1 Wędrowiec
Znajdowali się w drodze od sześciu dni, pięcioosobowa rodzina kolebiąca się w zdezelowanym wozie, kiedy Bama White'a obudziło nagłe szarpnięcie. Jeden z jego koni padł martwy. W XIX wieku był to problem porównywalny obecnie z przebitą oponą w samochodzie, z tym że była już zima 1926 roku. White'owie nie mieli pieniędzy. Przenosili się właśnie z chłodnego, położonego pośrodku pustynnej wyżyny Las Animas w Kolorado do Littlefield w Teksasie, na południe od Amarillo, aby zacząć wszystko od nowa. Bam White był robotnikiem pracującym na ranczach, miłośnikiem koni i bezkresnego nieba w czasach, kiedy kowboj stawał się w Teksasie bardziej eksponatem muzealnym, a także ikoną Hollywood. W ciągu kolejnego roku Charles Lindbergh przeleci w swym jednopłatowcu wszerz cały ocean, a biały człowiek z uczernioną twarzą przemówi z ekranu kinowego. Tymczasem wielkie rancza były grodzone, mierzone, dzielone na mniejsze parcele i przekopywane, po czym trafiały do przedsiębiorców budujących miasta, nafciarzy i rolników. Najmniej zaludnione części Teksasu były otwarte na wszelkie interesy i w czasie szalonych lat dwudziestych cieszyły się wspaniałą koniunkturą. Z dnia na dzień powstawały nowe miasta pełne banków, oper, elektrycznych latarni ulicznych i restauracji serwujących owoce morza, przysyłane pociągiem z Galveston. Bam White wraz ze swoimi podkręconymi do góry wąsami, pałąkowatymi nogami i pobrużdżoną zmarszczkami twarzą wyglądał jak człowiek, który ugrzązł na dobre w minionym stuleciu. Plan zakładał, że White'owie dostaną się do Littlefield, gdzie zimy nie były tak dokuczliwe jak w Kolorado, i sprawdzą, czy któryś z niedawno tam osiadłych paniczyków nie potrzebuje bystrego pomocnika do pracy na ranczu. Uzgodniono, że członkowie rodziny zawsze też mogą zbierać bawełnę.
Teraz utknęli na Ziemi Niczyjej, długim, wąskim pasie na zachodnim krańcu Oklahomy, ledwie rzut kamieniem od Teksasu. O wschodzie słońca Bam White odbył rozmowę z pozostałymi przy życiu końmi. Zbadał ich przetarte, wyszczerbione kopyta i spojrzał im w oczy, próbując oszacować siły zwierząt. Ich ciała były kościste, wychudzone za sprawą długiego marszu na południe i kurczących się porcji paszy. White'owie nie pokonali nawet połowy drogi. Czekało ich jeszcze trzysta trzydzieści pięć kilometrów wędrówki przez wysoko położone, wyschnięte północne pogranicze Teksasu. Musieli przeprawić się przez Canadian River i minąć dziesiątki wyrastających w rejonie Texas Panhandle osad: Wildorado, Lazbuddie, Flagg, Earth, Circle, Muleshoe, Progress, Circle Back.
Jeśli dacie mi jeszcze dwa albo trzy dni, mówił White do swoich koni, pozwolimy wam porządnie odpocząć. Dowieźcie nas przynajmniej do Amarillo.
Żonie Bama, Lizzie, nie podobało się na Ziemi Niczyjej. Chłód, potęgowany jeszcze przez wiatr, wywiewał spod ubrań resztki ciepła. Ziemia była twarda i jałowa. To właśnie w tym miejscu Wielkie Równiny zaczynały - ledwo zauważalnie dla oczu większości ludzi - stopniowo piąć się do góry, wznosząc się na swych zachodnich obrzeżach na wysokość prawie tysiąca sześciuset metrów nad poziomem morza. Rodzina White'ów zastanawiała się nad pozbyciem się fisharmonii, jednego z najcenniejszych przedmiotów w ich dobytku. Mogliby ją sprzedać w Boise City i zarobić w sam raz tyle, żeby kupić nowego konia. Zaczęli rozpytywać dokoła - za będący rodową pamiątką instrument proponowano dziesięć dolarów. Za mało, żeby kupić konia. Zresztą Bam White nie potrafiłby go tak po prostu poświęcić. Z muzyką płynącą z tej skrzyni wiązały się najpiękniejsze wspomnienia z najtrudniejszych dla rodziny lat. Do oddalonego o trzydzieści kilometrów Teksasu czekała ich zatem jazda w znacznie wolniejszym tempie. Pogrzebawszy zdechłego konia, skierowali się na południe.
Jadąc przez Ziemię Niczyją, White'owie mijali dopiero co przeorane pola, z darnią odwróconą w dół. Kierowcy w warkoczących samochodach trąbili na kowbojską rodzinę w zaprzężonym w konie wozie i wyprzedzali ich, wzbijając za sobą tumany kurzu. Dzieci wciąż dopytywały, jak daleko jeszcze do Teksasu i czy będzie tam inaczej niż na tym długim pasie Oklahomy. Na terenie hrabstwa Cimarron rzadko zdarzało im się ujrzeć drzewo. Nie było tam nawet trawy dla koni; przeorana gleba była zmrożona i brązowa. Monotonię równin przerywały jedynie wiatraki stojące obok ziemianek, krytych darnią chat i wciąż rozbudowujących się osad. Podczas dłuższego postoju w południe dzieci bawiły się wokół zrytego kopytami bizonów bajora w niewielkiej niecce. Cimarron to meksykańskie słowo zapożyczone z języka Apaczów, którzy często nocowali w pobliżu takich właśnie bizonich bajorek. Oznacza ono wędrowca.
Kilka mil dalej na południowy wschód archeolodzy zaczęli właśnie prace wykopaliskowe przy zaginionej osadzie zbudowanej przez rdzennych mieszkańców w pobliżu Canadian River, będącej jedynym stałym źródłem wody w okolicy. Ludzie mieszkali tam prawie przez dwa stulecia i pozostawili po sobie jedynie enigmatyczne tropy wskazujące na to, jak udało im się tu przeżyć. Kiedy w 1541 roku Francisco Vázquez de Coronado maszerował przez Wielkie Równiny w poszukiwaniu cennych metali, ciągnąc za sobą bydło, żołnierzy i księży, zastał nad rzeką Arkansas jedynie garstkę osiedli z domami z plecionej trawy, z pewnością zaś nie miasta ze złota, jakie spodziewał się znaleźć. Jego ekspedycja zakończyła się fiaskiem. Żyjący tu wówczas Indianie tropili stada bizonów na piechotę. Wśród nich mogli się znajdować odlegli przodkowie Bama White'a z plemienia Quecheros, z którego wywodzili się późniejsi Apacze. Tymczasem Hiszpanie sprowadzili konie, które pod względem gospodarczym wywarły na życie Indian z równin podobny wpływ jak kolej na amerykańskie osady na Środkowym Zachodzie. Plemiona urosły w siłę, stały się liczebniejsze i były w stanie przemieszczać się na duże odległości, aby polować i prowadzić handel. Przez większą część XVIII wieku rejony Panhandle zdominowali Apacze. Potem nadeszli Komancze, zwani "władcami równin". Przybyli ze wschodniego Wyomingu, byli ludem szoszońskim zamieszkującym górne dorzecze rzeki Platte. Mający do dyspozycji konie Komancze przenieśli się na południe, polując i prowadząc najazdy na dużym obszarze Równin Południowych, obejmującym spore części dzisiejszych Kansas, Kolorado, Oklahomy, Teksasu i Nowego Meksyku. W szczytowym momencie swej potęgi w połowie XVIII wieku liczyli około dwudziestu tysięcy osób. Według niewielu białych, którzy mieli okazję ich zobaczyć, zanim rozpoczął się napływ osadników, Komancze wyglądali tak, jakby wyrośli już całkowicie uformowani wprost z trawy preriowej.
"Są najwspanialszymi jeźdźcami, jakich widziałem w trakcie wszystkich podróży" - stwierdził malarz George Catlin, który w 1834 roku towarzyszył kawalerii podczas misji zwiadowczej na Równinach Południowych.
Wśród Komanczów panowała poligamia, co cieszyło wielu przyjętych do plemienia handlarzy futer. Naga kobieta z plemienia Komanczów była sama w sobie dziełem sztuki: całe jej ciało pokrywały bowiem tatuaże przedstawiające rozmaite sceny. Na odległość Indianie porozumiewali się za pomocą specjalnego języka migowego, ponieważ ich okrzyki na prerii zagłuszał wiatr. Komancze hodowali konie i muły - w XIX wieku stanowiły one najsolidniejszą walutę - którymi handlowali ze zmierzającymi do Kalifornii poszukiwaczami złota i zdążającymi do Santa Fe kupcami. W tym czasie również walczyli z Teksańczykami. Komancze nienawidzili Teksańczyków bardziej niż kogokolwiek innego.
Założona około 1840 roku przez Republikę Teksasu formacja Texas Rangers miała za zadanie głównie walkę z Indianami. Poruszający się konno Komancze byli najdoskonalszymi wojownikami na równinach. Stanowili trudny cel ataków, sami natomiast potrafili bardzo groźnie nacierać. Lata polowań na bizony na cwałujących koniach sprawiły, że zyskali umiejętności, które z góry dawały im przewagę nad rangerami. Kiedy już ruszali do bitwy, szarżowali z gromkim rytmicznym okrzykiem przypominającym współczesne pohukiwanie kibiców na stadionie futbolowym. Po przeprowadzeniu rajdu i odpoczynku ponownie ruszali do ataku, tym razem mając na sobie skradzione łupy, nawet kobiece suknie i czepki. Zabijanie Teksańczyków napawało ich dumą.
"Sprowadzili do naszych wiosek smutek, a my postąpiliśmy tak, jak byki bizonów, kiedy ich krowy zostaną zaatakowane - mówił w 1867 roku wódz Komanczów Dziesięć Niedźwiedzi. - Odszukaliśmy ich i zabiliśmy, a ich skalpy zawisły w naszych chatach. Białe kobiety szlochały, a nasze kobiety śmiały się z tego. Komancze nie są słabi i ślepi jak żyjące od siedmiu nocy psie szczenięta".
Komancze grzebali poległych wojowników na wzgórzu, jeśli udało im się je znaleźć, a następnie zabijali również konie pochowanych współplemieńców. Bizony dawały im praktycznie wszystko, czego potrzebowali: ubrania, schronienie, narzędzia i oczywiście mięso, które można było ususzyć, uwędzić lub ugotować. Budowa niektórych tipi wymagała dwudziestu bizonich skór, które rozciągano i zszywano ze sobą, i choć całość ważyła ponad sto kilogramów, w dalszym ciągu była na tyle lekka, że dawała się bez trudu przenieść w inne miejsce. Żołądki zwierząt suszono i wykorzystywano jako pojemniki na jedzenie lub zbiorniki na wodę. Nie marnowano nawet ścięgien, służyły jako cięciwy do łuków. Uzupełnienie diety złożonej z bizoniego mięsa stanowiły dzikie śliwki, winogrona i porzeczki rosnące w nawadnianych przez drobne źródełka zakamarkach równin, do tego były antylopy, głuszce, dzikie indyki i cietrzewie preriowe, choć wielu Komanczów uważało mięso ptaków za nieczyste.
Plemię mogło liczyć na umowę podpisaną przez prezydenta Stanów Zjednoczonych i ratyfikowaną przez Kongres. Na mocy traktatu z Medicine Lodge z 1867 roku obiecano Komanczom, Kiowa, Kiowa-Apaczom i innym plemionom prawo do polowań na większej części Wielkiej Amerykańskiej Pustyni, czyli obszarze rozciągającym się na południe od rzeki Arkansas. W tamtym czasie między jednym a drugim wybrzeżem nie było kawałka ziemi, który byłby traktowany z taką pogardą w planie objawionego przeznaczenia[4]. Osadnicy i farmerzy wędrujący na zachód po wojnie secesyjnej mogli otrzymać obfitujące w wodę części równin, na wschód od sto pierwszego południka oraz leżącego na terenie Teksasu urwiska Caprock Escarpment. Indianom miały zaś przypaść ziemie, których nikt nie chciał: wysuszony trawiasty obszar na zachodzie. Od początku handlarze zwani comancheros określali samo serce tego regionu mianem "el Llano Estacado" - "równiny palikowej". Nazwa ta wzięła się stąd, że owo miejsce było tak płaskie i pozbawione punktów odniesienia, że dla lepszej orientacji ludzie zaczęli wbijać w ziemię paliki, aby nie zgubić się w płaskim bezkresie. Tereny te zostały zarezerwowane dla polujących na bizony rdzennych plemion.
Podczas podpisywania traktatu Dziesięć Niedźwiedzi próbował wytłumaczyć, dlaczego Indianom może się spodobać na Wysokich Równinach.
"Urodziłem się na prerii, gdzie wiatr wieje swobodnie i nie ma niczego, co zasłaniałoby promienie słońca. Urodziłem się w miejscu, w którym nie ma żadnych ogrodzeń i gdzie wszystko może oddychać pełną piersią. Tam pragnę też umrzeć, nie między ścianami [...]. Biali ludzie odebrali nam kraj, który kochaliśmy, i teraz chcemy jedynie wędrować po prerii aż do chwili, kiedy umrzemy".
W ciągu kilku lat od podpisania traktatu amerykańscy myśliwi najechali na przydzielone Indianom ziemie. Zabijali bizony milionami, gromadząc olbrzymie zapasy skór i rogów, na których robili później dochodowe interesy na wschodzie. Tylko w latach 1872-1873, kiedy według szacunków jednego z agentów rządowych zabito dwadzieścia pięć milionów bizonów, z Dodge City w Kansas wysłano ponad trzy tysiące ton bizonich języków. Kości, bielejących na słońcu w wielkich hałdach na stacjach kolejowych, używano do produkcji nawozu i sprzedawano po dziesięć dolarów za tonę. Pośród tych miłośników zabijania znajdował się profesjonalny łowca bizonów Tom Nixon, który chwalił się, że pewnego razu w czterdzieści minut zastrzelił sto dwadzieścia zwierząt.
Teksańczycy wprost ignorowali traktat z Medicine Lodge, twierdząc, że teksańska ziemia należy wyłącznie do Teksańczyków, począwszy od czasów Republiki Teksasu, i nie można jej oferować jako części amerykańskiej własności publicznej. Wraz z kurczeniem się stad bizonów Indianie zaczęli polować na należące do Amerykanów bydło. Dowodzeni przez Quanaha Parkera i innych wodzów Komancze napadli również na faktorię handlową Adobe Walls, na północ od Canadian River. Parker odznaczał się charyzmą i królewską prezencją, do tego miał delikatne rysy twarzy, które nadawały mu niemal kobiecy wygląd. Jego imię oznaczało "słodki zapach" i najprawdopodobniej zostało mu nadane przez matkę, Cynthię Parker, Teksankę, która w wieku dziewięciu lat została porwana, a potem wychowana przez Komanczów. Następnie wyszła ona za mąż za członka plemienia i urodziła trójkę dzieci, w tym Quanaha. Po tym, jak Cynthia przeżyła dwadzieścia cztery lata jako Indianka, teksańscy rangerzy uprowadzili ją z powrotem i zabili jej męża, wodza Petę Nocona. Kobieta błagała, by pozwolili jej wrócić do Indian, ale rangerzy byli nieubłagani.
Wojna nad Rzeką Czerwoną w latach 1874-1875 doprowadziła do rozbicia Komanczów. Podczas bitwy w kanionie Palo Duro sześć kolumn amerykańskiego wojska napadło z zaskoczenia na indiańskie obozowisko. Komancze uciekli. Żołnierze zarżnęli tysiąc czterdzieści osiem koni, pozostawiając "władców równin" bez wierzchowców już do końca trwania wojny. Poruszający się na piechotę i przymierający głodem Komancze nie stanowili już żadnego zagrożenia dla generała Philipa Sheridana i jego broni maszynowej. Komancze zostali ostatecznie umieszczeni w różnych obozach na Terytorium Indiańskim Oklahomy, a niektórych ich wodzów uwięziono na Florydzie. W późniejszym okresie Quanah poślubił siedem kobiet i wybudował duży dom. Stworzył również religię polegającą na poszukiwaniu wizji pod wpływem takich środków halucynogennych jak pejotl i meskalina, a praktyki te Sąd Najwyższy uznał ostatecznie za podlegającą ochronie prawnej formę kultu religijnego. Ostatnie bizony zginęły kilka lat po tym, jak naród Komanczów został rozgromiony i wyparty z Llano Estacado. Zaledwie kilka lat wcześniej spotykano tu stada bizonów, które zajmowały obszar o powierzchni stu trzydziestu kilometrów kwadratowych. Bizony stanowiły podstawę wyżywienia Indian, dlatego też resztki wielkiego południowego stada zostały co do sztuki przepędzone z tych terenów, aby żaden Indianin nigdy więcej nie zapuścił się w rejon Texas Panhandle.
"Dla zapewnienia trwałego pokoju - oznajmił generał Sheridan teksańskiemu Zgromadzeniu Ustawodawczemu w 1875 roku - [Amerykanie powinni] zabijać bizony, obdzierać je ze skóry i sprzedawać, aż zostaną one całkiem wytrzebione. Wówczas waszą prerię będzie mogło zapełnić łaciate bydło, a wraz z nim pojawią się radośni kowboje [...] stanowiący zapowiedź rozwiniętej cywilizacji".
Zwierzęta zostawiły po sobie wyschnięte na słońcu kupki odchodów, których osadnicy używali do ogrzewania swoich ziemianek i chat, ale w końcu nawóz się skończył.
Pozbawiona bizonów i Indian preria stała się opustoszałym miejscem; wyeliminowanie rdzennych mieszkańców tych terenów zajęło zaledwie dziesięć lat. Po odniesionym zwycięstwie amerykański rząd nie bardzo wiedział, co ma zrobić ze zdobytą ziemią.
"Wysokie Równiny są najbardziej urzekającym niezamieszkanym obszarem Stanów Zjednoczonych i takim pozostaną, dopóki nie uda się opracować najlepszych możliwych sposobów ich wykorzystania" - napisano na początku XX wieku w raporcie United States Geological Survey (Amerykańskiej Agencji Badań Geologicznych).
Po przekroczeniu granicy z Teksasem rodzina White'ów wjechała na teren rancza XIT[5] - lub raczej tego, co z niego zostało. W zasadzie przez całe swoje życie Bam White słuchał opowieści o teksańskim edenie, legendarnej krainie porośniętej sięgającą do pasa trawą preriową bluestem, a także krótką, mocną trawą bizonią czy bogatą w składniki odżywcze buteluą. Miejsce to de Coronado określił jako "trawiasty bezkres". Od horyzontu po horyzont był to istny raj dla bizonów i spełnienie marzeń każdego hodowcy bydła. XIT stanowiło część cudownego daru Nowego Świata: trawiastych obszarów pokrywających dwadzieścia jeden procent Stanów Zjednoczonych i Kanady, które tworzyły największy pojedynczy ekosystem na kontynencie amerykańskim obok tajgi na północy. W samym tylko Teksasie obszary trawiaste obejmowały dwie trzecie stanu, przy czym występowało tam ponad czterysta siedemdziesiąt rodzimych gatunków traw. Zasadniczo cały region Panhandle, czyli prawie dwadzieścia milionów akrów, porastała trawa. Wiosną ten zielony kobierzec dodatkowo zakwitał, a gdy zaczynał wiać wiatr, przypominało to pieśń ziemi. Dla człowieka pokroju Bama White'a, który uwielbiał bezkresne widoki, możliwość ujrzenia choć fragmentu tej krainy w 1926 roku stanowiłaby prawdziwą rozkosz.
Tuż przed zmrokiem temperatura się podniosła, a na wschodzie zaczęły się kłębić chmury burzowe. Była zbyt wczesna pora roku, żeby posypały się z nich błyskawice i grad, ale ludzie dość już widzieli, aby przedsięwziąć środki ostrożności, gdy na niebie pojawiają się niepokojące znaki. Bam martwił się o konie. Wyglądały na zmęczone drogą i patrzyły na niego osowiałym wzrokiem. Jak większość kowbojów z Wysokich Równin wolał konie o ciemniejszym umaszczeniu, czekoladowe lub ciemnobrązowe, wierzono bowiem, że te rzadziej przyciągają pioruny. Jeden z jego koni miał jaśniejszy kolor. Choć nie był beżowy, to na tyle jasny, żeby ściągnąć na siebie błyskawicę. Bam nigdy nie widział, żeby koń o jasnej maści stanął w płomieniach od uderzenia pioruna, ale słyszało się rozmaite historie. Przyjaciel opowiadał mu, że widział, jak krowa padła martwa rażona gromem z nieba. Bam rozejrzał się wokół: nigdzie nie było występów skalnych ani żadnych arroyos, czyli łożysk niewielkich strumieni, jakie napotykali bardziej na północ. Ale co tam, do cholery: co zwykli dawniej robić kowboje z XIT? Skoro ci chłopcy potrafili sobie poradzić podczas szalejącej burzy bez schronienia, Bama White'a stać było na to samo.
Każdy w Teksasie miał swoją historię związaną z XIT. Było to ranczo, dzięki któremu wzniesiono budynek teksańskiego Kapitolu, najbardziej imponującej siedziby władz stanowych w całym kraju. Piętnaście lat po zakończeniu wojny secesyjnej Teksas zapragnął mieć największy gmach administracji państwowej w Stanach Zjednoczonych, pałac z pierwszorzędnego czerwonego granitu. Aby sfinansować to przedsięwzięcie, władze stanu zaproponowały trzy miliony akrów ziemi w odległym zakątku Panhandle każdemu, kto podejmie się budowy. Po rozgromieniu plemion indiańskich Charles Goodnight przeprowadził z Kolorado do kanionu Palo Duro stado liczące tysiąc sześćset sztuk bydła. Trawa była wówczas za darmo i przyciągała wielu prowadzących koczowniczy tryb życia poganiaczy bydła oraz spekulantów. W 1882 roku firma z Chicago utworzyła konsorcjum o nazwie Capitol Syndicate i ta grupa inwestorów przejęła prawo własności do trzech milionów akrów ziemi w zamian za wybudowanie Kapitolu. Budynek miał kosztować około 3,7 miliona dolarów, co znaczyło, że ziemię sprzedano za dolara i dwadzieścia trzy centy za akr. Konsorcjum wciągnęło do transakcji dużych brytyjskich inwestorów, między innymi hrabiego Aberdeen i kilku członków parlamentu. W tym czasie hodowla bydła na Wielkich Równinach była już częstym tematem rozmów na torysowskich przyjęciach. A książki takie jak The Beef Bonanza or How to Get Rich on the Plains [Wołowa bonanza, czyli jak się wzbogacić na amerykańskich równinach] wyjaśniały, jak w ciągu pięciu lat podwoić zainwestowany kapitał.
Ziemia oddana pod ranczo ziała pustką. Nie było tam ludzi. Ani bizonów. Żadnych dróg. Ani farm. Tylko trawa - trzy miliony akrów trawy.
"Zdrowy klimat, jaki panował tam pod koniec lat osiemdziesiątych, sprawiał, że kraina ta zdawała się rajem" - napisał jeden z pierwszych ranczerów Wesley L. Hockett.
O zmierzchu, kiedy nad oceanem trawy niebo płonęło na różowo, było tak pięknie, że nawet kowbojom łzy napływały do oczu. Większa część rancza XIT leżała w sercu Llano Estacado, którędy wiodły trasy wędrówek Komanczów. I podobnie jak Komancze, kowboje opracowali własny język migowy do porozumiewania się na odległość. Konsorcjum zapełniło trawiaste obszary rancza bydłem, zbudowało wiatraki, które pompowały wodę dla zwierząt, i ogrodziło płotem cały jego teren. Drut kolczasty opatentowano w 1874 roku, a już na początku lat osiemdziesiątych ranczerzy ciągnęli go wzdłuż równin, zamykając dostęp do darmowej dotychczas trawy. W 1887 roku na ranczu XIT pasło się sto pięćdziesiąt tysięcy sztuk bydła ogrodzonego 1250 kilometrami płotów. Wkrótce XIT stało się największym na świecie ogrodzonym ranczem.
XIT władało całym Panhandle. Nie chodziło tylko o ilość posiadanej ziemi, ale także o stanowienie prawa. Właściciele rancza sformowali oddziały straży obywatelskiej z zadaniem ścigania ludzi, którzy weszli na jego teren bądź dopuścili się kradzieży bydła. Do tego w okolicy rozkładano truciznę, aby zabić wilki i inne zwierzęta mające chętkę na cielęta z XIT. Kiedy do rancza doprowadzono łącznice kolejowe, w miastach zaczęły powstawać punkty załadunkowe bydła, które przyciągały handlarzy, pastorów i wszelkiej maści hochsztaplerów. Kowbojom dobrze się wtedy wiodło, zarabiali około trzydziestu dolarów miesięcznie, naprawiali ogrodzenia, przeganiali stada, a o zachodzie słońca zjadali suty posiłek. Czarni kowboje oraz Meksykanie mieli zdecydowanie gorzej. Mężczyzna, którego wszyscy nazywali Czarnuch Jim Perry, był jedynym czarnoskórym poganiaczem bydła w całym XIT.
"Gdyby nie ta moja czarna gęba, byłbym już pewnie brygadzistą" - mawiał Perry.
Na terenie rancza obowiązywał zakaz uprawiania hazardu, picia alkoholu i strzelania bez pozwolenia. Poza jego granicami powstawały małe miasteczka wzdłuż linii kolejowej, każde zaś rządziło się swoimi prawami. Jednym z nich było Dalhart, założone w 1901 roku na przecięciu dwóch linii kolejowych: jednej zmierzającej na północ do Denver, drugiej zaś prowadzącej na wschód do Liberal w Kansas. W Dalhart kowboj pracujący w XIT mógł się napić czegoś mocniejszego, roztrwonić miesięczną pensję podczas gry w karty, a do tego poużywać sobie w chacie zwanej po prostu Burdelem.
Ale nawet pomimo najlepszej trawy na świecie, trzystu dwudziestu pięciu wiatraków pompujących wodę z rozległych podziemnych warstw wodonośnych i wyeliminowania drapieżników, pomimo kilku tysięcy mil drutu kolczastego i bezwzględnego traktowania złodziei bydła największe ranczo w Teksasie niekoniecznie przynosiło zyski. Na nieogrodzonych pastwiskach w sąsiednich stanach pasło się zbyt wiele bydła, co powodowało drastyczny spadek cen. W ciągu roku występowało tam siedem różnych stanów atmosferycznych, z czego sześć stanowiło zagrożenie dla życia. Ranczo XIT nawiedzały susze, śnieżyce, pożary traw, burze gradowe, gwałtowne powodzie i tornada. Po kilku pomyślnych latach z dobrymi cenami bydła nadszedł straszliwy okres z dużą śmiertelnością wśród zwierząt, które padały z powodu suszy lub zimowych mrozów, a udziałowcy zaczęli się zastanawiać, na co im w ogóle ten zapomniany przez Boga kawałek ziemi. Bizony mają słaby wzrok i żyją w zamkniętych stadach, ale ich organizmy są zarazem najlepszymi termoregulatorami na Wielkich Równinach: potrafią wytrzymać temperatury dochodzące latem do czterdziestu trzech stopni Celsjusza, a zimą spadające do trzydziestu pięciu stopni poniżej zera. Natomiast bydło jest delikatne. Zima z przełomu 1885 i 1886 roku wybiła niemal całe stada krów na Równinach Południowych, a srogie mrozy, jakie nadeszły kolejnej zimy, przyniosły podobne straty na północy Wielkich Równin. Kowboje opowiadali, że zaspy śnieżne, jakie powstały wzdłuż ogrodzenia na północ od Canadian River, były tak wysokie, iż mogliby po nich przejść ponad sześćset kilometrów aż do Nowego Meksyku i ani razu nawet nie nadepnęliby martwego zwierzęcia.
Kiedy brytyjscy inwestorzy zaczęli się domagać większych zysków z tego zapadłego i praktycznie niezamieszkanego zakątka Teksasu, konsorcjum zajęło się handlem nieruchomościami. Problem polegał na tym, jak sprzedać ziemię, na której dobrze czuły się tylko bizony. Niektóre części rancza XIT były bardzo malownicze: położone nad źródłami niewielkie pastwiska, skały z czerwonego piaskowca i małe kaniony urozmaicały płaski jak stół krajobraz Wielkich Równin. Okolica ta miała też do zaoferowania trochę drewna, ale nie dość, żeby wykorzystać je na opał lub materiały budowlane. Opady były zbyt skąpe, żeby myśleć o tradycyjnych uprawach. Zresztą nawet to, co spadło na ziemię, błyskawicznie wyparowywało. W rejonie Panhandle trzeba było pięciuset sześćdziesięciu milimetrów deszczu, żeby nawodnić glebę w takim samym stopniu, do jakiego w dolinie górnego biegu Missisipi wystarczyło trzysta osiemdziesiąt milimetrów deszczu. Rośliny, które się tu przyjęły, jak jadłoszyn, zapuszczały korzenie nawet na głębokość pięćdziesięciu metrów.
Poza tym istniał jeszcze problem związany z wizerunkiem.
Wielka Amerykańska Pustynia. Jako pierwszy tego określenia użył Stephen Long, próbując w trakcie ekspedycji w 1820 roku znaleźć coś cennego na tym pozbawionym drzew pustkowiu. Później zaś trafiło ono na mapy, którymi kierowali się pionierzy zdążający w swych wozach na Zachód. Nazwa ta obowiązywała w kartografii aż do zakończenia wojny secesyjnej, kiedy to Wielka Amerykańska Pustynia stała się Wielkimi Równinami. Zebulon Pike, badający w 1806 roku z polecenia Thomasa Jeffersona południową część kupionej od Francuzów Luizjany, porównał w sprawozdaniu te tereny do afrykańskiej Sahary. Prezydent Jefferson był zdruzgotany. Obawiał się, że minie sto pokoleń, nim uda się zasiedlić tę białą plamę na mapie. Było to ogromne puste morze trawy, opisywane niezmiennie przez podróżujących przez nie Amerykanów jako pozbawione jakichkolwiek punktów orientacyjnych i napełniające trwogą.
"Głuche, wymarłe, niezamieszkane pustkowie" - napisał Robert Marcy po zbadaniu górnego biegu Rzeki Czerwonej. Marcy miał taką samą opinię na temat regionu co Long, ważny amerykański badacz i odkrywca, który podążył śladami Pike'a. Po przeprowadzeniu rozległych badań terenu Long napisał w 1820 roku słowa, które wciąż zdają się brzmieć nadzwyczaj proroczo:
"Jeśli chodzi o ten ogromny obszar naszego kraju, nie waham się orzec, że niemal w całości nie nadaje się on do zamieszkania przez ludzi utrzymujących się z rolnictwa".
Odpowiedzią Capitol Syndicate na ten problem były agresywne działania sprzedażowe. Dlaczegóż to pustkowie, jeśli tylko odpowiednio je przeorać, nie miałoby się stać drugą Anglią albo drugim Missouri? W Europie, na południu Ameryki i w większości portów Stanów Zjednoczonych rozprowadzono broszury reklamowe: "Na sprzedaż pięćset tysięcy akrów ziemi pod budowę farm". Do tego cena była niska, wynosiła tylko trzynaście dolarów za akr. Dwa razy w miesiącu przedstawiciele konsorcjum organizowali dla pięciuset osób podróż pociągiem z Kansas City, aby na własne oczy mogli ujrzeć teksańskie Panhandle. Przejazd odbywał się za darmo.
Spekulanci, którzy kupili ziemię od konsorcjum, także próbowali na niej zarobić. "Żyzna gleba, pomyślna pogoda, wszędzie postęp. Oto narodziny nowego Imperium!" - brzmiał slogan W. P. Soasha, handlarza nieruchomości z Iowa, który kupił duże tereny rancza XIT, by następnie je odsprzedawać. "Kup farmę w Teksasie, dopóki ziemia jest tania - tu każdy jest wielkim gospodarzem!"
Aby dowieść rolniczego potencjału Llano Estacado, konsorcjum zakładało farmy eksperymentalne, demonstrując imigrantom, jak czerpać korzyści z teksańskich równin. W tej kwestii współpracowali z przedstawicielami Departamentu Rolnictwa. Wprawdzie spadało tu w ciągu roku mniej niż pięćset milimetrów deszczu, a to był minimalny próg dla upraw bez irygacji, ale dzięki cudownym metodom uprawiania roślin bez nawadniania można było zamienić tę ziemię w złoto. Wystarczy postawić wiatrak i już spod ziemi płynie woda dla świń, kurczaków i roślin w ogródku. A ozima pszenica nie wymaga nawet nawadniania. Należy ją tylko posiać jesienią, kiedy niewielka wilgoć pomoże wypuścić pędy, następnie pozwolić jej przezimować do wiosennych deszczy, które sprawią, że zboże wystrzeli w górę. Plon zebrać latem. Każdy głupek potrafiłby to zrobić, przekonywali rządowi agenci. Jeśli chodzi o zaoraną ziemię, farmerom doradzano stosowanie ściółki torfowej: to powstrzyma erozję gleby i zmniejszy tempo parowania. Tak przynajmniej nauczał Hardy Campbell, apostoł upraw bez nawadniania z Lincoln w stanie Nebraska, a rząd udzielił poparcia jego filozofii poprzez działalność swego urzędu rolniczego na terenie Panhandle. Żaden osadnik nie obywał się bez Campbell's Soil Culture Manual [Podręcznika uprawy ziemi Campbella], wypełnionego kazaniami poradnika, który każdemu czytelnikowi gwarantował dobrobyt. Co więcej, sam akt orania ziemi wywoływał anomalie atmosferyczne, które sprowadzały dodatkowy deszcz. Deszcz padał za sprawą orki? Dokładnie tak! Koleje z Santa Fe wydrukowały nawet oficjalnie wyglądającą mapę, która pokazywała, jak strefa opadów - przynajmniej pięćset milimetrów lub więcej - przesuwała się o około trzydzieści kilometrów w ciągu roku, obejmując swym zasięgiem nowe, leżące wzdłuż linii kolejowej miasta. Z naukową pewnością twierdzono, że deszcz powoduje też unosząca się z kominów lokomotyw para.
Doświadczeni robotnicy z rancza XIT krzywili się, słysząc takie teorie: pokazowe farmy to zwykły przekręt, twierdzili kowboje. Każdego, kto zechciał ich wysłuchać, ostrzegali, że ziemia w Panhandle nie nadaje się do uprawy. Ściółka torfowa? Jak niby miałaby utrzymać wilgoć w glebie przy wietrze wiejącym ze stałą prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę? Teren był wysoko położony, z niskimi temperaturami, niewielką ilością cieków wodnych i na całej swej powierzchni praktycznie pozbawiony drzew. Jeśli chodzi o poziom opadów, wynosił on dla jednego hrabstwa średnio czterysta milimetrów w ciągu roku, za mało według wszelkich tradycyjnych norm, żeby zadbać o nawodnienie upraw. Dalhart leżało na wysokości tysiąca czterystu metrów nad poziomem morza. Z Kanady i Gór Skalistych nadciągał tam zimny front atmosferyczny zwany blue norther i przenikał wszystkich chłodem do szpiku kości. Ziemia w Panhandle nadawała się tylko do jednego: do tego, żeby rosła na niej trawa - trawa dana przez Boga, indiański kobierzec obfitości. Na większej części obszaru brakowało jednak trawy bizoniej, która nawet w najsuchszych, najbardziej wietrznych latach utrzymywała glebę w miejscu. Ten gatunek trawy żywił południową część wielkiego amerykańskiego stada bizonów, które w pewnym momencie liczyło nawet trzydzieści milionów zwierząt.
Najlepsze w tej ziemi jest to, co na wierzchu, powtarzali kowboje - dlatego, na miłość boską, nie próbujcie jej orać. Osadnicy i kowboje nienawidzili się nawzajem; każda ze stron sądziła, że ci drudzy próbują wyprzeć ją z tych terenów. Rolnicy byli wyśmiewani jako noszący czepki pielgrzymi, chłopi od pługów, naiwniacy, prostaczki, buraki i fanatycy religijni. Kowboje z kolei byli jeżdżącymi na koniach hulakami i rozpustnikami, zawsze pijanymi i spragnionymi kobiet. Poganiacze bydła w jednym przynajmniej byli konsekwentni. Niczym mantrę powtarzali osadnikom powiedzenie na temat Wielkich Równin, jakie przekazywali sobie pracownicy XIT: "Wiele mil do wody, wiele mil do lasu, a tylko sześć cali do piekła".
Konsorcjum musiało zadowolić posiadaczy obligacji z Londynu. W 1912 roku z terenu XIT usunięto ostatnie sztuki bydła, a ziemia, którą wykorzystano do tego, żeby wznieść gmach teksańskiego Kapitolu, przestała być działającym ranczem. Cztery lata później Charlie Goodnight urządził na swoim ranczu w kanionie Palo Duro - jak sam to nazwał - "ostatnie polowanie na bizony". Ponad dziesięć tysięcy osób zjawiło się, żeby popatrzeć, jak stary kowboj daje dość żenujący spektakl, uganiając się za specjalnie w tym celu sprowadzonym bizonem. Kiedy w 1926 roku Bam White wraz z rodziną przekroczył granicę Teksasu, z trzech milionów akrów, jakie pierwotnie liczyło ranczo XIT, już tylko czterysta pięćdziesiąt tysięcy pozostało nietknięte przez lemiesze pługa.
Rodzina White'ów spędziła kolejną noc na północy hrabstwa Dallam, dzień drogi od Dalhart. Chmury burzowe ominęły ich, przesuwając się dalej na wschód. Bam White podniósł się w zimowej ciemności i ponownie poszedł porozmawiać ze swoimi końmi.
"Jesteśmy już w Teksasie i idziemy dalej, krok po kroku. Wydostałyście nas z Kolorado. Wydostałyście z Oklahomy. Przeprowadźcie nas jeszcze przez Teksas do Littlefield, tam będzie nasz nowy dom".
Przemierzali teraz najwyżej położone obszary Wielkich Równin, gdzie wiatr bezwzględnie rozprawiał się ze wszystkim, co odważyło się wystawić głowę ponad ziemię. Było tu jeszcze bardziej płasko niż w Oklahomie. Lizzie White znów zaczęła się zastanawiać, dlaczego ktokolwiek - biały, brązowy czy czerwony - chciałby z własnej woli zamieszkać w tym najzimniejszym zakątku Teksasu. Nawet błyszczący na niebie lodowatym blaskiem księżyc wydawał się bardziej gościnnym miejscem niż ta stwardniała ziemia. Jak mawiano na ranczu XIT, Wysokie Równiny od bieguna północnego oddziela jedynie drut kolczasty.
Do Dalhart White'owie przybyli 26 lutego 1926 roku. Bam znalazł miejsce na skraju miasta, żeby rozbić obóz, i znowu zaczął się martwić. Littlefield leżało dwieście osiemdziesiąt trzy kilometry na południe. Tymczasem zostały im jedynie resztki suchego prowiantu i nie znali tu nikogo. Nie po raz pierwszy rodzina z dużą domieszką krwi indiańskiej wracała na stare, gwarantowane traktatem ziemie. Wracający w te strony Komancze, Kiowa i Apacze żyli jednak w cieniu białych, ubierali się jak biali i nosili imiona w rodzaju "Indianiec Joe" albo "Indianiec Gary". Dopóki jednak się nie wychylali, nikt nie zwracał na nich uwagi. Indianie nie byli jeszcze obywatelami. Mogli zostać siłą umieszczeni w rezerwacie. Wszelkie ślady ich dawnej bytności zniknęły, usunięto je z myślą o nowym jutrze. Dalhart nie miało przed ranczem XIT żadnej historii; to, co wydarzyło się przedtem, uważano za pozbawione większego znaczenia.
"Północna część Panhandle została zasiedlona przez grupę znamienitych pionierów, tutejsi obywatele mogą się poszczycić najlepszym anglosaskim pochodzeniem" - deklarowano na łamach "Dalhart Texan" niedługo po tym, jak do miasta przyjechali White'owie.
Każdy obywatel tego nowo powstałego miasta był jednak na swój sposób uchodźcą. Bam poszedł się rozejrzeć. Gwizdy pociągów rozlegały się w regularnych odstępach. Koleje wciąż oferowały okazyjne ceny biletów, żeby ściągnąć na prerię nowych osadników, choć najlepsze tereny zostały już zajęte. Miasto wyglądało jak kostka do gry na wielkim stole z brązowego filcu, a domy o odsłoniętym drewnianym żebrowaniu były tak kruche i nietrwałe jak marzenia ich mieszkańców. Pierwsi obywatele Dalhart zasadzili akacje, ale większość drzew nie przetrwała ostrych wiatrów, suszy i mrozów. Wiąz drobnolistny radził sobie nieco lepiej. Miasto zostało założone przez pracowników kolei i nigdy nie było uzależnione od rancza XIT. Podobnie jak całe Panhandle, właśnie teraz, w trzech pierwszych dekadach XX wieku, przeżywało najazd nowych osadników. Podczas gdy północna część Wielkich Równin traciła ludzi zniechęconych długimi zimami oraz wyniszczającym przeplataniem się okresów suszy i mrozów, Równiny Południowe znajdowały się w fazie gwałtownego rozwoju cywilizacyjnego. Z ziemi tryskała ropa, a wieści o nafciarzach, którzy łatwo i szybko dorabiali się na nowych odwiertach, rozchodziły się lotem błyskawicy. Nowiny te przyciągały następnych poszukiwaczy ropy naftowej, którzy wraz z farmerami i spekulantami zbożem niszczyli kolejne trawiaste obszary. Między 1910 a 1930 rokiem w rejonie Panhandle powstało blisko trzydzieści nowych miast.
Na terenie Teksasu w większości poważnie podchodzono do prohibicji. Ale nie w Dalhart. Tutaj poważnie traktowano whisky, po części dlatego, że najlepsza zbożowa whisky w Ameryce pochodziła właśnie z Wielkich Równin. Na północy, w hrabstwie Cimarron w Oklahomie i w hrabstwie Baca w Kolorado, farmerzy uprawiali proso, z którego wiechci robiono miotły, ale pojawienie się odkurzaczy sprawiło, że w ciągu zaledwie kilku lat zapotrzebowanie na miotły spadło. Prohibicja ocaliła farmerów, dzięki niej bowiem alkohol uzyskiwany z ziarna stał się o wiele cenniejszy od używanych do zamiatania uschniętych łodyg. Jedna tylko destylarnia, jaka znajdowała się niedaleko gospodarstwa Osteenów w hrabstwie Baca, potrafiła wyprodukować dziennie beczkę zbożowej whisky, i to każdego dnia niemal przez cały czas trwania prohibicji. Niektórzy farmerzy zarabiali w ten sposób po pięćset dolarów tygodniowo. W szczytowym okresie zaledwie pięć hrabstw z obejmującego trzy stany regionu Wielkich Równin wysyłało do różnych odległych miast Ameryki blisko sto dziewięćdziesiąt tysięcy litrów whisky tygodniowo.
"To okres gwałtownego rozwoju - pisał w dzienniku biznesmen z Dalhart Jim Pigman - oraz lejącej się strumieniami kiepskiej gorzały".
Zaledwie kilka kroków od budynku nastawni kolejowej Bam White napotkał ciekawy widok: jednopiętrowe sanatorium. Był to jedyny szpital w promieniu setek kilometrów. Na bocznej ścianie sanatorium wisiała reklama: wielki czerwono-biały prychający byk, który zachęcał do palenia tytoniu Bull Durham. Wewnątrz budynku znajdowała się sala wystawowa pełna słojów z płodami, wyciętymi guzami, powiększoną wątrobą, wolami i sercem. Wątroba należała do właściciela saloonu z czasów sprzed prohibicji. Miała szarawozielony kolor i była ogromna, służyła jako pomoc naukowa: dowód na to, co może się stać z kimś, kto wleje w siebie za dużo whisky. Sanatorium kierował stale plujący tytoniem czarnobrody południowiec, doktor George Waller Dawson. Doc, jak go nazywano, zawsze nosił czarny stetson, choć podobno zdejmował go podczas przeprowadzania operacji, a ze względu na zwyczaj żucia tytoniu zawsze miał na podorędziu mosiężną spluwaczkę. Tytoń żuł zarówno przy odbieraniu porodu, jak i operacji płuc, nie robiło mu to różnicy. Jego żona Willie Catherine była najlepiej prezentującą się kobietą w całym Panhandle. Zresztą nie była to tylko opinia "Doca" Dawsona: w 1923 roku została uznana za najpiękniejszą kobietę podczas obchodów Dnia Niepodległości w Panhandle i w nagrodę otrzymała diamentowy pierścień.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.