2
Jesteśmy na trzydziestym miejscu!
Cywilizacje umierają wskutek samobójstwa, nie morderstwa.
Arnold Toynbee, brytyjski historyk
My, Amerykanie, jesteśmy plemieniem patriotów i mamy skłonność do egzaltacji, gdy mowa o naszej krainie dostatku i możliwości. "Nigdy nie byliśmy narodem tych, którzy mają, i tych, którzy nie mają - oznajmił kiedyś senator Marco Rubio. - Jesteśmy narodem tych, którzy mają, i tych, którzy wkrótce będą mieli; narodem ludzi, którym się udało, i ludzi, którym się uda". Stwierdzamy z dumą: "Jesteśmy na pierwszym miejscu!", i w kategoriach ogólnej siły gospodarczej oraz militarnej jest to prawda. Pod innymi względami nasza pewność siebie okazuje się jednak złudna.
Oto brutalna prawda.
Według wskaźnika postępu społecznego opartego na badaniu przeprowadzonym przez trzech laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii i obejmującego sto czterdzieści sześć krajów, dla których istnieją rzetelne dane, Stany Zjednoczone plasują się na czterdziestym pierwszym miejscu pod względem śmiertelności dzieci1. Jesteśmy na czterdziestym szóstym miejscu pod względem dostępu do internetu, na czterdziestym czwartym pod względem dostępu do czystej wody pitnej, na pięćdziesiątym siódmym pod względem bezpieczeństwa osobistego i na trzydziestym pod względem zapisów do szkół średnich. Stwierdzenie "Jesteśmy na trzydziestym miejscu!" nie brzmi już tak dumnie. Ogólnie rzecz biorąc, zgodnie ze wskaźnikiem postępu społecznego Stany Zjednoczone znajdują się na dwudziestym szóstym miejscu pod względem dobrostanu obywateli, w tyle za wszystkimi pozostałymi członkami G7, a także za znacznie uboższymi krajami, takimi jak Portugalia i Słowenia. Co więcej, Ameryka należy do zaledwie garstki krajów, których wynik się pogorszył. "Choć wydajemy na opiekę zdrowotną więcej niż jakikolwiek inny kraj na świecie, wyniki Stanów Zjednoczonych w dziedzinie ochrony zdrowia są porównywalne z wynikami Ekwadoru, a amerykański system szkolnictwa daje wyniki zbliżone do tego w Uzbekistanie"2 - podsumowano we wskaźniku postępu społecznego w 2018 roku.
"Nasz kraj zawodzi w wielu sprawach, które uważamy za najbliższe swojemu sercu - zauważył Michael E. Porter, profesor Harwardzkiej Szkoły Biznesu oraz ekspert w dziedzinie konkurencyjności międzynarodowej, który zaprojektował wskaźnik postępu społecznego. - I sytuacja się pogarsza". Demokraci obwiniają prezydenta Trumpa, a republikanie prezydenta Obamę, lecz regres w naszym kraju trwa niezależnie od tego, kto akurat sprawuje władzę. Profesor Porter zauważa, że "rozłam w naszym społeczeństwie nie jest uwarunkowany słabością konkretnego przywódcy, lecz niezdolnością instytucji do zapewnienia przeciętnemu obywatelowi znaczącego awansu społecznego"3.
W kategoriach ludzkich "rozłam w społeczeństwie" oznacza dysfunkcjonalność, jakiej statystyki zwyczajnie nie potrafią w pełni ukazać. To rozpad, który rozbija rodziny i rozdziera tkankę społeczną. Kościoły, kluby towarzyskie i inne organizacje obywatelskie nie zapewniają takiej spójności społecznej ani pomocy jak dawniej. Rząd nie przejawia woli, by wkroczyć i wypełnić tę lukę, więc wiele dzieci cierpi niepotrzebnie, a dysfunkcje przekazuje się następnemu pokoleniu.
Molly jest naszą przyjaciółką i mieszka przy trasie autobusu numer sześć. Skończyła edukację w ósmej klasie i urodziła córkę, mając zaledwie piętnaście lat. Wtedy nie wyjawiła nikomu, kto jest ojcem dziecka, więc mówiono, że jest "puszczalska" i "bezmyślna". Wiele lat później wyznała, że jej córka, nazwijmy ją Laurie, urodziła się w wyniku gwałtu dokonanego przez ojca Molly. Jedną z pierwszych osób, którym Molly wyjawiła swój sekret, była jej matka.
"Twój tata zgwałcił też mnie. Tak pojawiłaś się na tym świecie" - usłyszała od niej. Coś takiego byłoby olbrzymim brzemieniem dla każdej rodziny. Laurie, która dorastała, wiedząc, że urodziła się w wyniku kazirodczego gwałtu, uczyła się w domu przez całą podstawówkę, a potem przez kilka miesięcy chodziła do dziewiątej klasy, lecz nie dawała sobie rady i ostatecznie zrezygnowała. Dorosła Laurie jest bystra, gra na pianinie i święci triumfy na polu golfowym, ale ma pięcioro małych dzieci z czterema różnymi mężczyznami. Łączyła nas bliska przyjaźń z dziadkiem ze strony ojca dwóch jej córek, więc spytaliśmy Molly o dziewczynki.
Molly z synem mieszka tutaj, obok trasy szkolnego autobusu numer sześć niedaleko Yamhill
Fot. Lynsey Addario
"To po prostu za dużo dzieci jak na jedną osobę" - odpowiedziała zmartwiona. Najstarszy syn Laurie został dwukrotnie wydalony z przedszkola: raz za zakłócanie spokoju, a drugi raz za to, że ukradł iPada należącego do przedszkolanki. To przygnębia Laurie, która obecnie uczy w domu pięcioro dzieci, mimo że sama ma za sobą zaledwie kilka miesięcy formalnego kształcenia. Laurie nie chciała z nami o tym rozmawiać, ale Eric Pleger, nasz wspólny przyjaciel, regularnie widuje jej dzieci, więc spytaliśmy go o tamte dwie córeczki. Pokręcił głową. "To zabrzmi okropnie, bo przecież chodzi o małe dziewczynki - odrzekł posępnie - ale suną prostą drogą do pudła".
Część historii, które opowiadamy w tej książce, wywołuje dyskomfort. Dzielimy się nimi jednak, ponieważ Amerykanie muszą sobie uświadomić nowe realia, a ponury obraz sytuacji mogą złagodzić nasze propozycje dotyczące zarówno mądrzejszej polityki, jak i indywidualnych działań filantropijnych. Serce się kraje, gdy człowiek próbuje pisać kronikę cierpienia w miejscu, które kocha. Szczególnie trudno było nam patrzeć, jak dysfunkcje w życiu starych przyjaciół powielają się w życiu ich dzieci i wnuków. Tak jednak wygląda historia znacznej części amerykańskiej klasy robotniczej. Owszem, wzrost gospodarczy pociąga za sobą zmiany, a "twórcza destrukcja" jest równie potrzebna, jak nieunikniona. Nie musi ona jednak oznaczać niszczenia rodzin na wiele pokoleń.
Przede wszystkim Ameryka niewystarczająco inwestuje w dzieci, wskutek czego ich potencjał bardzo często pozostaje niewykorzystany. Siedemdziesiąt sześć procent dorosłych przewiduje, że ich dzieciom będzie się żyło gorzej niż im samym4. The World Bank Human Capital Project szacuje, że z powodu nierówności społecznych lub mankamentów naszego systemu edukacji i ochrony zdrowia amerykańskie dziecko realizuje swoje możliwości w zaledwie siedemdziesięciu sześciu procentach. Daje to Stanom Zjednoczonym dwudzieste czwarte miejsce wśród stu pięćdziesięciu siedmiu krajów, zgodne z ich wskaźnikiem postępu społecznego. Wiele innych krajów, nawet znacznie uboższych, radzi sobie lepiej.
Wyniki osiągane w standaryzowanych testach z matematyki są dobrym prognostykiem przyszłych zarobków. Wydaje się niepokojące, że amerykańscy piętnastolatkowie w międzynarodowym teście z matematyki PISA koordynowanym przez OECD wypadają poniżej średniej dla państw wysoko rozwiniętych. Prawie jedna trzecia testowanych nie przekracza poziomu uważanego za niezbędny warunek poradzenia sobie we współczesnym świecie. Testy PISA pokazały, że jedyną dziedziną, w której amerykańscy uczniowie naprawdę górują nad innymi, jest pewność siebie. Częściej niż młodzież z innych krajów są przekonani, że doskonale opanowali materiał, nawet jeśli w rzeczywistości radzą sobie z nim gorzej.
Niewykształcone dzieci wyrastają na dorosłych z problemami i częściej umierają w młodym wieku, między innymi z powodu rozpaczy i lęku. Wiele z nich boi się przyszłości albo wątpi, że odnajdzie się w dzisiejszym społeczeństwie i gospodarce. Liczba samobójstw jest na najwyższym poziomie od II wojny światowej, a miesięcznie w Stanach Zjednoczonych więcej osób umiera z powodu opioidów i innych narkotyków niż od broni palnej czy w wypadkach samochodowych5. Co siedem minut kolejny Amerykanin umiera z powodu przedawkowania, a jedno na ośmioro amerykańskich dzieci mieszka z rodzicem cierpiącym na zaburzenia spowodowane używaniem substancji psychoaktywnych6. Doktor Daniel Ciccarone z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco, specjalizujący się w medycynie rodzinnej i lokalnej służbie zdrowia, zauważa, że nadużywanie narkotyków na taką skalę, jaką obecnie obserwujemy, jest objawem głębszej choroby. "Jeśli nie zajmiemy się źródłem cierpienia Amerykanów, to nawet gdybyśmy skonfiskowali wszystkie pigułki opioidowe, cierpienie to będzie się przejawiało pod postacią innego problemu dotyczącego społeczeństwa i zdrowia publicznego - powiedział nam. - Jeśli chcemy naprawdę zakończyć kryzys opioidowy, musimy zrozumieć podstawowe przyczyny cierpienia i bólu w Ameryce".
Anne Case i Angus Deaton, ekonomiści z Uniwersytetu w Princeton, nazywają te przypadki zgonów spowodowanych narkotykami, alkoholem i samobójstwami "śmiercią z rozpaczy". To w zasadzie dobre określenie tego, co spotkało wielu pasażerów autobusu numer sześć. Rozpacz bierze się między innymi z frustracji wywołanej utratą statusu społecznego, dobrej pracy i nadziei na przyszłość dzieci. Uważa się, że nierówności są obecnie większe niż w złotej epoce XIX wieku, a zaledwie trzech Amerykanów - Jeff Bezos, Bill Gates i Warren Buffett - posiada majątek równy majątkowi całej uboższej połowy populacji7. Senator Mark Warner, umiarkowany demokrata z Wirginii, który przed zaangażowaniem się w politykę odnosił sukcesy, inwestując na rynku telekomunikacyjnym, i pracował na kierowniczym stanowisku, ujął to bez ogródek: "Moim zdaniem współczesny amerykański kapitalizm nie działa"[4]. Ray Dalio, miliarder i założyciel Bridgewater, największego na świecie funduszu hedgingowego, zgadza się z tą opinią, mówiąc: "Jestem kapitalistą, a nawet ja uważam, że kapitalizm się zepsuł"8. Dodaje: "Problem polega na tym, że kapitaliści zazwyczaj nie wiedzą, jak dobrze podzielić ciasto, a socjaliści zazwyczaj nie wiedzą, jak sprawić, żeby to ciasto wyrosło"9.
To sceptyczne podejście do kapitalizmu podzielają zwłaszcza młodzi Amerykanie. Niedawno, bo w 2010 roku, ponad dwie trzecie osób w wieku od osiemnastu do dwudziestu dziewięciu lat miało o nim pochlebne zdanie; dziś według Instytutu Gallupa Amerykanie w tej grupie wiekowej mają lepsze zdanie o socjalizmie (pięćdziesiąt jeden procent) niż o kapitalizmie (czterdzieści pięć procent)10. Problemy są najbardziej rażące w Stanach Zjednoczonych, lecz widać je także w Wielkiej Brytanii i w mniejszym stopniu w niektórych innych krajach rozwiniętych. Martin Wolf z "Financial Times" twierdzi, że doświadczamy "kryzysu kapitalizmu demokratycznego".
Pierwszym wnioskiem płynącym z naszej podróży i z tematyki tej książki jest to, że społeczności robotnicze - w stopniu nienotowanym w bardziej uprzywilejowanych częściach Stanów Zjednoczonych - giną w oparach bezrobocia, rozpadu rodzin, narkomanii, otyłości i przedwczesnej śmierci. Ameryka stworzyła pierwsze na świecie prawdziwe społeczeństwo klasy średniej, lecz obecnie olbrzymia część Amerykanów czuje, że grozi jej wypadnięcie z tej strefy bezpieczeństwa i komfortu. Codzienne życie około stu pięćdziesięciu milionów Amerykanów jest naznaczone nieustanną obawą o to, że choroba, zwolnienie z pracy albo wypadek samochodowy obrócą ich świat w ruinę.
Jeden na siedmioro Amerykanów żyje poniżej progu ubóstwa - to znacznie większy odsetek niż w Kanadzie czy innych krajach OECD, a naukowcy szacują, że w pewnym momencie w tej sytuacji znajdzie się połowa wszystkich Amerykanów. W przeprowadzonym niedawno sondażu Rezerwy Federalnej odkryto, że prawie czterdzieści procent obywateli nie dysponuje czterystoma dolarami na nieprzewidziane wydatki, związane na przykład z awarią samochodu albo przeciekającym dachem11. Nawet nie myślą o emeryturze. Gdy wszystko inne zawodzi, sprzedają osocze - nawet dwa razy w tygodniu - za trzydzieści albo czterdzieści dolarów.
Drugim wątkiem tej książki jest to, że cierpienia amerykańskiej klasy robotniczej można było uniknąć. Odzwierciedla ono jednak dziesięciolecia błędów w polityce społecznej, a często także niepotrzebne okrucieństwo: wojnę z narkotykami, która doprowadziła do masowego zamykania ludzi w więzieniach, obojętność na utratę robotniczych miejsc pracy, niewystarczającą opiekę medyczną, przyjęcie wysoce niesprawiedliwego systemu kształcenia, ulgi podatkowe dla potentatów przemysłowych, przychylne miliarderom orzeczenia sądowe, zgodę na rosnące nierówności oraz systematyczne niedoinwestowanie dzieci i takich form pomocy społecznej jak leczenie uzależnienia od narkotyków.
Władze państwowe zbyt często stawały po stronie kapitału przeciwko pracownikom, osłabiając związki zawodowe i obniżając płace, zwłaszcza robotników niewykwalifikowanych. Gdyby federalna stawka minimalna z 1968 roku nadążała za inflacją i zdolnością produkcyjną, wynosiłaby dziś dwadzieścia dwa dolary za godzinę, a nie siedem dolarów dwadzieścia pięć centów (w wielu stanach i miejscowościach obowiązuje wyższa stawka). Prowadzi się błyskotliwe debaty na temat tego, ile powinna wynosić optymalna płaca minimalna, w jaki sposób powinna być zróżnicowana w poszczególnych częściach kraju zależnie od kosztów życia oraz w którym momencie zaczyna ona znacząco osłabiać zatrudnienie, lecz prawie każdy ekonomista specjalizujący się w rynku pracy uważa, że powinna być znacznie wyższa, niż jest obecnie na poziomie federalnym. Ponadto wiele przedsiębiorstw stosuje wobec pracowników ze stawką godzinową nieprzewidywalne grafiki pracy: niekiedy pracują oni do późna, a następnego dnia zaczynają wcześnie, co sprawia, że są niewyspani, nie mają jak zaplanować opieki nad dziećmi i wizyt lekarskich czy udziału w wywiadówkach szkolnych. W badaniu przeprowadzonym w 2019 roku stwierdzono, że przez tego rodzaju grafiki pracownicy byli jeszcze bardziej niezadowoleni i zestresowani niż przez niskie zarobki, a często jest to przecież niepotrzebne i nieludzkie12.
Bezwzględność i niekiedy wręcz podłość zakradły się do amerykańskiej polityki, zakorzenionej w błędnym przekonaniu, że ci, którzy borykają się z bezrobociem, brakiem pieniędzy, narkotykami i bałaganem w życiu, są w gruncie rzeczy słabi, zagrożeni niesamodzielnością i potrzebują surowego traktowania. W czasie wielkiej recesji w latach 2008-2009 i jej następstw rząd ratował banki z Wall Street, lecz zatwierdził nieskuteczne formy pomocy, przez które miliony osób straciły pracę. Bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości odzwierciedlała niebywałą chciwość i poziom korupcji wśród pracowników umysłowych, a cenę za nie zapłaciło dziesięć milionów rodzin, które straciły domy.
Trzeci wątek, którym zajmujemy się w tej książce, daje więcej nadziei: wyzwaniom można sprostać, ponieważ możemy przyjąć postawę cechującą się zarówno współczuciem, jak i skutecznością. Choć magiczne różdżki nie istnieją, przedstawimy zarys programu mogącego złagodzić negatywne skutki ubóstwa i zapewnić wsparcie rodzinom borykającym się z problemami. Według Jamesa Heckmana, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, strategie przeciwdziałające wykluczeniu społecznemu, jeśli obejmą zagrożone nim osoby już w najmłodszych latach, zwracają się siedmiokrotnie pod postacią zmniejszonych wydatków na zakłady poprawcze dla młodzieży, edukację specjalną i pilnowanie porządku publicznego. Programy mające pomagać nastolatkom z niezamożnych domów w planowaniu rodziny także zwracają się po wielokroć, ponieważ wkładka wewnątrzmaciczna stanowi jedną piętnastą kosztu porodu pokrywanego przez Medicaid[5]. Takie inicjatywy jak odliczenie od podatku dochodowego (EITC)[6] pokrywają większość generowanych przez siebie kosztów, a przy tym mobilizują ludzi do wejścia na rynek pracy, gdzie stają się podatnikami.
Jako obywatele powinniśmy także wywierać nacisk na wszystkich polityków, zarówno demokratów, jak i republikanów - chodzi bowiem o Amerykanów, a zbyt wielu naszych przedstawicieli wyłanianych w wyborach nie podeszło poważnie do pogłębiającego się kryzysu humanitarnego w naszym kraju. Zdarzają się przypadki zaniedbywania obowiązków przez polityków obu partii. To apel o bardziej odpowiedzialne, empatyczne i oparte na dowodach podejście do rządzenia.
Aby wypracować mądrzejszą politykę, musimy się wznieść ponad zwyczajowy dyskurs skupiony wyłącznie na osobistej odpowiedzialności i na gadaniu o tym, że trzeba się wyciągać z kłopotów za własne cholewki. Mądrzejsza polityka wymaga od naszego kraju zrozumienia systemowych przyczyn, dla których ludzie zostają w tyle, dogłębnego pojmowania tego, jak wiele dzieci dorasta bez szans na dobrą przyszłość. Owszem, popełniają błędy, ale niekiedy zawodzimy je, zanim one zawiodą nas. Zachowania autodestrukcyjne są równie realne jak choroby autoimmunologiczne, lecz i jedne, i drugie można leczyć. Dążmy do zrozumienia, empatii i gotowości do pomocy, zamiast wytykać palcem.
Moc empatii bywa ogromna. Weźmy Mary Daly, dziewczynę, która dorastała w miasteczku niedaleko Saint Louis i była dość dobrą uczennicą. Potem jednak jej ojciec stracił pracę na poczcie, rodzice zaczęli się kłócić i w końcu się rozwiedli, a Mary nie potrafiła się skupić na lekcjach. W wieku piętnastu lat rzuciła szkołę, wprowadziła się do przyjaciół i zatrudniła w sklepie z pączkami należącym do jej babci i dziadka. Chciała zostać kierowcą autobusu. Szkolny doradca zawodowy wspomniał o niej Betsy Bane, nauczycielce w miejscowym college'u, a ta namówiła Mary do ukończenia szkoły średniej. W wieku siedemnastu lat dziewczyna uzyskała średnie wykształcenie, osiągając najlepszy wynik, mimo że nie poświęcała nauce wiele czasu. Bane zaczęła ją namawiać, żeby poszła do college'u. Mary nigdy nie myślała o studiach i powiedziała, że nie stać jej na czesne, lecz Bane zaproponowała, że sama zapłaci za pierwszy semestr.
Na Uniwersytecie Missouri Mary Daly natychmiast zaczęła odnosić sukcesy i w 1985 roku zdobyła dyplom z ekonomii, a następnie obroniła magisterium i doktorat. Po habilitacji w 1996 roku została badaczką w Systemie Rezerwy Federalnej, gdzie jej mentorką była Janet Yellen, także ekonomistka. Daly pięła się w górę, często skupiając się na nierównościach społecznych, i w 2018 roku objęła stanowisko prezeski Banku Rezerwy Federalnej w San Francisco. Jak to ujęła Heather Long z "The Washington Post", jest w tej roli "jedną z najbardziej wpływowych osób kształtujących politykę gospodarczą Stanów Zjednoczonych"13. Daly ufundowała stypendium na Uniwersytecie Missouri, by oddać cześć Bane, która z kolei twierdzi, że wiele takich perełek pozostaje niezauważonych.
Gdy przez Stany Zjednoczone przesączał się ból, w Yamhill jak w soczewce skupiły się problemy amerykańskiej klasy robotniczej. W ciągu roku w małym miejscowym liceum dwoje uczniów popełniło samobójstwo: chłopak powiesił się w domu, a dziewczyna zastrzeliła się w samochodzie na szkolnym parkingu. Syn następcy Nicka na stanowisku przewodniczącego samorządu, podziwiany i uwielbiany przez wszystkich, zmarł wskutek przedawkowania narkotyków.
Stacy Mitchell, jedna z koleżanek z klasy Nicka, energiczna cheerleaderka i zawodniczka licealnej drużyny siatkarskiej, zmagała się z alkoholizmem i w końcu straciła dach nad głową. Zamieszkała w namiocie i pewnej mroźnej zimowej nocy zamarzła. Miała czterdzieści osiem lat. Myśl, że lubiana dziewczyna z rodziny, która zapuściła w tym miasteczku głębokie korzenie, mogła zamarznąć jako osoba bezdomna, była druzgocąca. Tej nocy umarła nie tylko Stacy; coś zginęło także w nas wszystkich.
Mnóstwo dzieci z Yamhill uniknęło tragicznego losu i poradziło sobie doskonale - później zgłębimy historie niektórych z nich. Z problemami borykali się jednak nie tylko ci, którzy rzucili szkołę. W wyścigu o miano najlepszego ucznia w liceum rywalizowała z Nickiem Donna King, wyjątkowo bystra dziewczyna, której ojciec był kierowcą ciężarówki zatrudnionym przez hrabstwo. Donna i Nick szli łeb w łeb, a potem Donna zaszła w ciążę. Wyjaśniła nam, że wiedziała o istnieniu okręgowej placówki na rzecz planowania rodziny, lecz słyszała, że jej pracownicy nie potrafią dochować tajemnicy zawodowej i że gdyby poprosiła o środki antykoncepcyjne, mogłoby to dotrzeć do jej ojca i wywołać skandal w rodzinie. Ciąża też wywołała skandal. Donna wyszła za swojego chłopaka Marvina i zdołała ukończyć szkołę dzięki samodyscyplinie i intelektowi. Ani ona, ani Marvin nie poszli do college'u, po części ze względu na dziecko, a po części z powodu związanych z tym kosztów, lecz są inteligentni, ciężko pracują, przestrzegają prawa i nigdy nie nadużywali narkotyków. Mimo to nie było im łatwo. Marvin pracował w fabryce przyczep, dopóki jej nie zamknięto. Potem zatrudnił się jako drwal, lecz doznał urazu kręgosłupa. Niedawno się przebranżowił i został zawodowym informatykiem. Pracuje dla Nike. Donna również pracowała w wielu miejscach: w biurze podatkowym, hotelu i dla Amwaya. Przeważnie zarabia na życie, sprzątając w cudzych domach.
Donnie udało się stworzyć wspaniałą, silną rodzinę, z której jest dumna - i ma ku temu powody. Gdyby jednak dorastała w zamożnym nowojorskim domu albo będąc nastolatką, otrzymała pomoc w zakresie planowania rodziny, mogłaby zostać lekarką. To nie zdolności Donny stanowiły problem, lecz ograniczone możliwości klasowe.
Czasami ma się chęć przeciwstawiać cierpienie białej klasy robotniczej cierpieniu Afroamerykanów albo członków innych grup mniejszościowych. To błąd. Polityka rządu nie przysłużyła się klasie robotniczej w ogóle, bez względu na kolor skóry jej przedstawicieli, i potrzebujemy solidarności, a nie konfliktu wśród tych, których tak bardzo się pomija. Wyzwania, przed jakimi stała Donna w białej społeczności wiejskiej, nie różnią się aż tak bardzo od tych, z jakimi mierzą się bystre czarnoskóre dzieci robotników w miastach całego kraju. "The Boston Globe" odnalazł dziewięćdziesiąt trzy osoby, które ukończyły szkoły z najlepszym wynikiem i pojawiły się na łamach tej gazety w latach 2005-2007 w serii zatytułowanej "Faces of Excellence"14. Były to pracowite, inteligentne dzieciaki prześcigające rówieśników, przeważnie kolorowe, i prawie jedna czwarta z nich chciała zostać lekarzami. Nikt z tego grona nie spełnił jednak swojego marzenia, a jednej czwartej nie udało się zdobyć tytułu licencjata w ciągu sześciu lat. Czworo straciło dach nad głową, jedna osoba trafiła do więzienia, jedna zmarła. "Globe" nazwał to "epidemią niewykorzystanego potencjału", co wydaje się słusznym określeniem bez względu na to, czy mowa o czarnych dzielnicach Bostonu czy o oregońskich wsiach, w których dominują biali - nie wspominając o latynoskich częściach Teksasu czy o obszarach na zachodzie zamieszkanych przez rdzennych Amerykanów.
Niektórzy zakładają, że poważne trudności napotykają wyłącznie ludzie z najniższego szczebla drabiny społecznej, ale to nieprawda. Tkanka gospodarcza i społeczna w niemal całym kraju uległa zniszczeniu i wszyscy płacą za to wysoką cenę. Biały Dom szacuje, że epidemia opioidowa kosztuje Stany Zjednoczone pół biliona dolarów rocznie - to więcej niż cztery tysiące dolarów na gospodarstwo domowe.
Jednym z mechanizmów, za których pośrednictwem ból przenika z dolnych warstw społecznych do całego narodu, jest system polityczny. Około sześćdziesięciu milionów Amerykanów mieszka na wsiach, które zmagają się z trudnościami. Nic więc dziwnego, że ci ludzie cierpią i czują frustrację. System polityczny Stanów Zjednoczonych daje im jednak nieproporcjonalnie wielki wpływ na politykę. Ich głos ma szczególną wagę w senacie, gdzie każdy stan reprezentuje dwoje senatorów, przez co wyborca z Wyoming ma sześćdziesiąt osiem razy większy wpływ na wybór senatora niż wyborca z Kalifornii[7]. To wpisane w funkcjonowanie senatu i Kolegium Elektorów uprzywilejowanie małych rolniczych stanów nadal będzie dawało tamtejszym wyborcom ogromny wpływ na najbliższą przyszłość, a wiejskie obszary Ameryki od dziesięcioleci doświadczają kryzysu gospodarczego i niepokojów społecznych wywołujących wśród wyborców złość i rozczarowanie. Łatwo zobaczyć konsekwencje polityczne takiej sytuacji: Amerykanie z klasy robotniczej przyczynili się do zwycięstwa Donalda Trumpa. Powody, dla których go poparli, były skomplikowane i obejmowały niekiedy ksenofobię, rasizm oraz seksizm, lecz około ośmiu milionów tych wyborców poparło Baracka Obamę w 2012 roku15. Ich głosy oddane na Trumpa były krzykiem rozpaczy, ponieważ czuli się zapomniani, zaniedbani i pogardzani przez klasę polityczną.
Po objęciu urzędu Trump potraktował jednak chłodno swoich wyborców z klasy robotniczej. Składał obietnice bez pokrycia dotyczące miejsc pracy w kopalniach i przemyśle produkcyjnym, lecz nie podjął żadnych znaczących działań, by pomóc robotnikom, przeciwnie - ograniczył zakres ustawy o przystępnej opiece zdrowotnej. Była to kolejna scena długiego dramatu o tym, jak politycy zdradzili amerykańską klasę robotniczą.
Wielu krytyków ubolewa nad indolencją, brakiem odpowiedzialności i autodestrukcyjnymi zachowaniami klasy robotniczej. "National Review" w 2016 roku wzywało do "uczciwego spojrzenia na życie z zasiłku, uzależnienie od narkotyków i alkoholu oraz na anarchię rodzinną - czyli na płodzenie potomstwa z całą przezornością i mądrością bezpańskiego psa"16, a na koniec stwierdziło, że "biały amerykański margines społeczny jest niewolnikiem zepsutej, samolubnej kultury wytwarzającej przede wszystkim nieszczęście i zużyte igły do wstrzykiwania heroiny". To prawda, że zbyt wielu uczniów z klasy robotniczej przestaje chodzić do liceów, a potem ma dzieci z przygodnych związków, i że jest to prosta droga do ubóstwa. Ron Haskins i Isabel Sawhill z Instytutu Brookingsa zaobserwowali, że wśród ludzi przestrzegających trzech tradycyjnych zasad - skończenie szkoły średniej, zdobycie pracy na pełny etat i ślub przed urodzeniem dzieci - jedynie dwa procent żyje w ubóstwie. Przestrzegając tych reguł gry, zwanych przepisem na sukces, można zatem w zasadzie uniknąć biedy. Dla porównania w ubóstwie żyje siedemdziesiąt dziewięć procent osób nieprzestrzegających żadnej z tych zasad. Jedna czwarta dziewczyn wciąż zachodzi w ciążę przed ukończeniem dziewiętnastego roku życia, więc najwyraźniej nastolatki obu płci rzeczywiście mają skłonność do nieodpowiedzialnych zachowań.
Brak odpowiedzialności nie jest jednak wyłącznie ich domeną. Amerykańska młodzież uprawia seks równie często jak młodzież europejska, lecz Europejki zachodzą w ciążę trzykrotnie rzadziej - ponieważ ich kraje oferują znacznie lepszą kompleksową edukację seksualną i łatwiejszy dostęp do skutecznych form antykoncepcji. Zatem owszem, rodzenie dzieci przez nastolatki odzwierciedla ich indywidualny brak odpowiedzialności, lecz także brak odpowiedzialności ze strony całego społeczeństwa. Jeśli zamierzamy obwiniać młodzież, powinniśmy też przyznać, że marnie się spisaliśmy, zaniedbując tworzenie systemów wsparcia, aby nastolatki przechodzące burzę hormonów nie niszczyły sobie przyszłości - nie wspominając o przyszłości ich dzieci.
Ta dzisiejsza erozja społeczna i związane z nią obniżanie się średniej długości życia w Stanach Zjednoczonych przypomina nam sytuację w innym państwie: w Związku Radzieckim. W latach osiemdziesiątych ZSRR wciąż był supermocarstwem mającym program kosmiczny, wspaniałe orkiestry i opery oraz imponujące osiągnięcia naukowe, szczególnie matematyczne. Mógł wysadzić w powietrze całą planetę. Z łatwością olśniewał turystów zwiedzających Ermitaż w Leningradzie albo plac Czerwony w Moskwie. To wszystko wznosiło się jednak na gospodarczym i społecznym fundamencie, który coraz bardziej pękał z powodu katastrofalnych w skutkach decyzji politycznych.
W kraju szerzyły się alkoholizm i niezadowolenie. Mężczyźni sięgali po wódkę przed południem i znikali w oparach alkoholu, nim nastało popołudnie. W fabrykach mawiało się: oni udają, że nam płacą, a my udajemy, że pracujemy. Sowieccy urzędnicy wiedzieli o głębokich i złożonych problemach społecznych i gospodarczych, ale woleli ignorować pijaństwo, narkotyki i nieobecność w pracy, przekonani, że to nie wpłynie na politykę centralną. Zaprzestali za to publikowania danych dotyczących śmiertelności.
Gdy już nie dało się uciec od problemu nadużywania środków odurzających, sekretarz generalny Michaił Gorbaczow wypowiedział wojnę pijaństwu i zamknął sklepy monopolowe, uznając alkoholizm za problem moralny związany ze słabością charakteru i brakiem odpowiedzialności. Tak naprawdę alkoholizm i narkotyki były jednak objawami znacznie głębszych problemów strukturalnych oraz takich błędów politycznych jak kolektywizacja rolnictwa, dysfunkcyjna gospodarka nakazowa i inwazja na Afganistan. Błędy te sięgały wiele dziesięcioleci wstecz i nie można było ich dłużej tuszować. Nadzieje się rozwiały. Gdy w Związku Radzieckim spadła średnia długość życia, tak jak obecnie dzieje się w Stanach Zjednoczonych, była to oznaka problemów systemowych, jakich nie mogła dłużej zasłaniać patriotyczna retoryka. Powinno to było zadziałać jak dzwonek alarmowy, tak samo jak spadająca średnia długość życia w Stanach Zjednoczonych powinna być sygnałem alarmowym dla nas.