W marcu 1964 roku Mirosław Hermaszewski kończy Wyższą Szkołę Oficerską Sił Powietrznych w Dęblinie w stopniu podporucznika
ROZDZIAŁ 1
Takich pilotów trzeba nam było
Rozkaz jest jasny, ale intrygujący. Każda jednostka wojsk lotniczych wytypuje swoich najlepszych pilotów. Mają się jak najszybciej stawić na badania w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej w Warszawie. Oficjalnie: chodzi o testowanie maszyn najnowszej generacji. Wszystkich obowiązuje ścisła tajemnica.
Rosjanie przysyłają do Bydgoszczy myśliwsko-szturmowe Su-7. Samoloty stoją w hangarach, można się do nich zbliżać tylko za okazaniem przepustki. Dopiero potem wyjaśnia się, skąd te tajemnice. Su-7 mogą przenosić bomby jądrowe. Piloci zaczynają się z nimi oswajać. Między sobą mówią, że są bardziej szturmowe niż myśliwskie. Paliwożerne, szczególnie przy lotach na małych wysokościach. Su-7 potrafi osiągać 1,5-1,7 macha, ale w Polsce nie ma się gdzie rozpędzić. Samolot w miarę bezpieczny, wybacza małe błędy, ale kardynalnych nigdy.
Tadeusz Kuziora (dzisiaj generał) latem 1976 roku jest już po pierwszym roku studiów w Akademii Sztabu Generalnego w Rembertowie i ma praktyki w jednostce w Bydgoszczy. Lata na Su-7. - W sierpniu dowódca jednostki powiedział, że w WIML-u jest jakaś akcja, badają dodatkowo pilotów. Jedziesz! - wspomina.
Porucznik Tadeusz Kuziora, 1976 rok
Z całej Polski zgłasza się około osiemdziesięciu pilotów.
- Zastanawialiśmy się w instytucie, czy dowódcy jednostek wysłali nam swoich najlepszych ludzi, czy najgorszych. Przecież nikt nie chce się pozbywać swoich asów, zwykle wypycha się zawalidrogi - mówi profesor Jan Terelak, psycholog, który wtedy pracował w WIML-u. - Po pierwszych testach już wiedzieliśmy, że jednak przysłali dobrych. Może nie wszyscy, ale ponad połowa dowódców się spisała. Dali młodych, bojowych pilotów. Takich nam było trzeba.
Piloci słyszą: od dzisiaj podlegacie specjalnym rygorom, przez wiele tygodni nie będzie was w domu, z nikim, nawet z najbliższymi, nie możecie rozmawiać o tym, co tutaj będziecie robili. Mundury zmienicie na szpitalne pidżamy.
Lotnicy się znają, choćby ze słyszenia. Stacjonują w różnych jednostkach, ale kończą te same szkoły, spotykają się na szkoleniach, poligonach, obozach kondycyjnych w Mrągowie. Wieczorem w hotelu zastanawiają się, o co chodzi. Każdy lata na samolotach naddźwiękowych. Pewnie przyślą nowe rosyjskie samoloty - ale jakie? Nowa broń? Ekscytujące!
Pułkownik Stanisław Barański, komendant instytutu, wyjaśnia pilotom, ile może: - Jesteśmy lekarzami i musimy spośród was wybrać najzdrowszych, najbardziej wytrzymałych fizycznie, odpornych na stres, którzy zniosą niedotlenienie i duże przyspieszenia.
Przez trzy tygodnie są zamknięci w hotelu, od rana badania krwi, moczu, kału, do analiz paznokcie, włosy, ścinki skóry; wirówki przeciążeniowe, komory niskich ciśnień, wirujące fotele, huśtawki, koła reńskie. Uderzenia prądem za błąd przy ćwiczeniach z koordynacji ruchowej, testy psychologiczne.
Piloci coraz bardziej pewni: - Nie ma innej możliwości. Chodzi o nowy, ruski sprzęt.
- Profesor Barański wczesnym latem 1976 roku zapytał, czy chciałbym uczestniczyć w ciekawym programie. Miałem pomóc wybrać pilotów do obsługi nowego sprzętu. Zgodziłem się bez wahania, ale profesor do sprawy nie wracał, więc o tym zapomniałem - wspomina Krzysztof Klukowski, dzisiaj profesor, wtedy jeden z lekarzy wojskowych w WIML-u.
Dwa razy w tygodniu pracownicy instytutu grają w siatkówkę w sali gimnastycznej. W sierpniu w drzwiach sali staje zastępca komendanta instytutu do spraw naukowych. Nigdy dotąd nie interesował się sportem, salę gimnastyczną omijał z daleka. Co się stało?
- Idziemy do Chrząszczyka! - woła. Zdrobniale nazywa tak swojego przyjaciela, profesora Barańskiego.
W jego gabinecie czeka już szef departamentu kadr Ministerstwa Obrony Narodowej generał dywizji Zygmunt Zieliński i dwóch pułkowników. - Będziecie odpowiadać za treningi specjalne i badania pilotów - rozkazuje.
W sekretariacie stoi w mundurach czternastu rozentuzjazmowanych lotników. - To doktor, który będzie odpowiedzialny za waszą grupę - mówi im generał Zieliński.
Klukowski: - Dali mi dwa dni na spakowanie się i wyjazd na zgrupowanie do Mrągowa.
- Wybrano nas czternastu, z różnych jednostek. Byli tam piloci niemal wszystkich rodzajów samolotów, którymi wtedy latało polskie wojsko: migów-23, migów-21, Su-7 i Su-20 - mówi generał Kuziora. - Oprócz badań i ćwiczeń mieliśmy intensywne lekcje rosyjskiego. Przyjechał jeszcze psycholog z całą stertą testów.
Piloci dobrze wiedzieli, że grają o wysoką stawkę. I kłamali. Tak mówi profesor Jan Terelak, wtedy psycholog z WIML-u.
- Ukrywali swoje wady, testy pokazywały za wysoki wskaźnik motywacyjny. Gdy się zorientowałem, niektóre testy musiałem wyrzucić do kosza. Rywalizacja między nimi była ogromna. Narosło tyle kontrowersji, że niektórzy nie odzywają się do siebie do dzisiaj. Obowiązywała selekcja negatywna - kto nie pasował, odpadał. No i trzeba było ich zmęczyć fizycznie, żeby sami zaczęli się wykruszać.
Ośrodek w Mrągowie leży nad jeziorem Czos. Doskonałe warunki na urlop. Ale doktor Klukowski od rana serwuje pilotom ostrą zaprawę. Do wody, potem bieg, podnoszenie ciężarów. Potem rzucają nimi z katapulty, żeby uzyskać duże przeciążenia. I sadzają na obrotowym krześle Barany'ego - kręcą, aż im błędniki oszaleją.
To wszystko jeszcze przed obiadem. Ale czasami obrotowe krzesło było zaraz po posiłku. Efekt? Do przewidzenia.
- Pewnie mnie szczerze za to nienawidzili. - Profesor Klukowski śmieje się.
Każdego dnia musi wysłać raport do WIML-u - kto najlepszy, a kto odpada. Przez kilka dni w rankingach prowadzi major Henryk Hałka, pilot pierwszej klasy, urodzony w Olchowcu na Lubelszczyźnie. Trzydzieści pięć lat, żona, dwójka dzieci. Pochodzenie społeczne właściwie. Syn właścicieli gospodarstwa rolnego, ojciec w czasie wojny był członkiem Batalionów Chłopskich. Jest dobrze, ale musi być perfekcyjnie.
Major Henryk Hałka, 1976 rok
Klukowskiego wzywa wydział propagandy Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
- Słuchajcie, towarzyszu. Hałka to, wiecie, nie jest do końca polskie nazwisko. Obracacie się teraz wśród pilotów, powiedzcie, jak zostałoby odebrane, gdybyśmy zmienili Hałce nazwisko na Hałkowski?
- Wszyscy wiedzą, że on jest Hałka. Taka zmiana z pewnością nie zostanie dobrze odebrana - odpowiada Klukowski.
- Tak myślicie? Hm...
Wkrótce problemu nie ma, bo Hałka, choć wciąż w pierwszej trójce, przestaje prowadzić w rankingach.
Z czternastki po zgrupowaniu w Mrągowie odpada sześciu pilotów. Reszta jedzie na zgrupowanie do Zakopanego. Kwaterują ich w ośrodku dla pilotów WOSzk-Gronik.
Doktryna wojenna Związku Radzieckiego przewiduje masowy atak z zaskoczenia na kraje Zachodu. Najpierw uderzenia jądrowe w newralgiczne punkty przeciwnika oraz operacje wojsk specjalnych, potem uderzenie wojsk pancernych i zmechanizowanych. Wielkie ćwiczenia "Tarcza 76" mają odpowiedzieć na pytanie, czy wojska Układu Warszawskiego są gotowe do konfrontacji.
Podpułkownik Zenon Jankowski, pilot z jednostki w Powidzu niedaleko Poznania, świeżo po szkoleniu w Krasnodarze, lata na nowoczesnych szturmowych Su-20. Pierwszy taki samolot w polskim wojsku. Naddźwiękowa prędkość, możliwość wykonania lotu na małej wysokości, krótki start i lądowanie na lotniskach z pasami o długości tysiąca-tysiąca dwustu metrów, z toną bomb może polecieć nad cele oddalone o siedemset-osiemset kilometrów. Wszystko dzięki zmiennej geometrii skrzydeł. Gdy są "przytulone" do kadłuba, samolot osiąga prędkości naddźwiękowe, gdy pilot rozłoży skrzydła, może lecieć bardzo daleko.
Podpułkownik Zenon Jankowski, 1976 rok
Klukowski: - Podczas "Tarczy" Jankowski wsławił się brawurowym lądowaniem na drogowym odcinku lotniskowym.
- Przesada - mówi Jankowski. - Nic wielkiego nie zdziałałem.
Ale przełożeni każą mu się zgłosić do WIML-u. - Wszyscy wiedzieliśmy, że po jednostkach jeździli ludzie z dowództwa wojsk lotniczych i pytali o chętnych do testowania nowego sprzętu. Na ziemi nigdy się przed nikogo nie wpychałem, ale w powietrzu to co innego. Nowy sprzęt? Ja pierwszy do niego! Ucieszyłem się - wspomina pułkownik Jankowski. Badania w instytucie przechodzi bez problemów. - Zawsze miałem dobre parametry, chociaż nigdy nie uprawiałem wyczynowo sportu - mówi.
Szybka decyzja "góry": Jankowski ma dołączyć do grupy kandydatów, która przebywa już w zakopiańskim Groniku.
Jankowski wchodzi do grupy oficerów, którzy już się zdążyli ze sobą zżyć, przeszli przez zgrupowanie w WIML-u, obóz w Mrągowie. Zdążyli się już dobrze poznać. Na pierwszy rzut oka widać, kto jest liderem.
- Zobaczyłem Mirka Hermaszewskiego - wspomina Jankowski - otoczonego wianuszkiem pochlebców.
Major Mirosław Hermaszewski, 1976 rok
W Zakopanem dowiadują się wszystkiego.
- Gratuluję panom wysiłku i zaangażowania. Wiem, jak dużo włożyliście wysiłku, ale oczekuję od was więcej, bo przed wami długa droga. Najlepsi polecą w kosmos na rosyjskim statku. Taka sama grupa przyszłych kosmonautów trenuje także w Czechosłowacji i Niemieckiej Republice Demokratycznej.
Taką przemowę strzelił im Stanisław Barański, szef WIML-u. Obok stał Jan Rychlewski, zastępca kierownika wydziału nauki i oświaty KC PZPR (potem został szefem Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk).
Piloci zaczynają głęboko oddychać.
Generał Kuziora: - Zrozumieliśmy, po co to wszystko. Kosmos! Ciśnienie mi się podniosło.
Dostają zgodę na spotkanie z rodzinami. Tak, mogą im powiedzieć, co robią.
- Pamiętam ten dzień lepiej niż paciorek. - Grażyna Kuziora śmieje się. - Mąż wchodzi do domu i mówi: Słuchaj, chyba polecę w kosmos.
- Naprawdę!?
- Nooo... Ta grupa, z którą ćwiczymy, to do lotu w kosmos.
Mój Boże, młody chłopak, pomyślałam. Mało co latał i już w kosmos!? Jak to możliwe? Nierealne, bo jak to? W sklepach niczego nie ma, stoję w kolejkach po mleko, a mój mąż wybiera się w kosmos!? Jeny! Dla mnie to było niesamowite.
- I co ty na to? - pyta mąż.
- Przecież ci nie zabronię.
Nie bałam się. Żona pilota musi się oswoić ze strachem. Przeżywałam to już wcześniej dziesiątki razy. Garnizony lotnicze zwykle są w lasach. Mężowie mają nocne loty, co chwila słychać huk startujących i lądujących maszyn. Czasem zdarza się nagła cisza i serce staje. Człowiek myśli, że znowu ktoś zginął, że wypadek, dlatego jest cicho. Lata siedemdziesiąte. Nie ma telefonów komórkowych, nie można się niczego dowiedzieć, więc my, żony, umieramy ze strachu. Dopiero potem się okazuje, że to tylko pogoda się popsuła.
Dlatego gdy Tadziu powiedział, że może polecieć w kosmos, wcale się nie bałam. Byłam dumna. Najbardziej chyba z tego, że zdał testy psychologiczne. Kosmonauta musi być opanowany, zdecydowany, stanowczy. Mogłam się chwalić: O jeny, patrzcie, jakiego mam świetnego męża!
Zabawa się kończy, zaczyna się ostra jazda.
Tadeusz Kuziora: - Zostało nas dziesięciu, w kosmos może polecieć tylko jeden. Czy coś lepszego może się przytrafić w życiu pilotowi samolotu naddźwiękowego?
Tak, liderem wyścigu jest Hermaszewski. Ma do tego najpoważniejsze stanowisko służbowe, jest dowódcą pułku. Ale jest też najwyższy. To wada, lepiej, żeby kosmonauta był niski.
- Za to przeciążenia znosiłem najlepiej - opowiada Hermaszewski. - 8,2 grama bez kostiumu. To jest wyczyn! Wyniki psychologiczne też miałem najlepsze. Pod względem wytrzymałości i kondycji drugi. Zacząłem się wewnętrznie mobilizować. Pomyślałem, że jak trafię do czwórki, która pojedzie pod Moskwę, do Gwiezdnego Miasteczka, to zobaczę prawdziwych kosmonautów. Marzyłem o tym, odkąd Gagarin poleciał pierwszy.
Zenon Jankowski: - Ale i tak najlepszy z nas był Andrzej Bugała, dowódca eskadry migów-21.
Major Andrzej Bugała, 1976 rok
Hermaszewski: - Profesor Barański zapoznał nas z wynikami badań. Ucieszyłem się, bo we wszystkich dyscyplinach zajmowałem pierwsze miejsce. Tylko Heniu Hałka miał lepszą ode mnie wydolność.
Profesor Klukowski: - Bardzo ze sobą konkurowali, zdarzały się męskie złośliwości. Wyraźnych różnic w odporności u nich nie było.
Generał Kuziora: - Klukowski chciał nas wykończyć. Co chwilę mierzył nam tętno. Co!? Tylko sto dwadzieścia!? Zwiększamy tempo! Po Tatrach dosłownie biegaliśmy. Nawet w gazetach pisali, że w górach pokazała się grupa niezrównoważonych osobników. "Tam, gdzie wykwalifikowani przewodnicy pokonują szlak w dwie godziny, oni robią to w godzinę. Szaleńcy". Wbiegaliśmy na Kasprowy Wierch i prosiliśmy, że pobiegniemy jeszcze na Giewont. Przewodnicy pytali, czy koniecznie chcemy. Chcemy! Wychodziliśmy z Gronika o dziewiątej rano, wracaliśmy o osiemnastej.
Hermaszewski: - Z Zakopanego pamiętam tylko nogi kolegi idącego przede mną. Niewyraźnie, bo oczy zalewał mi pot. Na Przełęczy Szpiglasowej ostatnie piętnaście metrów pokonałem na czworakach, rękami darłem zmarzniętą ziemię, zębami czepiałem się kosodrzewiny, tak się zawziąłem.
Kuziora: - Każdy chciał udowodnić, że się nadaje.
Profesor Klukowski: - Wydolnościowo wszyscy byli mniej więcej na tym samym poziomie. Decydujący głos mieli psychologowie.
- Kosmonauta powinien być pewny siebie, agresywny... - mówi profesor Jan Terelak.
- Agresywny!?
- O tak! Ale nie chodzi o chuligaństwo, tylko o agresję. A ona przejawia się w stanowczości. Liczy się także inteligencja, ale nie jej iloraz. Wysoki ma nawet Doda, ale nic z tego nie wynika. Test polega na rozwiązywaniu problemów, trzeba szybko wybierać najlepsze i najbardziej logiczne rozwiązania. Liczy się nie tylko wiedza, ale i doświadczenie. Bada się poziom lęku, zrzuca kandydatów do wody, topi. Muszą wiedzieć, jak przeżyć w trudnym terenie, chociażby w tundrze. Przecież nie wiadomo, gdzie wylądują. Introwersja i neurotyzm dyskwalifikują.
Ważna jest też świadomość sytuacyjna.
- Ki czort? - dopytujemy.
- Kosmonauta musi cały czas wiedzieć, co się dzieje, nie może ani na moment rozłożyć rąk i przyznać, że jest bezradny. Amerykańscy astronauci byli asertywni. Kiedy lądowali na Księżycu, NASA źle im podpowiedziała miejsce lądowania - na zboczu nachylonym pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Astronauta w ostatniej chwili podjął decyzję, że wyląduje gdzie indziej. I miał rację. Gdyby nie był asertywny, nie przeżyliby.
Po przeanalizowaniu stosu testów profesor Terelak jest niemal pewien, kto z grupy pilotów powinien polecieć w kosmos. A kandydaci wreszcie mogą przez chwilę odpocząć.
Dom wczasowy Kościelisko organizuje wieczorek zapoznawczy dla swoich gości.
- Może byśmy poszli? - proszą piloci doktora Klukowskiego.
- Dobrze, ale dwa warunki: ani grama alkoholu i nikt się nie może dowiedzieć, co my tu robimy.
W Kościelisku trwa zabawa. Orkiestra na żywo, tańce, alkohol. Na środku sali stół przykryty białym obrusem, na nim oranżady i woda gazowana, zagrycha i dziesięciu zdrowych byków. Siedzą na smutno. Nagle orkiestra tusz! Werble, kierownik Kościeliska (potem się okazuje, że kolega z liceum jednego z lotników) wskakuje na scenę, podbiega do mikrofonu i krzyczy: - Serdecznie witamy w naszym gronie kandydatów na kosmonautów!