyna, stary Luo, pojawił się tam również zamroczony alkoholem. Gdy w świetle księżyca niewyraźnie ujrzał Sun Guangcaia, nie zorientował się, że na gnojówce unosi się ciało człowieka. Przykucnął obok dołu i zaczął badać sprawę, pytając samego siebie:

- Czyja to świnia?

Potem wstał i zawołał:

- Czyja to świnia wpadła!...

Nie dokończył. Zakrył usta dłońmi, a potem ostrożnie powiedział do siebie:

- Nie będę krzyczał, tylko po cichutku ją sobie wyłowię.

Zupełnie pijany stary Luo, zataczając się, pobiegł do domu, wziął bambusową tyczkę do wywieszania ubrań, konopny sznur i wrócił na miejsce. Najpierw za pomocą tyczki przesunął ciało Sun Guangcaia do brzegu dołu, następnie ze sznurem w ręce podszedł do niego, pochylił się i zawiązał go na jego szyi. Mówił do siebie:

- Czyja to świnia taka chuda, szyja prawie taka jak u człowieka...

Potem wstał, zawiązał sobie drugi koniec sznura na ramieniu i zaczął ciągnąć. Zaśmiał się i powiedział:

- Na dotyk niby chuda, ale jak się wyciąga, to jednak tłusta.

Stary Luo wyciągnął ciało na górę, pochylił się, żeby odwiązać sznur, i dopiero wtedy zorientował się, że to właśnie Sun Guangcai leży naprzeciwko niego z otwartymi ustami. Luo najpierw przestraszył się trochę, a potem w złości zaczął raz po raz uderzać go w twarz i krzyczeć:

- Sun Guangcai, ty stary psie, jeszcze po śmierci udajesz świnię, żeby mnie oszukać!

Potem stopą wepchnął go z powrotem do dołu z nawozem. Gdy ojciec tam wpadał, gnojówka rozprysnęła się na twarzy starego Luo. Wycierając się, powiedział:

- Jeszcze sobie ze mnie kurwa kpi.

Narodziny

Jesienią 1958 roku młody Sun Guangcai na drodze do Nanmen spotkał późniejszego dyrektora departamentu handlu, Zheng Yudę. Na starość Zheng Yuda opowiadał o tym swojemu synowi, Zheng Liangowi. Umierał już wtedy na raka płuc, więc jego opowieść pełna była świstów i dyszenia. Mimo tego na wspomnienie tamtego spotkania na nowo zaczynał głośno się śmiać.

Zheng Yuda należał do komisji nadzorującej prace na wsi, udał się więc do Nanmen na inspekcję. Miał na sobie szarą sunjatsenówkę, na nogach parę sportowych butów marki Wyzwolenie, a włosy z przedziałkiem na środku delikatnie powiewały mu na wiejącym od pól wietrze. Mój ojciec natomiast miał na sobie staromodną zapinaną kurtkę. Jego materiałowe buty były uszyte przez matkę przy świetle lampy olejnej.

Pół miesiąca wcześniej Sun Guangcai wsiadł na łódź, by zawieźć warzywa do sąsiedniego powiatu na sprzedaż. Gdy je wyprzedali, przyszła mu go głowy pewna myśl: zdecydował, że skorzysta z okazji i przejedzie się autobusem. Wrócił więc do Nanmen sam, przed dwoma innymi mieszkańcami wioski, którzy przypłynęli pustą, kołyszącą się łodzią.

Gdy czerwony na twarzy Sun Guangcai zbliżał się do Nanmen, zauważył ubranego w sunjatsenówkę Zheng Yudę. I tak urzędnik z miasta i rolnik zaczęli ze sobą rozmawiać.

Na polach panował wtedy zupełny bałagan. Pomiędzy pędami ryżu stało kilka ceglanych pieców do przetapiania metalu.

Zheng Yuda zapytał:

- Jak się żyje w komunie ludowej?

- Dobrze - odpowiedział Sun Guangcai. - Jedzenie jest za darmo.

- Jak można tak mówić... - Zmarszczył brwi Zheng Yuda.

- Masz żonę? - zapytał go z kolei Sun Guangcai.

- Mam.

- Spałeś z nią wczoraj?

Zheng Yuda nie przywykł do takich przesłuchań. Spokojnie i chłodno powiedział:

- Nie gadaj głupot.

Sun Guangcai nie przejął się tym i powiedział:

- Ja już od pół miesiąca nie spałem z moją. - Wskazał na swoje krocze. - Ten na dole się wkurza.

Zheng Yuda odwrócił głowę, żeby na niego nie patrzeć.

Rozstali się na skraju Nanmen. Urzędnik wszedł do wioski, a ojciec pobiegł w pole. Matka wraz z kilkoma innymi kobietami właśnie plewiła grządki. Jej młoda twarz była pełna życia i zdrowia niczym rumiane jabłko. Na głowie miała schludnie zawiązaną czystą chustkę w niebieską kratę. Jej dźwięczny, przyjemny śmiech wraz z wiatrem doleciał do płonących ze zniecierpliwienia uszu ojca. Ujrzawszy jej kołyszącą się sylwetkę, gdy wyrywała chwasty, zawołał do niej spragnionym głosem:

- Hej!

Matka odwróciła się i zobaczyła pełnego wigoru ojca stojącego na drodze. Odpowiedziała mu:

- Hej!

- Podejdź tutaj! - krzyknął ojciec.

Zarumieniona matka zdjęła chustkę z głowy i podeszła powoli, otrzepując ubranie z ziemi. Jej nonszalancja bardzo ojca zezłościła. Zawył w jej stronę:

- Choćbym się dusił, to i tak byś się nie pośpieszyła.

Pośród śmiechu pozostałych kobiet matka pobiegła w stronę ojca.

Ojcu nie starczyło cierpliwości, by dojść do własnego domu. Gdy dotarli do szeroko otwartych drzwi chaty starego Luo, który mieszkał na skraju wioski, ojciec zajrzał do środka i krzyknął:

- Jest tu kto?

Widząc, że nikogo nie ma w domu, ojciec natychmiast wszedł do środka. Matka natomiast nadal stała na zewnątrz. On niespokojnie powiedział jej:

- No wchodź.

- Przecież to nie nasz dom - wahała się matka.

- Wchodź.

Weszła, a ojciec szybko zamknął za nią drzwi i przesunął ławkę spod ściany na środek izby. Następnie rozkazał matce:

- Szybko, rozbieraj się.

Matka pochyliła głowę, uniosła koszulę i rozpięła pasek w spodniach. Ale zaraz przepraszającym tonem powiedziała:

- Jest za mocno zapięty, nie dam rady.

Ojciec przebierał nogami:

- Chcesz mnie zabić?

Matka spuściła głowę i dalej próbowała rozpiąć pasek. Jej mina mówiła, że poznała się na swoim błędzie.

- No dobrze, dobrze, daj, ja to zrobię.

Ojciec kucnął i z całej siły zaczął ciągnąć pasek. Ten w końcu nie wytrzymał napięcia i pękł, a ojciec przy okazji naciągnął sobie szyję. Targany żądzą, był jeszcze w stanie znaleźć czas na złapanie się za nią i krzyczenie z bólu. Matka natychmiast wyciągnęła rękę, żeby mu ją rozmasować, ale ojciec fuknął na nią:

- Jeszcze nie leżysz?

Matka położyła się posłusznie i jedną nogę uniosła w powietrze. Cały czas z niepokojem patrzyła na szyję ojca. Ten, trzymając się za nią, wdrapał się na leżącą na długiej ławce matkę i zaczął folgować swojemu pożądaniu. Kury starego Luo gdakały z ożywieniem, jakby też chciały się dołączyć i były niezadowolone, że Sun Guangcai wszystko zagarnął dla siebie. Zgromadziły się przy jego stopach i zaczęły go dziobać. W chwilach, gdy jego uwaga powinna być całkowicie skupiona, ojciec musiał ciągle energicznie poruszać stopami, aby odgonić niewychowane kury. Co je przegonił, zaraz znów gromadziły się przy jego stopach i na nowo zaczynały dziobać. Na próżno machał nogami, wreszcie w ostatnim momencie krzyknął zrezygnowany:

- Już trudno!

Potem dał się słyszeć przeciągły jęk rozkoszy, który jednak urwał się w połowie. Od dziobania ojciec dostał łaskotek i zaczął się donośnie śmiać. Zupełnie nie pasowało to do całej sytuacji.

Po wszystkim ojciec wyszedł z domu starego Luo i poszedł szukać Zheng Yudy. Matka natomiast ze spodniami w ręku wróciła do domu - potrzebowała nowego paska.

Gdy ojciec znalazł Yudę, ten siedział właśnie w siedzibie komitetu, słuchając raportów. Pomachał do niego z tajemniczą miną. Gdy Yuda wyszedł, ojciec zapytał go:

- Szybko, co?

Ten nie zrozumiał, więc odpowiedział pytaniem:

- Co szybko?

- Załatwiłem, co miałem załatwić z żoną - odrzekł ojciec.

Zheng Yuda, urzędnik z ramienia partii, natychmiast przybrał surowy wyraz twarzy i cicho powiedział:

- Odejdź.

Dopiero w ostatnich latach życia odkrył komizm tej sytuacji i dlatego traktował wtedy zachowanie mojego ojca z pobłażaniem i zrozumieniem. Mówił do Zheng Lianga:

- Rolnicy... Oni wszyscy tacy są.

Stosunek rodziców na tamtej ławce był początkiem mojego życia.

Przyszedłem na świat w pracowitym czasie żniw. Gdy się rodziłem, mój ojciec akurat był w polu, ciskając gromy z wściekłości wynikającej z głodu. Ojciec zapomniał szybko o tamtym trudnym do wytrzymania głodzie, zachował natomiast mgliste wspomnienie złości. To właśnie on po raz pierwszy, zionąc alkoholem, opowiedział mi historię moich narodzin. Pewnego letniego wieczoru, gdy miałem sześć lat, lekceważąco pokazał na łażącą niedaleko nas kurę i powiedział:

- Matka zniosła cię tak, jak kura znosi cholerne jajo.

Ponieważ ciąża przeciągała się, to matka nie brała udziału w zbiorze ryżu w czasie żniw. Jak sama później mawiała, "nie chodziło o to, że nie miała siły, tylko że nie mogła się schylić w pół".

Przynosiła natomiast ojcu obiady. W oślepiającym słońcu, z wielkim brzuchem i chustką w niebieską kratę na głowie, szła w pole z koszykiem w ręku. Pojawiała się tam w południe. W mojej wyobraźni wizja uśmiechniętej matki, która z trudem podchodzi do ojca, wydawała mi się później bardzo wzruszająca.

W południe tego dnia, kiedy się urodziłem, ojciec padał ze zmęczenia. Kilkakrotnie rozprostowywał plecy i patrzył na drogę, ale matka i jej wypięty brzuch się na niej nie pojawiali. Widząc, że mieszkańcy wsi dokoła niego zjedli już obiad i zabierają się z powrotem do pracy przy ryżu, męczony głodem Sun Guangcai stanął w polu i wściekły wyklinał, na czym świat stoi.

Matka pojawiła się na drodze dopiero o drugiej po południu, kiedy było już po wszystkim. Na głowie jak zawsze miała zawiązaną chustkę w niebieską kratę. Jej twarz była przeraźliwie blada, a ciało przekrzywione z powodu ciężaru koszyka.

Ojciec, który zaczynał już mieć zawroty głowy, dojrzał idącą chwiejnie w jego stronę matkę. Musiał zauważyć, że w jej wyglądzie zaszła jakaś zmiana, ale zupełnie go to nie obeszło. Rzucił się w jej stronę, krzycząc:

- Chcesz mnie zagłodzić?!

- Nie - odpowiedziała matka cicho i słabo. - Urodziłam.

Dopiero wtedy ojciec zauważył, że jej okrągły brzuch opadł.

Teraz była już w stanie się schylać. Choć osłabiona i w ogromnym bólu, to z uśmiechem na ustach wyjęła z koszyka obiad dla męża, jednocześnie mówiąc cicho:

- Nożyce były daleko, nie miałam jak po nie sięgnąć. No i jak dziecko się urodziło, to trzeba było je jeszcze umyć. Chciałam przynieść ci obiad jak zawsze, ale bóle złapały mnie, zanim zdążyłam wyjść z domu. Wiedziałam, że będę rodzić, chciałam iść po nożyce, ale bolało tak, że nie mogłam iść...

Ojciec przerwał jej niecierpliwie:

- Chłopiec czy dziewczynka?

- Chłopiec - odpowiedziała.