Do słońca, do słońca!
Trudno powiedzieć, kiedy to się zaczęło. Na pewno w uznawaniu ludzi niepełnosprawnych i chorych za zbędnych naziści nie byli ani pierwsi, ani ostatni. Nie wymyślili eugeniki, a jedynie popsuli jej reputację.
Łatwiej jest z samym słowem - ma określonego autora, a nawet datę powstania. W 1883 roku wymyślił je Francis Galton, kuzyn Charlesa Darwina. Wynalazca i odkrywca, owładnięty pasją mierzenia i ulepszania świata. Z greki wziął przymiotnik eugenes, "dobrze urodzony", i dodał do niego końcówkę właściwą dla rzeczowników określających dziedziny nauki. Przekonywał, że ludzkość można udoskonalić tak, jak udoskonala się bydło i trzodę - rozmnażając sprawne osobniki, a nie rozmnażając słabych.
Ideę szybko podchwycili i rozwinęli lekarze, prawnicy i politycy na całym świecie - od Argentyny przez Iran po Australię. W pierwszych dekadach XX wieku pod wpływem lobby eugeników w wielu krajach uchwalono obowiązek sterylizacji osób "dziedzicznie obciążonych" i zakaz zawierania przez nie małżeństw (nazywano to "eugeniką negatywną"), ale też zasiłki i ulgi podatkowe dla zdrowych rodzin ("eugenika pozytywna") czy ograniczenia w sprzedaży alkoholu, uznawanego za główną przyczynę "degeneracji rasy" ("eugenika zapobiegawcza"). Część przedwojennych pomysłów eugeników, jak tworzenie poradni leczenia uzależnień, prowadzenie edukacji seksualnej młodzieży czy wykonywanie testów na choroby przenoszone drogą płciową, w państwach rozwiniętych jest dziś standardem, nazywa się tylko inaczej - polityką zdrowotną. Wiele procedur współczesnej medycyny wydaje się spełnieniem eugenicznych marzeń: badania prenatalne, banki nasienia, banki komórek jajowych, selekcja zarodków przy zapłodnieniu in vitro.
"Celem eugeniki jest walka z ogólnymi zboczeniami społecznymi, a nie walka indywidualna z ludźmi nimi obciążonymi. W ten sposób należy rozumieć treść eugeniki negatywnej, pragnącej usunąć ujemne cechy ludzkie" - pisał w 1933 roku polski dermatolog-wenerolog Leon Wernic1. "Ujemne cechy ludzkie" określano też jako "złe geny". Przy czym za ich nosicieli uważano coraz więcej grup: niepełnosprawnych intelektualnie, niewidomych, głuchych, chorych na schizofrenię, padaczkę, gruźlicę, uzależnionych od alkoholu albo narkotyków, przestępców, ubogich i - najbardziej pojemna z kategorii - "zboczeńców". A także ludzi o innym niż większość obywateli danego kraju kolorze skóry, pochodzeniu czy wyznaniu.
Największą popularność eugenika zyskała w latach trzydziestych XX wieku. W dekadzie naznaczonej wielkim kryzysem wzrosła podatność na argumenty ekonomiczne: przewlekle chorzy stali się nie tylko groźnym obciążeniem dla zdrowia narodu, ale też niepotrzebnym obciążeniem dla budżetu państwa.
Jak w praktyce wyglądała - i wygląda - "eugenika negatywna", można zobaczyć na przykładzie ustaw sterylizacyjnych. W Stanach Zjednoczonych pierwsza była Indiana: w 1907 roku wprowadziła przymusową sterylizację "kryminalistów, idiotów, imbecyli i gwałcicieli". W kolejnych latach podobne prawo uchwaliła większość stanów, przy okazjonalnym sprzeciwie sądów i szerokim poparciu obywateli (według sondażu Gallupa w 1937 roku osiemdziesiąt cztery procent Amerykanów było zwolennikami sterylizacji ludzi chorych psychicznie). Liderem stała się Kalifornia, swego czasu stawiana zresztą za wzór dla Niemiec przez Adolfa Hitlera. Od 1909 do 1964 roku poddała przymusowym zabiegom co najmniej dwadzieścia tysięcy osób, głównie kobiet o innym niż biały kolorze skóry, zamkniętych w zakładach psychiatrycznych i więzieniach. W 1979 roku ta praktyka stała się nielegalna, ale nie zniknęła. Według ustaleń specjalnej stanowej komisji w latach 1997-2013 w kalifornijskich więzieniach nakłoniono do sterylizacji co najmniej sto czterdzieści cztery osadzone; według szacunków dziennikarzy śledczych - dziesięć razy więcej. Ofiarami były przede wszystkim czarne kobiety, którym wmawiano, że cierpią na raka szyjki macicy.
Do 1938 roku sterylizację eugeniczną wprowadziły wszystkie kraje skandynawskie. Teoretycznie zabieg wymagał zgody pacjenta - ale jeśli pacjent został uznany za "niezdolnego do jej wyrażenia", decydował lekarz. W Szwecji od 1935 do 1975 roku przymusowo pozbawiono płodności 62 288 osób. Jak pisał Maciej Zaremba Bielawski: "Niektórzy otrzymywali ocenę "ograniczony", inni "niemrawy", "imbecyl", "nieprzedsiębiorczy" lub "aspołeczna". Większość była biedna i niemal wyłącznie były to kobiety. Czasem wśród wskazań sterylizacyjnych pisano [...] "cechy cygańskie", "mieszanka ras", "krew włóczęgowska" lub "rasy mieszanej""2.
W komunistycznej Czechosłowacji ubezpłodniano Romki i Romów - bez ich wiedzy, przy okazji pobytu w szpitalu. Praktyka przetrwała dłużej niż reżim i dłużej niż wspólne państwo: ostatni znany przypadek odnotowano na Słowacji w 2004 roku, a w Czechach - trzy lata później.
Dzisiejsze Chiny prowadzą tajny program masowej sterylizacji Ujgurek - przedstawicielek muzułmańskiej mniejszości zamieszkującej północno-zachodni region Sinciang. Zgoda na zabieg wymuszana jest na nich groźbą zesłania do obozu "reedukacji", tam zaś sterylizacje wykonywane są bez pytania. Kobiety więzione w obozach tracą płodność także w wyniku przemocy strażników - kopania po brzuchu czy rażenia pochwy prądem.
Przymusowa sterylizacja osób niepełnosprawnych jest legalna w większości krajów Unii Europejskiej. Zabrania jej dziewięć państw, w tym Polska. Kiedy kończę tę książkę, Parlament Europejski zaczyna debatę nad wprowadzeniem unijnego zakazu.
Dwa kraje Europy - od 2014 roku Belgia, od 2023 roku Holandia - dopuszczają eutanazję nieuleczalnie chorych dzieci, w tym niemowląt. Nie chodzi tu jednak o względy eugeniczne, ale humanitarne: przypadki, w których dziecko może żyć bez intensywnej terapii, ale nie można uśmierzyć jego bólu.
W międzywojennej Polsce eugenika wydawała się drogą do odrodzenia narodowego. Członkowie Polskiego Towarzystwa Walki ze Zwyrodnieniem Rasy, Nierządem i Chorobami Wenerycznemi (później: Polskiego Towarzystwa Eugenicznego) uważali, że mają do wypełnienia dziejową misję.
Idziemy naprzód do słońca, do słońca
I wyciągamy swe ręce w przestworza
Do nowej zorzy, co wschodzi zza morza
By godność ludzką umacniać do końca!
Dążymy w świat testament głosić nowy
A hasłem naszem: zdrowy, twórczy lud
Nie skala go niewoli hańby brud
Nie schyli on przed wrogiem dumnej głowy!
Eugenistów polskich ród
Legionów naszych wzmocni trud!
- głosił Hymn Eugenistów wydrukowany w piśmie "Zagadnienia Rasy"3.
"Eugenistów polskich ród" nie odnosił jednak legislacyjnych sukcesów. Dyskusja nad kształtem ustaw eugenicznych toczyła się latami, powstawały kolejne projekty, jednak żadnego nie uchwalono. Dopiero po wojnie, 25 września 1945 roku, w tak zwanym dekrecie małżeńskim zapisano, że ślubu nie mogą brać "osoby, z których chociażby jedna dotknięta jest chorobą psychiczną - nawet w okresie przytomności umysłu; niedorozwojem psychicznym albo otwartą gruźlicą lub chorobą weneryczną w stanie zaraźliwym"4. To ostatnie miało szczególne uzasadnienie: na kiłę wrodzoną umierało wtedy rocznie kilkadziesiąt tysięcy niemowląt. Przepis ten nigdy jednak nie wszedł w życie - brakowało lekarzy, którzy mieliby wystawiać narzeczonym świadectwa zdrowia, obawiano się też, że przymus badań zniechęci Polaków do ślubów cywilnych. Polskie Towarzystwo Eugeniczne zakończyło działalność dopiero w czasach stalinizmu, kiedy eugenika została oficjalnie potępiona, a genetyka zastąpiona pseudonaukową teorią Trofima Łysenki, nazywaną "łysenkizmem" albo "twórczym darwinizmem radzieckim".
To, że w Polsce nie wprowadzono przymusowej sterylizacji "dziedzicznie obciążonych", było w pewnej mierze zasługą psychiatrów. Zjazd Naukowy Psychiatrów Polskich, który odbył się w grudniu 1936 roku, jednogłośnie sprzeciwił się ustawie sterylizacyjnej. Uczestnicy wskazywali, że nauka o dziedziczności nie jest jeszcze tak zaawansowana, żeby opierać na niej prawo: geny chorób psychicznych mogą być przenoszone przez zdrowych nosicieli, a być może w ogóle nie dziedziczy się choroby, a jedynie większą skłonność do jej wystąpienia. Witold Łuniewski mówił, że "problematyczne korzyści, jakie mogłoby tu odnieść społeczeństwo, nie pokrywałyby się z krzywdą zadaną jednostce"5. Ten sam psychiatra rok wcześniej, na posiedzeniu Państwowej Naczelnej Rady Zdrowia, zauważył: "[...] gdyby względy ekonomiczne miały decydować o losie psychicznie chorych, to daleko skuteczniejszym sposobem pozbycia się tych kosztów byłaby nie sterylizacja, lecz np. wytrucie lub rozstrzelanie wszystkich chorych"6.
Taki pomysł już dawno pojawił się wśród brytyjskich i niemieckich eugeników. W 1910 roku na wykładzie dla Eugenicznego Towarzystwa Edukacyjnego irlandzki pisarz George Bernard Shaw przewidywał: "Polityka eugeniczna doprowadzi nas z czasem do powszechnego wykorzystania komór śmierci. Wiele osób będzie musiało stracić życie po prostu dlatego, że zajmowanie się nimi to marnotrawienie czasu innych"7. I nie była to przestroga, ale stwierdzenie konieczności. Po wielu latach Shaw powtórzył to na piśmie: "Jeśli zaś [ludzie] do życia zdatni nie są, należy ich w przyzwoity, ludzki sposób uśmiercić"8. W 1920 roku w Republice Weimarskiej ukazała się rozprawa Die Freigabe der Vernichtung lebensunwerten Lebens [Przyzwolenie na niszczenie życia niegodnego życia], napisana przez prawnika Karla Bindinga i psychiatrę Alfreda Hochego. Wzywali oni do "odejścia od zasad przesadnego humanizmu" w imię "wyższej państwowej moralności" i postulowali zabijanie ciężko chorych na podstawie decyzji komisji złożonej z lekarza i prawnika9. To Hoche i Binding wprowadzili do debaty publicznej takie określenia jak "egzystencja będąca ciężarem", "bezużyteczni zjadacze chleba", "puste powłoki cielesne", "skracanie życia" i właśnie "życie niegodne życia" - frazę, którą szczególnie chętnie posługiwali się później naziści. Na niebezpieczny związek nazizmu z eugeniką bardzo szybko zwrócił uwagę lider polskiego ruchu eugenicznego, wspomniany Leon Wernic. "Przygotowany przez naukowych eugenistów [...] grunt w Niemczech został przez polityków w rodzaju Hitlera użyty, a raczej wielokrotnie nadużyty dla politycznych celów" - pisał we wrześniu 1933 roku10.
Cztery lata wcześniej, na zjeździe partyjnym w Norymberdze, Adolf Hitler wyłożył swój plan: "Gdyby w Niemczech przybywało co roku milion dzieci i jednocześnie ubywało siedemset-osiemset tysięcy najsłabszych, wtedy ostatecznym wynikiem byłoby wzmocnienie siły narodu. Najniebezpieczniejszą rzeczą jest dla nas przecięcie procesu naturalnej selekcji i w ten sposób pozbycie się możliwości zyskiwania sprawnych, zdrowych ludzi. [...] Wskutek naszego współczesnego sentymentalnego humanitaryzmu próbujemy utrzymać słabych kosztem zdrowych"11.
Tuż po dojściu do władzy, w lipcu 1933 roku, naziści uchwalili Ustawę o zapobieganiu dziedzicznie choremu potomstwu, powołującą sądy zdrowia dziedzicznego, które decydowały o sterylizacji kobiet i mężczyzn dotkniętych "wrodzonym imbecylizmem, schizofrenią, chorobą maniakalno-depresyjną, dziedziczną padaczką, dziedziczną chorobą św. Wita (pląsawicą Huntingtona), dziedziczną ślepotą, dziedziczną głuchotą, ciężką dziedziczną deformacją fizyczną". Ponadto, dodawał ustawodawca, "każdy cierpiący na ciężki alkoholizm może zostać pozbawiony płodności"12. Prawo to stosowano z wyjątkowym zapałem, do 1945 roku okaleczono bowiem około czterystu tysięcy obywateli Rzeszy, większość jeszcze przed wybuchem wojny.
Równolegle obmyślano masową "eutanazję" - niemającą nic wspólnego ani z eutanazją w pierwotnym znaczeniu, czyli starożytną grecką sztuką dobrego umierania, ani z eutanazją we współczesnym rozumieniu, czyli możliwie bezbolesną śmiercią na żądanie ciężko chorego pacjenta. Już w 1935 roku Hitler zapewniał Gerharda Wagnera, naczelnego lekarza Rzeszy, że program "eutanazji" zostanie wprowadzony, gdy tylko wybuchnie wojna. Widocznie nie mógł się doczekać, bo jeszcze przed atakiem na Polskę dał sygnał do rozpoczęcia tajnego programu "uwalniania od cierpienia" chorych dzieci. Pretekstem był list wysłany w pierwszej połowie 1939 roku do kancelarii Führera. Obywatel Kretschmar z Lipska uprzejmie prosił o zezwolenie na zabicie synka, który urodził się niewidomy, bez nogi i ze zdeformowaną ręką13. Hitler okazał łaskę i wkrótce półroczny Herbert Gerhard Kretschmar zginął w lipskiej klinice pediatrycznej. Właśnie jego sprawa miała uzasadniać narzucenie niemieckim lekarzom i położnym obowiązku rejestrowania nieuleczalnie chorych dzieci, kierowanych później do "dziecięcych oddziałów specjalistycznych". I zabijanych już nie na prośbę rodziców, ale z urzędu.
Do 1945 roku takich oddziałów powstało trzydzieści siedem. Zginęło w nich co najmniej dziesięć tysięcy pacjentów. Ostatnią znaną ofiarą był czteroletni Richard Jenne, któremu siostra oddziałowa z kliniki w Kaufbeuren-Irsee podała śmiertelny zastrzyk - prawdopodobnie luminalu - 29 maja 1945 roku. Czyli trzy tygodnie po kapitulacji Niemiec.
O sposobie zabijania chorych i upośledzonych dorosłych Hitler zdecydował we wrześniu 1939 roku na naradzie w sopockim Grand Hotelu. Od początku 1940 roku wyselekcjonowani pacjenci niemieckich szpitali psychiatrycznych i domów opieki byli duszeni tlenkiem węgla, a następnie kremowani w piwnicach sześciu "ośrodków zabijania" (Tötungsanstalten). Kryptonim "T4", nadany później tej akcji, pochodził od berlińskiego adresu instytucji o nazwie Państwowa Wspólnota Pracy Rzeszy na rzecz Zakładów Opiekuńczo-Leczniczych. Biuro, w którym grupa urzędników i lekarzy decydowała, kogo i gdzie zamordować, mieściło się w okazałej willi przy Tiergartenstrasse 4.
W 1942 roku zatrudniony w ministerstwie rolnictwa Rzeszy statystyk Edmund Brandt przygotował podsumowanie danych z każdego ośrodka. W raporcie pod tytułem Czego dotychczas dokonano w poszczególnych zakładach, wzgl. co zdezynfekowano? podał, że od stycznia 1940 do sierpnia 1941 roku zagazowano 70 273 chorych, głównie z diagnozą "schizofrenia". Szacował, że jeśli uda się utrzymać to tempo, w ciągu dekady Rzesza poczyni wielkie oszczędności. Wyliczył, ile państwo nie wyda na piżamy, łóżka, chleb, masło, mięso i kawę dla pacjentów. Wyszło mu, że do końca 1951 roku "uzysk" wyniesie ponad osiemset osiemdziesiąt milionów Reichsmarek.
Brandt zatrzymał się jednak w sierpniu 1941 roku, bo to wtedy akcja "T4" musiała zostać zawieszona. Organizatorzy napotkali nieprzewidziane przeszkody: krewni ofiar coraz częściej domagali się wyjaśnień, krewni pozostałych przy życiu - wypisania bliskich. Mieszkańcy wsi w pobliżu "ośrodków zabijania" plotkowali o szarych autobusach, które przyjeżdżały pełne, a wyjeżdżały puste, i o czarnym, gryzącym dymie, który regularnie pojawiał się na niebie. A do tego latem 1941 roku katolicki biskup Münsteru August von Galen wygłosił trzy kazania potępiające nazistowski terror, w tym "zabijanie biednych, bezbronnych osób chorych psychicznie". Przepowiadał: "Jeśli pozwala się na eliminowanie nieproduktywnych bliźnich siłą, to biada naszym dzielnym żołnierzom, którzy wracają do domu jako ciężko ranni, kalecy i inwalidzi!"14. Ulotki z tekstami homilii zrzucono z alianckich samolotów. Aby uspokoić nastroje, 24 sierpnia 1941 roku Hitler nakazał zakręcić kurki komór gazowych.
Od tej pory pacjenci zakładów psychiatrycznych i pensjonariusze domów opieki ginęli otruci lekami, zagłodzeni, nieleczeni z chorób zakaźnych. Zaczęła się tak zwana dzika eutanazja - decyzję o tym, kogo i jak zabić, pozostawiono lokalnej administracji i dyrektorom szpitali i przytułków. Od 1941 roku do końca wojny trwała też akcja "14f13" (szyfr oznaczający zgon w komorze gazowej), czyli mordowanie "aspołecznych" lub niezdolnych do pracy więźniów, jeńców i robotników przymusowych.
Przez cały okres III Rzeszy próbowano przekonać zdrowych obywateli, że nie stać ich na utrzymywanie chorych. Na jednym z plakatów propagandowych użyto zdjęcia zdeformowanego mężczyzny podtrzymywanego na krześle przez silnego pielęgniarza. Chory ma zamknięte oczy, zdrowy patrzy prosto w obiektyw. Obok napis: "60 000 Reichsmarek kosztuje wspólnotę narodową ten dziedzicznie obciążony chory w ciągu swojego życia. Towarzyszu narodowy, to też twoje pieniądze. Czytaj "Nowy Lud", miesięcznik Urzędu Polityki Rasowej NSDAP"15. Argument ekonomiczny nie działał tak dobrze, jak zakładano, więc kilka lat później minister propagandy Joseph Goebbels odwołał się do empatii. Zlecił nakręcenie melodramatu sądowego o lekarzu, którego cierpiąca na stwardnienie rozsiane żona prosi o pomoc w samobójstwie. Film wszedł na ekrany pod tytułem Ich klage an [Oskarżam] tuż po zawieszeniu akcji "T4" - 29 sierpnia 1941 roku. Nie minęło pół roku, a obejrzało go osiemnaście milionów widzów. Jak raportował wywiad SS, publiczność - z wyjątkiem gorliwych katolików i niektórych protestantów - była wzruszona[1].
Ile osób zginęło w wyniku nazistowskiego programu "eutanazji", nie wiadomo do dziś. Ostatnie szacunki - z 2000 roku - mówią o 216 400 zabitych w Niemczech i Austrii. A do tego osiemdziesięciu tysiącach na terytoriach okupowanych16. Bo przecież Rzesza nie ograniczyła się do likwidacji własnych obywateli. "Łaskawą śmierć", jak ujmował to Hitler, zapewniła też chorym psychicznie i niepełnosprawnym z podbitych terenów, w tym Polakom, Francuzom, Litwinom, Ukraińcom, Rosjanom i Żydom.
Niewielu wie, że nazistowska masowa "eutanazja" zaczęła się w Polsce na cztery miesiące przed akcją "T4" i przebiegała tu brutalniej niż w Rzeszy - polscy pacjenci bywali dołączani do transportów "T4", ale zasadniczo mordowano ich na miejscu. W najpopularniejszych książkach o nazistowskiej eugenice, pisanych przez Niemców, Brytyjczyków czy Amerykanów i tłumaczonych na dziesiątki języków, to tylko poboczny wątek, wzmianka, przypis. W polskiej literaturze temat też jest ledwie obecny - poza nielicznymi pracami naukowymi pojawia się czasem w reportażu, częściej w powieściach. Klasyką jest Szpital Przemienienia Stanisława Lema, nowszym przykładem - Góra Tajget Anny Dziewit-Meller, inspirowana historią zakładu w Lublińcu.
Na Pomorzu Zachodnim szpitale psychiatryczne, a właściwie ich pacjentów, likwidowano już od września 1939 roku. Byli rozstrzeliwani i zakopywani w masowych grobach przez członków Einsatzkommandos i miejscowych Niemców, zorganizowanych w bojówki Selbstschutzu. Namiestnicy Hitlera na poszczególnych terytoriach okupowanych mieli sporą swobodę w podejmowaniu decyzji o tym, kogo, jak i kiedy zamordować. Kierowali się przede wszystkim kwestiami ekonomicznymi i logistycznymi - chodziło im nie tyle o oczyszczenie poddanego narodu z jednostek "bezużytecznych", ile o zwolnienie budynków nadających się na koszary dla Wehrmachtu, kwatery SS czy ośrodki dla przesiedlanych Niemców. Na całym przedwojennym terytorium Rzeczpospolitej od 1939 do 1945 roku zginęło co najmniej dwadzieścia tysięcy pacjentów szpitali psychiatrycznych i pensjonariuszy domów opieki17. To bardzo ostrożne szacunki. Nie da się ustalić historii wszystkich - w tym prywatnych i kościelnych - placówek ani policzyć każdej ofiary. Brakuje dokumentów: sprawcy zadbali o to, żeby zatrzeć ślady swoich zbrodni.
Tylko nieliczni organizatorzy i wykonawcy "eutanazji" zostali po wojnie ukarani. Najłagodniej traktowano ich w RFN - jeśli w ogóle wszczynano wobec nich postępowania, często były przeciągane albo umarzane. Zapadło wiele skandalicznych postanowień i wyroków. Jak ten wydany w 1967 roku w sprawie trzech lekarzy oskarżonych o pomocnictwo w morderstwach popełnionych w ośrodkach "T4" w Brandenburgu i Bernburgu. Sąd Krajowy we Frankfurcie nad Menem orzekł, że "oskarżeni uczestniczyli tylko w dopuszczalnym uśmiercaniu pozbawionych woli życia umysłowo chorych osobników"18.
Część badaczy uważa, że nie byłoby zagłady Żydów bez zagłady chorych i niepełnosprawnych. Niektórzy chcą włączyć nazistowską "eutanazję" do pojęcia Holokaustu. Nie da się udowodnić, że jedno było konieczne do zaistnienia drugiego, ale faktem jest, że personel akcji "T4" został po jej wstrzymaniu skierowany do organizowania obozów zagłady. Jak pisał prokurator Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich Marian Kaczmarek, mordując chorych, przygotowano "grunt pod przyszłe ostateczne rozwiązanie "kwestii" nie tylko żydowskiej, ale i słowiańskiej. Jest również oczywiste, że w planach narodowosocjalistycznego kierownictwa "eutanazja" miała być i była istotnie doświadczalnym poligonem i kuźnią kadr, przeznaczonych do planowanego mordowania Żydów oraz innych przeciwników politycznych i światopoglądowych"19. Poza tym oficjalnie tajny, ale powszechnie znany program "eutanazji" był ćwiczeniem z obojętności: "Skoro ludzie nie protestowali, gdy mordowano ich najbliższych, to mało prawdopodobne, by się do tego posunęli tam, gdzie chodziło o rzeź Żydów, Cyganów i obcokrajowców. W 1945 roku zinstytucjonalizowane morderstwo było już czymś normalnym w takim stopniu, że przestało stanowić w Niemczech kwestię sporną"20.
W listopadzie 1945 roku stu czterdzieścioro polskich psychiatrów - prawie wszyscy, którym udało się przeżyć niemiecką i sowiecką okupację, czyli nieco więcej niż połowa pracujących w tym zawodzie przed wojną - spotkało się na zjeździe Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego w Tworkach, żeby oszacować skalę katastrofy. Byli świadomi, że morderstwa popełnione na pacjentach mogą zostać pominięte w powojennym rachunku krzywd. Doktor Eufemiusz Herman zauważał: "Na tle tortur, stosowanych przez tzw. "nadludzi", twórców nowego ładu, bledną dla wielu okrucieństwa w stosunku do umysłowo chorych. Tym bardziej iż Niemcy stosowali wzrastające dawki, mające na celu uodpornianie swoich i obcych przeciw zbytniej wrażliwości na wszelkie przejawy tępienia człowieczeństwa"21. I rzeczywiście, tragedię chorych przyćmiły późniejsze nazistowskie zbrodnie, a pamięć o niej została zniekształcona. Na przykład w pracach o "ekonomii Holokaustu" często pojawiała się informacja o mydle z ludzkiego tłuszczu, wytwarzanym w Instytucie Anatomii Akademii Medycznej w Gdańsku przez zespół profesora Rudolfa Spannera22. W powszechnej świadomości to "mydło z Żydów". Tymczasem głównym dostawcą zwłok do laboratorium Spannera był szpital psychiatryczny w Kocborowie: jego dyrektor Waldemar Schimansky sprzedawał ciała zabitych pacjentów za piętnaście, a później dziewięć Reichsmarek od sztuki23.
Na zjazd w Tworkach trzynaścioro lekarzy przyjechało z referatami o okupacyjnych losach poszczególnych szpitali. Podali wstępne liczby pomordowanych, zeznania świadków i dane z odnalezionych rachunków, historii chorób, ksiąg przyjęć i wypisów. Chcieli, żeby ich praca posłużyła jako dowód w procesach sądowych i podstawa do oszacowania reparacji - dlatego na zjazd zaproszeni zostali przedstawiciele ministerstwa sprawiedliwości i Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich.
Pierwsze odczyty dotyczyły jednak sprawców, nie ofiar. Psychiatra Mieczysław Kaczyński mówił: "Brak uczuć moralnych, ich niedorozwój lub ubytek prowadzą do znanych nam obrazów anomalii charakteru, do obrazów psychopatii. Zjawiska te, które prof. Mazurkiewicz nazywa "niskim poziomem współdźwięczenia uczuciowego", przeniesione do życia zbiorowego, są tematem studiów psychologii społeczeństw lub narodów. Niewątpliwie taka ocena idei i postępowania narodu niemieckiego nastąpi"24. Dla jasności dodał, że jest to "naród zwyrodniały". Polemizował z nim kryminolog Stanisław Batawia, autor napisanej jeszcze przed wojną rozprawy Niepoprawność przestępców w świetle badań nad bliźniętami kryminalnymi. Wskazywał, że ludobójstwo to nie kwestia genów, ale idei. Nie narodu, ale społeczeństwa. "Okazuje się - mówił - że wystarczy zaistnienie takich warunków, w których najcięższe przestępstwa zostają pozbawione znamion zbrodni, aby masowo zjawiali się przestępcy, że w człowieku, niezależnie od pochodzenia rasowego i przynależności etnicznej, przy odpowiednim układzie okoliczności zewnętrznych, pod wpływem określonych sugestyj, mogą wyzwolić się skłonności do zbrodniczego działania"25.
Jednym z przemawiających był też Zdzisław Jaroszewski, psychiatra pracujący w szpitalu w Owińskach. Wywożenie chorych widział z ukrycia - po powrocie z kampanii wrześniowej, na chwilę przed akcją, dowiedział się, że szuka go Gestapo. To właśnie Jaroszewski postanowił przechować pamięć o zagładzie polskich pacjentów i pensjonariuszy. Może nie mógł sobie darować, że ratując własne życie, nie został z podopiecznymi? Do końca życia - a zmarł w 2000 roku - zbierał materiały dotyczące zbrodni i próbował odtworzyć dane pomordowanych. Efekty tej pracy opublikował w trzech książkach, do których poza specjalistami prawie nikt nie sięga.
Uczeń Jaroszewskiego, profesor Tadeusz Nasierowski, od lat stara się o uchwalenie dnia pamięci o zagładzie osób chorych psychicznie (22 września, w dniu pierwszej dokładnie datowanej zbrodni na polskich pacjentach - rozstrzelania osiemdziesięciorga ośmiorga chorych ze szpitala w Kocborowie) i o postawienie pomnika (planowany był na rogu Bonifraterskiej i Sapieżyńskiej w Warszawie, w miejscu po zbombardowanym w powstaniu szpitalu Jana Bożego, ale działką zdążył zainteresować się deweloper i wybudował tam apartamentowiec). W 2017 Nasierowskiemu udało się nawet zorganizować konferencję i wystawę w senacie. Bez efektów. Choć martyrologia ma się w Polsce doskonale, a Rzeczpospolita nie żałuje pieniędzy ani czasu na upamiętnianie kolejnych grup obywateli zgładzonych w XX wieku. Tylko w ostatnich kilku latach ogłoszono: Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej, Dzień Walki i Męczeństwa Wsi Polskiej, Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką, Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych.
W 2016 roku Nasierowski z czwórką współpracowników założył publiczną zbiórkę i stronę internetową przerwane-milczenie.pl. Można na niej przeczytać: "Stawiamy pomnik zagłady zapomnianej. Będącej początkiem przerażającego pasma zbrodni, ale niemogącej odnaleźć swego miejsca w świadomości publicznej. Ta niepamięć, ten historyczny niebyt są najbardziej sugestywnym dowodem na to, że ten pomnik stanąć musi. Prowokując niezwykle silne emocje, ale i pytanie: jak to możliwe, że istniały tysiące osób, które znikły z naszej pamięci? [...] Dosłownie każda złotówka przybliża nas do celu!". Sześć lat później celu wciąż nie udało się osiągnąć: na koncie zbiórki złotówek jest siedemnaście i pół tysiąca.
Zupełnie inaczej wygląda upamiętnienie ofiar w Niemczech i Austrii. Tam dawne "ośrodki zabijania" stały się miejscami pamięci, otwartymi dla badaczy, zwiedzających i rodzin, którym pomaga się szukać informacji o zgładzonych krewnych. W Berlinie, na placu po zbombardowanej willi przy Tiergartenstrasse 4, stoją dwa pomniki - pierwszy z 1988, drugi, bardziej widoczny, z 2014 roku. Jest też pomnik ruchomy - betonowy szary autobus wyrzeźbiony na wzór tych, którymi wywożono chorych ze szpitali, co kilka lat pojawia się w innym niemieckim mieście.
Nie sposób rzetelnie i ciekawie opowiedzieć w jednej książce o losach pacjentów każdego ze zlikwidowanych zakładów: powstałby tom ogromny, przytłaczający liczbą detali i powtarzalnością historii. Dlatego - po zebraniu materiałów z różnych miejsc - ograniczyłam się do szczegółowego opisania tylko dwóch zakładów: w Gostyninie i Lublińcu. Pierwszy jest przykładem "eutanazji" dorosłych, drugi - dzieci. W historiach tych szpitali wiele jest pobocznych wątków, pozwalających na pokazanie różnych metod i trybów zabijania chorych i niepełnosprawnych. Co ważne, nie znajdowały się one na terenie Generalnego Gubernatorstwa - wolałam przybliżyć mniej znane dzieje tych części Polski, które wcielono do III Rzeszy. Pacjenci i pensjonariusze innych szpitali i domów opieki też pojawiają się w tej książce, ale na dalszym planie - choć oczywiście tak samo zasługują na opowieść.
Starałam się przywrócić jak najwięcej imion i nazwisk, ale nie wszystkie było mi wolno. Dokumentacja medyczna jest tajna - nawet jeśli to tak naprawdę dokumentacja zbrodni[2]. Na podobny problem napotkał Götz Aly, autor książki o nazistowskiej "eutanazji", którego ustalenia często będę przywoływać. W Obciążonych napisał: "Ci zabici mają prawa. Są ofiarami narodowosocjalistycznej tyranii. Zostali zamordowani, ponieważ uważano ich za "puste ludzkie skorupy" [Leere Menschenhülsen], za "istoty na najniższym szczeblu zezwierzęcenia", które powinny zniknąć bez śladu. Urzędy stanu cywilnego potwierdzały ich śmierć fałszywymi dokumentami, a lekarze podawali zmyślone przyczyny zgonu. Chodzi o to, aby przywrócić godność ludziom z premedytacją pozbawianym człowieczeństwa, zagazowywanym, palonym, oznaczanym na koniec jedynie numerami. Trzeba przerwać urzędowe milczenie. Aby to zrobić, należy przede wszystkim publicznie ogłosić ich nazwiska. Każdy zmarły ma do tego prawo, niezależnie od tego, jakiego zdania na ten temat są jego potomkowie"26.
Zgadzam się z Alym prawie w całości. Prawie, bo razi mnie fraza o "przywracaniu godności". Ofiary nigdy nie straciły godności. Stracili ją oprawcy.