Wojna
Nareszcie można odpocząć!
Dla Pawlika wybuch wojny przynosi odpoczynek. Nie spodziewał się go w środku lata. Na wsi to przecież czas ciężkiej pracy. W pamiętniku, który zacznie prowadzić w 1917 roku, wspominając 1914, zapisze: "Przez cały tydzień nikt nic nie robił. Po co robić? Tak czy inaczej przyjdzie Niemiec albo nawet swoje wojsko i wszystko zniszczy"[1].
*
Szukam relacji, w których bieżeńcy opowiadaliby o codzienności. O tym, jak się dowiedzieli o wybuchu wojny. Co wtedy robili? Co tego dnia jedli na obiad? Czy się bali? Bez tego trudno poczuć ówczesny świat, zrozumieć ludzi.
W mojej rodzinie historia zaczyna się wraz z bieżeństwem. Wcześniej opowieści nie sięgają. Podobnie u osób, z którymi rozmawiam. Nawet tych najstarszych, urodzonych w latach dwudziestych - kilka, kilkanaście lat po wybuchu I wojny. Niektórzy deklarują, że pamiętają opowieści rodziców. Że wojna wybuchła, że Niemiec nadchodził, Rosjanie odstępowali. Niemiec miał obcinać kobietom piersi, ludzie się bali... Słucham, nagrywam. "W końcu ci Niemcy przychodzą... zaczynają wywozić Żydów z Sokółki, Krynek czy Orli". Przecież to musiało być w 1941 roku, nie w 1915! "Faktycznie, wszystko się miesza na stare lata" - przyznaje mój rozmówca. I znów się nie dowiem, jaka była pogoda w lipcu 1914 roku ani jak wieść o sarajewskim zamachu dotarła do moich Knyszewicz.
Gdy już tracę nadzieję, trafiam na Pamiętniki chłopów. W okresie międzywojennym Instytut Gospodarstwa Społecznego, badający problemy społeczne ówczesnej Polski, ogłasza konkursy na pamiętniki różnych grup społecznych, między innymi chłopów. Najciekawsze wydaje w dwóch tomach. Pierwszy ukazuje się w 1935 roku, drugi - rok później; w sumie zawierają sześćdziesiąt jeden prac.
Wyczytuję z tych pamiętników wiele. Na przykład, że pod Warszawą w dniu wybuchu wojny pada deszcz i moczy pszenicę stojącą w snopkach. Kiedy gospodarze wiozą na wozach to, co uratowali przed ulewą, widzą tłum przed urzędem gminy. Kobiety płaczą. Właśnie ogłoszono mobilizację.
W innym pamiętniku, gospodarza spod Łomży, czytam, że 1914 był wspaniałym rokiem. Wojska rosyjskiego w okolicy było mnóstwo, można było im za dobrą cenę sprzedawać plony, dzięki czemu autor kupił dwa konie.
Ale największym skarbem okazuje się pamiętnik, którego autor jest podpisany jako "gospodarz na 10 hektarach, najpierw rolnik, potem ogrodnik w pow. bielskim". Wszystkie prace są anonimowe, więc jego danych tu nie znajdę. W pamiętniku wyczytuję imię - Pawlik, zdrobnienie od Pawła - oraz miejsce zamieszkania - Wólka Wygonowska pod Kleszczelami. To ruska wieś[2], ale Pawlik przez długi czas jakby ukrywa swoją tożsamość, pilnuje, by nie wyrwało mu się nic, co mogłoby o niej świadczyć.
*
Zanim wojna przyniesie Pawlikowi odpoczynek, latem 1914 roku pracuje on ponad siły. Starsi bracia wyjechali: jeden dostał pracę na kolei w Warszawie, drugi wiosną poszedł do wojska, a trzeci wyemigrował do Ameryki. Oprócz niego zostali najmłodszy Wasyl i siostra. Pawlik ma czternaście lat; jako pierwszy z rodziny się uczy: został wysłany do Białegostoku do gimnazjum. Ale gdy przyjeżdża na wakacje, nikt go nie oszczędza. Roboty jest przecież mnóstwo. W dzień pracuje więc w polu, a w nocy pasie konie, by od rana mogły ciągnąć wóz z sianem lub czymś innym. Często zasypia przy tym ze zmęczenia i zwierzęta idą w szkodę. Ojciec się wtedy wścieka i wyzywa syna od leni.
Tego wieczoru chłopak wraca z pola. Mężczyźni stoją na ulicy i dyskutują, choć to roboczy czas. Był Żyd z Bielska i mówił, że wybuchła wojna, słyszy Pawlik. Gospodarze z Wólki jednak ustalają, że to nie może być prawda. "Gdyby wybuchła, z gminy przywieźliby pakiet z czerwoną pieczęcią, znaczy mobilizacyjny. Wojny nikt nie prowadzi bez rekruta" - twierdzi stary Kozłowski. W carskiej armii spędził kilkanaście lat; wie, co mówi. Już chcą się rozchodzić, gdy na koniu nadjeżdża stójkowy z gminy. Trzyma pakiet z czerwoną pieczęcią. A więc mobilizacja! A więc wojna! "Pewno znowu Napoleona wypuścili na Rosję" - wyrokuje inny weteran carskiej armii, pan Ziukiewicz.
Tej nocy nikt nie pasie koni. Kobiety pieką chleb i przygotowują synów do wymarszu, mężczyźni radzą, młodzież żegna zmobilizowanych kolegów. Jest płacz, są też śpiewy i tańce. Rano wszyscy ruszają odprowadzić odchodzących. Ilu ich może być? W Dawidowiczach, innej wsi w ówczesnym powiecie bielskim (dziś: białostockim), zmobilizowano wtedy sześć osób. "Płacz, narzekania, pożegnania - robiło się straszno, pomimo woli płakałem i ja, ale nie tylko ja, płakała i mdlała cała wieś, nawet psy jakby odczuwały nadchodzące nieszczęścia, skowyczały i wyły w najrozmaitsze głosy" - relacjonuje Pawlik.
Potem zapada cisza. Choć wcześniej ludzie uwijali się w polu, jak to latem, teraz nikt nic nie robi. Tylko grupki mężczyzn stoją na ulicy i dyskutują o losach świata. Może Niemiec jest już pod Bielskiem? Albo co najmniej zajął Warszawę? Ale czy nasi by mu pozwolili? Carska armia to przecież nie przelewki! Ale po tygodniu, gdy żadnych wojsk nie widać, wychodzą na pole. Owies dojrzał; jeszcze trochę i zacznie się sypać na ziemię. Pogoda dobra, trzeba żąć.
Niby wszystko wraca do normy. Pawlik w dzień pracuje w polu, nocą pasie konie, znów zasypia zmęczony, wpuszcza je w szkodę. Ale ojciec krzyczy jakby mniej. Matka, gdy stawia na stole miskę z kartoflami, w milczeniu przypatruje się synom. Po zaczerwienionych oczach można poznać, że płakała. W taki letarg zapada zwłaszcza wtedy, gdy długo nie ma listu od Eliasza. Z wojska zabrali go na front. Raz napisał, że stracił swojego ulubionego konia. Zaraz potem - że na jego rękach skonał przyjaciel, chłopak z sąsiedniej wsi.
Kanonada spod Osowca zakłóca nabożeństwo w Sokółce
Do lipca 1914 roku kronika parafii prawosławnej w Sokółce jest zapisem wizyt duszpasterskich i rozwoju kariery tutejszego kleru. W 1908 roku w kwietniu wizytę składa biskup białostocki Włodzimierz, a we wrześniu przybywają biskupi grodzieński i brzeski. W 1909 roku psalmista Sobisiewicz zostaje diakonem, a w 1913 jego następca Szumowski przenosi się na południe, do dekanatu bielskiego. Nic poza tym.
Po wybuchu wojny robi się gęsto od wydarzeń i emocji. Wróg jest tuż-tuż. Nie dalej niż sto kilometrów od Sokółki przebiega granica z Prusami Wschodnimi. Sześćdziesiąt kilometrów od miasta jest twierdza Osowiec, broniąca dostępu do Imperium Rosyjskiego. Pawlik pod Kleszczelami może sobie odpoczywać przez tydzień po wybuchu wojny; tu trzeba spodziewać się najgorszego. "25 lipca [7 sierpnia][3] weszły do Sokółki pierwsze frontowe wojska: gwardyjska dywizja piechoty z Warszawy. Miasto i okolice stanowi obóz wojskowy"[4] - notuje proboszcz Jakow Griszkowski. Większość mieszkańców miasta to żydzi i katolicy; prawosławni mieszkają głównie w okolicznych wsiach. "Nasi bracia katolicy, m.in. "Polacy", sprzyjają nie nam, lecz naszym wrogom, w szczególności zaś Austriakom. [...] Pierwsze wieści o niemieckich bestialstwach w Polsce[5] i apel najwyższego dowództwa "Do Polaków"[6] - w sposób zdecydowany zmieniają nastroje katolików".
W sierpniu wojska rosyjskie przekraczają granicę i ruszają na zachód i północ. Niemcy uciekają, szybko jednak opanowują sytuację i odwracają bieg tej ofensywy. Bitwa pod Tannenbergiem, a potem walki nad jeziorami mazurskimi doprowadzają do rosyjskiej klęski. Rozgromiona carska armia cofa się na swoje ziemie. Za nimi nadchodzi wróg. W Sokółce coraz głośniej słychać huk frontowych armat; widać wybuchy i pożary. "Święto Podwyższenia Krzyża Świętego [14 (27) września] przebiega przy akompaniamencie silnej kanonady pod Osowcem i nad Niemnem" - notuje ksiądz Griszkowski.
Z Sokółki wyjeżdżają władze powiatowe i administracja oraz część mieszczan. Przybywają uciekinierzy z Suwałk i Augustowa. Ówczesne gazety donoszą o szalonych cenach kwater w przyfrontowych miastach. Wśród przybyszów przeważają mieszczanie, sporo jest Żydów. Prawie nie ma chłopów, choć wielu z nich musiało opuścić swoje domy. Niektóre nadbiebrzańskie wsie pod Dąbrową i Lipskiem front dosłownie zmiótł z ziemi. Ludność jednak nie ucieka do oddalonych od linii walk miast. Chroni się w ocalałych sąsiednich wsiach. "Żyją u tutejszych chłopów, w strasznych warunkach, bez żadnej higieny - będzie opisywał je później korespondent wydawanej w Wilnie białoruskojęzycznej "Naszej Niwy". - Zdarzają się domy, w których gnieździ się po 7-8 rodzin, wszystkie z dziećmi. W sumie jest tu co najmniej tysiąc dusz. Głównie biedota, która uciekła, jak stała. Nasi chłopi dzielą się z przybyszami tym, co mają, i jakoś wspólnie biedują z dnia na dzień. Aż strach pomyśleć, jak wysoką cenę mogą zapłacić za swoje dobre serce. Jeszcze za mojej bytności zaczęli w tym skupisku chorować na tyfus albo inne choroby, a to przecież idealne miejsce do wybuchu epidemii"[7].
*
Czy w Sokółce we wrześniu 1914 roku wybucha panika? Czy ewakuowani urzędnicy wyjeżdżają spokojnie, czy uciekają bezładnie, zabierając, co się da, i podsycając mieszczańskie lęki? Ksiądz Griszkowski o tym nie wspomina; zresztą nie wiem, czy jako lojalny carski urzędnik mógłby pisać krytycznie o działaniach władz.
Imperium Rosyjskie wiele lat przed wojną dostrzegło trudności obrony swoich zachodnich krańców, otoczonych od północy i zachodu przez Cesarstwo Niemieckie, a od południa przez Austro-Węgry. W swoich planach strategicznych liczyło się z koniecznością oddania ich wrogowi. Przedtem jednak zamierzało wywieźć majątek państwowy.
Prawdopodobnie istniały też plany ewakuacji Sokółki.
*
Na południe od Sokółki, w graniczącej z monarchią austro-węgierską guberni lubelskiej, ewakuację skrupulatnie zaplanowano. Krzysztof Latawiec, młody lubelski historyk, na podstawie zachowanych dokumentów szczegółowo opisał przedwojenne przygotowania i późniejszą realizację tych planów.
Tylko z Urzędu Gubernatora Lublina i Rządu Gubernialnego Lubelskiego w razie wojny miało wyjechać sto dziesięć dorosłych osób, dwadzieścioro dwoje dzieci oraz pięćset szesnaście pudów[8] bagażu. Koleją, w różnych kierunkach: do Petersburga[9], Moskwy, Kijowa, Odessy, Pskowa, Riazania, Permu, Dźwińska (dziś: Dyneburg), Irkucka, Tuły, Czernihowa, Jałty, Saratowa, a nawet Władywostoku. Do tego należało wywieźć blisko czterysta pudów gubernialnej dokumentacji. Zakładano, że będzie to kosztować 2709,71 rubli.
W sierpniu 1914 roku, gdy Sokółka cieszy się jeszcze z udanej ofensywy carskich wojsk, na południu armia austriacka przełamuje rosyjską linię obrony i rusza w głąb kraju. Wybucha panika. Powiatowy Janów nie ma czasu skorzystać ze szczegółowych planów ewakuacyjnych. Urzędnicy uciekają, a kasa skarbowa i dokumenty wpadają w ręce wroga. Brakuje czasu na wywiezienie osadzonych w więzieniu; stu sześćdziesięciu pięciu z nich wydostaje się na wolność. W ręce Austriaków, przez donos, wpada burmistrz Janowa Paweł Gierasimow. Zostaje osadzony w więzieniu w Ulanowie, skąd zresztą wkrótce ucieka.
Widząc to, gubernator lubelski zarządza ewakuację Lublina. Z Urzędu Gubernatora do Łukowa jedzie sto dwadzieścia pięć osób i ich rodziny. Wyjeżdżają urzędnicy z zagrożonych powiatów: janowskiego, krasnostawskiego, lubartowskiego, puławskiego i garwolińskiego.
Wojska rosyjskie jednak szybko przełamują złą passę i wypierają Austriaków z zajętych ziem, a rosyjskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych dopracowuje przepisy na wypadek przyszłej ewakuacji.
Czy wobec zagrożenia niemieckiego ewakuacja Sokółki we wrześniu 1914 roku mogła wyglądać podobnie jak ucieczka powiatowego Janowa w guberni lubelskiej? Nikt tego szczegółowo nie badał.
*
Knyszewicze leżą piętnaście kilometrów na południowy wschód od Sokółki. Niedaleko, to tylko trzy godziny spokojnego marszu. Jeszcze po II wojnie światowej kobiety co poniedziałek będą nosiły na targ masło, sery, mleko. Piechotą. Pewnie chodzą i w 1914 roku. Może czasem idzie z nimi i moja babcia Nadzia? Wioskowe dziewczyny z pewnością służą też u bogatych sokólskich Żydów.
Czy chłopi z Knyszewicz dostrzegają to, co opisuje ksiądz Griszkowski? Czy zauważają ucieczkę urzędników, wyjazdy mieszczan? Czy dociera do nich huk frontowych wystrzałów? Czy widzą łunę pożarów przyfrontowych wsi? Czy się boją?
Wydaje się, że coś musi do nich docierać. Bywają na poniedziałkowym targu. Służące u Żydów dziewczyny pewnie coś opowiadają podczas wizyt w domu. Wypytuję więc najstarszych ludzi, którzy mogą cokolwiek pamiętać z rodzinnych opowieści. Ale mówią tylko o wyjeździe w bieżeństwo. Wcześniejsze wspomnienia, dotyczące lata i jesieni 1914 roku, się nie zachowały.
*
W listopadzie 1914 roku sytuacja na froncie w pobliżu Sokółki uspokaja się, zagrożenie mija. Do miasta wracają władze powiatowe i administracja. Wyjeżdżają uciekinierzy z Suwałk i Augustowa.
Proboszcz Griszkowski opisuje teraz zwykłe wojenne życie: "[...] mobilizacja, rekwizycje koni, powołanie ludności zdolnej do pracy (mężczyzn) do robót fortyfikacyjnych przy twierdzach, obozach, okopach. [...] Prace w gospodarstwie domowym, na polach i łąkach wykonują kobiety i nieletnia młodzież. Zostało we wsiach bardzo mało mężczyzn".
Sprawą wagi państwowej staje się takie zorganizowanie ludzi we wsiach, by ziemia nie leżała odłogiem, ale by mogła żywić walczących żołnierzy. Wójtowie, urzędnicy, księża powołują rady dobroczynne i komitety sąsiedzkie. Do przełożonych płyną raporty w rodzaju: "Zbiór ziemniaków zakończony. Pola obsiane zbożami jarymi". W guberni mińskiej drużyny uczniów wyjeżdżają do pracy na roli. Takie zarządzenia wydał minister oświaty.
Sokólski proboszcz też organizuje radę dobroczynną. Czuwa, by żony powołanych na front dostały pomoc przy pracach rolnych. Ludzie czasem się burzą - przecież one otrzymują zapomogi ze skarbu państwa, tak zwane pajki[10]! Dlaczego mamy im jeszcze pomagać?
Pojawiają się wciąż nowe problemy związane z wojenną codziennością. W sąsiednim powiecie bielskim Łukia Krasowska z Pawłów (obecnie to powiat białostocki) pisze prośbę do władz wojskowych, by ratowały ją od śmierci głodowej. Tuż przed wojną podzieliła między synów swoje osiemnaście hektarów, oni w zamian mieli ją utrzymywać. Ale poszli na wojnę, kobieta straciła więc źródła dochodu. Synowym, zgodnie z prawem, gmina wypłaca pajki. Jej nic nie przysługuje, co uparcie powtarzają w gminie. Zdesperowana kobieta pisze więc do władz wojskowych. Nie wiadomo jednak, czy otrzymuje pomoc.
Giermaniec wrzuca ludzi do ognia. W Wilnie rekwirują poduszki
"Nigdzie nie widać oznak przygnębiającego smutku, wszędzie spokojna i wytężona praca i modlitwa" - notuje proboszcz Griszkowski. Trudno mi uwierzyć w taki obrazek: prości, biedni ludzie, ale oddani ojczyźnie i carowi. Bardziej przekonuje mnie to, co pamięta Pawlik dorastający w powiecie bielskim, w Wólce Wygonowskiej: strach o walczących na froncie bliskich i niepewność własnego losu.
W swoich poszukiwaniach trafiam na Pamiętnik z wielkiej wojny Władysława Glinki. Ów ziemianin, działacz towarzystw i kółek rolniczych, pierwszy rok wojny spędza w swoim majątku Susk Stary pod Ostrołęką. To sto pięćdziesiąt kilometrów na zachód od Sokółki, front znajduje się również w niewielkiej odległości, realia mogą więc być dość podobne. Władysław Glinka opisuje codzienne życie swojego dworu i okolicznych wsi. Wprawdzie gdy w 1915 roku z tłumem bieżeńców ruszy on na wschód, w patriotycznym uniesieniu będzie sławił wspaniałość polskiego ludu, przeciwstawiając go "dzikiemu ludowi białoruskiemu" czy "rozpaczliwie dzikim" ruskim uchodźcom spod Chełma, na początku wojny jednak spogląda na "swoich" chłopów bez tej idealizacji; trochę z wyższością. Z Pamiętnika wielkiej wojny można więc wyczytać chłopskie nastroje pierwszego roku wojny.
*
Strach przed wrogiem. Na co dzień go nie widać, ale niewiele trzeba, by wybuchł z zadziwiającą siłą. "Jednego popołudnia jakiś człowiek, jadący z Ostrołęki, krzyknął koło mieszkań służby "Prusak w mieście rżnie ludzi" - notuje w pierwszych tygodniach wojny Władysław Glinka. - W 10 minut wszyscy nasi robotnicy, pracujący w polu, byli wraz z końmi, wozami i pługami na podwórzu. Zrobił się zgiełk, lament nie do opisania; kilka kobiet, w przystępie jakiegoś obłędu, tarzało się po ziemi, wydając dzikie krzyki, inne wyrzucały z mieszkań pościel, ubranie i zwijały je gorączkowo w toboły; najstarsze na klęczkach lub leżąc krzyżem, zawodziły na całe gardło litanie. Tymczasem dróżką od Ostrołęki widać było, pod słońce, dziesiątki ludzi pędzących wozami i pieszo w szalonych susach, wśród kurzu, z tobołkami na plecach".
Glinka na próżno próbuje zapanować nad oszalałym tłumem. Jego tłumaczenie, że przecież Prusak nie może niespodziewanie zjawić się w Ostrołęce, a nawet jeśli - nie będzie bez powodu rżnął niewinnych ludzi, na niewiele się zdają. Panika zaczyna opadać dopiero po dłuższej chwili. Wtedy Glinka każe zaprzęgać konie. "[...] podjechałem z córką pod mieszkania służby i oznajmiłem, że jedziemy na łąki do zaczętych stogów potrawu[11], czekać na ludzi. Po chwili ujrzeliśmy podążające za nami najpierw dziewczyny, potem chłopców, dalej starszych, wkrótce zadudniły wozy i ruszyły pługi..."
Nastroje ludności podgrzewają też uchodźcy - chłopi z terenów ogarniętych wojną, koczujący w lasach, koło dworskich czworaków i we wsiach. Opowiadają o okrucieństwie wroga. O tym, że Niemcy podpalili ich wieś, a uciekających ludzi łapali i wrzucali w ogień. Gdzie indziej rosyjscy sanitariusze zbierający rannych po bitwie nie byli w stanie pomóc Niemcowi w ciężkim stanie. Ten, gdy "odeszli, podczołgał się, trzymając jedną ręką swe wnętrzności, pod chałupę, powstał i zapałką podpalił słomiany dach. Gdy mu ludzie chcieli przeszkodzić, zaczął strzelać z brauninga. Powlókł się tak samo do drugiej chałupy i do trzeciej. Podpaliwszy trzecią, stracił resztę sił, "Przewalił się, mówili Kurpie, i zdechł, wciąż przeklinając po swojemu"".
Opowieści te roznoszą się po okolicy i zaczynają żyć własnym życiem.
*
Do lęku przed wrogiem ludzie z czasem przywykają. Wydaje się, że bardziej dokuczają im rekwizycje przeprowadzane przez swoich oraz inne obciążenia związane z wojną. Wojsko jest bezwzględne. Zabiera konie, krowę, często jedynych żywicieli wielodzietnych rodzin. Żołnierze wydają wprawdzie kwity, za które gmina ma wypłacić pieniądze. Ale czy wypłaci? I czy pieniądze w wojennych warunkach zachowają swoją wartość?
Oprócz wojskowych majątek rekwirują też korzystający z wojennego zamieszania liczni oszuści. Wobec nich lud wydaje się być bezradny. "W ostatnim czasie między mieszkańcami zaczęło się mówić, że policja kazała zebrać poduszki, prześcieradła i pościel i że na jedną osobę może pozostać w domu tylko po 1 sztuce powyższego. No i rzeczywiście jakaś banda chodziła po domach i zabierała od ludzi poduszki. Teraz szuka ich policja" - donosi "Nasza Niwa".
W powiecie wileńskim ktoś rozpuszcza plotkę, że wojsko będzie wkrótce zabierać żywiec i trzodę. Na targu pojawia się więc tyle zwierząt, że za krowę wartą dziewięćdziesiąt-sto rubli, handlarze płacą nie więcej niż czterdzieści-pięćdziesiąt. Innym razem wileńska intendentura ma skupować siano dla armii. Obładowane wozy zalewają całe miasto, wojskowi intendenci nic jednak o skupie nie wiedzą. Gospodarze za pół ceny sprzedają więc siano spekulantom.
Co jest prawdą, co plotką? Ludziom trudno oddzielić jedno od drugiego. Podróżujący po zniszczonych ziemiach na północ od Sokółki korespondent "Naszej Niwy" słyszy od wiozącego go furmana absurdalną historię. Ponoć "królowi Czarnogóry bardzo spodobali się tutejsi ludzie, ich uroda, jasna cera, włosy. Król dogadał się więc z carem, że zrobią zamianę. Ten da mu 5 tysięcy swoich kobiet, a car tutejszych". No i furmana dręczy pytanie: "Jak te baby będą wybierać? Po gminach czy po wioskach? Po dobrej woli czy pod przymusem?".
Korespondent nie tłumaczy furmanowi, że to musi być plotka. Przecież i tak by mu nie uwierzył.
Codziennie słychać grzmoty dział
Eliasz, walczący na froncie brat Pawlika z Wólki Wygonowskiej, zostaje ciężko ranny. Pisze o tym w liście ze szpitala w Kownie. Gdy rodzina po otrzymaniu tej wiadomości już się wypłacze, zwołuje naradę. Przychodzą dziadek z babcią, wujkowie, najbliższy sąsiad. Decydują, że ojciec pojedzie do rannego syna.
Tata wraca z Kowna spokojny. Możliwe, że Eliasz będzie nie do końca sprawny, może utykać na jedną nogę, ale dzięki temu nie wróci już na front. Za kilka tygodni, gdy wydobrzeje, mają go zwolnić do domu. Będzie więc gospodarzyć. Pawlik niecierpliwie czeka na brata. Chce wrócić do szkoły w Białymstoku, uciec od za ciężkiej dla czternastolatka pracy, od ciągłego niezadowolenia ojca.
W mieście trudno jednak chłopcu skupić się na lekcjach. Pod oknami gimnazjum wciąż maszerują nowe wojska. Czyżby aż tylu ich ginęło, że ciągle potrzebni są następni? - zastanawia się Pawlik.
7 (20) kwietnia 1915 roku[12] nad miasto nadlatuje kilkanaście niemieckich samolotów, zrzucają bomby. Trzy z nich spadają na gimnazjum Pawła; kilku kolegów odnosi poważne rany. "Nasza Niwa" relacjonuje, że w bombardowaniu ginie dwadzieścia osób, a kilkadziesiąt zostaje rannych. Pisze też, że wkrótce do większych miast, między innymi do Kijowa, przybywa wielu uciekinierów z Białegostoku. Pawlik w swoim pamiętniku notuje, że bogatsi uczniowie jego gimnazjum wyjeżdżają z rodzinami na wschód.
Nad miastem krążą nie tylko wrogie samoloty. Nocami nadlatują gigantyczne sterowce, oświetlają miasto i zrzucają bomby. Wprawdzie są mało zwrotne, ich ataki okazują się więc o wiele mniej celne niż samolotów; od bomb giną pojedyncze osoby. Ogrom sterowców i górowanie nad miastem sieją jednak przerażenie. Ludzie czują, że choć oddziały wroga są daleko, zagrożenie może przyjść z każdej strony; nawet z nieba.
W tej sytuacji trudno prowadzić normalne lekcje. Koniec roku szkolnego jest przyspieszony. 15 (28) kwietnia 1915 roku wszyscy uczniowie, bez egzaminów, uzyskują promocje do wyższych klas. Rozjeżdżają się na wakacje.
Pawlik wraca do swojej Wólki Wygonowskiej. Ale nawet na zapadłych wsiach nie sposób znaleźć już normalności i wiejskiego spokoju. "Ograniczona uprawa pól, ograniczone siewy. Mówią, że pod Osowcem wre zacięta walka. Codziennie słychać grzmoty dział, raz bliżej raz dalej" - zanotuje chłopak.