Wolnomyśliciel
Armie stają w okopach. Zanim zecer z Lublina
zdoła przez wrzawę wojenną usłyszeć słowa Lenina,
jak leninowiec układa na własną rękę ulotki
mówiące prawdę o wojnie. Tak się zaczyna wiek męski29.
Adam Ważyk, Wiek męski
- Był pan kiedyś zakochany? - zapytał mnie stary komunista, gdy dociekałem, dlaczego poeci pisali wiersze dla Bieruta i Stalina i dlaczego Bierut czcił Stalina, który wcześniej wymordował jego partyjnych towarzyszy.
- Tak - odpowiedziałem.
- Rozumu w miłości jest niedużo. Nagle kogoś trafia, i już. Ta kobieta może być w rzeczywistości podła i okrutna, ale wtedy tego nie widzimy. Myśli się tylko, że to jest ta jedyna już do końca życia.
- I tak pan kochał Stalina?
- Tak.
Ów stary komunista użył też innego, religijnego porównania, które potem często przewijało się w moich rozmowach o Bierucie - stwierdził, że kiedy Bierut rządził Polską, komunizm był nie tylko ideologią, był wiarą. Bogiem była partia, papieżem - Stalin, a jedyną drogą do zbawienia - rewolucja. Wystarczająco duża dawka wiary zastępowała wiedzę i zdolności osobiste. Raj zaś ucieleśniał Związek Radziecki.
- Bierut był uzależniony od Stalina? - zapytałem innego komunistę.
- Odnosił się do niego z nabożnym szacunkiem - odpowiedział z przekonaniem.
Przez wiele lat spotykałem się ze starymi komunistami i próbowałem zrozumieć, jaki był Bierut. Opowiadali mi o tym, jak go zapamiętali, ale też pokazując komunistyczny sposób myślenia, dawali namiastkę poczucia, że wdzieram się w umysł samego pierwszego powojennego prezydenta.
Od kiedy pamiętam, nurtowało mnie dziecinne pytanie: czy komuniści wierzą w to, co mówią? W te magiczne zaklęcia o łączeniu się proletariuszy wszystkich krajów, o zaostrzającej się walce klasowej, o przodującej roli klasy robotniczej. Na zdrowy rozum wszystkie wydawały się absurdalne - władzy wcale nie sprawowali robotnicy, ale działacze partyjni, trudno też było mówić o łączeniu się międzynarodowego proletariatu, skoro z trudem przekraczało się polską granicę.
Uczęszczałem do szkoły podstawowej imienia Nadieżdy Krupskiej, żony Lenina. Z moim niewielkim miastem w centrum Polski tyle ją łączyło, że kiedyś w nim krótko przebywała jako córka namiestnika carskiego. Co poniedziałek chodziliśmy do szkoły w białych koszulach i czerwonych chustach. Jak pionierzy. Wydawało mi się, że tak jest też w innych szkołach, dopóki nie dostałem się do liceum. Wtedy od kolegów z innych podstawówek dowiedziałem się, że u nich nie obowiązywały żadne białe koszule i czerwone chusty. Że w szkole imienia Krupskiej nabrałem fałszywego wyobrażenia o reszcie świata.
Podobnie wyglądała cała rzeczywistość PRL-owska - pochody pierwszomajowe, masówki robotnicze, organizacje partyjne kierujące zakładami pracy wydawały się normalne tylko komuś, kto wychował się w krajach tak zwanej demokracji ludowej. Gdy udało mu się przekroczyć żelazną kurtynę, nagle okazywało się, że to wszystko jest tylko dziwnym rytuałem, jak białe koszule i czerwone chusty.
Ale cały świat komunizmu, jaki poznałem w swojej młodości na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, to już była tylko namiastka. To już nie był komunizm, tylko konformizm. Większość ludzi zapisywała się do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, żeby ułatwić sobie życie. Dostać asygnatę na samochód, przydział na wczasy, poparcie przy staraniach o kierownicze stanowisko. Przez wiele lat, widząc wokół siebie tylko taki świat fikcyjnych idei, nabrałem przekonania, że na tym polega komunizm.
Aż do momentu, gdy zostałem reporterem. Kiedy zacząłem pisać reportaże historyczne, pierwszy raz zetknąłem się z prawdziwymi, "betonowymi" komunistami. Takimi, którzy przez wiele lat wyznawali marksizm jak świecką religię. Praktykowali nawet powszechną spowiedź podczas składania samokrytyki na zebraniach partyjnych. Gdy spotykałem się z nimi pod koniec ich życia, z reguły odnosili się już z dystansem do swojej politycznej przeszłości. Potrafili jednak odtworzyć świat najtwardszego, stalinowskiego komunizmu. Tego, który zagarnął Polskę na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku, w czasie gdy Polską rządził Bolesław Bierut. Niektórzy ten świat potępiali, odrzucali, uważali za wynaturzenie rewolucji. A inni przeciwnie - właśnie w epoce Bieruta widzieli jedyną prawidłową drogę do komunizmu. Drogę, z której po śmierci Stalina odbił nieco w bok najpierw Związek Radziecki, a potem Polska.
Pytałem starych komunistów, jak myślał Bierut, czy wierzył w to, co mówił. Jak to się stało, że znalazł się na szczycie władzy, i dlaczego ludzie żałowali, kiedy umarł.
Historia dojrzewania Bieruta do komunizmu jest jednak tak odległa, że nie pamięta jej już nikt z żyjących i trzeba szukać jej głównie w dokumentach. Pisemne relacje o prezydencie gromadzili historycy Zakładu Historii Partii. Przechowywano je w archiwum KC PZPR - w latach Polski Ludowej dostępnym tylko dla wybranych - a po rozwiązaniu partii przeniesiono do Archiwum Akt Nowych. Relacje liczą 389 stron, a zbierano je od 1950 aż do 1974 roku. Sporo z tych materiałów wykorzystano w biografiach Bieruta, publikowanych w latach PRL-u. Oprócz tego w teczce ze wspomnieniami znajdują się charakterystyki ludzi, którzy wspominali Bieruta. O Janie Juśkiewiczu partyjna historyk zapisała: "Jest bardzo nieufny, zgryźliwy, ironiczny - nie chce rozmawiać - mimo tego uważam go za istną kopalnię wiadomości o tow. Bierucie [...]"30.
Można zrozumieć, dlaczego niektórych dokumentów nigdy w PRL-u nie opublikowano, a nawet ukrywano je przed innymi niż partyjni historykami. Potrafią one snuć niezwykłe z dzisiejszej - ale i ówczesnej - perspektywy opowieści. Jak ta o Bierucie, który w młodości zasiadł do starosłowiańskiej wigilii z kłosami zboża ułożonymi w symbol swastyki.
Bolesław Bierut to człowiek XIX wieku. Przyszedł na świat 18 kwietnia 1892 roku w Rurach Brygidkowskich pod Lublinem. Jego matka, Marianna Solomea z Wolskich (rok urodzenia 1846), pochodziła z Woli Antoniowskiej. Rodziła dwanaście albo i trzynaście razy, sama dobrze nie pamiętała. Przeżyło tylko sześcioro dzieci - co też bywało regułą, tak jak wielodzietne wiejskie rodziny. Oprócz Bolesława - Andrzej, Michał, Julia, Józefa i Antonina. Rozpiętość wieku między nimi była olbrzymia. Brat mógł być dla brata ojcem. Bolesława, najmłodszego z piątki, dzieliły od najstarszego Andrzeja aż dwadzieścia trzy lata.
Niedaleko rodzinnej wsi matki, w Łążku Chwałowskim, położonym pomiędzy Sandomierzem a Kraśnikiem, mieszkał ojciec Bolesława Bieruta, Wojciech (urodzony 31 marca 1844 roku), który "mając 20 lat, uczestniczył w walkach powstańczych [chodzi o powstanie styczniowe] jako kawalerzysta"31.
To ojciec stawił się 19 kwietnia 1892 roku o 19.00 w parafii Świętego Pawła w Lublinie, aby powiadomić o narodzinach Bolesława. W sporządzonym po rosyjsku akcie urodzenia Bolesława Bieruta zanotowano: "On rodiłsia [...] w pierwyj czas popołudni"32.
Bierutowie mieszkali wówczas na przedmieściach Lublina, dokąd przeprowadzili się rok przed narodzinami Bolesława. Uciekali przed skutkami powodzi, która zrujnowała ich gospodarstwo. Ojciec znalazł pracę u hrabiego Tarnowskiego, który powierzył mu sprzedaż ziemi z majątku na zachodzie dzisiejszego województwa lubelskiego. W kwestionariuszu partyjnym Bolesław potem podał, że jego rodzice to "wyrobnicy (zrujnowani drobni rolnicy)"33.
Z lat PRL-u pozostały książki o Bierucie, w których odgrywał rolę świeckiego świętego i już w dzieciństwie dawał oznaki, że stanie się zbawcą Polski.
Na podstawie biografii autorstwa Józefa Kowalczyka, wydanej w 1952 roku, można by przypuszczać, że Bierut był komunistą już od urodzenia. Przyszedł na świat bowiem "w pamiętnym roku strajku powszechnego w Łodzi", a po przeprowadzce rodziców do Lublina "rósł i dojrzewał w wilgotnej suterenie i już od najmłodszych lat doznawał wszystkich goryczy losu proletariackiego dziecka"34.
Czytanie takich tekstów jest dziś coraz trudniejsze. Nawet jeśli zrozumiemy dosłowny przekaz, to umyka kontekst skrywający prawdziwe znaczenie słów. "Wilgotna suterena" to przecież ucieleśnienie ideologicznej tezy o tym, że byt określa świadomość. Łatwo zrozumieć, że teksty publikowane w oficjalnej PRL-owskiej propagandzie - jak owa biografia Bieruta - były hagiograficzne. Ale czemu ludzie, którzy nie wiedzieli, że ich wspomnienia ujrzą światło dzienne, opowiadali o Bierucie, jakby od młodości wyróżniał się nadludzkimi cechami? Jakich korzyści spodziewali się ci, którzy opowiadając partyjnym historykom na potrzeby tajnego archiwum o przedwojennych losach Bieruta, widzieli w nim ponadprzeciętnego bohatera? W zbieranych relacjach badacze z Zakładu Historii Partii odnotowali banalne wydarzenia w taki sposób, że urastają do rangi symboli.
Władysława Głodowska, która znała go w młodości, wspominała: "Nigdy w tym człowieku nie dostrzegło się pychy ani zarozumiałości. Skromny, pełen prostoty i bezpośredniego stosunku do człowieka. Kiedyś zaszedł na moją maleńką 300-metrową działkę, pracowałam na niej, wodę do podlewania trzeba było nosić z dosyć daleka. Po pogawędce i przeglądzie działki zwraca się do mnie ze swym miłym, szczerym uśmiechem: Ja wam przyniosę kilka konewek wody. Byłam tym zaskoczona; nim zdołałam odpowiedzieć, obok stojąca konewka była już w Jego ręku"35.
Podobnie zaskoczona musiała być Janina Sałek, a jeszcze bardziej wysłuchująca opowieści pracownica (niewymieniona z nazwiska) Zakładu Historii Partii, bo zapisała: "Sałkówna przytacza fakt, który mówi o głęboko ludzkim, humanitarnym stosunku Prezydenta do ludzi pracy: gdy jej matka nosiła wodę, tow. Bierut zawsze wyrywał jej wiadra z rąk i sam biegał do studni (mimo że mieściła się ona na drugiej posesji, dość daleko), wyręczając starą, schorowaną kobietę"36.
Profesor Michał Głowiński, teoretyk literatury i badacz komunistycznej nowomowy, któremu czytałem fragmenty tych wspomnień, zauważył, że na ich styl bez wątpienia wpłynęły osoby, które odbierały relacje - czyli partyjni historycy. Ale też sami ludzie zapewne czuli wewnętrzną potrzebę, aby Bierut w ich wspomnieniach wyglądał tak samo jak w gazetowych opowieściach. Opowiadając urzędnikom, a za takich zapewne brali partyjnych dokumentalistów, ludzie woleli pamiętać tak, jak narzucała propaganda.
Józef Dominko, również kolega Bolesława, mieszkanie Bierutów opisywał dość zwyczajnie, bo nie wszystko w tych wspomnieniach było nasiąknięte propagandą - pokój z kuchnią w suterenie murowanego, parterowego domu z poddaszem, który stał w dużym ogrodzie owocowo-warzywnym: "Całe otoczenie tchnęło zaciszem wiejskim i stanowiło kontrast z bujnym życiem robotniczym, przelewającym się zaledwie o kilkaset metrów"37. Ojca Bieruta zapamiętał Dominko jako wysokiego, milczącego, trochę ponurego mężczyznę. Póki miał jeszcze konia, zarabiał, wożąc różne towary, później zajmował się wykopywaniem karp z wyrębów leśnych, które ciął na drobne szczapki, układał w wiązki i sprzedawał na targu. Czasem handlował owocami i jarzynami. "Zapach smolnego drzewa, marchwi i buraków stale unosił się w mieszkaniu"38 - utkwiło w pamięci Dominki. Matka Bieruta zaś była to "drobna, szczupła, nabożna kobieta, wiecznie zapracowana"39.
Józef Szydłowski wspominał z kolei, że kiedy wracał z młodym Bolkiem ze szkoły, ojciec Bieruta dawał im śliwki na sprzedaż. Siedzieli z koszem na skarpie naprzeciw kościoła: ""Towar" w dużych ilościach znikał w kieszeniach kolegów i żołądkach samych sprzedawców (o co później awanturował się ojciec Bolka). Przyszli spółdzielcy walczyli "ekonomicznie" z tatą - przedstawicielem prywatnego handlu i kramarstwa"40. Trudno dziś zrozumieć, czy Szydłowski żartował, czy mówił całkiem poważnie. W każdym razie po wojnie sprzedawanie warzyw nie pasowało do oficjalnej legendy. 1 października 1948 roku porucznik Zakrzewski (bliżej nieznany) przygotował "plan konspektu" życiorysu Bolesława Bieruta. Ze zdania: "Praca przy murarce, dźwiganie wapna, sprzedaż warzyw, roznoszenie gazet, wytężanie wszystkich dziecinnych sił dla sprostania przerastającym nieraz siły zadaniom, ból fizyczny wskutek zerwania mięśni, a nad wszystkim górująca myśl, że trzeba wytrzymać, że trzeba przynieść do domu zarobek", wykreślono "sprzedaż warzyw"41. Jakby handel nie pasował do proletariackiego życiorysu.
Na dzieciństwie Bieruta pojawiła się jednak nieznaczna rysa. Kiedy tylko mały Bolesław nauczył się czytać, za sprawą matki został ministrantem. Regularnie służył do mszy w kościele parafialnym Świętego Mikołaja na wzgórzu Czwartek, w jednej z najstarszych świątyni w Lublinie. Matka wyobrażała sobie przyszłość syna w ornacie. Miał być księdzem albo chociaż organistą. Niestety, rodzina była za biedna, aby utrzymać Bolesława w seminarium duchownym42. Bieda odmieniana przez przypadki to zaprzeczenie każdej innej drogi - niż komunistyczna - na którą mógł wkroczyć Bierut.
Bolesław chodził do szkoły powszechnej w Lublinie, mieszczącej się przy katedrze. Wykładano w niej po rosyjsku. Józef Dominko opisywał kolegę: "Nie pozwalał sobie, jak to często robili inni, na wybryki, pusty śmiech, lekkie traktowanie obowiązków. Solidarność - oto cecha, której wówczas nie umieliśmy ocenić, ale która z perspektywy czterdziestu kilku lat jeszcze się uwydatnia przy wspominaniu chłopca o blond włosach, nieco piegowatego, skromnego, małomównego, niezmiernie serdecznie przywiązanego do siostry Antoniny"43.
[^] Pierwsze znane zdjęcie ośmioletniego Bolesława Bieruta. 1900 rok
Antonina Miłkowska, siostra Bieruta, trafiła do Warszawy, gdzie pracowała w konspiracyjnej drukarni "Robotnika". Po wsypie wyjechała do Austrii, ale wróciła do Lublina chora na gruźlicę. "Mimo to nie zerwała kontaktu z ludźmi podziemia - pamiętał Dominko. - Emisariusze polityczni, bojowcy chętnie korzystali ze schronienia w mieszkaniu Bierutów. Widywałem ich śpiących bezpiecznie w pokoju, na rozesłanej słomie"44. Zmarła w 1917 roku.
Być może to dzięki siostrze Bolesław Bierut pierwszy raz poczuł fascynację walką o przemianę świata. Plany matki, aby został księdzem, ostatecznie obróciły się w gruzy.
W sześćdziesiątą rocznicę urodzin Bieruta ukazała się nie tylko jego hagiograficzna biografia, ale też najsłynniejsi polscy poeci opublikowali tom wierszy zadedykowany prezydentowi. Adam Ważyk napisał w swoim utworze Droga pokoleń:
Uczeń stał przed katedrą, ujął kałamarz i cisnął
nad głową nauczyciela w portret cara na ścianie...45.
Akurat te słowa odnosiły się do prawdziwych wydarzeń. W roku 1905 wybuchł strajk szkolny - uczniowie domagali się wprowadzenia polskiego jako języka wykładowego. Bolesław Bierut wspominał ten moment w swoim życiorysie: "O wybuchu strajku wiedziałem o jeden dzień wcześniej. Ustalono, że moja klasa pierwsza opuści szkołę i pójdzie za miasto. Dałem hasło do tego, rzucając kałamarz w wiszący na ścianie portret cara. Mój czyn przeciął mi karierę szkolną. Po dwóch tygodniach wróciłem do szkoły, gdzie dowiedziałem się, że za znieważenie portretu cara zostałem wraz z inicjatorami strajku usunięty ze szkoły"46.
Sam prezydent chyba nie był pewny, czy to prawda, czy zmyślenie. Trzy lata po wydaniu tej książki, podczas sesji naukowej poświęconej rewolucji 1905 roku, stwierdził: "Muszę najpierw zacząć od legend, które krążą i nawet tu były odczytywane na temat mojej roli w 1905 roku. Ja byłem dzieckiem - miałem 13 lat i żadnej roli w rewolucji nie wypełniałem"47. Potem wyjaśniał, że uczestniczył w młodzieżowej demonstracji - razem z innymi uwalniał zamkniętych przez nauczycieli na klucz kolegów. Następnie wyszli na ulice, gdzie zebrało się nawet tysiąc uczniów.
Bierut wciąż jednak ciskał kałamarzem w wydanej w 1974 roku książce Henryka Rechowicza, a w 1979 roku w tomie Władysława Ważniewskiego uparcie przewodził uczniom: "Młodzież klas czwartej i piątej upoważniła Bolesława Bieruta do oświadczenia wobec nauczyciela, że uczniowie są Polakami i nie życzą sobie nauczania w języku rosyjskim przedmiotów, które powinny być wykładane w języku polskim"48.
Nie wiadomo więc, jak było naprawdę z kałamarzem. Nie ulega jednak wątpliwości, że Bierut wówczas strajkował, za co wyrzucono go ze szkoły. Paweł Ryczek wspominał: "Strajku zaniechaliśmy dopiero wtedy, gdy wprowadzono jedną godzinę języka polskiego w tygodniu. Niestety, obaj z Bierutem zostaliśmy ze szkoły usunięci"49.
Bierut wcześnie zaczął pracować - miał wówczas trzynaście lat. Najpierw jako zwykły, niewykwalifikowany robotnik nosił wodę, wapno, cegły. W tym samym czasie uczył się w szkole rzemieślniczej. Kiedy zwolniono go z budowy, bo nadwerężył ręce, miejscowa księgarnia zatrudniła go jako gazeciarza. Nawet ta prosta czynność nabrała męczeńskiej otoczki w późniejszej propagandzie. "Nie było rzeczą łatwą dostarczać codziennie pisma dwustu prenumeratorom, wdrapywać się na niezliczone piętra"50 - opisywał Józef Kowalczyk.
Wreszcie na dłużej związał się z fachem drukarza. W 1907 roku kilka miesięcy terminował na bezpłatnej praktyce, a po niej sześć lat pracował w drukarni przy ulicy Pijarskiej. Niewielkiej i ciasnej, przerobionej ze sklepiku i mieszkania. Dniówka trwała od 8.00 do 19.00, z dwugodzinną przerwą na obiad. Awansował na zecera, potem metrampaża gazety. W 1908 roku przyjęto go do związku zawodowego drukarzy.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.