Białe płatki, złoty środek. Historie rodzinne - Paweł Piotr Reszka

Kup ebooka

34.99 zł
31.49 zł (31,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
TRUSKAWKI

Gdy patrzę na jego zdjęcie, czuję ukłucie w sercu, bo podobny jest strasznie do moich chłopaków. Wykapany nasz. Napisałam do niego list, dostanie go, gdy będzie miał osiemnaście lat. Napisałam, że jest nas dużo, że miałby tu trudne dzieciństwo. I jeszcze, że go kochałam, że nie chciałam go oddać, ale musiałam.

W internecie wchodziłam na różne strony o adopcji ze wskazaniem. I tak trafiłam na Monikę i Marka. Nauczycielka i urzędnik. Ludzie usytuowani. Napisałam do nich na pocztę. Mieliśmy wtedy laptop za stypendium socjalne z gminy, ale chłopaki nadepnęli na niego, jak leżał na podłodze, i przestał działać. Ale zdążyłam wysłać im numer, Monika zadzwoniła. Pieniążków nie dawali, tylko jak szłam do lekarza. Zabrali mi go zaraz po porodzie, bym nie mogła się przyzwyczaić.

Oglądam, jak dorasta. Monika wysyła mi zdjęcia, jesteśmy znajomymi na Facebooku, oglądam synka (teraz mamy komputer z "innowacyjnej gospodarki", dostaliśmy z gminy).

Widać po zdjęciach, że Tomeczkowi nic nie brakuje. Moje dzieci nie mają tyle zabawek co on. Na przykład nie dostają wielkiego traktorka na akumulator, co on dostał na trzecie urodziny. Wiem, że zrobiłam dobrze, oddając go.

Do czwartego miesiąca brzucha nie było widać i miałam okres przez cały czas. Także ta ciąża to był szok. A mąż: - Znowu?!

Ja mu na to, że sama sobie nie zrobiłam.

Niby w żartach mówi, że mam kochanka w mieście. Stąd tyle dzieci. Ale czasami mam wrażenie, że naprawdę tak uważa. Uważa też, że żona jest od tego, żeby sprzątać, prać i dawać można sobie wyobrazić czego.

Nie powiem, żeby to były gwałty, raczej takie zmuszanie do seksu. Mówił, że to małżeńskie przywileje.

*

Po pierwszym dziecku skończyły się truskawki.

Jak on się o mnie starał. Miałam dziewiętnaście lat, uczyłam się w Lublinie, w zawodówce, na kierunku kasjer sprzedawca. Koleżanka mnie zaprosiła do siebie, pojechałam i akurat przyszedł on, zagadać, czy na dyskotekę pójdzie. I tak się zaczęło. Głupota młodzieńcza, jak to się mówi. Urodziłam się w mieście, ale wieś mi nie przeszkadzała, jeździłam do babci pomagać w żniwa.

Przy nim czułam, że mogę mieć wszystko. Robił w polu, a potem przyjeżdżał do mnie pod szkołę. Jak miałam zachciankę, proszę bardzo. Truskawki w okresie zimowym potrafił mi znaleźć. Kupował na targu, te zagraniczne. W smaku paskudne. Ale dla mnie wtedy to nie miało znaczenia. Czułam się ważna. I zaczęło się życie.

Gdzieś po piątym dziecku oziębiło się zupełnie.

Zdążyłam się przyzwyczaić. Córka jest w szpitalu, ma chory kręgosłup. Założyli jej gorset, na zabiegi jeździ. Miałam ją odwiedzić wczoraj. Chciałam, żeby mąż dał choć parę złotych, a to na napój dla niej, a to na coś słodkiego. Ale u niego nie ma słowa "daj". Trzeba mówić: "Pożycz". Nie pożyczył, nie pojechałam. Syn na szczęście wziął zaliczkę z pracy, pojadę jutro.

Bo u nas jest taki tryb, że skoro mąż zarabia, to są jego pieniądze. Mąż trzyma świnie. Obecnie ma ich trzydzieści dwie, z czego trzy maciory. W zimie jeździ do lasu na miotły. Jedna sztuka złoty siedemdziesiąt. Tnie gałązki z brzózek, a potem robi z tego miotłę. Dziennie nawet stówę można zarobić. Po wsiach taki facet je skupuje.

Mąż zawsze ma przy sobie dwa tysiące. W kieszeni na piersi, w portfelu. Dwa lata temu zgubił go w lesie. Siedział w kuchni i pił nalewkę z gwinta. Przeraziłam się: - Co się stało?! - Daj mi spokój, nie rusz mnie - odpowiedział. - Portfel zgubiłem.

Bardzo rzadko się upija, wtedy mu się zdarzyło. Na drugi dzień chłopaki zamiast do szkoły pojechali do lasu szukać portfela. Nigdy wcześniej nie widziałam, by coś go tak ruszyło.

Teraz był ślub syna, można powiedzieć, że sama go sfinansowałam, wzięłam kredyt w Bocianie. Będę go spłacała. Mąż pożyczył synowi na wódkę.

On uważa, że utrzymanie domu to moja sprawa. Dokłada na święta na przykład, kiedy chce, żeby mu "bałagan", czyli taką sałatkę warzywną, zrobić. Ale poza tym to prawie nic.

Chodzę do opieki. Lepiej zaświecić oczami, niż żyć w nędzy i liczyć na męża. Biorę rodzinne, czasem zasiłek celowy, zapomogę. Jest tego jakieś trzy tysiące.

Są tacy sąsiedzi, co myślą, że jak dzieci dużo, to i zasiłek duży, więc powodzi nam się nie wiadomo jak. A tu codziennie trzeba kupić osiem bochenków chleba, kilogram mortadeli czy innej wędliny, parówek, żeby każdy się najadł, dwa kilo, tylko na obiad cztery kilo kartofli trzeba obrać. Ubrania kupuję w ciuchlandzie. Żyje się z dnia na dzień. Z mężem już się nawet nie kłócimy, wystarczy złe słowo i kilka dni milczenia. Starsze dzieci mnie wspierają, on w tej rodzinie jest sam.

Gdzieś przy dziesiątym dziecku zaczęłam się czuć jak jedna z jego macior. Rozmnaża je, rozmnaża i mnie. Chlew stoi na podwórku, dom też jak chlew. Wodę dopiero w tamtym roku doprowadziliśmy. Wcześniej trzeba było z zewnątrz przynosić.

Po co woda, dziwił się.

Łazienka jest wylana, ale na razie nic tam nie ma.

(Starszy syn: - Teraz po wypłacie mam zamiar kupić płytki. Bo ulubione wyrażenie ojca to "z czasem". Więc sam pan rozumie).

Do tej pory prałam na dworze, tam pralka była ustawiona. A zimą wnosiło się ją do sieni. Płukałam w zimnej wodzie. Teraz kupiłam używaną, stoi w kuchni. Dla niego problemem jest, gdy dwa razy dziennie się pierze. - No gdzież tyle wody pójdzie.

Powiedział panu, że telewizor nowy jest? To też z wypłaty syna. Jego zajmuje, żeby kupić nową klatkę dla świni albo coś do traktora. Taki charakter ma po prostu.

Troje dzieci jest nieochrzczonych. Sto złotych to kosztuje, to ja już wolę na jedzenie dać. Był taki ksiądz w sąsiedniej parafii, wszystkich chrzcił, i to za darmo, ale poszła złośliwa plotka, że on toby nawet psa i kota ochrzcił, i już tego nie robi. W tamtym roku już miałam ich ochrzcić, ale że poszłam do szpitala z sobą na nerki, więc nie miałam jak.

Gdzieś po dwunastym dziecku zaczęły się problemy z pomocą społeczną. Że Jarek nie chodzi do szkoły, dostał kuratora. Panie z opieki miały pretensje też, że nie sprzątam.

Ale pan zobaczy, jak wygląda dzień męża. Teraz w domu została dziesiątka dzieci. Wstajemy o piątej. On ma tak: dać świniom, przyjść na śniadanie i pójść do roboty. A ja mam tak: rozpalić, nagrzać wody w tym dużym garnku, do mycia. Umyć młodsze dzieci, ubrać, dać śniadanie, naszykować do szkoły, autobus jest o szóstej pięćdziesiąt. Wtedy mogę myśleć, żeby coś sprzątnąć i zacząć robić obiad. A kiedy się miało jeszcze brzuch cały czas, to szkoda gadać nawet. Jak mnie bolą nerki, bo mam kamienie, potrafię nie spać całą noc. Ostatnio na przykład przyniosłam kartofli z piwnicy i zaczęłam na zaś obierać.

Oto nasza rodzina:

Agnieszka, dwadzieścia cztery lata, ma swoją rodzinę już, po technikum hotelarskim, miała wyjechać do Anglii do pracy w hotelu, ale zaszła w ciążę i została, mąż docieplenia robi, mają dwoje dzieci.

Piotrek, dwadzieścia trzy lata, pracuje w ciesielce, wykształcenie podstawowe, mieszka u żony.

Jarek, dwadzieścia jeden lat, pracuje dorywczo przy ciesielce, wykształcenie podstawowe.

Ania, dwadzieścia lat, uczy się w technikum hotelarskim, zdaje maturę w tym roku, z jej planami nie wiadomo, jak jest, mieszka z chłopakiem, który chce stawiać kurnik, być może osiądzie na gospodarce.

Kacper, dziewiętnaście lat, skończył zawodówkę, mechanik, ale pracuje w wykończeniówkach - tynki. Lubi też dłubać w samochodach.

Michał, osiemnaście lat, uczy się w gimnazjum i wylewa posadzki, wiąże z tym swoją przyszłość.

Ola, siedemnaście lat, gimnazjum, powtarza klasę przez ten szpital i chory kręgosłup. Jeszcze nie wie, co by chciała robić, ale chętnie poszłaby na kucharkę.

Kewin, piętnaście lat, gimnazjum, zawzięty gospodarz, lubi robić wszystko związane z traktorem, zna się na nim jak mało kto (na pomysł imienia wpadł mąż, bo wtedy akurat leciał w telewizji "Tańczący z Wilkami" z Kevinem Costnerem w roli głównej. Chodziło o imię takie nieoklepane właśnie).

Mateusz, jedenaście lat, podstawówka, jak dorośnie, chciałby jeździć traktorami. Zdolny mechanik, rower sam rozbierze i naprawi.

Krzyś, dziewięć lat, podstawówka, lubi traktory, szybko liczy, mówi, że chce być rolnikiem.

Jakub, osiem lat, podstawówka, uczy się nieźle, uwielbia klocki.

Karol, siedem lat, podstawówka, ładnie maluje kolorowanki.

Natalia, sześć lat, podstawówka, ma dobrą pamięć, puzzle z pięćdziesięciu elementów w pięć minut ułoży.

Tomek, trzy lata, na ostatnie urodziny dostał wielki traktorek, w nowej rodzinie jest mu dobrze.

Ludzie surowiej oceniają kobiety, mężczyzn lżej. Może dlatego, że kobieta nad wszystkim powinna panować. A mężczyzna to taka bardziej podpora, ale w naszej rodzinie tego nie ma. Jak coś nie tak z dzieckiem, to zawsze najpierw wina matki. Boli mnie bardzo, że nasze uczyć się nie chcą.

*

Urzędniczki z opieki społecznej:

- Dajemy dużo rzeczy w naturze, bo ona tylko gazety kolorowe by kupowała. Mąż mówi, że tylko komórka i internet ją interesuje.

- A on taki zaradny, przy dachach dodatkowo oprócz świń robi.

- Miesięcznie około trzech tysięcy potrafi wyciągnąć. Nie daje na rodzinę? Może ją ogranicza, bo gospodarzyć nie potrafi.

- Do gadania to pierwsza.

- To prawda, mąż nie angażuje się w sprawy wychowawcze, mało rozmawia z dziećmi, ale może po prostu ma takie starodawne podejście.

- Katechetka miała przez nią kupę nieprzyjemności, że te dzieci były nieochrzczone. A potem to już nawet ksiądz mówił, że bez pieniędzy ochrzci.

- Dzieci się nie myją i brudne idą spać.

- Dla niej pomoc społeczna to sposób na życie.

- Asystent rodzinny kazał jej zacząć malować ściany w izbie chociaż po kawałku, to pomalowała, kawałek. Dlaczego mężowi nie? To by trzeba już asystenta pytać.

- Wodę im założyliśmy. Gospodarka komunalna wzięła i zrobiła. Bo jeżeli tylko by liczyć na nią, to ona nigdy by tego nie zrobiła.

- Ona najchętniej toby rodziła i sprzedawała, ale nie może. Za to ostatnie na pewno wzięła duże pieniądze.

- Jedno dziecko przehandlowała, a dwoje oddała.

*

Po jedenastym dziecku straciłam pamięć.

Znowu zaszłam w ciążę. Jak zwykle. Męża nic nie obchodziło.

W szpitalu doktor powiedział, że mogę oddać. Oddałam, wiedziałam, że jak ono zostanie w domu, będzie ciężko. Chłopczyk. A potem nagle znowu zaszłam w ciążę. Znowu oddałam. Dziewczynka. Nawet ich nie widziałam, nie wiem, jak mają na imię. Wstydzę się tego. Wymazałam ich z pamięci (płacz).

*

Mówi on: - Czy z dużą rodziną ciężko? E tam ciężko. Wychowałem się w dużej rodzinie i tak mi już zostało. Pomoc społeczna? Żonka coś tam działa, coś tam jej dadzą. Ja tam nie chcę od nikogo nic. Prosił nie będę. No ludzie, ja? Tu, w wiosce, każdy liczy na siebie. Do sąsiadów się nie chodzi. Kiedyś jeden ciągnik był we wsi, pożyczało się, kontakt był większy. Teraz ciągnik ma każdy. Ja nikogo o nic nie proszę. Jeszcze ludziom kasę pożyczam. Jeden to mi wisi trzysta, drugi pięćset. Kasy to u mnie jest. Mam tyle, co mi trza. A nie tak, że jak mówią, dzieci masz dużo, nie masz nic. Plazmę mamy trzydzieści dwa cale. Na święta bije się świnię, mamy swoją wędzarkę, kiełbas się narobi. Aby tylko roboty było.

- Co by pan powiedział ludziom, którzy uważają, że ich nie stać na dziecko?

- E tam, nie mamy o czym gadać.

*

Po szesnastym dziecku powiedziałam "dość". Szesnaste to właśnie Tomek. Mam go tylko na zdjęciach w internecie. Od czasu, gdy się urodził, już nie uprawiamy seksu z mężem. Trzy lata.

Mąż zawsze był tego zdania, że to ja powinnam się zabezpieczać. Brałam kiedyś tabletki, zaczęłam po którymś tam dziecku, ale nie działały, organizm rozregulowany. Prezerwatyw nie chciał używać, bo mówił, że to jak w rękawiczce. Brałam zastrzyki, żeby nie zajść w ciążę. Ale przestałam. Nie dopuszczam go do siebie. Ma o to pretensje. Wstaje czasem w nocy, że niby wody się napić, przychodzi do pokoju, gdzie śpię z najmniejszymi dziećmi, i pyta, czy przyjdę do niego. Ja twardo, że nie. Tam zresztą, w jego izbie, też dzieci śpią. Zawsze było to takie upokarzające dla mnie, że przy nich musimy to robić. Nic nie usłyszą, mówił. Ale już do niego nie chodzę. Nie zmusi mnie.

Marzenie? Mam takie jedno. W sierpniu będzie dwudziesta piąta rocznica ślubu. Srebrne gody. Marzę o tym, by mój mąż gdzieś mnie zaprosił. Ale boję się, że on nie pamięta dokładnie daty naszego ślubu. Wie, że urodziłam się w czerwcu. Ale którego dnia to już nie. A on na każde imieniny czy urodziny dostaje jakiś drobny upominek. Ostatnio miał kupione do golenia z Avonu. Zamówiłam mu. A w czerwcu na urodziny dostał perfumy Blue. Pewnie nawet nie zwrócił uwagi, psika się najwyżej przed weselem.

Ostatni raz był dla mnie czuły, jak leżałam w szpitalu na nerki. Przyjechał i zapytał, jak się czuję. Dał mi buziaka. Pierwszy raz od trzech lat. Bo wcześniej pocałował mnie na weselu córki. Choć to było trochę wymuszone, bo orkiestra grała takie przygrywki, że państwo młodzi się całują, potem drużbowie i potem rodzice. Zrobiło mi się wtedy przyjemnie. Poczułam się jak kiedyś, jak byłam młoda i kupował mi truskawki.

Kocham go cały czas, mimo wszystko, ale to już jest kwestia przyzwyczajenia. Te uczucia, które były wcześniej, dalej są. Niestety, nie udało się ich zabić. Gdyby człowiek je zabił, inaczej by patrzył na życie. Lepiej może, zresztą nieważne.

 

2015

 
 
ROZGRYWKI TAKTYCZNE

Zbigniew, kierowca PKS: - Że z tego dziecko będzie, pojęcia nie miałem. To kobieta powinna smyśleć.

Mariusz, lakiernik: - Ciąży nie zauważyłem, to przez jej budowę ciała.

Mikołaj, uczeń: - Pan Bóg tak chciał, potrzebował naszego aniołka u siebie.

SYN ZBIGNIEWA

Czuję się jej ofiarą, to ona sama mnie do tego skłoniła. Winy swojej żadnej tu nie widzę. Znałem ją wcześniej jako pasażerkę. Bywało, że i dwa razy dziennie jeździłem przez jej miejscowość. Woziłem ją, jeszcze jak do szkoły chodziła. Ja wiem, że przed prokuratorem zeznałem, że na trzeźwo bym jej na pewno nie dotknął, bo brzydka i brudna. Ale jak się ubrała, to nie była taka brzydka. A wtedy jakoś tak się odpierniczyła, bo na egzaminy w szkole jechała.

Znali ją wszyscy kierowcy PKS. "O, laska", po cichu śmiali się na jej widok. "Jak ktoś chce, to może z nią iść". Ona bardzo interesowała się komunikacją. Wiedziała, gdzie który jeździ, na pamięć znała trasy. Chwaliła się, że prawo jazdy zrobi i też będzie kierowcą. Ale nie zrobiła, gdzie tam. Gdy wsiadała, to lubiła zagadać: "Cześć, kolego, co słychać, jak tam na trasie, co tam w pekaesie". Jak tylko było wolne miejsce, to siadała z przodu. Obok kierowcy właśnie. I tak męczyła tym gadaniem, że nie raz się prosiło, by do tyłu przeszła. To było w jesieni. Pamiętam, że ciężarowe buraki woziły. Wiadomo, jak buraczarze jeżdżą, to jest trudniej na drogach. Dojechałem do Lublina, pasażerowie wysiedli. Jadłem kanapkę i liczyłem utarg. Nagle podeszła ona. Zapytała, co słychać. Ja jej na to: wszystko w porządku, bo co tam może być słychać. A ona do mnie: może byśmy się trochę pokochali? I że dzięki temu będzie miała szczęście na egzaminach.

Odparłem, że mam dzieci, żonaty jestem i co ona sobie myśli. Miałem wtedy ponad pięćdziesiąt lat, ona jakieś dwadzieścia. Do tej pory nie wiem, dlaczego mnie wybrała. Ani ja brzydki, ani przystojny. Średni. Powiedziałem jej jeszcze, że za chwilę jadę na główny dworzec, bo mam trasę. Ona - czy by się mogła zabrać. Bo będzie miała bliżej do szkoły. Czemu nie? I tak pusty jadę. Powiedziała, że wysiądzie pod sklepem Gala. Zatrzymałem się w zatoce przystankowej, na tył poleciała. Myślałem, że do drzwi. Poszedłem za nią, patrzę, a ta już roznegliżowana na siedzeniu leży. Uległem. Jak to mężczyzna, wiadomo. Żałuję.

*
KLAUDIA

Nie kontaktowałam się z ojcem dziecka, bo się bałam. By mnie znowu nie skrzywdził. Jechałam do Lublina, on wysadził trochę ludzi na południowym dworcu, miał jechać do głównego, poprosiłam, by mnie podwiózł. Miałabym bliżej do szkoły. Zamiast mnie grzecznie podwieźć, zaczął się do mnie dobierać i zmusił mnie do wszystkiego. Za ubranie złapał i na tył zaciągnął. Do tej pory jak widzę autobus, to się panicznie boję, że on może jechać.

Miałam dziewięć lat, mieszkałam z babcią. Wtedy sprowadził się do nas wujek. Bił mnie o byle co, aż zaczęłam się zacinać w wymowie i tak mi zostało do tej pory. A kiedyś to mi zęba wybił, o, tego tu, co mi brakuje, pan popatrzy. Dnia nawet nie widziałam go trzeźwego.

Jak wyszło, że jestem w ciąży z tym kierowcą PKS, to wujek się zdenerwował bardzo. Powiedział, że pewnie to on będzie mnie musiał teraz utrzymywać i że nie życzy sobie, bym go naciągała na kasę. Moczył ręcznik i mnie nawalał wszędzie. Jak urodziłam, to on zabił. Gdyby się nie powiesił tu, w tym domu, tobym wolała dalej w więzieniu siedzieć, niż wracać. Chociaż i w więzieniu było strasznie. Zawsze musiałam patrzeć w podłogę, bo jak się spojrzałam gdzie indziej, inne więźniarki zaraz krzyczały: - Gdzie się patrzysz, dziecioboju! Dla ciebie to tylko podłoga!

*

Klaudia, z zawodu krawcowa po specjalnej szkole zawodowej, dostała dziesięć lat, odsiedziała siedem i dwa miesiące. Ciało dziecka znaleziono na schodach plebanii. Było w worku, obok kartka z prośbą o pochówek. Podpisano: Zbigniew. Charakter pisma - Klaudia.

Urodziła latem w ceglanej altanie naprzeciwko domu. Chłopczyk.

Wiele razy zmieniała zeznania. Twierdziła, że zgwałcił ją kierowca PKS, że sąsiad, że obaj. Mówiła, że ją zastraszali. Twierdziła, że zabiła sama, potem, że z wujkiem, potem, że znowu sama. Wuj był tymczasowo aresztowany, wyszedł i popełnił samobójstwo. Nie wytrzymał spojrzeń ludzi.

Sąd uznał potem: zabiła sama. Dlaczego? Zeznała kilka razy: - Dla mnie to wstyd mieć dziecko z rozwodnikiem, a z żonatym to jeszcze bardziej. Sąd uznał, że to wiarygodne. I odzwierciedla poglądy społeczności lokalnej. Dziecko z gwałtu Klaudia mogła wychować, ale żonaty to wstyd. Dlatego zabiła.

Schwyciła synka za prawą nóżkę, podniosła i uderzyła o ziemię. Potem jeszcze raz, o blat ławki.

Mówi: - To wina wujka, on zabił. Związał mnie. Ja bym na to nie pozwoliła. Mieszkam z konkubentem. Urodziłam mu córeczkę. Żyje, wychowuję ją. Ja za dziećmi przepadam.

*
ZBIGNIEW

Że z tego dziecko będzie, pojęcia nie miałem. Nie pomyślałem. Ale uważam, że to kobieta powinna myśleć, kiedy można, a kiedy nie. Dowiedziałem się dopiero, jak mnie prokurator przesłuchiwał. Zaprzeczałem, bo wstydziłem się wedle rodziny powiedzieć, że miałem z Klaudią stosunek dobrowolny. Potem powiedziałem szczerą prawdę, jak było. Jak się dowiedziałem, że ona dziecko zabiła, to poczułem wstręt do niej i żal. Żal było mi siebie i dziecka. Powiedziałem panu prokuratorowi, że jestem bardzo wrażliwy i nawet małych kociaków nie potrafiłem utopić. Bo tak jest, jestem wrażliwy. Koguta nie mogę zaciąć, sąsiada wtedy wołam. Bardzo lubię zwierzęta, mam dobrego psa.

Poszedłem na wcześniejszą emeryturę. O tym dziecku człowiek cały czas myśli. Szkoda, jak każdego dziecka. Gdyby mi powiedziała, że jest w ciąży, pewnie, że bym płacił. Sam z siebie, wiadomo. W domu by mi się pogorszyło, ale płaciłbym.

*

Gardzę nią bardzo za to, co zrobiła. Za takie postąpienie nie ma żadnego przebaczenia. Na grobie dziecka nie byłem. Nie wybieram się. Nerwowo źle by to na mnie wpłynęło. Najchętniej to całkiem bym o tym zapomniał. Już po pana pierwszym telefonie to tak mi ciśnienie skoczyło, że do lekarza musiałem iść. Dał mi relanium, tabletki uspokajające, ale i tak całą noc nie spałem. Mam do niej pretensje. Jestem wciągnięty przez nią w tę sprawę, nerwowy i chodzę jak głupi, myśląc pierun wie o czym. Zawsze byłem wierzący. Teraz co tydzień jestem w kościele. Po tym wszystkim stałem się jeszcze bardziej religijny.

Uważam się za dobrego ojca. Wychowałem dwie córki. Wykształcenie zawodowe i ekonomiczne. Nie ma z nimi żadnych problemów. Zięciowie też mi się trafili dobrzy. Wtedy już byłem dziadkiem, a teraz wnuków to mam już pięcioro. Garną się do mnie. Mam do tego poważanie w społeczeństwie. Gdy idę gdzieś, każdy mi mówi dzień dobry. Swoją pracę zawsze wykonywałem dobrze, z autobusu nikogo nie wyrzuciłem. Było mi podwójnie ciężko, jak ta sprawa zabójstwa wyszła, bo żona w szpitalu akurat była. Na cukrzycę, nie mogła chodzić, bo nogi jej spuchły. Byłem przy niej. Dostałem załamania nerwowego. Z tego powodu i z powodu tego dziecka. Myślałem odebrać sobie życie.

Uważam się też za dobrego męża. Żona zadowolona, nie kłócimy się. Nie pracowała nigdy. Najważniejsza w małżeństwie jest miłość. I dlatego bardzo pana proszę, niech pan tak to napisze, by żona się nie zorientowała. Ona nic nie wie.

CÓRKA MARIUSZA

Czuły, pewny siebie, złota rączka.

Pisał do niej prawie codziennie, SMS-y. "Kochanie", "Maleńka", "Skarbie", "Kocham cię". Był znajomym starszego brata Beaty. Kiedyś przyjechał pomóc przy naprawie ciągnika. Potem zabrał się do remontu domu. Sam podwieszał sufity, kładł podłogę, złożył szafę wnękową. Wpadał do nich, gdy wracał z warsztatu lakierniczego, gdzie pracuje. Skończył tylko podstawówkę, ale był obrotny. Starszy od Beaty o kilkanaście lat. Mieszka wieś dalej, ma troje dzieci, które wychowuje wspólnie z konkubiną.

Mariusz pomagał rodzinie Beaty, ona pomagała jemu. Bo tak się złożyło, że kiedyś policja zatrzymała go, gdy jechał po kielichu, i stracił prawo jazdy. A tu dzieci trzeba do lekarza zawieźć, do pracy dojechać, coś załatwić, piwo albo papierosy kupić. Beata wsiadała więc w jego daewoo leganzę i jechała. Rok wcześniej wracali z ogniska, zjechali do lasu. Stało się. Następne spotkanie, kolejne i tak to trwało.

*
BEATA

Dom stoi trochę z boku wsi, parterowy, nieotynkowany, zwyczajny. Normalna rodzina - tak mówią sąsiedzi. To też ustalił kurator sądowy. Wywiad środowiskowy wypadł znakomicie. Nikt się na nich nie skarżył, nikt z nimi nie miał konfliktów. Nikt z rodziny nie nadużywał alkoholu, narkotyków, nie było tam głodu, przemocy, wyzwisk.

Beata miała swój pokój, za ścianą rodzice. W osobnym mieszkała starsza o kilka lat siostra, brata stał pusty, bo wyprowadził się już na swoje. Ojciec na rolniczej emeryturze doglądał czterech byków, dużo czasu spędzał przed telewizorem. Matka - pracownik socjalny w gminnym ośrodku. Całe życie powtarzała Beacie, że trzeba mieć studia. Córka poszła na pedagogikę. Wybrała ten kierunek, bo kiedyś, jako szesnastolatka, opiekowała się chłopcem z zespołem Downa i uznała, że nieźle jej to wychodzi. Poza tym wydział był blisko dworca PKS. Zaliczyła dwa lata nauki.

Psycholog, który potem zbadał Beatę, uznał, że ma ona ponadprzeciętną inteligencję.

Sąsiedzi nie powiedzą o niej złego słowa. Przed zajęciami, bladym świtem, jeździła na brokuły, żeby dorobić, rodzinę odciążyć, zawsze chętna do pomocy i nieobojętna. Kiedyś, zimą, sąsiad, ksywa Budyń, zabalował i pod domem urwał mu się film. Zasnął w zaspie. Znalazła go Beata, zadzwoniła po pomoc. Uratowała człowieka po prostu.

Ale siostra Beaty uważa, że kiedy odsiedzi ona wyrok, życia we wsi mieć już nie będzie.

- Bo tak jest w Polsce, nie oszukujmy się! - krzyczy. - Jak facet coś złego zrobi, to każdy oko przymknie, ludzie pogadają i przestaną. A kobiecie nie wybaczą. Taką, co swojemu dziecku krzywdę zrobiła, najlepiej chyba zabić, zakopać gdzieś daleko i koniec.

Faktycznie, Budyń, wyciągnięty z zaspy przez Beatę, zeznawał potem na jej sprawie.

- Na całą okolicę się zhańbiła - oświadczył przed sądem.

Ciało zauważył spacerowicz. Zwrócił uwagę na pępowinę, falowała w wodzie.

*

Seks uprawiali wyłącznie w jego samochodzie. W lesie, przy cmentarzu, nad rzeką. Również w dniu porodu, gdy Beata wróciła z brokułów. A ostatni raz dzień później, ale wtedy on jednak nie chciał, bo zaczęła nagle krwawić. Wyjaśniła mu, że to okres, bo Mariusz, choć widział, jak zmieniało się ciało jego konkubiny w ciąży, u Beaty ciąży nie dostrzegł. To przez inną budowę - twierdził w śledztwie. Poza tym tak naprawdę nie miał czasu, by Beacie się za bardzo przyglądać, bo przecież zawsze się śpieszyli, no i zawsze było od tyłu. Rozbierać mu się nie pozwalała, mógł ktoś przechodzić akurat. A gdy kiedyś zapytał, skąd ten brzuch, powiedziała, że od piwa i tabletek antykoncepcyjnych, potem wyjaśniło się, że zaczęła je brać, gdy już była w ciąży.

Beata uważała, że się domyśla, nawet mimo że nie zwracał uwagi na jej wygląd, jakby był mu obojętny. Tak zeznała.

Gdy Mariusz usłyszał w radiu o dziecku, coś go tknęło, a potem jeszcze, gdy widzieli się dwa dni po porodzie, ona, wysiadając z samochodu, spojrzała mu tak głęboko w oczy i dziwnie się uśmiechnęła. - Aż mnie ciarki przeszły.

*

Sobota, 14 października. Do południa była w pracy przy brokułach. Gdy skończyła się robota na polu, wsiadła w samochód i pojechała do Mariusza. Pomogła mu sprzątać garaż. Do domu wróciła pod wieczór. Usnęła w swoim pokoju.

Obudziła się w środku nocy, odeszły jej wody płodowe. Za ścianą spali rodzice. - Dało się wytrzymać, zacisnęłam zęby, zawsze byłam odporna na ból - zeznała potem.

Nożyczkami przecięła pępowinę. Dziecko zawinęła w podkoszulek. Włożyła dres, wyszła z domu. Przeszła przez pole kukurydzy, potem jeszcze kawałek drogą, nad skarpę. W sumie jakieś siedemset metrów. Włożyła dziecko do wody.

Nad brzegiem urodziła łożysko. Wyrzuciła je do rzeki, wróciła do domu, poszła spać. Rano wykąpała się, uprała prześcieradło, a podkoszulek spaliła.

Przez całą drogę nad rzekę ani razu nie spojrzała na dziecko, nie wiedziała, jakiej jest płci. Dowiedziała się, gdy znaleźli ciało. To była dziewczynka.

Gdy niosła córkę nad rzekę, słyszała jej cichy płacz.

Tydzień później zgłosiła się na policję. Od kilku dni trwały poszukiwania matki dziecka. Policjanci sprawdzali szpitale w regionie, pytali lekarzy, czy po pomoc nie zgłosiła się kobieta tuż po porodzie.

Na komendę przyszła z receptą na tabletki antykoncepcyjne, które tego samego dnia zapisał jej lekarz w Lublinie (nie badał jej). Zaskoczonej policjantce wyjaśniła, że sąsiad, Budyń, opowiada o niej pod sklepem niestworzone historie, jakoby to dziecko w rzece miało być jej, ponieważ miała brzuch, a teraz już go nie ma. Sąsiad kłamie, chciała, by policja wzięła to pod uwagę. Powiedziała jeszcze, że właśnie była u ginekologa, który miał potwierdzić, że w ciąży nigdy nie była, proszę, oto dowód, recepta.

Została natychmiast zatrzymana. Szybko się przyznała.

- Motywem, dla którego zabiłam własne dziecko, był strach przed dalszym życiem - powiedziała policjantom.

*

Dwa miesiące przed porodem widziała się z nią jedyna przyjaciółka. - Nie zauważyłam, by Beata była w ciąży - mówi. - Ale zaskoczyło mnie, gdy nagle powiedziała, że gdyby kiedyś zdarzyła się jej wpadka, to mama i siostra jej pomogą. Jakby rozmawiała sama ze sobą.

Dwa tygodnie przed porodem Beatę na ulicy spotkała matka przyjaciółki. Pogratulowała ciąży i zapytała, kiedy rozwiązanie. Beata, wyraźnie speszona, odparła, że to brzuch od piwa, pożegnała się i uciekła.

Dwa dni przed porodem Beata robiła zakupy w Stokrotce w miasteczku. Kolorowe zdjęcia z monitoringu są dobrej jakości. Widać na nich stojącą przy kasie kobietę w ciąży.

O noworodku w rzece matka Beaty dowiedziała się od koleżanki z pracy, mówili o tym w radiu. Wtedy coś ukłuło ją w sercu. Już w domu próbowała porozmawiać z córką. - Mam nadzieję, że nie zrobiłaś nic głupiego. Odpowiedz mi!

Ona jednak milczała. Matka policzyła ręczniki, sprawdziła pościel, obejrzała wersalkę w pokoju Beaty, niczego podejrzanego. Ale dlaczego brzuch córki tak nagle się zmniejszył?

Dziś matka czuje się winna, gdy mówi o córce, trudno jej ukryć łzy. Wciąż pyta samą siebie: co było nie tak z tą naszą rodziną, co zrobiłam źle?

Beata powinna być tu, z nimi, w domu. Siedzi, a on jest na wolności, jakby nic się nie stało. Ale Pan Bóg jest sprawiedliwy i przyjdzie taki dzień, że on tę sprawiedliwość odczuje, ojciec dziecka, tatuś, Mariusz.

Na wszystko brakowało czasu, ciągła harówa. Matka wychodziła rano, wracała po południu, musiała jeszcze sprzątnąć dom, zrobić obiad, kolację, w obejściu też zawsze coś było do roboty. Nie widziała córki prawie cały tydzień przed porodem. Gdy wracała, Beata była na brokułach, na zajęciach albo gdzieś tam, miała swoje sprawy.

Matka zauważyła oczywiście, że wygląd córki się zmienił, że przytyła. Kiedy już spotkały się w domu, porozmawiać o tym nie można było, bo Beata szybko się denerwowała, odpowiadała krótko i opryskliwie. Nie, nie jest w ciąży. Policjantom matka Beaty przyznała:

- Przypuszczałam, że urodzi w grudniu - przyznała przesłuchiwana przez policję.

Chciała z córką w końcu poważnie porozmawiać, zapytać, co dalej, choćby przez telefon. - Wydzwaniałam do niej, ale nie odbierała. To co miałam zrobić?

Kiedy Beata rodziła, starsza siostra akurat nocowała u chłopaka. Nie, nie zauważyła u Beaty brzucha, za dużo pracy, za mało czasu. Kiedy kończyła pracę w biurze, jechała do zaprzyjaźnionej hurtowni, pomagała w księgowości. No i treningi fitness dwa razy w tygodniu. Gdy starsza siostra chciała coś od Beaty, krzyczała przez drzwi jej pokoju, nie widziała więc, jak wygląda. Zresztą i tak nie dogadywały się najlepiej, w końcu jest między nimi dziesięć lat różnicy.

Jest jeszcze ojciec. O Beacie z żoną nie rozmawiał. Sprawiał wrażenie, jakby nic go nie interesowało poza bykami, telewizją i kawą, którą często pił w kuchni - żona charakteryzuje męża. Zmian żadnych u Beaty nie zauważył. Gdy zeznawał na komendzie, nie mógł sobie przypomnieć, co studiuje córka oraz gdzie, przypuszczał, że jest na trzecim roku, ale pewności nie miał.

*

Co w nim widziała? Mariusz nie ma pojęcia. Źle się czuła w swoim domu, to na pewno. Matka i siostra nie zwracały na nią uwagi, jedna z pracy wróciła, potem druga i opowiadały sobie wrażenia, dyskusje miały. A jak synio przyjeżdżał, to mamusia ogórkóweczkę natychmiast gotowała, żeby zadowolony był tylko. A Beata trochę z boku. Czuła, że nie ma tam wsparcia, i szukała tego wsparcia gdzie indziej. Na przykład u niego. A tak w ogóle to wszystko, co było między nimi, to takie bardziej koleżeńskie, żaden tam związek.

Biegły przejrzał telefony Beaty i Mariusza. Było tam mnóstwo ich wspólnych wiadomości.

No pisał do niej, trudno zaprzeczyć, ale i tak by z tego nic nie było. Nie kochał jej. - Pisałem tak, bo lubiała. Ona zresztą też mi pisała różne rzeczy, że kocha. I miała te swoje różne zwroty, "tygrysku" na przykład.

*

Beata zeznała: kochała Mariusza. Problemy na studiach pojawiły się, gdy zaczęli się spotykać. Trudno jej było zdążyć na zajęcia, gdy była jego kierowcą. No i brokuły. Wiedziała, że jest w ciąży, czuła ruchy dziecka, ale myślała, że urodzi później. W polu chciała zarobić na wyprawkę. To wszystko jakoś tak ją przerosło.

Biegły ustalił jednak, że przez kilka miesięcy wpisywała w wyszukiwarce internetowej:

? "czego nie wolno w ciąży",

? "jak poronić w drugim trymestrze ciąży",

? "śmierć dziecka w trzecim trymestrze ciąży",

? "co może zabić dziecko w piątym miesiącu ciąży",

? "ciąża obumarła".

Za zabójstwo dostała dwanaście lat więzienia. Psychiatrom, którzy ją badali, Beata powiedziała, że to, co się stało, jest tylko jej winą, czuje do siebie nienawiść, jest złym człowiekiem.

Sąd uznał, że Mariusz musiał się spodziewać, że jest w ciąży. Nie ma jednak żadnych dowodów na to, że pomógł jej pozbyć się dziecka.

*

Na cmentarzu jeszcze nie był. Czeka na pismo z prokuratury, które oficjalnie potwierdzi, że to on jest ojcem. Na wszelki wypadek lepiej je mieć. Poza tym dziś Mariusz do Beaty ma pretensje. Przecież mogła wprost powiedzieć, że spodziewa się dziecka. Ze zwierzeniami zawsze był u niej ciężki temat, o sobie niewiele mówiła, ale o tym powinna. Mariusz z konkubiną wychowują troje, wzięłoby się i odchowało czwarte. Zdradę partnerka mu wybaczyła, dużo rozmawiali, wyjaśnił, jest dobrze. Nie ma co, ruszyło go to wszystko. Ma przecież dzieci, odchorował tę sytuację. Winny? Nie, winy jego tu nie ma. - Jakby nie było, trochę czuję się ofiarą.

CÓRKA MIKOŁAJA

Mikołaj do mnie: "Robiłem wszystko, żeby w tym piekle całym ją chronić. Przez cały areszt siedziałem ciągle z jej rodziną, wspierając ich i myśląc, jak możemy jej pomóc. Ciągle listy z nią pisałem, ciągle starałem się podtrzymać ją w wierze, że wszystko będzie dobrze. Jak wyszła, od razu zaopiekowałem się nią, jak najlepiej potrafię, zabrałem ją do siebie, dbałem o nią, jedzonko do łóżka ciągle przynosiłem. Gdy budziła się w nocy z płaczem za naszą córeczką, tłumaczyłem jej, że to Pan Bóg tak chciał i że potrzebował naszego Aniołka wcześniej tam u siebie na górze".

*

Poznali się w ostatniej klasie liceum, w mieście na wschodzie Polski. Spotykali się rok.

Jej ojciec prowadził własną firmę (hydraulik, wychodził z domu o szóstej, wracał o dwudziestej pierwszej), matka pielęgniarka, młodszy brat i siostra. Mieszkanie w bloku, wygodne, choć nie za duże, Julia miała swój pokój. W rodzinie wszyscy się dogadywali, a w miarę potrzeby wspierali (tak zgodnie zeznawali), Julia lubiła się z rodzeństwem, razem chodzili do kina, jeździli na wakacje. Najlepszy kontakt miała z matką, do której zawsze mogła się zwrócić o pomoc (tak obie zeznały).

Jego i dwóch braci wychowywała matka, prowadziła sklep z odzieżą używaną. Mieszkanie w bloku, większych konfliktów brak.

Po maturze poszedł do szkoły policealnej (informatyka), ona natomiast wybrała pedagogikę. Zawsze lubiła dzieci i chciała pracować w przedszkolu.

Z Mikołajem widywali się niemal codziennie. Julia potem opisała swój związek jako bardzo udany ("Od razu się w sobie zakochaliśmy").

Po maturze jej rodzice uznali, że córce należy się więcej swobody, mogła wracać później do domu i nie musiała już jeździć z nimi w każdy weekend na działkę, nad jezioro. Miała więc często wolną chatę.

Dziś Mikołaj uważa, że to był ich największy błąd, tego bardzo żałują - że w tamten wrześniowy weekend nie pojechali z jej rodzicami na tę działkę. Gdyby tak się stało, przypuszcza on, mama jego dziewczyny nie dopuściłaby do tego wszystkiego. Jest przecież pielęgniarką. Córeczka Mikołaja i Julii by żyła.

Mikołaj, chłopak Julii, w wiadomości do mnie: "To nie było tak, jak pan mi napisał, że "było mi wygodniej nie wiedzieć". Ja naprawdę nie wiedziałem, miałem niejednokrotnie jakieś intuicyjne podejrzenia, ale one szybko znikały. Prawdy dowiedziałem się dopiero na komisariacie".

*

W piątek Mikołaj przyszedł do niej wieczorem. Nie widzieli się przez trzy tygodnie, on był u dziadków. Rozmawiali, kochali się, poszli spać.

W sobotę wstali koło trzynastej, Julia zrobiła mu śniadanie, on grał na komputerze w pokoju jej braci. Ona sprzątała. Później ona poszła do sklepu po produkty na sałatkę, coś do picia. Wieczorem przyszli kumpel Mikołaja i jego dziewczyna. Chłopaki grali, dziewczyny gadały, pili trochę wódki o smaku porzeczkowym, oglądali powtórkę meczu Polska - Dania. Z tego wieczoru Mikołaj zapamiętał jeszcze, że jego dziewczyna bardzo często chodziła do toalety. - To przez przeziębiony pęcherz - wytłumaczyła mu. W nocy nie mogła spać, bolał ją brzuch, położyła się nad ranem.

Niedziela. Mikołaj obudził się wczesnym popołudniem. Ona była w łazience, ale wcześniej zdążyła zrobić mu śniadanie. Większość tego dnia Mikołaj spędził przed komputerem. Siedział ze słuchawkami na uszach i włączonym mikrofonem. Grał w sieciową strzelankę ze znajomymi. Wymaga to skupienia. Tłumaczy mi: "To była taktyczna rozgrywka, pięciu na pięciu. W jednej połowie jest się antyterrorystą, w drugiej terrorystą. Słuchawki muszą być na fulla, trzeba się wsłuchiwać w każde małe tupnięcie przeciwnika, czy idzie on z lewej, czy z prawej".

Julia nalała do wanny ciepłej wody, usiadła. Potem powiedziała prokuratorowi, że nagle się zorientowała, że rodzi. Szok. Dziecko położyła na szafce, pępowinę przerwała rękami, na podłodze łazienki urodziła łożysko. Krwawienie zatamowała tamponem i podpaską.

Wyszła z łazienki, Mikołaj spytał znad komputera, co tak długo. Odpowiedziała mu, że dostała okresu. Zamknęła się w swoim pokoju. Na godzinę, może krócej? Potem wróciła do Mikołaja, on wciąż w środku rozgrywki taktycznej, pięciu na pięciu, w której trzeba być skupionym. Dziewczyna położyła się na łóżku obok niego owinięta w koc, on zauważył, że jest bardzo blada. - Źle wyglądasz, Julia. Wszystko gra? Ona powtórzyła, że źle się czuje. Pęcherz, okres. - Nie patrz na mnie - poprosiła.

Po południu wrócili rodzice. Matka widziała, że z córką coś się dzieje. Znad komputera Mikołaj powiedział, że Julię boli brzuch i dobrze by było, żeby pojechała do lekarza. Nie mógł tak nagle skończyć gry. Gdyby to zrobił bez powodu - wyjaśnia mi - mógłby dostać bana, czyli administrator by go zablokował. Polował więc na terrorystów jeszcze jakiś czas.

Matka dała córce coś przeciwbólowego (Julia prosiła ją o to wcześniej przez telefon), zrobiła jej kanapkę, herbatę. Nagle zobaczyła w łazience ślady krwi, Julia dostała krwotoku, zemdlała. Mikołaj położył się na łóżku. - Jestem mało odporny na takie widoki - wyjaśnił potem.

Ojciec zniósł ją do auta, szpital, badanie. Lekarz zeznał, że pacjentka tłumaczyła mu, że był "ostry seks", z gadżetami. Nie miał jednak wątpliwości, że dziewczyna jest po poronieniu lub porodzie. Szpital zawiadomił policję.

Poniedziałek. Julia w obecności psychologa rozmawiała z matką. Pakunek był w jej pokoju, w narożniku, w pojemniku na pościel. Dziewczynka zawinięta w trzy ręczniki, włożona do reklamówki zawiązanej szczelnie supłem i jeszcze do kolejnej.

Lekarz medycyny sądowej uznał, że noworodek był donoszony, oddychał. "Można przyjąć, że do zgonu najprawdopodobniej doszło w mechanizmie powolnego uduszenia".

Julia została tymczasowo aresztowana i oskarżona o zabójstwo.

*

Czasem używali prezerwatyw, ale częściej nie, ona nie brała tabletek. Nigdy nie była u ginekologa, kiedy miała siedemnaście lat, matka zaproponowała, że pójdą razem, ale Julia nie chciała, bała się. Mikołaj nigdy o to nie zapytał. "Nie interesowałem się tym" - napisał mi.

Miała nieregularne miesiączki, zespołowi psychiatrów wyjaśniła, że starała się wyczuć, kiedy ma owulację. Eksperci uznali, że badana ma wystarczającą wiedzę na temat "biologii i rozrodczości człowieka".

W lipcu całą rodziną pojechali do Bułgarii. Julia opalała się w kostiumie, żadnych śladów ciąży - zeznali rodzice.

Jednak nieco później, już po powrocie, matka zauważyła zmianę w jej wyglądzie. Dziewczyna przytyła, zaczęła więcej jeść. Zapytała córkę o ciążę, ona zaprzeczyła (matka jest pielęgniarką, ale nie pracowała w położnictwie).

Zapytał ją też Mikołaj. Odpowiedziała mu, że przytyła od fast foodów, ale on nie uwierzył. Pokazała mu wynik testu: negatywny. Policji Julia powiedziała, że wcześniej zrobiła jeszcze jeden, był pozytywny, ale uznała, że prawdziwy wynik pokazuje ten, który wykluczał ciążę.

Zeznała, że nie dostrzegała u siebie żadnych objawów, nie czuła ruchów dziecka, nic. Miała krwawienia, sądziła, że to okres. Wtedy, w łazience, noworodek miał być siny, w plamach, nie oddychał. Była przekonana, że jest martwy. Wystraszyła się, postąpiła głupio.

Rodzice nie wierzą, że mogłaby celowo zabić. Matka uważa, że córka nie zrobiła nic złego.

Mikołaj: "Mogę panu przysiąc, że Julia kocha dzieci i ma złote serce. Potem każdej nocy płakała za córeczką, mówiła, jak bardzo tęskni. To jest bardzo dobra osoba". Od zawsze była przeciwna aborcji. "Mówiła, że jakaś tam jej koleżanka usunęła ciążę i że jak ona mogła to zrobić, że jest nienormalna. Bardzo ją denerwowało, jak słyszała o czymś takim. Ona zawsze chciała mieć dzieci".

Bliska znajoma Julii (w śledztwie): "Pamiętam, że jak chodziłyśmy do liceum i w trakcie spotkań organizowanych w liceum dotyczących aborcji oraz na lekcjach religii, gdy był poruszany temat aborcji, to Julia zdecydowanie zabierała głos, gdzie była przeciwna aborcji. Głosiła poglądy pro-life".

*

W areszcie dużo się modliła. Wyspowiadała się, ksiądz powiedział jej, że niektórych rzeczy nie potrafimy wytłumaczyć, że są nam przypisane z góry. To ją trochę uspokoiło.

Gdy ruszył proces, odpowiadała z wolnej stopy, chodziła na wszystkie zajęcia na uczelnię, pierwszą sesję zaliczyła w terminie zerowym, uznała, że gdy skończy pedagogikę, pójdzie jeszcze na psychologię, zaplanowała, że założy własne przedszkole.

Wyrok, winna zabójstwa. Julia dostała dziesięć lat.

*

Mikołaj do mnie: "Pomimo że niejednokrotnie mówiłem, że bałbym się na tym etapie życia mieć dziecko, to nie oznacza, że nie ucieszyłbym się z informacji, że ono jest. Tylko ja naprawdę nie wiedziałem". I jeszcze: "Nie czuję się winny za to, co się stało".

Nie są już razem. Zostawiła go, jest z innym, on wyjechał do Belgii, pracuje w fabryce cukierków. "Po dwóch latach dalej nie wiem, dlaczego i jak to się stało".

Gdy Julia trafiła do szpitala, wymieniali wiadomości do nocy. Są w aktach sprawy.

Ona: "Trochę wypierałam z siebie".

On: "Ja pierdolę, ja to wiedziałem i tak już ciągle ci mówiłem, że podejrzane, a jak usłyszałem o krwotoku, to już wiedziałem".

Ona: "Nie byłam pewna".

On: "Jak nie byłaś, dobrze wiedziałaś, że tak byś nie przytyła w tak krótkim czasie, ja wiedziałem, to ty nie wiedziałaś, nienawidzę cię, jak mogłaś mi to zrobić".

Ona: "Nie zasługuję na Cię, w ogóle nie zasługuję na nic, jestem potworem, ale nie wiedziałam, że tak się stanie".

"Jestem skończoną kretynką, ty nie jesteś niczemu winien".

Dwa tygodnie przed porodem przysłał jej wiadomość: powinna mu pozwolić czasem na skoki w bok, nie jest jeszcze gotowy na poważny związek.

"Nie to, że ty mi nie wystarczasz, jesteś moja sex masterka, najlepsza na świecie, ale ja raz na jakiś czas potrzebuję różnorodności".

 

2013, 2019

 

[...]