KONTYNENT EUROPA
Wkrótce po podpisaniu umów w Helsinkach, przebywający wówczas od kilku lat w Norwegii Andrzej Jachowicz, emigrant zaangażowany w działalność na rzecz rodzącej się opozycji demokratycznej w Polsce, a potem "Solidarności", zanotował:
"Przeciętni Norwegowie nie rozumieją tego, co się dzieje w PRL. Ponieważ nie są oni zwolennikami łamigłówek, nie interesują się sprawami polskimi, co stanowi przyczynę posuchy tematyki polskiej w prasie norweskiej".
Dalej odnotowywał: "Następne miesiące były typowe pod tym względem. Na łamach prasy stołecznej znalazły się nazwiska: polskiej modelki z Londynu (...), Jeremiego Wasiutyńskiego (...), Niemna (lub Niemena), z okazji planowanego przyjazdu, członków zespołu jazzowego oraz niejakiego "przyjaciela norweskiego" o nazwisku Józef Wiejacz, w którym miejscowa gazeta odkryła następcę Winiewicza. Jakoby ów "przyjaciel norweski" (spytałem około pięćdziesięciu Norwegów, ale żaden o nim nie słyszał, nie mówiąc o tym, aby go uważał za przyjaciela) odegrał główną rolę w ostatniej fazie przygotowań delegacji PRL do Konferencji w Helsinkach. Ponadto gazeta szczegółowo podaje: na co Wiejacz zwraca uwagę, co podkreśla i na co zwraca specjalną uwagę.
Od czasu do czasu w prasie norweskiej można znaleźć efekty wojaży do PRL. Dużo miejsca zajął np. reportaż o budownictwie okrętowym w PRL i jego powiązaniach z przemysłem norweskim. Ciekawym ze względu na obiektywizm był reportaż o życiu stolicy, w którym autorzy wyrażają m.in. przypuszczenie, że Sowieci wystawili tzw. Pałac Kultury na cześć zniszczenia polskiej stolicy i udziału w wymordowaniu jej mieszkańców.
Norwegowie niechętnie krytykują sprzymierzonych z Sowietami. Widocznie jednak, jeśli ich zdaniem miarka się przebierze, można znaleźć wiadomości nawet kompromitujące reżym PRL. Przykładem takiej "norweskiej odwagi" były liczne artykuły o tym, jak PRL-owscy "rozjemcy" w Wietnamie sprzeniewierzali dolary wynajmując luksusową willę za 30 tysięcy (zamiast mieszkać w przeznaczonej dla nich za symboliczną opłatą - 120$), szyjąc uniformy a 1000$ (słownie: jeden tysiąc USD), wydając setki dolarów na rozrywki itp. (...) Komentując te fakty dosyć obszernie, gazety norweskie wyraziły przypuszczenie, że delegacja PRL dokonała jeszcze większych sprzeniewierzeń, których jednak nie da się ująć taką czy inną sumą dolarów.
"Skoro polscy komuniści potrafili strzelać do swoich robotników, to czy można dziwić się widząc brak humanitaryzmu i uczciwości u wysłańców Gierka?" - konkludował jeden ze sprawozdawców".
To zapis człowieka przeżywającego mocno brak zainteresowania jego krajem. Oczywiście ogórkowy obraz Polski w prasie norweskiej, zanotowany przez Jachowicza, to także efekt prawdziwej bądź wyobrażonej odległości między Polską i Norwegią. Ale ta odległość byłaby z pewnością mniejsza, gdyby więcej osób zajmujących się problematyką wschodnią potrafiło przekroczyć bariery stawiane przez nawyki intelektualne, obyczajowe czy nawet wygodę ułatwionych kontaktów, obracania się w towarzystwie elit, tak jak je sobie wtedy część z nich wyobrażała.
Pierwszymi, którzy przed Sierpniem 80 trafili w większej grupie do Norwegii i doświadczyli zarówno wielkiej sympatii i pomocy, jak i spotkali się z jeszcze większym niezrozumieniem, byli Czesi i Słowacy, wtedy zwani Czechosłowakami, lub częściej w uproszczeniu Czechami, którzy dominowali zarówno w Czechosłowacji (Aleksander Dubček był jednak Słowakiem), jak i na emigracji. Jednym z tych, którzy przyjechali wtedy do Norwegii, był czeski pisarz, sygnatariusz Karty 77, Michael Konoupek, późniejszy działacz SNP i współredaktor jej pisma "Solidaritet".
Przyjechał w trzeciej fali emigracyjnej z Czechosłowacji w latach 70. ubiegłego wieku. Przyjechało wtedy sporo wybitnych osobistości, które często zaznaczyły się mocno w społeczeństwie norweskim. M.in. Konoupek oraz inny sygnatariusz Karty 77 i współpracownik wydawanego przez Solidaritet Norge-Polen pisma "Solidaritet" Radek Doupovec, sygnatariusz Karty 77 Jan Hajek, pisarz słowacki Ivan Čičmanec, malarz i współpracownik SNP Jan Kristofori i wielu innych.
- W końcu lat siedemdziesiątych zorganizowaliśmy z Doupovcem Fundusz Wspierania Karty 77. Ta organizacja powstała głównie dzięki poparciu prof. Thorolfa Rafto z Bergen, szczególnie wspierającego Czechosłowaków. To był entuzjasta popierania Europy Wschodniej, przede wszystkim Czechosłowacji, ale Polską się też zajmował. Wielką rolę odegrał też młody bibliotekarz z Skien, Frode Bakken, potem także działacz SNP, dziś przewodniczący Norweskiego Związku Bibliotekarzy. Do końca lat 80. zebraliśmy około pół miliona koron norweskich, które przekazaliśmy do Czechosłowacji na pomoc prześladowanym. Organizowaliśmy też imprezy kulturalne, wystawy, koncerty. Założyliśmy wydawnictwo, które wydawało zakazane rzeczy, m.in. płyty z piosenkami, i przemycaliśmy to do Czechosłowacji.
Jednak - mówi Konoupek - trudno nam było trafić tu do ludzi, którzy by rozumieli, o czym mówimy. Establishment norweski był zajęty tylko procesem helsińskim, odprężeniem, rakietami i nie interesował się tym, co się działo tam, w tamtych społeczeństwach.
Reakcja Norwegów na inwazję na Czechosłowację w 1968 r. była - mówi Konoupek - spontaniczna i pozytywna. Emigranci otrzymali pomoc, ale - była to sympatia polegająca na pewnym nieporozumieniu. Bo nawet dla tych Norwegów, którzy nam współczuli, wielkim bohaterem był Dubček i jego komunizm reformistyczny. To był dla nich model na przemiany w Europie Wschodniej. Nie to, co interesowało zwykłego Czecha, dla którego Praska Wiosna była otwarciem drogi do wolności, pojawieniem się światła w tunelu.
Konoupek daje przykład dziennikarza Daga Halvorsena, korespondenta norweskiej telewizji, radia i pisma "Arbeiderbladet" na Europę Wschodnią. Jego dziełem były też raporty o Czechosłowacji. Cały czas promował Dubčeka. A kiedy - Konoupek na chwilę przenosi się w czasie o kilkanaście lat, do ostatniej dekady XX w. - w 1989 r. Vaclav Havel został prezydentem Czechosłowacji, napisał, że źle się stało, bo został wybrany w sposób niedemokratyczny. Jego zdaniem Halvorsen był przedstawicielem dominującej w norweskich mediach lewicowej orientacji. Orientacji, która wyobrażała sobie iż w krajach komunistycznych panuje system polityczny zbliżony do tego, jaki sami realizowali w Norwegii. Orientacja ta widziała system komunistyczny jako potrzebujący co najwyżej naprawy, a nie gruntownej zmiany czy odrzucenia.
Nina Witoszek, antropolog, pisarka, laureatka przyznanej w 2005 r. nagrody Fritt Ord mówi o Dagu Halvorsenie:
- Narobił wiele zamieszania, jeśli chodzi o interpretację tego co się działo w Polsce. Jak się nauczyłam trochę norweskiego, zrobiłam montaż jego tekstów z "Arbeiderbladet", pisma Norweskiej Partii Pracy, do którego pisał, i wysłałam do nich, ale nie chcieli mi tego wydrukować. Wysłałam do konserwatywnej "Aftenposten" - też nie. Dopiero w "Morgenbladet" opublikowali. Ta tematyka była opanowana przez takie osoby, które nie miały o niej pojęcia. Tak było i z nim. Po kilka miesięcy siedział w Polsce, było mu dobrze. Polacy mu się podobali, kochał ich, ale nic z tego, co się tam działo, nie rozumiał. A to był człowiek, który wpływał mocno na opinię norweską.
- Dag Halvorsen mówił po polsku i bardzo dobrze znał polskie życie kulturalne, ale nigdy nie zrozumiał nowych trendów i nie miał żadnych kontaktów z prawdziwą opozycją. Nigdy nie interesował się "Solidarnością". Wydaje się uczciwe stwierdzenie, że w pewien sposób trzymał się z boku i był wykorzystywany przez reżim - twierdzi Jahn Otto Johansen.
Z Halvorsenem ciągłe boje toczyć miała Solidaritet Norge-Polen. Polemizowali z nim przewodniczący oddziału SNP w Trondheim Lars Fasting, przewodniczący tej organizacji Ketil Heyerdahl oraz kolejny przewodniczący SNP Bj?rn Cato Funnemark. Toczyli z nim boje dziennikarze różnych norweskich pism i telewizji. Był to też chyba jedyny dziennikarz norweski znany dość szeroko w Polsce, choć w polskim społeczeństwie nie oceniany najlepiej. (Podobnie oceniano, choć wśród korespondentów francuskich był wyjątkiem, Bernarda Margueriitte'a.) Innego zdania były władze PRL, często powołując się na korzystne dla nich opinie Halvorsena, wygłaszane w norweskiej telewizji.
W wydawanymprzez SNP "Biuletynie Informacyjnym" z 25 maja 1982 można było przeczytać krytykę Daga Halvorsena, zatytułowaną ironicznie "Nasz człowiek w Warszawie". Pisano tam, że związał się on z liberalną częścią polskiego aparatu partyjnego, reprezentowaną przez wicepremiera Mieczysława Rakowskiego, a jego monopol na przedstawianie Polski w norweskiej telewizji jest niebezpieczny. "Nie powinno być tak w wolnym kraju, żeby trzeba było przełączyć się na szwedzką telewizję, aby otrzymać obiektywną informację o Polsce".
W jednym z kolejnych numerów (14 z sierpnia 1982) tego samego biuletynu znalazło się wezwanie do norweskiej telewizji, by zastąpić Halvorsena naprawdę obiektywnym dziennikarzem. W numerze z 10 stycznia 1983 roku temat wracał. Przedrukowano tam artykuł Larsa Fastinga, przewodniczącego oddziału SNP w Trondheim, który nazywał go rzecznikiem Jaruzelskiego i polskich władz.
Zarzutem, jaki Bj?rn Cato Funnemark stawia niektórym znaczącym przedstawicielom norweskich mediów, którzy zajmowali się Europą Wschodnią, są zbyt bliskie kontakty z politykami i przedstawicielstwami tych krajów w Norwegii.
- Halvorsen czy Johansen traktowali polityków polskich jako tych, którzy ułatwiali im kontakty oraz funkcjonowanie na tamtym terenie - twierdzi. - Spotykali się z politykami, stając się częścią establishmentu i uzależniając się od nich w ten sposób. Niektórzy szli jeszcze dalej. Pod koniec lat osiemdziesiątych było w Norwegii wiele publikacji na temat kontaktów tych środowisk z KGB. Tylko Komitetu Helsińskiego nie udało im się spenetrować.
Powołuje się także na jednego z dziennikarzy, który wyraził opinię, że socjaldemokratyczni dziennikarze byli często byłymi politykami. Ich obraz świata był taki: główny wróg to USA, a nie ZSRR, bo to kraj socjalistyczny, choć socjalizm został tam wypaczony.
Zwrócił na to uwagę także Jon R?ssum, autor opublikowanej w 1990 r. książki "Rewolucja wschodnioeuropejska", dziennikarz radiowy, którego obserwacje dotyczą głównie drugiej połowy lat 80., kiedy to pracował dla radia norweskiego NRK. - Szybko zrozumiałem - mówi - że nasze dziennikarstwo w małym stopniu przekazuje punkt widzenia dysydentów, opozycjonistów.
Stąd brał się jego pogląd, że "Solidarność" nie została rozbita, a to, co się stało w 1980 r., może się powtórzyć. - Myślę, że byłem wtedy jedynym dziennikarzem norweskim tak myślącym. Pojechałem do Polski podczas wizyty papieża, zobaczyłem, że na spotkanie z nim w Gdańsku przyszło milion ludzi i byłem zdania, że przyszli głównie z przyczyn politycznych. To utwierdziło mnie w moim przekonaniu.
- Ten problem był wszędzie - mówi Konoupek. - I na uniwersytecie i w Norweskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Nawet w 1990 r., gdy upadek ZSRR był oczywisty, na konferencji w Oslo ich badacze mówili, że teraz się wszystko uspokoi, bo trwa proces demokratyzacji w ZSRR. Uczestnik Praskiej Wiosny 1968, Zdenek Młynař, który był na tej konferencji, powiedział: "Tam za chwilę będzie 15 nowych republik! Za chwilę wszystko ruszy". A oni twierdzili, że się wszystko uspokoi.
Wróćmy do kontaktów z komunistami. Ciekawa jest historia, którą na moją prośbę opisała Hege B. Grundekj?n. W 1978 r., w wieku 17 lat, wygrała konkurs piosenki dla gimnazjalistów, zorganizowany przez skandynawskie organizacje powiązane z komunistami. Nagrodą był wyjazd do Moskwy i Leningradu. Pojechała tam w 1979 r. na jedenaście dni, spotykając zarówno komunistycznych aparatczyków, jak i ludzi mających kontakty z rosyjskimi dysydentami. I to jej wystarczyło. "Tak właśnie stałam się idealistyczną antykomunistką!" - napisała. Zaczęła udzielać się w Amnesty International, jeździć do Polski, jako kurierka Andrzeja Jachowicza, wspomagać rosyjskich dysydentów i Bałtów.
Tymczasem wielu dziennikarzy, historyków czy tzw. znawców problematyki komunizmu zachowywało się tak, jakby ten jeden raz nie wystarczał im dla wyrobienia sobie opinii. Choć odpowiedzi na zadawane im pytania dostawali wciąż te same, nadal żywo interesowali się zdaniem tego czy innego towarzysza - i na tej podstawie tworzyli sobie także obraz kraju, ludzi czy granic realizmu, których Polacy i inne buntujące się nacje nie mogły przekroczyć.
Przeglądając prasę i korespondencje polskiego MSZ natknąłem się np. na kuriozalną opinię, w związku z X Zjazdem PZPR z 1986 r., sformułowaną przez jednego z norweskich dziennikarzy w jednej z gazet. Miał on napisać, jak relacjonowała ambasada PRL w Oslo, że "sposób i rzeczowość, z jaką generał Jaruzelski podchodzi do rozwiązywania politycznych trudności nasuwa nieodparcie analogie do linii przyjętej po 1956 r. na Węgrzech przez Janosa Kadara". A myśl ta miała mu się nasunąć po raz pierwszy jesienią 1984 r. jako uczestnikowi spotkania zagranicznych dziennikarzy z gen. Jaruzelskim, zorganizowanego przy okazji "Jabłonnej V". Po cóż innego były spotkania z prasą zagraniczną w pałacyku w Jabłonnej, jak nie po to, by móc przybyłym tam zachodnim dziennikarzom podsunąć tego typu obraz?
Jeszcze dalej w przyjmowaniu mającego się nijak do rzeczywistości obrazu poszedł wówczas redaktor naczelny "Ny Tid" Finn Gustavsen, który według relacji ambasady miał w 5. numerze pisma nie tylko snuć analogie między postawą Jaruzelskiego i Kadara, ale nawet odnotować "zjawisko zaskakujące, które uchodzi uwadze norweskiej prasy - wyniki badań opinii publicznej w Polsce wskazujące, iż Jaruzelski pod względem popularności w społeczeństwie tylko kilka procent ustępuje Glempowi".
Nic dodać, nic ująć, dla kogoś, kto znał sposób przeprowadzania badań opinii publicznej w PRL. Można tu dać przykład wyborów do sejmu z wiosny 1980 r., kiedy to na jedną listę Frontu Jedności Narodu ustaloną przez PZPR zagłosowało 99,52%obywateli PRL, którzy tak kochali tę partię i jej I sekretarza Edwarda Gierka (99,97% głosów), że obalili go parę miesięcy później, podczas strajków sierpniowych, równie masowo występując przeciw dominacji PZPR.
Przeglądając archiwa Departamentu IV MSZ natknąłem się na wiele dokumentów dotyczących spotkań z zachodnimi dziennikarzami, publicystami, szefami ważnych mediów. Po tym, jak skrupulatnie liczyli, ile osób przychodzi do ambasady na takie zaproszenia i jakie stanowiska zajmują, widać także, jak polskim władzom zależało na tego typu kontaktach.
Z tej lektury wynikły niektóre pytania, jakie zadałem znanemu publicyście, autorowi wielu książek na tematy polskie, znaczącej postaci wśród decydentów norweskich mediów, Jahnowi Otto Johansenowi. Wymieniano go wielokrotnie w tej korespondencji i chwalono za przychylną dla polskich władz postawę. Na przykład w depeszy nr 180, z 23 grudnia 1980 r., ambasador Karol Nowakowski pisze do Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Warszawie, że przeprowadził rozmowę z Johansenem i w jej "rezultacie (...) gazeta nie umieszcza już histerycznych informacji o Polsce. Drukuje przyjazne i zrównoważone komentarze J. O. Johansena". W innej depeszy, z 29 października 1980, nazywa go "zaprzyjaźniony z nami", a w raporcie politycznym za rok 1982 ambasador Nowakowski chwali jego postawę jako wyjątkową na tle prasy norweskiej. "Nieliczne były przypadki, aby (jak red. J. O. Johansen z liberalnej "Dagbladet") poddawano krytyce politykę reaganowskich sankcji jako godzących w naród polski, dostrzegano elementy pozytywne w nowym prawie związkowym czy też uznawano potrzebę dążenia do kompromisu i porozumienia, a nie konfrontacji w Polsce".
Zapytałem, na ile te "pochlebne" opinie były uprawnione, a jeśli tak, czym mój adresat kierował się w kontaktach z przedstawicielami władz PRL.
W odpowiedzi otrzymałem zapewnienie Jahna Otto Johansena, że zawsze był przyjacielem Polski i krajów Europy Wschodniej, co potwierdzają jego książki na temat Polski i "Solidarności", udział w fundacji wspierającej czechosłowacką Kartę 77 (był w Czechosłowacji w 1968 r., a potem nie mógł otrzymać wizy do tego kraju) i problemy z władzami i tajnymi służbami Polski i ZSRR. Jego wsparcie dla Węgrów doceniono też w tym kraju; w latach 90. prezydent Węgier wręczył mu w Budapeszcie Węgierską Nagrodę Wolności. Johansen potwierdził przy tym fakt utrzymywania kontaktów z polskimi politykami od czasów ministra spraw zagranicznych Adama Rapackiego (autora planu pokojowego zwanego planem Rapackiego - JS) (lata 60.), które służyć miały sondowaniu możliwości dialogu mniejszych krajów obu bloków i odbywały się w porozumieniu z ministrem spraw zagranicznych Norwegii Halvardem Lange.
Polskim dyplomatą, z którym miał najlepsze stosunki, był Józef Wiejacz, którego nadal ceni i nazywa "polskim patriotą".
"Oczywiście my (ja również) próbowaliśmy kontaktować się z pewnymi dyplomatami z Bloku Wschodniego, z badaczami, komentatorami, politykami itp., szczególnie z Polakami i Węgrami. Robiłem to w bliskiej współpracy z norweskimi władzami. W tamtym czasie było ważne, że ktoś mógł sprawdzić, zbadać prawdziwe poglądy, uczucia ludzi z tzw. Wschodu. Oczywiście, większość polskich dyplomatów to cynicy i oportuniści, ale niektórzy z nich byli bardzo poważni, myślę - bardziej polscy niż socjalistyczni" - napisał były redaktor naczelny "Dagbladet". Pisze też, że znał Rakowskiego, był u niego w domku na Mazurach przed Sierpniem 80 w towarzystwie Halvorsena. Wtedy to Rakowski (dla bezpieczeństwa) zostawić miał dla nich kartkę, w której wyrażał wolę reformy socjalizmu i to mimo doświadczeń 1968 r. "Poczułem pewną sympatię do niego i zawsze uważałem go za ciekawego "Gesprächpartner", ale moje doświadczenia z Pragi tkwiły zbyt silnie w moim umyśle, abym mógł podzielać jego poglądy".
Warta przytoczenia jest też opinia autora książki "Polski dramat" o gen. Wojciechu Jaruzelskim: "Co do Jaruzelskiego, napisałem, że kilku głównych norweskich wojskowych (m.in. były szef obrony i przewodniczący NATO-wskiego komitetu wojskowego gen. Zeiner Gundersen) powiedziało mi, że oni uważali, że Jaruzelski to oficer i polski patriota, który starał się uniknąć ataku Sowietów przez wprowadzenie stanu wojennego. Dziś myślę, że się myliliśmy, ale moje wrażenie oparte na obserwacji Związku Radzieckiego i Rosji (mówię po rosyjsku; nauczyłem się w Językowej Szkole Obrony) było i nadal jest takie, że gdyby Jaruzelski nie zrobił tego, co zrobił, Sowieci najechaliby na Polskę. To oczywiście nie czyni z niego patrioty w naszym i waszym znaczeniu tego słowa".
J. O. Johansen dodaje, że jego poglądy i komentarze były dobrze znane wszystkim, również ludziom "Solidarności" w Norwegii.
Ciekawa jest opinia, jaką miał przed laty na temat szans komunizmu w Polsce. Mówi, że od pierwszych odwiedzin Polski w 1957 r. nie wierzył, że istnieje jakakolwiek szansa na wprowadzenie komunizmu czy też socjalizmu w Polsce, m.in. z powodu braku wiary w komunizm u samych... komunistów. W książkach i komentarzach pisał, że z powodu porażki gospodarczej i wielkiej roli Kościoła Polska nigdy nie będzie komunistyczna ani socjalistyczna. Nigdy nie wierzył, że komuniści i blok radziecki będą trwały wiecznie, ale nie spodziewał się zmian z lat 1989-1990. Nie myślał, że przyjdą tak szybko. Sądzi, że przecenił wolę i możliwości Sowietów do kontrolowania środkowej i wschodniej Europy. Dlatego nie spodziewał się, że "Solidarność" odniesie sukces i pokona reżim komunistyczny zanim nastąpi upadek samych Sowietów.
Jahn Otto Johansen dodaje też, że jako korespondent w Waszyngtonie w latach 1988-1989 wiele razy rozmawiał z przedstawicielami administracji Busha seniora, m.in. dzisiejszą minister spraw zagranicznych Condoleezą Rice, i najlepszymi ekspertami od spraw wschodnich i także nikt z nich nie spodziewał się zmian z 1989 r.
"Myślę, że byłem za bardzo poddany tak zwanej Realpolitik, nie doceniając siły podziemnych ruchów w bloku radzieckim" - pisał.
Ten sceptycyzm tłumaczy doświadczeniami 1968 r.: "Praga 1968 sprawiła, że byłem zbyt wielkim pesymistą. To doświadczenie (miałem przyjazne stosunki z kilkoma ważnymi reformatorami) w pewnym sensie zaślepiło mnie, nie dostrzegłem szansy na zmianę, jaką niosła "Solidarność". W kolejnym liście dodawał, że do sierpnia 1968 myślał, że socjalizm da się zreformować, mimo Berlina 1953 i Budapesztu 1956.
Wypowiedź ta pokazuje jakie bariery stały nawet przed tak mądrymi i zaangażowanymi w sprawy bloku wschodniego ludźmi oraz jak trudno było poruszać się w tamtej skomplikowanej rzeczywistości.
Rozmawiam z Jadwigą Kvadsheim, działaczką SNP i Polsko-Norweskiego Towarzystwa "Kultura", redaktorką pisma "Solidaritet", pracownikiem biblioteki uniwersyteckiej w Oslo, która ma wiele kontaktów w kręgach intelektualnych Norwegii. Ze sterty pism wyciąga "New York Times Magazine" z 1983 r. Otwiera na reportażu z Warszawy.
- On też patrzy na Polaków jak na ludzi z innej planety - mówi o autorze. - Pisze, że nie mają w ogóle poczucia rzeczywistości, a przecież nie ma mowy o żadnych zmianach, bo jest Związek Sowiecki, on nie dopuści do tego. Cytuje Wałęsę: "My musimy pomalutku. Teraz musimy nauczyć się podskakiwać, coraz wyżej, coraz wyżej". Autor tekstu patrzy na takich jak on jak na nienormalnych. - Takie myślenie było powszechne. Emigranci byli tymi, którzy mieli inny obraz sytuacji politycznej i dlatego byli niebezpieczni. Zakłócali spokój, walkę o pokój. Rozbrojenie, umowy helsińskie, które miały tworzyć model zmian w Europie Środkowej.
Tym bardziej godni uwagi są ci, którzy próbowali ten stan zmienić. Tacy, którzy sprzeciwiali się propagandzie przekazywanej do zachodnich umysłów przez "użytecznych idiotów", jak ich pogardliwie określali radzieccy towarzysze, czyli "poputczyków" (towarzyszy drogi), jak z rosyjska mówiło się o nich w Polsce.
Taką postacią był pisarz i filozof Tore Stubberud, założyciel pisma "Kontynent Skandynawia", które Jadwiga Kvadsheim abonowała. Pisma, które w latach siedemdziesiątych, w bardzo prokomunistycznej - jak mówi - Norwegii (chodzi o kręgi intelektualne, młodzież), przygotowywało grunt pod zainteresowanie Europą Wschodnią - także Polską, szczególnie od chwili pojawienia się opozycji w naszym kraju. Co ciekawe, jego poglądy na komunizm ukształtowały się pod wpływem Francji, gdzie studiował filozofię. Jednak nie pod wpływem Sartre'a, który królował na paryskich salonach, propagując komunizm, tyle że w zmieniających się wersjach, ale w opozycji do niego.
Na rolę Tore Stubberuda zwraca też uwagę Nina Witoszek. Tak wspomina pismo "Kontynent Skandynawia":
- Było na bardzo wysokim poziomie intelektualnym. Drukowały tam wszystkie wybitne osobistości ze świata opozycji we wschodniej Europie, jak Martin Šimeczka, Adam Michnik i inni. Oczywiście, również intelektualiści norwescy z górnej półki. Pismo szło pod prąd, popierając opozycję demokratyczną w Europie Wschodniej. Stubberud to ciekawa osobowość, najpierw miał własne wydawnictwo, potem wydawał "Kontynent Skandynawia", następnie kupił farmę, hoduje owce, ale nie zarzucił poprzednich zainteresowań, założył własne wydawnictwo, tłumaczy poezje, pisze znakomite powieści.
Stubberud, zdaniem Niny Witoszek, wiedział, że komunizm jest bez szans, a to, co działo się w Polsce - istnienie opozycji, elit intelektualnych sprzeciwiających się systemowi - uważał za bardzo ważne.
Nina Witoszek jest zdania, że jednym z tych, którzy rozumieli sytuację w Europie Wschodniej, był Bj?rn Cato Funnemark, choć nazywa go romantykiem. Świadczyć ma o tym jego zainteresowanie różnymi walczącymi o niepodległość małymi narodami, jak Baskowie czy Irlandczycy z IRA. - U niego ten romans z "Solidarnością" i Polską wynikał też z potrzeby serca i ducha, jakiegoś romantycznego odruchu. - Tak interpretuje jego zainteresowanie losem małych narodów. - Pytał mnie kiedyś: "A co z Kaszubami, czy oni nie powstaną?" Chodziło o to, by wszyscy wybili się na niepodległość. To romantyczna wizja. Chociaż on nigdy nie miał złudzeń i zawsze, szczególnie jak na Norwega, był lekko cyniczny. Właśnie ta odrobina pieprzu i soli jest lekko intrygująca. Inni mieli gwiazdy w oczach.
Wracając do Tore Stubberuda; - Był młodym filozofem - mówi Jadwiga Kvadsheim - który pozostawał w opozycji do tego, co się działo w Norwegii. I był, jej zdaniem, w tym kraju wyjątkiem. Obok innego, nieżyjącego już filozofa z uniwersytetu w Oslo Bernta Vestre, tłumacza Alberta Camusa, oraz konserwatywnego pisma "Morgenbladet".
- Była to jedyna prawdziwie konserwatywna gazeta, głównie o profilu literackim - mówi Kvadsheim. - Właściwie nie liczyła się w krajobrazie politycznym Norwegii. Ale pracowali tam ludzie naprawdę zorientowani w sprawach Europy Wschodniej, mający kontakty także z polskimi kołami emigracyjnymi we Francji.
"Morgendbladet" miała kontakty także z polską opozycją w kraju. W materiałach Ministerstwa Spraw Zagranicznych znajduje się opinia ambasady w Oslo na temat osób towarzyszących ministrowi spraw zagranicznych Norwegii, Knutowi Frydenlundowi, podczas wizyty w Polsce, która miała nastąpić 8-11 czerwca 1980 r. Pisał radca Spyła: "Z obecnej grupy pozytywnie oceniam: Resi, Holte, Riste. Komentują poważnie i rzeczowo. Resi jest nam przyjazny. (...) Magne Haug (z "Morgendbladet" - JS) pisze o nas bardzo źle. W maju 1978 r. był zatrzymany na Okęciu za próbę przemycania materiałów dot. opozycji".
Moi rozmówcy wymieniają też inne nazwiska znawców spraw Europy Wschodniej i Polski, którzy przygotowywali grunt pod masowe zainteresowanie strajkami sierpniowymi 1980 i potem "Solidarnością", legalną i podziemną: dziennikarz Per Egil Hegge, profesor slawistyki na uniwersytecie w Oslo Ole Michael Selberg, korespondent "Aftenposten" w Polsce Stein Savik.
Jadwiga Kvadsheim wspomina Johana Vogta, ekonomistę i przewodniczącego norweskiego PEN-Clubu, działacza Norweskiej Partii Pracy, jeszcze ze stażem przedwojennym. Socjalistę z prawdziwego zdarzenia i przyjaciela polskiego ekonomisty, członka Komitetu Obrony Robotników, sędziwego (starszy od Vogta o 10 lat) prof. Edwarda Lipińskiego, z którym poznali się jeszcze w latach międzywojennych (Vogt był z rocznika 1901, a zmarł w roku 1994).
- On wyjątkowo interesował się Europą Wschodnią miał kontakty z polskim PEN-Clubem - mówi Kvadsheim. - Fantastyczny człowiek, bardzo aktywny, humanista, miał kontakty z całym światem. M.in. od razu po ich przyjeździe do Norwegii poznał mnie z Konoupkami. Vogt pisywał o Europie Środkowej i miał kontakty z KOR.
Małgorzata Łukasiewicz, tłumaczka i współpracownica Komitetu Obrony Robotników, także poznała Vogta. Poznała też Ole Michaela Selberga. Było to na jesieni 1976 r., podczas pobytu na trzymiesięcznym stypendium w Oslo. - Już trwała akcja pomocy dla robotników Radomia i Ursusa, ale KOR jeszcze wtedy nie istniał - mówi.
- Ale kiedy KOR powstał oficjalnie, ktoś przysłał jej pierwsze jego oświadczenie i "Komunikat", pismo wydawane nielegalnie przez Komitetu Obrony Robotników. Przypomina sobie, że wszczęła wtedy jakieś działania, żeby uzyskać poparcie dla KOR czy też represjonowanych robotników, bo nie pamięta tego dzisiaj dokładnie. Przy pomocy Selberga, który miał kontakty w środowiskach intelektualnych Norwegii, udało się jej doprowadzić do powstania listu i zebrania podpisów pod nim. List ukazał się w norweskiej prasie późną jesienią.
Trudno mi ustalić szczegóły - prof. Selberg nie przypomina sobie tych zdarzeń. Natomiast M. Łukasiewicz pamięta, że powodzenie całego przedsięwzięcia trzeba zawdzięczać przede wszystkim jemu. Johan Vogt pomógł w organizowaniu podpisów. Oto jego portret po latach:
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.