Od autora
Oto druga część niezwykłych historii o piłkarzach "nie tylko z pierwszych stron gazet". Powrót był oczywisty, jak oczywista jest druga
część meczu po pierwszej połowie. Teraz już wiem, że zanurzenie się w fascynujących biografiach czterdziestu ludzi, których przygody stworzyły
pierwszą część, musiało zainspirować do kontynuacji. Nie zmienia się
liczba rozdziałów, ale zmieniają się bohaterowie - to czterdziestu
kolejnych, wyjątkowych polskich piłkarzy z mniej i bardziej odległej
przeszłości.
Tak jak w przypadku pierwszej części pierwotnym pomysłem był realizowany
na łamach "Przeglądu Sportowego" cotygodniowy cykl "Był sobie piłkarz",
który posłużył również za tytuł książki. Kryterium doboru bohaterów
poszczególnych rozdziałów pozostaje dość swobodne. Najważniejsze
założenie - każda historia musi być intrygująca. Dlatego czasem jest to
opowieść o mistrzu olimpijskim albo o medaliście mundialu, lecz w wielu
innych przypadkach przyglądam się piłkarzom drugoplanowym. Tyle że oni
też mieli swoje pięć minut, byli na ustach kibiców, zakosztowali
przynajmniej namiastki popularności albo nawet sławy.
Te piękne momenty niekiedy kontrastowały z późniejszymi wydarzeniami z ich sportowego życia. Kontuzje, złe decyzje, błędy, zakaz zagranicznego
transferu, nieumiejętność przepychania się łokciami w świecie mediów,
trudny do zrozumienia pech - wszystko mogło skutecznie hamować rozwój
wielu optymistycznie zapowiadających się piłkarskich karier. Również
tych przedstawianych w książce, choć zdaję sobie sprawę, że szukanie
winowajców wyłącznie poza sobą bywa wygodnym alibi dla własnych, w gruncie rzeczy trudnych do usprawiedliwienia słabości.
Mocno zabiegałem, aby były to historie piłkarzy przez nich opowiedziane
i zinterpretowane. Po wielu latach od zakończenia kariery oddawałem im
głos właśnie po to, żeby przedstawiali swoje "wersje zdarzeń". Liczyłem
na ich szczerość, ale oczywiście uwzględniałem też, że mogą i nawet
muszą być w swoich narracjach subiektywni.
Podobnie jak w pierwszej części nie chodziło mi o rozbudowane historie,
zresztą każdy bohater zasługuje wręcz na osobne wydawnictwo. Liczy się
dynamika skondensowanego przekazu i różnorodność, dzięki czemu czytelnik
w dogodnym dla siebie czasie może choćby na chwilę zatopić się w lekturze i potem wiele razy wracać do kolejnych rozdziałów. Przy okazji
może porównywać i konfrontować poszczególne postaci, tym bardziej że te
same wątki i fakty bywają ważne nawet dla kilku bohaterów. Nic dziwnego,
że są relacjonowane z różnej perspektywy.
Jestem bardzo wdzięczny rozmówcom, że poświęcili mi czas, że wracali do
dawnych wspomnień i próbowali je odświeżyć oraz na nowo ocenić z perspektywy upływających dekad. W przypadku piłkarzy, którzy już nie
żyją, w tworzeniu tekstów jak zwykle mogłem liczyć na pomoc ich dawnych
kolegów, piłkarzy, trenerów, działaczy, historyków sportu i dziennikarzy, za co również im wszystkim serdecznie dziękuję. Dla mnie,
fana polskiej piłki, była to niezwykła przygoda. Podobnych przeżyć życzę
wszystkim czytelnikom, którzy teraz sięgają po tę książkę.
1
Jacek Gmoch - Mnie kijem nie dobijesz
Zrobiłem wślizg Joachimowi Marksowi, a bramkarz Marian Szeja biodrami
spadł mi na wyprostowaną nogę poniżej kolana. Straszne, ale takie rzeczy
się zdarzają. Próg bólowy zawsze miałem bardzo wysoki, trzeba mnie
żelazem rąbnąć, żebym poczuł. Ale wtedy właśnie tak poczułem - mówi
Jacek Gmoch. Zanim został cenionym trenerem, był równie dobrym
piłkarzem, którego karierę gwałtownie zakończyła kontuzja.
Dramat, który piłkarskie życie Gmocha wywrócił do góry nogami, wydarzył
się 21 sierpnia 1968 roku na stadionie Legii Warszawa.
- Nie mam żalu do Mariana Szei. Bardzo fajny chłopak. Przyjechał na mecz
z Wałbrzycha, na trybunach prawie 30 tysięcy ludzi, bardzo chciał się
pokazać, ambitnie podszedł do sprawy - zapewnia późniejszy selekcjoner
reprezentacji, a wtedy ważny obrońca Biało-Czerwonych.
- Ten mecz miał całkiem niezdrową otoczkę. Z jednej strony reprezentacja
Polski, a z drugiej drużyna "Expressu Wieczornego", czyli wytypowana
niby przez kibiców. Mówię "niby", bo całą imprezę rozkręcili zbratani z komunistyczną władzą dziennikarze i nic dobrego nie mogło z tego wyjść.
W zespole "Expressu" (prowadzonym wówczas przez Teodora Wieczorka, a nie
jak podają różne źródła Kazimierza Górskiego - przyp. red.) znaleźli się
piłkarze niepowołani do kadry, a emocje były rozgrzane w tak niesamowity
sposób, że rzucili się na nas, jakby walczyli o mistrzostwo świata.
Wygrali 5:1, ale ja tego nie widziałem, bo na początku meczu doznałem
okropnej kontuzji - zwraca uwagę Gmoch.
Boisko bujało
Po niefortunnym starciu z Szeją w pierwszych chwilach trudno było mu
złapać kontakt z rzeczywistością, ból tłumił racjonalne myślenie. -
Leżałem na murawie i byłem pewien, że nastąpiło jakieś trzęsienie ziemi.
Całym boiskiem bujało, łącznie ze stadionowym zegarem, bo w tamtym
kierunku patrzyłem. Pogruchotana kość, skomplikowane i długie leczenie.
O piłkarskiej karierze mogłem już zapomnieć - przyznaje.
Doskonale zdaje sobie sprawę, że po tym meczu parę ważnych wydarzeń z pewnością go ominęło. - W 1970 roku Legia bardzo daleko zaszła w Pucharze Mistrzów, walczyła z Feyenoordem Rotterdam o finał, to wszystko
oczywiście już beze mnie. Mistrzem Polski za sezon 1968/69 jednak
zostałem, bo przed tą nieszczęsną kontuzją zdążyłem zagrać w lidze dwa
mecze. Nagle granie się urwało, ale wiedziałem, na co się piszę jako
sportowiec. Decydując się na grę w piłkę, znałem ryzyko. Potem spełniłem
się w roli trenera, dlatego nie mam prawa narzekać na los - zapewnia.
Na majówkę przed debiutem
W Legii - w ligowym meczu - Jacek Gmoch zadebiutował w maju 1960 roku.
Ten moment wrył mu się w pamięć i nic dziwnego, bo jest o czym
opowiadać. - Mieliśmy grupę przyjaciół na pierwszym roku na Politechnice
Warszawskiej: ja oraz jeszcze dwóch Jacków i dwóch Maćków. Jeden z nich,
Maciek Komorowski - chłopak z rodziny przedwojennej inteligencji i świetny organizator - wymyślił, że skoro jest maj, to warto wybrać się
rowerami za miasto na majówkę z dziewczynami, naszymi koleżankami, aż za
Piaseczno. Tyle że tego samego dnia miałem trening w Legii na Stadionie
Dziesięciolecia, bo nazajutrz byłem przewidziany do gry w wyjściowym
składzie, pierwszy raz w życiu w pierwszej lidze, ze Stalą Sosnowiec.
Wiedziałem, że tak się może stać, bo wcześniej w sparingu z Zwickau
wszedłem jako zmiennik, strzeliłem gola, wygraliśmy 2:1. Zdałem
piłkarski egzamin i byłem gotowy na ligowy debiut - podkreśla.
No, ale najpierw jeszcze trening, a przed treningiem te przeklęte
rowery...
- Pojechaliśmy, fajnie było. Znajomy miał drewnianą chatkę, majówka
pierwsza klasa. Musiałem jednak pedałować 20 kilometrów w jedną stronę,
a potem w drugą. Sympatycznie się jechało w wesołej grupie, lecz z powrotem musiałem samotnie zasuwać, żeby zdążyć na ten trening.
Zdążyłem, ale już wtedy podejrzewałem, że coś jest nie tak. Inne mięśnie
pracują podczas zajęć piłkarskich, inne podczas rowerowej wyprawy. Nogi
zaczęły mi trochę sztywnieć - wspomina.
Następnego dnia zaczął się mecz, a debiutant czuł się jeszcze gorzej.
Ledwo powłóczył nogami, nie było mowy o normalnym graniu. - Wyobrażam
sobie, jak to wyglądało z trybun: kompromitacja kompletna. Trener Górski
wykopał mnie z boiska już po pierwszej połowie i wcale mu się nie
dziwię. Zanim cokolwiek się zaczęło, straciłem miejsce w składzie. Potem
grzałem ławkę - opowiada.
Radio w nagrodę
Wrócił na końcówkę sezonu i pięknie się zrehabilitował za ten dziwny
debiut. - Graliśmy w Bytomiu z Polonią. Jeszcze były szanse na
mistrzostwo Polski, lecz przede wszystkim musieliśmy zwyciężyć. Było
4:1, strzeliłem wtedy dwa gole. Do tytułu nie wystarczyło, bo prowadzący
w tabeli Ruch Chorzów nie potknął się, pokonał Wisłę Kraków. A po
pierwszej połowie byliśmy mistrzem, bo Ruch przegrywał... W każdym razie
mocno pomogłem drużynie w ważnym momencie, no i przynajmniej obroniliśmy
tytuł wicemistrzowski, ponieważ w razie porażki przeskoczyłby nas Górnik
Zabrze. W nagrodę dostaliśmy małe radioodbiorniki Eltra, wówczas
prawdziwy hit na rynku - zaznacza z dumą.
W tamtym czasie grał jeszcze jako środkowy napastnik, choć przecież w Polsce piłkarską markę wyrobił sobie jako bardzo solidny i potrafiący
inicjować akcje ofensywne obrońca.
Górski był drużbą
- W 1960 roku pojechaliśmy na tournée do Belgii i strzeliłem tam
najwięcej goli. Z Gandawą wygraliśmy 2:1, po moich trafieniach. Ze
Standardem Li?ge było 2:2 i jedna bramka znowu moja. Podczas tej wyprawy
miałem w sumie pięć goli. Na ostatniej stronie "Expressu Wieczornego"
dali tytuł "Bombardier trzymany pod korcem". To o mnie. Szybko okazało
się, że w Legii mogę grać właściwie na każdej pozycji - twierdzi. Według
niego nie chodziło o to, że był niespotykanie uniwersalnym piłkarzem,
ale o... sytuację trenera Górskiego.
- W klubie trener nie został dobrze przyjęty przez starszych zawodników.
Proszę pamiętać, że Legia w połowie lat 50. miała kilkunastu
reprezentantów Polski, zdobywała mistrzowskie tytuły, ale bazowała na
zawodnikach sprowadzanych z kraju w ramach powołań do odbycia
zasadniczej służby wojskowej. Oczywiście najwięcej było ich z Górnego
Śląska. Wielu "napływowych" piłkarzy nie do końca akceptowało pana
Kazimierza, chociaż nie wiem dlaczego. Ja z kolei miałem z nim bardzo
dobre relacje. Moja mama przyjaźniła się z panią Marią, żoną trenera.
Mieszkaliśmy później w bloku przy Świętokrzyskiej, po sąsiedzku z Górskimi. Ich syn Darek dorastał razem z moim Pawłem. Kazimierz Górski
był nawet drużbą na moim ślubie - zwraca uwagę bohater naszej opowieści.
Piłka zbyt pospolita
Kiedy Górski był trenerem Legii, wchodzącego do składu Gmocha traktował
jak swojego człowieka i wykorzystywał w dyscyplinowaniu piłkarzy. - Gdy
podskoczył Horst Mahseli, to grałem za niego na prawej obronie, a jak
coś nie podobało się Marcelemu Strzykalskiemu, to w pomocy. I tak dalej.
Oczywiście pan Kazimierz wykorzystywał mnie w dobrej wierze, ale skutek
tego był taki, że skonfrontował mnie z całą drużyną. Dałem sobie jednak
radę, twardy byłem. Bić się w razie czego też umiałem - uśmiecha się
Gmoch.
Właśnie ta wymienność pozycji - jak sam się domyśla - spowodowała, że
stał się boiskowym omnibusem.
- Oczywiście musiałem mieć odpowiednie predyspozycje. Byłem bardzo
sprawny fizycznie, w młodości przede wszystkim zajmowałem się
koszykówką. Ojciec - choć sam był piłkarzem Znicza Pruszków - zabronił
mi i bratu grania w piłkę, uznając, że to zbyt pospolita dyscyplina. Że
to całe piłkarskie towarzystwo jest nie dla nas, a koszykówka to co
innego. Z moim starszym o sześć lat bratem zajmowaliśmy się więc
koszykówką. W piłkę grałem głównie w "Sokole", czyli w parku w Pruszkowie. Dzieciakiem jeszcze byłem, ale starsi brali takiego małego
gnojka do drużyny, bo wiedzieli, że i tak jestem od wszystkich lepszy. I dzięki tej koszykówce przewyższałem każdego również ogólną sprawnością -
argumentuje.
Lista skalpów
Gmoch trafił w końcu na stałe do formacji obronnej, lecz nie pamięta,
kiedy dokładnie... Z pewnością było to za trenera Jaroslava Vejvody. -
Dlaczego obrona? Bo miałem bardzo dobre długie podanie na skrzydło,
rozpoczynające kontratak. Na jednym skrzydle grał wtedy Janusz
Żmijewski, na drugim Robert Gadocha i grzechem byłoby tego nie
wykorzystać - podkreśla.
Zaczął się też specjalizować w indywidualnym kryciu najgroźniejszych
rywali, także w meczach reprezentacji, w której pierwszy raz zagrał w 1962 roku, jednak podstawowym zawodnikiem został trzy lata później.
- Byłem piłkarzem do specjalnych poruczeń. Nieźle sobie z tymi asami
radziłem. Z czystym sumieniem mam się czym pochwalić - zapewnia. I wylicza swoje "skalpy"... - W 1965 roku skutecznie zaopiekowałem się
gwiazdą Manchesteru United Denisem Lawem w wygranym 2:1 w Glasgow meczu
ze Szkocją w kwalifikacjach do mistrzostw świata. Kryłem też Óscara Masa
w meczu z Argentyną (1:1) w Buenos Aires. Tydzień przed mistrzostwami
świata w 1966 roku w starciu z Anglią na Stadionie Śląskim (0:1)
odpowiadałem za Bobby'ego Charltona i też dobrze mi to wyszło.
Troskliwie zająłem się Sandro Mazzolą w meczu z Włochami (0:0) na
Stadionie Dziesięciolecia w eliminacjach MŚ 1966. Pierwsze 10-20 minut
jeszcze próbował czarować, ale potem twardo usiadłem mu na karku i już
nic nie mógł zrobić - przekonuje.
Między nami słupkami
W rewanżu z Włochami Polacy przegrali w Rzymie aż 1:6. Gmoch w tym
fatalnym spotkaniu również uczestniczył.
- Nie chcę szukać usprawiedliwień, lecz czuliśmy się tam jakoś dziwnie.
Coś podane do zjedzenia ewidentnie nam zaszkodziło, ale dajmy spokój,
nie rozgrzebujmy już tej sprawy. W każdym razie podczas rozgrzewki nogi
zamiast nas nosić, były jak z ołowiu - opowiada dawny reprezentacyjny
obrońca.
Jakby tego było mało, pojawił się też problem z bramkarzem. Początkowo
trener Ryszard Koncewicz zamierzał postawić na wspomnianego już Mariana
Szeję, który jednak w reprezentacji zagrał wcześniej tylko w gładko
wygranym meczu z Finlandią (7:0).
- Dzień przed starciem z Italią mieliśmy trening strzelecki. Marian
wszystko łapał! Nawet z pięciu metrów, reagował fantastycznie. Jasio
Liberda już się wkurzał, że nic nie wchodzi. Zniecierpliwiony zrobił
dynamiczny zamach i... położył Szeję, po czym spokojnie posłał piłkę do
siatki. To przeważyło. Koncewicz przestraszył się, że świetnie
wyszkoleni technicznie Włosi będą stosować takie same sztuczki jak
Liberda i w ostatniej chwili uznał, że postawi w bramce debiutanta
Henryka Stroniarza z Wisły Kraków. Nie dlatego jednak skończyło się
pogromem. Jestem przekonany, że zdecydowało to dziwne samopoczucie nas
wszystkich w trakcie spotkania. Robiliśmy za słupki ustawiane podczas
treningu, a Włosi urządzali sobie między nami zawody slalomowe -
samokrytycznie przyznaje Gmoch.
Szpieg w Anglii
Na szczęście były też takie mecze jak z Anglią w styczniu 1966 roku.
Polacy zremisowali w Liverpoolu 1:1, a gospodarze sześć miesięcy później
zostali mistrzami świata.
- W tamtych czasach Anglia była dla nas nieosiągalna, tak ją
odbieraliśmy. Dopiero gdy już zostałem trenerem, to postrzeganie się
zmieniło, myślę, że z moim skromnym udziałem - podkreśla. I wyjaśnia, w czym rzecz: - BBC wybierało wówczas najlepsze momenty z 11 meczów ligi
angielskiej i przekazywało je - za zgodą na emisję w telewizji - do
innych krajów. Był to jednak ekstrakt oszałamiający! Po obejrzeniu
czegoś takiego łatwo się nabawić piłkarskich kompleksów. Anglicy jawili
się jako mistrzowie nie z tej ziemi. Będąc trenerem, zmieniłem to
myślenie. Przez pół roku jeździłem do Anglii. Współpracowałem też z angielskim "szpiegiem", który z jakichś powodów nie lubił swoich
rodaków. Miałem dostęp do materiałów, które dokumentowały różne mecze i zagrania, w których Anglicy już nie byli na boisku tacy fenomenalni.
Dysponując cennymi materiałami, udało mi się przekonać naszych piłkarzy,
że przeciwnicy naprawdę są do ugryzienia i jestem pewien, że w 1973 roku
to również miało wpływ na nasze zwycięstwo w Chorzowie i remis na
Wembley - zapewnia.
Faceci w rajtuzach
Gmoch dużo opowiada o reprezentacji, a przecież w pamięci ma wiele
meczów w barwach Legii, bynajmniej nie tylko z debiutanckiego sezonu.
Nigdy nie zapomni choćby starcia z Galatasaray Stambuł o ćwierćfinał
Pucharu Zdobywców Pucharów w 1964 roku.
- W Warszawie wygraliśmy 2:1, w 69. minucie trafiałem do siatki i znowu
poczułem się jak snajper. W rewanżu przegraliśmy 0:1, ale atmosfera w Turcji była niesamowita. Kibice już dwa dni wcześniej rozbijali namioty
wokół stadionu i czekali na mecz. Żaden piłkarz z przyjezdnej drużyny
nie miał prawa czuć się tam komfortowo. O awansie decydowała trzecia
konfrontacja, na neutralnym terenie. Było 1:0 dla nas, załatwił ich
Heniu Apostel - podkreśla.
O półfinał Legia walczyła z TSV 1860 Monachium. Najpierw grała u siebie.
- Na początku marca chwycił mocny mróz. Murawa nie nadawała się do gry,
a wojsko nie było w stanie jej przygotować. Najgorzej, że nie
posiadaliśmy odpowiedniego obuwia na zmarzniętą skorupę. Niemcy raz, że
mieli już wymienne korki, to jeszcze na ten siarczysty mróz przezornie
założyli rajtuzy, które trzymały ciepło. A my wyszliśmy na nich w tych
delikatnych bucikach, z tymi gołymi nóżkami jak do kąpieli. Ślizgaliśmy
się, a nie graliśmy w piłkę. Przegraliśmy 0:4. Potem w Monachium było
0:0, ale wobec strat z Warszawy już nic nie dało się zrobić - opowiada.
Ekran z bratkiem
Warto też przypomnieć, że przez wiele lat - jako piłkarz, a później
jeszcze jako trener - Gmoch występował w popularnym telewizyjnym
programie dla dzieci i młodzieży. Wszystko zaczęło się od wywiadu w "Sztandarze Młodych", który przeprowadził redaktor Tadeusz Olszański.
- Była taka moda, aby pokazywać, że piłkarze są nie tylko od grania,
brania pieniędzy i popijania w wolnym czasie, ale że na przykład są też
studentami i kształcą się nawet na trudnych kierunkach. Wymyślono, że
takimi eksponowanymi postaciami będą bramkarz Górnika Zabrze Hubert
Kostka, no i ja, bo obaj wybraliśmy zupełnie nietypowe dla piłkarzy
studia na prestiżowych uczelniach technicznych. Redaktor Olszański
odwiedził mnie i małżonkę w domu, ten materiał wykraczał zdecydowanie
poza piłkę. Tak się zaczęła moja obecność w mediach. A potem Maciej
Zimiński, prowadzący popularny program "Ekran z bratkiem", zapytał
Olszańskiego, czy zna jakiegoś niezłego piłkarza, który dobrze mówi po
polsku. Nie było w tym złośliwości, bo w tamtym czasie wielu czołowych
futbolistów pochodziło z Górnego Śląska i w ich mowie oczywiście było to
wyczuwalne - wyjaśnia Gmoch.
Program kręcono na żywo z Pałacu Kultury i Nauki. Był to rodzaj szkółki
piłkarskiej dla młodych telewidzów.
- Demonstrowałem różne zagrania, sztuczki techniczne, żonglerki głową,
nogami. A skoro na żywo, to lekka presja była. Piękne przeżycie. Przez
kilkanaście lat miałem w telewizji sześć minut w każdy czwartek! -
uświadamia nam Gmoch.
Ale to przecież nie "Ekran z bratkiem" sprawił, że stał się bardzo ważną
postacią w historii nie tylko polskiego futbolu. I warto wiedzieć, że
zanim został cenionym trenerem w Grecji, zanim samodzielnie poprowadził
kadrę narodową i trafił do legendarnego sztabu Kazimierza Górskiego, sam
był bardzo dobrym piłkarzem - czołowym ligowcem i ważnym reprezentantem
kraju.
BIOGRAM
Urodzony: 13 stycznia 1939 roku w Pruszkowie
Pozycja na boisku: obrońca
Reprezentacja Polski: 29 meczów, 0 goli
Kluby: Znicz Pruszków (do 1960), Legia Warszawa (1962-68; 190 meczów, 11
goli)1
Mistrz Polski (1969), zdobywca Pucharu Polski (1964, 1966)
uwzględnione są mecze i gole tylko w najwyższej klasie rozgrywkowej w danym kraju [wróć]
2
Józef Boniek - Boniek kontra Ameryka
"Towarzyszu generale, chyba nie chcecie mi powiedzieć, że jeśli
Amerykanie napadną na Polskę, to brak żołnierza Bońka Józefa sprawi, że
my tę wojnę przegramy?". "Ależ towarzyszu sekretarzu, na pewno
wygramy!". Na szczęście do agresji amerykańskiej nie doszło, a dzielny
żołnierz Józef Boniek, który przy okazji nieźle grał w piłkę, mógł
zmienić wojskowego Zawiszę na milicyjną Polonię Bydgoszcz.
Na piłkarskiej emeryturze nie wypinał piersi do piłkarskich orderów, bo
wiedział, że gwiazdą futbolu to był jego syn Zbigniew. Ale Józef Boniek
też miał talent do piłki i oddanych kibiców. Jak bardzo ceniono jego
boiskowe umiejętności, najlepiej obrazuje anegdota, którą opowiedział mi
Sławomir Wojciechowski, z zawodu nauczyciel, a z zamiłowania badacz
historii Polonii Bydgoszcz. On z kolei usłyszał ją kiedyś od głównego
bohatera tego rozdziału.
Schyłek 1958 roku. 27-letni Boniek od sześciu lat grał w bydgoskim
Zawiszy, lecz co najwyżej w drugiej lidze. Do wojskowego klubu trafił
jako żołnierz zasadniczej służby. Był już praktycznie nie do ruszenia,
bo Zawisza mógł skutecznie odsyłać z kwitkiem każdego, kto czynił zakusy
na wartościowego środkowego obrońcę. Miało to jednak istotny skutek
uboczny: blokowało rozwój piłkarza. W końcu chodziło tylko o zaplecze
ekstraklasy...
W Bydgoszczy w najwyższej klasie rozgrywkowej funkcjonowała Polonia,
powiązana z resortem spraw wewnętrznych. Bardzo chciała mieć u siebie
defensora Zawiszy. Tylko jak go wyciągnąć, jeśli wojskowy klub na
uparcie stawiane pytanie odpowiadał równie stanowczym "nie"? Armia się
zawzięła, ale milicja nie odpuszczała.
Nie było rady: milicja poprosiła o wsparcie partię. Do dowódcy
Pomorskiego Okręgu Wojskowego zadzwonił pierwszy sekretarz z Komitetu
Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i nie bawił się w gadki szmatki:
- "Towarzyszu generale, chyba nie chcecie mi powiedzieć, że jeśli
Amerykanie napadną na Polskę, to brak żołnierza Bońka Józefa sprawi, że
my tę wojnę przegramy?".
- "Ależ towarzyszu sekretarzu, na pewno wygramy!".
- "No to proszę was, jak dobrego obywatela, niech Zawisza nie blokuje
przejścia piłkarza Bońka do najlepszego klubu w naszym mieście".
Szach i mat! Józef Boniek dostał wreszcie zgodę na zmianę klubu.
- To było zwieńczenie długich starań Polonii o Bońka, który w jej
barwach zagrał już rok wcześniej w towarzyskim meczu ze Spartą
Rotterdam. Przymiarka wypadła znakomicie i od tego czasu było jasne, że
Polonia w zabiegach o ściągnięcie obrońcy nie ustanie - opowiada
Wojciechowski.
Getry na drutach
- Cała nasza rodzina pochodzi z Nakła nad Notecią. Wujek Józef w piłkę
zaczynał grać oczywiście w Czarnych Nakło - zaznacza Józef Piechota.
Jego ojciec oraz Jadwiga, żona Józefa Bońka, byli rodzeństwem.
Piechota później też był piłkarzem Czarnych, zresztą w drużynie
prowadzonej przez wujka, a następnie sędzią piłkarskim.
- Zaraz po wojnie w piłkarskich klubach było biednie i ciężko, brakowało
podstawowego sprzętu. Pamiętam opowieści cioci Jadwigi, jak piłkarzom
Czarnych robiła getry na drutach - opowiada kuzyn Zbigniewa Bońka.
- Wujek Józek jak trafił do Zawiszy, zamieszkał na Osiedlu Leśnym. Po
przenosinach do Polonii dostał większe mieszkanie. Kiedy już zacząłem
pracować w Zakładach Rowerowych w Bydgoszczy, chętnie odwiedzałem
rodzinę. Nadal mieszkałem w Nakle, ale często nocowałem u Bońków przy
Sułkowskiego. W ogóle ja z moimi kuzynami, Romkiem i Zbyszkiem, w zasadzie się wychowywałem - mówi Piechota, który obecnie działa w Kujawsko-Pomorskim Związku Piłki Nożnej i jest przewodniczącym Sądu
Koleżeńskiego.
W Zawiszy (przez pewien czas działał pod nazwą OWKS i CWKS) Boniek
trafił na zły okres. Akurat zaczęło się marginalizowanie działalności
wojskowych klubów; z wyjątkiem CWKS Warszawa, czyli Legii. W 1954 roku
Zawisza mógł uczestniczyć jedynie w żołnierskich rozgrywkach. Zdobył
zresztą mistrzostwo Ludowego Wojska Polskiego. Potem bydgoszczanie
zostali przywróceni do centralnych rozgrywek, lecz pierwszy raz w ekstraklasie zagrali dopiero w 1961 roku.
Polonia wyciągnęła Bońka z Zawiszy wcześniej, dzięki czemu wystąpił w elicie jeszcze przed trzydziestką. W tamtych czasach był to już zwykle
schyłek kariery.
Zadebiutował 15 marca 1959 roku, trzy dni po 28. urodzinach. Polonia na
swoim stadionie w obecności 12 tysięcy widzów pokonała Wisłę Kraków 1:0
po golu Mariana Stachowicza. Boniek zagrał na środku obrony i poradził
sobie bardzo dobrze. Szybko stał się jednym z najważniejszych piłkarzy w drużynie. W ekstraklasie występował przez trzy sezony.
W piłkę z Norkowskim
- Bywałem na każdym meczu Polonii. Siedziałem na trybunie, która
istnieje do dzisiaj, z ciocią, czyli mamą Zbyszka. Ale nie tylko z nią,
bo także z żonami innych piłkarzy Polonii. Niesamowite były z nich
kibicki. Wokół zawsze zostawały puste miejsca, bo inni woleli trzymać
się z dala od żywo dopingujących pań. Były śpiewy, nawoływania,
zagrzewające do gry okrzyki, pretensje do sędziego... Czasami w ruch szły
parasolki. Oglądanie meczu w takim towarzystwie zamieniało się w rytuał.
Pani Cirkowska, pielęgniarka i żona piłkarza Mariana Cirkowskiego, przed
każdym spotkaniem miała naszykowane drobniaki i zakopywała je w pobliskiej piaskownicy. Na dobrą wróżbę, żeby nasi wygrali - opowiada
Piechota.
W grupie najzagorzalszych kibiców pojawiały się też dzieci państwa
Bońków: paroletni Zbigniew i dwa lata starszy Roman.
- Zbyszek nieraz opowiadał, że bywał na meczach ojca i to oczywiście
prawda. W 1960 roku, czyli jako czterolatek, był na zgrupowaniu Polonii
w nadmorskim Kamiennym Potoku, na które z zawodnikami pojechały też
rodziny. Żartujemy, że choć Zbyszek jest wychowankiem Zawiszy, na
pierwszy obóz pojechał z Polonią - śmieje się Wojciechowski.
Największą gwiazdą klubu był oczywiście snajper Marian Norkowski, który
wówczas przygotowywał się do wyjazdu z reprezentacją Polski na igrzyska
olimpijskie w Rzymie (1960).
- Wdowa po Norkowskim mówiła mi, że właśnie na tym zgrupowaniu mały
Zbyszek chodził za jej mężem z piłką pod pachą i uparcie prosił: "Panie
Marianie, pokopie pan ze mną piłkę? Ale ja pana bardzo proszę, tylko
chwilę! To co, pokopie pan ze mną piłkę?". Trzeba przyznać, że już wtedy
uczył się od najlepszych - zauważa kronikarz Polonii.
Następca z Bytomia
Polonia z ekstraklasy spadła w 1961 roku. To był czarny sezon dla
bydgoskiego futbolu, bo drugim spadkowiczem był Zawisza. Józef Boniek
piłkarskie buty na kołku zawiesił trzy lata później. Z klubem rozstał
się elegancko. Zawczasu lojalnie informował, by klub szukał nowego
stopera. Wybór padł na Jana Leszczyńskiego, który w 1963 roku zdobył z Polonią Bytom mistrzostwo Polski juniorów. Grający w ekstraklasie
bytomianie mieli wtedy mocny skład. Leszczyński nie liczył, że się do
niego przebije.
- Szykował się transfer do Wisłoki Dębica. Już nawet zamieszkał tam w hotelu robotniczym, ale nie był zadowolony. Wysłał list do Polonii
Bydgoszcz, że jednak woli grać dla niej. To wystarczyło. Reszta odbyła
się po linii milicyjnej. Na komendę w Dębicy przyszedł nakaz, aby
funkcjonariusze sprowadzili obywatela Leszczyńskiego do Bydgoszczy. W Wisłoce nie mieli nic do gadania - opowiada Wojciechowski. Jesienią 1964
roku Leszczyński zdążył jeszcze zagrać w jednej drużynie z Bońkiem.
Pokoleniowa zmiana nastąpiła bardzo płynnie.
Lubił spokój
Józef Boniek pracował później jako trener w mniejszych klubach, jednak
dalej kibicował Polonii, także tej żużlowej i hokejowej. No i z rosnącym
zainteresowaniem przyglądał się piłkarskim postępom młodszego syna. -
Dobrze wiedział, że Zbychu ma ogromny talent, ale niczego mu nie
ułatwiał. Oceniał go jak ojciec, ale też jako bardzo wymagający trener -
mówi Piechota.
Z coraz większych sukcesów przyszłego medalisty mistrzostw świata i zdobywcy Pucharu Mistrzów ojciec był oczywiście dumny. - Gdy we wrześniu
1983 roku reporter gdańskiej telewizji zapytał go, komu będzie kibicował
w pucharowym meczu Lechii Gdańsk z Juventusem Turyn, odpowiedział, że
tej drużynie, w której gra jego syn - zwraca uwagę Piechota, świetnie
orientujący się w historii bydgoskiego futbolu.
Szanowany obrońca Zawiszy i Polonii zmarł w wieku 88 lat.
- Miałem z nim kontakt w zasadzie do ostatnich chwil życia. Nigdy nie
pchał się do pierwszego szeregu, lubił spokój. To był bardzo dobry i mądry człowiek - mówi o wujku.
- Nie mam wątpliwości, że pan Józef unikał publicznych wypowiedzi -
zapewnia Wojciechowski. - Zupełnie nie zależało mu, by wszyscy
powtarzali, że to przecież ojciec Zbigniewa Bońka. A chyba mu to nawet
przeszkadzało. W najmniejszym stopniu nie próbował korzystać ze sławy i pozycji, na jaką zapracował jego syn. A my, kibice w Bydgoszczy, i tak
dobrze wiemy, że Józef Boniek jako piłkarz napisał swoją piękną
piłkarską historię.
BIOGRAM
Urodzony: 12 marca 1931 roku w Nakle nad Notecią
Zmarł: 12 grudnia 2019 roku w Bydgoszczy
Pozycja na boisku: obrońca
Kluby: Czarni/Stal Nakło nad Notecią (do 1952), OWKS/CWKS Zawisza
Bydgoszcz (1952-58), Polonia Bydgoszcz (1959-64; 60 meczów, 0
goli)1
uwzględnione są mecze i gole tylko w najwyższej klasie rozgrywkowej w danym kraju [wróć]